II
Cioteczka czekała na niego w sieni, ubrana w suknię z turniurą, płaszczyk podbity futerkiem i w kapelusiku, ręce wsadziła w mufkę. Jędrzej podał kapitanowi płaszcz i melonik, po czym się chwiejnie cofnął, roznosząc wokół zapach gorzały. Halina uśmiechnęła się w taki sposób, że Władek poczuł się niczym w parny i duszny lipcowy dzień.
- Ponoć zatrzymałeś dorożkę, pozwolisz mi skorzystać? Muszę pojechać na dworzec po pasierbicę.
Kapitana nie interesowało, skąd wraca koleją żelazną jego kuzyneczka Zosia, jedyne dziecko wuja, poczuł za to miłe dreszcze na myśl, że będzie miał okazję siedzieć z Haliną w powozie, tuż obok lub naprzeciw, nieważne. Do ratusza miał z Miodowej kilka kroków i mógłby odstąpić ciotce dryndę, po czym, nie bacząc na śnieg zmieszany z końskim łajnem, przebrnąć ten kawałek piechotą, ale przypomniał sobie, że przecież najpierw ma zgarnąć dwie kanalie zakwalifikowane przez wuja do zwerbowania na szpicli. Może najpierw przejechać się z cioteczką na Dworzec Wiedeński, co mu szkodzi?
Zimno było tego dnia jak diabli, ale znów mu to nie przeszkadzało. Dorożka miała budkę chroniącą przed lodowatym wiatrem, który zacinał ostrymi igłami śniegu, poza tym rozgrzewały go uśmiechy Haliny. Patrzył na jej zmysłowe, pełne usta, na oczy wiecznie patrzące sennie spod półprzymkniętych powiek i zachodził w głowę, jakim cudem wujowi udało się usidlić tak atrakcyjną damę? Jakie to haki na nią zebrał, czy może kogoś z jej rodziny uchronił przed więzieniem lub Syberią? Co też skłoniło tę miłą i sympatyczną piękność do wyjścia za trzydzieści lat starszego jegomościa? Może zwyczajnie bieda, brak innych perspektyw?
Niestety do dworca dojechali niezwykle szybko, tak mu się przynajmniej wydawało, i przyjemność się skończyła, cioteczka podziękowała i wysiadła, po czym zniknęła w tłumie na placu. Nie zdążył się nacieszyć jej towarzystwem, nawet nie pamiętał, o czym rozmawiali, pozwolił się jej oczarować niczym sztubak.
- Dokąd tera, łaskawy panie? - fiakier spytał z kozła, nie wysuwając nawet nosa z postawionego kołnierza kapoty i spod czapy nasuniętej na twarz.
Kapitan Abramowicz dopiero teraz zaczął nerwowo przeglądać zawartość teczki. Musiał do tego zdjąć rękawiczki, ale okazało się, że palce mu skostniały, i z trudem przewracał kartki.
- Najpierw do prywatnej lecznicy na Marszałkowską dwadzieścia osiem. - Ucieszył się, bo po pierwszego drania mieli niedaleko.
Miał nadzieję, że zastanie go w pracy, bo zgodnie z ulotką dołączoną do akt doktor Franciszek Peszke powinien właśnie w tych godzinach przyjmować pacjentów cierpiących na choroby wewnętrzne i płucne. Kartoteka tego delikwenta nie była długa, wuj zebrał raptem kilka haków na tę kanalię. Doktor skończył medycynę na Uniwersytecie Warszawskim, ale praktykę zdobywał, o dziwo, w armii. Wylądował w niej po tym, gdy nieznani sprawcy dopadli i zabili hochsztaplera sprzedającego ludziom cudowną terapię promieniowaniem magnetycznym. Oszust został obdarty ze skóry i powieszony jak szlachtowane prosię nad wiadrem, do którego spływała krew. Wcześniej zaszyto mu usta, by nie mógł krzyczeć. Zrobiono to jedwabną nicią chirurgiczną, ścieg wskazywał na robotę fachowca, tak samo jak precyzyjne cięcia na skórze ofiary, które nie uszkodziły żadnej arterii, dokonane zaś zostały z całą pewnością skalpelem. Śledczy podejrzewał, że sprawca lub sprawcy mścili się na hochsztaplerze za doprowadzenie do śmierci jakiejś niewinnej, naiwnej osoby, która została przez oszusta naciągnięta na terapię. Podejrzenie przynajmniej czynnej współpracy w morderstwie padło na doktora Peszkego, ale nie doszło nawet do przesłuchania, bo ten uciekł w kamasze i zaraz wyjechał na Bałkany, gdzie armia imperium prowadziła wojnę z Turcją.
Dwa lata wojennych zmagań minęły mu na wzorowej służbie, nawet został przedstawiony do odznaczenia za ofiarność i bohaterstwo w szpitalu polowym, gdzie uratował wielu rannych. Któregoś dnia napadł jednak na przełożonego - naczelnika ambulansów i lazaretów, oskarżył go publicznie o korupcję i sprzeniewierzenie środków przeznaczonych dla rannych, po czym - zanim zdołano go odciągnąć - odciął mu ucho oraz nos lancetem. Za okoliczność łagodzącą uznano fakt, że Peszke znajdował się wówczas pod wpływem alkoholu, opium oraz eteru siarkowego jednocześnie, poza tym cierpiał na obciążenie psychiczne od ciągłej służby w skrajnie dramatycznych warunkach. Skazano go za napaść i okaleczenie, ale został ułaskawiony osobiście przez kogoś z samej góry, niby w ramach uznania za zasługi.
Od czasu wojny, czyli od jakichś trzech lat, pracował w prywatnym szpitalu w Warszawie. Szpicle twierdzili, że współpracuje z tak zwanymi akuszerkami z ogłoszeń i dokonuje płatnych aborcji, co było oczywiście procederem skandalicznym, poza tym przestępstwem. Dobronoki kazał go mieć na oku i nie przeszkadzać, z myślą o wykorzystaniu w bliżej niesprecyzowanych operacjach specjalnych.
Klinika znajdowała się na parterze kamienicy, zaraz w pierwszym wejściu od bramy. W środku panowała, zdawałoby się, sterylna czystość i rażąca w oczy jasność, głównie przez oświetlenie gazowe i to, że w szpitalnym stylu pobielono ściany. Doktor akurat skończył przyjmować pacjenta, grubego, czerwonego na twarzy jegomościa, z pewnością cierpiącego na kilka chorób wewnętrznych związanych z otyłością, co Abramowicz odgadł, nawet nie posiadając wykształcenia medycznego. Kazał recepcjonistce się nie anonsować, tylko wszedł do gabinetu i stanął przed biurkiem, zza którego z szerokim uśmiechem wstał doktor Peszke.
Wcale nie wyglądał na degenerata, weterana wojennego z okaleczoną psychiką, do tego okrutnika i pijaka. Kapitan się spodziewał, że zastanie jakiegoś obrzydliwca o paskudnej gębie ze szramami i nochalem czerwonym od przepicia. Zamiast tego stanął przed młodym mężczyzną o łagodnej i sympatycznie uśmiechniętej twarzy, niezwykle zadbanym, pachnącym francuską wodą kolońską. Ubrany był w rozpięty biały fartuch, pod którym miał fioletową, pasiastą kamizelkę i ciemną koszulę, niezwykle oryginalne i ekstrawaganckie zestawienie jak na konserwatywnego doktora. Tacy bowiem byli najbardziej szanowani i pracowali w prywatnych klinikach. Zgodnie z panującą modą mężczyźni nosili się wyłącznie na czarno lub w ostateczności w kolorach ciemnych i stonowanych, pstrokacizna zdecydowanie odpadała wśród zawodów, gdzie liczył się szacunek klienta. Do tego, kiedy na powitanie doktor wyciągnął rękę i wyszedł zza biurka, okazało się, że porusza się płynnie niczym tancerz, dłoń zaś ma wypielęgnowaną, o długich palcach pianisty, do tego ozdobioną sygnetem.
To Abramowiczowi wystarczyło, uznał, że najpewniej ma do czynienia z homoseksualistą. Oczywiście takim ze sfer, zatem normalnie funkcjonującym w społeczeństwie i niespecjalnie ukrywającym się z preferencjami. Kapitan znał mu podobnych, miał takich kolegów jeszcze w korpusie kadetów, później kilku w Trzecim Oddziale, i to szlachciców z dobrych rodzin, nie zdziwił się zatem, nie okazał zmieszania ani niechęci. Preferencje doktora nie miały akurat większego znaczenia, nie pasowały mu tylko do obrazu kanalii, która byłaby w stanie zaszyć człowiekowi usta i obedrzeć go ze skóry.
- Co też szanownemu panu dolega? - doktor spytał i od razu wskazał mu krzesło.
- Jedynie codzienny ból istnienia, ale na to chyba nie ma lekarstwa. Ubieraj się pan, pojedziemy porozmawiać. - Kapitan wyciągnął policyjną blachę z dwugłowym orłem i podsunął ją pod nos doktora.
- Jestem aresztowany? Ale za co, w jakiej sprawie?
- W sprawie czekającej was służby dla jewo wieliczestwa Aleksandra III. - Abramowicz patrzył na zmieszanie i strach ofiary z pewną satysfakcją.
Któż nie lubił, kiedy się go bano?
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI