Miasto nawiedzonych - Witold Jabłoński

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. DZIEŃ NAWIEDZENIA

Owego dnia opowiadał Lucjusz swym uczniom:

- Było kiedyś wspaniałe i bogate Miasto. Uczeni w Piśmie mówili, że znajduje się w nim tajemne Źródło Mocy. Ludzie dorabiali się w jeden dzień ogromnych fortun i w jeden dzień je tracili. Budowali pałace i ogromne fabryki albo wegetowali w slumsach. Silny stawał się królem życia, słaby ginął lub klepał biedę. Jednak niemal każdy wierzył, że pewnego dnia i do niego los się uśmiechnie, a wówczas wdrapie się na sam szczyt. Owo marzenie towarzyszyło wszystkim nacjom, żyjącym w mieście: Polakom, Żydom i Niemcom. Owe trzy nacje rywalizowały między sobą w dostępie do Źródła: jedni chcieli cieszyć się dzięki niemu łaskami Niebios, inni zdobyć bogactwa i władzę nad maluczkimi. Wszystko było dobrze, dopóki władcy Wschodu nie pokłócili się z władcami Zachodu. Wielka wojna podkopała większość fortun i zablokowała handel ze Wschodem. Miasto błyszczało ciągle resztkami dawnej świetności, lecz stało się własnym cieniem. Przejadano stare zapasy z nadzieją, że coś się zmieni.

I zmieniło się.

Na gorsze.

Z Zachodu przyszli naziści, którzy wysiedlili Polaków i wymordowali większość ubogich Żydów. Potem ze Wschodu przyszli komuniści, którzy przegnali Niemców i niedobitki bogatych Żydów. Następne pół wieku rządziło Miastem awansowane chłopstwo. Odblokowano handel ze Wschodem, więc fabryki znowu ruszyły pełną parą, a pałace i kamienice były dewastowane przez zwycięski lud, który "wszedł do Śródmieścia". Stare legendy i mity zasypał kurz zapomnienia. Nastały czasy materializmu. Nikt już nie pamiętał o Źródle, oprócz tych, którzy przez wieki je strzegli.

Nastała nowa era. Komunizm upadł, a wraz z nim wielki przemysł. Lud pozostał w śródmieściu, wśród ruin postindustrialnej dżungli. Odnowiono pałace, lecz fabryki zionęły pustką. Pozostawieni samym sobie nieszczęśni mieszkańcy Miasta błąkają się zagubieni, nie wiedząc często, że stąpają po czyichś grobach. Potężne demony, niegdysiejsi władcy tej ziemi, podnoszą tymczasem łby, pragnąc odzyskać dawną Moc w innej, bardziej sprzyjającej epoce...

Był wczesny ranek. Gęsta mgła spowijała stare domostwa i wybijające się gdzieniegdzie wieże kościołów oraz biurowców, nadając im fantastyczne kształty gotyckich baszt lub gigantycznych grobowców. Z czasem jednak wznoszące się powoli ponad spadzistymi i kopulastymi dachami słońce przebiło się ognistym deszczem przez brudnoszary woal, rozświetlając niedawno odmalowane fasady, pełne wymyślnych stiuków, kariatyd i maszkaronów, odsłaniając szczegóły zatarte wcześniej przez mrok i mleczny opar. Skąpane w złotym blasku kamienice wdzięczyły się jak wypacykowane burżujki po renowacji w SPA.

Karykaturalnie wykrzywione facjaty domów falowały niemrawo, odbite w czarnych szybach sunącej niemal bezgłośnie Aleją Papieską limuzyny, która zatrzymała się w końcu dostojnie przed niegdysiejszą rezydencją Schwindlerów, a obecnie siedzibą renomowanych kancelarii adwokackich. Wśród paru budzących respekt wizytówek, szczególnie wybijał się ciężki, miedzianozłoty szyld "Biura Spadkobierców".

Jaskrawe promienie z trudem przebijały się przez wielobarwne szybki secesyjnego witraża. Mętne refleksy pełgały na łysinie schylonego nad papierami mecenasa Ciemnołęckiego. Prawnik zasiadał za biurkiem ogromnym jak czołg, którego płaszczyznę oświetlała lampka z zielonym kloszem. Chociaż rozległy, bogato urządzony w stylu groźno-mieszczańskim gabinet tonął w półmroku, mecenas bystrym okiem wyłuskał depczącą lekkim krokiem tęczowe plamy na dywanie szczupłą, zgrabną figurkę spadkobierczyni, jakkolwiek nawet na tle zalanego zewnętrznym światłem witraża wyglądała jak kukła z chińskiego Teatru Cieni. Adwokat uniósł z fotela nieco ociężałą sylwetkę.

- Madam Herzenglas? - upewnił się pro forma, kłaniając się czołobitnie. - Welcome to the Heirs Office!

- Miss... - poprawiła go delikatnie z tajemniczym uśmieszkiem, błąkającym się w kącikach mocno umalowanych ust.

Widać było tylko usta. Ich wyraz był nie tylko zagadkowy, ale emanował... Mecenas zastanowił się chwilę. Nie był to grymas wyższości, pogardy ani lekceważenia, naturalny w końcu u dziedziczki niegdyś wielkiej fortuny, lecz było w nim raczej coś niewzruszonego, coś, co nadawało całej twarzy wygląd kamiennej maski. Reszta kryła się za wielkimi ciemnymi okularami i w cieniu ronda jasnobeżowego kapelusza. W ciemnawym gabinecie cudzoziemka nie zdjęła chroniących przed wścibskim światłem akcesoriów, jakby pragnąc ukryć prawdziwą tożsamość albo defekt urody. Być może należała do tych rozpieszczonych, bogatych, ale jednak samotnych dam, które uważają, że ubliża im cudza ciekawość.

Reszta stroju była absolutnie bez zarzutu: elegancki kostium, zapewne Chanel, doskonale dobrane dodatki, jak apaszka, torebka i pantofelki, wszystko utrzymane w chłodnawym tonie écru. Mecenas tym różnił się od większości "prawdziwych" mężczyzn, że umiał dostrzec takie właśnie szczegóły. Ta umiejętność niezmiernie przydawała się w jego profesji, był bowiem w stanie jednym rzutem oka ocenić wartość klientki. Znał więcej kolorów niż siedem, a na kobiecej elegancji wyznawał się nie gorzej niż sam Karl Lagerfeld. Potrafił także docenić słodko-gorzką, odurzającą, lecz nienatrętną woń perfum, wypełniającą powoli wnętrze i prosty, wytworny diament na złotym łańcuszku, przebłyskujący na niezbyt wydatnej, raczej płaskiej piersi. Niewyszukany styl bogactwa, które samo w sobie stawało się stylem. W danym przypadku przybycie osoby z taką klasą rokowało kolejną wygraną sprawę i wysokie honorarium. W duchu zacierał ręce.

Tajemnicza przybyła zza oceanu przeszła niespodziewanie na język tubylców.

- Alesz mosze pan do mnie mówicz po polsku, panie mecenasie - zaproponowała uprzejmie.

Twarz nadal pozostawała chłodna. Najwyraźniej nie dbała o wrażenie, jakie wywarła. Mówiła płynnie, lecz z wyraźnym niemiecko-latynoskim akcentem, zacinając się lekko na trudniejszych polskich spółgłoskach.

Mecenas uniósł brwi w radosnym zaskoczeniu. Z trudem stłumił także westchnienie ulgi. Jego angielszczyzna była całkiem poprawna i przyzwoita, lecz daleko jej było do harvardzkiej.

- W takim razie witam serdecznie w Biurze Spadkobierców - rzekł z zadowoleniem, muskając siwego wąsa. - Nie sądziłem, że mówi pani tak znakomicie językiem naszych ojców... - dodał kurtuazyjnie, trudno było to bowiem ocenić po jednym zdaniu.

- Moi przodkowie także nim mówili - zauważyła spokojnie, z ledwie wyczuwalnym odcieniem goryczy. - Przynajmniej dopóki tutaj mieszkali. Mam solidny kod genetyczny. Przejdźmy do rzeczy... Załatwił pan wszystko?

- Tak jak pani sobie życzyła - potwierdził z godnością profesjonalisty. - Plac ze znajdującymi się na nim kamienicą i fabryką jest znowu własnością Herzenglasów, a konkretnie pani, jako jedynej spadkobierczyni.

Jej usta nawet nie drgnęły.

- Władze Miasta nie robiły żadnych kłopotów? - spytała jednak czujnie.

- Niespecjalnie! - zaprzeczył skwapliwie, chytrze błyskając okiem. - Odniosłem wrażenie, że z ulgą pozbyli się tej bezużytecznej ruiny...

W surowo urządzonym gabinecie Urzędu Miasta, pod wielkim krzyżem na ścianie i równie spektakularnym orłem z doklejoną złotą koroną, zasiadał za biurkiem dyrektor infrastruktury Mirosław, siwy facet, podobny do nutrii, ubrany w szarawy, tani garnitur. Pochylał się właśnie nad planami jakiejś posesji i plikiem dokumentów w otwartej teczce. Oglądał przez lupę pożółkły, zetlały papier, z trudem odcyfrowując nazwę pisaną cyrylicą: "Ge-rcen-glas", gdy jego telefon komórkowy zamruczał kościelną melodyjkę: Królowej anielskiej śpiewajmy... Dyrektor podniósł go, uruchomił i słysząc w słuchawce aż nazbyt dobrze znajomy głos, natychmiast odruchowo zerwał się z krzesła, czerwieniejąc na twarzy i prężąc służbiście.

- Tak... tak... rozumiem... - bełkotał urzędnik. - Już przyjechała. Wiem, co mam robić...

Słuchał jeszcze chwilę na baczność, potem siadł z wyrazem ulgi na twarzy.

- Na razie nie zadrażniać... Będzie załatwione... Szczęść Boże, Ojcze Dobrodzieju.

Przerwał połączenie, odłożył komórkę i powrócił do studiowania dokumentów.

- Wraz z upadkiem, hm, minionego systemu - informował dalej mecenas - upadł także przemysł włókienniczy, będący niegdyś chlubą i podstawą bogactwa naszego grodu...

- Nie przybyłam tutaj aż z Argentyny, by ratować wasz przemysł - przerwała mu dosyć oschle.

Ciemnołęcki zaśmiał się nieszczerze.

- No tak, oczywiście... Czekamy jeszcze na oficjalne potwierdzenie na piśmie, że stała się pani pełnoprawną właścicielką domu i fabryki swego dziadka, panno Lilli. Sądzę... mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku...

- Sądzi pan, czy ma nadzieję? - wtrąciła znowu czujnie.

Pomimo ciemnych szkieł czuł na sobie palące, przewiercające go na wskroś spojrzenie. Z wysiłkiem powstrzymał chęć starcia z łysiejącego czoła paru kropelek potu. Rozluźnił jednak kołnierzyk. Egzotyczne perfumy coraz bardziej drażniły go i dusiły.

- Musi pani wiedzieć - zaczął ostrożnie - że tutejsze przepisy własnościowe to jeden wielki chaos. Trudno się czasem połapać w tym gąszczu sprzeczności... Koszt transformacji ustrojowej. Władze Miasta wydają się jednak życzliwe.

Usta panny Lilli zacisnęły się, tworząc cienką linię.

- Wydają się... - powtórzyła z niechęcią. - To pachnie trudnościami. Mój ojciec mawiał, że w tym dziwnym kraju trzeba być gotowym na wszystko - dodała, niby od niechcenia muskając diamentowy wisiorek. - Rozmawiał pan z lokatorami? - zaczęła nagle z innej beczki.

- Oczywiście - odparł prawnik, trochę zbity z tropu nagłą zmianą tematu. - Zawiadomiłem o pani przyjeździe i uspokoiłem, że nie zamierza pani ich eksmitować ani podnosić czynszów... Przynajmniej na razie.

- Boją się dziedziczki dawnych krwiopijców? - zapytała zgryźliwie.

Mecenas zgłębiał wzrokiem giętkie linie witraża.

- Cóż, to chyba całkiem naturalne... - rzekł, z lekka zakłopotany. - Nie brak u nas skrajnych demagogów, straszących ubogą ludność powrotem dawnych właścicieli... zwłaszcza obcego pochodzenia.

- Nie czuję się tu wcale obco - zapewniła żywo. - Dorastałam w atmosferze wspomnień o tym Mieście. Dzięki fotografiom rodzinnym, starym pocztówkom i przewodnikom znam tutaj niemal każdy kamień... przynajmniej w Śródmieściu.

Prawnik pokręcił lekko głową.

- Tak, ja to rozumiem, że dla osób takich, jak my, cały świat jest domem, ale pani także musi zrozumieć, że to prości, ubodzy ludzie. Boją się wszelkich zmian.

- Kto tam jeszcze mieszka? - zainteresowała się dziedziczka.

- Cóż, po niedawnym pożarze właściwie już prawie nikt. Nie podejrzewam większych kłopotów.

- Ogień spowodował duże straty? - pytała dalej rzeczowo, bez cienia niepokoju.

- Nie, proszę się nie obawiać - zaprzeczył szybko. - Spłonęły tylko dwa mieszkania na ostatnim piętrze, w tym jedno całkiem puste. Pożar na szczęście szybko ugaszono. Uznano, że jego powodem była awaria starej instalacji gazowej. Niestety, wskutek tego przykrego incydentu zginęła para głównych lokatorów, rodzice dorastającego rodzeństwa. Biedne dzieci mieszkają nadal w ocalałej części domu, nie mają się bowiem gdzie podziać póki co. Sąsiedzi wspomagają ich, jak mogą. Dziewczynka widziała na własne oczy, jak płonęli matka i ojciec... To musiało być straszne przeżycie! Spowodowało u dziecka rodzaj katatonii. Nie mówi, nie reaguje prawie na bodźce zewnętrzne. Czeka teraz na miejsce w klinice psychiatrycznej...

Czternastoletnia Olga siedziała na podłodze w ciemnym pokoju, ubrana w lekką, białą sukienkę, przypominającą trochę szpitalną koszulę. Na kolanach miała sporej wielkości notatnik i komplet cienkich mazaków. Dziewczynka wpatrywała się martwo w jeden punkt. Zmizerowana, blada twarzyczka pozostawała prawie nieruchoma, tylko wargi poruszały się bezdźwięcznie. Nagle ożywiła się, a w jej szeroko otwartych oczach pojawił się błysk przerażenia. Chwyciła czarny pisak i zaczęła gwałtownie smarować w notesie dziwaczne bazgroły, które tylko ona potrafiła odczytać.

- Słyszałam, jak wygląda tutejsza służba zdrowia... - stwierdziła chłodno panna Lilli. - Kto się nią opiekuje? - dorzuciła, jakby od niechcenia, istotne pytanie.

- Teoretycznie jej starszy, prawie dorosły brat - oznajmił prawnik tonem dobrze poinformowanego człowieka. - To oryginał, cały w skórach i srebrnych kolczykach. Próbuje zrobić karierę w branży muzycznej...

- Miejscowy fan gotyku? - podchwyciła domyślnie dziedziczka. - Czy heavy metal?

Mecenas uśmiechnął się niepewnie pod śnieżnym wąsem.

- Raczej nie... ale ja się nie znam na muzyce młodzieżowej. W każdym razie chłopak nie ma czasu zajmować się chorą dziewczynką i poprosił o opiekę nad nią siostry Ostrobramskie...

- Jakieś zakonnice? - spytała zdezorientowana cudzoziemka.

Uśmiech adwokata stał się pobłażliwy.

- Nie, to dwie stare panny, Aurelia i Weronika. Jedna jest dewotką, druga prowadzi salon wróżb jako Madame Wera. Przyjechały tutaj z kresów po wojnie. Studentka Akademii Muzycznej wynajmuje u nich pokój. Mieszkają na parterze...

Aurelia spoczywała w pozycji półleżącej na łóżku. Zasuszona staruszka, obwieszona różańcami i szkaplerzykami. Nad wezgłowiem tłoczyła się cała masa świętych obrazków, pamiątek po pielgrzymkach i rekolekcjach. Stojący obok, na niewielkim stoliku, zapchanym kiczowatymi dewocjonaliami, w centrum zaimprowizowanego ołtarzyka tranzystorowy radioodbiornik w tej chwili był wyłączony. Aurelia, wsłuchana w dobiegający zza ściany klasyczny utwór na wiolonczelę, przebierała ziarnka różańca i poruszała bezzębnymi, pomarszczonymi ustami w bezgłośnej modlitwie.

Pobożną kontemplację przerwał głośny pisk siedzącej na podłodze Olgi. Aurelia uniosła się z wysiłkiem i pochyliła nad dziewczynką.

- Co ci jest, dziecko? - spytała niespokojnie. - Co się stało?

Olga w milczeniu podsunęła jej przed oczy swój otwarty notatnik. Aurelia zamarła na chwilę i lekko pobladła.

Drzwi pokoju otwarły się gwałtownie i stanęła w nich siostra Aurelii, niewiele od niej młodsza Weronika. Madame Wera była jednak o wiele bardziej zadbana, ciemne włosy z siwymi pasemkami nosiła ułożone w skomplikowany kok, pomarszczoną twarz pokrywał staranny makijaż, nadający ostrym rysom nieco "demoniczny" wygląd. Strój roboczy stanowiła znoszona, czarna suknia do kostek. Całości stylizacji dopełniało sporo tandetnych, "magicznych" pierścionków na palcach, "srebrne" bransolety na przegubach i naszyjnik z metalowym pentagramem.

- Co się dzieje?! - spytała ostro, mierząc wzrokiem siostrę, jakby z góry ją obwiniała o wszystko. - Właśnie skupiałam się nad tarotem... Czemu krzyczałaś?

Aurelia nie wykazała cienia skruchy.

- To nie ja, tylko Olga - odparła przejęta. - Nasz Pan znowu jej zesłał widzenie.

- Jakie znowu widzenie? - sarknęła podejrzliwie Madame Wera.

- Nie wiesz? - spytała pogardliwie dewotka. - I co z ciebie za wróżka? Twoje karty i diabelskie gusła nic ci nie dają, bezbożnico. Ślepa jesteś jak kret, moja miła - skrzeczała zjadliwie. - Błądzisz w ciemnościach...

Wera ujęła się pod boki, nie zamierzając ustępować najbliższej krewniaczce.

- I co zobaczyła twoja pupilka? - zapytała z przekąsem.

- Nasz Pan zsyła Oldze ostrzegawcze widzenia, bo jest dobrą, pobożną dziewczynką - oświadczyła z przekonaniem Aurelia. - Wie, że wróg czyha u bramy... Zło czai się wszędzie... Przyjechała!

- Jaki wróg?! - zawołała zdezorientowana Weronika. - Co ty bredzisz?! Kto przyjechał?!

- Diablica - wyjaśniła Aurelia, dygocząc na całym ciele.

- Również na parterze ma swój kantorek zegarmistrz, Lucjusz Cyferblat... - relacjonował dalej mecenas.

Kamienna maska wreszcie wyraźnie się ożywiła.

- Ach tak, pan Lucjusz! - podchwyciła entuzjastycznie. - Ojciec opowiadał mi o nim. Mieszka w tym domu od zawsze.

- Jest rzeczywiście wiekowy, podobnie jak kamienica - gładko przyznał adwokat.

Kantorek pana Lucjusza zastawiony był starymi zegarami, syfonami i innymi nikomu niepotrzebnymi gratami. Staruszek o szlachetnym, wyżłobionym wieloma latami cierpień i trosk, ale także emanującym nabytą z wiekiem mądrością obliczu, odziany w podniszczony szlafrok, z nieodłączną jarmułką na resztkach siwizny, zasiadał na wózku inwalidzkim, w którym mógł poruszać się po całym niewielkim wnętrzu. Z lupką w oku naprawiał zegarek. Przez półotwarte drzwi, wiodące do dalszej części mieszkania, można było dostrzec tak samo niemożliwie zagraconą sypialnię. Na ścianach wisiały malowidła w ciężkich, złoconych ramach: bujne akty kobiece obok przeraźliwych obrazów rzezi i innych okrucieństw, jakie miały miejsce w różnych epokach i krajach.

Stojący na oknie pusty z pozoru syfon zaczął nagle buzować wypełniającym go gazem, wreszcie eksplodował, rozpryskując niezliczonymi odłamkami szkła. Zegary rozdzwoniły się różnorodnymi kurantami, tworząc szaloną kakofonię.

Lucjuszowi nic się nie stało, był jednak wstrząśnięty. Lupka wypadła z oka, upuścił zegarek na blat stolika. Jego starcze wargi poruszyły się w niemal bezwiednym szepcie.

- Przyjechała...

- W opustoszałej części posesji paru okolicznych pijaczków urządziło sobie melinę... - informował dalej mecenas coraz bardziej znużonym tonem, jaki zwykle przybierał, kiedy musiał mówić o marginesie społecznym. - I to właściwie już wszyscy. Dosyć lumpiarskie towarzystwo. Sadzę, że da sobie pani z nimi radę.

- Tak myślę - potwierdziła zimno. - A... fabryka?

Mecenas westchnął, pocierając nagle zbolałą skroń.

- Częściowo w ruinie. Jedną z hal Ariel wraz ze swoim zespołem wykorzystuje jako salę prób...

- Ariel to ten młody muzyk? - wtrąciła domyślnie panna Lilli. - Brat chorej Olgi?

Prawnik skinął głową.

- Tak, to on...

Hala fabryczna przerobiona została na nocny klub. Ciężkie kotary oddzielały zaścielone wzorzystymi dywanami boksy, w których czekały na klientów fajki wodne o wymyślnych, egzotycznych kształtach. Bar w rogu hali był na razie zamknięty.

Na podwyższeniu miał próbę zespół: Ariel grał na gitarze klasycznej, Emo na skrzypcach, Alicja na wiolonczeli.

Ariel był wysokim, szczupłym przystojnym, długowłosym brunetem o bladej, pociągłej twarzy i dużych, ciemnych oczach. Charakterystyczną dla pewnych kręgów urodę uzupełniały srebrne łańcuchy, liczne kolczyki, a także wymyślne tatuaże na torsie i odkrytych ramionach. Wysokie, wojskowe buty, skórzane spodnie z pasem nabijanym ćwiekami, zniszczony, czarny T-shirt i skórzana kurtka, również mocno zdarta.

Emo to szczupły chłopak z długimi, farbowanym na czarno włosami, o trochę "japońskiej", dziewczęcej urodzie, z kolczykiem w dolnej wardze. Wyglądał jak młodsza, delikatniejsza wersja Ariela, spoglądał zresztą co pewien czas z uwielbieniem na swego idola. Ubrany był podobnie, lecz z mniejszą ekstrawagancją, w ciuchy droższe i lepiej utrzymane. Przepiękne, migdałowe oczy podkreślał, całkiem zresztą niepotrzebnie, czarnym tuszem, na co jego bardziej męski kolega nigdy by sobie nie pozwolił.

Alicja była zielonooką, rudawą blondynką z buzią aniołka, ubraną w lekką, jasną sukienkę. Jej niewinny wygląd stanowił kontrast wobec groźnie się prezentujących kolegów. Wydawała się jednak przy nich trochę starsza i bardziej dojrzała.

Grali dziwną, tęskną melodię, trochę jakby żydowską, trochę arabską.

Przy wejściu do hali stał wsparty o framugę ochroniarz Kuba, zasłuchany w czarowne dźwięki muzyki. Przystojny, barczysty facet pod czterdziestkę, w opiętym, czarnym podkoszulku na muskularnym torsie. Krótko ostrzyżony, z kwadratową szczęką, wyglądał na byłego komandosa, którym był w istocie, a jednak emanował wewnętrznym ciepłem.

Za plecami zespołu majaczyły, przesłonięte zasłoną z gazy, kształty jakiejś potwornej machiny. Zdawało się, że w pewnej chwili drgnęła, tryb zaskoczył o trybik i ruszyła ze zgrzytem, po czym znowu zamarła. Wszystko trwało nie dłużej niż parę sekund. Grający nie zwrócili na to wcale uwagi, gdyż niemal w tym samym momencie pękła struna w wiolonczeli Alicji.

Zespół przerwał grę. Dziewczyna sprawiała wrażenie poruszonej.

- Coś ci się stało? - zapytał szybko Ariel

- Nie, nic... - zaprzeczyła równie szybko wiolonczelistka.

- Pomóc ci? - zaoferował się chłopak.

- Ona już tutaj jest - stwierdziła, wpatrując się w przestrzeń. - Przyjechała.

- Jaka ona? - zdziwił się gitarzysta.

- Właścicielka - wyjaśniła, marszcząc czoło. - Lilli Herzenglas.

Wstała i ruszyła do wyjścia nieco lunatycznym krokiem. Trójka mężczyzn spojrzała za nią w napięciu. Kiedy mijała Kubę, wymienili się spojrzeniami i porozumiewawczo skinęli głowami. Potem Alicja wyszła na zewnątrz, na fabryczny dziedziniec, będący zarazem tylnym podwórzem kamienicy.

- Idziesz po nową strunę?! - zawołał za nią Ariel.

- Daj jej spokój - wtrącił nieśmiało Emo. - Pewnie jakieś kobiece problemy...

- A co ty wiesz o kobietach - zgasił go protekcjonalnie starszy chłopak.

Kuba przerwał mu dosyć ostro.

- Chyba wszyscy mamy teraz ten sam problem - oświadczył. - Poszła zawiadomić Opiekuna. Ja także do niego pójdę. A wy ćwiczcie dalej, chłopcy.

- No jasne, co mają do gadania młodzi najemnicy - wymamrotał pod nosem Ariel.

Po wyjściu ochroniarza, młodzieńcy grali dalej sami, choć nie szło im już tak zgrabnie, jak wcześniej w tercecie. Nie obeszło się bez paru pomyłek i zgrzytów, kwitowanych syknięciami Emo i bluzgami Ariela.

- Jak już panią informowałem, ktoś wynajął budynek fabryczny i założył w nim nocny klub - mówił dalej mecenas, błądząc znowu po meandrach witraża z eteryczną Temidą.

Nie widział oczu rozmówczyni, lecz przysiągłby, że zatrzepotała rzęsami.

- Jak to: ktoś?

- Właściciel jest dosyć tajemniczy - wyjaśniał z zakłopotaniem prawnik. - Mimo usilnych starań, nie udało mi się z nim bezpośrednio skontaktować... W jego imieniu występował zawsze Jakub Walczyński, będący w tym lokalu ochroniarzem.

Panna Lilli syknęła jakby zniecierpliwiona.

- Dobrze, zajmę się tym. Nie mam nic przeciwko knajpie, pod warunkiem, że będzie mi płacić regularny czynsz.

Mecenas sapnął z ulgą.

- W Urzędzie Miasta nie skarżyli się na nich, więc i pani nie powinna mieć z tym kłopotów. Jeśli dysponuje pani teraz czasem, moglibyśmy pojechać na miejsce i wszystko razem obejrzeć.

Lilli wstała nagle, jednym zrywem. Zdawała się lekka i zwiewna, jak wyobrażona w szkle, ślepa na ludzką nędzę boginka. Podobnie jak ta z witraża miała też szklane serce. Rodowe nazwisko zobowiązuje. I tradycja kilku pokoleń bezwzględnych kapitalistów.

- Dziękuję - odmówiła uprzejmie - dość już się pan natrudził w mojej sprawie. Skoro, jak pan twierdzi, problemy z lokatorami dadzą się rozwiązać, od tej chwili muszę sama borykać się z moim dziedzictwem.

Zdawała się gotowa zmierzyć nie tylko z garstką zasiedlających jej rodową ruinę odmieńców, lecz także z całym światem. Mecenas spojrzał na nią z podziwem. W tej kruchej z pozoru osóbce czaiła się wielka siła. Zapewne nietzscheańska Ville zur Macht.

- Jak pani sobie życzy, panno Lilli - rzekł miękko, układnym uśmiechem maskując radość, że nie będzie musiał znowu odwiedzać koszmarnej rudery.

Ulica Niebyła zwana była kiedyś Niebywałą i należała do jednej z najbardziej reprezentacyjnych promenad Miasta. Nic dziwnego, skoro znajdowała się w ścisłym Śródmieściu, zaledwie dwie przecznice od Alei Papieskiej, która zwała się niegdyś Petersburska. Kolejne piętra kamienic zajmowali bogaci burżuje i urzędnicy, wedle rangi i statusu majątkowego, podczas gdy plebs gnieździł się, jak Pan Bóg przykazał, w bocznych klitkach i suterenach. Druga z wielkich wojen i komunistyczny reżim zmieniły jednak wszystko, wywracając na nice wielowiekowy porządek rzeczy. Motłoch z piwnic, złych dzielnic i okolicznych wiosek wlał się do starych luksusowych apartamentów, dzielonych jak leciało na dwa, trzy mieszkania: komuś dostawały się salon i sypialnia, komuś pokój dziecinny, służbówka albo kuchnia ze zdewastowaną łazienką. Toalety były zazwyczaj wspólne, jedna na piętro.

Panna Lilli myślała o tłumach nieszczęsnych oszukanych, między których "równo" dzielono cudze mienie mocą komunistycznego przykazu. Przynajmniej udowodnili w praktyce, pomyślała z sarkastycznym uśmiechem, że kiedy zabiera się bogatym i rozdaje biednym, biedni nie stają się od tego bogatsi. Po prostu wszyscy są równo biedni.

Limuzyna kołysała się niczym statek na falach, pokonując dostojnie kolejne wyrwy w spękanym, rozkruszonym asfalcie. Wreszcie zatrzymała się przed jedną z bardziej okazałych, czteropiętrową kamienicą. Drzwiczki samochodu otworzyły się jakby same z siebie i wyskoczyła z nich drobna figurka właścicielki w eleganckim kostiumie i wielkim kapeluszu. Auto odjechało natychmiast, niemal bezszmerowo i zniknęło w wylocie ulicy. Dziedziczka rozejrzała się wokół z dezaprobatą.

Niegdyś wspaniała promenada wyglądała ponuro i niebezpiecznie. Niegdyś piękne budynki porażały brzydotą odrapanych, brudnych frontonów, z osypującymi się resztkami gipsowych sztukaterii. Wydawały się koślawe, rozchwiane, ohydne. Dziedziczka zlustrowała rzędy powybijanych okien, ślepe oczodoły, za którymi czaiła się groźna pustka, zwiastująca śmierć. Na jednym z górnych pięter przez resztki stłuczonej szyby powiewały na zewnątrz zetlałe strzępy, które kiedyś mogły być muślinową lub koronkową firanką. Wszędzie obraz zniszczenia i totalnego upadku.

- Polnische Wirtschaft - syknęła pogardliwie przez zaciśnięte zęby.

Dowiedziała się wcześniej od mecenasa, że "za komuny" uliczka ta była słynna z niezliczonych pijackich oraz złodziejskich melin, a także nocnego handlu alkoholem. Ciekawa rzecz, iż przyciągała także różnego autoramentu artystów, którym odpowiadały widać lumpiarskie klimaty, a zapewne też niskie czynsze. Kiedy upadł realny socjalizm i pojawiły się sklepy całodobowe, tutejsza młodzież powróciła do tradycyjnych zajęć ich przodków: kradzieży kieszonkowych i prostytucji nieletnich. Pora była dość wczesna, tutejsze rzezimieszki, handlarze kwaśnych owoców i ich zapijaczeni rodziciele odsypiali jeszcze zapewne kolejną pracowitą noc. W bramach nie widać było jeszcze gromadzących się codziennie pijaczków. Bramnych zombie, jak ich zwano w jej przybranej ojczyźnie za oceanem.

Lilli wyczuwała jednak charakterystyczny smród nędzy i degrengolady, znany jej ze słynnych villas miserias, gigantycznych skupisk biedoty Buenos Aires. Tam jednak owo ludzkie robactwo pleniło się na północno-zachodnich peryferiach, nie tak jak tu, nieomal w samym centrum. Choć uliczka zdawała się jakby wymarła, dobiegały tutaj odgłosy hektycznego ruchu budzącego się Śródmieścia, wzbogacone o wycie bliżej niezidentyfikowanych syren karetek lub policyjnych "suk". Wystarczyło, żeby jakiś zabłąkany, nie znający dobrze Miasta przechodzień albo raczej turysta (chyba nie bez powodu Polacy mówią: "głupi, czy turysta?") skręcił w niewłaściwą przecznicę, by znalazł się nagle w obcym, niezrozumiałym i przerażającym świecie. Pogotowie albo policja przyjeżdżały rzadko do tego siedliska ludzkiego odpadu, zapewne tylko w razie ostatecznej konieczności.

Panna Lilli była jednak osobą, którą niewiele mogło przestraszyć.

Drobiąc małymi kroczkami w stronę TEJ kamienicy, zdążyła jeszcze cichymi "Verflucht!" i "Donnerwetter!" uhonorować krzywe bruki i wszechobecny brud. Wiosenne słońce słabo operowało w tym mrocznym wąwozie, toteż błoto, zalegające jezdnię i wykoślawione płyty chodnikowe, chyba nigdy nie wysychało. Doskonale pamiętała ze starych fotografii, że kiedyś były tutaj szerokie, równe chodniki, obsadzony lipami deptak, którym dostojnie kroczyli zacni mieszczanie i przesuwały się cicho powozy na gumach.

Oto, co zrobili z siedzibą moich przodków brudni, głupi, nieudolni, niekompetentni Słowianie, wściekle warczała w duchu. Trzeba będzie włożyć teraz fortunę w renowację, by przywrócić dawną świetność. Ze starymi domami jest jak z kobietami po czterdziestce: im później się decydujesz na remont facjaty, tym trudniej i drożej przebiega.

Stanęła przed uchyloną, przerdzewiałą i zdezelowaną bramą. Uniosła oczy i ogarnęła jednym spojrzeniem zrujnowaną fasadę, próbując wyobrazić sobie, jak mogła wyglądać dawniej. W nieśmiałych promieniach słońca, poprzez przydymione szkła okularów, zdawała się nabierać ciepłej barwy sepii, w której kamienica jakby odmłodniała o co najmniej kilkadziesiąt lat. Mury wygładziły się, wyładniały, wypiętrzyły się dumnie w górę kolumny zdobne liśćmi akantu, wyszczerzyły się złotawo maszkarony na szczycie.

Stojąca nieruchomo kobieta doznała nagle niezwykłej wizji tego, co zdarzyło się tutaj, kiedy Lilli nie było jeszcze na świecie. Przynajmniej w tym świecie, dodała w duchu.

Nadpłynął skądś szum starej płyty: stare, sentymentalne, ale też jakby trochę niesamowite tango. Zniknęły nowoczesne akcesoria, a na parterze (w miejscu, gdzie przed chwilą dostrzegła witrynę: "Zegarmistrz. Naboje do syfonów") pojawił się typowy, przedwojenny żydowski sklepik. Między słupem ogłoszeniowym z krzykliwymi plakatami a gazową latarnią przechadzała się, dziarsko wymachując torebką, wyfiokowana panienka lekkich obyczajów w kapelusiku z piórkiem, zaczynając swą dzienną zmianę.

Przed bramę zajechała dorożka. Pasażer, elegancki pan we fraku i w cylindrze, klasyczny amant ze starannie przystrzyżonym wąsikiem, wychylił się, by zapłacić woźnicy. Panienka wykazała spore zainteresowanie wytwornym gościem, ten jednak zbył ją niecierpliwym machnięciem dłoni w białej rękawiczce. Cofnęła się, zawiedziona. W tej chwili dostrzegła jakiś cień, czający się w mroku bramy. Otworzyła usta, by ostrzec eleganta, było już jednak za późno.

Padł strzał, odbijając się wielokrotnym echem o mury.

Elegant opadł miękko na stopnie powozu głową w dół. Z otwartych ust buchnęła ciemna krew, która zdawała się niemal czarna w przydymionych kolorach wizji.

Wstrząśnięty dorożkarz zeskoczył z kozła i uniósł głowę trupa. W otwartych oczach zabitego zastygło zaskoczenie i przerażenie. Prostytutka odzyskała właśnie głos i przeraźliwie wrzasnęła. Po chwili dołączył się do jej pisku świdrujący powietrze gwizdek nadbiegającego policjanta...

Lilli wzdrygnęła, jakby nagle zbudzona ze snu. Wizja uleciała, ponieważ kobieta zdała sobie sprawę, że z okien na parterze ktoś ją obserwuje. Ujęła odruchowo palcami prawej dłoni diamentowy wisiorek, a wówczas jej zmysły wyostrzyły się na tyle, że mogła wyraźniej dostrzec dwie pomarszczone niewieście twarze, przylepione do brudnej szyby, a nawet usłyszeć cichą rozmowę.

- Szykowna osoba - mówiła jedna z niekłamanym zachwytem. - Od razu widać, że wielki świat.

- Wygląda jak Ciotka Pamela - warknęła nieżyczliwie druga. - Lepiej się wystrzegać takich damulek. Zawsze kryją jad w sercu...

- Pamela jest znacznie starsza - zaoponowała poprzednia. - Całą wiedzę o świecie czerpiesz z Niedoli Esmeraldy, a to przecież kompletne bujdy... - dodała z westchnieniem.

- Bujdy, nie bujdy - replikowała staruszka - zawsze musi być w nich jakieś ziarno prawdy...

Lilli uśmiechnęła się cierpko. Znała tę argentyńską telenowelę, która, jak widać, zawitała i do tego wschodnioeuropejskiego zaścianka. Domyśliła się, że oceniają ją dwie, wspomniane przez mecenasa, stare panny, dla których oglądanie szmirowatych egzotycznych tasiemców było być może ostatnią przeżywaną wspólnie przyjemnością. Serial opowiadał o ubogiej, acz chędogiej dzieweczce z ludu, Esmeraldzie, która mimo rozlicznych przeciwności losu pnie się w górę po drabinie społecznej, by zdobyć w końcu wymarzonego księcia z baśni, młodego przemysłowca Raula, zresztą dalekiego kuzyna, a może przyrodniego brata, co się nie chciało wyjaśnić przez mniej więcej pięćdziesiąt albo i sześćdziesiąt odcinków. Wspomniana ciotka Pamela była czołowym szwarccharakterem łzawej opowieści, wredną bogatą jędzą, nieustannie piętrzącą wielokrotne przeszkody przed zakochaną parą i utrudniającą jej połączenie na ślubnym kobiercu.

A więc tak mnie oceniają na pierwszy rzut oka, skonstatowała w myślach dziedziczka. Stare małpy... Oby nie przekonały się na własnej skórze, ile jest prawdy w latynoskich fantazjach.

Weszła do zaplutej, zaszczanej bramy, marszcząc z dezaprobatą nosek.

W pierwszej chwili skierowała się w stronę kantorku Lucjusza, lecz ostatecznie przywabiły ją, docierające z naprzeciwka narastające odgłosy kłótni dwóch kobiet, w której co rusz powtarzało się jej rodowe nazwisko. Herzenglas. Weszła zatem po schodkach do wnętrza prawego skrzydła kamienicy i zatrzymała się przed odrapanymi drzwiami z namazanym kredą napisem "K + M + B" oraz niewielką, mosiężną wizytówką "Aurelia i Weronika Ostrobramskie". Poniżej znajdowała się doczepiona karta brystolu z krzywym napisem "Salon Wróżb Madame Wera, dzwonić dwa razy". Gwałtowna wymiana zdań stała się teraz znacznie lepiej słyszalna.

- Setki razy tłumaczyłam ci, że Herzenglasowie nie są Żydami, tylko Niemcami! - wołała zirytowana Wera.

- Wsio rawno, jednaka swołocz. - odparła flegmatycznie Aurelia. - Wszyscy chcieli pić niewinną krew naszego pobożnego narodu... Teraz to znowu wraca - dodała z przekonaniem.

- I co ty ciągle o Żydach? - nie ustępowała młodsza siostra. - Jezus, Maria, też Żydzi.

- Nie bluźnij, czarownico - krzyczała wzburzona dewotka. - Pomyśl lepiej o zbawieniu duszy. Tym bardziej, że zło stoi już za progiem.

- Głupstwa pleciesz... - mruknęła Wera, wzruszając ramionami.

W tym momencie obie usłyszały dzwonek u drzwi wejściowych i jednocześnie zwróciły w tamtym kierunku głowy, siwą i farbowaną.

- A widzisz! - syknęła triumfalnie Aurelia. - Mówiłam! Mała jest lepszym medium od ciebie!

Olga ożywiła się nieco, również odwracając głowę w stronę drzwi wejściowych. Wera rzuciła siostrze mordercze spojrzenie i poszła do przedpokoju otworzyć drzwi. Nie zdziwiła się specjalnie, widząc, kto za nimi stoi.

Aurelia i Olga obserwowały rozmowę z pokoiku starszej siostry, zza półprzymkniętych drzwi.

- Dzień dobry, jestem Lilli Herzenglas - przedstawiła się dziedziczka z królewską prostotą. - Mam chyba przyjemność z panią Werą?

- Czy przyjemność, to się jeszcze okaże - odparła przebiegle wróżbitka, siląc się na żart. - Karty mi to powiedzą. Ale witamy panią...

- Skoro już jestem, prawda? - podchwyciła Lilli z delikatnym odcieniem ironii. - Postanowiłam osobiście poznać lokatorów i się przedstawić.

- Chce pani tutaj zamieszkać na dobre? - zainteresowała się Wera, zerkając z ukosa na przybyłą.

- Raczej na dobre i na złe... Tak się mówi, prawda? - upewniła się cudzoziemka.

- Owszem - potwierdziła Weronika. - Ale gdzie ja mam głowę! - zreflektowała się nagle. - Może pani wejdzie do środka, napije się herbaty albo naleweczki? Mogę także powróżyć... Wróżka Wera prawdę ci powie.

- Ach, ta staropolska gościnność, o której tyle słyszałam... - pochwaliła Niemka znów z lekka ironicznie. - Brakuje tylko chleba i soli.

Zrobiła mały krok do przodu, jakby chciała skorzystać z gościny, po chwili wahania jednak progu nie przestąpiła. Jeszcze nie. Miała przed sobą ważniejsze spotkanie.

- Dziękuję, zajrzałam tu tylko na chwilę. Chcę obejrzeć cały dom i poznać pozostałych mieszkańców.

- Niewielu już zostało... - stwierdziła ze smutkiem Wera. - Pewnie pani wie o tej historii z pożarem?

- Tak, wiem o tym - przytaknęła właścicielka. - Okropny wypadek. Dom trzeba wyremontować i zamienić... - dorzuciła, jakby tknięta nową myślą.

- W co? - zapytała bystro wróżbitka.

- Jeszcze nie jestem pewna... - odparła szczerze Lilli.

Gdzieś z bocznego, zamkniętego pokoju dobiegły łagodne tony wiolonczeli. Lilli przechyliła głowę, nasłuchując.

- Jaka ładna muzyka!

- To nasza sublokatorka, Alicja, studentka Akademii Muzycznej - wyjaśniła Wera, prostując się dumnie. - Ćwiczy przed dzisiejszym występem w klubie.

Instrument stał oparty o pusty fotel, smyczek leżał na siedzeniu. Dziewczyna uruchomiła płytę z tym samym, granym przez nią uprzednio utworem wiolonczelowym. Uczyniła tak, by zaczaić się przy półotwartych drzwiach i podsłuchać z ukrycia rozmowę dwóch kobiet. Kiedy Lilli zwróciła głowę w stronę drzwi jej pokoju, Alicja cofnęła się na wszelki wypadek.

- Sami ciekawi ludzie... - skonstatowała Niemka, takim tonem, jakby chciała powiedzieć coś innego. - Wszyscy mogą być spokojni o swój los - dodała łaskawie, odpowiadając na pytanie, chociaż nie zadane, jednak wiszące w powietrzu. - Nie zamierzam nikogo usuwać.

- Wiemy, wiemy, mówił już to nam pan mecenas - przytaknęła skwapliwie Weronika.

Lilli uśmiechnęła się chłodno.

- No właśnie. Chętnie zajrzę tutaj za jakiś czas na babskie ploty i wróżby.

- Ja i siostra będziemy zaszczycone - oznajmiła staruszka.

- Do zobaczenia wkrótce - powiedziała Lilli na odchodnym. - Porozmawiam teraz z waszym sąsiadem - rzuciła od niechcenia, kierując się na drugą stronę bramy.

Gdy Wera zamknęła za nią drzwi, spotkała się oko w oko z siostrą.

- Ależ się przed nią płaszczyłaś! "Ja i siostra będziemy zaszczycone" - przedrzeźniała Aurelia. - Wstydziłabyś się!

Wera wzruszyła ramionami. W rozmowach ze starszą robiła to bardzo często.

- O co ci chodzi? Starałam się być po prostu uprzejma... W tej kobiecie jest coś dziwnego, jakby niebezpiecznego. Lepiej z nią nie zadzierać.

- Zwłaszcza, że nasz dalszy los zależy od niej - zauważyła nagle trzeźwo Aurelia, wzdychając przy tym lękliwie. - W Bogu jedynie nadzieja... Ona i tak nie dała się nabrać na twoje zaloty. Sama widzisz, że zaraz pobiegła do tego Żyda, Cyferblata.

Wera znów się zirytowała.

- Przestałabyś z tymi Żydami! Pan Lucjusz to taki porządny człowiek! Wiele w życiu przeszedł, jak my...

Rozmowa, a raczej sprzeczka toczyła się dalej, jak zwykle, jak dziesiątki podobnych, siłą własnego rozpędu.

- Dla mnie to wszystko jednaka swołocz... Wróg naszego narodu zawsze będzie wrogiem.

- Stara wariatka! To twoje cholerne radio całkiem rozmiękcza ci mózg! Powinnam ci je zabrać!

Wera sięgnęła agresywnie w stronę odbiornika, jakby zamierzała go za chwilę roztrzaskać o ścianę. Jej siostra błyskawicznie chwyciła leżącą pod ręką laskę i zaczęła nią wymachiwać, odpędzając świętokradczą dłoń.

- Ani mi się waż! Dostałam je od sióstr bogdanek! Ojciec Dobrodziej to święty człowiek!

- Święty z papieru wycięty! Oddajesz mu połowę emerytury! Zwykły naciągacz!

- Milcz, czarownico! Diabeł cię chyba opętał!

- Przynajmniej mi daje zarobić! A tobie co daje twój Pan? Nędzę z bidą!

- Nadzieję, że się kiedyś nawrócisz!

- Stuknięta dewotka!

- Wredna wiedźma!

Siedząca w kącie Olga zatkała w końcu palcami uszy i wydała przeraźliwy pisk. Obie kobiety uspokoiły się natychmiast. Podeszły szybko do chorej dziewczynki z zatroskanymi minami.

Tymczasem Alicja, wykorzystując nieuwagę sióstr, przeszła na paluszkach korytarzyk i przedpokój, po czym wymknęła się niepostrzeżenie na zewnątrz.

Gdy znalazła się w bramie, zdążyła zobaczyć Lilli znikającą w kantorku Lucjusza. Nie zaryzykowałaby jednak podsłuchiwania pod drzwiami, rozejrzała się więc niepewnie po pogrążonym w półmroku bramnym tunelu. Po chwili zastanowienia wyszła na podwórko i spostrzegła z zadowoleniem, że okno parterowego mieszkania jest półotwarte. Dobiegały z niego przytłumione dźwięki starego tanga. Skradając się, podeszła do okna i ukryła się za pojemnikiem na śmieci z napisem "Bracia Strachy". Buszujące w nim koty nie zwróciły na dziewczynę specjalnej uwagi. Mogła stąd, względnie bezpiecznie, podsłuchać rozmowę obcej dziedziczki z zegarmistrzem.

Lucjusz siedział jak poprzednio przy swoim pulpicie, zajęty naprawą zegarka, niespecjalnie zwracając uwagę na niecodziennego gościa. Lilli stała chwilę niezdecydowanie pośrodku pomieszczenia, potem podeszła do stojącego w rogu patefonu i wsłuchała się w tony rzewnego tanga, równocześnie wodząc badawczym spojrzeniem po całym wnętrzu. W pewnej chwili wydało się jej, że jeden z wiszących na ścianie zegarów zaczyna się cofać gwałtownie...

Mrugnięcie powiekami i odezwanie się Lilli zniweczyło dziwną iluzję.

- Ulubiona melodia mojego ojca... - powiedziała z odrobinką nostalgii. - Nucił ją często w Buenos Aires.

Lucjusz uśmiechnął się cierpko, nie odrywając oczu od pracy.

- To całkiem naturalne w Argentynie, ojczyźnie tanga - odpowiedział stłumionym głosem. - Wcześniej lubił trochę inne melodie.

- Jakie na przykład? - zainteresowała się Niemka, choć wyczuwała w stwierdzeniu pułapkę.

- Bo ja wiem? - zastanowił się przekornie staruszek. - Deutschland uber alles?

Lilli wzruszyła z niezadowoleniem ramionami, starała się jednak za wszelką cenę zachować spokój. Sprawa była zbyt ważna, by poddawać się niepotrzebnym emocjom.

- To upojne tango - stwierdziła, próbując nadać swemu głosowi cieplejsze brzmienie - stało się dla mnie, dzięki opowieściom ojca, niemal symbolem tego starego domu... Jak parę innych rodzinnych pamiątek.

Sprawiała wrażenie lekko spiętej. Obojętność Lucjusza wyraźnie wyprowadzała ją z równowagi. Rozglądała się wciąż po pokoju, niepewna, jak nawiązać dalszą rozmowę. W końcu zwróciła uwagę na stare, zakurzone syfony.

- W Polsce ludzie nadal używają syfonów? - zdziwiła się szczerze.

- Nie, to już przeszłość - odparł starzec , kręcąc lekko siwą głową, ale wciąż skupiony na pracy. - Tak sobie je trzymam, na pamiątkę. Nigdy nie wiadomo, jaka głupotka okaże się bezcennym zabytkiem dla przyszłych pokoleń. Za to zegarki nadal są używane i na szczęście dla mnie, nadal się psują. Cóż by ludzie poczęli bez wymiaru czasu? Błądziliby jak dzieci, zagubione we mgle. A jednak świadomość upływających minut, godzin i lat przypomina również to, co nieuchronne... A propos, jak się miewa szanowny tatko panienki? - dorzucił, łypiąc na nią po raz pierwszy okiem bez lupki, dość chytrze i przekornie.

Wzdrygnęła się i odruchowo zacisnęła palce prawej dłoni na diamentowym wisiorku.

- Przecież pan wie, co stało się w Argentynie. Myślę, że czuje się w miarę dobrze, zważywszy okoliczności - odparła w podobnym stylu.

W krótkim przebłysku wspomnień ujrzała płonący samochód pośrodku autostrady wiodącej przez egzotyczną dżunglę. Auto otaczali rozradowani, ciemnoskórzy wieśniacy z pochodniami i maczetami w dłoniach. W środku zniszczonego wehikułu miotała się jakaś ciemna postać...

Lucjusz skinął poważnie głową.

- Zdziwiło mnie, kiedy napisałaś, że zginął w wypadku - oświadczył, przechodząc z nią otwarcie na "ty". - Myślałem że wy, Herzenglasowie, jesteście niezniszczalni... Bez względu na okoliczności.

Lilli westchnęła przeciągle.

- Bywają sytuacje, w których niewiele się daje zrobić. Samochód spłonął doszczętnie... - wyjaśniała zwięźle.

Potrząsnęła głową, jakby próbowała odgonić złe wspomnienia.

- Auto podpalili zbuntowani robotnicy hacjendy...

- Szanowny ojczulek musiał ich doprowadzić do ostateczności - zauważył kwaśno Cyferblat. - Zapewne pokazał swoje prawdziwe oblicze.

Lilli pominęła tę uwagę milczeniem.

- Udało mi się potem zebrać prochy i zamienić je w ten klejnot - informowała dalej beznamiętnie. - Z prochu powstałeś, w diament się obrócisz...

- "Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament"... - zacytował z przewrotnym uśmieszkiem staruszek.

- Słucham?! - zdumiała się cudzoziemka.

- Wiersz wielkiego polskiego poety - objaśnił żydowski zegarmistrz. - A teraz poezja stała się faktem naukowym... - skonstatował z ledwie wyczuwalną drwiną. - Prawdziwy cud nowoczesnej techniki!

Lilli skinęła głową, zerkając nieufnie na gospodarza.

- No właśnie. Zawsze więc pozostaje cień nadziei. Właśnie dlatego przyjechałam... Do Źródła, gdzie się wszystko zaczęło...

- Do domu pełnego złych wspomnień... - przerwał jej z naciskiem.

Lilli zacięła usta. Wciąż nie mogła trafić do serca tego niepojętego człowieka.

- Złych, czy dobrych, to zależy od punktu widzenia. Ojciec opowiadał mi, co działo się tutaj w dawnych czasach...

- Dawnych, lecz niekoniecznie dobrych... - podchwycił ciągle tym samym, dwuznacznym tonem.

Lilli poczuła się nagle bezradna, jakby biła drobnymi piąstkami w gruby i twardy mur.

- Skąd tyle goryczy, panie Lucjuszu? - zapytała z wyrzutem. - Pańska rodzina chyba nie mogła narzekać? Żyliśmy w zgodzie ze sobą. Tolerowaliśmy wasz sklepik...

- Idealna symbioza ras, religii i kultur - mruknął gospodarz. - Miasto było z niej kiedyś dumne. W zamian musieliśmy kryć różne wasze ciemne sprawki... Splugawiliście to święte dla nas miejsce swoją chciwością i żądzą władzy...

Podniósł głowę, wyjął lupkę z prawego oczodołu i po raz pierwszy spojrzał Niemce prosto w twarz. Lekko zadrżała pod przeszywającym spojrzeniem szarych, zmęczonych, a jednak emanujących wielką siłą ducha oczu.

- Wciąż było gorzej i gorzej...

Z trudem powstrzymała gest irytacji. Jak większość jej rodaków, nie lubiła, kiedy wypominano im grzechy przodków.

- Daj pan spokój! - przerwała ostrzej, niż zamierzała. - Po co do tego wracać? To było tak dawno...

- Sama to prowokujesz, panienko - zauważył spokojnie. - Nie trzeba było tutaj przyjeżdżać.

- Jestem to winna memu ojcu - odpowiedziała twardo, znowu kołysząc diamentem. - A skoro już grzebiemy się w przeszłości, przypominam, że pomogliśmy wam ukryć się przed nazistami. Przesiedzieliście bezpiecznie w podziemiach całą wojnę...

- Podczas gdy inni z radością wydaliby nas w ręce Gestapo? - podchwycił znowu z ironią. - Nie tylko niemieccy fabrykanci byli pod tym względem nadgorliwi, niektórzy "prawdziwi Polacy" również. Nie uważam, żeby chodziło głównie o antysemityzm, raczej o bogato urządzone mieszkania... Tak więc na powierzchni działy się znacznie gorsze rzeczy.

- Proszę, przestańmy w tym grzebać! - syknęła z nieukrywaną złością.

- Bo ty, panienko, nie wiesz, jaki to cymes przesiedzieć prawie pięć lat w dusznym, wilgotnym lochu - podjął Cyferblat, nie zwracając uwagi na jej wybuch. - Mama i siostry nie wytrzymały nawet dwóch lat. Pochorowały się i umarły. Ojciec golił się codziennie brzytwą. Na wypadek, gdyby nas jednak znaleźli, chciał wyglądać godnie. Pewnego razu, nie wiem, czy był to wieczór, czy ranek, zaciął się tak głęboko, że się wykrwawił. Zostałem tylko ja. Oszalały rudy gnom, strażnik ukrytych skarbów, siedzący na stercie trupów... Zapomniałem wtedy, jak się odmawia kadisz i zwątpiłem w dobrego Boga...

Teraz on miał przez chwilę wizję wychudłego, brudnego, żydowskiego chłopca w łachmanach, siedzącego obok zwłok swoich bliskich. Bladą, pożółkłą twarzyczką bez reszty zawładnął wyraz straszliwego zaszczucia i całkiem fizycznego głodu.

Lilli stawała się coraz bardziej zniecierpliwiona i poirytowana.

- Panie Lucjuszu! Proszę! Nie wracajmy do tamtych czasów. Wiem, że były straszne - zaapelowała, wznosząc obie ręce niemal w modlitewnym geście.

- W pewnym sensie zawsze są straszne - zauważył filozoficznie i jakby pojednawczo. - Tylko wtedy ludzie przestali udawać. Ukazali swoje prawdziwe oblicze.

- Jakie?

- Bestii znacznie gorszych od niejednego demona.

- Wielu ludzi wtedy postępowało źle - zaczęła ostrożnie Lilli - ale myśmy postąpili dobrze, dając wam szansę ocalenia. Dopilnowaliście naszego największego skarbu...

- Bo inaczej przejęliby go naziści, nieprawdaż? - wpadł jej w słowo zegarmistrz.

Zachichotał, wciąż spoglądając na nią przenikliwie. Lilli nie odpowiedziała, skrzywiła tylko karminowe usta, uważnie obserwując gospodarza znad opuszczonych lekko ciemnych szkieł.

- Bystra jesteś, panienko - zauważył. - Jak cała wasza rodzina. Dajesz mi do zrozumienia, że mamy wobec siebie wzajemny dług wdzięczności?

- Coś w tym stylu - potwierdziła.

- I właściwie masz rację. Ludzie przestali być małpoludami, kiedy się nauczyli współpracować. Więc czego oczekujesz?...

Lilli otwierała już usta, by wyrazić życzenie, lecz w tym momencie zza otwartego okna na podwórze dobiegła donośny, młodzieńczy głos, psując zupełnie tę chwilę.

- Alicja! Alicja!!!

Odwróciła się z niezadowoleniem w stronę okna.

- Kto tam tak wrzeszczy?

Lucjusz nadal chichotał z cicha, zacierając pomarszczone, gęsto porosłe siwą szczeciną dłonie.

- Lubię, gdy się młodzi kochają... To pewnie Ariel śpiewa pod oknem serenadę dla swojej wybranki.

- Aha... - mruknęła dziedziczka, przypominając sobie informacje mecenasa o pozostałych lokatorach.

Podeszła szybko do zawalonego starymi bibelotami parapetu. Zdążyła zauważyć plecy umykającej Alicji, idącej szybko w stronę stojącego pod przeciwległym oknem chłopaka.

Alicja wyskoczyła jak z procy zza kubła, płosząc koty, które rozbiegły się z gniewnym sykiem. W paru susach znalazła się przy odwróconym do okna Arielu i puknęła go w ramię. Zdziwiony chłopak obejrzał się. Dziewczyna chwyciła go bezceremonialnie za łokieć i pociągnęła w kąt podwórka, szepcząc gorączkowo:

- Przestań się wydzierać, idioto! Wszystko zepsułeś!

- Myślałem, że sobie ćwiczysz... - usprawiedliwiał się skonfundowany.

Zrobił ruch głową w stronę okna pokoju Alicji, z którego nadal dobiegał klasyczny utwór na wiolonczelę.

Dziewczyna zaśmiała się z triumfem, patrząc z politowaniem na chłopaka.

- Nawet ty dałeś się nabrać. A podobno masz słuch absolutny. Powinieneś odróżnić nagranie od żywego wykonania. Płyta kręci się na okrągło. To mój najlepszy kamuflaż. Zwłaszcza przed tą porąbaną Aurelią, która strzeże mej cnoty, jak własnej. Omal mnie nie zdekonspirowałeś...

- A co właściwie robiłaś?! - zaciekawił się Ariel.

- Cicho, cicho bądź - syknęła, rozglądając się czujnie. - Powiedzmy, że kogoś obserwowałam.

Chłopak zmarszczył czarne brwi.

- Jakiegoś faceta? Chyba nie pana Lucjusza?

Parsknął dość głupim śmiechem. Dziewczyna skrzywiła się z niezadowoleniem.

- Właściwie nie powinno cię to obchodzić...

Chłopak był oburzony.

- Jak to?! Jak możesz tak mówić?! Przecież wiesz, że cię...

- Wiem, wiem, już wspominałeś - przerwała mu niecierpliwie. - Że też ci się nie znudzi. No więc mogę cię uspokoić, że nie był to facet, tylko kobieta.

Zbiła go z tropu. Spojrzał na dziewczynę z ukosa.

- Znając ciebie, nie wiem, czy to aby na pewno lepiej... Młoda czy stara?

Uśmiechnęła się szeroko, chociaż z lekkim przymusem.

- Jak dla nas dosyć stara. Ma pewnie około trzydziestki. Nie wiem, czy jest piękna, bo ciągle zasłania twarz, ale zachowuje się tak, jakby była. Bosko ubrana, same markowe ciuchy. Wygląda jak z argentyńskiej telenoweli, którą tak lubią oglądać Aurelia i Weronika. Przynajmniej w tym się zgadzają...

Ariel przyjrzał się jej uważnie.

- Lubisz obserwować i osądzać innych... Zgłoś się do tajnej służby. Ostatnio tyle się ich namnożyło...

Przechyliła przekornie głowę.

- A skąd wiesz, że już się nie zgłosiłam?

Wzruszył ramionami.

- Daj spokój. Żartowałem. I skąd się tutaj wzięła taka burżujka?

Dziewczyna puknęła go żartobliwie w czoło.

- Hej! Jest tam ktoś? Nie słyszałeś o pannie Lilli?

- Tej Lilli?! - mruknął wstrząśnięty.

- Herzenglas - potwierdziła Alicja.

Chłopak sam puknął się w czoło.

- Dziedziczka kamienicy! Już tutaj jest?!

- Tak, jest teraz u pana Lucjusza.

Teraz Ariel uśmiechnął się figlarnie.

- I mówisz, że jest ładna?

- Tego nie powiedziałam. Na pewno interesująca.

Zrobił rozmarzoną minę.

- Ładna, bogata... Może się z nią ożenię - stwierdził, wydymając usta. - Potrzebuję sponsora.

- Odpuść sobie - doradziła spokojnie. - Kobiecie luksusowej potrzebny jest luksusowy mężczyzna. Ty na takiego nie wyglądasz.

- Skąd wiesz? - zaoponował. - Może lubi artystów?

- Tak, na pewno marzy jej się utrzymywanie biednego muzyka - stwierdziła, prychając jak kotka.

- Nigdy nie wiadomo... - żartował dalej chłopak.

- Wiadomo. Każda inteligentna kobieta powtórzy ci to samo.

- Skoro jesteś taka mądra, to dlaczego do tej pory nie masz faceta? - zaatakował złośliwie.

- Może jestem na to za mądra - odpowiedziała twardo. - A panna Lilli... chyba także, skoro ciągle jest panną.

Ariel przyglądał się dziewczynie spode łba. Nie od dzisiaj próbował ją rozgryźć i nie od dzisiaj się ze sobą droczyli.

- Więc zaprośmy ją na koncert... Przy okazji wybadamy, co ta Niemra kombinuje.

- Tym się już zajmie Opiekun - przypomniała mu. - Nie powinniśmy działać na własną rękę.

- Przestań być sztywna jak ta twoja wiolonczela! Zobaczysz, że nasza muzyka ją zauroczy. A tak w ogóle, to chyba pora wrócić na próbę?

Alicja skinęła głową.

- Dobrze, zaraz przyjdę, wezmę tylko instrument. Dziś wieczorem chcę pójść na całość.

Oczy chłopaka roziskrzyły się ciekawością.

- Zmienisz image? Jak będziesz wyglądać?

- Nie za dużo chciałbyś wiedzieć? Jeśli ta dziedziczka rzeczywiście zechce nas wieczorem odwiedzić, sama zacznę z nią rozmowę i spróbuję się czegoś dowiedzieć.

Chłopak wybuchnął nagle głośnym śmiechem.

- Ty jako femme fatale! To dopiero będzie odlot! Wszyscy padną!

- Przekonasz się wieczorem... albo nie. Niczego nie obiecuję. Kobieta zmienną jest... - droczyła się z nim dalej.

Ariel znów wydął usta.

- Baby! Tyle panienek na mnie leci, a ja musiałem zakochać się akurat w tobie... Jakbym ostatnio nie miał dosyć kłopotów. Chyba jestem przeklęty.

- Prawdziwe nieszczęście, co? - zripostowała kpiąco. - Zakochać się we mnie... Powinieneś wystrzegać się kobiet. Nigdy nie są tym, czym się wydają...

W tym momencie spojrzała w górę, wiedziona dziwnym przeczuciem. Wydało się jej, że widzi jakiś cień majaczący w jednym z pustych, wytłuczonych częściowo okien w spalonej części domostwa. Na jej twarzy pojawił się czujny lęk. Ponownie chwyciła chłopaka za ramię i pociągnęła w głąb bramy. Skrzydło okienne otworzyło się gwałtownie, jak pchnięte od wewnątrz i na bruk dziedzińca posypały się resztki pękniętej szyby. W miejscu, gdzie upadły, wykwitła na bruku brunatna, jakby krwawa plama.

Alicja pochyliła się i szepnęła do ucha Ariela:

- Widzisz, dom się gniewa się na nas. Chyba nie lubi źle ulokowanych uczuć. Idź pograć z Emo, a ja zaraz do was dołączę. Uciekaj, zanim spadnie na nas coś ciężkiego...

- Po prostu dom się sypie - sceptycznie ocenił chłopak. - Więc zaraz przyjdziesz? - upewnił się.

- Tak, oczywiście... Ależ jesteś marudny...

Zniknęła w czeluści bramy, cicho się śmiejąc. Ariel spoglądał za nią trochę gniewnie.

- Kobiety...

Wzruszył ponownie ramionami, odwrócił się na pięcie i wielkimi krokami ruszył w stronę zrujnowanej fabryki.

- Mężczyźni... - mruknęła panna Lilli, wpatrując się w jego szerokie plecy.

Odwróciła się w stronę Lucjusza, który tymczasem przemieścił się na środek pomieszczenia, w pobliżu stolika z filiżankami i starym ekspresem do kawy, co właśnie zabulgotał. Obserwując gościa kątem oka, staruszek spokojnie nalewał kawę do filiżanek. Potem zaprosił kobietę gestem, by usiadła obok w fotelu i przesunął w jej stronę talerzyk z ciasteczkami.

- Pytał pan, czego oczekuję? - powiedziała po chwili milczenia. - To przecież oczywiste... Pisałam o tym. Potrzebny mi plan podziemi.

Lucjusz uśmiechnął się chytrze samym kącikiem warg.

- Przecież w miejskim archiwum na pewno są szczegółowe plany całego domu - odparł spokojnie. - W tym również piwnic.

Lilli skrzywiła się, z trudem opanowując irytację.

- Dobrze pan wie, że tamte plany nie są nic warte. Stworzono je na użytek nazistów i późniejszych władców Miasta. Potrzebny mi jest prawdziwy plan starych lochów...

- Panienko, a niby skąd miałbym go mieć? - odpowiedział niewinnym tonem. - Jeśli nawet rzeczywiście istniał taki plan, oryginał zaginął podczas wojny i nikt go więcej nie widział.

Potrząsnęła niecierpliwie głową.

- Niech pan przestanie się bawić ze mną w kotka i myszkę! Zna pan lepiej ode mnie wszystkie tajemnice tego domu! Przesiedział pan tyle czasu pod ziemią... Jeśli nawet plan zginął, na pewno ma pan kopię...

- Owszem, istniała kopia - przyznał niechętnie Lucjusz.

- A więc jednak! - zawołała z triumfem. - Gdzie teraz jest?

Dotknął siwej skroni koniuszkami palców.

- Była tutaj, bezpiecznie ukryta.

- Chyba zdoła ją pan odtworzyć? - spytała, poruszona. - Ewentualnie posłużyć mi za przewodnika? - dorzuciła z nadzieją.

Lucjusz rozłożył bezradnie ręce, wskazując na swoje bezwładne nogi, spoczywające na podpórkach wózka.

- Z tymi nogami miałbym błądzić po piwnicach? Jak to sobie wyobrażasz, panienko?

- W takim razie proszę narysować mapę podziemi. - naciskała. - Sama się tam wybiorę.

- Nie wiem, czy to jeszcze możliwe - odpowiedział z westchnieniem.

- A to dlaczego?!

- Kiedyś miałem świetną pamięć - wyjaśnił. - Teraz jestem stary i umysł mocno szwankuje... Nie jestem pewien, czy zdołam cokolwiek sobie przypomnieć.

- Co to za kpiny! - warknęła. - Nie widzę żadnych oznak starczej demencji! Owszem, ciało odmawia posłuszeństwa, ale umysł nadal w formie.

- Skąd pani wie? -zareplikował, zerkając spode łba.

- Wystarczy spojrzeć.

Wzięła filiżankę na spodeczku i popijała kawę małymi łyczkami. Ręce jej lekko drżały, filiżanka dzwoniła o spodeczek. Równocześnie błądziła wciąż wzrokiem po pokoju, jakby szukając punktu zaczepienia. Wreszcie zatrzymała spojrzenie na przeciwległej ścianie, oklejonej starymi gazetami. Mogła nawet z tej odległości odczytać krzykliwe tytuły: Tajemnicze zabójstwo prezesa W.; Ciężarna wyskoczyła oknem; Tata Tasiemka terroryzuje spokojnych obywateli. Policja na tropie groźnego bandyty; Sowy atakują listonoszy!; Sfora wilków postrachem całego miasta...

Lucjusz obserwował ją spod oka, z ironicznym, ale i pobłażliwym uśmieszkiem, jakby spoglądał na niesforną wnuczkę.

- Zrobisz wszystko, żeby odzyskać skarb Herzenglasów, prawda, panienko? - wycedził w końcu przez zaciśnięte zęby.

Lilli, wciąż zapatrzona w ścianę, odstawiła filiżankę i położyła ponownie dłoń na wisiorku z diamentem.

- Jestem to winna moim przodkom. Tam chyba były kiedyś drzwi na klatkę schodową dla służby? - zagadnęła, wskazując oklejoną ścianę.

- Tak, możliwe - mruknął starzec, spuszczając oczy. - Od dawna zamurowane.

- Skoro pan, stary przyjaciel rodziny, nie chce mi pomóc, może zrobi to Tata Tasiemka? - zaatakowała niespodziewanie.

Lucjusz spojrzał na nią jak na wariatkę, potem buchnął ochrypłym śmiechem.

- Co też panienka opowiada! Ten słynny, nieuchwytny gangster? Po wojnie słuch o nim zaginął... Jeśli naprawdę istniał, z pewnością od dawna nie żyje.

- Słyszałam, że nadal ukrywa się gdzieś w okolicy? - podjęła, zerkając na niego z ukosa.

Lucjusz wzruszył ramionami.

- To jedynie miejska legenda - tłumaczył niedbale i pobłażliwie - stworzona przez tutejszych lumpów. Wymysły przeżartych alkoholem pijaczków wystających po bramach. Niech tylko kogoś okradną albo zabiją, zaraz mówią policji: "To na pewno Tata Tasiemka!" Śmiechu warte, panienko - zakończył, machnąwszy ręką.

Cierpliwość Lilli wyraźnie się wyczerpywała. Palce coraz szybciej bębniły po przezroczystym kamieniu.

- Wiesz równie dobrze jak ja, że mam sposoby, by odświeżyć ci pamięć! - zasyczała wściekle.

- O, nie wątpię! - przytaknął ironicznie. - Zawsze byliście bezwzględni, gdy chodziło o waszą własność! Tylko widzisz, panienko, w moim wieku człowiek już się nie boi śmierci. Czasem ją wręcz przyzywa...

- Ale ból zawsze jest bólem - stwierdziła zimno.

- Nacierpiałem się w życiu dość, żeby nie bać się również bólu - zareplikował staruszek. - Chyba panienka nie chce, żebym zabrał tajemnicę do grobu?

Nastąpiła chwila napiętego milczenia. Zza półotwartego okna dobiegły przytłumione dźwięki muzyki, granej w Klubie. Lucjusz niespodziewanie przymknął oczy, odchylił głowę do tyłu i uśmiechnął z lubością.

- To Ariel i jego zespół. Wspaniałe!

- Słuch ma pan wciąż doskonały? - zauważyła.

- Ta muzyka nie pozwala przedwcześnie zasnąć i pożegnać się z tym światem. Zawsze miałem słabość do uzdolnionej młodzieży - dodał z dwuznacznym uśmieszkiem.

Lilli zastanawiała się chwilę, marszcząc brwi. Potem poprawiła okulary, pochylając się w stronę starca. Ujęła w obie dłonie jego spracowaną prawicę i powiedziała prosząco, niemal błagalnie:

- Kochany panie Lucjuszu, przez pamięć dawnych lat i wspólnej historii naszych rodzin bardzo proszę, aby pan jednak sobie wszystko przypomniał. Jest pan dla mnie w tej chwili jedynym łącznikiem z przeszłością tego domu.

Pomarszczone oblicze rozjaśniło się. Staruszek zdawał się być mile ujęty zmianą tonu, jakim przemawiała dziedziczka.

- "Kochany panie Lucjuszu!" - powtórzył jak echo. - Od dawna nikt tak do mnie nie mówił! No, skoro panienka tak ładnie prosi, obiecuję, że spróbuję wytężyć nieco sfatygowaną pamięć. Potrzebuję trochę czasu - zaznaczył.

- Będę czekała - zapewniła. - Proszę jednak pamiętać, że nawet moja cierpliwość ma granice.

- Jaka panienka podobna do starego Herzenglasa! - skonstatował znów z lekka ironią. - Wykapany dziadunio! Oczywiście z charakteru, nie z urody.

- Wygląda na to, że teraz ja jestem głową rodziny - stwierdziła tonem oczywistości.

- A gdzie się podziewa brat? - spytał cicho zegarmistrz.

Lilli wzdrygnęła się mimowolnie.

- Lepiej nie pytać... Nie chciałby pan tego wiedzieć.

- Aha - mruknął, jakby znał już odpowiedź.

Zapadła chwila niezręcznego milczenia. W końcu Lilli wstała i ruszyła w stronę wyjścia. Lucjusz towarzyszył jej na wózku do samych drzwi.

- Proszę się odezwać, kiedy tylko coś pan sobie przypomni - zażądała cudzoziemka. - Zna pan numer mojej komórki? - raczej stwierdziła, niż zapytała.

- Nie tylko komórki, ale nawet krypty, chi, chi... - przytaknął, znowu chichocząc. - Natychmiast zawiadomię panienkę, kiedy tylko coś sobie przypomnę - obiecał niezbyt szczerze.

- Wierzę - odparła bez przekonania. - Do zobaczenia wkrótce - pożegnała się, dając do zrozumienia, że na pewno nie odpuści staremu.

Kiedy nieproszony gość wreszcie opuścił progi warsztatu, Lucjusz patrzył długą chwilę w zamknięte drzwi, mamrocząc pod nosem ledwie słyszalne przekleństwa albo magiczne zaklęcia. Potem odwrócił się razem z wózkiem i podjechał w stronę stołu zastawionego zegarami i różnymi innymi rupieciami. Sięgnął po stary, nigdzie nie podłączony telefon z obrotową tarczą i wykręcił na niej długi szereg cyfr, nie podnosząc słuchawki i cały czas mamrocząc. Z szeregu stojących na półce płyt wyciągnął potem jedną i puścił na gramofonie. Rozległa się tęskna melodia, podobna do granej właśnie przez młodzież w hali fabrycznej.

Zegary oszalały, kręcąc się w różne strony. Ściany zachwiały się i rozmazały, pokój zdawał się trząść w posadach.

Lucjusz patrzył wyczekująco na ścianę oklejoną gazetami. Po chwili pojawił się na niej niewyraźny zarys drzewa kabalistycznego, drabiny Sefirotów...

Staruszek odczekał jeszcze moment, po czym bez najmniejszego wysiłku wstał z fotela, dziarskim krokiem podszedł do widmowych drzwi i zniknął w mrocznej czeluści.

Lilli szła powoli przez podwórko, kierując się w stronę zrujnowanej fabryki. W pewnej chwili rozgniotła pantofelkiem kawałek szkła, pochyliła się i przystanęła chwilę nad krwawą plamą na spękanym bruku. Potem spojrzała w górę, ku wytłuczonym oknom.

Jakiś cień, jakby kobiety w zaawansowanej ciąży, wyraźniejszy od innych, cofał się w stronę wybitego okna przed innymi cieniami. W końcu zawisł nad krawędzią i poleciał gwałtownie na bruk. Gdy uderzył o ziemię, zapadła zbawcza ciemność, niosąca ukojenie znękanej duszy.

Chociaż muzyka grana w Klubie rozbrzmiewała coraz głośniej, w pewnej chwili przebiły się przez nią tony z płyty grającej w mieszkaniu Lucjusza.

Lilli wyprostowała się z zagadkowym uśmiechem. Ruszyła energicznie w stronę fabryki i przystanęła w półotwartych wrotach hali, obserwując grający zespół.

Młodzi zauważyli drobną, elegancką sylwetkę w jasnym otworze wejścia i spojrzeli po sobie porozumiewawczo, nie przerywając gry.

Lilli przyglądała się im uważnie z nieporuszonym obliczem. Po chwili odeszła.

Zespół skończył akurat grę. Alicja, Ariel i Emo patrzyli dalej, jak urzeczeni, w prostokąt światła, w którym zniknął cień właścicielki.

- To była ta Niemka z Argentyny?! - wykrztusił Ariel.

Alicja potwierdziła skinieniem głowy.

Ariel uśmiechnął się z przymusem.

- Niezła, choć dla mnie trochę stara - stwierdził, siląc się na nonszalancję. - Uważnie mi się przyglądała. Chyba miałbym u niej szansę... Laski zawsze lecą na liderów.

Alicja skrzywiła się ironicznie.

- Od kiedy to jesteś liderem?

Emo spojrzał z wyrzutem na idola.

- Mało ci jednej wariatki? - zaszeptał z namiętnym wyrzutem, poprawiając gęstą grzywę spadającą na podmalowane oczy. - Potrzebna ci jeszcze zagraniczna burżujka?

- Słyszałam, Emo - ostrzegła chłopca Alicja.

- Dzieciak jesteś - mruknął pobłażliwie starszy kolega. - Nie masz o tym pojęcia.

- Widziałem, jak wywalałeś na nią gały! - zawołał płaczliwie wiotki skrzypek. - I normalnie ślina ci ciekła! Ta baba rzuciła na ciebie urok!

- Co ty tam wiesz, mały... - odparł bagatelizująco Ariel.

- Swoje wiem! - nie ustępował młodzik. - To zła kobieta! Czarownica! - zapiał rozpaczliwie.

Zakłopotany Ariel roześmiał się nieco sztucznie.

- Dajcie spokój z tymi swoimi czułościami - wtrąciła zniecierpliwiona dziewczyna. - Olga znowu coś narysowała - zwróciła ich uwagę w inną stronę.

Sięgnęła do leżącej na ziemi teczki i pokazała chłopcom kartkę wyjętą z notesu Olgi. Pochylili się nad nim z ciekawością. Na ich twarzach odmalowały się mieszane uczucia.

- Co to ma być?! - jęknął Ariel. - Moja biedna siostrzyczka całkiem już świruje!

- Nie widziałeś Martwego zła? - spytał najmłodszy z muzyków, także bardzo przejęty. - Albo Nocy żywych trupów?

- Twoja siostra ma talent - stwierdziła poważnie wiolonczelistka. - Obrazek pasuje na okładkę naszej płyty... Jeśli ktoś zechce ją wydać.

- Olga czuje sprawę... - emocjonował się Emo, jak to Emo. - Pokazała prawdziwe oblicze tej... obcej. Ta kobieta to zło...

- Przymknij się, świrusie - zgasił go brutalnie starszy chłopak, nie bacząc, że w oczach młodzika zalśniły łzy. - I bez ciebie mam dosyć problemów.

- W każdym razie, skoro tutaj zajrzała, wygląda na to, że przyjdzie na nasz koncert - oceniła trzeźwo sytuację Alicja. - Będę miała okazję ją wybadać...

Ariel uśmiechnął się w tej chwili szelmowsko, prowokująco.

- A może lepiej ja się tym zajmę?

- To nie twoje zadanie! - zaprzeczyła szybko dziewczyna.

- Ciekawe, dlaczego? - zastanawiał się głośno gitarzysta.

- Wola Opiekuna - stwierdziła twardo. - Koniec dyskusji.

- Podejrzanie palisz się do tego zadania... - zauważył, łypiąc na nią nieufnie.

- A ty niby nie?! - zripostowała zaczepnie.

- Oboje jesteście okropni! - stwierdził mały tonem rozkapryszonego dziecka, dyskretnie ocierając zwilgotniałe rzęsy.

Zanosiło się na poważną kłótnię w zespole i nie wiadomo, czym by się skończyła, gdyby w wejściu do hali nie stanął Kuba. Nie zauważyli, od jak dawna ich słuchał.

- Nie kłócić się! - huknął ochroniarz tonem przywódcy. - Każdy robi to, co do niego należy. Tak nakazał Opiekun. Odpocznijcie teraz przed występem.

Młodzi z kwaśnymi minami wstali z krzeseł, zbierając instrumenty.

Lucjusz wędrował podziemiami, mijając plątaninę przerdzewiałych, cieknących rur, oświetlając sobie drogę staromodną latarką. Minął piwnicę, w której na betonowej posadzce spoczywały ludzkie kształty, zagrzebane w stosach brudnych szmat. Niektóre uniosły głowy na widok niespodziewanego intruza, wydając odpychające, nieartykułowane odgłosy. Lucjusz obserwował ich czujnie kątem oka. Dostrzegał przeraźliwie blade, zarośnięte i zdeformowane oblicza, z sinymi plamami i krwawymi śladami wokół ust... Było to jednak tylko migawkowe wrażenie. Postacie znowu znieruchomiały, gdy poszedł dalej.

Schodził w dół długą pochylnią, której koniec ginął w mroku. Szczury obserwowały go uważnie ze swoich nor, karaluchy rozbiegały się pod jego stopami. Wreszcie staruszek dotarł do samego jądra ciemności na dnie obszernej, nieckowatej pieczary. Poruszały się w niej jakieś przedziwne, trudne do zidentyfikowania kształty. Monotonny odgłos spadających kropli odmierzał rytm serca podziemi. Staruszek podszedł do ceglanej ściany, zamykającej ślepy korytarz. Uniósł latarkę i uważnie obejrzał ceglany mur.

Rozległ się świszczący, chrapliwy głos, dudniący echem w sklepieniach.

- Stało się coś, Lucjuszu?

Lucjusz skłonił się z powagą ciemnościom.

- Witaj, wspólniku - odpowiedział. - Ktoś mnie odwiedził... - poinformował, znacząco zawieszając głos.

Rozległ się rubaszny, głęboki śmiech.

- Domyślam się, że już przyjechała?

- Owszem, przyszła do mnie - przytaknął stary zegarmistrz.

Rozmowa toczyła się dalej potoczyście, niczym podziemny ściek, zrozumiała tylko dla obu wtajemniczonych.

- Czego chce?

- Powrotu do przeszłości. Próbuje przywrócić dawną chwałę swojego rodu.

- Szalona! Nie rozumie, że pewnych spraw nie da się cofnąć?

- Cwana jest, więc rozumie. Mimo to próbuje. Twierdzi, że jest to winna swoim przodkom.

- I jak chce to zrobić konkretnie?

- Domaga się planu podziemi oraz spotkania z tobą.

Znowu gromki, dudniący śmiech.

- Tylko tyle?! Ambitna, jak cała ta przeklęta rodzinka... Pragną odzyskać skarb... Co jej powiedziałeś?

- Że pamięć mnie zawodzi, a ty nie istniejesz.

- Bardzo dobrze. Postaraj się zwodzić ją jak najdłużej.

- To nie będzie łatwe. Mówiłem już, że jest cwana i bardzo silna.

- Już ty tam coś wymyślisz... Wierzę w twój żydowski spryt.

Teraz roześmiał się Lucjusz.

- Często przeceniany. Skoro rzekomo jesteśmy tacy sprytni, dlaczego nie wszyscy jesteśmy bogaci?

Chwila ciszy.

- W końcu ją tu przyprowadzisz - oznajmił Głos - ale muszę mieć trochę czasu. Przygotujemy parę niespodzianek na przywitanie... Zobaczymy, jak sobie z nimi poradzi.

- Rozumiem.

- A tymczasem niech czeka, niech długo czeka...

Dudniący rechot przenikał mury i wprawiał w lekkie drżenie cały dom, docierając także do panieńskiego pokoiku Alicji.

Dziewczyna siedziała przed lusterkiem, robiąc sobie starannie dość agresywny makijaż, który zmieniał ją w blond wampa. Ubrała się w obcisłą, czarną sukienkę, wydekoltowaną z przodu i na plecach, z rozcięciem na udzie i założyła do tego siatkowe kabaretki.

Zza ściany, z pokoju Aurelii, dochodziła radiowa transmisja nieszporów. Kościelna muzyka organowa dość perwersyjnie kontrastowała z nowym image wiolonczelistki.

Przyjrzała się sobie z zadowoleniem i nagle drgnęła, czując w pokoju czyjąś obecność. Obejrzała się i odetchnęła z ulgą. To była tylko Wera, która zjawiła się cicho, jak duch.

- Ładnie wyglądasz - stwierdziła życzliwie wróżbitka. - Upiększasz się dla Ariela? - zapytała domyślnie.

Alicja zmarszczyła ostro zarysowane brwi i wykrzywiła agresywnie powleczone mocną czerwienią usta.

- To chyba nie powinno pani obchodzić. Jestem dorosła i robię, co chcę.

- Oczywiście, kochanie, oczywiście - przytaknęła z uśmiechem starsza pani. - My obie jesteśmy pokrewnymi duszami... Nie bój się, moja siostra o niczym się nie dowie. Chyba by padła, gdyby cię teraz zobaczyła! - skonstatowała z ironią.

- Więc lepiej, żeby się tak nie stało - powiedziała poważnie dziewczyna.

- Bądź spokojna, Aurelia zajmuje się Olgą... Sama słyszysz.

Zrobiła wymowny ruch głową w stronę ściany.

- Umalowałaś się tak na nocny występ? - Nie powstrzymała kolejnego, cisnącego się na usta pytania.

- Tak... - przyznała artystka. - Ciekawe, czy Ariel cokolwiek zauważy - zastanowiła się na głos. - Faceci są tacy ślepi...

- Co prawda, to prawda - potwierdziła Wera melancholijnie. - Może dlatego żaden się ze mną nie chciał ożenić... A może to zresztą moja wina, byłam chyba zbyt nieprzystępna i wymagająca. Dlatego, jeśli zechcesz posłuchać zdania starej wiedźmy, radzę ci, nie odtrącaj Ariela. To wspaniały chłopak i bardzo utalentowany. Tyle ostatnio przeżył, a jednak daje sobie radę ze wszystkim. Potrafi być czuły i opiekuńczy dla swojej biednej siostrzyczki. Myślę, że go nie doceniasz. Chciałabym mieć takiego syna, jak on...

- Tak, pani Weroniko - przerwała jej zniecierpliwiona Alicja - wszystko to prawda, co pani o nim mówi. Ale to tylko zadurzony smarkacz, ja zaś potrzebuję poważnego, prawdziwego mężczyzny, a nie chłopaczka, co się wydziera pod oknem.

Wera pokiwała głową w zadumie.

- Rozumiem, czekasz na księcia z baśni... Z grubym portfelem i wielką limuzyną... Ja czekałam tak całe życie i widzisz, na co mi przyszło. Lepiej może chwytać szczęście, póki czas. Tym bardziej, że widziałam w kartach jakąś nieszczerą damę, kręcącą się blisko ciebie...

- Coś takiego! - zaśmiała się dziewczyna. - Odbierze mi Ariela? - spytała z udanym strachem.

- W każdym razie sprowadzi na ciebie poważne kłopoty - ostrzegła ją wróżka. - Strzeż się fałszywej przyjaciółki. No, idź już, dziecko, idź. W razie czego zagadam Aurelię.

Alicja wstała, wyciągając skądś krwistoczerwoną torebkę, którą przewiesiła przez ramię. Idąc krok w krok za Weroniką, przeszła chyłkiem do przedpokoju.

Aurelia, jak zazwyczaj, wpółleżała na łóżku. W pokoju paliła się tylko jedna, nocna lampka. Radioodbiornik nastawiony był prawie na cały regulator. Staruszka wpatrywała się weń nabożnie, przebierając ziarnka różańca.

Na brzegu łóżka przysiadła Olga, jak zwykle nieruchoma i wpatrzona w punkt na przeciwległej ścianie. Staruszka ujęła ją nagle za rękę, szepcząc czule:

- Dobrze, że ten twój brat cudak czasem cię do mnie przyprowadza, moje dziecko. Ojciec Dobrodziej powiada, że tacy jak on są straceni dla świata i nie będą zbawieni. Ci artyści... sami zboczeńcy i narkomani, wiadomo. Może go nie obchodzić twoja niewinna duszyczka, ale mnie na szczęście obchodzi. Nasz Ojciec ma wielką moc. Uzdrowił już niejeden beznadziejny przypadek i to przez radio, uwierzysz? Trzeba właśnie gorąco wierzyć, że zostaniesz uleczona, całym oddanym serduszkiem. Spróbuj teraz złożyć rączki i pomodlić się ze mną do Bozi...