Miasto jadeitu. The Green Bone Saga. Tom 1 - Fonda Lee

Kup ebooka

58.00 zł
49.30 zł (48,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Podwójne Szczęście

Roz­dział 1

Podwójne Szczę­ście

Dwaj kan­dy­daci na zło­dziei jade­itu pocili się w kuchni restau­ra­cji Podwójne Szczę­ście. Okna w sali jadal­nej otwo­rzono i wie­czorny wie­trzyk docie­ra­jący tu od brzegu chło­dził gości, ale w kuchni były tylko dwa umiesz­czone pod sufi­tem wen­ty­la­tory, które krę­ciły się przez cały dzień, lecz nie dawały zbyt wiele ulgi. Lato dopiero się zaczęło, ale całe mia­sto cuch­nęło i lepiło się już niczym ste­rany kocha­nek.

Bero i Sampa mieli po szes­na­ście lat i po trzech tygo­dniach snu­cia pla­nów posta­no­wili, że dzi­siej­szy wie­czór zmieni ich życie.

Bero miał na sobie ciemne spodnie kel­nera i białą koszulę, nie­przy­jem­nie lepiącą mu się do ple­ców. Twarz miał zie­mi­stą, a spę­kane wargi sztywne od skry­wa­nych myśli. Posta­wił w zle­wie tacę z brud­nymi szklan­kami, po czym wytarł dło­nie w ścierkę i pochy­lił się ku wspól­ni­kowi, który pole­wał naczy­nia wodą z węża i usta­wiał je na suszarce.

- Jest teraz sam - oznaj­mił cicho.

Sampa uniósł wzrok. Był Abu­kei - miał skórę barwy mie­dzi, gęste, sztywne włosy i lekko puco­ło­wate policzki, upo­dab­nia­jące go nieco do che­ru­binka. Zamru­gał szybko i skie­ro­wał wzrok z powro­tem na zlew.

- Za pięć minut scho­dzę ze zmiany.

- Musimy to zro­bić teraz, keke - sprze­ci­wił się Bero. - Daj mi to teraz.

Sampa wytarł dłoń o koszulę, wyjął z kie­szeni małą papie­rową kopertę i wsu­nął ją pośpiesz­nie w dłoń wspól­nika, który scho­wał ją pod far­tu­chem, wziął w ręce pustą tacę i opu­ścił kuch­nię.

Popro­sił bar­mana o rum z chili, limonką i lodem - ulu­biony kok­tajl Shon Judonrhu. Zabrał tacę, posta­wił ją na pustym sto­liku pod ścianą i zaczął uda­wać, że wyciera blat ście­reczką. Dys­kret­nie wsy­pał do szklanki zawar­tość koperty - muso­wała przez chwilę, nim roz­pu­ściła się w bursz­ty­no­wym pły­nie.

Wypro­sto­wał się i ruszył do sto­lika w kącie. Shon Ju na­dal sie­dział sam. Jego masywne ciel­sko z tru­dem mie­ściło się na małym krze­śle. Wcze­śniej wie­czo­rem przy­siadł się do niego Maik Kehn, ale ku wiel­kiej uldze chło­paka dołą­czył do brata, w bok­sie po dru­giej stro­nie sali. Bero posta­wił szklankę przed Sho­nem.

- Na koszt firmy, Shon-jen.

Shon wziął kok­tajl w rękę i poki­wał sen­nie głową, nie uno­sząc wzroku. Był regu­lar­nym klien­tem Podwój­nego Szczę­ścia i dużo pił. Łysina pośrodku jego głowy lśniła różowo w bla­sku lamp. Wzrok Bera stale wędro­wał ku trzem zie­lo­nym kol­czy­kom w jego lewym uchu.

Odda­lił się, by nikt nie zauwa­żył, na co się gapi. To śmieszne, że taki kor­pu­lentny, posta­rzały pijak był zie­loną kością. Co prawda, Shon nosił nie­wiele jade­itu, ale prę­dzej czy póź­niej ktoś mu go odbie­rze, być może razem z życiem. Czemu by nie ja? - pomy­ślał chło­pak. Słusz­nie. Czemu by nie? Mógł być tylko bękar­tem dokera i ni­gdy nie uczył się sztuk walki w Świą­tyn­nej Szkole Wie Lona albo w Aka­de­mii Kaul Dushu­rona, ale był Kekoń­czy­kiem z krwi i kości. Nie bra­ko­wało mu odwagi ani wiary w sie­bie, które pozwolą mu zostać kimś. A żeby zostać kimś, trzeba było mieć jadeit.

Minął braci Maik, któ­rzy sie­dzieli razem w bok­sie w towa­rzy­stwie trze­ciego mło­dego męż­czy­zny. Zwol­nił nieco, by lepiej im się przyj­rzeć. Maik Kehn i Maik Tar - to były praw­dziwe zie­lone kości. Żyla­ści męż­czyźni mieli na pal­cach mnó­stwo pier­ścieni z jade­itami, a do pasów przy­tro­czyli sobie bojowe karam­bity z wyło­żo­nymi jade­item ręko­je­ściami. Byli też dobrze ubrani - ciemne koszule, szyte na miarę jasno­brą­zowe mary­narki, błysz­czące czarne buty oraz czapki z dasz­kiem. Byli zna­nymi człon­kami klanu Bez Szczy­tów, kon­tro­lu­ją­cego więk­szość dziel­nic w tej czę­ści mia­sta. Jeden z nich zer­k­nął na Bera.

Chło­pak odwró­cił się pośpiesz­nie i zajął sprzą­ta­niem naczyń. Uwaga braci Maik była ostat­nim, czego dziś pra­gnął. Powstrzy­mał się przed dotknię­ciem mało­ka­li­bro­wego pisto­letu, który trzy­mał w kie­szeni spodni ukry­tej pod far­tu­chem. Cier­pli­wo­ści. Od jutra nie będzie już musiał nosić stroju kel­nera. Nie będzie nikogo obsłu­gi­wał.

Sampa zakoń­czył tym­cza­sem wie­czorną zmianę i był gotowy opu­ścić kuch­nię. Zer­k­nął pyta­jąco na Bera, który ski­nął głową, potwier­dza­jąc, że zro­bił, co trzeba. Sampa odsło­nił drobne, białe zęby i przy­gryzł nimi dolną wargę.

- Naprawdę myślisz, że może nam się udać? - wyszep­tał.

Bero pochy­lił się ku niemu.

- Trzy­maj się, keke - wysy­czał. - Już to robimy. Za późno, żeby się cof­nąć. Musisz wyko­nać swoje zada­nie.

- Wiem, keke, wiem.

Sampa obrzu­cił go kwa­śnym, peł­nym urazy spoj­rze­niem.

- Pomyśl o pie­nią­dzach - pora­dził Bero i popchnął go lekko. - Ruszaj.

Sampa zer­k­nął jesz­cze ner­wowo za sie­bie i popchnął drzwi kuchni. Bero łyp­nął na niego ze zło­ścią, po raz kolejny żału­jąc, że musi mieć za wspól­nika takiego pozba­wio­nego wigoru mię­czaka. Nie mógł jed­nak nic na to pora­dzić. Tylko Abu­kei czy­stej krwi, odporny na jadeit, mógł wziąć w rękę klej­not i opu­ścić restau­ra­cję, nie przy­cią­ga­jąc niczy­jej uwagi.

Musiał się nie­źle natru­dzić, by namó­wić Sampę do współ­udziału. Podob­nie jak wielu człon­ków jego ple­mie­nia chło­pak nur­ko­wał w rzece, spę­dza­jąc week­endy na poszu­ki­wa­niu jade­itu spły­wa­ją­cego z kopalń poło­żo­nych daleko stąd. To było nie­bez­pieczne - po ulew­nych desz­czach nurt czę­sto pory­wał pecho­wych nur­ków - a nawet gdy komuś się poszczę­ściło (Sampa prze­chwa­lał się, że kie­dyś zna­lazł jadeit wiel­ko­ści pię­ści), mogli go zła­pać. Wtedy, o ile miał szczę­ście, spę­dziłby tro­chę czasu w wię­zie­niu, a jeśli go nie miał, w szpi­talu.

Bero prze­ko­ny­wał go, że to zaję­cie dla fra­je­rów. Po co poszu­ki­wać w wodzie suro­wego jade­itu, żeby sprze­dać go czar­no­ryn­ko­wym pośred­ni­kom, któ­rzy następ­nie szli­fo­wali go i prze­my­cali z wyspy, pła­cąc poła­wia­czom tylko drobną część ceny, za jaką go sprze­da­wali? Dwóch spryt­nych, odważ­nych chło­pa­ków, takich jak oni, mogło pora­dzić sobie lepiej. Jeśli już ryzy­ko­wać dla zdo­by­cia jade­itu, niech to będzie poważne ryzyko. Oszli­fo­wane, opra­wione klej­noty były warte znacz­nie wię­cej.

Bero wró­cił do sali i zajął się sprzą­ta­niem naczyń oraz przy­go­to­wy­wa­niem sto­li­ków. Co kilka minut zer­kał na zegar. Będzie mógł pozbyć się Sampy póź­niej, kiedy już zdo­bę­dzie to, czego potrze­bo­wał.

***

- Shon Ju mówi, że w Pasze były kło­poty. - Maik Kehn pochy­lił się, bo hałas panu­jący w restau­ra­cji zagłu­szał jego słowa. - Grupki dzie­cia­ków ata­kują tam­tej­szych przed­się­bior­ców.

- O jakich dzie­cia­kach mówimy? - zapy­tał jego młod­szy brat, Maik Tar, się­ga­jąc pałecz­kami po chrup­kie kotle­ciki z kal­ma­rów, leżące na tale­rzu po dru­giej stro­nie stołu.

- Pal­cach niskiej rangi. To młode zbiry, mające tylko jeden, góra dwa kawałki jade­itu.

- Nawet naj­mniej ważne palce są żoł­nie­rzami klanu - oznaj­mił z nie­zwy­kle zamy­śloną miną trzeci z sie­dzą­cych przy sto­liku męż­czyzn. - Wyko­nują roz­kazy pię­ści, a pię­ści wyko­nują roz­kazy rogu. - Pacha zawsze była sporną dziel­nicą, ale jawne groźby pod adre­sem firm powią­za­nych z kla­nem Bez Szczy­tów były czymś sta­now­czo zbyt śmia­łym, by mogły za nimi stać tylko nie­ostrożne zbiry. - Wygląda na to, że ktoś pró­buje na nas naszczać.

Maiko­wie popa­trzyli na niego, a potem zer­k­nęli na sie­bie nawza­jem.

- Co się dzieje, Hilo-jen? - zapy­tał Kehn. - Jesteś dziś wyraź­nie nie w sosie.

- Naprawdę? - Kaul Hilo­shu­don oparł się o ścianę boksu i obró­cił w pal­cach szklankę, machi­nal­nie ocie­ra­jąc z niej wil­goć. Piwo szybko robiło się cie­płe. - Może to przez ten upał.

Kehn ski­nął na jed­nego z kel­ne­rów, pro­sząc o ponowne napeł­nie­nie szkla­nek. Blady nasto­la­tek spusz­czał wzrok, obsłu­gu­jąc ich. Na sekundę zatrzy­mał spoj­rze­nie na Hilu, ale naj­wy­raź­niej go nie pozna­wał. Nie­wielu ludzi, któ­rzy nie spo­tkali Kaul Hilo­shu­dona oso­bi­ście, spo­dzie­wało się, że może być taki młody. Róg klanu Bez Szczy­tów, ustę­pu­jący pozy­cją tylko star­szemu bratu, czę­sto pozo­sta­wał nie­zau­wa­żony, gdy poka­zy­wał się publicz­nie. Cza­sami go to iry­to­wało, ale nie­kiedy bywało uży­teczne.

- Jest jesz­cze jeden dziwny szcze­gół - ode­zwał się Kehn, gdy kel­ner się odda­lił. - Od pew­nego czasu nikt nie widział Trzy­pal­cego Gee ani nie miał od niego żad­nych wia­do­mo­ści.

- Jak można stra­cić z oczu Trzy­pal­cego Gee? - zdzi­wił się Tar. Czar­no­ryn­ko­wego szli­fie­rza jade­itu łatwo było roz­po­znać po wiel­kiej tuszy, podob­nie jak po kalec­twie.

- Może się wyco­fał.

Tar zachi­cho­tał.

- Z tego inte­resu można się wyco­fać tylko w jeden spo­sób.

- Kaul-jen, czy masz udany wie­czór? - zabrzmiał nagle przy jego uchu czyjś głos. - Jesteś zado­wo­lony?

Pan Une poja­wił się przy ich sto­liku, roz­cią­ga­jąc usta w nie­spo­koj­nym, tro­skli­wym uśmie­chu, jaki zawsze rezer­wo­wał dla nich.

- Jak zwy­kle wszystko jest wspa­niale - zapew­nił Hilo, uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie w typowy dla niego spo­sób.

Wła­ści­ciel Podwój­nego Szczę­ścia splótł dło­nie pokryte bli­znami od pracy w kuchni i poki­wał głową na znak pokor­nego podzię­ko­wa­nia. Pan Une był męż­czy­zną po sześć­dzie­siątce, łysym i dość tłu­stym restau­ra­to­rem w trze­cim poko­le­niu. Jego dzia­dek zało­żył ten mający już swoje lata, powszech­nie sza­no­wany lokal, a ojciec prze­pro­wa­dził go przez lata wojny i póź­niej­sze czasy. Podob­nie jak jego pro­to­pla­ści pan Une był lojal­nym latar­ni­kiem klanu Bez Szczy­tów. Gdy tylko Hilo odwie­dzał lokal, wła­ści­ciel zawsze oso­bi­ście skła­dał mu wyrazy sza­cunku.

- Pro­szę, powiedz, czy mogę ci ofia­ro­wać coś jesz­cze - dodał.

Gdy uspo­ko­jony pan Une się odda­lił, Hilo znowu zro­bił poważną minę.

- Wypy­taj­cie ludzi. Musimy się dowie­dzieć, co się stało z Gee.

- Co nas to obcho­dzi? - zapy­tał Kehn, nie imper­ty­nencko, a po pro­stu z cie­ka­wo­ści. - Kit z nim. Jed­nego szli­fie­rza sprze­da­ją­cego nasz jadeit mię­cza­kom i cudzo­ziem­com mniej.

- To mnie nie­po­koi. - Hilo prze­su­nął się do przodu, się­ga­jąc po ostatni chru­piący kotle­cik z kal­ma­rów. - Gdy psy zaczy­nają zni­kać z ulic, to ni­gdy nie wróży nic dobrego.

***

Bero czuł nara­sta­jącą ner­wo­wość. Shon Ju wypił ska­żony kok­tajl nie­mal do końca. Spe­cy­fik ponoć nie miał smaku ani zapa­chu. Co jed­nak, jeśli Shon zdo­łał go wykryć dzięki wzmoc­nio­nym przez jadeit zmy­słom? Albo jeśli nie zadziała tak, jak powi­nien, i Shon po pro­stu sobie pój­dzie, zabie­ra­jąc swój jadeit poza jego zasięg? Albo jeśli Sampę opu­ści odwaga? Łyżka w rękach Bera drżała, gdy kładł ją na sto­liku. Trzy­maj się, Bądź męż­czy­zną.

Z fono­grafu usta­wio­nego w rogu sali pły­nęły char­czące dźwięki powol­nej melo­dii z opery roman­tycz­nej, led­wie prze­bi­ja­jące się przez gwar roz­mów. Nad czer­wo­nymi obru­sami wisiały wonie papie­ro­so­wego dymu i ostrych przy­praw.

Shon Ju wstał nagle, chwie­jąc się na nogach, powlókł się do toa­lety dla męż­czyzn i zamknął za sobą drzwi.

Bero poli­czył powoli w myślach do dzie­się­ciu, po czym podą­żył za nim, nie oka­zu­jąc zbyt­niego zain­te­re­so­wa­nia. Wsu­nął się do toa­lety, wetknął dłoń do kie­szeni i zaci­snął ją na ręko­je­ści maleń­kiego pisto­letu. Następ­nie zamknął drzwi na zamek i oparł się o ścianę.

Z jed­nej z kabin dobie­gały odgłosy prze­cią­ga­ją­cego się rzy­ga­nia. Chło­pak omal nie dostał mdło­ści od smrodu prze­sy­co­nych alko­ho­lem wymio­cin. Roz­legł się szum spusz­cza­nej wody. Odgłosy tor­sji uci­chły. Potem Bero usły­szał głu­chy łoskot, jakby na kafelki pod­łogi zwa­liło się coś cięż­kiego. Następ­nie zapa­dła przy­pra­wia­jąca o mdło­ści cisza. Bero postą­pił kilka kro­ków naprzód. W uszach czuł ude­rze­nia tętna. Uniósł pisto­let do wyso­ko­ści piersi.

Drzwi kabiny były otwarte. Masywne ciel­sko Shon Ju leżało na pod­ło­dze, koń­czyny miał bez­ład­nie roz­rzu­cone, klatka pier­siowa uno­siła się i opa­dała, a z ust dobie­gało ciche chra­pa­nie. Z jed­nego kącika ust spły­wała cienka strużka krwi.

W innej kabi­nie poru­szyła się para brud­nych, płó­cien­nych butów. Sampa wysu­nął głowę z kry­jówki i otwo­rzył sze­roko oczy na widok pisto­letu. Pod­szedł jed­nak do wspól­nika i obaj wle­pili spoj­rze­nia w nie­przy­tom­nego męż­czy­znę.

A niech to, udało się.

- Na co cze­kasz? - Bero skie­ro­wał broń na Shona. - Ruszaj się! Zabierz je!

Sampa wszedł z nie­chę­cią do środka przez uchy­lone drzwi kabiny. Głowa Shon Ju prze­chy­lała się w lewo, a ucho z kol­czy­kami doty­kało ściany pomiesz­cze­nia. Chło­pak skrzy­wił się jak ktoś, kto ma dotknąć prze­wodu pod prą­dem, i ujął w dło­nie głowę nie­przy­tom­nego męż­czy­zny. Zatrzy­mał się na moment. Shon Ju się nie poru­szył. Sampa prze­su­nął jego głowę w drugą stronę i drżą­cymi pal­cami wycią­gnął pierw­szy kol­czyk.

- Sko­rzy­staj z tego.

Bero wrę­czył mu pustą papie­rową kopertę. Sampa wrzu­cił do niej kol­czyk i zabrał się za uwal­nia­nie dru­giego. Bero prze­niósł spoj­rze­nie z jade­itu na Shon Ju, pisto­let, na wspól­nika i znowu na jadeit. Pod­szedł bli­żej, trzy­ma­jąc broń kilka cali od skroni nie­przy­tom­nego męż­czy­zny. Wyda­wała się nie­po­ko­jąco mała i bez­u­ży­teczna. Broń czło­wieka z plebsu. Nie­ważne. W tym sta­nie Shon Ju nie zdoła użyć Stali ani Odbi­ja­nia. Sampa zabie­rze jadeit, wyj­dzie przez drzwi na zaple­czu i nikt niczego nie zauważy. Beru dokoń­czy swoją zmianę i spo­tka się z nim póź­niej. Przez wiele godzin nikt nie będzie nie­po­koił sta­rego Shon Ju. Nie­raz już zasy­piał po pija­nemu w toa­le­cie.

- Pośpiesz się - rzu­cił Bero.

Sampa zdjął już dwa kol­czyki i pra­co­wał nad trze­cim. Jego palce wbiły się głę­boko w mię­si­ste ucho męż­czy­zny.

- Nie mogę go wydo­stać.

- Wyrwij go! Po pro­stu wyrwij!

Chło­pak mocno szarp­nął ostatni, uparty kol­czyk, wyry­wa­jąc go z ciała, któ­rym obrósł. Shon Ju poru­szył się nagle i otwo­rzył oczy.

- O kurwa - mruk­nął Sampa.

Shon zawył na całe gar­dło i uniósł ręce. Wyma­chu­jąc nimi wokół głowy, zdo­łał pod­bić rękę Bera w tej samej chwili, w któ­rej ten naci­snął spust. Strzał ogłu­szył wszyst­kich, ale kula wbiła się w sufit.

Sampa rzu­cił się w stronę drzwi, omal nie prze­wra­ca­jąc się o Shona. Zie­lona kość zła­pał chło­paka za nogę, wyba­łu­sza­jąc prze­krwione oczy z gniewu i dez­orien­ta­cji. Sampa padł na pod­łogę i wycią­gnął ręce przed sie­bie. Koperta spa­dła ze stu­kiem na pod­łogę i zatrzy­mała się mię­dzy nogami Bera.

- Zło­dzieje!

Usta Shon Ju ufor­mo­wały to słowo, ale Bero go nie usły­szał. W gło­wie dzwo­niło mu od huku i czuł się jak w wyci­szo­nym pomiesz­cze­niu. Gapił się na gru­basa o poczer­wie­nia­łej twa­rzy, który zła­pał prze­ra­żo­nego Abu­kei niczym demon wynu­rza­jący się z otchłani.

Chło­pak schy­lił się po zgnie­cioną kopertę i pobiegł do drzwi.

Ale zapo­mniał, że je zamknął. Przez mgnie­nie oka cią­gnął za nie w ogłu­pia­łej panice, nim wresz­cie otwo­rzył zamek. Goście usły­szeli strzał i ku chło­pa­kowi zwró­ciły się dzie­siątki pogrą­żo­nych w szoku twa­rzy. Bero zacho­wał wystar­cza­jącą przy­tom­ność umy­słu, by scho­wać pisto­let i wska­zać pal­cem na drzwi toa­lety.

- Tam jest zło­dziej jade­itu! - zawo­łał.

Rzu­cił się do ucieczki, klu­cząc mię­dzy sto­li­kami. Dwa skryte w koper­cie kamie­nie wrzy­nały się bole­śnie w jego zaci­śniętą lewą dłoń. Twa­rze klien­tów zmie­niały się w zama­zane plamy. Bero wpadł na krze­sło, prze­wró­cił się, wstał i pobiegł dalej.

Twarz mu pło­nęła. Nagły przy­pływ cie­pła i ener­gii, nie­przy­po­mi­na­jący niczego, co czuł do tej pory, wypeł­nił go niczym prąd elek­tryczny. Dotarł do sze­ro­kich, krę­tych scho­dów pro­wa­dzą­cych na pierw­sze pię­tro. Goście wsta­wali i spo­glą­dali przez balu­stradę, by zorien­to­wać się, co to za zamie­sza­nie. Bero poko­nał schody w kilku dłu­gich susach. Jego stopy led­wie doty­kały pod­łogi. Przez tłum prze­bie­gło wes­tchnie­nie. Zasko­cze­nie chło­paka prze­szło w eks­tazę. Odrzu­cił głowę do tyłu i wybuch­nął śmie­chem. To na pewno była Lek­kość.

Z jego oczu i uszu spa­dły zasłony. Sły­szał zgrzy­ta­nie nóg krze­seł i brzęk tale­rzy, czuł smak powie­trza na języku. Wszystko było ostre jak brzy­twa. Ktoś spró­bo­wał go zła­pać, ale był za wolny. Bero zro­bił się bar­dzo szybki. Bez trudu omi­nął wycią­gniętą rękę, wsko­czył na stół i odbił się od blatu. Roz­le­gły się krzyki oraz stu­kot tłu­czo­nych naczyń. Miał przed sobą suwane drzwi pro­wa­dzące na patio z wido­kiem na port. Bez zasta­no­wie­nia, nie zatrzy­mu­jąc się ani na chwilę, prze­bił się przez nie niczym szar­żu­jący byk. Drew­niana kon­struk­cja pękła i Bero z krzy­kiem sza­lo­nej eks­tazy przedarł się na drugą stronę, zosta­wia­jąc za sobą dziurę wiel­ko­ści ludz­kiego ciała. Nie było bólu. Czuł się nie­zwy­cię­żony, nie­po­wstrzy­many.

Taka była moc jade­itu.

Nocne powie­trze muskało jego skórę. Lśniąca powierzch­nia wody wabiła go nie­po­wstrzy­ma­nie. Przez jego żyły prze­pły­wały fale cudow­nego cie­pła. Ocean wyda­wał mu się chłodny i odświe­ża­jący. Jego dotyk byłby bar­dzo przy­jemny... Popę­dził w stronę balu­strady.

Czy­jeś ręce zła­pały go za ramiona i szarp­nęły mocno. Bero zatrzy­mał się gwał­tow­nie, jakby dotarł do końca łań­cu­cha. Odwró­cił się i zoba­czył Maik Tara.

Rozdział 2. Róg klanu Bez Szczytów

Roz­dział 2

Róg klanu Bez Szczy­tów

Z dru­giego końca sali dobiegł stłu­miony odgłos wystrzału. Po sekun­dzie czy dwóch Hilo usły­szał w umy­śle nagły krzyk nie­kon­tro­lo­wa­nej aury jade­itu, draż­niący jak dźwięk widelca dra­pią­cego o szkło. Kehn i Tar odwró­cili się na krze­słach, patrząc na nasto­let­niego kel­nera, który nagle wypadł z toa­lety i popę­dził ku scho­dom.

- Tar - ode­zwał się Hilo, choć nie musiał tego robić, bo Maiko­wie już zaczęli dzia­łać.

Kehn skie­ro­wał się do toa­lety, a Tar sko­czył na szczyt scho­dów, zła­pał zło­dzieja na patio i cisnął go z powro­tem do środka przez roz­trza­skane drzwi. Chło­pak spadł na pod­łogę i prze­su­nął się aż pod same schody. Roz­le­gło się chó­ralne wes­tchnie­nie. Nie­któ­rzy goście krzyk­nęli.

Tar wró­cił do lokalu tuż za zło­dzie­jem, pochy­la­jąc się, by przejść przez dziurę wybitą w drzwiach. Nim chło­pak zdą­żył się zerwać, ude­rzył go otwartą dło­nią w głowę i oba­lił z powro­tem na pod­łogę. Zło­dziej wydo­był mały pisto­let, ale Tar wyrwał mu go i wyrzu­cił do portu przez roz­bite drzwi. Gdy zie­lona kość przy­ci­snął kola­nem jego przed­ra­mię i wyrwał mu kopertę ze zbie­la­łej dłoni, z ust nasto­latka wyrwał się stłu­miony przez dywan krzyk. Wszystko to wyda­rzyło się tak szybko, że więk­szość gapiów niczego nie zare­je­stro­wała.

Tar wstał. Chło­pak leżący u jego stóp jęczał i mio­tał się spa­zma­tycz­nie, gdy ener­gia jade­itu wypły­wała z jego ciała, zabie­ra­jąc ze sobą gniewne brzę­cze­nie pod czaszką Hila. Młod­szy Maik zła­pał kel­nera za tył koszuli i powlókł go za sobą w dół po scho­dach. Pod­eks­cy­to­wani goście, któ­rzy wstali od sto­li­ków, scho­dzili mu z drogi. Kehn wyszedł z toa­lety, trzy­ma­jąc za ramię mło­dego Abu­kei, który jęczał cicho. Oba­lił chło­paka na kolana, a Tar poło­żył zło­dzieja obok niego.

Shon Judonrhu wlókł się chwiej­nie za Keh­nem, łapiąc się po dro­dze oparć krze­seł. Spra­wiał wra­że­nie, że nie jest do końca pewny, gdzie się znaj­duje i jak tu tra­fił, był jed­nak wystar­cza­jąco przy­tomny, żeby się wściec. Wyba­łu­szał pełne gniewu oczy i jedną ręką trzy­mał się za ucho.

- Zło­dzieje - wymam­ro­tał i zła­pał za ręko­jeść karam­bita ukry­tego w pochwie pod mary­narką. - Wypruję im flaki.

Pan Une pod­biegł do niego, macha­jąc rękami na znak sprze­ciwu.

- Shon-jen, bła­gam, nie w sali! - Uno­sił przed sobą drżące dło­nie.

Jego twarz o obwi­słym pod­bródku pobla­dła z nie­do­wie­rza­nia. Wystar­cza­jąco okropny był fakt, że Podwójne Szczę­ście okryło się hańbą, a w jego kuchni pra­co­wali zło­dzieje jade­itu. Gdyby obu chło­pa­ków zamor­do­wano publicz­nie tuż obok stołu bufe­to­wego z dese­rami, takiego pecha nie prze­trwałby żaden lokal. Restau­ra­tor zer­k­nął trwoż­nie na nóż w ręce Shon Ju, a następ­nie na braci Maik i na gapią­cych się na to wszystko prze­ra­żo­nych gości. Jego usta się poru­szyły.

- Stało się coś strasz­nego, ale bła­gam, pano­wie...

- Panie Une - zawo­łał na­dal sie­dzący w bok­sie Hilo. - Nie wie­dzia­łem, że urzą­dzasz teraz przed­sta­wie­nia na żywo.

Hilo wstał i ruszył w stronę zło­dziei. Poczuł dreszcz zro­zu­mie­nia prze­bie­ga­jący przez tłum. Sie­dzący naj­bli­żej goście zauwa­żyli to, co prze­oczył Bero, który przyj­rzał się mu tylko pobież­nie. Widoczne pod szarą spor­tową mary­narką dwa górne guziki koszuli barwy paste­lo­wego błę­kitu były roz­pięte i można było zauwa­żyć sze­reg małych jade­itów wsz­cze­pio­nych w skórę na oboj­czy­kach, jak naszyj­nik połą­czony z cia­łem.

Pan Une pod­biegł do Hila i szedł u jego boku, zała­mu­jąc ręce.

- Kaul-jen, strasz­nie mi wstyd, że zakłó­cono twój wie­czór. Nie mam poję­cia, w jaki spo­sób te dwa nędzne zło­dzie­jaszki zakra­dły się do mojej kuchni. Czy mogę ci jakoś to wyna­gro­dzić? Co tylko zechcesz. Jedze­nie i picie bez ogra­ni­czeń, oczy­wi­ście...

- Takie rze­czy się zda­rzają - prze­rwał mu Hilo z roz­bra­ja­ją­cym uśmie­chem.

To jed­nak nie uspo­ko­iło restau­ra­tora. Pan Une ski­nął głową i otarł pot z czoła, ale spra­wiał wra­że­nie jesz­cze bar­dziej pode­ner­wo­wa­nego.

- Scho­waj karam­bit, wujku Ju. Pan Une i tak będzie miał mnó­stwo roboty ze sprzą­ta­niem. Nie potrze­buje dodat­kowo krwi na dywa­nie. Jestem też pewien, że goście, któ­rzy zapła­cili za kola­cję, nie chcie­liby, żebyś popsuł im ape­tyt.

Shon Ju zawa­hał się. Hilo nazwał go wuj­kiem, oka­zu­jąc mu sza­cu­nek, mimo że spo­tkało go publiczne upo­ko­rze­nie. To jed­nak nie wystar­czyło, by go udo­bru­chać. Mach­nął nożem w kie­runku Bera i Sampy.

- To zło­dzieje jade­itu! Mam prawo ode­brać im życie! Nikt mi nie powie, że jest ina­czej!

Hilo wycią­gnął rękę do Tara, który podał mu kopertę. Wysy­pał na otwartą dłoń dwa kamie­nie. Kehn podał mu trzeci jadeit. Hilo potrzą­snął dło­nią z zamy­śloną miną, poru­sza­jąc trzema zie­lo­nymi kol­czy­kami, i spoj­rzał z wyrzu­tem na Shona.

Gniew odpły­nął z twa­rzy gru­basa, ustę­pu­jąc miej­sca trwo­dze. Shon Ju gapił się na swoje jade­ity spo­czy­wa­jące na dłoni innego. Ich moc prze­pły­wała teraz przez Kaul Hila zamiast przez niego. Znie­ru­cho­miał. Nikt się nie odzy­wał. Zapa­dła pełna napię­cia cisza. Shon odchrząk­nął z wysił­kiem.

- Kaul-jen, nie chcia­łem oka­zać braku sza­cunku two­jej pozy­cji rogu - prze­mó­wił z powa­ża­niem, jak do star­szego wie­kiem męż­czy­zny. - Oczy­wi­ście pod­po­rząd­kuję się wyro­kowi klanu we wszyst­kich kwe­stiach doty­czą­cych spra­wie­dli­wo­ści.

Hilo uśmiech­nął się, ujął jego dłoń, wysy­pał na nią trzy klej­noty i deli­kat­nie zaci­snął palce Shona wokół nich.

- Obe­szło się bez poważ­nych strat. Lubię, kiedy coś przy­po­mina Keh­nowi i Tarowi o potrze­bie czuj­no­ści. - Mru­gnął do obu braci, jak uczniak dzie­lący się żar­tem z kole­gami, ale gdy spoj­rzał z powro­tem na Shona Ju, z jego twa­rzy znik­nęła weso­łość. - Wujku, być może nad­szedł czas, byś pił nieco mniej i lepiej uwa­żał na jadeit.

Shon Ju zaci­snął dłoń na odzy­ska­nych jade­itach i uniósł ją do piersi ze spa­zmem ulgi. Jego gruba szyja poczer­wie­niała z obu­rze­nia, ale nie powie­dział już nic wię­cej. Nawet w sta­nie lek­kiego oszo­ło­mie­nia nie był głupi i rozu­miał, że udzie­lono mu ostrze­że­nia. Po dzi­siej­szym kom­pro­mi­tu­ją­cym incy­den­cie pozo­stał zie­loną kością wyłącz­nie dzięki łasce Kaul Hila. Wyco­fał się, pokor­nie pochy­lony.

Hilo odwró­cił się i poma­chał rękami do zafa­scy­no­wa­nych gości.

- Przed­sta­wie­nie skoń­czone. Dziś mie­li­śmy roz­rywkę za darmo. Zamówmy jesz­cze tro­chę pysz­nego jedze­nia pana Une i coś do picia na doda­tek!

W sali roz­le­gły się ner­wowe śmie­chy. Ludzie posłusz­nie wró­cili do swych posił­ków i towa­rzy­szy, choć co chwila zer­kali ukrad­kiem na Kaul Hila, braci Maik oraz dwóch pecho­wych nasto­lat­ków leżą­cych na pod­ło­dze. Nie­czę­sto się zda­rzało, by zwy­kli, nie­no­szący jade­itu oby­wa­tele byli świad­kami tak dra­ma­tycz­nych demon­stra­cji mocy zie­lo­nych kości. Wrócą do domu i opo­wie­dzą przy­ja­cio­łom, co widzieli: zło­dziej biegł szyb­ciej, niż to moż­liwe dla zwy­czaj­nych ludzi, i prze­bił się z impe­tem przez drzwi, ale bra­cia Maik i tak byli znacz­nie szybsi i sil­niejsi od niego. A nawet oni wyko­ny­wali roz­kazy mło­dego rogu.

Kehn i Tar podźwi­gnęli zło­dziei z pod­łogi i wynie­śli ich z lokalu.

Hilo ruszył za nimi. Pan Une biegł u jego boku, jąka­jąc się cicho.

- Po raz kolejny bła­gam o wyba­cze­nie. Zawsze dokład­nie spraw­dzam per­so­nel. Nie mam poję­cia...

Hilo wsparł dłoń na jego ramie­niu.

- To nie twoja wina. Nie zawsze da się prze­wi­dzieć, kto zarazi się jade­itową gorączką i zej­dzie na złą drogę. Zaj­miemy się tym na zewnątrz.

Pan Une poki­wał głową z ogromną ulgą. Wyglą­dał jak ktoś, kto omal nie wpadł pod auto­bus, a pojazd w ostat­niej chwili go wymi­nął i rzu­cił mu do stóp walizkę pełną pie­nię­dzy. Gdyby Hilo i bra­cia Maik nie byli tu dziś obecni, miałby na gło­wie dwóch zabi­tych chło­pa­ków i roz­ju­szoną, pijaną zie­loną kość. Dzięki publicz­nemu popar­ciu, jakiego udzie­lił im róg, Podwójne Szczę­ście unik­nęło ska­że­nia, a nawet zasłu­żyło na sza­cu­nek. Wie­ści o dzi­siej­szym incy­den­cie się rozejdą i przez pewien czas w restau­ra­cji będzie się roiło od gości.

Hilo poczuł się lepiej na tę myśl. Podwójne Szczę­ście nie było jedy­nym loka­lem w oko­licy pro­wa­dzo­nym przez klan Bez Szczy­tów, było jed­nak jed­nym z naj­więk­szych i naj­bar­dziej zyskow­nych. Klan potrze­bo­wał pie­nię­dzy z pła­co­nej przez niego daniny. Co jesz­cze waż­niej­sze, nie mogli sobie pozwo­lić na utratę twa­rzy, jaka wią­za­łaby się z upad­kiem lokalu albo prze­ję­ciem go przez kogoś innego. Gdyby lojalny latar­nik, jakim był pan Une, stra­cił źró­dło utrzy­ma­nia albo nawet życie, odpo­wie­dzial­ność spa­dłaby na Hila.

Ufał panu Une, ale ludzie byli tylko ludźmi. Opo­wia­dali się po stro­nie sil­niej­szych. Podwójne Szczę­ście mogło dziś nale­żeć do klanu Bez Szczy­tów, ale gdyby doszło do naj­gor­szego i wła­ści­ciel byłby zmu­szony przejść na stronę kogoś innego, by zacho­wać rodzinny inte­res oraz głowę, Hilo raczej nie wąt­pił, że tak wła­śnie by postą­pił. W końcu latar­nicy byli nie­no­szą­cymi jade­itu cywi­lami. Nale­żeli do klanu i mieli klu­czowe zna­cze­nie dla jego funk­cjo­no­wa­nia, ale nie musieli za niego ginąć. Nie byli zie­lo­nymi kośćmi.

Zatrzy­mał się i wska­zał na znisz­czone drzwi.

- Przy­ślij mi rachu­nek za naprawę uszko­dzeń. Pokryję go.

Pan Une zamru­gał, splótł dło­nie i kilka razy dotknął nimi czoła w geście peł­nej sza­cunku wdzięcz­no­ści.

- Jesteś zbyt hojny, Kaul-jen. To nie będzie konieczne.

- Nie bądź głupi. - Hilo spoj­rzał na niego. - Powiedz mi, przy­ja­cielu, czy mia­łeś tu ostat­nio jakieś inne kło­poty?

Restau­ra­tor rozej­rzał się ner­wowo i znowu skie­ro­wał wzrok na twarz Hila.

- Jakiego rodzaju kło­poty masz na myśli, Kaul-jen?

- Zie­lone kości z innych kla­nów - odparł Hilo. - Takiego rodzaju.

Po chwili waha­nia pan Une odpro­wa­dził róg klanu na bok.

- Nie tutaj, w Dziel­nicy Por­to­wej - odpo­wie­dział ści­szo­nym gło­sem. - Ale przy­ja­ciel mojego bra­tanka pra­cuje jako bar­man w Tan­cerce w dziel­nicy Pacha i mówił, że ludzie z klanu Góra przy­cho­dzą tam pra­wie codzien­nie, sia­dają, gdzie tylko zechcą, i doma­gają się trun­ków za darmo. Mówią, że to część daniny, bo Pacha to teraz tery­to­rium Góry. - Pan Une cof­nął się nagle zanie­po­ko­jony wyra­zem twa­rzy Hila. - To może być tylko gada­nie, ale skoro pytasz...

Róg pokle­pał go po ramie­niu.

- Ni­gdy nie koń­czy się na gada­niu. Zawia­dom nas, jeśli dowiesz się cze­goś wię­cej, dobra? Możesz przyjść, kiedy tylko zechcesz.

- Oczy­wi­ście. Z pew­no­ścią to zro­bię, Kaul-Jen - odpo­wie­dział pan Une, raz jesz­cze doty­ka­jąc czoła złą­czo­nymi dłońmi.

Hilo klep­nął go ponow­nie na poże­gna­nie i opu­ścił restau­ra­cję.

***

Zatrzy­mał się tuż za wyj­ściem, by wycią­gnąć z kie­szeni paczkę papie­ro­sów. Były espeń­skie i sporo kosz­to­wały, ale je lubił. Wło­żył jeden do ust i się rozej­rzał.

- Może zróbmy to teraz - zasu­ge­ro­wał.

Bra­cia Maik wywle­kli nasto­lat­ków z Podwój­nego Szczę­ścia i oba­lili ich na pokrytą żwi­rem skarpę nad wodą, w miej­scu nie­wi­docz­nym z ulicy. Pulchny Abu­kei cały czas pła­kał i sta­wiał opór, a drugi chło­pak mil­czał i zacho­wy­wał się bier­nie. Bra­cia Maik zaczęli ich bić. Silne, ryt­miczne ciosy w żebra, brzuch i plecy. Kolejne policzki, aż twa­rze chło­paków spu­chły nie do pozna­nia. Nie ude­rzali w ważne dla życia narządy, gar­dło ani w poty­licę. Kehn i Tar byli dobrymi pię­ściami. Nie pozwa­lali sobie na nie­ostroż­ność ani nie dawali się ponieść żądzy krwi.

Hilo przy­glą­dał się temu, paląc papie­rosa.

Zapa­dła już noc, ale nie było ciemno. Wszę­dzie na nabrzeżu paliły się świa­tła, a reflek­tory jadą­cych drogą samo­cho­dów zale­wały ją impul­sami bieli. Daleko od brzegu widziało się poru­sza­jące się powoli świa­tła stat­ków, roz­ma­zane przez mor­ską mgłę i napły­wa­jące z mia­sta zanie­czysz­cze­nia. W cie­płym powie­trzu uno­siły się opary, słodka woń przej­rza­łych owo­ców oraz smród dzie­wię­ciu­set tysięcy spo­co­nych miesz­kań­ców.

Hilo miał tylko dwa­dzie­ścia sie­dem lat, ale nawet on pamię­tał czasy, gdy samo­chody i tele­wi­zja były w Jan­lo­onie nowo­ścią. Teraz widziało się je wszę­dzie, podob­nie jak nowych przy­by­szy, nowe fabryki oraz sprze­da­wane na uli­cach potrawy w cudzo­ziem­skim stylu, jak klopsy w tem­pu­rze czy pikantne grudki serowe. Metro­po­lia pękała w szwach i wyglą­dało na to, że wszy­scy miesz­kańcy, nawet zie­lone kości, pękają razem z nią. Hilo odno­sił wra­że­nie, że wszystko dzieje się nie­bez­piecz­nie szybko, jakby mia­sto było nową, dobrze naoli­wioną maszyną, w każ­dej chwili mogącą wyrwać się spod kon­troli i zbu­rzyć natu­ralny porzą­dek rze­czy. Jak to moż­liwe, że dwóch nie­udol­nych, nie­wy­szko­lo­nych chło­pa­ków z portu wpa­dło na pomysł, że ukradną jadeit zie­lonej kości, i mało zabra­kło, by im się udało?

Prawdę mówiąc, Shon Judonrhu zasłu­żył na utratę klej­no­tów. Hilo mógłby mu je ode­brać. To byłaby uspra­wie­dli­wiona kara za nie­udol­ność. Z pew­no­ścią kusiła go ener­gia, która wypeł­niła jego żyły niczym płynne cie­pło, gdy trzy­mał jade­ity w dłoni.

Jed­nakże ode­bra­nie kilku klej­no­tów żało­snemu star­cowi byłoby bra­kiem sza­cunku. Tego wła­śnie nie rozu­mieli ci zło­dzieje. Jadeit sam w sobie nikogo nie czy­nił zie­loną kością. By stać się jade­ito­wym wojow­ni­kiem, potrzebne były odpo­wied­nia krew, wyszko­le­nie i klan. Zawsze tak było. Hilo cały czas musiał dbać o repu­ta­cję wła­sną i swego klanu. Shon Judonrhu był pija­kiem, sta­rym dur­niem i komicz­nym wra­kiem zie­lo­nej kości, ale na­dal pozo­sta­wał pal­cem klanu Bez Szczy­tów i róg musiał zare­ago­wać na atak na niego.

Odrzu­cił papie­rosa i zga­sił go pode­szwą buta.

- Wystar­czy - oznaj­mił.

Kehn odsu­nął się natych­miast. Tar, bar­dziej pra­co­wity z braci, wymie­rzył jesz­cze obu chło­pa­kom po kop­niaku i zro­bił to samo. Hilo przyj­rzał się uważ­niej obu nasto­lat­kom. Ten w koszuli kel­nera wyglą­dał jak typowy Kekoń­czyk - był chudy, miał dłu­gie ręce, ciemne włosy i oczy. Led­wie żył, choć trudno było oce­nić, czy bar­dziej zaszko­dziło mu bicie, czy skutki dzia­ła­nia jade­itu, Puco­ło­waty Abu­kei łkał cicho.

- To nie był mój pomysł - bła­gał bez prze­rwy. - Nie mój, nie chcia­łem tego zro­bić. Wypuść­cie mnie, pro­szę, obie­cuję, że to już się ni­gdy nie powtó­rzy, już ni­gdy, ni­gdy...

Hilo roz­wa­żył moż­li­wość, że obaj mło­dzieńcy nie byli imbe­cy­lami, na jakich wyglą­dali, lecz szpie­gami bądź wyna­ję­tymi prze­stęp­cami, pra­cu­ją­cymi dla Góry albo dla któ­re­goś z mniej­szych kla­nów. Doszedł jed­nak do wnio­sku, że to mało praw­do­po­dobne. Przy­kuc­nął przy Abu­kei i odgar­nął włosy z jego wil­got­nego czoła. Chło­pak wzdry­gnął się z prze­ra­że­niem. Hilo pokrę­cił głową.

- Skąd ci to przy­szło do głowy? - zapy­tał z wes­tchnie­niem.

- Powie­dział, że możemy mnó­stwo zaro­bić - wyja­śnił nasto­la­tek płacz­li­wym gło­sem, jakby czuł się skrzyw­dzony. - Mówił, że sta­ruch jest tak zalany, że nic nie zauważy. Zapew­niał, że zna dobrego pasera, który zapłaci naj­wyż­szą stawkę za szli­fo­wany jadeit i nie będzie o nic pytał.

- A ty mu uwie­rzy­łeś? Nikt, kto jest na tyle sza­lony, że pró­buje ukraść jadeit zie­lo­nej pię­ści, nie zamie­rza go sprze­da­wać.

Hilo wstał. Dla Kekoń­czyka nic się nie da zro­bić. Mło­dzi, gniewni męż­czyźni łatwo ule­gali jade­ito­wej gorączce. Widy­wał to bar­dzo czę­sto. Biedni i naiwni, wypeł­nieni dziką ener­gią oraz ambi­cją, zła­zili się do jade­itu jak mrówki do miodu. Uwiel­biali roman­tycz­nych boha­ter­skich ban­dy­tów, któ­rzy zostali zie­lo­nymi kośćmi. W fil­mach i komik­sach było pełno opo­wie­ści o ich czy­nach. Sły­szeli, jak ludzie wypo­wia­dają słowo "jen" z sza­cun­kiem oraz odro­biną stra­chu, i pra­gnęli dla sie­bie tego samego. Nie miało zna­cze­nia, że bez lat inten­syw­nej nauki nie mieli szans zapa­no­wać nad mocami, jakie dawał jadeit. Wypa­lali się, wpa­dali w obłęd, nisz­czyli sie­bie i innych. To był bez­na­dziejny przy­pa­dek.

Ale młody Abu­kei był po pro­stu głupi. Czy śmier­tel­nie? Z pew­no­ścią można było wyba­czyć komuś takiemu jak on uczest­nic­two w lote­rii, jakim było nur­ko­wa­nie w rzece, ale poważne prze­stęp­stwo prze­ciwko kla­nowi to coś cał­kiem innego.

Chło­pak przy­śpie­szył potok wypły­wa­ją­cych mu z ust słów, jakby wyczu­wał myśli Hila.

- Bła­gam, Kaul-jen, to było głu­pie. Wiem, że to było głu­pie. Przy­się­gam, że już ni­gdy tego nie zro­bię. Zawsze bra­łem jadeit tylko z rzeki. Gdyby ten nowy szli­fierz nie zastą­pił Gee, ni­gdy nie przy­szłoby mi do głowy, żeby zro­bić coś innego. To stało się dla mnie nauczką, przy­się­gam na grób babci, że już ni­gdy nie dotknę jade­itu, obie­cuję...

- Co przed chwilą powie­dzia­łeś?

Hilo przy­kuc­nął i pochyli się nad chło­pa­kiem, przy­glą­da­jąc mu się z uwagą.

Nasto­la­tek uniósł pełne stra­chu i zdzi­wie­nia spoj­rze­nie.

- Co... co powie­dzia­łem...

- O tym nowym szli­fie­rzu - uści­ślił Hilo.

Chło­pak sku­lił się trwoż­nie pod nie­ustę­pli­wym spoj­rze­niem rogu.

- Zawsze... wszystko, co zna­la­złem w rzece, sprze­da­wa­łem zawsze Trzy­pal­cemu Gee. Pła­cił od ręki gotówką za nie­obro­biony jadeit. Nie­dużo, ale cał­kiem nie­źle. W tej czę­ści mia­sta Gee był szli­fie­rzem, z któ­rym więk­szość z nas...

- Wiem, kim on jest - prze­rwał mu z nie­cier­pli­wo­ścią Hilo. - Co się z nim stało?

Oczy chło­paka przy­brały chy­try, pełen nadziei wyraz, gdy tylko uświa­do­mił sobie, że wie coś, o czym nie wie róg klanu Bez Szczy­tów.

- Gee znik­nął. Nowy szli­fierz poja­wił się przed mie­sią­cem i powie­dział, że kupi od nas tyle jade­itu, ile zdo­łamy mu przy­nieść, suro­wego albo szli­fo­wa­nego, bez żad­nych pytań. Zapro­po­no­wał współ­pracę Trzy­pal­cemu Gee, ale on nie chciał dzie­lić się zyskami z przy­by­szem. Dla­tego nowy go zabił. - Chło­pak wytarł ręka­wem krew i smarki z nosa. - Mówią, że udu­sił go sznu­rem tele­fo­nicz­nym, a potem uciął resztę jego pal­ców i roze­słał je innym szli­fierzom w mie­ście jako ostrze­że­nie. Teraz wszystko, co wyło­wimy z rzeki, tra­fia do niego, ale płaci dwa razy mniej niż Gee. Dla­tego chcia­łem skoń­czyć z nur­ko­wa­niem...

- Widzia­łeś go? - zapy­tał Hilo.

Chło­pak zawa­hał się, nie­pewny, która odpo­wiedź może go oca­lić, a która będzie go kosz­to­wała życie.

- T... tak. Tylko raz.

Hilo wymie­nił spoj­rze­nia ze swo­imi pię­ściami. Młody Abu­kei roz­wią­zał dla nich jedną iry­tu­jącą zagadkę, lecz jed­no­cze­śnie posta­wił przed nimi następną. Trzy­palcy Gee mógł być czar­no­ryn­ko­wym szli­fie­rzem jade­itu, ale był też kimś, kogo znali, bez­pań­skim psem z podwórka Hila, który okra­dał jego śmiet­nik, ale nie spra­wiał tylu kło­po­tów, by warto go było zabić. Dopóki ogra­ni­czał się do kupo­wa­nia suro­wego jade­itu od Abu­kei, klany pozwa­lały mu na drobny prze­myt w zamian za to, że od czasu do czasu ostrze­gał je przed grub­szymi rybami. Któż ośmie­liłby się rzu­cić wyzwa­nie auto­ry­te­towi klanu Bez Szczy­tów, zabi­ja­jąc go?

Ponow­nie spoj­rzał na chło­paka.

- Potra­fisz go opi­sać? Tego nowego szli­fie­rza?

Znowu chwila waha­nia.

- Tak... myślę, że tak.

Gdy młody Abu­kei skoń­czył opis, Hilo wstał.

- Spro­wadź samo­chód - roz­ka­zał Keh­nowi. - Zabie­ramy tych chło­pa­ków na spo­tka­nie z fila­rem.

Rozdział 3. Bezsenny filar

Roz­dział 3

Bez­senny filar

Kaul Lan­shin­wan nie mógł zasnąć. Kie­dyś sypiał dobrze, ale od trzech mie­sięcy przy­naj­mniej raz na tydzień zda­rzały mu się bez­senne noce. Okna jego sypialni, ulo­ko­wa­nej na pię­trze głów­nego domu w rezy­den­cji Kau­lów, wycho­dziły na wschód. Pomiesz­cze­nie robiło na nim wra­że­nie odra­ża­jąco wiel­kiego i pustego, podob­nie jak jego łóżko. Były noce, gdy wyglą­dał przez okna aż do chwili, gdy nad miej­skim hory­zon­tem poja­wił się blady cień jutrzenki. Pró­bo­wał medy­ta­cji, by uspo­koić się przed pój­ściem spać. Pił her­batkę zio­łową i brał słone kąpiele. Zapewne powi­nien popro­sić o poradę. Być może lekarz będący zie­loną kością potra­fiłby usta­lić, jakiego rodzaju nie­rów­no­waga ener­gii doku­cza fila­rowi, odblo­ko­wać prze­pływ i prze­pi­sać dietę, która przy­wróci wszystko do normy.

Opie­rał się jed­nak tej myśli. Miał dopiero trzy­dzie­ści pięć lat. Powi­nien być w pełni zdrowy i u szczytu mocy. Dla­tego dzia­dek wresz­cie zgo­dził się prze­ka­zać mu kie­row­nic­two nad kla­nem, a reszta człon­ków zaak­cep­to­wała fakt, że wła­dza prze­szła z rąk legen­dar­nego, ale sta­rego i scho­ro­wa­nego Kaul Sening­tuna do jego wnuka. Wie­ści, że filar klanu ma kło­poty ze zdro­wiem, nie zro­bi­łyby dobrego wra­że­nia. Nawet coś rów­nie banal­nego jak bez­sen­ność mogło się stać przy­czyną spe­ku­la­cji. Czy był nie­zrów­no­wa­żony? Nie mógł nosić jade­itu? Gdyby uznano go za sła­bego, skutki mogłyby się oka­zać fatalne.

Wstał, wcią­gnął koszulę i zszedł na dół. Następ­nie wło­żył buty i wyszedł do ogrodu. Na dwo­rze natych­miast poczuł się lepiej. Ich rodzinna posia­dłość znaj­do­wała się w samym sercu Jan­lo­onu. Z okien na górze widział czer­wony dach gma­chu Rady Ksią­żę­cej oraz stoż­ko­waty tara­sowy szczyt Pałacu Trium­fal­nego. Budynki i ogrody posia­dło­ści zaj­mo­wały jed­nak prze­strzeń pię­ciu akrów i ota­czały je wyso­kie ceglane mury, zapew­nia­jące osłonę przed zgieł­kiem mia­sta. Dla zie­lo­nej kości nie było tu jed­nak spo­koj­nie. Lan sły­szał sze­lest myszy poru­sza­ją­cej się w tra­wie, bzy­cze­nie małego owada przy sta­wie i chrzęst kamy­ków ścieżki pod butami. Jed­nakże wszech­obecny szum mia­sta led­wie tu docie­rał. Ogród był oazą spo­koju. Gdy Lan zosta­wał sam na tym skrawku natury, daleko od przy­pra­wia­ją­cej o zawrót głowy aury jade­itów noszo­nych przez innych, mógł się choć na chwilę uspo­koić.

Usiadł na kamien­nej ławce i zamknął oczy. Wsłu­chał się w rytm wła­snego serca i odde­chu, w mia­rowy szum krwi w żyłach, i zaczął nie­śpieszną eks­plo­ra­cję. Podą­żał za łopo­tem skrzy­deł nie­to­pe­rza, który zakrę­cał to w tę, to we w tę, łapiąc owady w locie. W wie­trzyku docie­ra­ją­cym do niego od małego stawu wyczuł zapa­chy kwia­tów poma­rań­czy, magno­lii i wicio­krzewu. Poszu­kał w tra­wie myszy, którą wyczuł przed­tem, i zna­lazł ją - gorąca plamka życia, rysu­jąca się ostro i wyraź­nie na tle ciem­nej murawy.

Pod­czas nauki w Aka­de­mii Kaul Dushu­rona spę­dził kie­dyś noc zamknięty w ogrom­nej pod­ziem­nej komo­rze. Pano­wała w niej cał­ko­wita ciem­ność i miał tam za towa­rzy­stwo jedy­nie trzy szczury. To był jeden z testów Postrze­ga­nia, któ­rym pod­da­wano nowi­cju­szy mają­cych czter­na­ście lat. Obma­cy­wał na oślep zimne kamienne ściany, nasłu­chu­jąc led­wie sły­szal­nego zgrzytu pazur­ków, wyszu­ki­wał cie­pło ciał niczym wąż, wie­dząc, że egza­min skoń­czy się dopiero wtedy, gdy zła­pie trzy ostro­zębe gry­zo­nie i zabije je gołymi rękami. To wspo­mnie­nie przy­pra­wiło go o ból ple­ców.

Poczuł lek­kie poru­sze­nie na gra­nicy świa­do­mo­ści. Zbli­żał się Doru. Szedł ku niemu przez ogród. Nie­wi­doczna, lecz łatwo wyczu­walna aura jego jade­itów prze­ci­nała noc niczym wąska wiązka czer­wo­nego świa­tła pene­tru­jąca tumany dymu.

Lan wypu­ścił powie­trze z płuc i otwo­rzył oczy. Roz­cią­gnął usta w krzy­wym uśmieszku. Jeśli Doru przy­ła­pie go na tym, że uga­nia się nocą za myszami po ogro­dzie, będzie to oznaką nie­zrów­no­wa­że­nia znacz­nie poważ­niej­szą niż bez­sen­ność. Poiry­to­wało go, że zmą­cono jego samot­ność, i nie wstał, by przy­wi­tać przy­by­sza.

- Sie­dzisz tu sam? - zapy­tał Yun Doru­pon cichym, ochry­płym gło­sem, mają­cym zapach lekar­stwa i brzmią­cym jak żwir pod­rzu­cany na patelni. - Czy coś się stało, Lan-se?

Lan zmarsz­czył brwi, sły­sząc, że pro­gno­styk zwraca się do niego w ten spo­sób. Tego przy­rostka uży­wało się w roz­mo­wie z dziećmi bądź star­cami. Zwra­ca­nie się w ten spo­sób do filaru świad­czyło o lek­kiej nie­sub­or­dy­na­cji. Lan wie­dział jed­nak, że Doru nie chciał go obra­zić. Od sta­rych nawy­ków trudno się było uwol­nić. Pro­gno­styk znał go od naj­młod­szych lat, słu­żył kla­nowi i Kau­lom, odkąd filar się­gał pamię­cią. Teraz jed­nak powi­nien się stać jego stra­te­giem i zaufa­nym doradcą, a nie stró­żem i przy­szy­wa­nym wuj­kiem.

- Nic takiego. - Lan wresz­cie wstał i zwró­cił się w stronę pro­gno­styka. - Lubię posie­dzieć nocą w ogro­dzie. Cza­sami dobrze jest pobyć sam na sam z myślami.

To miała być lekka wymówka za to, że Doru zawraca mu głowę.

Pro­gno­styk naj­wy­raź­niej tego nie zauwa­żył.

- Z pew­no­ścią masz mnó­stwo zmar­twień - zgo­dził się. Był chu­dym jak patyk męż­czy­zną o jajo­wa­tej gło­wie i ster­czą­cym pod­bródku, nosił weł­niane swe­try i grube, ciemne ble­zery, nawet pod­czas naj­go­ręt­szych let­nich upa­łów. Sztywne maniery upo­dab­niały go do uczo­nego, ale to wra­że­nie było cał­ko­wi­cie mylne. Przed dzie­się­cio­le­ciami Doru był czło­wie­kiem z Góry, jed­nym z nie­po­skro­mio­nych bun­tow­ni­ków dowo­dzo­nych przez Kaul Sening­tuna i Ayt Yugon­tina. To oni sta­wiali opór cudzo­ziem­com oku­pu­ją­cym Kekon i w końcu prze­gnali ich z wyspy. Doru spę­dził ostatni rok wojny wielu naro­dów w szo­tar­skim wię­zie­niu. Opo­wia­dano, że jego nie­gu­stowny strój ukrywa fakt, że wycięto mu kawałki ciała z rąk i nóg, a także pozba­wiono obu jąder.

- KSJ ma pod koniec mie­siąca pod­jąć decy­zję w spra­wie pro­po­zy­cji eks­portu - kon­ty­nu­ował Doru. - Zde­cy­do­wa­łeś już, czy poprzesz tę pro­po­zy­cję w osta­tecz­nym gło­so­wa­niu?

Debata o tym, czy zwięk­szyć eks­port jade­itu do cudzo­ziem­skich mocarstw - to zna­czy Espe­nii i jej sojusz­ni­ków - toczyła się w Kekoń­skim Soju­szu Jade­ito­wym przez całą wio­snę.

- Wiesz, co sądzę na ten temat - odparł Lan.

- Roz­ma­wia­łeś o tym z Kaul-jenem?

Doru, rzecz jasna, miał na myśli Kaul Sening­tuna. Trzy młod­sze zie­lone kości w rodzi­nie nie miały zna­cze­nia. Dla niego ist­niał tylko jeden Kaul-jen.

- Nie ma sensu zawra­cać mu głowy bez potrzeby - odpo­wie­dział Lan, skry­wa­jąc iry­ta­cję. Doru mógł nie być jedy­nym człon­kiem klanu, który ocze­ki­wał, że Lan będzie się kon­sul­to­wał z dziad­kiem we wszyst­kich waż­nych kwe­stiach, ale to nie mogło trwać dłu­żej. Już naj­wyż­szy czas, by pod­kre­ślił, że to on jest fila­rem klanu.

- Espeń­czycy doma­gają się zbyt wiele. Jeśli będziemy im ustę­po­wać za każ­dym razem, gdy cze­goś od nas zażą­dają, nie minie wiele czasu, nim wszyst­kie klej­noty na wyspie znajdą się w skarb­cach ich armii.

Pro­gno­styk mil­czał przez chwilę. Wresz­cie pochy­lił głowę.

- Skoro tak mówisz.

Lanowi nie­ocze­ki­wa­nie nasu­nęła się pewna myśl.

Doru się sta­rzeje. Robi się za stary, żeby się zmie­nić. Był pro­gno­sty­kiem dziadka i zawsze będzie się za takiego uwa­żał. Wkrótce będę musiał zastą­pić go kimś innym.

Szybko odwró­cił się od tego nie­przy­jem­nego tematu. Wyostrzony zmysł Postrze­ga­nia nie pozwa­lał zie­lo­nym kościom czy­tać w myślach, ale ci, któ­rzy opa­no­wali tę sztukę w mak­sy­mal­nym moż­li­wym stop­niu, zauwa­żali wska­zówki odsła­nia­jące uczu­cia i inten­cje. Jedyną dostrze­galną zie­le­nią noszoną przez Doru były skromne pier­ście­nie na pal­cach. Lan wie­dział jed­nak, że pro­gno­styk ukrywa więk­szość swego jade­itu pod ubra­niem i jest bar­dziej bie­gły, niż mogłoby się zda­wać. Mógł Postrzec, że młody filar nagle zmie­nił zda­nie, nawet jeśli jego twarz niczego nie zdra­dzała.

Posta­no­wił, że ukryje moż­liwy błąd jako prze­jaw znie­cier­pli­wie­nia.

- Nie przy­sze­dłeś tu tylko po to, by zawra­cać mi głowę spra­wami KSJ. O co jesz­cze ci cho­dzi?

Świa­tła przy bra­mie włą­czyły się nagle, zale­wa­jąc front domu oraz długi pod­jazd żół­tym bla­skiem.

- Przy­je­chał Hilo - oznaj­mił Doru. - Chce się z tobą natych­miast zoba­czyć.

Lan ruszył w stronę pojazdu brata. Wielki, biały sedan łatwo było roz­po­znać. Jeden z zastęp­ców Hila, Maik Kehn, opie­rał się o drzwi duchesse priza po stro­nie kie­rowcy, spo­glą­da­jąc na zega­rek. Maik Tar stał nieco z boku, razem ze swoim sze­fem. U ich stóp wid­niały dwie syl­wetki. Gdy filar pod­szedł bli­żej, zorien­to­wał się, że to nasto­letni chłopcy, któ­rzy klę­czeli pochy­leni, doty­ka­jąc czo­łami asfaltu.

- Cie­szę się, że udało mi się cie­bie zła­pać, nim zasną­łeś - zażar­to­wał Hilo.

Młod­szy Kaul czę­sto krą­żył po uli­cach aż do świtu. Twier­dził, że to część obo­wiąz­ków rogu, ponie­waż groźba jego obec­no­ści hamuje zapędy zło­czyń­ców, goto­wych gra­so­wać po zmierz­chu na tery­to­rium klanu. Nikt nie mógłby powie­dzieć, że Kaul Hilo nie wyko­nuje gor­li­wie swych obo­wiąz­ków, zwłasz­cza gdy doty­czyły one jedze­nia i picia, atrak­cyj­nych dziew­cząt i gło­śnej muzyki, barów, jaskiń hazardu, a od czasu do czasu rów­nież wybu­chów prze­mocy.

Lan zigno­ro­wał zaczepkę brata i spoj­rzał na chło­pa­ków. Pobito ich ciężko, nim przy­wie­ziono ich tutaj i rzu­cono na pod­jazd.

- O co tu cho­dzi?

- Ten stary moczy­morda Shon Ju omal nie pozwo­lił, by ci dwaj dur­nie ukra­dli mu jego skromny zapas jade­itu - odparł Hilo. - Oka­zało się jed­nak... - trą­cił stopą chło­paka o bar­dziej masyw­nej budo­wie - ...że jeden z nich ma dla nas cie­kawe infor­ma­cje. Pomy­śla­łem sobie, że powi­nie­neś usły­szeć je oso­bi­ście. No dobra, chłop­cze, powiedz fila­rowi, co wiesz.

Nasto­la­tek spoj­rzał w górę. Oczy miał pod­bite, wargę roz­sz­cze­pioną, a nos zatkany krwią. Nie­wy­raź­nym gło­sem opo­wie­dział Lanowi o nagłym prze­ję­ciu inte­resu Trzy­pal­cego Gee, zaj­mu­ją­cego się han­dlem suro­wym jade­item.

- Nie wiem, jak się nazywa ten nowy facet. Mówimy na niego po pro­stu "Szli­fierz".

- To Abu­kei? - zapy­tał Lan.

- Nie. Cudzo­ziem­ski kamien­no­oki. Nosi płaszcz i kwa­dra­towy kape­lusz w ygu­tań­skim stylu.

Zer­k­nął ner­wowo na towa­rzy­sza, który poru­szył się z jękiem.

- Opo­wiedz, jak wygląda - zażą­dał Hilo.

- Widzia­łem go tylko raz, przez kilka minut - bro­nił się chło­pak, ponow­nie prze­stra­szony ostrym tonem rogu. - Jest niski i dość tęgi. Ma wąsy i dzioby na twa­rzy. Ubiera się jak Ygu­tań­czyk i nosi pisto­let, ale mówi po kekoń­sku bez akcentu.

- Na jakim tery­to­rium pra­cuje?

Młody Abu­kei pocił się inten­syw­nie. Skie­ro­wał na Lana bła­galne spoj­rze­nie pod­bi­tych oczu.

- N... nie jestem pewien. Więk­sza część Kuźni, kawałki Papai i Dziel­nicy Por­to­wej. Być może rów­nież Pral­nia i Mia­sto Ryba­ków. - Znowu dotknął czo­łem asfaltu i jego głos zro­bił się nie­wy­raźny. - Kaul-jen. Fila­rze. Jestem dla cie­bie niczym, abso­lut­nie niczym. Tylko dur­nym chło­pa­kiem, który popeł­nił głupi błąd. Powie­dzia­łem ci wszystko, co wiem.

Drugi nasto­la­tek odzy­skał już przy­tom­ność. Dyszał ciężko, ale się nie odzy­wał.

- Spójrz na mnie - roz­ka­zał Lan.

Chło­pak uniósł głowę. Białka oczu miał czer­wone od popę­ka­nych naczyń, a twarz zapad­niętą i udrę­czoną. Nie przy­po­mi­nał już nasto­latka, lecz kogoś, kto posma­ko­wał jade­itu w nie­wła­ściwy spo­sób i to go zgu­biło. Z pew­no­ścią cier­piał strasz­liwy ból, lecz na­dal gorzał w nim gniew, gorący niczym pło­mień gazu.

Lan nieco lito­wał się nad nim. Chło­pak był ofiarą dez­orien­tu­ją­cych cza­sów. Kie­dyś prawa natury były pro­ste. Abu­kei byli odporni na jadeit. Więk­szość cudzo­ziem­ców była na niego zbyt wraż­liwa. Nawet jeśli Szo­tar­czyk albo Espeń­czyk nauczył się pano­wać nad fizycz­nymi i men­tal­nymi mocami, bar­dzo rzadko uda­wało mu się unik­nąć swę­dziawki. Tylko Kekoń­czycy, odrębna rasa, która ufor­mo­wała się w ciągu stu­leci mie­sza­nia krwi Abu­kei i Tuni, sta­ro­żyt­nych miesz­kań­ców wyspy, posia­dali natu­ralną zdol­ność pano­wa­nia nad jade­item. Ale nawet oni potrze­bo­wali wie­lo­let­nich przy­go­to­wań.

Nie­stety, ostat­nio poja­wiły się prze­sadne opo­wie­ści o cudzo­ziem­cach, któ­rzy ponoć sami nauczyli się pano­wać nad jade­item. To pod­su­wało mło­dym, zubo­ża­łym Kekoń­czy­kom nie­bez­pieczne pomy­sły. Myśleli, że wystar­czy im tro­chę poćwi­czyć walki uliczne i być może odna­leźć odpo­wied­nie che­miczne wspo­ma­ga­nie.

- Jadeit to śmierć dla ludzi takich jak ty - oznaj­mił mu Lan. - Krad­nie­cie go, prze­my­ca­cie albo nosi­cie, ale na koniec wszy­scy kar­mi­cie robaki. - Prze­szył nasto­latka śmier­tel­nie groź­nym spoj­rze­niem. - Wyno­ście się z mojej posia­dło­ści i nie pozwól­cie, żeby mój brat jesz­cze was kie­dyś zoba­czył.

Młody Abu­kei wstał. Nawet drugi chło­pak zdo­łał się pod­nieść szyb­ciej, niż Lan się tego spo­dzie­wał. Obaj pokuś­ty­kali ku wol­no­ści.

- Każ straż­ni­kowi otwo­rzyć bramę - pole­cił Maik Keh­nowi Kaul Lan­shin­wan.

Kehn zer­k­nął na Hila, pyta­jąc o zgodę, zanim wyko­nał roz­kaz. Ten drobny gest poiry­to­wał Lana. Obaj bra­cia Maik byli ślepo lojalni wobec jego młod­szego brata. Przy­glą­dali się teraz ucie­ka­ją­cym chło­pa­kom, sta­ra­jąc się zapa­mię­tać ich twa­rze.

Z obli­cza Hila znik­nął uśmiech. Bez niego wyglą­dał na swoje lata, nie wyda­wał się już tylko nie­wiele star­szy od nasto­lat­ków, któ­rych kazał ska­to­wać.

- Ja daro­wał­bym życie mło­demu Abu­kei - oznaj­mił - ale z tym dru­gim popeł­ni­łeś błąd. On wróci. Wyczy­ta­łem to z jego twa­rzy. Będę musiał zabić go póź­niej.

Mógł mieć rację. Ist­niały dwa rodzaje zło­dziei jade­itu. Więk­szość pra­gnęła tego, co mogły im dać klej­noty - sta­tusu, zysków, wła­dzy nad innymi - ale dla nie­któ­rych pożą­da­nie samego kamie­nia prze­ra­dzało się w zgni­li­znę toczącą mózg, obse­sję, która mogła jedy­nie rosnąć. Nie­mniej Hilo mógł nie mieć pro­ble­mów ze ska­za­niem kogoś na śmierć za pierw­sze wykro­cze­nie, ale Lan nie czuł się gotowy powie­dzieć, że nie ma szans, by chło­pak odna­lazł jakiś inny cel dla swej nad­mier­nej ambi­cji.

- Udzie­li­łeś im nauczki - stwier­dził. - Powinni mieć szansę z niej sko­rzy­stać. To tylko głu­pie dzie­ciaki.

- Kiedy byłem dzie­cia­kiem, głu­poty nie uwa­żano tu za uspra­wie­dli­wie­nie.

Lan przyj­rzał się bratu. Hilo wsa­dził ręce w kie­sze­nie, łok­cie ster­czały mu na zewnątrz, a ramiona pochy­lał w geście nie­dba­łej bez­czel­no­ści. Na­dal nim jesteś, pomy­ślał bez wyro­zu­mia­ło­ści. Róg był dru­gim czło­wie­kiem w kla­nie, rów­nym pozy­cją pro­gno­sty­kowi. Powi­nien być doświad­czo­nym wojow­ni­kiem. Hilo był naj­młod­szym rogiem, odkąd ludzie się­gali pamię­cią, ale nikt nie kwe­stio­no­wał jego auto­ry­tetu - albo dla­tego, że był Kau­lem i dobrze nosił jadeit, albo dla­tego, że gdy pół­tora roku temu stary róg prze­szedł w stan spo­czynku, dzia­dek zaak­cep­to­wał mia­no­wa­nie Hila ze wzru­sze­niem ramion.

- Na cóż innego mógłby się przy­dać? - skwi­to­wał Kaul Sen.

Lan zmie­nił temat.

- Myślisz, że ten nowy szli­fierz to Tem Ben.

To nie było pyta­nie, tylko stwier­dze­nie faktu.

- Kim innym mógłby być? - odpo­wie­dział pyta­niem Hilo.

Temo­wie byli człon­kami wiel­kiego i potęż­nego klanu Góra. Byli rodziną dum­nych zie­lo­nych kości, ale Tem Ben oka­zał się kamien­no­okim. To się cza­sami zda­rzało, rece­sywne geny spra­wiały, że rodziło się kekoń­skie dziecko nie­wraż­liwe na jadeit jak Abu­kei czy­stej krwi. Tem Ben był bru­tal­nym zbi­rem i roz­cza­ro­wa­niem dla swego rodu. Przed laty rodzina wysłała go na pust­ko­wia pół­noc­nego Ygu­tanu, żeby uczył się tam i pra­co­wał. Jego nagły powrót na Kekon i gwał­towne wej­ście w han­del nie­szli­fo­wa­nym jade­item miały sens. Tylko odporny na jadeit kamien­no­oki mógł kupo­wać, maga­zy­no­wać, szli­fo­wać i sprze­da­wać czar­no­ryn­kowe klej­noty. Jed­nakże impli­ka­cje tego faktu były nie­po­ko­jące.

- Nie wró­ciłby bez zgody rodziny - skon­klu­do­wał Hilo. - A Temo­wie nie zro­bi­liby niczego bez akcep­ta­cji Ayt Mady. - Odchrząk­nął i splu­nął w krzaki. Ayt Mada była adop­to­waną córką wiel­kiego Ayt Yugon­tina i została po nim fila­rem klanu Góra. - Sta­wiam cały swój jadeit na to, że ta chciwa suka nie tylko o tym wie, lecz sama wszystko zaaran­żo­wała.

Doru cały czas trzy­mał się na pewien dystans, ale teraz pod­szedł bli­żej niczym zjawa, by przy­łą­czyć się do roz­mowy.

- Filar klanu Góra mia­łaby się zaj­mo­wać czar­no­ryn­ko­wymi szli­fie­rzami? - zapy­tał, nie kry­jąc scep­ty­cy­zmu. - Nie powin­ni­śmy wycią­gać takich wnio­sków tylko na pod­sta­wie słów wystra­szo­nego chło­paka.

Hilo obrzu­cił go spoj­rze­niem peł­nym led­wie skry­wa­nej pogardy.

- Shon Ju może być zapi­ja­czo­nym dur­niem, ale pil­nie słu­cha wszyst­kich wie­ści i wie, że naszym latar­ni­kom w Pasze coraz bar­dziej utrud­nia się życie. Wła­ści­ciel Podwój­nego Szczę­ścia powie­dział mi to samo i dodał, że stoją za tym palce Góry. Jeśli Góra ma zamiar wypchnąć nas z Pachy, to czy tak trudno jest uwie­rzyć w to, że jej filar posta­rał się, by ktoś, kogo kon­tro­luje, pra­co­wał w naszych dziel­ni­cach i zdo­by­wał dla niej infor­ma­cje? Posta­wiła na to, że zosta­wimy nowego szli­fie­rza w spo­koju, by nie anta­go­ni­zo­wać Temów z powodu drob­nego prze­mytu.

- Wycią­gasz przed­wcze­sne wnio­ski, Hilo-se - sprze­ci­wił się Doru. - Nazwi­ska Ayt i Kaul już dawno się połą­czyły ze sobą. Góra nie wystąpi prze­ciwko nam, dopóki twój dzia­dek żyje.

- Mówię, co wiem. - Hilo zaczął spa­ce­ro­wać przed dwoma star­szymi męż­czy­znami. Lan wyczu­wał wypeł­nia­jącą brata eks­cy­ta­cję. Jade­itowa aura Hila była jaskra­wym pły­nem, kon­tra­stu­ją­cym z gęstym dymem Doru. - Dzia­dek i Ayt Yugon­tin sza­no­wali się nawza­jem, nawet gdy byli rywa­lami, ale te czasy już minęły. Stary Yu nie żyje i kla­nem kie­ruje teraz Ayt Mada.

Lan spoj­rzał na wielki, wspa­niały dom Kau­lów, zasta­na­wia­jąc się nad sło­wami brata.

- Klan Bez Szczy­tów od lat rósł szyb­ciej niż Góra - zauwa­żył. - Wie­dzą, że jeste­śmy jedy­nym kla­nem, który może im zagro­zić.

Hilo zatrzy­mał się i ujął brata za ramię.

- Pozwól mi zabrać pięć pię­ści i wybrać się do Pachy. Ayt nas testuje, wysyła swoje naj­słab­sze palce, by wywo­ły­wały kło­poty. Chce spraw­dzić, jak zare­agu­jemy. Utniemy kilka z nich i ode­ślemy jej w wor­kach na ciała. To będzie sygnał, że lepiej z nami nie zaczy­nać.

Doru wykrzy­wił wąskie usta, jakby ugryzł limonkę. Odwró­cił głowę i prze­szył mło­dego Kaula peł­nym wzgar­dli­wego nie­do­wie­rza­nia spoj­rze­niem.

- Czy zabili kogoś z naszych ludzi, czy to zie­lone kości, czy latar­ni­ków? Chcesz powie­dzieć, że powin­ni­śmy pierwsi prze­lać krew? Zerwać pokój? Od rogu ocze­kuje się pew­nej gwał­tow­no­ści, ale taka dzie­cinna prze­sada źle służy naszemu fila­rowi.

Aura Hila roz­ja­rzyła się nagle niczym pło­mień muskany przez wiatr. Lan poczuł, jak ude­rzyła weń falą żaru.

- Filar sam może zde­cy­do­wać, kto dobrze mu służy - odparł po mgnie­niu oka róg nie­spo­dzie­wa­nie spo­koj­nym gło­sem.

- Prze­stań­cie - wark­nął na obu Lan. - Mamy wspól­nie pod­jąć decy­zję, a nie kłó­cić się o to, kto ma dłuż­szego.

- Lan-se, to raczej wygląda na dzia­ła­nia garstki nad­gor­li­wych, skłon­nych do zwady mło­dzia­ków. Pacha zawsze była nie­sta­bilną dziel­nicą. - Aura pro­gno­styka świe­ciła spo­koj­nie jak tlące się od dawna węgielki, wypeł­nione zuży­wa­jącą się powoli ener­gią czło­wieka, który prze­żył już wiele poża­rów i nie miał ochoty wznie­cać następ­nych. - Z pew­no­ścią można zna­leźć poko­jowe roz­wią­za­nie, które ocali wza­jemny sza­cu­nek, od lat panu­jący mię­dzy naszymi kla­nami.

Lan prze­no­sił spoj­rze­nie mię­dzy swym rogiem a pro­gno­sty­kiem. Mieli oni słu­żyć fila­rowi jako prawa i lewa ręka. Pierw­szy odpo­wia­dał za mili­tarną dzia­łal­ność klanu, drugi zaś za eko­no­miczną. Róg był wyraź­nie widoczny, zaj­mo­wał się tak­tyką, był naj­groź­niej­szym wojow­ni­kiem klanu, dowo­dził pię­ściami i pal­cami, któ­rzy patro­lo­wali jego tery­to­rium i bro­nili jego miesz­kań­ców przed kon­ku­ren­cyj­nymi kla­nami oraz ulicz­nymi prze­stęp­cami. Pro­gno­styk był stra­te­giem, mózgiem pra­cu­ją­cym za kuli­sami, w gabi­ne­cie peł­nym zdol­nych szczę­ścio­daw­ców. Kie­ro­wał prze­pły­wem wiel­kich sum pocho­dzą­cych z daniny, patro­natu oraz inwe­sty­cji. Nale­żało się spo­dzie­wać, że mię­dzy tymi dwoma sta­no­wi­skami będzie docho­dziło do kon­flik­tów, ale Hilo i Doru bar­dzo róż­nili się od sie­bie rów­nież pod wzglę­dem natury. Hilo repre­zen­to­wał siłę i uliczne instynkty, a Doru doświad­cze­nie i ostroż­ność.

- Spró­buj się dowie­dzieć, czy Ayto­wie popie­rają Tem Bena - pole­cił bratu Lan. - Jed­no­cze­śnie wyślij do Pachy kilka pię­ści, ale tylko po to... - potrzą­snął głową, widząc zapał na twa­rzy brata - ...żeby uspo­koić latar­ni­ków i bro­nić ich biz­ne­sów. Żad­nych ata­ków, żad­nego odwetu czy szep­ta­nia nazwisk. Nikt nie może prze­lać krwi bez zgody rodziny, nawet jeśli prze­ciw­nik zaofe­ruje czy­stą klingę.

- To roz­sądna decy­zja - poparł go Doru, kiwa­jąc głową.

Hilo skrzy­wił się, ale spra­wiał wra­że­nie po czę­ści zado­wo­lo­nego.

- W porządku - zgo­dził się. - Powiem wam jed­nak, że sytu­acja może się tylko pogar­szać. Nie zdo­łamy już długo opie­rać się tylko na repu­ta­cji dziadka. - Pocią­gnął za pła­tek pra­wego ucha w tra­dy­cyj­nym geście odstra­sza­ją­cym pecha. - Oby żył trzy­sta lat - mruk­nął z sza­cun­kiem, lecz bez prze­ko­na­nia. - Prawda wygląda tak, że Ayt pró­buje zade­mon­stro­wać, że jest sil­nym fila­rem. Jeśli klan Bez Szczy­tów pra­gnie dotrzy­mać jej kroku, będziemy musieli zro­bić to samo.

- Nie potrze­buję, żeby młod­szy brat robił mi wykłady jak ktoś znacz­nie star­szy - wark­nął ostro Lan.

Hilo zaak­cep­to­wał repry­mendę pochy­le­niem głowy. Następ­nie uśmiech­nął się sze­roko. Jego twarz zmie­niła wyraz, znowu stała się chło­pięca.

- To prawda. Masz tutaj tego wystar­cza­jąco wiele. - Wzru­szył ramio­nami, odwró­cił się i pod­szedł do ogrom­nej bia­łej duchesse.

Maik Kehn i Maik Tar stali przy samo­cho­dzie i palili papie­rosy, cier­pli­wie cze­ka­jąc na powrót szefa. Cie­pła aura jego jade­itu wyco­fała się gładko jak rzeka latem. Hilo nie nale­żał do ludzi, któ­rzy cho­wają urazę po kon­fron­ta­cji. Lan zdu­mie­wał się myślą, że lata bez­li­to­snego szko­le­nia w Aka­de­mii Kaul Dushu­rona nie pozba­wiły jego młod­szego brata rado­snego uspo­so­bie­nia. Hilo wędro­wał przez świat, jakby był on tylko sce­no­gra­fią zbu­do­waną spe­cjal­nie dla niego.

- Wybacz mi, że byłem dziś dla niego nie­uprzejmy, Lan-se - ode­zwał się cicho Doru. - Hilo jest zna­ko­mi­tym rogiem. Po pro­stu trzeba go trzy­mać na krót­kiej smy­czy. - Uniósł kąciki zaci­śnię­tych ust, jakby wie­dział, że Lan jest tego samego zda­nia. - Będę ci jesz­cze dzi­siaj do cze­goś potrzebny?

- Nie. Dobra­noc, Doru.

Stary doradca pochy­lił głowę i odda­lił się bez słowa boczną ścieżką, pro­wa­dzącą do rezy­den­cji pro­gno­styka. Lan odpro­wa­dził go spoj­rze­niem, po czym wró­cił pod­jaz­dem do domu Kau­lów. Był on naj­więk­szą i naj­bar­dziej impo­nu­jącą budowlą w całej posia­dło­ści - czy­sta, nowo­cze­sna syme­tria, kla­syczna kekoń­ska boaze­ria, dach kryty zie­loną dachówką, beto­nowe płyty lśniące od kru­szo­nych musze­lek. Białe kolumny były nieco zbyt osten­ta­cyj­nym cudzo­ziem­skim dodat­kiem. Lan zapewne by ich nie dodał, gdyby decy­zja nale­żała do niego, ale tak nie było. Dzia­dek wydał znaczną część swo­jej for­tuny na zapro­jek­to­wa­nie i wybu­do­wa­nie rodzin­nej rezy­den­cji. Jej sym­bo­lika była wyra­zem jego próż­no­ści. Mówił, że to dowód na to, jak daleko zaszły zie­lone kości, które mogły teraz żyć otwar­cie, choć zale­d­wie przed poko­le­niem były ucie­ki­nie­rami, kry­ją­cymi się w taj­nych obo­zach w gór­skiej dżun­gli, i mogły prze­trwać jedy­nie dzięki spry­towi, pod­stę­pom oraz pomocy cywil­nych latar­ni­ków.

Uniósł spoj­rze­nie ku oknu znaj­du­ją­cemu się na samym końcu pię­tra po lewej stro­nie rezy­den­cji. Na tle świa­tła ryso­wała się syl­wetka sie­dzą­cego na wózku inwa­lidz­kim męż­czy­zny. Dzia­dek nie spał, choć było już bar­dzo późno.

Lan wszedł do holu i zawa­hał się. Hilo miał rację. Musiał bar­dziej sta­now­czo spra­wo­wać wła­dzę filaru. Podej­mo­wa­nie trud­nych decy­zji nale­żało do jego obo­wiąz­ków. Skoro i tak nie był dziś w sta­nie zasnąć, rów­nie dobrze mógł pod­jąć jedną z nich. Ruszył na górę, choć drę­czył go lekki nie­po­kój.

Rozdział 4. Płomień Kekonu

Roz­dział 4

Pło­mień Kekonu

Lan wszedł do pokoju dziadka, peł­nego pięk­nych, arty­stycz­nych mebli. Pali­san­drowe stoły ze Ste­pen­landu, jedwabne kilimy z epoki pię­ciu monar­chów Cesar­stwa Tun, szklane lampy z połu­dnio­wego Ygu­tanu. Więk­szość miej­sca na ścia­nach zaj­mo­wały jed­nak zdję­cia i pamiątki. Kaul Sening­tun był boha­te­rem naro­do­wym, jed­nym z przy­wód­ców powsta­nia sprzed z górą ćwierć wieku, zor­ga­ni­zo­wa­nego przez wojow­ni­cze zie­lone kości. Ta rebe­lia poło­żyła kres pano­wa­niu Cesar­stwa Szo­taru nad wyspą. Po zakoń­cze­niu wojny skrom­nie oznaj­mił, że nie inte­re­suje się poli­tyką i nie pra­gnie wła­dzy. Stał się boga­tym biz­nes­me­nem i ważną posta­cią w życiu wyspy. Na ścia­nie zdję­cia przed­sta­wia­jące, jak ści­ska dło­nie dygni­ta­rzy pod­czas roz­ma­itych ofi­cjal­nych bądź dobro­czyn­nych uro­czy­sto­ści, rywa­li­zo­wały z hono­ro­wymi dyplo­mami.

Sta­ru­szek, ongiś zwany Pło­mie­niem Kekonu, nie spra­wiał wra­że­nia, by przy­wią­zy­wał wielką wagę do zaszczy­tów i luk­su­sów, jakie udało mi się zdo­być. Więk­szość czasu poświę­cał na patrze­nie przez okno na odle­głe zie­lone góry, poro­śnięte dżun­glą i spo­wite opa­rami mgły. Lan zada­wał sobie pyta­nie, czy u kresu życia dziadka jego serce opu­ściło mia­sto, które pomógł dźwi­gnąć z wojen­nych zgliszcz i zmie­nić w wielką metro­po­lię, i wró­ciło do inte­rioru wyspy, w miej­sce, które sta­ro­żytni Kekoń­czycy uwa­żali za święte, a cudzo­ziemcy za prze­klęte. Tam wła­śnie młody Kaul Sen prze­żył dni swo­jej chwały jako rebe­liant i wojow­nik wal­czący u boku towa­rzy­szy.

Lan zatrzy­mał się ostroż­nie w pew­nej odle­gło­ści od wózka dziadka. Ostat­nio trudno było prze­wi­dzieć, w jakim nastroju może być sta­ru­szek. Kaul Sen zawsze cecho­wał się nie­spo­żytą ener­gią i był czło­wie­kiem o wielu talen­tach, w rów­nym stop­niu skłon­nym do wygła­sza­nia pochwał, jak i kry­tyki. Ni­gdy nie prze­bie­rał w sło­wach i nie zado­wa­lał się małymi zyskami, jeśli ryzyko mogło mu zapew­nić pełen triumf. Nawet teraz, gdy miał osiem­dzie­siąt jeden lat, ota­cza­jąca go jade­itowa aura była gęsta i potężna.

Nie był już jed­nak takim czło­wie­kiem, jak nie­gdyś. Jego żona - niech bogo­wie obda­rzą ją uzna­niem - zmarła przed trzema laty, a cztery mie­siące póź­niej nagły udar poło­żył kres życiu Ayt Yugon­tina. Od tego czasu z Pło­mie­nia Kekonu powoli odpły­nął jakiś aspekt jego nie­po­wstrzy­ma­nej woli. Bez zbęd­nych cere­mo­nii prze­ka­zał przy­wódz­two Lanowi i czę­sto teraz bywał zamy­ślony i wyco­fany albo poryw­czy i okrutny. Sie­dział nie­ru­chomo. Pomimo upału chude ramiona miał okryte kocem.

- Dziadku - ode­zwał się Lan, choć wie­dział, że nie musi ogła­szać swej obec­no­ści. Wiek nie stę­pił zmy­słów patriar­chy. Na­dal Postrze­gał obec­ność dru­giej zie­lo­nej kości na odle­głość ulicz­nego kwar­tału.

Kaul Sen patrzył przed sie­bie. Trudno było okre­ślić, czy zwraca uwagę na pro­gram w kolo­ro­wym tele­wi­zo­rze nie­dawno zain­sta­lo­wa­nym w kącie jego pokoju. Dźwięk wyci­szono, ale Lan natych­miast zauwa­żył, że to film doku­men­talny o woj­nie wielu naro­dów. Walka o nie­pod­le­głość Kekonu była tylko drobną czę­ścią tego kon­fliktu. Na ekra­nie roz­bły­sła eks­plo­zja, roz­ja­śnia­jąc wiele opraw­nych w ramki szkieł na ścia­nach.

- Szo­tar­czycy bom­bar­do­wali góry - ode­zwał się Kaul Sen gło­sem powol­nym, lecz na­dal dźwięcz­nym, jakby zwra­cał się do zafa­scy­no­wa­nego audy­to­rium, a nie do ciem­nej szyby. - Ale oba­wiali się nagłych osu­nięć ziemi. Szo­ciaki posu­wały się przez dżun­glę gęsiego. Wszy­scy ich żoł­nie­rze wyglą­dali tak samo, jak mrówki. Byli nie­zgrabni. My przy­po­mi­na­li­śmy pan­tery. Zała­twia­li­śmy ich jed­nego po dru­gim. - Kaul Sen dźgnął pal­cem powie­trze, jakby ata­ko­wał nie­wi­dzial­nych szo­tar­skich żoł­nie­rzy krą­żą­cych po pokoju. - Ich kara­biny i gra­naty prze­ciwko naszym guan dao i karam­bi­tom. Było ich dzie­sięć razy wię­cej od nas, ale i tak nie mogli nas zmiaż­dżyć, mimo że bar­dzo się sta­rali. Naprawdę bar­dzo.

Znowu stare wojenne opo­wie­ści. Lan naka­zał sobie zacho­wać cier­pli­wość.

- Dla­tego wzięli się za latar­ni­ków, zwy­czaj­nych ludzi, któ­rzy co noc zawie­szali w oknach zie­lone latar­nie. Męż­czyzn, kobiety, sta­rych, mło­dych, boga­tych, bied­nych, to nie miało zna­cze­nia. Jeśli Szo­ciaki podej­rze­wały kogoś o człon­ko­stwo w Towa­rzy­stwie Jed­nej Góry, taki ktoś po pro­stu zni­kał. Bez ostrze­że­nia. - Kaul Sen prze­su­nął się na krze­śle. Jego głos przy­brał poważny, zadu­many ton. - Jedna rodzina ukry­wała mnie i Yu w szo­pie przez trzy dni. Mąż, żona i córka. Dzięki nim dotar­li­śmy do obozu żywi. Po kilku tygo­dniach wró­ci­łem tam, żeby spraw­dzić, co z nimi, ale znik­nęli. Wszyst­kie naczy­nia i meble były na miej­scu, a na piecu stał gar­nek, ale po nich nie było ani śladu.

Lan odchrząk­nął.

- To było dawno temu.

- Wtedy wła­śnie poka­za­łem ci, co musisz zro­bić. Jak wbić sobie karam­bit w szyję. Szybko, jak... - Kaul Sen wyko­nał gest naśla­du­jący prze­cię­cie tęt­nicy szyj­nej. - Mia­łeś może ze dwa­na­ście lat, ale świet­nie rozu­mia­łeś, o co cho­dzi. Pamię­tasz to, Du?

- Dziadku. - Filar skrzy­wił się. - Nie jestem Du. To ja, twój wnuk Lan.

Kaul Sen obej­rzał się przez ramię. Przez chwilę spra­wiał wra­że­nie zbi­tego z tropu. Lan nie po raz pierw­szy przy­ła­pał go na mówie­niu na głos do syna, któ­rego stra­cił dwa­dzie­ścia sześć lat temu. Nagle jego oczy poja­śniały, a usta wykrzy­wiły się w gry­ma­sie roz­cza­ro­wa­nia. Wes­tchnął.

- Nawet twoja aura jest bar­dzo podobna - mruk­nął i ponow­nie zwró­cił się ku oknu. - Ale on miał sil­niej­szą.

Lan zaci­snął dło­nie za ple­cami i odwró­cił się, by ukryć iry­ta­cję. Wystar­cza­jąco draż­niło go, gdy przy­cho­dził tu i widział foto­gra­fie ojca rywa­li­zu­jące liczeb­no­ścią na ścia­nie ze zdję­ciami samego Kaul Sena. Nie musiał dodat­kowo wysłu­chi­wać coraz częst­szych, rzu­ca­nych od nie­chce­nia obelg dziadka.

W dzie­ciń­stwie Lan uwiel­biał zdję­cia ojca. Oglą­dał je godzi­nami. Na naj­więk­szej czarno-bia­łej foto­gra­fii Kaul Du stał mię­dzy Kaul Senem a Ayt Yugon­ti­nem w woj­sko­wym namio­cie. Wszy­scy trzej patrzyli na mapę. U pasów mieli karam­bity, a na ramio­nach wspie­rali guan dao. Kaul Du miał na sobie luźną zie­loną bluzę gene­rała Towa­rzy­stwa Jed­nej Góry. Patrzył pro­sto w apa­rat, pro­mie­nie­jąc rewo­lu­cyj­nym zapa­łem i pew­no­ścią sie­bie.

Teraz jed­nak Lan uwa­żał te zdję­cia za fru­stru­jący relikt daw­nych cza­sów. Gdy na nie patrzył, czuł się tak, jakby widział samego sie­bie, uwię­zio­nego w nie­moż­li­wie odle­głym cza­sie i miej­scu. Był bar­dzo podobny do ojca - takie same żuchwa i nos, a nawet sku­piona mina i przy­mru­żone lewe oko. Jako chło­piec czuł się dumny, gdy ludzie zwra­cali uwagę na to podo­bień­stwo.

- Wygląda zupeł­nie jak ojciec! Zosta­nie wiel­kim wojow­ni­kiem zie­lo­nej kości! - wołali ludzie. - Bogo­wie zwró­cili nam boha­tera w postaci jego syna.

Teraz jed­nak zdję­cia i porów­na­nia tylko go iry­to­wały. Zwró­cił się w stronę dziadka, zde­ter­mi­no­wany, by skie­ro­wać roz­mowę na współ­cze­sne czasy.

- W tym tygo­dniu wraca Shae. Przy­bę­dzie czwar­tego dnia, by zło­żyć ci wyrazy sza­cunku.

Kaul Sen odwró­cił się szybko na wózku.

- Sza­cunku? - Wypro­sto­wał się wyraź­nie wzbu­rzony. - Gdzie był jej sza­cu­nek dwa lata temu? Gdzie był, kiedy odwró­ciła się ple­cami do klanu i ojczy­zny, by zostać espeń­ską kurwą? Czy na­dal żyje z tym szo­tar­skim męż­czy­zną?

- Szo­tar­sko-espeń­skim - popra­wił go Lan.

- Wszystko jedno.

- Ona i Jerald nie są już razem.

Kaul Sen roz­luź­nił się nieco.

- To przy­naj­mniej dobra wia­do­mość - mruk­nął. - To nie mogło się udać. Mię­dzy naszymi ludami jest zbyt wiele prze­la­nej krwi. A poza tym jej dzieci byłyby słabe.

Lan powstrzy­mał się przed bro­nie­niem sio­stry. Lepiej było pozwo­lić dziad­kowi wyar­ty­ku­ło­wać żale i mieć to z głowy. Kaul Sen nie gnie­wałby się aż tak bar­dzo, gdyby Shae nie była w dzie­ciń­stwie jego ulu­bie­nicą.

- Zamie­rza tu zostać, przy­naj­mniej na pewien czas - dodał Lan. - Bądź dla niej miły, dziadku. Napi­sała do mnie. Prze­syła ci wyrazy miło­ści i modli się o dłu­gie życie i zdro­wie dla cie­bie.

- Ha - mruk­nął star­szy Kaul, spra­wiał jed­nak wra­że­nie nieco udo­bru­cha­nego. - Dłu­gie życie i zdro­wie. Mój syn nie żyje. Moja żona nie żyje. Ayt Yu rów­nież nie żyje. Wszy­scy byli młodsi ode mnie. - Na ekra­nie tele­wi­zora dłu­gie sze­regi żoł­nie­rzy padały pod bez­gło­śnym ostrza­łem. - Jak to moż­liwe, że ja żyję, a oni wszy­scy umarli?

Lan uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

- Bogo­wie cię kochają, dziadku.

Kaul Sen prych­nął pogar­dli­wie.

- Nie zakoń­czy­li­śmy tego, jak trzeba, ja i Ayt Yu. Pod­czas wojny wal­czy­li­śmy razem, ale gdy nastał pokój, pozwo­li­li­śmy, by poróż­niły nas inte­resy. Inte­resy - powtó­rzył ze zło­ścią i zato­czył krąg sękatą dło­nią, wska­zu­jąc z aurą pogardy i rezy­gna­cji na wszystko, co zbu­do­wał. - Szo­ciaki nie zdo­łały roz­bić Towa­rzy­stwa Jed­nej Góry, ale my to uczy­ni­li­śmy. Podzie­li­li­śmy nasze klany. Nie mia­łem nawet szansy poroz­ma­wiać z Yu, zanim umarł. Obaj byli­śmy okrop­nie uparci. Prze­kleń­stwo na niego. Ni­gdy nie będzie dru­giego takiego jak on. Był praw­dzi­wym wojow­ni­kiem zie­lo­nej kości.

Lan popeł­nił błąd, przy­cho­dząc tutaj. Spoj­rzał na drzwi, zasta­na­wia­jąc się, jakiej wymówki użyć. Dzia­dek pogrą­żył się we wspo­mnie­niach cza­sów, gdy zie­lone kości zjed­no­czyły się dla nacjo­na­li­stycz­nych celów, i nie będzie chciał słu­chać o tym, że - jeśli wie­rzyć Hilowi - klan jego daw­nego towa­rzy­sza stał się teraz ich wro­giem.

- Jest już późno, dziadku - rzekł. - Spo­tkamy się rano.

Ruszył ku drzwiom, ale powstrzy­mał go pod­nie­siony głos Kaul Sena.

- Czemu wła­ści­wie przy­sze­dłeś tu o tej porze? Gadaj.

Lan zatrzy­mał się z ręką na klamce.

- To może zacze­kać.

- Przy­sze­dłeś coś mi powie­dzieć - sprze­ci­wił się jego dzia­dek. - Mów. Jesteś fila­rem! Nie możesz cze­kać.

Lan wypu­ścił powie­trze z płuc i odwró­cił się. Pod­szedł do tele­wi­zora, wyłą­czył go, a następ­nie zwró­cił się w stronę dziadka.

- Cho­dzi o Doru.

- Tak?

- Myślę, że pora już, by prze­szedł w stan spo­czynku. Powi­nie­nem mia­no­wać nowego pro­gno­styka.

Kaul Sen pochy­lił się ku niemu. Był teraz cał­ko­wi­cie obecny. Jego oczy miały sku­piony wyraz.

- Czy zawiódł cię w jakiś spo­sób?

- Nie. Nie o to cho­dzi. Chcę prze­ka­zać tę pozy­cję komuś innemu, kto spoj­rzy na sprawy ze świe­żej per­spek­tywy.

- A kto to mógłby być?

- Być może Woon. Albo Hami.

Star­szy Kaul zmarsz­czył brwi. Mapa zmarsz­czek na jego twa­rzy prze­ro­dziła się w nową kon­ste­la­cję nie­za­do­wo­le­nia.

- Myślisz, że któ­ryś z nich mógłby być rów­nie bie­głym i lojal­nym pro­gno­sty­kiem jak Yun Doru­pon? Któż zro­bił dla klanu wię­cej niż on? Ni­gdy nie spro­wa­dził mnie na manowce, nie zawiódł mnie na woj­nie ani w inte­re­sach.

- Nie wąt­pię w to.

- Doru zawsze był mi wierny. Mógł przejść do Góry. Ayt przy­jąłby go bez chwili namy­słu. Ale on zga­dzał się ze mną, kiedy mówi­łem, że musimy się otwo­rzyć przed świa­tem. Szo­ciaki pod­biły nas dla­tego, że zbyt długo się izo­lo­wa­li­śmy. Był mi wierny i ni­gdy nie zbo­czył z tej ścieżki. To mądry czło­wiek. Mądry i dale­ko­wzroczny. Prze­wi­du­jący.

Ale na­dal należy wyłącz­nie do cie­bie.

- Dobrze ci słu­żył przez z górą dwa­dzie­ścia lat - odparł Lan. - Pora już, by odpo­czął. Chciał­bym, żeby odszedł z peł­nym sza­cun­kiem. Nie żywię do niego pre­ten­sji. Pro­szę, byś z nim poroz­ma­wiał jako jego przy­ja­ciel.

Dzia­dek gniew­nie wska­zał na niego pal­cem.

- Potrze­bu­jesz Doru. Potrze­bu­jesz jego doświad­cze­nia. Nie upie­raj się przy zmia­nie dla samej zmiany! Doru jest sta­bilny i godny zaufa­nia. Nie taki jak Hilo. Masz już wystar­cza­jąco wiele kło­po­tów z nie­zrów­no­wa­żo­nym rogiem. Kto wie, jaki demon z bagien zakradł się do sypialni two­jej matki, by spło­dzić tego chło­paka, gdy Du wal­czył za ojczy­znę.

Lan wie­dział, że te okrutne słowa miały po pro­stu wytrą­cić go z rów­no­wagi, spra­wić, by zapo­mniał o swoim celu. Jego dzia­dek zawsze po mistrzow­sku zbi­jał prze­ciw­ni­ków z tropu, na polu bitwy, a póź­niej w sali narad. Nie potra­fił jed­nak się powstrzy­mać.

- Tym razem prze­sze­dłeś sam sie­bie - wark­nął. - Za jed­nym zama­chem znie­sła­wi­łeś połowę rodziny. Jeśli jesteś tak kiep­skiego zda­nia o Hilu, dla­czego mnie popar­łeś, kiedy mia­no­wa­łem go rogiem?

Kaul Sen pocią­gnął gło­śno nosem.

- Dla­tego że ma w sobie ogień i gęstą krew. Muszę mu to przy­znać. Pro­gno­styk powi­nien budzić sza­cu­nek, a róg strach. Chło­pak powi­nien się uro­dzić pięć­dzie­siąt lat wcze­śniej. Wypeł­niłby prze­ra­że­niem serca Szo­tar­czy­ków. Byłby strasz­li­wym wojow­ni­kiem, tak samo jak Du.

Patriar­cha przy­mru­żył powieki. W jego oczach poja­wiło się sku­pie­nie.

- Du miał trzy­dzie­ści lat, kiedy zgi­nął. Był zapra­wio­nym w boju dowódcą. Miał żonę, dwóch synów i trze­cie dziecko w dro­dze. Nosił jade­itowe świa­tło niczym bóg. Możesz go przy­po­mi­nać z wyglądu, ale ni­gdy nie będziesz nawet w poło­wie takim męż­czy­zną jak on. Dla­tego inne klany cię nie sza­nują. Dla­tego Eyni cię opu­ściła.

Lan zanie­mó­wił na mgnie­nie oka. Potem zapło­nął w nim głu­chy gniew.

- Nie roz­ma­wiamy o Eyni - wark­nął.

- Powi­nie­neś był go zabić! - Kaul Sen uniósł ręce i zama­chał nimi, nie potra­fiąc uwie­rzyć w głu­potę wła­snego wnuka. - Pozwo­li­łeś, by bez­ja­de­itowy cudzo­zie­miec zabrał ci żonę. Stra­ci­łeś twarz przed kla­nem!

Przez umysł Lana prze­mknęło strasz­liwe pra­gnie­nie wyrzu­ce­nia dziadka przez okno na pię­trze. Tego wła­śnie pra­gnął sta­ru­szek, czyż nie tak? Nie­po­wstrzy­ma­nej, ego­istycz­nej prze­mocy. Tak jest, pomy­ślał Lan, mógł rzu­cić wyzwa­nie kochan­kowi Eyni, sta­nąć z nimi do poje­dynku i zabić go. Każdy sza­nu­jący się kekoń­ski męż­czy­zna uwa­żał, że ma do tego prawo. Być może tak wła­śnie powi­nien postą­pić filar. Ale nic by w ten spo­sób nie zyskał. To byłby tylko pusty gest. Nie zatrzy­małby Eyni. Już posta­no­wiła, że go opu­ści. Mógłby jedy­nie znisz­czyć jej szczę­ście i spra­wić, by go znie­na­wi­dziła. Czy szczę­ście kocha­nej osoby nie powinno być waż­niej­sze niż honor?

- Czemu fakt, że nie zabi­łem czło­wieka w walce o kobietę, miałby zna­czyć, że nie powi­nie­nem być fila­rem? - zapy­tał ury­wa­nym gło­sem. - Uczy­ni­łeś mnie swoim następcą, ale ni­gdy nie oka­za­łeś mi popar­cia ani sza­cunku. Przy­sze­dłem tu, żeby cię pro­sić o popar­cie w spra­wie Doru, ale w odpo­wie­dzi otrzy­ma­łem tylko bez­sen­sowne obe­lgi.

Kaul Sen pod­niósł się z wózka nagłym, nie­spo­dzie­wa­nie płyn­nym ruchem. Koc zsu­nął się z jego ramion na pod­łogę.

- Jeśli jesteś godny pozy­cji filaru, udo­wod­nij to. - Oczy patriar­chy były twarde jak obsy­dian, a twarz sucha niczym spa­lona słoń­cem pusty­nia. - Pokaż mi, jaki jesteś zie­lony.

Lan spoj­rzał ze zdu­mie­niem na dziadka.

- Nie bądź śmieszny.

Kaul Sen w mgnie­niu oka poko­nał dzie­lącą ich odle­głość. Jego ciało falo­wało jak grzbiet węża. Ude­rzył obiema dłońmi w pierś wnuka. Cios był gwał­towny niczym ude­rze­nie bicza. Lan zato­czył się do tyłu. Led­wie zdo­łał zasło­nić się Stalą. Wstrząs tar­gnął jego cia­łem z mocą jade­itu. Lan opadł na jedno kolano i wcią­gnął gwał­tow­nie powie­trze.

- Po co to zro­bi­łeś?

W odpo­wie­dzi dzia­dek ude­rzył go kości­stą pię­ścią w twarz. Lan wstał i tym razem z łatwo­ścią uchy­lił się przed cio­sem, podob­nie jak przed trzema kolej­nymi, zada­nymi szybko jeden po dru­gim. Powie­trze drżało od star­cia ich jade­ito­wych ener­gii.

- Prze­stań, dziadku - wark­nął.

Cofał się, aż wresz­cie wpadł na stół, cały czas uchy­la­jąc się przed kolej­nymi cio­sami. Skrzy­wił się, widząc szyb­kość sta­ruszka, pozo­sta­jącą nie­mal poza wszelką kon­trolą. Pora już, by prze­stał nosić tyle jade­itu, pomy­ślał. Podob­nie jak auto­mo­bile i broń palna jadeit nie był czymś, czym powinni się posłu­gi­wać znie­do­łęż­niali starcy. Jed­nakże Kaul Sen nie oddałby dobro­wol­nie nawet naj­mniej­szego kamyka wpra­wio­nego w bran­so­letę albo ciężki pas, które nosił nie­ustan­nie.

- Nie potra­fisz nawet poko­nać starca. - Patriar­cha przy­po­mi­nał bor­suka. Był żyla­sty, kości­sty i wyjąt­kowo wredny. Wykrzy­wił usta w drwią­cym uśmieszku, klu­cząc i wypro­wa­dza­jąc ciosy. Lan uchy­lił się po raz kolejny i strą­cił antyczną gli­nianą misę, która wylą­do­wała na par­kie­cie z głu­chym łosko­tem i się prze­to­czyła. - Gdzie twoja duma, chłop­cze? - wychar­czał dzia­dek. Ude­rzył pod ramie­niem Lana. Knyk­cie jego dłoni wnik­nęły w lukę mię­dzy dol­nymi żebrami wnuka.

Lan stęk­nął z zasko­cze­nia i bólu. Reagu­jąc bez zasta­no­wie­nia, zdzie­lił dziadka w głowę zło­żo­nymi dłońmi.

Kaul Sen zachwiał się, wyba­łu­szył oczy i osu­nął się na pod­łogę z dzie­cin­nym wyra­zem zdu­mie­nia na twa­rzy.

Prze­ra­żony Lan zła­pał sta­ruszka za ramiona.

- Nic ci się nie stało, dziadku? Prze­pra­szam.

Kaul Sen dźgnął go dwoma sztywno wypro­sto­wa­nymi pal­cami w punkt uci­skowy pośrodku klatki pier­sio­wej. Lan padł na pod­łogę, kasz­ląc gwał­tow­nie. Kaul Sen prze­to­czył się, pod­niósł i sta­nął nad nim.

- Jako filar musisz dzia­łać z pełną deter­mi­na­cją. - Kaul Sena na moment opu­ściła sta­rość. Znowu stał się potęż­nym Pło­mie­niem Kekonu. Wypro­sto­wał plecy, a jego twarz nabrała twar­dego wyrazu. Każdy okruch jade­itu na jego ciele świad­czył o sile i doma­gał się sza­cunku. Lan ujrzał na krótką chwilę przez mgiełkę gniewu i upo­ko­rze­nia boha­tera wojen­nego, któ­rym ongiś był jego dzia­dek.

- Tylko z pełną deter­mi­na­cją! - wark­nął Kaul Sen. - Jadeit wzmac­nia to, co masz w sobie. Co pra­gniesz osią­gnąć. - Postu­kał się w pierś. Roz­legł się głu­chy odgłos, jakby pukał w tykwę. - Bez deter­mi­na­cji żadna ilość jade­itu nie uczyni cię potęż­nym. - Wró­cił do krze­sła i usiadł na nim. - Doru musi zostać.

Lan wstał bez słowa, pod­niósł miskę i posta­wił ją z powro­tem na stole. Następ­nie wsparł się ciężko dło­nią o ścianę. Smu­tek, który go wypeł­nił, był jak epi­fa­nia. Dopiero w tej chwili dzia­dek naprawdę uczy­nił go fila­rem, dowo­dząc mu bez wąt­pie­nia, że jest zupeł­nie sam.

Opu­ścił bez słowa pokój i zamknął drzwi.

Rozdział 5. Koteczka Rogu

Roz­dział 5

Koteczka Rogu

Gdy Kaul Hilo usiadł za kie­row­nicą duchesse, Tar oparł się przed­ra­mio­nami o otwarte okno po stro­nie pasa­żera.

- I co powie­dział?

- Mamy wzmoc­nić naszą obec­ność w Pasze - odpo­wie­dział Hilo. - Ale bez zabójstw. Ogra­ni­czymy się do obrony tego, co należy do nas. Naszych latar­ni­ków i ich firm.

- A co, jeśli rzucą nam wyzwa­nie? Jesteś gotowy się powstrzy­mać? - zapy­tał Tar ze scep­ty­cy­zmem w gło­sie, suge­ru­ją­cym, że za dobrze zna swego szefa, by w to uwie­rzyć.

Hilo stłu­mił wes­tchnie­nie. Kehn rzadko kwe­stio­no­wał jego roz­kazy, ale Tar uczył się razem z nim w Aka­de­mii Kaul Du i cza­sami mu pysko­wał. Młod­szy Maik ni­gdy nie krył, że jego zda­niem Lan jest zbyt ostrożny i to Hilo jest sil­niej­szym z braci Kaul. Rzecz jasna, robił to we wła­snym inte­re­sie i te słowa nie cie­szyły Hila tak bar­dzo, jak zapewne spo­dzie­wał się tego Tar.

- Bez zabójstw - powtó­rzył sta­now­czo. - Poroz­ma­wiam z wami jutro.

Uru­cho­mił duchesse, poko­nał rondo przed domem i wyje­chał na długi pod­jazd.

Nie skrę­cił w węż­szą drogę przed bramą, pro­wa­dzącą do domu przy­dzie­lo­nego rogowi klanu, znaj­du­ją­cego się za domem jego brata. Poprzedni róg był posi­wia­łym gene­ra­łem ich dziadka i nie miał zbyt dobrego gustu, gdy cho­dziło o deko­ra­cję wnętrz. Gdy Hilo się tam wpro­wa­dził, w domu śmier­działo psami i zupą rybną. Dywan był zie­lony, a tapety kra­cia­ste. Minęło już pół­tora roku, a Hilo na­dal nie zarzą­dził remontu. Miał taki zamiar, ale jakoś nie potra­fił się na to zdo­być. I tak nie spę­dzał tam zbyt wiele czasu. Nie był rogiem, który wydaje roz­kazy za zamknię­tymi drzwiami, zosta­wia­jąc całą robotę swym pię­ściom. Dom był miej­scem, w któ­rym spał, to wszystko.

Odda­la­jąc się od posia­dło­ści Kau­lów, wsparł rękę na otwar­tym oknie i bęb­nił pal­cami w rytm szo­tar­skiej muzyki klu­bo­wej pły­ną­cej z radia. Jeśli to nie był espeń­ski jig albo, co gor­sza, kekoń­ska muzyka kla­syczna, to musiała być szo­tar­ska muzyka klu­bowa. Wielu ludzi ze star­szego poko­le­nia na­dal nie kupo­wało towa­rów wypro­du­ko­wa­nych w Szo­ta­rze, nie słu­chało tam­tej­szej muzyki ani nie oglą­dało seriali, ale Hilo miał nie­spełna rok, gdy wojna się skoń­czyła, i nie miał podob­nych uprze­dzeń.

Był teraz w lep­szym nastroju. Nie dano mu wol­nej ręki, o co pro­sił, ale wyra­ził swoją opi­nię i wie­dział, co ma obec­nie robić. Tar nie rozu­miał, że Hilo nawet w naj­mniej­szym stop­niu nie zazdro­ści bratu jego pozy­cji. Uże­ra­nie się ze sta­rym, zgorzk­nia­łym dziad­kiem, tym popa­prań­cem Doru, poli­tyką w KSJ i Radzie Ksią­żę­cej... być może Lan miał cier­pli­wość do tego wszyst­kiego, ale Hilo z pew­no­ścią nie. Życie było krót­kie. Zda­wał sobie sprawę, że jego rola jest pro­sta, i cie­szył się z tego faktu. Dowo­dził swo­imi pię­ściami, bro­nił tery­to­rium rodziny i wal­czył z wro­gami klanu Bez Szczy­tów. Spra­wiało mu to wielką przy­jem­ność.

Jechał przez trzy­dzie­ści minut, zosta­wia­jąc za sobą bogate oko­lice ota­cza­jące Wzgó­rze Pała­cowe, gdzie znaj­do­wała się rezy­den­cja Kau­lów. Naj­pierw pomknął sze­ro­kim Bul­wa­rem Gene­ral­skim, następ­nie skrę­cił w dwu­pa­smową aleję, aż wresz­cie zagłę­bił się w coraz węż­sze uliczki Papai, sta­rej dziel­nicy klasy pra­cu­ją­cej, gdzie pełno było małych skle­pi­ków, podej­rza­nych ulicz­nych han­dla­rzy oraz krę­tych zauł­ków, w któ­rych łatwo mogli się zgu­bić nie­ostrożni rik­sza­rze, kie­rowcy, moto­ro­we­rzy­ści oraz bez­pań­skie psy. Papaja pra­wie w ogóle nie ucier­piała pod­czas wojny i od tego czasu rów­nież nie zmie­niła się wiele. Postęp i wścib­scy cudzo­ziemcy igno­ro­wali ją nie­mal cał­ko­wi­cie. Nocami jej uliczki jesz­cze bar­dziej upo­dab­niały się do labi­ryntu. Boczne lusterka duchesse led­wie się mie­ściły mię­dzy znacz­nie mniej­szymi i bar­dziej zardze­wia­łymi pojaz­dami par­ku­ją­cymi pod cegla­nymi budyn­kami, sto­ją­cymi tak cia­sno, że wysta­wia­jąc rękę przez okno można było nie­mal dotknąć ściany sąsiada,

Hilo zapar­ko­wał samo­chód w odle­gło­ści pię­ciu kwar­ta­łów od celu. Nie oba­wiał się niczego, ponie­waż znaj­do­wał się w głębi tery­to­rium Kau­lów. Po pro­stu nie chciał, by jego łatwy do roz­po­zna­nia pojazd widziano każ­dej nocy w tym samym miej­scu. To uczy­ni­łoby jego poczy­na­nia zbyt ruty­no­wymi, a powi­nien sta­rać się o nie­prze­wi­dy­wal­ność. Poza tym lubił cho­dzić na pie­chotę. Wresz­cie zro­biło się tro­chę chłod­niej. Noc była przy­jemna. Zosta­wił mary­narkę w samo­cho­dzie i ruszył nie­śpiesz­nie przed sie­bie, cie­sząc się spo­ko­jem, jaki można było zna­leźć mię­dzy godzi­nami uwa­ża­nymi za późne, a tymi, które nazy­wano wcze­snymi.

Zigno­ro­wał drzwi fron­towe i wspiął się na czwarte pię­tro roz­kle­ko­ta­nymi scho­dami prze­ciw­po­ża­ro­wymi. W miesz­ka­niu paliło się świa­tło. Z uwagi na upał okno było sze­roko otwarte. Hilo wszedł do środka, prze­rzu­ca­jąc nogi nad poob­tłu­ki­wa­nym para­pe­tem, po czym ruszył bez­gło­śnie po dywa­nie w kie­runku pozo­sta­wio­nego w sypialni świa­tła.

Spała. Na jej kola­nach leżała otwarta książka. Sto­jąca przy łóżku lampa rzu­cała poma­rań­czowe świa­tło na jej twarz. Hilo przy­sta­nął w drzwiach, obser­wu­jąc, jak jej klatka pier­siowa unosi się i opada w spo­koj­nym odde­chu. Narzuty się­gały do jej kolan, ale nie wyżej. Miała na sobie baweł­niany top i nie­bie­skie maj­teczki obszyte białą koronką. Ciemne włosy były roz­rzu­cone na bia­łej poduszce, a nie­które kosmyki wiły się po bla­dej, nie­ska­zi­tel­nej skó­rze bar­ków.

Hilo podzi­wiał ją przez pewien czas, aż wresz­cie nie mógł już znieść ocze­ki­wa­nia. Wyjął książkę z jej dłoni, zazna­czył stronę i poło­żył ją na sto­liku przy łóżku. Nie poru­szyła się. Zdu­mie­wała go jej cał­ko­wita obo­jęt­ność na moż­liwe zagro­że­nie. Nawet w naj­mniej­szym stop­niu nie przy­po­mi­nała zie­lo­nych kości. Była stwo­rze­niem zupeł­nie innego rodzaju niż on.

Zga­sił świa­tło. W sypialni zapa­dła ciem­ność. Następ­nie poło­żył się na niej, unie­ru­cha­mia­jąc jej ciało i zakry­wa­jąc usta dło­nią. Obu­dziła się nagle, otwo­rzyła sze­roko oczy, a jej ciało szarp­nęło się pod jego cię­ża­rem. Wydała z sie­bie stłu­miony krzyk. Roze­śmiał się cicho.

- Powin­naś być ostroż­niej­sza, Wen - wyszep­tał jej do ucha. - Jeśli zosta­wisz na noc otwarte okno, mogą przez nie wejść męż­czyźni o złych zamia­rach.

Prze­stała się opie­rać. Jej serce na­dal biło szybko, eks­cy­tu­jąc go, ale ciało się roz­luź­niło. Zdjęła z ust jego dłoń.

- To twoja wina - wark­nęła. - Zasnę­łam, cze­ka­jąc na cie­bie, a potem cho­ler­nie mnie wystra­szy­łeś. Gdzie byłeś?

Ucie­szył się, że na niego cze­kała.

- W Podwój­nym Szczę­ściu. Mie­li­śmy tam kło­poty.

- Z hazar­dem i strip­ti­zer­kami? - zapy­tała, uno­sząc brwi.

- Nic tak zabaw­nego - zapew­nił. - Zapy­taj braci, jeśli mi nie wie­rzysz.

Wen poru­szyła się pod nim pro­wo­ku­jąco. Nagie ramiona i uda otarły się o jego ubra­nie.

- Kehn i Tar nic mi nie mówią. Są za bar­dzo tobie oddani.

- Nie powin­naś ich nie doce­niać. - Wziął w usta pła­tek jej ucha i zaczął go ssać. Jed­no­cze­śnie roz­piął pasek i ścią­gnął spodnie. - Jestem pewien, że uknuli spi­sek, żeby mnie zamor­do­wać, gdy tylko zoba­czyli, jak na cie­bie patrzę. Od początku wie­dzieli, że mam zamiar prze­le­cieć ich sio­strzyczkę. - Ścią­gnął jej majtki, pogła­skał ją mię­dzy nogami i wsu­nął w nią dwa palce. - Musia­łem ich zro­bić naj­waż­niej­szymi pię­ściami. Ina­czej wypru­liby mi flaki.

- Nie możesz mieć do nich pre­ten­sji - odpo­wie­działa i poru­szyła zachę­ca­jąco bio­drami. Jego palce poru­szały się w niej, śli­skie i cie­płe. Roz­pięła kolejne trzy guziki jego koszuli i ścią­gnęła ją z niego przez głowę. - Czy syn wiel­kiego rodu Kau­lów mógłby chcieć od kamien­no­okiej ze skom­pro­mi­to­wa­nej rodziny cze­goś wię­cej niż szybki nume­rek?

- Wielu szyb­kich numer­ków?

Poca­ło­wał ją gwał­tow­nie i nie­cier­pli­wie, ata­ku­jąc jej usta war­gami oraz języ­kiem. Kutas zesztyw­niał mu bole­śnie, doty­ka­jąc wewnętrz­nej powierzchni jej uda. Unio­sła ręce i zato­piła je w jego wło­sach. Następ­nie prze­su­nęła koniusz­kami pal­ców po jego szyi i klatce pier­sio­wej, śle­dząc kawałki jade­itu wsz­cze­pione na oboj­czy­kach i wokół bro­da­wek sut­ko­wych. Doty­kała ich i lizała je bez śladu stra­chu, zazdro­ści czy chci­wo­ści. Były dla niej jedy­nie pięk­nymi czę­ściami jego ciała, niczym wię­cej. Ni­gdy nie pozwa­lał żad­nej innej kobie­cie doty­kać jego jade­itu. Wolna od stra­chu intym­ność, jaką dawała mu Wen, pod­nie­cała go sza­le­nie.

Wszedł w nią jed­nym ruchem. Była cudowna. Feeria wra­żeń. Blask słońca i ocean, let­nie owoce i piżmo. Hilo wark­nął z przy­jem­no­ści i zła­pał za wez­gło­wie łóżka, pra­gnąc wię­cej. Jego wyostrzone przez jadeit zmy­sły gorzały z ośle­pia­jącą inten­syw­no­ścią - łoskot jej serca, grom odde­chu, ogień w jej skó­rze. Żało­wał, że zga­sił świa­tło. Chciałby widzieć ją lepiej, napa­wać się każ­dym szcze­gó­łem jej ciała.

Wen unio­sła bio­dra nad mate­rac, ści­ska­jąc go mocno. Jej oczy wpa­try­wały się w niego - dwie maleń­kie plamki odbi­tego ulicz­nego świa­tła, przy­po­mi­na­jące świeczki uno­szące się na powierzchni stawu. Jej inten­sywny zachwyt pod­eks­cy­to­wał go jesz­cze bar­dziej. Ssał wiśniowe sutki. Zagłę­bił się w dolinę mię­dzy jej pier­siami, tonąc w nie­zrów­na­nych woniach. Uści­snęła jego bio­dra, popę­dza­jąc go bez­li­to­śnie, aż wresz­cie osią­gnął speł­nie­nie, cudow­nie wyry­wa­jąc się poza wszelką kon­trolę.

Leżał na niej i dyszał w zgię­cie jej szyi. Świa­do­mość odpły­wała od niego powoli.

- Jesteś dla mnie naj­waż­niej­sza na całym świe­cie.

Kiedy się obu­dził, nad­szedł już świt. Świa­tło słońca wci­skało się w szcze­liny mię­dzy budyn­kami i wni­kało do środka przez okna. Zapo­wia­dał się kolejny upalny dzień.

Hilo spoj­rzał na piękne stwo­rze­nie śpiące obok niego. Zawład­nęła nim gwał­towna żądza. Zapra­gnął objąć ją, oto­czyć swym cia­łem i w jakiś magiczny spo­sób wcią­gnąć ją w sie­bie, by móc ją zawsze mieć ze sobą. Znał przed Wen inne kobiety i darzył je cie­płymi uczu­ciami, a nawet czu­ło­ścią, ale pra­gnie­nie uszczę­śli­wie­nia jej było silne jak fizyczny ból. Myśl, że kto­kol­wiek mógłby ją skrzyw­dzić albo ją mu ode­brać, budziła w nim gorącz­kową furię. Mogłaby go pro­sić o cokol­wiek i zro­biłby to dla niej.

Przy­szło mu na myśl, że praw­dziwa miłość jest zmy­słowa i pełna eufo­rii, lecz jed­no­cze­śnie jest bole­sną tyra­nią, żąda­jącą bez­względ­nego posłu­szeń­stwa. Z pew­no­ścią była czymś innym niż bun­tow­ni­cze zadu­rze­nie Shae w jej Espeń­czyku albo roz­sądne uczu­cie mię­dzy Lanem a Eyni.

Posmut­niał nieco na myśl o Eyni. Zajęło mu to kilka tygo­dni, ale w końcu udało mu się wytro­pić tę kurwę oraz faceta, który tak strasz­li­wie znie­wa­żył jego brata. Miesz­kali w Lybo­nie, w Ste­pen­lan­dzie. Zasta­na­wiał się, czy nie wyna­jąć kogoś, by wyko­nał tę robotę, ale na znie­wagę wobec klanu powi­nien odpo­wie­dzieć sam klan. Pole­cił Tarowi, by kupił bilet na samo­lot, posłu­gu­jąc się fał­szy­wym nazwi­skiem i pasz­por­tem, ale gdy opo­wie­dział o swym pla­nie Lanowi, filar nie oka­zał wdzięcz­no­ści, a nawet się roz­gnie­wał.

- Nie kaza­łem ci robić niczego w tym rodzaju - wark­nął. - Gdy­bym chciał, żeby wyszep­tano ich nazwi­ska, zro­bił­bym to sam! Dla­tego powinno być dla cie­bie oczy­wi­ste, że tego nie chcę. Zostaw ich w spo­koju i od tej chwili nie mie­szaj się do mojego życia oso­bi­stego.

To bar­dzo poiry­to­wało Hila. Cały wysi­łek poszedł na marne. Chciał wyświad­czyć bratu przy­sługę i jaka nagroda go za to spo­tkała? Lan zawsze sta­ran­nie ukry­wał swoje uczu­cia. Skąd Hilo miał wie­dzieć, czego pra­gnął?

Wen się poru­szyła. Z jej ust wyrwało się cudowne, senne wes­tchnie­nie. Hilo zapo­mniał o swych roz­my­śla­niach i wsu­nął się pod pościel, by obu­dzić dziew­czynę pal­cami i ustami. Pra­co­wał nad nią cier­pli­wie i ucie­szył się, gdy w końcu dopro­wa­dził ją do drżą­cego orga­zmu. Potem znowu się z nią kochał, tym razem wol­niej i spo­koj­niej.

- To, co powie­dzia­łaś wczo­raj o swo­jej rodzi­nie - ode­zwał się póź­niej, gdy leżeli splą­tani i spo­ceni. - Nie powin­naś tak myśleć. Sprawa z two­imi rodzi­cami wyda­rzyła się wiele lat temu. Nikt nie wątpi w Kehna i Tara. Nazwi­sko Maików jest sza­no­wane w kla­nie.

Mil­czała przez chwilę.

- Nie w całym. Co z twoją rodziną?

- A co ma być?

Wsparła głowę na jego ramie­niu.

- Shae ni­gdy mi nie ufała.

- Ucie­kła z espeń­skim mary­na­rzem, a teraz wraca jak zbite szcze­nię, które nasi­kało na dywan. Nie ma prawa cię osą­dzać. Czemu mia­ła­byś się przej­mo­wać jej opi­nią?

Sły­sząc ostry ton wła­snego głosu, uświa­do­mił sobie z zasko­cze­niem i roz­cza­ro­wa­niem, że na­dal nie wyba­czył sio­strze w pełni.

- Twój dzia­dek zawsze jej słu­chał. Nie sądzę, by mnie zaak­cep­to­wał, nawet gdy­bym nie była kamien­no­oką.

- To skle­ro­tyczny sta­rzec - uspo­koił ją Hilo. - Fila­rem jest teraz Lan.

Poca­ło­wał ją w skroń dla uspo­ko­je­nia, ale jego zacho­wa­nie się zmie­niło. Prze­to­czył się na plecy i wpa­trzył w zamy­śle­niu w żółty wen­ty­la­tor obra­ca­jący się pod sufi­tem.

Wen odwró­ciła się na bok i spoj­rzała na niego z zatro­ska­niem.

- Co się stało?

- Nic.

- Powiedz mi.

Opo­wie­dział jej o wyda­rze­niach ostat­niego wie­czoru w Podwój­nym Szczę­ściu oraz o roz­mo­wie na pod­jeź­dzie pod posia­dło­ścią Kau­lów. Wen wsparła się na łok­ciu i wydęła usta. Jej mina wyra­żała nie­po­kój.

- Dla­czego Lan wypu­ścił chło­paka? Jeśli ktoś został zło­dzie­jem jade­itu w tak mło­dym wieku, nie da się go wyle­czyć. Jesz­cze narobi ci kło­po­tów.

Hilo wzru­szył ramio­nami.

- Wiem, ale co mogłem powie­dzieć? Lan to opty­mi­sta. Jak to moż­liwe, że stał się takim mię­cza­kiem? Za mło­dych lat zawsze poka­zy­wał mi, gdzie jest moje miej­sce. Jest wystar­cza­jąco zie­lony, ale nie myśli jak zabójca, a Ayt Mada to coś cał­kiem innego. To oczy­wi­ste, że nad­cho­dzi wojna z Górą. Czy tego nie widzi? Ten stary, zaro­zu­miały cwa­nia­czek Doru udziela mu złych rad.

- Z pew­no­ścią Lan powi­nien słu­chać raczej cie­bie niż Doru.

- On oplótł cały klan jak stary bluszcz. Nie spo­sób się od niego uwol­nić.

Wen usia­dła. Lśniące czarne włosy opa­dały jej na plecy, a nie­ska­zi­telny poli­czek błysz­czał w bla­sku wscho­dzą­cego słońca.

- W takim razie musisz się przy­go­to­wać do obrony klanu na wła­sną rękę - rze­kła mu. - Doru ma swoje kon­takty, swo­ich infor­ma­to­rów i swoje pod­stępne metody. Ale wszyst­kie pię­ści i palce, któ­rymi dowo­dzą, należą do cie­bie. Zie­lone kości są przede wszyst­kim wojow­ni­kami, a dopiero w dru­giej kolej­no­ści ludźmi inte­resu. Jeśli wojna wybuch­nie, roz­sze­rzy się na ulice, a ulice to domena rogu.

- Moja koteczka ma serce jade­ito­wej wojow­niczki.

Oto­czył ramio­nami jej barki i poca­ło­wał ją od tyłu.

- Ale ciało kamien­no­okiej. - Jej wes­tchnie­nie zabrzmiało pięk­nie, choć głos był pełen gory­czy. - Gdy­bym tylko była zie­loną kością, mogła­bym ci pomóc. Była­bym naj­bar­dziej ci oddaną ze wszyst­kich pię­ści.

- Nie potrze­buję dodat­ko­wych pię­ści - odparł. - Podo­basz mi się taka, jaka jesteś.

Ujął w dło­nie jej piersi, czu­jąc ich przy­jemny cię­żar, i wycią­gnął szyję do następ­nego poca­łunku.

Odsu­nęła twarz. Nie chciała pozwo­lić, by coś odwró­ciło jej uwagę.

- Ile pię­ści wła­ści­wie masz? Tych dobrych, na które możesz liczyć? Kehn mówi mi, że nie­które z nich to mię­czaki przy­zwy­cza­jone do cza­sów pokoju, do pil­no­wa­nia porządku i pobie­ra­nia podat­ków, nie do walki. Ile z nich odnio­sło zwy­cię­stwo w poje­dyn­kach? Ile nosi wię­cej niż kilka kamy­ków?

Hilo wes­tchnął.

- Mamy tro­chę naj­bar­dziej zie­lo­nych i tro­chę bala­stu, tak samo jak nasi prze­ciw­nicy.

Spoj­rzała na niego. Jej twarz nie była kon­wen­cjo­nal­nie piękna, ale Hilowi wyda­wała się nie­zmier­nie fascy­nu­jąca. Sze­roko roz­sta­wione kocie oczy, ciemne, sko­śne brwi, usta o chy­trym, lubież­nym wyra­zie i nie­mal męski zarys żuchwy. Gdy była w szcze­gól­nie poważ­nym nastroju - jak w tej chwili - spra­wiała wra­że­nie, że pozuje do arty­stycz­nej foto­gra­fii. Gdy widział jej chłodne, sku­pione, enig­ma­tyczne spoj­rze­nie, zada­wał sobie pyta­nie, czy myśli o sek­sie, mor­der­stwie, czy po pro­stu o zaku­pach w skle­pie spo­żyw­czym.

- Zaglą­da­łeś ostat­nio do Aka­de­mii? - zapy­tała go. - Mógł­byś poroz­ma­wiać z kuzy­nem i przej­rzeć się uczniom z ósmego roku. Zasta­no­wić się, któ­rzy mogą ci się przy­dać, gdy w przy­szłym roku ukoń­czą naukę.

Hilo się roz­pro­mie­nił.

- Masz rację. Minęło sporo czasu, odkąd ostat­nio odwie­dzi­łem Andena. - Uszczyp­nął deli­kat­nie sutki dziew­czyny, poca­ło­wał ją po raz ostatni, a następ­nie wstał i się­gnął po ubra­nie. Wkła­da­jąc spodnie i pochwę z karam­bi­tem, nucił coś pod nosem. - Z tego chło­paka będą ludzie - oznaj­mił, zapi­na­jąc koszulę przed lustrem w sza­fie. - Gdy tylko dosta­nie jadeit, sta­nie się zie­loną kością z legend.

Wen uśmiech­nęła się, upi­na­jąc włosy.

- Tak samo jak jego róg.

Mru­gnął do niej zna­cząco, dzię­ku­jąc za kom­ple­ment.

Rozdział 6. Powrót do domu

Roz­dział 6

Powrót do domu

Gdy Kaul Sha­elin­san wylą­do­wała na Mię­dzy­na­ro­do­wym Lot­ni­sku Jan­lo­oń­skim, czuła się lekko oszo­ło­miona po trzy­na­sto­go­dzin­nym locie, jakby miała kaca. Lecąc nad oce­anem, wpa­try­wała się w bez­kre­sny błę­kit widoczny za oknem. Czuła się tro­chę tak, jakby cofała się w cza­sie, zosta­wiała za sobą osobę, którą stała się w obcym kraju, i wra­cała do cza­sów dzie­ciń­stwa. Zbi­jała ją z tropu mie­sza­nina emo­cji, jakie budziła w niej ta myśl - doj­mu­jące słodko-gorz­kie połą­cze­nie eks­cy­ta­cji z poczu­ciem klę­ski.

Zabrała swój bagaż z taśmo­ciągu. Nie było go zbyt wiele. Dwa lata w Espe­nii, nie­sa­mo­wi­cie drogi kurs uni­wer­sy­tecki, a cały jej doby­tek zmie­ścił się w jed­nej walizce z czer­wo­nej skóry. Czuła się zbyt zmę­czona, by skwi­to­wać uśmie­chem tę żało­sną iro­nię.

Ujęła w dłoń słu­chawkę auto­matu tele­fo­nicz­nego i już miała wrzu­cić monetę, lecz znie­ru­cho­miała, pamię­ta­jąc o obiet­nicy, którą sobie zło­żyła. Tak jest, wra­cała do Jan­lo­onu, ale zrobi to na wła­snych warun­kach. Będzie miesz­kała w mie­ście, jak zwy­czajna oby­wa­telka, nie jako wnuczka Pło­mie­nia Kekonu. A to ozna­czało, że nie może zadzwo­nić do brata, by wysłał po nią samo­chód z szo­fe­rem.

Odło­żyła słu­chawkę. Zasko­czyło ją, jak łatwo wró­ciła do daw­nych nawy­ków zale­d­wie kilka minut od chwili, gdy posta­wiła nogę na Keko­nie. Przez jakiś czas sie­działa na ławce w holu przy­lo­tów, czu­jąc nagłe opory przed wyj­ściem przez obro­towe drzwi. Coś jej mówiło, że gdy znaj­dzie się na zewnątrz, nie będzie już mogła się cof­nąć.

Wresz­cie jed­nak uznała, że nie może dłu­żej zwle­kać. Wstała i podą­żyła za innymi pasa­że­rami ku posto­jowi tak­só­wek.

Kiedy stąd odla­ty­wała przed dwoma laty, nie zamie­rzała ni­gdy tu wra­cać. Wypeł­niały ją gniew i opty­mizm, była gotowa roz­po­cząć nowe życie i stwo­rzyć dla sie­bie nową toż­sa­mość w wiel­kim, sze­ro­kim, nowo­cze­snym świe­cie poza Keko­nem, daleko od ana­chro­nicz­nych kla­nów i prze­ro­śnię­tego ego wszyst­kich męż­czyzn z jej rodziny. Jed­nakże gdy już zna­la­zła się w Espe­nii, prze­ko­nała się, że trudno jest uciec od piętna pocho­dze­nia z małego wyspiar­skiego kra­iku, wła­ści­wie zna­nego wyłącz­nie z jade­itu. Nazwa Jan­loon wywo­ły­wała tylko pełne nie­zro­zu­mie­nia spoj­rze­nia. Dla cudzo­ziem­ców było to Mia­sto Jade­itu.

Gdy ludzie sły­szeli, że jest Kekonką, ich reak­cje były komicz­nie prze­wi­dy­walne. Naj­pierw zasko­cze­nie. Dla więk­szość Espeń­czy­ków Kekon był egzo­tycz­nym, baj­ko­wym miej­scem. Powo­jenny roz­kwit glo­bal­nego han­dlu poło­żył kres stu­le­ciom izo­la­cji, ale nie do końca. Rów­nie dobrze mogłaby powie­dzieć, że przy­le­ciała z kosmosu.

Druga reak­cja: pełne entu­zja­zmu żarty: "To zna­czy, że umiesz latać? Potra­fisz się prze­bić przez tę ścianę? Pokaż nam coś zdu­mie­wa­ją­cego. Roz­wal ten stół!".

Nauczyła się przyj­mo­wać to spo­koj­nie. Na początku pró­bo­wała im wyja­śniać, że zosta­wiła cały swój jadeit na Keko­nie i teraz niczym nie różni się od nich. Nawet jeśli zacho­wała prze­wagę siły, szyb­ko­ści i lep­szego refleksu, zawdzię­czała to wyłącz­nie fak­towi, że na­dal budziła się wcze­śnie rano i ćwi­czyła na patio swego apar­ta­mentu. Głę­boko zako­rze­nione nawyki nie ustę­po­wały tak łatwo.

Pierw­szych dwóch tygo­dni nie­mal nie była w sta­nie znieść. Czuła się tak, jakby zna­la­zła się w komo­rze depry­wa­cji sen­so­rycz­nej, którą sama dla sie­bie stwo­rzyła. Wszyst­kiego było znacz­nie mniej niż przed­tem. Mniej kolo­rów, mniej dźwię­ków, mniej wra­żeń. Wybla­kły kra­jo­braz ze snu. Jej ciało zro­biło się powolne, cięż­kie i obo­lałe. Drę­czyła ją obawa, że utra­ciła coś o klu­czo­wym zna­cze­niu, jakby nagle opu­ściła wzrok i zauwa­żyła, że bra­kuje jej jed­nej koń­czyny. Były też nocne ataki paniki i wra­że­nie, że unosi się bez­wład­nie w nie­rze­czy­wi­stym świe­cie.

Wszystko to byłoby wystar­cza­jąco złe nawet gdyby nie ota­czali jej mło­dzi, hała­śliwi Espeń­czycy, któ­rzy zdol­no­ścią sku­pie­nia uwagi nie prze­ra­stali małp i zawsze roz­ma­wiali tylko o stro­jach, samo­cho­dach, muzyce popu­lar­nej i swym płyt­kim, ale nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­nym życiu uczu­cio­wym. Omal nie dała za wygraną. Po pierw­szym seme­strze zare­zer­wo­wała nawet bilet na Kekon. Duma prze­zwy­cię­żyła jed­nak nie­mal para­li­żu­jącą grozę odsta­wie­nia jade­itu. Na szczę­ście zwró­cili jej pie­nią­dze za bilet.

Bar­dzo trudno było jej wytłu­ma­czyć nie­licz­nym przy­ja­cio­łom, któ­rych zdo­była w col­lege'u, co to zna­czy nosić jadeit i wywo­dzić się z rodziny zie­lo­nych kości, a także dla­czego wyrze­kła się tego wszyst­kiego. Uśmie­chała się tylko nie­win­nie i cze­kała, aż ich cie­ka­wość minie.

- Zacho­wu­jesz się nor­mal­nie, ale któ­re­goś dnia zro­bisz coś naprawdę sza­lo­nego, prawda? - draż­nił się z nią zawsze Jerald.

Nie. Już zro­biła coś sza­lo­nego. Zwią­zała się z nim.

Niebo było dziw­nym połą­cze­niem mgiełki z doga­sa­jącą jasno­ścią. Beton był wil­gotny od Pół­noc­nego Potu - nie­ustan­nej mżawki i mgły wystę­pu­ją­cej na przy­brzeż­nej rów­ni­nie Jan­lo­onu w porze mon­su­nów. Było już późno, minęła pora kola­cji. Shae stała w kolejce, cze­ka­jąc na tak­sówkę. Nikt nie zwra­cał na nią uwagi. Miała na sobie krótką, kolo­rową let­nią sukienkę, która była modna w Espe­nii, ale w ojczyź­nie Shae wyda­wała się zbyt obci­sła i jaskrawa. Poza tym szcze­gó­łem nie róż­niła się jed­nak zbyt­nio od innych przy­by­szy. Nie nosiła jade­itu. Uświa­do­miła sobie z ulgą połą­czoną z nie­wielką dozą uża­la­nia się nad sobą, jak małe są szanse, by kto­kol­wiek ją tu roz­po­znał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki