Miasto niebieskich tramwajów - Henryk Waniek

Kup ebooka

22.50 zł
18.00 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mamcztery lata (zamiast wstępu)

Namapie moich zrządzeń i przypadków (powiedzmy, że raczej wypadków)Wrocław znalazł się jakby wbrew wszystkiemu, trochę nielegalnie.Stanął mi poniekąd na drodze i nijak nie mogłem go ominąć. Miałemcztery lata i ojciec mocno mnie trzymał za rękę. Wrocław nie dał sięominąć, podobnie jak Breslau, którego nie mogła obejść waleczna ArmiaCzerwona. Nie potrafiła sobie z nim jeszcze poradzić, kiedy innipokonali już Berlin i w ogóle Trzecia Rzesza leżała na łopatkach.Osiem tysięcy radzieckich bojowników na sześć tysięcy niemieckich,bawiło się w kotka i myszkę długo, o przeszło miesiąc dłużej niżtrwało Powstanie Warszawskie. Aż siedemdziesiąt procent zabudowaństało się ruiną. Czyli zostało zaledwie trzydzieści procentWrocławia, gdy na ratuszu (cudownie ocalał) zawieszono polską flagę.Czy na pewno polską, za to nie dam głowy, ale gdzieś coś takiegoczytałem.

Stalinw tych dniach majowych dopiero się wahał. Na Kremlu ołówkiemczerwonym kreślił na mapach i różne z tego wychodziły bazgroły. Wszakkiedyś obiecał Beneszowi (chociaż nie osobiście), że Śląsk whistorycznych granicach, po dwustu latach pruskiego zaboru, po tejwojnie zostanie zwrócony Czechom, czyli Czechosłowacji.Obiecanki-cacanki, a Stalin dalej gryzmolił.

Mamgdzieś reprodukcję jednej z tych map (a pewnie było ich sporo), pełnączerwonych, odważnych kresek, jakby rysownik o czymś tam marzył.Można sobie wyobrazić tę dłoń zaopatrzoną w ołówek, kreślącą, jeślinie losy świata, to przynajmniej tej wschodniej Europy, którą jużmiał w ręce. Dobrze byłoby, gdyby tam narysować jakąś Polskę, bo tozawsze może się przydać. Zresztą obiecywał. Ale Polskę jaką? Jeszczenie wiadomo. Stalin się waha. Pyka fajkę. Skubie gruziński swój wąs.Rozważa. Możliwości są różne i trzeba wybrać najlepszą. Co jest dlaStalina najlepsze, nie trzeba tłumaczyć. I wyszło jak wyszło.Narysował. Słowa dotrzymał.

Iw rezultacie tych dziwnych, czerwonych zawijasów historii, na drodzestanął mi ten niby Wrocław, jak znak jakiś, który jeszcze teraz, polatach, usiłuję zrozumieć. Lecz żeby więcej powiedzieć, czyli jak dotego doszło, muszę się cofnąć do czasu, gdy mam cztery lata. I towłaśnie uczynię. Powiedzmy, że jest rok 1946, może 1947. Ale niepóźniej.

Wiedzyo przestrzeni, w której się żyje nabyłem na podwórkach mojegodzieciństwa, od kamienic i ulic, a później od bardziej odległychczęści miasta. Takiej wiedzy o przestrzeni świata niepotrzebna jestformalna edukacja. Ani nie zawsze mądre pośrednictwo dorosłych. Onasama się wlewa w nas nieproszona, urabia nas na swą modłę, aż zupływem czasu i my się w ten opis wlewamy. I odtąd już zawsze,ilekroć pomyślimy słowo m i a s t o,nasamym dnie obrazu znajdą się te podwórza, kamienice, ulica i wszelkaprzyległość.

Dopieronastępne warstwy, te wierzchnie, zapisane są innymi przestrzeniami,innymi miastami i miejscami. Jedne znamy z pierwszej ręki, inne zdrugiej, a czasem tylko je sobie wyobrażamy. Wszystkie będą jednakprześwietlone przez tamten pierwszy haust przestrzeni, proporcjonalnydo horyzontu smarkacza, który dopiero oswaja się z jej tajemnicą.Mówię tu o m i e ś c i e,choćbardziej należy tu myśleć o m i e j s c u,któremoże być również, rzecz jasna, wsią, odludziem, enklawą, wyspą.Czymkolwiek. Tym bardziej miastem, z którego zostało nie więcej niżtrzydzieści procent.

Oświęcimia,a właściwie Auschwitz, gdzie się urodziłem, nie mogę nazwać wsią,choć tak to mogłem postrzegać przez moje pierwsze trzy lata. Podobnienie mogę nazwać miastem Kattowitz, wówczas już Katowic, do którychpóźniej zostałem przetransportowany przez matkę i gdzie spędziłemwiele następnych lat. Zresztą wtedy żadne nazwy nie były mipotrzebne. Na wszystko byłem po dziecinnemu otwarty, jeszcze niecałkiem narodzony. Mógłbym nawet powiedzieć, że urodziłem siędwukrotnie. Najpierw w tym pierwszym miejscu, a później, chybagłębiej i dosadniej, w drugim.

Korcimnie, by postawić to bulwersujące pytanie - czy w ogóle sięurodziłem? Urzędowy dowód mojego przyjścia na świat został zniszczonyprzez amerykańskie bomby, rzucone na cywilną część miasta Auschwitz,zamiast na obiekty Bunawerke w pobliskich Monowicach, produkująceważny dla hitlerowskiej armii substytut kauczuku. Metrykę urodzenia,wraz z kościołem Salezjanów, szlag trafił.

Dopiero,gdy szedłem do szkoły, sąd wystawił dokument, biorąc za dobrą monetęsłowa dwóch świadków, którzy pod przysięgą zeznali, że istotnie sięurodziłem. Skądinąd wiemy jednak jacy bywają świadkowie. Nawet jeślinie są fałszywi, to znane są nam przecież fanaberie ludzkiej pamięci,której często coś się wydaje. A przede wszystkim to, że jest pewna.Kim byli ci świadkowie, nie mam pojęcia. Nie mam natomiastwątpliwości, że nie było ich przy połogu mej matki. Właściwie tylkoona, albo ja sam, oczywiście, moglibyśmy to potwierdzić. Lecz czy tosądowi wystarczy? Sąd potrzebuje świadectwa, choćby lipnego.

DoktorFreud jest przekonany, że w naszych złożach psychicznych zachowanajest pamięć pierwszego wrzasku z jakim przychodzimy na świat i faliświatła, która w nas wtedy uderza. Skłamałbym, mówiąc, że ten momentpamiętam równie dobrze, jak wspomniane bombardowanie - miałemjuż wtedy niemal trzy lata - podmuch wybuchu, który donośniezatrzasnął drzwi schronu przeciwlotniczego. I straszliwą ciemność pozdmuchniętych tam świecach. To moje pierwsze i zarazem ostatniewspomnienie wojenne.

Kilkamiesięcy później nie było już wojny. Sławetna Armia Czerwonawkroczyła do Auschwitz i Kattowitz dokładnie tego samego dnia -27 stycznia 1945 i już nic nie stało na przeszkodzie, by matka pieszopokonała trzydzieści kilometrów, dzielących jedno miejsce oddrugiego. Poszła przez mróz i śnieżyce, pchając stale psujący sięwózek dziecięcy ze mną w środku. Spodziewała się bowiem, że tamspotka swego męża, czyli mojego ojca. I tak też się stało.

Znamto wszystko jedynie z opowieści. Ale, że w Katowicach urodziłem sięponownie, to sam wiem najlepiej. Było to miejsce szczęśliwieprzeoczone przez wojnę w tym sensie, że żadnego nie byłobombardowania. Radzieccy sołdaci weszli tam (zresztą podobnie jak doOświęcimia) bez jednego wystrzału. Niewielkie zniszczenia to jużdzieło powojennych szabrowników, a może powojennego niedbalstwa.Spalił się ratusz i dwa przyległe domy. Poza tym wszystko było naswoim miejscu.

Pamiętam,że długo jeszcze na tramwajach wyłaziły na wierzch niechlujniezamalowane niemieckie napisy i symbole. Ekspedientki w sklepachmówiły co prawda po polsku, ale liczyć potrafiły głównie poniemiecku. Zresztą niemiecki sprawiał wrażenie wszechobecnego,jakkolwiek był zakazany. Z jakichś powodów, które ostatecznie możnazrozumieć, zdarzają się więc miejsca dla wojny niedostępne, choć nadalszym planie widać same obrazy zniszczenia. Niektóre miejscapozostają nietknięte, jeśli tylko pominąć oczywisty smród, jakipozostawia wojna. Jakieś krzywdy, na które już nie ma lekarstwa.Takie były Katowice.

Alemiałem dopiero cztery lata. W tym wieku świat jest piękną baśnią, wktórej słowo "krzywda" jest w ogóle nieznane. Piękna jestprzestrzeń podwórka, kamienicy, ulic i miejsc bardziej odległych.Życie dorosłych pozostaje czymś obojętnym, niewidzialnym,niezrozumiałym. Tak zresztą jest dobrze i dzięki temu mamy w swymżyciu przynajmniej krótki okres prawdziwego raju, zanim go nieunieważni bezwzględna interwencja szkoły i równie bezwzględnabiologia.

Niechodziłem jeszcze do szkoły, gdy to się zdarzyło. Ojciec, z powodujakichś zawodowych obowiązków, wraz z matką i ze mną samym (widocznienie mieli mnie gdzie zdeponować, a może zrobili to z całym rozmysłem)udali się w podróż. Tak oto znalazłem się w jeszcze innym miejscu. Wzupełnie innym mieście. Spodziewałem się pewnie czegoś, ale w żadnymwypadku nie tego, co zobaczyły moje oczy czteroletniego gówniarza.Był to mianowicie Wrocław, czyli trzydzieści procent tego, czym byłjeszcze niedawno. Zostałem tam przywieziony, by mi stanął na drodze.

Przezchwilę chciałem tu nawet napisać, że wtedy urodziłem się po raztrzeci, co chyba byłoby przesadą. Co najwyżej, przeżyłem coś, co nazawsze pozostaje w pamięci, już tej osobniczej, prywatnej i wyraźnej.Zamiast miasta widziałem tylko kikuty domów z rzadko rozsianymiostańcami. Tu i ówdzie sterczały wieże kościołów. Im dawniejsze, tymbardziej odporne na dzieło zniszczenia. Żadnych jednak podwórek,kamienic, ulic, nie mówiąc o dalszych okolicach. To wywarło na mniesilne wrażenie. Pewnie nie byliśmy tam dłużej niż kilka dni, cojednak wystarczyło bym zobaczył świat w stanie upadku. Kto wie, czynie był to mój pierwszy krok ku dialektyce przestrzeni?

To,co zobaczyłem, jakkolwiek tak odmienne od wszystkiego, co już znałem,wcale nie było straszne i nadal należało do świata baśni. Wystarczyprzeczytać, albo posłuchać, co na  ten temat mówią ówczesnedzieci wrocławskie. Ruiny - to był rozkoszny plac zabaw iodkryć, czasem bolesnych, być może zakazanych, więc tym bardziejwabiących. Po mieszkańcach tej ziemi, którzy zniknęli jak zadotknięciem czarodziejskiej różdżki, zostało wiele zagadkowychśladów, jak pismo zaginionej cywilizacji. Poza tym wojna, formalnieniby zakończona, w najlepsze trwała nadal.

Trudnobyłoby zliczyć, ile razy od tamtej chwili przybliżałem się doWrocławia i oddalałem. Powiedziałem, czy nawet napisałem kiedyś, żeWrocław jest moją niespełnioną miłością. Taką, którą się pamiętanajbardziej. I jak zwykle w takich przypadkach, sam częściowo jestemwinny tego niespełnienia. Ale nie żałuję niczego. Po latach, zamiastsię żenić z Wrocławiem, przeprowadziłem się do Warszawy, może nawetpo to, by z pewnej odległości mieć lepszy widok na świat, jedyny jakiznam warty patrzenia. Czyli na Śląsk, z Wrocławiem jako jegohistoryczną stolicą. Ze wszystkimi tej stolicy przyległościami, nazachód i wschód, na północ, lecz przede wszystkim południe.

Piszęo tym bezustannie i już niemal wyłącznie. Jakieś opowiadania lubopowiadaniopodobne rzeczy. O samym Wrocławiu, a jakże. Lecz również orubieżach tamtejszej ziemi, może nawet bardziej ciekawych, bo ciągle- mimo upływu lat - nie całkiem rozpoznanych. Tegodolnośląskiego uniwersum, gdzie ponad powierzchnię fikcji i kłamstwwystają jakieś czubki prawdy nie dość utopionej. Albo czegoś, coprawdą być mogło. Albo nie mogło, bo od początku zostało zmyślone, wdobrej wierze lub złej. Te wszystkie historyjki, już gdzieśpublikowane lub nie, zgarnąłem tu dość ryzykownie, pragnąc właściwietylko jednego. Żeby znalazły się w jednej książce. I żeby nie byłynudne.

Postanowiłemzacząć od "teraz", które jest mniej lub bardziej znane, aw każdym razie znane być powinno. Powinno być - choćniekoniecznie - "realne". Następnie, krok zakrokiem, odchodzę od tego, cofam się gdzieś tam, gdzie pozawidnokręgiem współczesności, będziemy mogli od niej odetchnąć. ŚwiatŚląska się do tego wybornie nadaje. Próbuję to udowodnić. Zawsze ktośsię na to nabierze.

wserii kwadratukazały się:

"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

DariuszBitner"Książka"

RomanCiepliński"Diabelski młyn"

TomaszDalasiński"Nieopowiadania"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

TadeuszZubiński"Rzymska wojna"