Miasto moje a w nim - Grzegorz Kapla

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Oleh

Może nie od razu ją po­zna­łem, ale kiedy zsu­nęła oku­lary na czoło, by­łem pe­wien.

Śniła mi się wtedy każ­dej nocy. W oko­pach, w le­sie, w do­mach roz­pie­przo­nych przez po­ci­ski śred­niego za­sięgu, kiedy lał deszcz, kiedy słońce pa­liło nas jak na pu­styni i nie mie­li­śmy nic do pi­cia. Wtedy umia­łem za­snąć za­wsze i wszę­dzie. W ci­szy, pod ostrza­łem, w bło­cie, na go­łej ziemi, w bar­łogu, który w po­przed­nim ży­ciu był łóż­kiem w ja­kimś spa­lo­nym domu. Pa­mię­tam, wi­siał nad nim opra­wiony w ramkę egip­ski ry­su­nek na pa­pi­ru­sie. Tuż obok miej­sca, w któ­rym koń­czyła się ściana. Dach ze­rwało, a egip­scy bo­go­wie oca­leli.

Spa­łem wtedy wszę­dzie. A kiedy spa­łem - przy­cho­dziła. Roz­ma­wia­łem o tym z chło­pa­kami. Mó­wili, że ona to chyba jest moim anio­łem stró­żem. Wie­dzia­łem, że się mylą, anioł stróż nie byłby prze­cież na go­lasa, ale im tego nie opo­wia­da­łem. Wo­la­łem, żeby się ze mnie nie śmieli.

Naj­gor­sze, co może być w oko­pach, to jak się z cie­bie śmieją.

Już le­piej do­stać odłam­kiem. Je­śli masz obe­rwać, to naj­le­piej w dupę. Du­pie nic nie za­szko­dzi, nie ma tam żad­nych or­ga­nów we­wnętrz­nych, nie ma we­wnętrz­nego krwa­wie­nia, ale je­steś ranny i biorą cię na tyły, do szpi­tala, a po­tem je­dziesz do domu. W domu je­steś bo­ha­te­rem. Nie ucie­kłeś. Po pro­stu - przy­szedł twój czas. W dupę każdy chciałby do­stać, ale ja do­sta­łem w ko­lano. Do­stać w ko­lano to le­piej niż w głowę, bo bę­dziesz żył. Ale go­rzej niż w dupę. Je­śli masz szczę­ście, nic nie utną i je­dziesz do domu, ale nie bę­dziesz już nor­mal­nie cho­dził. Ale nie jest źle, ko­lano to i tak dużo le­piej, niż jak­byś miał bez­władną rękę.

Bu­dzi­łem się rano, a oni py­tali, czy mi się znowu śniła.

- Śniła się - mó­wi­łem.

- A ga­dała coś?

- Nic.

- To prze­ży­jesz. Jakby mó­wiła, to znak, że­byś uwa­żał.

Byli prze­ko­nani, że to anioł stróż. I że nie mówi, bo nie ma nic do po­wie­dze­nia. Ale jakby trzeba było, to po­wie­dzia­łaby: "Star­szy sze­re­gowy Bo­ro­diuk, go­tuj się".

Ja nie wie­rzy­łem w anioły, nie mia­łem po­ję­cia, kim ona jest, przy­wy­kłem, że ni­gdy nic nie mó­wiła. A te­raz kiedy ją po­zna­łem, zro­zu­mia­łem wresz­cie - była z in­nego mia­sta. A ja wtedy jesz­cze nie ro­zu­mia­łem po pol­sku, to co mi miała mó­wić? Wie­dzia­łem, że jest ta­kie mia­sto jak War­szawa, bo w szkole mia­łem cztery plus z geo­gra­fii, ale nie mia­łem po­ję­cia, że kie­dyś to mia­sto bę­dzie moje, że się go będę mu­siał na­uczyć ulica po ulicy, żeby apli­ka­cja po­ka­zy­wała mi w prawo, w lewo, pro­sto po pol­sku, a nie po na­szemu.

Otwo­rzyła drzwi.

- Czy to pan Olek? - za­py­tała.

- Tak, pro­szę bar­dzo. - W pierw­szej chwili jesz­cze jej nie po­zna­łem. Wsia­dła z roz­świe­tlo­nej słoń­cem ulicy, więc wi­dzia­łem tylko, że jest w ciem­nym roz­pię­tym płasz­czu i w su­kience. Cho­ciaż te­raz to ko­biety rzadko no­szą su­kienki.

A po­tem po­pa­trzy­łem na nią w lu­sterku, jak pod­nosi oku­lary. Mu­siała to ja­koś wy­czuć, bo pod­nio­sła na mnie oczy i wtedy po oczach, w tym lu­sterku, ją roz­po­zna­łem.

Czło­wieka za­wsze po­znasz po tym, co ma w oczach.

Spo­ci­łem się mo­men­tal­nie. Tak re­aguję na stres. Jed­nym drżą ręce, in­nym pod­nosi się ci­śnie­nie, ktoś musi na­gle za­cząć gwiz­dać albo się mo­dlić, wszystko wi­dzia­łem, na woj­nie ni­czego nie ukry­jesz. Mnie się pocą ręce. To nie jest do­bre dla żoł­nie­rza, ktoś mą­dry to już mu­siał od­kryć przede mną, dla­tego mie­li­śmy te spe­cjalne, tak­tyczne rę­ka­wiczki, żeby nie śli­zgały się palce.

- Dla­czego nie je­dziemy, pa­nie Olku? - za­py­tała, a ja spo­ci­łem się jesz­cze bar­dziej, kiedy po­wie­działa do mnie znowu po imie­niu i to od razu Olku, a nie Oleh, jak po­wie­działby do mnie każdy inny czło­wiek poza moją bab­cią, bo bab­cia za­wsze mó­wiła Olek. Z tym pol­skim śmiesz­nym, mięk­kim k.

- Prze­pra­szam. Już je­dziemy.

Ru­szy­łem ja­koś nie­zgrab­nie, jak nie ja, usły­sze­li­śmy, że ktoś na nas trąbi, lu­dzie w tym mie­ście lu­bią się spie­szyć, jakby my­śleli, że im szyb­ciej je­dziesz, tym le­piej ży­jesz, na­wet w win­dzie wci­skają ten gu­zik do za­my­ka­nia drzwi i zdaje im się, że przez to oszczę­dzają czas, nie czy­tali chyba, że ten gu­zik ni­czego nie przy­spie­sza, że on tylko jest po to, żeby lu­dziom się zda­wało, że mają nad czymś kon­trolę.

- Nie szko­dzi - zo­ba­czy­łem w lu­sterku jej uśmiech - byle by­śmy już ni­g­dzie nie utknęli, mu­szę się spie­szyć.

Uśmiech­ną­łem się do niej, ona nie wie­działa dla­czego, ale ja wie­dzia­łem. Wie­dzia­łem wresz­cie, jaki ma głos.

Ru­szy­li­śmy i szybko zer­k­ną­łem na wy­świe­tlacz. Apli­ka­cja po­ka­zy­wała że na Ma­ry­nar­ską mam dwa­dzie­ścia cztery mi­nuty. Mu­sia­łem bez­wied­nie po­krę­cić głową, a ona mu­siała to za­uwa­żyć, bo za­py­tała, co się stało.

Od­par­łem, że nic, a ona jed­nak za­py­tała o to krę­ce­nie. Od razu wiesz, że to ktoś nie­zwy­kły, lu­dzie rzadko ga­dają te­raz w tak­sów­kach nie­py­tani. Nikt nie chce roz­ma­wiać z ob­cym. Ja za­wsze po­ga­dam, ale lu­dzie cza­sem wolą ni­czego nie za­uwa­żać, tylko się ga­pią w te­le­fony.

- Nie, nic, wszystko w po­rządku. - Nie mo­głem jej prze­cież po­wie­dzieć, że śniła mi się przez całą wojnę, za każ­dym ra­zem, kiedy za­sy­pia­łem. Zresztą po woj­nie też mi się śniła już nie­raz.

Nie mo­głem jej prze­cież po­wie­dzieć prawdy, nie można bez­kar­nie po­wie­dzieć, że się czło­wiek za­ko­chał w kimś, kogo zna tylko ze snu.

To cał­kiem bez sensu, głu­pie i bez na­dziei.

Tak samo bez na­dziei, jakby ktoś, kogo ko­chasz, wy­cho­dził za mąż za in­nego go­ścia, a ty byś się upie­rał i cze­kał, jak w tej książce o mi­ło­ści w cza­sach za­razy, czy­ta­łem coś ta­kiego na stu­diach, każdy mu­siał to czy­tać i nikt nie uwie­rzył, żeby można było albo żeby warto było cze­kać po samą sta­rość. Po usraną śmierć, jak mówi się w tym mie­ście.

Nie prze­je­cha­li­śmy za da­leko, bo za­raz znów były świa­tła. Mil­cze­li­śmy te­raz, a ja my­śla­łem, że to nie jest jed­nak do­bry świat. Jak ma być do­bry, skoro ła­twiej za­bić in­nego czło­wieka, niż po­wie­dzieć ko­muś, że mu się śnił tak bar­dzo, że aż do mi­ło­ści.

Skrę­ci­li­śmy w Po­pie­łuszki. To taki ich miej­scowy święty. Na jego po­grze­bie lu­dzi było jak na Maj­da­nie, ale to było dawno temu i nie wiem, czy oni tu jesz­cze pa­mię­tają o ta­kich spra­wach. Ja wiem. Czy­tam.

- Mo­gli­śmy po­je­chać przez plac In­wa­li­dów - mówi ona.

- Pew­nie tak. - Po­czu­łem, że za­schło mi w gar­dle. - Ale mu­szę je­chać w za­sa­dzie tak, jak wska­zuje mi apli­ka­cja.

- No, pew­nie tak. - Cof­nęła się na tyl­nej ka­na­pie. - Ale przez In­wa­li­dów by­łoby szyb­ciej.

Mu­sia­łem zmru­żyć oczy, bo te­raz świe­ciło mi pro­sto w oczy, a ja nie lu­bię na­kła­dać oku­la­rów. Nie wiem, czy w ogóle jesz­cze lu­bię słońce. Przed wojną lu­bi­łem, ni­gdy nie mia­łem pę­che­rzy jak inne chło­paki la­tem, kiedy la­ta­li­śmy bez ko­szu­lek, śli­scy od potu jak małe ki­janki, trudno zła­pać ta­kiego chu­dzielca, kiedy ma mo­krą skórę. Ale te­raz nie lu­bię. W słońcu ru­ski snaj­per wi­dzi cię po tym, że rzu­casz cień. Wie, gdzie je­steś i tylko na cie­bie czeka. Le­piej w chmu­rach, w desz­czu. Wtedy mniej wi­dzi. A naj­le­piej we mgle.

Wy­świe­tlacz po­ka­zał mi, że jesz­cze tylko dwa­dzie­ścia dwie mi­nuty.

- Mam dwa­dzie­ścia dwie mi­nuty, żeby po­wie­dzieć prawdę. - Po­my­śla­łem. - Kurwa jego mać, co ja mam zro­bić? Jak mam jej to po­wie­dzieć? Mu­siał­bym jej po­wie­dzieć o woj­nie. O tym, jak masz dwie, trzy go­dziny snu, jak wy­daje ci się po­tem od wy­bu­chów, od słońca, ale naj­bar­dziej od tego braku snu, że to wszystko nie jest prawdą, bo kiedy otwie­rasz oczy, to świat wy­gląda jak gra kom­pu­te­rowa, wszystko zbu­do­wane z ta­kich pik­seli. Ale jak już mo­żesz, jak za­sy­piasz, to śni ci się za­wsze ten sam sen i cze­kasz na ten mo­ment. Cze­kasz, na­wet wtedy, kiedy już zro­zu­miesz, że to nie jest prze­cież sen o mi­ło­ści, ale o śmierci. Za­czy­nało się od tego, że za­sła­niała mi oczy rę­koma, wi­dzia­łem, jak słońce prze­świ­tuje na ró­żowo przez te za­ci­śnięte palce i niby nie wi­dzia­łem nic, tylko to ró­żowe świa­tło, ale wie­dzia­łem, że jest tam ja­kiś inny świat. I sły­sza­łem rzekę. I jesz­cze coś. Taki dziwny szum. A po­tem te palce po­woli się roz­chy­lały i przez chwilę nie wi­dzia­łem nic tylko blask, a po­tem od­wra­ca­łem się i to jest ona. Nie stara, nie młoda, nie wiem, jak ma na imię w tym śnie, ale ona mnie zna, wie o mnie wszystko, wi­dzę to w jej oczach, jest cał­kiem naga, ale wcale się nie wsty­dzi, a ja nie od razu wi­dzę wszystko, tylko po­woli, po­woli, oczy mu­szą się przy­zwy­czaić do słońca, ale w końcu wiem. Oczy są nie­bie­skie, na skó­rze tro­chę piegi. Usta nie­zro­bione, nie jak po­łowa ko­biet tu­taj, tylko nor­malne. Do­bre usta.

Te­raz wiem. Ma na imię Marta. Nie po­wie­działa mi, ale apli­ka­cja wy­świe­tla imię klienta. Ona pyta, czy to Olek, a ja py­tam, czy to Marta, i już. Wsiada, nie boi się, jak­by­śmy się znali, a to prze­cież nie jest prawdą, na­wet sa­mego sie­bie nie znasz prze­cież, do­póki nie spraw­dzisz, kim je­steś.

Ja wiem, że nie je­stem tchó­rzem, cho­ciaż zda­rzało mi się bać tak, do spodu, że po­tem mo­kre spodnie. To nie jest źle. Nie jest źle się bać. Źle jest, kiedy ucie­kasz. Do­póki idziesz do przodu, jest do­brze. Bez stra­chu nie by­łoby od­wagi.

Mu­szę jej po­wie­dzieć. Bab­cia za­wsze po­wta­rzała, że je­śli masz sen, który ci się po­wta­rza, to zna­czy, że świat chce ci po­wie­dzieć coś waż­nego. Coś, co mu­sisz zro­zu­mieć.

- Ale kto to mówi, bab­ciu? - py­ta­łem. - Czy to mówi anioł, czy Bóg?

Wtedy by­łem dziec­kiem i nie wie­dzia­łem, że naj­czę­ściej mówi do nas dia­beł, anioły sły­szysz tylko w kom­plet­nej ci­szy, a Bóg za­wsze mil­czy. Dzieci my­ślą, że mówi, ale on mil­czy.

To był do­bry sen, ale koń­czył się źle. Pa­trzyła mi w oczy, naga, piękna, do­ty­ka­łem jej bio­der, a ona kła­dła ręce na mo­ich ra­mio­nach i na­gle za­czy­nała nimi po­trzą­sać. Jakby chciała po­wie­dzieć: "Oleh, Oleh, obudź się". Nic jed­nak nie mó­wiła, a ja nie chcia­łem się obu­dzić, bo wie­dzia­łem, że gdzieś tam, po dru­giej stro­nie, jest prze­cież wojna. Chcia­łem przy niej zo­stać.

Sto­imy przed ron­dem Ra­do­sława, a ja my­ślę, co mam jej po­wie­dzieć?

"Śniła mi się pani na woj­nie nie­mal każ­dej nocy i to był, prze­pra­szam bar­dzo za to, co po­wiem, ale to był ero­tyczny sen". Nie, tego nie mogę po­wie­dzieć. Może, że o mi­ło­ści? Wiem, że ten Ra­do­sław to był ja­kiś wo­jenny do­wódca i że wła­śnie dla­tego ma w sa­mym środku mia­sta rondo z wiel­kim sztan­da­rem, lu­bię wie­dzieć, ro­zu­mieć ta­kie sprawy, zresztą, zwa­rio­wa­ła­bym bez tego. Przez pierw­szy rok czy dwa nie wy­cho­dzi­łem z domu, chyba tylko do sklepu i do tego sa­mo­chodu. Wstyd mi było iść, bo niby czło­wiek wszystko ro­zu­mie, ale nie po­wie nic bez ak­centu, po­pa­trzą na niego źle, za­wsze się źle pa­trzy na ob­cych, ja to ro­zu­miem. Ro­zu­miem to le­piej od Po­la­ków. Zresztą na po­czątku każdy ma taki plan, że po­bę­dzie tu tro­chę, a po­tem po­je­dzie gdzieś da­lej, do Nie­miec, do Ho­lan­dii, tam są praw­dziwe pie­nią­dze, albo że wróci do domu, za­łoży ro­dzinę, nową ro­dzinę, bo tam­tej, sta­rej ro­dziny już nie ma.

- Chyba pan po­błą­dził, pa­nie Olku - mówi ona znie­cier­pli­wio­nym to­nem i wi­dzę, ja­sna cho­lera, że rze­czy­wi­ście, skrę­ci­łem w prawo, a trzeba było je­chać pro­sto.

- Bar­dzo prze­pra­szam, za­my­śli­łem się - mó­wię z na­dzieję, że ona może z iro­nią, a może zwy­czaj­nie z cie­ka­wo­ścią za­pyta, nad czym my­śla­łem, a ja wtedy po­wiem, że mia­łem taki sen i w tym śnie wi­dzia­łem wła­śnie ją, a ona wtedy ro­ze­śmieje się albo się spe­szy, za­mknie w so­bie. Wy­cofa. Albo może się ro­ze­śmieje i to bę­dzie jak zie­lone świa­tło. Jak otwarte drzwi.

- I co z tym zro­bimy? - mówi ona.

Przez chwilę nie wiem, co od­po­wie­dzieć. Zer­kam w lu­sterko. Wcale się nie uśmie­cha.

- W apli­ka­cji jest tak, że kiedy gdzieś źle skręcę, to ona się po­trafi od­na­leźć w świe­cie po kilku se­kun­dach. Z czło­wie­kiem jest zu­peł­nie ina­czej.

Chcia­łem za­żar­to­wać, ale ona się nie śmieje.

- Ro­zu­miem - mówi - ale je­śli ja się spóź­nię, kon­se­kwen­cje będą po­ważne. Mój szef jest bar­dzo pryn­cy­pialny. Po­wie mi: The gate is clo­sed i będę mu­siała zo­stać za drzwiami.

- Bar­dzo mi przy­kro. - Zer­kam na nią w lu­sterku.

- To zde­cy­do­wa­nie za mało - od­po­wiada po­waż­nie. Nie umiem roz­po­znać, czy to jest żart, czy przy­gana. Nie umiem roz­po­zna­wać ta­kich rze­czy. Kiedy jako pięt­na­sto­la­tek je­steś w mę­skiej szkole za­miast w zwy­czaj­nym li­ceum, to omija cię cały ten okres w ży­ciu po­trzebny do tego, żeby się na­uczyć, jak to jest mię­dzy chło­pa­kami i dziew­czy­nami.

- Na­prawdę prze­pra­szam. Je­stem dzi­siaj nie­swój, wie­ści złe z wojny.

Spoj­rza­łem w lu­sterko. Sie­działa na­chmu­rzona. Albo po pro­stu zmar­twiona. Wo­lał­bym, żeby była "po pro­stu zmar­twiona". Apli­ka­cja po­ka­zała, że za dwa­dzie­ścia mi­nut bę­dziemy.

- Pro­szę się nie mar­twić, nie jest źle, za dwa­dzie­ścia mi­nut bę­dziemy - po­wie­dzia­łem, ale chyba nie spra­wiło jej to ulgi.

- Prze­pra­szam. - Na­chy­liła się i do­tknęła lekko mo­jego ra­mie­nia. Bar­dzo lekko, ale po­czu­łem to.

Jak w Bi­blii. Bóg jest w naj­lżej­szym po­wie­wie.

- Za co mnie pani prze­pra­sza, pani Marto? Po­je­cha­łem, jak­bym nie znał tego mia­sta, a ja prze­cież je­stem tu już z sześć lat. Sześć lat dzi­siaj, to jak całe ży­cie kie­dyś.

- No bo po­wie­dział pan o woj­nie. - Cof­nęła rękę, jakby coś ją tknęło.

Je­cha­li­śmy od­tąd w mil­cze­niu.

"Osiem­na­ście mi­nut" - po­ka­zała apli­ka­cja.

- Po­my­ślała pani so­bie, co ja tu ro­bię, skoro w moim kraju wojna, prawda?

- Nie, wcale tak nie po­my­śla­łam - skła­mała.

Nie przy­znaje się, ale ja wiem, że skła­mała.

- Pro­szę się nie gnie­wać na mnie - mó­wię ja­koś zu­peł­nie bez sensu - na woj­nie po­trzebni lu­dzie zdrowi, ja mam prze­strze­lone ko­lano. Po­skle­jali mnie bar­dzo do­brze, ni­g­dzie na świe­cie nie ma ta­kich do­brych chi­rur­gów jak w szpi­ta­lach po­lo­wych. Dla­tego mnie zwol­nili. Lewa noga w au­to­ma­tycz­nym sa­mo­cho­dzie nie­po­trzebna, ale na woj­nie za­wa­dza. Kto za­wa­dza na woj­nie, długo nie po­żyje. Pani się na mnie nie gniewa?

- Za co mam się gnie­wać?

- Za śmia­łość. Nie za­wsze lu­dzie chcą ga­dać w tak­sówce. Każdy ma dzi­siaj swoje sprawy. Jedni oglą­dają Tik­Toki, inni Tin­dery, a jesz­cze inni giełdę.

- A pan?

- Ja to mam tę apli­ka­cję, co mnie pro­wa­dzi po mie­ście, cho­ciaż wo­lał­bym, żeby pro­wa­dziła mnie przez ży­cie. - Uśmie­cham się. - Za­wsze to do­brze, kiedy czło­wiek ko­goś ob­cho­dzi poza sa­mym sobą.

- A w wol­nym cza­sie, co pan robi?

- Czy­tam - mó­wię. - Czy­tam książki po pol­sku, żeby ję­zyk ro­zu­mieć. Li­tery zna­łem, bab­cia była z tego mia­sta, uczyła mnie li­ter, ele­men­tarz mia­łem taki z ob­raz­kami z Pol­ski. Ala ma kota, kot ma Alę, na­uczy­łem się. Czy­tam.

Mo­głem jej po­wie­dzieć, że cza­sami nie mam wol­nego, bo na zmianę jeź­dzimy, kiedy wra­cam, to nie mam, do kogo otwo­rzyć gęby na tej swo­jej kwa­te­rze, le­piej jeź­dzić, póki czło­wiek cał­kiem nie opad­nie z sił. Ale kiedy umiem so­bie od­pu­ścić, to czy­tam Ogniem i mie­czem. Trzeba wie­dzieć, co Po­laki o to­bie my­ślą, o Bo­hu­nie. Naj­pierw tamto, a po­tem, co się trafi na wy­prze­daży w ta­niej książce na No­wym Świe­cie, na­prze­ciwko "bie­dry", jak tu na­zy­wają te swoje ta­nie sklepy.

Kwa­drans mi zo­stał.

Z prze­zna­cze­niem nie wy­grasz, my­ślę, że je­śli je­ste­śmy prze­zna­czeni so­bie, to mu­szę jej po­wie­dzieć prze­cież prawdę, bo je­śli nie po­wiem, to bę­dzie tylko moja wina, skoro to mnie się wła­śnie śni taki sen, jakby jej się śnił, toby zna­czyło, że ona musi od­na­leźć, po­wie­dzieć.

- Czyta pan... - mówi ona w za­my­śle­niu. - Te­raz rzadko kto czyta. Ale ja też czy­tam. Choć nic nie czy­ta­łam z Ukra­iny.

- Ani Oksany Za­bużko? - py­tam. - Na­pi­sała Ba­da­nia te­re­nowe nad ukra­iń­skim sek­sem. Bar­dzo śmieszne, zna­czy się za­bawne.

Jest wielka róż­nica w pol­skim ję­zyku po­mię­dzy czymś, co jest śmieszne, a tym, co jest za­bawne.

- Nie, nie znam tego.

- A Szare psz­czoły Kur­kowa? - py­tam głu­pio. Chcia­łem jej po­wie­dzieć o woj­nie, a nie o psz­czo­łach.

Dzie­sięć mi­nut.

- Nie, no nic. Nic, kom­plet­nie nic - mówi ona i za­czyna pa­trzeć w okno, a za oknem szara ulica, dom po­dobny do domu, drzewa za­czy­nają mieć li­ście, mi­jamy ten po­mnik ru­skiego woj­ska, nie wiem, dla­czego Po­lacy go nie zbu­rzą. Może bym jej po­wie­dział po pro­stu?

Mil­czymy.

Sześć mi­nut.

- Wie pani, pani Marto - za­czy­nam - na woj­nie jest na­prawdę źle z czło­wie­kiem. Wojna to przede wszyst­kim strach, ale on wcale nie jest przed śmier­cią, on jest przed tym, że nie dam rady, że moi ko­le­dzy, ci któ­rzy mi ufają...

Już mam po­ukła­dane, jak dojść do tego snu, ale wtedy dzwoni jej te­le­fon.

- Za­wadzka - mówi Marta do słu­chawki, a ja wszystko za­pa­mię­tuję, choć nie ści­szam ra­dia, niech so­bie leci, po pro­stu za­pa­mię­tuję.

- Tak, tak, wi­dzia­łam te in­spi­ra­cje, które mi prze­sła­łeś, są bar­dzo do­bre, rze­czy­wi­ście cho­dzi o to, żeby iść w tę stronę, żeby za­grać samą twa­rzą, nie bę­dzie wi­dać na okładce su­kienki ani bi­żu­te­rii. Nasi part­ne­rzy nie zde­cy­do­wali się na par­ty­cy­pa­cję, dla­tego dział mar­ke­tingu nie zgo­dzi się na nic in­nego poza twa­rzą... Tak... tak, tak. Do­kład­nie. Wi­dzę, że je­ste­śmy tu zgodni.

Po­tem mil­czała, ki­wa­jąc już tylko głową.

Pięć mi­nut - po­ka­zała apli­ka­cja i po­my­śla­łem, że zwol­nię nieco, ale co to da? Dzie­sięć se­kund? Dzie­sięć se­kund to tak mało, że zu­peł­nie nie ma ten czas zna­cze­nia. Jak ten przy­cisk w win­dzie. Spo­ciły mi się dło­nie i za­czą­łem wpa­dać w pa­nikę. Pa­mię­tam, czy­ta­łem o tym kie­dyś, że wszystko, co się dzieje z czło­wie­kiem, to ja­kieś che­miczne re­ak­cje.

- No wła­śnie, wi­dzisz, dla­tego cie­bie po­le­ci­łam do tej se­sji, bo ty po­tra­fisz z ko­biety wy­do­być te emo­cje, któ­rych po­trze­bu­jemy, kiedy nie mo­żemy po­słu­żyć się ge­stem, pozą czy re­kwi­zy­tami. Ona ma po pro­stu pa­trzeć w taki spo­sób, żeby nie można się było temu oprzeć. Ro­zu­miesz, jakby była za­ko­chana, albo jakby wła­śnie miała z kimś bli­skość, wiesz, o co mi cho­dzi, coś ta­kiego nie­uchwyt­nego, de­li­kat­nego, zmy­sło­wego, ale co nie po­zo­sta­wia wąt­pli­wo­ści... Ano tak, wiem, wiem, że ty to naj­le­piej zro­bisz. I żeby na­sza bo­ha­terka czuła się na tych zdję­ciach kom­for­towo. Nie chcia­łam jej zde­rzać z żad­nym z tych fo­to­gra­fów, co by ją zmu­szali do prze­kra­cza­nia gra­nic kom­fortu. Dla­tego chcia­łam cie­bie... A, nic, nic, co ty mó­wisz? To wła­ściwa opi­nia, za­pra­co­wa­łeś...

Dwie mi­nuty.

Zjeż­dżamy z es­ta­kady, a ona nie koń­czy. Zwal­niam, żeby sa­mo­chody z pra­wej mo­gły się wto­czyć na pas przed nami, ale ile mi to da czasu? Dwie se­kundy? Trzy? Zer­kam w lu­sterko i wi­dzę, że Marta Za­wadzka ła­pie moje spoj­rze­nie swo­imi wiel­kimi, nie­bie­skimi oczyma, te­raz, w pół­cie­niu wy­dają się one szare, ale znam je prze­cież le­piej niż kto­kol­wiek inny i wiem, że są nie­bie­skie.

Mi­nuta.

- Tak, tak... do piątku. Ja będę o dzie­wią­tej, pani Iga jest umó­wiona na dzie­siątą trzy­dzie­ści, zdą­żymy wszystko przy­go­to­wać. Pa, pa... - za­myka te­le­fon i pa­trzy na mnie w lu­sterku. Uśmie­cha się de­li­kat­nie.

- Prze­pra­szam - mówi - praca.

- To ja prze­pra­szam - mó­wię. - Wiem, że to bę­dzie pew­nie naj­bar­dziej dziwna rzecz, jaką usły­szy pani dzi­siaj, a może i w ca­łym ży­ciu, ale na tej woj­nie... - Milknę na chwilę, bo mu­szę się sku­pić, żeby skrę­cić w prawo po­mię­dzy au­to­bu­sem, który ru­sza z przy­stanku a tym, co chce tam wła­śnie za­par­ko­wać, rondo Unii Eu­ro­pej­skiej to dzi­waczne miej­sce. Za­wsze tłok. A po­tem kon­ty­nu­uję: - Na tej woj­nie, w oko­pach, pod ostrza­łem, o krok od śmierci, prze­trwa­łem tylko dla­tego, że mia­łem sen. Każ­dej nocy to był ten sam sen. Śniła mi się dziew­czyna, ko­bieta, nie wiem...

Za­jeż­dżam, za­trzy­muję się i pa­trzę na nią. Kła­dzie rękę na klamce, otwiera drzwi, ale nie wy­siada. Może z cie­ka­wo­ści, może przez grzecz­ność, za­wie­szona po­mię­dzy ta­jem­nicą i tym, ile ją to może kosz­to­wać.

- Nie wiem, jak to po­wie­dzieć. - Głos mi drży.

Ona nie wy­siada, ale pa­trzy już nie na mnie, już jest oczyma w in­nym świe­cie, to jak ze spa­do­chro­nem, je­śli nie po­wiem, ona sko­czy.

- Po­ko­cha­łem tę dziew­czynę i dla­tego tylko prze­ży­łem. I... pani Marto, to pani mi się śniła wtedy.

Za­my­kam oczy. Cze­kam, aż za­trza­śnie drzwi. Tak samo cze­ka­łem, kiedy by­li­śmy pod ostrza­łem moź­dzie­rzy.

Nie uciek­niesz przed tym, co wy­bu­cha ci przed oczyma, ale mo­żesz za­ci­snąć oczy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki