Rozdział 1. Podwójne Szczęście
Rozdział 1
Podwójne Szczęście
Dwaj kandydaci na złodziei jadeitu pocili się w kuchni restauracji
Podwójne Szczęście. Okna w sali jadalnej otworzono i wieczorny wietrzyk
docierający tu od brzegu chłodził gości, ale w kuchni były tylko dwa
umieszczone pod sufitem wentylatory, które kręciły się przez cały dzień,
lecz nie dawały zbyt wiele ulgi. Lato dopiero się zaczęło, ale całe
miasto cuchnęło i lepiło się już niczym sterany kochanek.
Bero i Sampa mieli po szesnaście lat i po trzech tygodniach snucia
planów postanowili, że dzisiejszy wieczór zmieni ich życie.
Bero miał na sobie ciemne spodnie kelnera i białą koszulę, nieprzyjemnie
lepiącą mu się do pleców. Twarz miał ziemistą, a spękane wargi sztywne
od skrywanych myśli. Postawił w zlewie tacę z brudnymi szklankami, po
czym wytarł dłonie w ścierkę i pochylił się ku wspólnikowi, który
polewał naczynia wodą z węża i ustawiał je na suszarce.
- Jest teraz sam - oznajmił cicho.
Sampa uniósł wzrok. Był Abukei - miał skórę barwy miedzi, gęste, sztywne
włosy i lekko pucołowate policzki, upodabniające go nieco do cherubinka.
Zamrugał szybko i skierował wzrok z powrotem na zlew.
- Za pięć minut schodzę ze zmiany.
- Musimy to zrobić teraz, keke - sprzeciwił się Bero. - Daj mi to teraz.
Sampa wytarł dłoń o koszulę, wyjął z kieszeni małą papierową kopertę i wsunął ją pośpiesznie w dłoń wspólnika, który schował ją pod fartuchem,
wziął w ręce pustą tacę i opuścił kuchnię.
Poprosił barmana o rum z chili, limonką i lodem - ulubiony koktajl Shon
Judonrhu. Zabrał tacę, postawił ją na pustym stoliku pod ścianą i zaczął
udawać, że wyciera blat ściereczką. Dyskretnie wsypał do szklanki
zawartość koperty - musowała przez chwilę, nim rozpuściła się w bursztynowym płynie.
Wyprostował się i ruszył do stolika w kącie. Shon Ju nadal siedział sam.
Jego masywne cielsko z trudem mieściło się na małym krześle. Wcześniej
wieczorem przysiadł się do niego Maik Kehn, ale ku wielkiej uldze
chłopaka dołączył do brata, w boksie po drugiej stronie sali. Bero
postawił szklankę przed Shonem.
- Na koszt firmy, Shon-jen.
Shon wziął koktajl w rękę i pokiwał sennie głową, nie unosząc wzroku.
Był regularnym klientem Podwójnego Szczęścia i dużo pił. Łysina pośrodku
jego głowy lśniła różowo w blasku lamp. Wzrok Bera stale wędrował ku
trzem zielonym kolczykom w jego lewym uchu.
Oddalił się, by nikt nie zauważył, na co się gapi. To śmieszne, że taki
korpulentny, postarzały pijak był zieloną kością. Co prawda, Shon nosił
niewiele jadeitu, ale prędzej czy później ktoś mu go odbierze, być może
razem z życiem. Czemu by nie ja? - pomyślał chłopak. Słusznie. Czemu by
nie? Mógł być tylko bękartem dokera i nigdy nie uczył się sztuk walki w Świątynnej Szkole Wie Lona albo w Akademii Kaul Dushurona, ale był
Kekończykiem z krwi i kości. Nie brakowało mu odwagi ani wiary w siebie,
które pozwolą mu zostać kimś. A żeby zostać kimś, trzeba było mieć
jadeit.
Minął braci Maik, którzy siedzieli razem w boksie w towarzystwie
trzeciego młodego mężczyzny. Zwolnił nieco, by lepiej im się przyjrzeć.
Maik Kehn i Maik Tar - to były prawdziwe zielone kości. Żylaści
mężczyźni mieli na palcach mnóstwo pierścieni z jadeitami, a do pasów
przytroczyli sobie bojowe karambity z wyłożonymi jadeitem rękojeściami.
Byli też dobrze ubrani - ciemne koszule, szyte na miarę jasnobrązowe
marynarki, błyszczące czarne buty oraz czapki z daszkiem. Byli znanymi
członkami klanu Bez Szczytów, kontrolującego większość dzielnic w tej
części miasta. Jeden z nich zerknął na Bera.
Chłopak odwrócił się pośpiesznie i zajął sprzątaniem naczyń. Uwaga braci
Maik była ostatnim, czego dziś pragnął. Powstrzymał się przed
dotknięciem małokalibrowego pistoletu, który trzymał w kieszeni spodni
ukrytej pod fartuchem. Cierpliwości. Od jutra nie będzie już musiał
nosić stroju kelnera. Nie będzie nikogo obsługiwał.
Sampa zakończył tymczasem wieczorną zmianę i był gotowy opuścić kuchnię.
Zerknął pytająco na Bera, który skinął głową, potwierdzając, że zrobił,
co trzeba. Sampa odsłonił drobne, białe zęby i przygryzł nimi dolną
wargę.
- Naprawdę myślisz, że może nam się udać? - wyszeptał.
Bero pochylił się ku niemu.
- Trzymaj się, keke - wysyczał. - Już to robimy. Za późno, żeby się
cofnąć. Musisz wykonać swoje zadanie.
- Wiem, keke, wiem.
Sampa obrzucił go kwaśnym, pełnym urazy spojrzeniem.
- Pomyśl o pieniądzach - poradził Bero i popchnął go lekko. - Ruszaj.
Sampa zerknął jeszcze nerwowo za siebie i popchnął drzwi kuchni. Bero
łypnął na niego ze złością, po raz kolejny żałując, że musi mieć za
wspólnika takiego pozbawionego wigoru mięczaka. Nie mógł jednak nic na
to poradzić. Tylko Abukei czystej krwi, odporny na jadeit, mógł wziąć w rękę klejnot i opuścić restaurację, nie przyciągając niczyjej uwagi.
Musiał się nieźle natrudzić, by namówić Sampę do współudziału. Podobnie
jak wielu członków jego plemienia chłopak nurkował w rzece, spędzając
weekendy na poszukiwaniu jadeitu spływającego z kopalń położonych daleko
stąd. To było niebezpieczne - po ulewnych deszczach nurt często porywał
pechowych nurków - a nawet gdy komuś się poszczęściło (Sampa przechwalał
się, że kiedyś znalazł jadeit wielkości pięści), mogli go złapać. Wtedy,
o ile miał szczęście, spędziłby trochę czasu w więzieniu, a jeśli go nie
miał, w szpitalu.
Bero przekonywał go, że to zajęcie dla frajerów. Po co poszukiwać w wodzie surowego jadeitu, żeby sprzedać go czarnorynkowym pośrednikom,
którzy następnie szlifowali go i przemycali z wyspy, płacąc poławiaczom
tylko drobną część ceny, za jaką go sprzedawali? Dwóch sprytnych,
odważnych chłopaków, takich jak oni, mogło poradzić sobie lepiej. Jeśli
już ryzykować dla zdobycia jadeitu, niech to będzie poważne ryzyko.
Oszlifowane, oprawione klejnoty były warte znacznie więcej.
Bero wrócił do sali i zajął się sprzątaniem naczyń oraz przygotowywaniem
stolików. Co kilka minut zerkał na zegar. Będzie mógł pozbyć się Sampy
później, kiedy już zdobędzie to, czego potrzebował.
***
- Shon Ju mówi, że w Pasze były kłopoty. - Maik Kehn pochylił się, bo
hałas panujący w restauracji zagłuszał jego słowa. - Grupki dzieciaków
atakują tamtejszych przedsiębiorców.
- O jakich dzieciakach mówimy? - zapytał jego młodszy brat, Maik Tar,
sięgając pałeczkami po chrupkie kotleciki z kalmarów, leżące na talerzu
po drugiej stronie stołu.
- Palcach niskiej rangi. To młode zbiry, mające tylko jeden, góra dwa
kawałki jadeitu.
- Nawet najmniej ważne palce są żołnierzami klanu - oznajmił z niezwykle
zamyśloną miną trzeci z siedzących przy stoliku mężczyzn. - Wykonują
rozkazy pięści, a pięści wykonują rozkazy rogu. - Pacha zawsze była
sporną dzielnicą, ale jawne groźby pod adresem firm powiązanych z klanem
Bez Szczytów były czymś stanowczo zbyt śmiałym, by mogły za nimi stać
tylko nieostrożne zbiry. - Wygląda na to, że ktoś próbuje na nas
naszczać.
Maikowie popatrzyli na niego, a potem zerknęli na siebie nawzajem.
- Co się dzieje, Hilo-jen? - zapytał Kehn. - Jesteś dziś wyraźnie nie w sosie.
- Naprawdę? - Kaul Hiloshudon oparł się o ścianę boksu i obrócił w palcach szklankę, machinalnie ocierając z niej wilgoć. Piwo szybko
robiło się ciepłe. - Może to przez ten upał.
Kehn skinął na jednego z kelnerów, prosząc o ponowne napełnienie
szklanek. Blady nastolatek spuszczał wzrok, obsługując ich. Na sekundę
zatrzymał spojrzenie na Hilu, ale najwyraźniej go nie poznawał. Niewielu
ludzi, którzy nie spotkali Kaul Hiloshudona osobiście, spodziewało się,
że może być taki młody. Róg klanu Bez Szczytów, ustępujący pozycją tylko
starszemu bratu, często pozostawał niezauważony, gdy pokazywał się
publicznie. Czasami go to irytowało, ale niekiedy bywało użyteczne.
- Jest jeszcze jeden dziwny szczegół - odezwał się Kehn, gdy kelner się
oddalił. - Od pewnego czasu nikt nie widział Trzypalcego Gee ani nie
miał od niego żadnych wiadomości.
- Jak można stracić z oczu Trzypalcego Gee? - zdziwił się Tar.
Czarnorynkowego szlifierza jadeitu łatwo było rozpoznać po wielkiej
tuszy, podobnie jak po kalectwie.
- Może się wycofał.
Tar zachichotał.
- Z tego interesu można się wycofać tylko w jeden sposób.
- Kaul-jen, czy masz udany wieczór? - zabrzmiał nagle przy jego uchu
czyjś głos. - Jesteś zadowolony?
Pan Une pojawił się przy ich stoliku, rozciągając usta w niespokojnym,
troskliwym uśmiechu, jaki zawsze rezerwował dla nich.
- Jak zwykle wszystko jest wspaniale - zapewnił Hilo, uśmiechając się
ironicznie w typowy dla niego sposób.
Właściciel Podwójnego Szczęścia splótł dłonie pokryte bliznami od pracy
w kuchni i pokiwał głową na znak pokornego podziękowania. Pan Une był
mężczyzną po sześćdziesiątce, łysym i dość tłustym restauratorem w trzecim pokoleniu. Jego dziadek założył ten mający już swoje lata,
powszechnie szanowany lokal, a ojciec przeprowadził go przez lata wojny
i późniejsze czasy. Podobnie jak jego protoplaści pan Une był lojalnym
latarnikiem klanu Bez Szczytów. Gdy tylko Hilo odwiedzał lokal,
właściciel zawsze osobiście składał mu wyrazy szacunku.
- Proszę, powiedz, czy mogę ci ofiarować coś jeszcze - dodał.
Gdy uspokojony pan Une się oddalił, Hilo znowu zrobił poważną minę.
- Wypytajcie ludzi. Musimy się dowiedzieć, co się stało z Gee.
- Co nas to obchodzi? - zapytał Kehn, nie impertynencko, a po prostu z ciekawości. - Kit z nim. Jednego szlifierza sprzedającego nasz jadeit
mięczakom i cudzoziemcom mniej.
- To mnie niepokoi. - Hilo przesunął się do przodu, sięgając po ostatni
chrupiący kotlecik z kalmarów. - Gdy psy zaczynają znikać z ulic, to
nigdy nie wróży nic dobrego.
***
Bero czuł narastającą nerwowość. Shon Ju wypił skażony koktajl niemal do
końca. Specyfik ponoć nie miał smaku ani zapachu. Co jednak, jeśli Shon
zdołał go wykryć dzięki wzmocnionym przez jadeit zmysłom? Albo jeśli nie
zadziała tak, jak powinien, i Shon po prostu sobie pójdzie, zabierając
swój jadeit poza jego zasięg? Albo jeśli Sampę opuści odwaga? Łyżka w rękach Bera drżała, gdy kładł ją na stoliku. Trzymaj się, Bądź
mężczyzną.
Z fonografu ustawionego w rogu sali płynęły charczące dźwięki powolnej
melodii z opery romantycznej, ledwie przebijające się przez gwar rozmów.
Nad czerwonymi obrusami wisiały wonie papierosowego dymu i ostrych
przypraw.
Shon Ju wstał nagle, chwiejąc się na nogach, powlókł się do toalety dla
mężczyzn i zamknął za sobą drzwi.
Bero policzył powoli w myślach do dziesięciu, po czym podążył za nim,
nie okazując zbytniego zainteresowania. Wsunął się do toalety, wetknął
dłoń do kieszeni i zacisnął ją na rękojeści maleńkiego pistoletu.
Następnie zamknął drzwi na zamek i oparł się o ścianę.
Z jednej z kabin dobiegały odgłosy przeciągającego się rzygania. Chłopak
omal nie dostał mdłości od smrodu przesyconych alkoholem wymiocin.
Rozległ się szum spuszczanej wody. Odgłosy torsji ucichły. Potem Bero
usłyszał głuchy łoskot, jakby na kafelki podłogi zwaliło się coś
ciężkiego. Następnie zapadła przyprawiająca o mdłości cisza. Bero
postąpił kilka kroków naprzód. W uszach czuł uderzenia tętna. Uniósł
pistolet do wysokości piersi.
Drzwi kabiny były otwarte. Masywne cielsko Shon Ju leżało na podłodze,
kończyny miał bezładnie rozrzucone, klatka piersiowa unosiła się i opadała, a z ust dobiegało ciche chrapanie. Z jednego kącika ust
spływała cienka strużka krwi.
W innej kabinie poruszyła się para brudnych, płóciennych butów. Sampa
wysunął głowę z kryjówki i otworzył szeroko oczy na widok pistoletu.
Podszedł jednak do wspólnika i obaj wlepili spojrzenia w nieprzytomnego
mężczyznę.
A niech to, udało się.
- Na co czekasz? - Bero skierował broń na Shona. - Ruszaj się! Zabierz
je!
Sampa wszedł z niechęcią do środka przez uchylone drzwi kabiny. Głowa
Shon Ju przechylała się w lewo, a ucho z kolczykami dotykało ściany
pomieszczenia. Chłopak skrzywił się jak ktoś, kto ma dotknąć przewodu
pod prądem, i ujął w dłonie głowę nieprzytomnego mężczyzny. Zatrzymał
się na moment. Shon Ju się nie poruszył. Sampa przesunął jego głowę w drugą stronę i drżącymi palcami wyciągnął pierwszy kolczyk.
- Skorzystaj z tego.
Bero wręczył mu pustą papierową kopertę. Sampa wrzucił do niej kolczyk i zabrał się za uwalnianie drugiego. Bero przeniósł spojrzenie z jadeitu
na Shon Ju, pistolet, na wspólnika i znowu na jadeit. Podszedł bliżej,
trzymając broń kilka cali od skroni nieprzytomnego mężczyzny. Wydawała
się niepokojąco mała i bezużyteczna. Broń człowieka z plebsu. Nieważne.
W tym stanie Shon Ju nie zdoła użyć Stali ani Odbijania. Sampa zabierze
jadeit, wyjdzie przez drzwi na zapleczu i nikt niczego nie zauważy. Beru
dokończy swoją zmianę i spotka się z nim później. Przez wiele godzin
nikt nie będzie niepokoił starego Shon Ju. Nieraz już zasypiał po
pijanemu w toalecie.
- Pośpiesz się - rzucił Bero.
Sampa zdjął już dwa kolczyki i pracował nad trzecim. Jego palce wbiły
się głęboko w mięsiste ucho mężczyzny.
- Nie mogę go wydostać.
- Wyrwij go! Po prostu wyrwij!
Chłopak mocno szarpnął ostatni, uparty kolczyk, wyrywając go z ciała,
którym obrósł. Shon Ju poruszył się nagle i otworzył oczy.
- O kurwa - mruknął Sampa.
Shon zawył na całe gardło i uniósł ręce. Wymachując nimi wokół głowy,
zdołał podbić rękę Bera w tej samej chwili, w której ten nacisnął spust.
Strzał ogłuszył wszystkich, ale kula wbiła się w sufit.
Sampa rzucił się w stronę drzwi, omal nie przewracając się o Shona.
Zielona kość złapał chłopaka za nogę, wybałuszając przekrwione oczy z gniewu i dezorientacji. Sampa padł na podłogę i wyciągnął ręce przed
siebie. Koperta spadła ze stukiem na podłogę i zatrzymała się między
nogami Bera.
- Złodzieje!
Usta Shon Ju uformowały to słowo, ale Bero go nie usłyszał. W głowie
dzwoniło mu od huku i czuł się jak w wyciszonym pomieszczeniu. Gapił się
na grubasa o poczerwieniałej twarzy, który złapał przerażonego Abukei
niczym demon wynurzający się z otchłani.
Chłopak schylił się po zgniecioną kopertę i pobiegł do drzwi.
Ale zapomniał, że je zamknął. Przez mgnienie oka ciągnął za nie w ogłupiałej panice, nim wreszcie otworzył zamek. Goście usłyszeli strzał
i ku chłopakowi zwróciły się dziesiątki pogrążonych w szoku twarzy. Bero
zachował wystarczającą przytomność umysłu, by schować pistolet i wskazać
palcem na drzwi toalety.
- Tam jest złodziej jadeitu! - zawołał.
Rzucił się do ucieczki, klucząc między stolikami. Dwa skryte w kopercie
kamienie wrzynały się boleśnie w jego zaciśniętą lewą dłoń. Twarze
klientów zmieniały się w zamazane plamy. Bero wpadł na krzesło,
przewrócił się, wstał i pobiegł dalej.
Twarz mu płonęła. Nagły przypływ ciepła i energii, nieprzypominający
niczego, co czuł do tej pory, wypełnił go niczym prąd elektryczny.
Dotarł do szerokich, krętych schodów prowadzących na pierwsze piętro.
Goście wstawali i spoglądali przez balustradę, by zorientować się, co to
za zamieszanie. Bero pokonał schody w kilku długich susach. Jego stopy
ledwie dotykały podłogi. Przez tłum przebiegło westchnienie. Zaskoczenie
chłopaka przeszło w ekstazę. Odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął
śmiechem. To na pewno była Lekkość.
Z jego oczu i uszu spadły zasłony. Słyszał zgrzytanie nóg krzeseł i brzęk talerzy, czuł smak powietrza na języku. Wszystko było ostre jak
brzytwa. Ktoś spróbował go złapać, ale był za wolny. Bero zrobił się
bardzo szybki. Bez trudu ominął wyciągniętą rękę, wskoczył na stół i odbił się od blatu. Rozległy się krzyki oraz stukot tłuczonych naczyń.
Miał przed sobą suwane drzwi prowadzące na patio z widokiem na port. Bez
zastanowienia, nie zatrzymując się ani na chwilę, przebił się przez nie
niczym szarżujący byk. Drewniana konstrukcja pękła i Bero z krzykiem
szalonej ekstazy przedarł się na drugą stronę, zostawiając za sobą
dziurę wielkości ludzkiego ciała. Nie było bólu. Czuł się niezwyciężony,
niepowstrzymany.
Taka była moc jadeitu.
Nocne powietrze muskało jego skórę. Lśniąca powierzchnia wody wabiła go
niepowstrzymanie. Przez jego żyły przepływały fale cudownego ciepła.
Ocean wydawał mu się chłodny i odświeżający. Jego dotyk byłby bardzo
przyjemny... Popędził w stronę balustrady.
Czyjeś ręce złapały go za ramiona i szarpnęły mocno. Bero zatrzymał się
gwałtownie, jakby dotarł do końca łańcucha. Odwrócił się i zobaczył Maik
Tara.
Rozdział 2. Róg klanu Bez Szczytów
Rozdział 2
Róg klanu Bez Szczytów
Z drugiego końca sali dobiegł stłumiony odgłos wystrzału. Po sekundzie
czy dwóch Hilo usłyszał w umyśle nagły krzyk niekontrolowanej aury
jadeitu, drażniący jak dźwięk widelca drapiącego o szkło. Kehn i Tar
odwrócili się na krzesłach, patrząc na nastoletniego kelnera, który
nagle wypadł z toalety i popędził ku schodom.
- Tar - odezwał się Hilo, choć nie musiał tego robić, bo Maikowie już
zaczęli działać.
Kehn skierował się do toalety, a Tar skoczył na szczyt schodów, złapał
złodzieja na patio i cisnął go z powrotem do środka przez roztrzaskane
drzwi. Chłopak spadł na podłogę i przesunął się aż pod same schody.
Rozległo się chóralne westchnienie. Niektórzy goście krzyknęli.
Tar wrócił do lokalu tuż za złodziejem, pochylając się, by przejść przez
dziurę wybitą w drzwiach. Nim chłopak zdążył się zerwać, uderzył go
otwartą dłonią w głowę i obalił z powrotem na podłogę. Złodziej wydobył
mały pistolet, ale Tar wyrwał mu go i wyrzucił do portu przez rozbite
drzwi. Gdy zielona kość przycisnął kolanem jego przedramię i wyrwał mu
kopertę ze zbielałej dłoni, z ust nastolatka wyrwał się stłumiony przez
dywan krzyk. Wszystko to wydarzyło się tak szybko, że większość gapiów
niczego nie zarejestrowała.
Tar wstał. Chłopak leżący u jego stóp jęczał i miotał się spazmatycznie,
gdy energia jadeitu wypływała z jego ciała, zabierając ze sobą gniewne
brzęczenie pod czaszką Hila. Młodszy Maik złapał kelnera za tył koszuli
i powlókł go za sobą w dół po schodach. Podekscytowani goście, którzy
wstali od stolików, schodzili mu z drogi. Kehn wyszedł z toalety,
trzymając za ramię młodego Abukei, który jęczał cicho. Obalił chłopaka
na kolana, a Tar położył złodzieja obok niego.
Shon Judonrhu wlókł się chwiejnie za Kehnem, łapiąc się po drodze oparć
krzeseł. Sprawiał wrażenie, że nie jest do końca pewny, gdzie się
znajduje i jak tu trafił, był jednak wystarczająco przytomny, żeby się
wściec. Wybałuszał pełne gniewu oczy i jedną ręką trzymał się za ucho.
- Złodzieje - wymamrotał i złapał za rękojeść karambita ukrytego w pochwie pod marynarką. - Wypruję im flaki.
Pan Une podbiegł do niego, machając rękami na znak sprzeciwu.
- Shon-jen, błagam, nie w sali! - Unosił przed sobą drżące dłonie.
Jego twarz o obwisłym podbródku pobladła z niedowierzania. Wystarczająco
okropny był fakt, że Podwójne Szczęście okryło się hańbą, a w jego
kuchni pracowali złodzieje jadeitu. Gdyby obu chłopaków zamordowano
publicznie tuż obok stołu bufetowego z deserami, takiego pecha nie
przetrwałby żaden lokal. Restaurator zerknął trwożnie na nóż w ręce Shon
Ju, a następnie na braci Maik i na gapiących się na to wszystko
przerażonych gości. Jego usta się poruszyły.
- Stało się coś strasznego, ale błagam, panowie...
- Panie Une - zawołał nadal siedzący w boksie Hilo. - Nie wiedziałem, że
urządzasz teraz przedstawienia na żywo.
Hilo wstał i ruszył w stronę złodziei. Poczuł dreszcz zrozumienia
przebiegający przez tłum. Siedzący najbliżej goście zauważyli to, co
przeoczył Bero, który przyjrzał się mu tylko pobieżnie. Widoczne pod
szarą sportową marynarką dwa górne guziki koszuli barwy pastelowego
błękitu były rozpięte i można było zauważyć szereg małych jadeitów
wszczepionych w skórę na obojczykach, jak naszyjnik połączony z ciałem.
Pan Une podbiegł do Hila i szedł u jego boku, załamując ręce.
- Kaul-jen, strasznie mi wstyd, że zakłócono twój wieczór. Nie mam
pojęcia, w jaki sposób te dwa nędzne złodziejaszki zakradły się do mojej
kuchni. Czy mogę ci jakoś to wynagrodzić? Co tylko zechcesz. Jedzenie i picie bez ograniczeń, oczywiście...
- Takie rzeczy się zdarzają - przerwał mu Hilo z rozbrajającym
uśmiechem.
To jednak nie uspokoiło restauratora. Pan Une skinął głową i otarł pot z czoła, ale sprawiał wrażenie jeszcze bardziej podenerwowanego.
- Schowaj karambit, wujku Ju. Pan Une i tak będzie miał mnóstwo roboty
ze sprzątaniem. Nie potrzebuje dodatkowo krwi na dywanie. Jestem też
pewien, że goście, którzy zapłacili za kolację, nie chcieliby, żebyś
popsuł im apetyt.
Shon Ju zawahał się. Hilo nazwał go wujkiem, okazując mu szacunek, mimo
że spotkało go publiczne upokorzenie. To jednak nie wystarczyło, by go
udobruchać. Machnął nożem w kierunku Bera i Sampy.
- To złodzieje jadeitu! Mam prawo odebrać im życie! Nikt mi nie powie,
że jest inaczej!
Hilo wyciągnął rękę do Tara, który podał mu kopertę. Wysypał na otwartą
dłoń dwa kamienie. Kehn podał mu trzeci jadeit. Hilo potrząsnął dłonią z zamyśloną miną, poruszając trzema zielonymi kolczykami, i spojrzał z wyrzutem na Shona.
Gniew odpłynął z twarzy grubasa, ustępując miejsca trwodze. Shon Ju
gapił się na swoje jadeity spoczywające na dłoni innego. Ich moc
przepływała teraz przez Kaul Hila zamiast przez niego. Znieruchomiał.
Nikt się nie odzywał. Zapadła pełna napięcia cisza. Shon odchrząknął z wysiłkiem.
- Kaul-jen, nie chciałem okazać braku szacunku twojej pozycji rogu -
przemówił z poważaniem, jak do starszego wiekiem mężczyzny. - Oczywiście
podporządkuję się wyrokowi klanu we wszystkich kwestiach dotyczących
sprawiedliwości.
Hilo uśmiechnął się, ujął jego dłoń, wysypał na nią trzy klejnoty i delikatnie zacisnął palce Shona wokół nich.
- Obeszło się bez poważnych strat. Lubię, kiedy coś przypomina Kehnowi i Tarowi o potrzebie czujności. - Mrugnął do obu braci, jak uczniak
dzielący się żartem z kolegami, ale gdy spojrzał z powrotem na Shona Ju,
z jego twarzy zniknęła wesołość. - Wujku, być może nadszedł czas, byś
pił nieco mniej i lepiej uważał na jadeit.
Shon Ju zacisnął dłoń na odzyskanych jadeitach i uniósł ją do piersi ze
spazmem ulgi. Jego gruba szyja poczerwieniała z oburzenia, ale nie
powiedział już nic więcej. Nawet w stanie lekkiego oszołomienia nie był
głupi i rozumiał, że udzielono mu ostrzeżenia. Po dzisiejszym
kompromitującym incydencie pozostał zieloną kością wyłącznie dzięki
łasce Kaul Hila. Wycofał się, pokornie pochylony.
Hilo odwrócił się i pomachał rękami do zafascynowanych gości.
- Przedstawienie skończone. Dziś mieliśmy rozrywkę za darmo. Zamówmy
jeszcze trochę pysznego jedzenia pana Une i coś do picia na dodatek!
W sali rozległy się nerwowe śmiechy. Ludzie posłusznie wrócili do swych
posiłków i towarzyszy, choć co chwila zerkali ukradkiem na Kaul Hila,
braci Maik oraz dwóch pechowych nastolatków leżących na podłodze.
Nieczęsto się zdarzało, by zwykli, nienoszący jadeitu obywatele byli
świadkami tak dramatycznych demonstracji mocy zielonych kości. Wrócą do
domu i opowiedzą przyjaciołom, co widzieli: złodziej biegł szybciej, niż
to możliwe dla zwyczajnych ludzi, i przebił się z impetem przez drzwi,
ale bracia Maik i tak byli znacznie szybsi i silniejsi od niego. A nawet
oni wykonywali rozkazy młodego rogu.
Kehn i Tar podźwignęli złodziei z podłogi i wynieśli ich z lokalu.
Hilo ruszył za nimi. Pan Une biegł u jego boku, jąkając się cicho.
- Po raz kolejny błagam o wybaczenie. Zawsze dokładnie sprawdzam
personel. Nie mam pojęcia...
Hilo wsparł dłoń na jego ramieniu.
- To nie twoja wina. Nie zawsze da się przewidzieć, kto zarazi się
jadeitową gorączką i zejdzie na złą drogę. Zajmiemy się tym na zewnątrz.
Pan Une pokiwał głową z ogromną ulgą. Wyglądał jak ktoś, kto omal nie
wpadł pod autobus, a pojazd w ostatniej chwili go wyminął i rzucił mu do
stóp walizkę pełną pieniędzy. Gdyby Hilo i bracia Maik nie byli tu dziś
obecni, miałby na głowie dwóch zabitych chłopaków i rozjuszoną, pijaną
zieloną kość. Dzięki publicznemu poparciu, jakiego udzielił im róg,
Podwójne Szczęście uniknęło skażenia, a nawet zasłużyło na szacunek.
Wieści o dzisiejszym incydencie się rozejdą i przez pewien czas w restauracji będzie się roiło od gości.
Hilo poczuł się lepiej na tę myśl. Podwójne Szczęście nie było jedynym
lokalem w okolicy prowadzonym przez klan Bez Szczytów, było jednak
jednym z największych i najbardziej zyskownych. Klan potrzebował
pieniędzy z płaconej przez niego daniny. Co jeszcze ważniejsze, nie
mogli sobie pozwolić na utratę twarzy, jaka wiązałaby się z upadkiem
lokalu albo przejęciem go przez kogoś innego. Gdyby lojalny latarnik,
jakim był pan Une, stracił źródło utrzymania albo nawet życie,
odpowiedzialność spadłaby na Hila.
Ufał panu Une, ale ludzie byli tylko ludźmi. Opowiadali się po stronie
silniejszych. Podwójne Szczęście mogło dziś należeć do klanu Bez
Szczytów, ale gdyby doszło do najgorszego i właściciel byłby zmuszony
przejść na stronę kogoś innego, by zachować rodzinny interes oraz głowę,
Hilo raczej nie wątpił, że tak właśnie by postąpił. W końcu latarnicy
byli nienoszącymi jadeitu cywilami. Należeli do klanu i mieli kluczowe
znaczenie dla jego funkcjonowania, ale nie musieli za niego ginąć. Nie
byli zielonymi kośćmi.
Zatrzymał się i wskazał na zniszczone drzwi.
- Przyślij mi rachunek za naprawę uszkodzeń. Pokryję go.
Pan Une zamrugał, splótł dłonie i kilka razy dotknął nimi czoła w geście
pełnej szacunku wdzięczności.
- Jesteś zbyt hojny, Kaul-jen. To nie będzie konieczne.
- Nie bądź głupi. - Hilo spojrzał na niego. - Powiedz mi, przyjacielu,
czy miałeś tu ostatnio jakieś inne kłopoty?
Restaurator rozejrzał się nerwowo i znowu skierował wzrok na twarz Hila.
- Jakiego rodzaju kłopoty masz na myśli, Kaul-jen?
- Zielone kości z innych klanów - odparł Hilo. - Takiego rodzaju.
Po chwili wahania pan Une odprowadził róg klanu na bok.
- Nie tutaj, w Dzielnicy Portowej - odpowiedział ściszonym głosem. - Ale
przyjaciel mojego bratanka pracuje jako barman w Tancerce w dzielnicy
Pacha i mówił, że ludzie z klanu Góra przychodzą tam prawie codziennie,
siadają, gdzie tylko zechcą, i domagają się trunków za darmo. Mówią, że
to część daniny, bo Pacha to teraz terytorium Góry. - Pan Une cofnął się
nagle zaniepokojony wyrazem twarzy Hila. - To może być tylko gadanie,
ale skoro pytasz...
Róg poklepał go po ramieniu.
- Nigdy nie kończy się na gadaniu. Zawiadom nas, jeśli dowiesz się
czegoś więcej, dobra? Możesz przyjść, kiedy tylko zechcesz.
- Oczywiście. Z pewnością to zrobię, Kaul-Jen - odpowiedział pan Une,
raz jeszcze dotykając czoła złączonymi dłońmi.
Hilo klepnął go ponownie na pożegnanie i opuścił restaurację.
***
Zatrzymał się tuż za wyjściem, by wyciągnąć z kieszeni paczkę
papierosów. Były espeńskie i sporo kosztowały, ale je lubił. Włożył
jeden do ust i się rozejrzał.
- Może zróbmy to teraz - zasugerował.
Bracia Maik wywlekli nastolatków z Podwójnego Szczęścia i obalili ich na
pokrytą żwirem skarpę nad wodą, w miejscu niewidocznym z ulicy. Pulchny
Abukei cały czas płakał i stawiał opór, a drugi chłopak milczał i zachowywał się biernie. Bracia Maik zaczęli ich bić. Silne, rytmiczne
ciosy w żebra, brzuch i plecy. Kolejne policzki, aż twarze chłopaków
spuchły nie do poznania. Nie uderzali w ważne dla życia narządy, gardło
ani w potylicę. Kehn i Tar byli dobrymi pięściami. Nie pozwalali sobie
na nieostrożność ani nie dawali się ponieść żądzy krwi.
Hilo przyglądał się temu, paląc papierosa.
Zapadła już noc, ale nie było ciemno. Wszędzie na nabrzeżu paliły się
światła, a reflektory jadących drogą samochodów zalewały ją impulsami
bieli. Daleko od brzegu widziało się poruszające się powoli światła
statków, rozmazane przez morską mgłę i napływające z miasta
zanieczyszczenia. W ciepłym powietrzu unosiły się opary, słodka woń
przejrzałych owoców oraz smród dziewięciuset tysięcy spoconych
mieszkańców.
Hilo miał tylko dwadzieścia siedem lat, ale nawet on pamiętał czasy, gdy
samochody i telewizja były w Janloonie nowością. Teraz widziało się je
wszędzie, podobnie jak nowych przybyszy, nowe fabryki oraz sprzedawane
na ulicach potrawy w cudzoziemskim stylu, jak klopsy w tempurze czy
pikantne grudki serowe. Metropolia pękała w szwach i wyglądało na to, że
wszyscy mieszkańcy, nawet zielone kości, pękają razem z nią. Hilo
odnosił wrażenie, że wszystko dzieje się niebezpiecznie szybko, jakby
miasto było nową, dobrze naoliwioną maszyną, w każdej chwili mogącą
wyrwać się spod kontroli i zburzyć naturalny porządek rzeczy. Jak to
możliwe, że dwóch nieudolnych, niewyszkolonych chłopaków z portu wpadło
na pomysł, że ukradną jadeit zielonej kości, i mało zabrakło, by im się
udało?
Prawdę mówiąc, Shon Judonrhu zasłużył na utratę klejnotów. Hilo mógłby
mu je odebrać. To byłaby usprawiedliwiona kara za nieudolność. Z pewnością kusiła go energia, która wypełniła jego żyły niczym płynne
ciepło, gdy trzymał jadeity w dłoni.
Jednakże odebranie kilku klejnotów żałosnemu starcowi byłoby brakiem
szacunku. Tego właśnie nie rozumieli ci złodzieje. Jadeit sam w sobie
nikogo nie czynił zieloną kością. By stać się jadeitowym wojownikiem,
potrzebne były odpowiednia krew, wyszkolenie i klan. Zawsze tak było.
Hilo cały czas musiał dbać o reputację własną i swego klanu. Shon
Judonrhu był pijakiem, starym durniem i komicznym wrakiem zielonej
kości, ale nadal pozostawał palcem klanu Bez Szczytów i róg musiał
zareagować na atak na niego.
Odrzucił papierosa i zgasił go podeszwą buta.
- Wystarczy - oznajmił.
Kehn odsunął się natychmiast. Tar, bardziej pracowity z braci, wymierzył
jeszcze obu chłopakom po kopniaku i zrobił to samo. Hilo przyjrzał się
uważniej obu nastolatkom. Ten w koszuli kelnera wyglądał jak typowy
Kekończyk - był chudy, miał długie ręce, ciemne włosy i oczy. Ledwie
żył, choć trudno było ocenić, czy bardziej zaszkodziło mu bicie, czy
skutki działania jadeitu, Pucołowaty Abukei łkał cicho.
- To nie był mój pomysł - błagał bez przerwy. - Nie mój, nie chciałem
tego zrobić. Wypuśćcie mnie, proszę, obiecuję, że to już się nigdy nie
powtórzy, już nigdy, nigdy...
Hilo rozważył możliwość, że obaj młodzieńcy nie byli imbecylami, na
jakich wyglądali, lecz szpiegami bądź wynajętymi przestępcami,
pracującymi dla Góry albo dla któregoś z mniejszych klanów. Doszedł
jednak do wniosku, że to mało prawdopodobne. Przykucnął przy Abukei i odgarnął włosy z jego wilgotnego czoła. Chłopak wzdrygnął się z przerażeniem. Hilo pokręcił głową.
- Skąd ci to przyszło do głowy? - zapytał z westchnieniem.
- Powiedział, że możemy mnóstwo zarobić - wyjaśnił nastolatek płaczliwym
głosem, jakby czuł się skrzywdzony. - Mówił, że staruch jest tak zalany,
że nic nie zauważy. Zapewniał, że zna dobrego pasera, który zapłaci
najwyższą stawkę za szlifowany jadeit i nie będzie o nic pytał.
- A ty mu uwierzyłeś? Nikt, kto jest na tyle szalony, że próbuje ukraść
jadeit zielonej pięści, nie zamierza go sprzedawać.
Hilo wstał. Dla Kekończyka nic się nie da zrobić. Młodzi, gniewni
mężczyźni łatwo ulegali jadeitowej gorączce. Widywał to bardzo często.
Biedni i naiwni, wypełnieni dziką energią oraz ambicją, złazili się do
jadeitu jak mrówki do miodu. Uwielbiali romantycznych bohaterskich
bandytów, którzy zostali zielonymi kośćmi. W filmach i komiksach było
pełno opowieści o ich czynach. Słyszeli, jak ludzie wypowiadają słowo
"jen" z szacunkiem oraz odrobiną strachu, i pragnęli dla siebie tego
samego. Nie miało znaczenia, że bez lat intensywnej nauki nie mieli
szans zapanować nad mocami, jakie dawał jadeit. Wypalali się, wpadali w obłęd, niszczyli siebie i innych. To był beznadziejny przypadek.
Ale młody Abukei był po prostu głupi. Czy śmiertelnie? Z pewnością można
było wybaczyć komuś takiemu jak on uczestnictwo w loterii, jakim było
nurkowanie w rzece, ale poważne przestępstwo przeciwko klanowi to coś
całkiem innego.
Chłopak przyśpieszył potok wypływających mu z ust słów, jakby wyczuwał
myśli Hila.
- Błagam, Kaul-jen, to było głupie. Wiem, że to było głupie. Przysięgam,
że już nigdy tego nie zrobię. Zawsze brałem jadeit tylko z rzeki. Gdyby
ten nowy szlifierz nie zastąpił Gee, nigdy nie przyszłoby mi do głowy,
żeby zrobić coś innego. To stało się dla mnie nauczką, przysięgam na
grób babci, że już nigdy nie dotknę jadeitu, obiecuję...
- Co przed chwilą powiedziałeś?
Hilo przykucnął i pochyli się nad chłopakiem, przyglądając mu się z uwagą.
Nastolatek uniósł pełne strachu i zdziwienia spojrzenie.
- Co... co powiedziałem...
- O tym nowym szlifierzu - uściślił Hilo.
Chłopak skulił się trwożnie pod nieustępliwym spojrzeniem rogu.
- Zawsze... wszystko, co znalazłem w rzece, sprzedawałem zawsze
Trzypalcemu Gee. Płacił od ręki gotówką za nieobrobiony jadeit. Niedużo,
ale całkiem nieźle. W tej części miasta Gee był szlifierzem, z którym
większość z nas...
- Wiem, kim on jest - przerwał mu z niecierpliwością Hilo. - Co się z nim stało?
Oczy chłopaka przybrały chytry, pełen nadziei wyraz, gdy tylko
uświadomił sobie, że wie coś, o czym nie wie róg klanu Bez Szczytów.
- Gee zniknął. Nowy szlifierz pojawił się przed miesiącem i powiedział,
że kupi od nas tyle jadeitu, ile zdołamy mu przynieść, surowego albo
szlifowanego, bez żadnych pytań. Zaproponował współpracę Trzypalcemu
Gee, ale on nie chciał dzielić się zyskami z przybyszem. Dlatego nowy go
zabił. - Chłopak wytarł rękawem krew i smarki z nosa. - Mówią, że udusił
go sznurem telefonicznym, a potem uciął resztę jego palców i rozesłał je
innym szlifierzom w mieście jako ostrzeżenie. Teraz wszystko, co
wyłowimy z rzeki, trafia do niego, ale płaci dwa razy mniej niż Gee.
Dlatego chciałem skończyć z nurkowaniem...
- Widziałeś go? - zapytał Hilo.
Chłopak zawahał się, niepewny, która odpowiedź może go ocalić, a która
będzie go kosztowała życie.
- T... tak. Tylko raz.
Hilo wymienił spojrzenia ze swoimi pięściami. Młody Abukei rozwiązał dla
nich jedną irytującą zagadkę, lecz jednocześnie postawił przed nimi
następną. Trzypalcy Gee mógł być czarnorynkowym szlifierzem jadeitu, ale
był też kimś, kogo znali, bezpańskim psem z podwórka Hila, który okradał
jego śmietnik, ale nie sprawiał tylu kłopotów, by warto go było zabić.
Dopóki ograniczał się do kupowania surowego jadeitu od Abukei, klany
pozwalały mu na drobny przemyt w zamian za to, że od czasu do czasu
ostrzegał je przed grubszymi rybami. Któż ośmieliłby się rzucić wyzwanie
autorytetowi klanu Bez Szczytów, zabijając go?
Ponownie spojrzał na chłopaka.
- Potrafisz go opisać? Tego nowego szlifierza?
Znowu chwila wahania.
- Tak... myślę, że tak.
Gdy młody Abukei skończył opis, Hilo wstał.
- Sprowadź samochód - rozkazał Kehnowi. - Zabieramy tych chłopaków na
spotkanie z filarem.
Rozdział 3. Bezsenny filar
Rozdział 3
Bezsenny filar
Kaul Lanshinwan nie mógł zasnąć. Kiedyś sypiał dobrze, ale od trzech
miesięcy przynajmniej raz na tydzień zdarzały mu się bezsenne noce. Okna
jego sypialni, ulokowanej na piętrze głównego domu w rezydencji Kaulów,
wychodziły na wschód. Pomieszczenie robiło na nim wrażenie odrażająco
wielkiego i pustego, podobnie jak jego łóżko. Były noce, gdy wyglądał
przez okna aż do chwili, gdy nad miejskim horyzontem pojawił się blady
cień jutrzenki. Próbował medytacji, by uspokoić się przed pójściem spać.
Pił herbatkę ziołową i brał słone kąpiele. Zapewne powinien poprosić o poradę. Być może lekarz będący zieloną kością potrafiłby ustalić,
jakiego rodzaju nierównowaga energii dokucza filarowi, odblokować
przepływ i przepisać dietę, która przywróci wszystko do normy.
Opierał się jednak tej myśli. Miał dopiero trzydzieści pięć lat.
Powinien być w pełni zdrowy i u szczytu mocy. Dlatego dziadek wreszcie
zgodził się przekazać mu kierownictwo nad klanem, a reszta członków
zaakceptowała fakt, że władza przeszła z rąk legendarnego, ale starego i schorowanego Kaul Seningtuna do jego wnuka. Wieści, że filar klanu ma
kłopoty ze zdrowiem, nie zrobiłyby dobrego wrażenia. Nawet coś równie
banalnego jak bezsenność mogło się stać przyczyną spekulacji. Czy był
niezrównoważony? Nie mógł nosić jadeitu? Gdyby uznano go za słabego,
skutki mogłyby się okazać fatalne.
Wstał, wciągnął koszulę i zszedł na dół. Następnie włożył buty i wyszedł
do ogrodu. Na dworze natychmiast poczuł się lepiej. Ich rodzinna
posiadłość znajdowała się w samym sercu Janloonu. Z okien na górze
widział czerwony dach gmachu Rady Książęcej oraz stożkowaty tarasowy
szczyt Pałacu Triumfalnego. Budynki i ogrody posiadłości zajmowały
jednak przestrzeń pięciu akrów i otaczały je wysokie ceglane mury,
zapewniające osłonę przed zgiełkiem miasta. Dla zielonej kości nie było
tu jednak spokojnie. Lan słyszał szelest myszy poruszającej się w trawie, bzyczenie małego owada przy stawie i chrzęst kamyków ścieżki pod
butami. Jednakże wszechobecny szum miasta ledwie tu docierał. Ogród był
oazą spokoju. Gdy Lan zostawał sam na tym skrawku natury, daleko od
przyprawiającej o zawrót głowy aury jadeitów noszonych przez innych,
mógł się choć na chwilę uspokoić.
Usiadł na kamiennej ławce i zamknął oczy. Wsłuchał się w rytm własnego
serca i oddechu, w miarowy szum krwi w żyłach, i zaczął nieśpieszną
eksplorację. Podążał za łopotem skrzydeł nietoperza, który zakręcał to w tę, to we w tę, łapiąc owady w locie. W wietrzyku docierającym do niego
od małego stawu wyczuł zapachy kwiatów pomarańczy, magnolii i wiciokrzewu. Poszukał w trawie myszy, którą wyczuł przedtem, i znalazł
ją - gorąca plamka życia, rysująca się ostro i wyraźnie na tle ciemnej
murawy.
Podczas nauki w Akademii Kaul Dushurona spędził kiedyś noc zamknięty w ogromnej podziemnej komorze. Panowała w niej całkowita ciemność i miał
tam za towarzystwo jedynie trzy szczury. To był jeden z testów
Postrzegania, którym poddawano nowicjuszy mających czternaście lat.
Obmacywał na oślep zimne kamienne ściany, nasłuchując ledwie słyszalnego
zgrzytu pazurków, wyszukiwał ciepło ciał niczym wąż, wiedząc, że egzamin
skończy się dopiero wtedy, gdy złapie trzy ostrozębe gryzonie i zabije
je gołymi rękami. To wspomnienie przyprawiło go o ból pleców.
Poczuł lekkie poruszenie na granicy świadomości. Zbliżał się Doru. Szedł
ku niemu przez ogród. Niewidoczna, lecz łatwo wyczuwalna aura jego
jadeitów przecinała noc niczym wąska wiązka czerwonego światła
penetrująca tumany dymu.
Lan wypuścił powietrze z płuc i otworzył oczy. Rozciągnął usta w krzywym
uśmieszku. Jeśli Doru przyłapie go na tym, że ugania się nocą za myszami
po ogrodzie, będzie to oznaką niezrównoważenia znacznie poważniejszą niż
bezsenność. Poirytowało go, że zmącono jego samotność, i nie wstał, by
przywitać przybysza.
- Siedzisz tu sam? - zapytał Yun Dorupon cichym, ochrypłym głosem,
mającym zapach lekarstwa i brzmiącym jak żwir podrzucany na patelni. -
Czy coś się stało, Lan-se?
Lan zmarszczył brwi, słysząc, że prognostyk zwraca się do niego w ten
sposób. Tego przyrostka używało się w rozmowie z dziećmi bądź starcami.
Zwracanie się w ten sposób do filaru świadczyło o lekkiej
niesubordynacji. Lan wiedział jednak, że Doru nie chciał go obrazić. Od
starych nawyków trudno się było uwolnić. Prognostyk znał go od
najmłodszych lat, służył klanowi i Kaulom, odkąd filar sięgał pamięcią.
Teraz jednak powinien się stać jego strategiem i zaufanym doradcą, a nie
stróżem i przyszywanym wujkiem.
- Nic takiego. - Lan wreszcie wstał i zwrócił się w stronę prognostyka.
- Lubię posiedzieć nocą w ogrodzie. Czasami dobrze jest pobyć sam na sam
z myślami.
To miała być lekka wymówka za to, że Doru zawraca mu głowę.
Prognostyk najwyraźniej tego nie zauważył.
- Z pewnością masz mnóstwo zmartwień - zgodził się. Był chudym jak patyk
mężczyzną o jajowatej głowie i sterczącym podbródku, nosił wełniane
swetry i grube, ciemne blezery, nawet podczas najgorętszych letnich
upałów. Sztywne maniery upodabniały go do uczonego, ale to wrażenie było
całkowicie mylne. Przed dziesięcioleciami Doru był człowiekiem z Góry,
jednym z nieposkromionych buntowników dowodzonych przez Kaul Seningtuna
i Ayt Yugontina. To oni stawiali opór cudzoziemcom okupującym Kekon i w końcu przegnali ich z wyspy. Doru spędził ostatni rok wojny wielu
narodów w szotarskim więzieniu. Opowiadano, że jego niegustowny strój
ukrywa fakt, że wycięto mu kawałki ciała z rąk i nóg, a także pozbawiono
obu jąder.
- KSJ ma pod koniec miesiąca podjąć decyzję w sprawie propozycji
eksportu - kontynuował Doru. - Zdecydowałeś już, czy poprzesz tę
propozycję w ostatecznym głosowaniu?
Debata o tym, czy zwiększyć eksport jadeitu do cudzoziemskich mocarstw -
to znaczy Espenii i jej sojuszników - toczyła się w Kekońskim Sojuszu
Jadeitowym przez całą wiosnę.
- Wiesz, co sądzę na ten temat - odparł Lan.
- Rozmawiałeś o tym z Kaul-jenem?
Doru, rzecz jasna, miał na myśli Kaul Seningtuna. Trzy młodsze zielone
kości w rodzinie nie miały znaczenia. Dla niego istniał tylko jeden
Kaul-jen.
- Nie ma sensu zawracać mu głowy bez potrzeby - odpowiedział Lan,
skrywając irytację. Doru mógł nie być jedynym członkiem klanu, który
oczekiwał, że Lan będzie się konsultował z dziadkiem we wszystkich
ważnych kwestiach, ale to nie mogło trwać dłużej. Już najwyższy czas, by
podkreślił, że to on jest filarem klanu.
- Espeńczycy domagają się zbyt wiele. Jeśli będziemy im ustępować za
każdym razem, gdy czegoś od nas zażądają, nie minie wiele czasu, nim
wszystkie klejnoty na wyspie znajdą się w skarbcach ich armii.
Prognostyk milczał przez chwilę. Wreszcie pochylił głowę.
- Skoro tak mówisz.
Lanowi nieoczekiwanie nasunęła się pewna myśl.
Doru się starzeje. Robi się za stary, żeby się zmienić. Był
prognostykiem dziadka i zawsze będzie się za takiego uważał. Wkrótce
będę musiał zastąpić go kimś innym.
Szybko odwrócił się od tego nieprzyjemnego tematu. Wyostrzony zmysł
Postrzegania nie pozwalał zielonym kościom czytać w myślach, ale ci,
którzy opanowali tę sztukę w maksymalnym możliwym stopniu, zauważali
wskazówki odsłaniające uczucia i intencje. Jedyną dostrzegalną zielenią
noszoną przez Doru były skromne pierścienie na palcach. Lan wiedział
jednak, że prognostyk ukrywa większość swego jadeitu pod ubraniem i jest
bardziej biegły, niż mogłoby się zdawać. Mógł Postrzec, że młody filar
nagle zmienił zdanie, nawet jeśli jego twarz niczego nie zdradzała.
Postanowił, że ukryje możliwy błąd jako przejaw zniecierpliwienia.
- Nie przyszedłeś tu tylko po to, by zawracać mi głowę sprawami KSJ. O co jeszcze ci chodzi?
Światła przy bramie włączyły się nagle, zalewając front domu oraz długi
podjazd żółtym blaskiem.
- Przyjechał Hilo - oznajmił Doru. - Chce się z tobą natychmiast
zobaczyć.
Lan ruszył w stronę pojazdu brata. Wielki, biały sedan łatwo było
rozpoznać. Jeden z zastępców Hila, Maik Kehn, opierał się o drzwi
duchesse priza po stronie kierowcy, spoglądając na zegarek. Maik Tar
stał nieco z boku, razem ze swoim szefem. U ich stóp widniały dwie
sylwetki. Gdy filar podszedł bliżej, zorientował się, że to nastoletni
chłopcy, którzy klęczeli pochyleni, dotykając czołami asfaltu.
- Cieszę się, że udało mi się ciebie złapać, nim zasnąłeś - zażartował
Hilo.
Młodszy Kaul często krążył po ulicach aż do świtu. Twierdził, że to
część obowiązków rogu, ponieważ groźba jego obecności hamuje zapędy
złoczyńców, gotowych grasować po zmierzchu na terytorium klanu. Nikt nie
mógłby powiedzieć, że Kaul Hilo nie wykonuje gorliwie swych obowiązków,
zwłaszcza gdy dotyczyły one jedzenia i picia, atrakcyjnych dziewcząt i głośnej muzyki, barów, jaskiń hazardu, a od czasu do czasu również
wybuchów przemocy.
Lan zignorował zaczepkę brata i spojrzał na chłopaków. Pobito ich
ciężko, nim przywieziono ich tutaj i rzucono na podjazd.
- O co tu chodzi?
- Ten stary moczymorda Shon Ju omal nie pozwolił, by ci dwaj durnie
ukradli mu jego skromny zapas jadeitu - odparł Hilo. - Okazało się
jednak... - trącił stopą chłopaka o bardziej masywnej budowie - ...że jeden
z nich ma dla nas ciekawe informacje. Pomyślałem sobie, że powinieneś
usłyszeć je osobiście. No dobra, chłopcze, powiedz filarowi, co wiesz.
Nastolatek spojrzał w górę. Oczy miał podbite, wargę rozszczepioną, a nos zatkany krwią. Niewyraźnym głosem opowiedział Lanowi o nagłym
przejęciu interesu Trzypalcego Gee, zajmującego się handlem surowym
jadeitem.
- Nie wiem, jak się nazywa ten nowy facet. Mówimy na niego po prostu
"Szlifierz".
- To Abukei? - zapytał Lan.
- Nie. Cudzoziemski kamiennooki. Nosi płaszcz i kwadratowy kapelusz w ygutańskim stylu.
Zerknął nerwowo na towarzysza, który poruszył się z jękiem.
- Opowiedz, jak wygląda - zażądał Hilo.
- Widziałem go tylko raz, przez kilka minut - bronił się chłopak,
ponownie przestraszony ostrym tonem rogu. - Jest niski i dość tęgi. Ma
wąsy i dzioby na twarzy. Ubiera się jak Ygutańczyk i nosi pistolet, ale
mówi po kekońsku bez akcentu.
- Na jakim terytorium pracuje?
Młody Abukei pocił się intensywnie. Skierował na Lana błagalne
spojrzenie podbitych oczu.
- N... nie jestem pewien. Większa część Kuźni, kawałki Papai i Dzielnicy
Portowej. Być może również Pralnia i Miasto Rybaków. - Znowu dotknął
czołem asfaltu i jego głos zrobił się niewyraźny. - Kaul-jen. Filarze.
Jestem dla ciebie niczym, absolutnie niczym. Tylko durnym chłopakiem,
który popełnił głupi błąd. Powiedziałem ci wszystko, co wiem.
Drugi nastolatek odzyskał już przytomność. Dyszał ciężko, ale się nie
odzywał.
- Spójrz na mnie - rozkazał Lan.
Chłopak uniósł głowę. Białka oczu miał czerwone od popękanych naczyń, a twarz zapadniętą i udręczoną. Nie przypominał już nastolatka, lecz
kogoś, kto posmakował jadeitu w niewłaściwy sposób i to go zgubiło. Z pewnością cierpiał straszliwy ból, lecz nadal gorzał w nim gniew, gorący
niczym płomień gazu.
Lan nieco litował się nad nim. Chłopak był ofiarą dezorientujących
czasów. Kiedyś prawa natury były proste. Abukei byli odporni na jadeit.
Większość cudzoziemców była na niego zbyt wrażliwa. Nawet jeśli
Szotarczyk albo Espeńczyk nauczył się panować nad fizycznymi i mentalnymi mocami, bardzo rzadko udawało mu się uniknąć swędziawki.
Tylko Kekończycy, odrębna rasa, która uformowała się w ciągu stuleci
mieszania krwi Abukei i Tuni, starożytnych mieszkańców wyspy, posiadali
naturalną zdolność panowania nad jadeitem. Ale nawet oni potrzebowali
wieloletnich przygotowań.
Niestety, ostatnio pojawiły się przesadne opowieści o cudzoziemcach,
którzy ponoć sami nauczyli się panować nad jadeitem. To podsuwało
młodym, zubożałym Kekończykom niebezpieczne pomysły. Myśleli, że
wystarczy im trochę poćwiczyć walki uliczne i być może odnaleźć
odpowiednie chemiczne wspomaganie.
- Jadeit to śmierć dla ludzi takich jak ty - oznajmił mu Lan. -
Kradniecie go, przemycacie albo nosicie, ale na koniec wszyscy karmicie
robaki. - Przeszył nastolatka śmiertelnie groźnym spojrzeniem. -
Wynoście się z mojej posiadłości i nie pozwólcie, żeby mój brat jeszcze
was kiedyś zobaczył.
Młody Abukei wstał. Nawet drugi chłopak zdołał się podnieść szybciej,
niż Lan się tego spodziewał. Obaj pokuśtykali ku wolności.
- Każ strażnikowi otworzyć bramę - polecił Maik Kehnowi Kaul Lanshinwan.
Kehn zerknął na Hila, pytając o zgodę, zanim wykonał rozkaz. Ten drobny
gest poirytował Lana. Obaj bracia Maik byli ślepo lojalni wobec jego
młodszego brata. Przyglądali się teraz uciekającym chłopakom, starając
się zapamiętać ich twarze.
Z oblicza Hila zniknął uśmiech. Bez niego wyglądał na swoje lata, nie
wydawał się już tylko niewiele starszy od nastolatków, których kazał
skatować.
- Ja darowałbym życie młodemu Abukei - oznajmił - ale z tym drugim
popełniłeś błąd. On wróci. Wyczytałem to z jego twarzy. Będę musiał
zabić go później.
Mógł mieć rację. Istniały dwa rodzaje złodziei jadeitu. Większość
pragnęła tego, co mogły im dać klejnoty - statusu, zysków, władzy nad
innymi - ale dla niektórych pożądanie samego kamienia przeradzało się w zgniliznę toczącą mózg, obsesję, która mogła jedynie rosnąć. Niemniej
Hilo mógł nie mieć problemów ze skazaniem kogoś na śmierć za pierwsze
wykroczenie, ale Lan nie czuł się gotowy powiedzieć, że nie ma szans, by
chłopak odnalazł jakiś inny cel dla swej nadmiernej ambicji.
- Udzieliłeś im nauczki - stwierdził. - Powinni mieć szansę z niej
skorzystać. To tylko głupie dzieciaki.
- Kiedy byłem dzieciakiem, głupoty nie uważano tu za usprawiedliwienie.
Lan przyjrzał się bratu. Hilo wsadził ręce w kieszenie, łokcie sterczały
mu na zewnątrz, a ramiona pochylał w geście niedbałej bezczelności.
Nadal nim jesteś, pomyślał bez wyrozumiałości. Róg był drugim
człowiekiem w klanie, równym pozycją prognostykowi. Powinien być
doświadczonym wojownikiem. Hilo był najmłodszym rogiem, odkąd ludzie
sięgali pamięcią, ale nikt nie kwestionował jego autorytetu - albo
dlatego, że był Kaulem i dobrze nosił jadeit, albo dlatego, że gdy
półtora roku temu stary róg przeszedł w stan spoczynku, dziadek
zaakceptował mianowanie Hila ze wzruszeniem ramion.
- Na cóż innego mógłby się przydać? - skwitował Kaul Sen.
Lan zmienił temat.
- Myślisz, że ten nowy szlifierz to Tem Ben.
To nie było pytanie, tylko stwierdzenie faktu.
- Kim innym mógłby być? - odpowiedział pytaniem Hilo.
Temowie byli członkami wielkiego i potężnego klanu Góra. Byli rodziną
dumnych zielonych kości, ale Tem Ben okazał się kamiennookim. To się
czasami zdarzało, recesywne geny sprawiały, że rodziło się kekońskie
dziecko niewrażliwe na jadeit jak Abukei czystej krwi. Tem Ben był
brutalnym zbirem i rozczarowaniem dla swego rodu. Przed laty rodzina
wysłała go na pustkowia północnego Ygutanu, żeby uczył się tam i pracował. Jego nagły powrót na Kekon i gwałtowne wejście w handel
nieszlifowanym jadeitem miały sens. Tylko odporny na jadeit kamiennooki
mógł kupować, magazynować, szlifować i sprzedawać czarnorynkowe
klejnoty. Jednakże implikacje tego faktu były niepokojące.
- Nie wróciłby bez zgody rodziny - skonkludował Hilo. - A Temowie nie
zrobiliby niczego bez akceptacji Ayt Mady. - Odchrząknął i splunął w krzaki. Ayt Mada była adoptowaną córką wielkiego Ayt Yugontina i została
po nim filarem klanu Góra. - Stawiam cały swój jadeit na to, że ta
chciwa suka nie tylko o tym wie, lecz sama wszystko zaaranżowała.
Doru cały czas trzymał się na pewien dystans, ale teraz podszedł bliżej
niczym zjawa, by przyłączyć się do rozmowy.
- Filar klanu Góra miałaby się zajmować czarnorynkowymi szlifierzami? -
zapytał, nie kryjąc sceptycyzmu. - Nie powinniśmy wyciągać takich
wniosków tylko na podstawie słów wystraszonego chłopaka.
Hilo obrzucił go spojrzeniem pełnym ledwie skrywanej pogardy.
- Shon Ju może być zapijaczonym durniem, ale pilnie słucha wszystkich
wieści i wie, że naszym latarnikom w Pasze coraz bardziej utrudnia się
życie. Właściciel Podwójnego Szczęścia powiedział mi to samo i dodał, że
stoją za tym palce Góry. Jeśli Góra ma zamiar wypchnąć nas z Pachy, to
czy tak trudno jest uwierzyć w to, że jej filar postarał się, by ktoś,
kogo kontroluje, pracował w naszych dzielnicach i zdobywał dla niej
informacje? Postawiła na to, że zostawimy nowego szlifierza w spokoju,
by nie antagonizować Temów z powodu drobnego przemytu.
- Wyciągasz przedwczesne wnioski, Hilo-se - sprzeciwił się Doru. -
Nazwiska Ayt i Kaul już dawno się połączyły ze sobą. Góra nie wystąpi
przeciwko nam, dopóki twój dziadek żyje.
- Mówię, co wiem. - Hilo zaczął spacerować przed dwoma starszymi
mężczyznami. Lan wyczuwał wypełniającą brata ekscytację. Jadeitowa aura
Hila była jaskrawym płynem, kontrastującym z gęstym dymem Doru. -
Dziadek i Ayt Yugontin szanowali się nawzajem, nawet gdy byli rywalami,
ale te czasy już minęły. Stary Yu nie żyje i klanem kieruje teraz Ayt
Mada.
Lan spojrzał na wielki, wspaniały dom Kaulów, zastanawiając się nad
słowami brata.
- Klan Bez Szczytów od lat rósł szybciej niż Góra - zauważył. - Wiedzą,
że jesteśmy jedynym klanem, który może im zagrozić.
Hilo zatrzymał się i ujął brata za ramię.
- Pozwól mi zabrać pięć pięści i wybrać się do Pachy. Ayt nas testuje,
wysyła swoje najsłabsze palce, by wywoływały kłopoty. Chce sprawdzić,
jak zareagujemy. Utniemy kilka z nich i odeślemy jej w workach na ciała.
To będzie sygnał, że lepiej z nami nie zaczynać.
Doru wykrzywił wąskie usta, jakby ugryzł limonkę. Odwrócił głowę i przeszył młodego Kaula pełnym wzgardliwego niedowierzania spojrzeniem.
- Czy zabili kogoś z naszych ludzi, czy to zielone kości, czy
latarników? Chcesz powiedzieć, że powinniśmy pierwsi przelać krew?
Zerwać pokój? Od rogu oczekuje się pewnej gwałtowności, ale taka
dziecinna przesada źle służy naszemu filarowi.
Aura Hila rozjarzyła się nagle niczym płomień muskany przez wiatr. Lan
poczuł, jak uderzyła weń falą żaru.
- Filar sam może zdecydować, kto dobrze mu służy - odparł po mgnieniu
oka róg niespodziewanie spokojnym głosem.
- Przestańcie - warknął na obu Lan. - Mamy wspólnie podjąć decyzję, a nie kłócić się o to, kto ma dłuższego.
- Lan-se, to raczej wygląda na działania garstki nadgorliwych, skłonnych
do zwady młodziaków. Pacha zawsze była niestabilną dzielnicą. - Aura
prognostyka świeciła spokojnie jak tlące się od dawna węgielki,
wypełnione zużywającą się powoli energią człowieka, który przeżył już
wiele pożarów i nie miał ochoty wzniecać następnych. - Z pewnością można
znaleźć pokojowe rozwiązanie, które ocali wzajemny szacunek, od lat
panujący między naszymi klanami.
Lan przenosił spojrzenie między swym rogiem a prognostykiem. Mieli oni
służyć filarowi jako prawa i lewa ręka. Pierwszy odpowiadał za militarną
działalność klanu, drugi zaś za ekonomiczną. Róg był wyraźnie widoczny,
zajmował się taktyką, był najgroźniejszym wojownikiem klanu, dowodził
pięściami i palcami, którzy patrolowali jego terytorium i bronili jego
mieszkańców przed konkurencyjnymi klanami oraz ulicznymi przestępcami.
Prognostyk był strategiem, mózgiem pracującym za kulisami, w gabinecie
pełnym zdolnych szczęściodawców. Kierował przepływem wielkich sum
pochodzących z daniny, patronatu oraz inwestycji. Należało się
spodziewać, że między tymi dwoma stanowiskami będzie dochodziło do
konfliktów, ale Hilo i Doru bardzo różnili się od siebie również pod
względem natury. Hilo reprezentował siłę i uliczne instynkty, a Doru
doświadczenie i ostrożność.
- Spróbuj się dowiedzieć, czy Aytowie popierają Tem Bena - polecił bratu
Lan. - Jednocześnie wyślij do Pachy kilka pięści, ale tylko po to... -
potrząsnął głową, widząc zapał na twarzy brata - ...żeby uspokoić
latarników i bronić ich biznesów. Żadnych ataków, żadnego odwetu czy
szeptania nazwisk. Nikt nie może przelać krwi bez zgody rodziny, nawet
jeśli przeciwnik zaoferuje czystą klingę.
- To rozsądna decyzja - poparł go Doru, kiwając głową.
Hilo skrzywił się, ale sprawiał wrażenie po części zadowolonego.
- W porządku - zgodził się. - Powiem wam jednak, że sytuacja może się
tylko pogarszać. Nie zdołamy już długo opierać się tylko na reputacji
dziadka. - Pociągnął za płatek prawego ucha w tradycyjnym geście
odstraszającym pecha. - Oby żył trzysta lat - mruknął z szacunkiem, lecz
bez przekonania. - Prawda wygląda tak, że Ayt próbuje zademonstrować, że
jest silnym filarem. Jeśli klan Bez Szczytów pragnie dotrzymać jej
kroku, będziemy musieli zrobić to samo.
- Nie potrzebuję, żeby młodszy brat robił mi wykłady jak ktoś znacznie
starszy - warknął ostro Lan.
Hilo zaakceptował reprymendę pochyleniem głowy. Następnie uśmiechnął się
szeroko. Jego twarz zmieniła wyraz, znowu stała się chłopięca.
- To prawda. Masz tutaj tego wystarczająco wiele. - Wzruszył ramionami,
odwrócił się i podszedł do ogromnej białej duchesse.
Maik Kehn i Maik Tar stali przy samochodzie i palili papierosy,
cierpliwie czekając na powrót szefa. Ciepła aura jego jadeitu wycofała
się gładko jak rzeka latem. Hilo nie należał do ludzi, którzy chowają
urazę po konfrontacji. Lan zdumiewał się myślą, że lata bezlitosnego
szkolenia w Akademii Kaul Dushurona nie pozbawiły jego młodszego brata
radosnego usposobienia. Hilo wędrował przez świat, jakby był on tylko
scenografią zbudowaną specjalnie dla niego.
- Wybacz mi, że byłem dziś dla niego nieuprzejmy, Lan-se - odezwał się
cicho Doru. - Hilo jest znakomitym rogiem. Po prostu trzeba go trzymać
na krótkiej smyczy. - Uniósł kąciki zaciśniętych ust, jakby wiedział, że
Lan jest tego samego zdania. - Będę ci jeszcze dzisiaj do czegoś
potrzebny?
- Nie. Dobranoc, Doru.
Stary doradca pochylił głowę i oddalił się bez słowa boczną ścieżką,
prowadzącą do rezydencji prognostyka. Lan odprowadził go spojrzeniem, po
czym wrócił podjazdem do domu Kaulów. Był on największą i najbardziej
imponującą budowlą w całej posiadłości - czysta, nowoczesna symetria,
klasyczna kekońska boazeria, dach kryty zieloną dachówką, betonowe płyty
lśniące od kruszonych muszelek. Białe kolumny były nieco zbyt
ostentacyjnym cudzoziemskim dodatkiem. Lan zapewne by ich nie dodał,
gdyby decyzja należała do niego, ale tak nie było. Dziadek wydał znaczną
część swojej fortuny na zaprojektowanie i wybudowanie rodzinnej
rezydencji. Jej symbolika była wyrazem jego próżności. Mówił, że to
dowód na to, jak daleko zaszły zielone kości, które mogły teraz żyć
otwarcie, choć zaledwie przed pokoleniem były uciekinierami, kryjącymi
się w tajnych obozach w górskiej dżungli, i mogły przetrwać jedynie
dzięki sprytowi, podstępom oraz pomocy cywilnych latarników.
Uniósł spojrzenie ku oknu znajdującemu się na samym końcu piętra po
lewej stronie rezydencji. Na tle światła rysowała się sylwetka
siedzącego na wózku inwalidzkim mężczyzny. Dziadek nie spał, choć było
już bardzo późno.
Lan wszedł do holu i zawahał się. Hilo miał rację. Musiał bardziej
stanowczo sprawować władzę filaru. Podejmowanie trudnych decyzji
należało do jego obowiązków. Skoro i tak nie był dziś w stanie zasnąć,
równie dobrze mógł podjąć jedną z nich. Ruszył na górę, choć dręczył go
lekki niepokój.
Rozdział 4. Płomień Kekonu
Rozdział 4
Płomień Kekonu
Lan wszedł do pokoju dziadka, pełnego pięknych, artystycznych mebli.
Palisandrowe stoły ze Stepenlandu, jedwabne kilimy z epoki pięciu
monarchów Cesarstwa Tun, szklane lampy z południowego Ygutanu. Większość
miejsca na ścianach zajmowały jednak zdjęcia i pamiątki. Kaul Seningtun
był bohaterem narodowym, jednym z przywódców powstania sprzed z górą
ćwierć wieku, zorganizowanego przez wojownicze zielone kości. Ta rebelia
położyła kres panowaniu Cesarstwa Szotaru nad wyspą. Po zakończeniu
wojny skromnie oznajmił, że nie interesuje się polityką i nie pragnie
władzy. Stał się bogatym biznesmenem i ważną postacią w życiu wyspy. Na
ścianie zdjęcia przedstawiające, jak ściska dłonie dygnitarzy podczas
rozmaitych oficjalnych bądź dobroczynnych uroczystości, rywalizowały z honorowymi dyplomami.
Staruszek, ongiś zwany Płomieniem Kekonu, nie sprawiał wrażenia, by
przywiązywał wielką wagę do zaszczytów i luksusów, jakie udało mi się
zdobyć. Większość czasu poświęcał na patrzenie przez okno na odległe
zielone góry, porośnięte dżunglą i spowite oparami mgły. Lan zadawał
sobie pytanie, czy u kresu życia dziadka jego serce opuściło miasto,
które pomógł dźwignąć z wojennych zgliszcz i zmienić w wielką
metropolię, i wróciło do interioru wyspy, w miejsce, które starożytni
Kekończycy uważali za święte, a cudzoziemcy za przeklęte. Tam właśnie
młody Kaul Sen przeżył dni swojej chwały jako rebeliant i wojownik
walczący u boku towarzyszy.
Lan zatrzymał się ostrożnie w pewnej odległości od wózka dziadka.
Ostatnio trudno było przewidzieć, w jakim nastroju może być staruszek.
Kaul Sen zawsze cechował się niespożytą energią i był człowiekiem o wielu talentach, w równym stopniu skłonnym do wygłaszania pochwał, jak i krytyki. Nigdy nie przebierał w słowach i nie zadowalał się małymi
zyskami, jeśli ryzyko mogło mu zapewnić pełen triumf. Nawet teraz, gdy
miał osiemdziesiąt jeden lat, otaczająca go jadeitowa aura była gęsta i potężna.
Nie był już jednak takim człowiekiem, jak niegdyś. Jego żona - niech
bogowie obdarzą ją uznaniem - zmarła przed trzema laty, a cztery
miesiące później nagły udar położył kres życiu Ayt Yugontina. Od tego
czasu z Płomienia Kekonu powoli odpłynął jakiś aspekt jego
niepowstrzymanej woli. Bez zbędnych ceremonii przekazał przywództwo
Lanowi i często teraz bywał zamyślony i wycofany albo porywczy i okrutny. Siedział nieruchomo. Pomimo upału chude ramiona miał okryte
kocem.
- Dziadku - odezwał się Lan, choć wiedział, że nie musi ogłaszać swej
obecności. Wiek nie stępił zmysłów patriarchy. Nadal Postrzegał obecność
drugiej zielonej kości na odległość ulicznego kwartału.
Kaul Sen patrzył przed siebie. Trudno było określić, czy zwraca uwagę na
program w kolorowym telewizorze niedawno zainstalowanym w kącie jego
pokoju. Dźwięk wyciszono, ale Lan natychmiast zauważył, że to film
dokumentalny o wojnie wielu narodów. Walka o niepodległość Kekonu była
tylko drobną częścią tego konfliktu. Na ekranie rozbłysła eksplozja,
rozjaśniając wiele oprawnych w ramki szkieł na ścianach.
- Szotarczycy bombardowali góry - odezwał się Kaul Sen głosem powolnym,
lecz nadal dźwięcznym, jakby zwracał się do zafascynowanego audytorium,
a nie do ciemnej szyby. - Ale obawiali się nagłych osunięć ziemi.
Szociaki posuwały się przez dżunglę gęsiego. Wszyscy ich żołnierze
wyglądali tak samo, jak mrówki. Byli niezgrabni. My przypominaliśmy
pantery. Załatwialiśmy ich jednego po drugim. - Kaul Sen dźgnął palcem
powietrze, jakby atakował niewidzialnych szotarskich żołnierzy krążących
po pokoju. - Ich karabiny i granaty przeciwko naszym guan dao i karambitom. Było ich dziesięć razy więcej od nas, ale i tak nie mogli
nas zmiażdżyć, mimo że bardzo się starali. Naprawdę bardzo.
Znowu stare wojenne opowieści. Lan nakazał sobie zachować cierpliwość.
- Dlatego wzięli się za latarników, zwyczajnych ludzi, którzy co noc
zawieszali w oknach zielone latarnie. Mężczyzn, kobiety, starych,
młodych, bogatych, biednych, to nie miało znaczenia. Jeśli Szociaki
podejrzewały kogoś o członkostwo w Towarzystwie Jednej Góry, taki ktoś
po prostu znikał. Bez ostrzeżenia. - Kaul Sen przesunął się na krześle.
Jego głos przybrał poważny, zadumany ton. - Jedna rodzina ukrywała mnie
i Yu w szopie przez trzy dni. Mąż, żona i córka. Dzięki nim dotarliśmy
do obozu żywi. Po kilku tygodniach wróciłem tam, żeby sprawdzić, co z nimi, ale zniknęli. Wszystkie naczynia i meble były na miejscu, a na
piecu stał garnek, ale po nich nie było ani śladu.
Lan odchrząknął.
- To było dawno temu.
- Wtedy właśnie pokazałem ci, co musisz zrobić. Jak wbić sobie karambit
w szyję. Szybko, jak... - Kaul Sen wykonał gest naśladujący przecięcie
tętnicy szyjnej. - Miałeś może ze dwanaście lat, ale świetnie
rozumiałeś, o co chodzi. Pamiętasz to, Du?
- Dziadku. - Filar skrzywił się. - Nie jestem Du. To ja, twój wnuk Lan.
Kaul Sen obejrzał się przez ramię. Przez chwilę sprawiał wrażenie
zbitego z tropu. Lan nie po raz pierwszy przyłapał go na mówieniu na
głos do syna, którego stracił dwadzieścia sześć lat temu. Nagle jego
oczy pojaśniały, a usta wykrzywiły się w grymasie rozczarowania.
Westchnął.
- Nawet twoja aura jest bardzo podobna - mruknął i ponownie zwrócił się
ku oknu. - Ale on miał silniejszą.
Lan zacisnął dłonie za plecami i odwrócił się, by ukryć irytację.
Wystarczająco drażniło go, gdy przychodził tu i widział fotografie ojca
rywalizujące liczebnością na ścianie ze zdjęciami samego Kaul Sena. Nie
musiał dodatkowo wysłuchiwać coraz częstszych, rzucanych od niechcenia
obelg dziadka.
W dzieciństwie Lan uwielbiał zdjęcia ojca. Oglądał je godzinami. Na
największej czarno-białej fotografii Kaul Du stał między Kaul Senem a Ayt Yugontinem w wojskowym namiocie. Wszyscy trzej patrzyli na mapę. U pasów mieli karambity, a na ramionach wspierali guan dao. Kaul Du miał
na sobie luźną zieloną bluzę generała Towarzystwa Jednej Góry. Patrzył
prosto w aparat, promieniejąc rewolucyjnym zapałem i pewnością siebie.
Teraz jednak Lan uważał te zdjęcia za frustrujący relikt dawnych czasów.
Gdy na nie patrzył, czuł się tak, jakby widział samego siebie,
uwięzionego w niemożliwie odległym czasie i miejscu. Był bardzo podobny
do ojca - takie same żuchwa i nos, a nawet skupiona mina i przymrużone
lewe oko. Jako chłopiec czuł się dumny, gdy ludzie zwracali uwagę na to
podobieństwo.
- Wygląda zupełnie jak ojciec! Zostanie wielkim wojownikiem zielonej
kości! - wołali ludzie. - Bogowie zwrócili nam bohatera w postaci jego
syna.
Teraz jednak zdjęcia i porównania tylko go irytowały. Zwrócił się w stronę dziadka, zdeterminowany, by skierować rozmowę na współczesne
czasy.
- W tym tygodniu wraca Shae. Przybędzie czwartego dnia, by złożyć ci
wyrazy szacunku.
Kaul Sen odwrócił się szybko na wózku.
- Szacunku? - Wyprostował się wyraźnie wzburzony. - Gdzie był jej
szacunek dwa lata temu? Gdzie był, kiedy odwróciła się plecami do klanu
i ojczyzny, by zostać espeńską kurwą? Czy nadal żyje z tym szotarskim
mężczyzną?
- Szotarsko-espeńskim - poprawił go Lan.
- Wszystko jedno.
- Ona i Jerald nie są już razem.
Kaul Sen rozluźnił się nieco.
- To przynajmniej dobra wiadomość - mruknął. - To nie mogło się udać.
Między naszymi ludami jest zbyt wiele przelanej krwi. A poza tym jej
dzieci byłyby słabe.
Lan powstrzymał się przed bronieniem siostry. Lepiej było pozwolić
dziadkowi wyartykułować żale i mieć to z głowy. Kaul Sen nie gniewałby
się aż tak bardzo, gdyby Shae nie była w dzieciństwie jego ulubienicą.
- Zamierza tu zostać, przynajmniej na pewien czas - dodał Lan. - Bądź
dla niej miły, dziadku. Napisała do mnie. Przesyła ci wyrazy miłości i modli się o długie życie i zdrowie dla ciebie.
- Ha - mruknął starszy Kaul, sprawiał jednak wrażenie nieco
udobruchanego. - Długie życie i zdrowie. Mój syn nie żyje. Moja żona nie
żyje. Ayt Yu również nie żyje. Wszyscy byli młodsi ode mnie. - Na
ekranie telewizora długie szeregi żołnierzy padały pod bezgłośnym
ostrzałem. - Jak to możliwe, że ja żyję, a oni wszyscy umarli?
Lan uśmiechnął się półgębkiem.
- Bogowie cię kochają, dziadku.
Kaul Sen prychnął pogardliwie.
- Nie zakończyliśmy tego, jak trzeba, ja i Ayt Yu. Podczas wojny
walczyliśmy razem, ale gdy nastał pokój, pozwoliliśmy, by poróżniły nas
interesy. Interesy - powtórzył ze złością i zatoczył krąg sękatą dłonią,
wskazując z aurą pogardy i rezygnacji na wszystko, co zbudował. -
Szociaki nie zdołały rozbić Towarzystwa Jednej Góry, ale my to
uczyniliśmy. Podzieliliśmy nasze klany. Nie miałem nawet szansy
porozmawiać z Yu, zanim umarł. Obaj byliśmy okropnie uparci.
Przekleństwo na niego. Nigdy nie będzie drugiego takiego jak on. Był
prawdziwym wojownikiem zielonej kości.
Lan popełnił błąd, przychodząc tutaj. Spojrzał na drzwi, zastanawiając
się, jakiej wymówki użyć. Dziadek pogrążył się we wspomnieniach czasów,
gdy zielone kości zjednoczyły się dla nacjonalistycznych celów, i nie
będzie chciał słuchać o tym, że - jeśli wierzyć Hilowi - klan jego
dawnego towarzysza stał się teraz ich wrogiem.
- Jest już późno, dziadku - rzekł. - Spotkamy się rano.
Ruszył ku drzwiom, ale powstrzymał go podniesiony głos Kaul Sena.
- Czemu właściwie przyszedłeś tu o tej porze? Gadaj.
Lan zatrzymał się z ręką na klamce.
- To może zaczekać.
- Przyszedłeś coś mi powiedzieć - sprzeciwił się jego dziadek. - Mów.
Jesteś filarem! Nie możesz czekać.
Lan wypuścił powietrze z płuc i odwrócił się. Podszedł do telewizora,
wyłączył go, a następnie zwrócił się w stronę dziadka.
- Chodzi o Doru.
- Tak?
- Myślę, że pora już, by przeszedł w stan spoczynku. Powinienem mianować
nowego prognostyka.
Kaul Sen pochylił się ku niemu. Był teraz całkowicie obecny. Jego oczy
miały skupiony wyraz.
- Czy zawiódł cię w jakiś sposób?
- Nie. Nie o to chodzi. Chcę przekazać tę pozycję komuś innemu, kto
spojrzy na sprawy ze świeżej perspektywy.
- A kto to mógłby być?
- Być może Woon. Albo Hami.
Starszy Kaul zmarszczył brwi. Mapa zmarszczek na jego twarzy przerodziła
się w nową konstelację niezadowolenia.
- Myślisz, że któryś z nich mógłby być równie biegłym i lojalnym
prognostykiem jak Yun Dorupon? Któż zrobił dla klanu więcej niż on?
Nigdy nie sprowadził mnie na manowce, nie zawiódł mnie na wojnie ani w interesach.
- Nie wątpię w to.
- Doru zawsze był mi wierny. Mógł przejść do Góry. Ayt przyjąłby go bez
chwili namysłu. Ale on zgadzał się ze mną, kiedy mówiłem, że musimy się
otworzyć przed światem. Szociaki podbiły nas dlatego, że zbyt długo się
izolowaliśmy. Był mi wierny i nigdy nie zboczył z tej ścieżki. To mądry
człowiek. Mądry i dalekowzroczny. Przewidujący.
Ale nadal należy wyłącznie do ciebie.
- Dobrze ci służył przez z górą dwadzieścia lat - odparł Lan. - Pora
już, by odpoczął. Chciałbym, żeby odszedł z pełnym szacunkiem. Nie żywię
do niego pretensji. Proszę, byś z nim porozmawiał jako jego przyjaciel.
Dziadek gniewnie wskazał na niego palcem.
- Potrzebujesz Doru. Potrzebujesz jego doświadczenia. Nie upieraj się
przy zmianie dla samej zmiany! Doru jest stabilny i godny zaufania. Nie
taki jak Hilo. Masz już wystarczająco wiele kłopotów z niezrównoważonym
rogiem. Kto wie, jaki demon z bagien zakradł się do sypialni twojej
matki, by spłodzić tego chłopaka, gdy Du walczył za ojczyznę.
Lan wiedział, że te okrutne słowa miały po prostu wytrącić go z równowagi, sprawić, by zapomniał o swoim celu. Jego dziadek zawsze po
mistrzowsku zbijał przeciwników z tropu, na polu bitwy, a później w sali
narad. Nie potrafił jednak się powstrzymać.
- Tym razem przeszedłeś sam siebie - warknął. - Za jednym zamachem
zniesławiłeś połowę rodziny. Jeśli jesteś tak kiepskiego zdania o Hilu,
dlaczego mnie poparłeś, kiedy mianowałem go rogiem?
Kaul Sen pociągnął głośno nosem.
- Dlatego że ma w sobie ogień i gęstą krew. Muszę mu to przyznać.
Prognostyk powinien budzić szacunek, a róg strach. Chłopak powinien się
urodzić pięćdziesiąt lat wcześniej. Wypełniłby przerażeniem serca
Szotarczyków. Byłby straszliwym wojownikiem, tak samo jak Du.
Patriarcha przymrużył powieki. W jego oczach pojawiło się skupienie.
- Du miał trzydzieści lat, kiedy zginął. Był zaprawionym w boju dowódcą.
Miał żonę, dwóch synów i trzecie dziecko w drodze. Nosił jadeitowe
światło niczym bóg. Możesz go przypominać z wyglądu, ale nigdy nie
będziesz nawet w połowie takim mężczyzną jak on. Dlatego inne klany cię
nie szanują. Dlatego Eyni cię opuściła.
Lan zaniemówił na mgnienie oka. Potem zapłonął w nim głuchy gniew.
- Nie rozmawiamy o Eyni - warknął.
- Powinieneś był go zabić! - Kaul Sen uniósł ręce i zamachał nimi, nie
potrafiąc uwierzyć w głupotę własnego wnuka. - Pozwoliłeś, by
bezjadeitowy cudzoziemiec zabrał ci żonę. Straciłeś twarz przed klanem!
Przez umysł Lana przemknęło straszliwe pragnienie wyrzucenia dziadka
przez okno na piętrze. Tego właśnie pragnął staruszek, czyż nie tak?
Niepowstrzymanej, egoistycznej przemocy. Tak jest, pomyślał Lan, mógł
rzucić wyzwanie kochankowi Eyni, stanąć z nimi do pojedynku i zabić go.
Każdy szanujący się kekoński mężczyzna uważał, że ma do tego prawo. Być
może tak właśnie powinien postąpić filar. Ale nic by w ten sposób nie
zyskał. To byłby tylko pusty gest. Nie zatrzymałby Eyni. Już
postanowiła, że go opuści. Mógłby jedynie zniszczyć jej szczęście i sprawić, by go znienawidziła. Czy szczęście kochanej osoby nie powinno
być ważniejsze niż honor?
- Czemu fakt, że nie zabiłem człowieka w walce o kobietę, miałby
znaczyć, że nie powinienem być filarem? - zapytał urywanym głosem. -
Uczyniłeś mnie swoim następcą, ale nigdy nie okazałeś mi poparcia ani
szacunku. Przyszedłem tu, żeby cię prosić o poparcie w sprawie Doru, ale
w odpowiedzi otrzymałem tylko bezsensowne obelgi.
Kaul Sen podniósł się z wózka nagłym, niespodziewanie płynnym ruchem.
Koc zsunął się z jego ramion na podłogę.
- Jeśli jesteś godny pozycji filaru, udowodnij to. - Oczy patriarchy
były twarde jak obsydian, a twarz sucha niczym spalona słońcem pustynia.
- Pokaż mi, jaki jesteś zielony.
Lan spojrzał ze zdumieniem na dziadka.
- Nie bądź śmieszny.
Kaul Sen w mgnieniu oka pokonał dzielącą ich odległość. Jego ciało
falowało jak grzbiet węża. Uderzył obiema dłońmi w pierś wnuka. Cios był
gwałtowny niczym uderzenie bicza. Lan zatoczył się do tyłu. Ledwie
zdołał zasłonić się Stalą. Wstrząs targnął jego ciałem z mocą jadeitu.
Lan opadł na jedno kolano i wciągnął gwałtownie powietrze.
- Po co to zrobiłeś?
W odpowiedzi dziadek uderzył go kościstą pięścią w twarz. Lan wstał i tym razem z łatwością uchylił się przed ciosem, podobnie jak przed
trzema kolejnymi, zadanymi szybko jeden po drugim. Powietrze drżało od
starcia ich jadeitowych energii.
- Przestań, dziadku - warknął.
Cofał się, aż wreszcie wpadł na stół, cały czas uchylając się przed
kolejnymi ciosami. Skrzywił się, widząc szybkość staruszka, pozostającą
niemal poza wszelką kontrolą. Pora już, by przestał nosić tyle
jadeitu, pomyślał. Podobnie jak automobile i broń palna jadeit nie był
czymś, czym powinni się posługiwać zniedołężniali starcy. Jednakże Kaul
Sen nie oddałby dobrowolnie nawet najmniejszego kamyka wprawionego w bransoletę albo ciężki pas, które nosił nieustannie.
- Nie potrafisz nawet pokonać starca. - Patriarcha przypominał borsuka.
Był żylasty, kościsty i wyjątkowo wredny. Wykrzywił usta w drwiącym
uśmieszku, klucząc i wyprowadzając ciosy. Lan uchylił się po raz kolejny
i strącił antyczną glinianą misę, która wylądowała na parkiecie z głuchym łoskotem i się przetoczyła. - Gdzie twoja duma, chłopcze? -
wycharczał dziadek. Uderzył pod ramieniem Lana. Knykcie jego dłoni
wniknęły w lukę między dolnymi żebrami wnuka.
Lan stęknął z zaskoczenia i bólu. Reagując bez zastanowienia, zdzielił
dziadka w głowę złożonymi dłońmi.
Kaul Sen zachwiał się, wybałuszył oczy i osunął się na podłogę z dziecinnym wyrazem zdumienia na twarzy.
Przerażony Lan złapał staruszka za ramiona.
- Nic ci się nie stało, dziadku? Przepraszam.
Kaul Sen dźgnął go dwoma sztywno wyprostowanymi palcami w punkt uciskowy
pośrodku klatki piersiowej. Lan padł na podłogę, kaszląc gwałtownie.
Kaul Sen przetoczył się, podniósł i stanął nad nim.
- Jako filar musisz działać z pełną determinacją. - Kaul Sena na moment
opuściła starość. Znowu stał się potężnym Płomieniem Kekonu. Wyprostował
plecy, a jego twarz nabrała twardego wyrazu. Każdy okruch jadeitu na
jego ciele świadczył o sile i domagał się szacunku. Lan ujrzał na krótką
chwilę przez mgiełkę gniewu i upokorzenia bohatera wojennego, którym
ongiś był jego dziadek.
- Tylko z pełną determinacją! - warknął Kaul Sen. - Jadeit wzmacnia to,
co masz w sobie. Co pragniesz osiągnąć. - Postukał się w pierś. Rozległ
się głuchy odgłos, jakby pukał w tykwę. - Bez determinacji żadna ilość
jadeitu nie uczyni cię potężnym. - Wrócił do krzesła i usiadł na nim. -
Doru musi zostać.
Lan wstał bez słowa, podniósł miskę i postawił ją z powrotem na stole.
Następnie wsparł się ciężko dłonią o ścianę. Smutek, który go wypełnił,
był jak epifania. Dopiero w tej chwili dziadek naprawdę uczynił go
filarem, dowodząc mu bez wątpienia, że jest zupełnie sam.
Opuścił bez słowa pokój i zamknął drzwi.
Rozdział 5. Koteczka Rogu
Rozdział 5
Koteczka Rogu
Gdy Kaul Hilo usiadł za kierownicą duchesse, Tar oparł się
przedramionami o otwarte okno po stronie pasażera.
- I co powiedział?
- Mamy wzmocnić naszą obecność w Pasze - odpowiedział Hilo. - Ale bez
zabójstw. Ograniczymy się do obrony tego, co należy do nas. Naszych
latarników i ich firm.
- A co, jeśli rzucą nam wyzwanie? Jesteś gotowy się powstrzymać? -
zapytał Tar ze sceptycyzmem w głosie, sugerującym, że za dobrze zna
swego szefa, by w to uwierzyć.
Hilo stłumił westchnienie. Kehn rzadko kwestionował jego rozkazy, ale
Tar uczył się razem z nim w Akademii Kaul Du i czasami mu pyskował.
Młodszy Maik nigdy nie krył, że jego zdaniem Lan jest zbyt ostrożny i to
Hilo jest silniejszym z braci Kaul. Rzecz jasna, robił to we własnym
interesie i te słowa nie cieszyły Hila tak bardzo, jak zapewne
spodziewał się tego Tar.
- Bez zabójstw - powtórzył stanowczo. - Porozmawiam z wami jutro.
Uruchomił duchesse, pokonał rondo przed domem i wyjechał na długi
podjazd.
Nie skręcił w węższą drogę przed bramą, prowadzącą do domu
przydzielonego rogowi klanu, znajdującego się za domem jego brata.
Poprzedni róg był posiwiałym generałem ich dziadka i nie miał zbyt
dobrego gustu, gdy chodziło o dekorację wnętrz. Gdy Hilo się tam
wprowadził, w domu śmierdziało psami i zupą rybną. Dywan był zielony, a tapety kraciaste. Minęło już półtora roku, a Hilo nadal nie zarządził
remontu. Miał taki zamiar, ale jakoś nie potrafił się na to zdobyć. I tak nie spędzał tam zbyt wiele czasu. Nie był rogiem, który wydaje
rozkazy za zamkniętymi drzwiami, zostawiając całą robotę swym pięściom.
Dom był miejscem, w którym spał, to wszystko.
Oddalając się od posiadłości Kaulów, wsparł rękę na otwartym oknie i bębnił palcami w rytm szotarskiej muzyki klubowej płynącej z radia.
Jeśli to nie był espeński jig albo, co gorsza, kekońska muzyka
klasyczna, to musiała być szotarska muzyka klubowa. Wielu ludzi ze
starszego pokolenia nadal nie kupowało towarów wyprodukowanych w Szotarze, nie słuchało tamtejszej muzyki ani nie oglądało seriali, ale
Hilo miał niespełna rok, gdy wojna się skończyła, i nie miał podobnych
uprzedzeń.
Był teraz w lepszym nastroju. Nie dano mu wolnej ręki, o co prosił, ale
wyraził swoją opinię i wiedział, co ma obecnie robić. Tar nie rozumiał,
że Hilo nawet w najmniejszym stopniu nie zazdrości bratu jego pozycji.
Użeranie się ze starym, zgorzkniałym dziadkiem, tym popaprańcem Doru,
polityką w KSJ i Radzie Książęcej... być może Lan miał cierpliwość do tego
wszystkiego, ale Hilo z pewnością nie. Życie było krótkie. Zdawał sobie
sprawę, że jego rola jest prosta, i cieszył się z tego faktu. Dowodził
swoimi pięściami, bronił terytorium rodziny i walczył z wrogami klanu
Bez Szczytów. Sprawiało mu to wielką przyjemność.
Jechał przez trzydzieści minut, zostawiając za sobą bogate okolice
otaczające Wzgórze Pałacowe, gdzie znajdowała się rezydencja Kaulów.
Najpierw pomknął szerokim Bulwarem Generalskim, następnie skręcił w dwupasmową aleję, aż wreszcie zagłębił się w coraz węższe uliczki Papai,
starej dzielnicy klasy pracującej, gdzie pełno było małych sklepików,
podejrzanych ulicznych handlarzy oraz krętych zaułków, w których łatwo
mogli się zgubić nieostrożni rikszarze, kierowcy, motorowerzyści oraz
bezpańskie psy. Papaja prawie w ogóle nie ucierpiała podczas wojny i od
tego czasu również nie zmieniła się wiele. Postęp i wścibscy cudzoziemcy
ignorowali ją niemal całkowicie. Nocami jej uliczki jeszcze bardziej
upodabniały się do labiryntu. Boczne lusterka duchesse ledwie się
mieściły między znacznie mniejszymi i bardziej zardzewiałymi pojazdami
parkującymi pod ceglanymi budynkami, stojącymi tak ciasno, że
wystawiając rękę przez okno można było niemal dotknąć ściany sąsiada,
Hilo zaparkował samochód w odległości pięciu kwartałów od celu. Nie
obawiał się niczego, ponieważ znajdował się w głębi terytorium Kaulów.
Po prostu nie chciał, by jego łatwy do rozpoznania pojazd widziano
każdej nocy w tym samym miejscu. To uczyniłoby jego poczynania zbyt
rutynowymi, a powinien starać się o nieprzewidywalność. Poza tym lubił
chodzić na piechotę. Wreszcie zrobiło się trochę chłodniej. Noc była
przyjemna. Zostawił marynarkę w samochodzie i ruszył nieśpiesznie przed
siebie, ciesząc się spokojem, jaki można było znaleźć między godzinami
uważanymi za późne, a tymi, które nazywano wczesnymi.
Zignorował drzwi frontowe i wspiął się na czwarte piętro rozklekotanymi
schodami przeciwpożarowymi. W mieszkaniu paliło się światło. Z uwagi na
upał okno było szeroko otwarte. Hilo wszedł do środka, przerzucając nogi
nad poobtłukiwanym parapetem, po czym ruszył bezgłośnie po dywanie w kierunku pozostawionego w sypialni światła.
Spała. Na jej kolanach leżała otwarta książka. Stojąca przy łóżku lampa
rzucała pomarańczowe światło na jej twarz. Hilo przystanął w drzwiach,
obserwując, jak jej klatka piersiowa unosi się i opada w spokojnym
oddechu. Narzuty sięgały do jej kolan, ale nie wyżej. Miała na sobie
bawełniany top i niebieskie majteczki obszyte białą koronką. Ciemne
włosy były rozrzucone na białej poduszce, a niektóre kosmyki wiły się po
bladej, nieskazitelnej skórze barków.
Hilo podziwiał ją przez pewien czas, aż wreszcie nie mógł już znieść
oczekiwania. Wyjął książkę z jej dłoni, zaznaczył stronę i położył ją na
stoliku przy łóżku. Nie poruszyła się. Zdumiewała go jej całkowita
obojętność na możliwe zagrożenie. Nawet w najmniejszym stopniu nie
przypominała zielonych kości. Była stworzeniem zupełnie innego rodzaju
niż on.
Zgasił światło. W sypialni zapadła ciemność. Następnie położył się na
niej, unieruchamiając jej ciało i zakrywając usta dłonią. Obudziła się
nagle, otworzyła szeroko oczy, a jej ciało szarpnęło się pod jego
ciężarem. Wydała z siebie stłumiony krzyk. Roześmiał się cicho.
- Powinnaś być ostrożniejsza, Wen - wyszeptał jej do ucha. - Jeśli
zostawisz na noc otwarte okno, mogą przez nie wejść mężczyźni o złych
zamiarach.
Przestała się opierać. Jej serce nadal biło szybko, ekscytując go, ale
ciało się rozluźniło. Zdjęła z ust jego dłoń.
- To twoja wina - warknęła. - Zasnęłam, czekając na ciebie, a potem
cholernie mnie wystraszyłeś. Gdzie byłeś?
Ucieszył się, że na niego czekała.
- W Podwójnym Szczęściu. Mieliśmy tam kłopoty.
- Z hazardem i striptizerkami? - zapytała, unosząc brwi.
- Nic tak zabawnego - zapewnił. - Zapytaj braci, jeśli mi nie wierzysz.
Wen poruszyła się pod nim prowokująco. Nagie ramiona i uda otarły się o jego ubranie.
- Kehn i Tar nic mi nie mówią. Są za bardzo tobie oddani.
- Nie powinnaś ich nie doceniać. - Wziął w usta płatek jej ucha i zaczął
go ssać. Jednocześnie rozpiął pasek i ściągnął spodnie. - Jestem pewien,
że uknuli spisek, żeby mnie zamordować, gdy tylko zobaczyli, jak na
ciebie patrzę. Od początku wiedzieli, że mam zamiar przelecieć ich
siostrzyczkę. - Ściągnął jej majtki, pogłaskał ją między nogami i wsunął
w nią dwa palce. - Musiałem ich zrobić najważniejszymi pięściami.
Inaczej wypruliby mi flaki.
- Nie możesz mieć do nich pretensji - odpowiedziała i poruszyła
zachęcająco biodrami. Jego palce poruszały się w niej, śliskie i ciepłe.
Rozpięła kolejne trzy guziki jego koszuli i ściągnęła ją z niego przez
głowę. - Czy syn wielkiego rodu Kaulów mógłby chcieć od kamiennookiej ze
skompromitowanej rodziny czegoś więcej niż szybki numerek?
- Wielu szybkich numerków?
Pocałował ją gwałtownie i niecierpliwie, atakując jej usta wargami oraz
językiem. Kutas zesztywniał mu boleśnie, dotykając wewnętrznej
powierzchni jej uda. Uniosła ręce i zatopiła je w jego włosach.
Następnie przesunęła koniuszkami palców po jego szyi i klatce
piersiowej, śledząc kawałki jadeitu wszczepione na obojczykach i wokół
brodawek sutkowych. Dotykała ich i lizała je bez śladu strachu,
zazdrości czy chciwości. Były dla niej jedynie pięknymi częściami jego
ciała, niczym więcej. Nigdy nie pozwalał żadnej innej kobiecie dotykać
jego jadeitu. Wolna od strachu intymność, jaką dawała mu Wen, podniecała
go szalenie.
Wszedł w nią jednym ruchem. Była cudowna. Feeria wrażeń. Blask słońca i ocean, letnie owoce i piżmo. Hilo warknął z przyjemności i złapał za
wezgłowie łóżka, pragnąc więcej. Jego wyostrzone przez jadeit zmysły
gorzały z oślepiającą intensywnością - łoskot jej serca, grom oddechu,
ogień w jej skórze. Żałował, że zgasił światło. Chciałby widzieć ją
lepiej, napawać się każdym szczegółem jej ciała.
Wen uniosła biodra nad materac, ściskając go mocno. Jej oczy wpatrywały
się w niego - dwie maleńkie plamki odbitego ulicznego światła,
przypominające świeczki unoszące się na powierzchni stawu. Jej
intensywny zachwyt podekscytował go jeszcze bardziej. Ssał wiśniowe
sutki. Zagłębił się w dolinę między jej piersiami, tonąc w niezrównanych
woniach. Uścisnęła jego biodra, popędzając go bezlitośnie, aż wreszcie
osiągnął spełnienie, cudownie wyrywając się poza wszelką kontrolę.
Leżał na niej i dyszał w zgięcie jej szyi. Świadomość odpływała od niego
powoli.
- Jesteś dla mnie najważniejsza na całym świecie.
Kiedy się obudził, nadszedł już świt. Światło słońca wciskało się w szczeliny między budynkami i wnikało do środka przez okna. Zapowiadał
się kolejny upalny dzień.
Hilo spojrzał na piękne stworzenie śpiące obok niego. Zawładnęła nim
gwałtowna żądza. Zapragnął objąć ją, otoczyć swym ciałem i w jakiś
magiczny sposób wciągnąć ją w siebie, by móc ją zawsze mieć ze sobą.
Znał przed Wen inne kobiety i darzył je ciepłymi uczuciami, a nawet
czułością, ale pragnienie uszczęśliwienia jej było silne jak fizyczny
ból. Myśl, że ktokolwiek mógłby ją skrzywdzić albo ją mu odebrać,
budziła w nim gorączkową furię. Mogłaby go prosić o cokolwiek i zrobiłby
to dla niej.
Przyszło mu na myśl, że prawdziwa miłość jest zmysłowa i pełna euforii,
lecz jednocześnie jest bolesną tyranią, żądającą bezwzględnego
posłuszeństwa. Z pewnością była czymś innym niż buntownicze zadurzenie
Shae w jej Espeńczyku albo rozsądne uczucie między Lanem a Eyni.
Posmutniał nieco na myśl o Eyni. Zajęło mu to kilka tygodni, ale w końcu
udało mu się wytropić tę kurwę oraz faceta, który tak straszliwie
znieważył jego brata. Mieszkali w Lybonie, w Stepenlandzie. Zastanawiał
się, czy nie wynająć kogoś, by wykonał tę robotę, ale na zniewagę wobec
klanu powinien odpowiedzieć sam klan. Polecił Tarowi, by kupił bilet na
samolot, posługując się fałszywym nazwiskiem i paszportem, ale gdy
opowiedział o swym planie Lanowi, filar nie okazał wdzięczności, a nawet
się rozgniewał.
- Nie kazałem ci robić niczego w tym rodzaju - warknął. - Gdybym chciał,
żeby wyszeptano ich nazwiska, zrobiłbym to sam! Dlatego powinno być dla
ciebie oczywiste, że tego nie chcę. Zostaw ich w spokoju i od tej chwili
nie mieszaj się do mojego życia osobistego.
To bardzo poirytowało Hila. Cały wysiłek poszedł na marne. Chciał
wyświadczyć bratu przysługę i jaka nagroda go za to spotkała? Lan zawsze
starannie ukrywał swoje uczucia. Skąd Hilo miał wiedzieć, czego pragnął?
Wen się poruszyła. Z jej ust wyrwało się cudowne, senne westchnienie.
Hilo zapomniał o swych rozmyślaniach i wsunął się pod pościel, by
obudzić dziewczynę palcami i ustami. Pracował nad nią cierpliwie i ucieszył się, gdy w końcu doprowadził ją do drżącego orgazmu. Potem
znowu się z nią kochał, tym razem wolniej i spokojniej.
- To, co powiedziałaś wczoraj o swojej rodzinie - odezwał się później,
gdy leżeli splątani i spoceni. - Nie powinnaś tak myśleć. Sprawa z twoimi rodzicami wydarzyła się wiele lat temu. Nikt nie wątpi w Kehna i Tara. Nazwisko Maików jest szanowane w klanie.
Milczała przez chwilę.
- Nie w całym. Co z twoją rodziną?
- A co ma być?
Wsparła głowę na jego ramieniu.
- Shae nigdy mi nie ufała.
- Uciekła z espeńskim marynarzem, a teraz wraca jak zbite szczenię,
które nasikało na dywan. Nie ma prawa cię osądzać. Czemu miałabyś się
przejmować jej opinią?
Słysząc ostry ton własnego głosu, uświadomił sobie z zaskoczeniem i rozczarowaniem, że nadal nie wybaczył siostrze w pełni.
- Twój dziadek zawsze jej słuchał. Nie sądzę, by mnie zaakceptował,
nawet gdybym nie była kamiennooką.
- To sklerotyczny starzec - uspokoił ją Hilo. - Filarem jest teraz Lan.
Pocałował ją w skroń dla uspokojenia, ale jego zachowanie się zmieniło.
Przetoczył się na plecy i wpatrzył w zamyśleniu w żółty wentylator
obracający się pod sufitem.
Wen odwróciła się na bok i spojrzała na niego z zatroskaniem.
- Co się stało?
- Nic.
- Powiedz mi.
Opowiedział jej o wydarzeniach ostatniego wieczoru w Podwójnym Szczęściu
oraz o rozmowie na podjeździe pod posiadłością Kaulów. Wen wsparła się
na łokciu i wydęła usta. Jej mina wyrażała niepokój.
- Dlaczego Lan wypuścił chłopaka? Jeśli ktoś został złodziejem jadeitu w tak młodym wieku, nie da się go wyleczyć. Jeszcze narobi ci kłopotów.
Hilo wzruszył ramionami.
- Wiem, ale co mogłem powiedzieć? Lan to optymista. Jak to możliwe, że
stał się takim mięczakiem? Za młodych lat zawsze pokazywał mi, gdzie
jest moje miejsce. Jest wystarczająco zielony, ale nie myśli jak
zabójca, a Ayt Mada to coś całkiem innego. To oczywiste, że nadchodzi
wojna z Górą. Czy tego nie widzi? Ten stary, zarozumiały cwaniaczek Doru
udziela mu złych rad.
- Z pewnością Lan powinien słuchać raczej ciebie niż Doru.
- On oplótł cały klan jak stary bluszcz. Nie sposób się od niego
uwolnić.
Wen usiadła. Lśniące czarne włosy opadały jej na plecy, a nieskazitelny
policzek błyszczał w blasku wschodzącego słońca.
- W takim razie musisz się przygotować do obrony klanu na własną rękę -
rzekła mu. - Doru ma swoje kontakty, swoich informatorów i swoje
podstępne metody. Ale wszystkie pięści i palce, którymi dowodzą, należą
do ciebie. Zielone kości są przede wszystkim wojownikami, a dopiero w drugiej kolejności ludźmi interesu. Jeśli wojna wybuchnie, rozszerzy się
na ulice, a ulice to domena rogu.
- Moja koteczka ma serce jadeitowej wojowniczki.
Otoczył ramionami jej barki i pocałował ją od tyłu.
- Ale ciało kamiennookiej. - Jej westchnienie zabrzmiało pięknie, choć
głos był pełen goryczy. - Gdybym tylko była zieloną kością, mogłabym ci
pomóc. Byłabym najbardziej ci oddaną ze wszystkich pięści.
- Nie potrzebuję dodatkowych pięści - odparł. - Podobasz mi się taka,
jaka jesteś.
Ujął w dłonie jej piersi, czując ich przyjemny ciężar, i wyciągnął szyję
do następnego pocałunku.
Odsunęła twarz. Nie chciała pozwolić, by coś odwróciło jej uwagę.
- Ile pięści właściwie masz? Tych dobrych, na które możesz liczyć? Kehn
mówi mi, że niektóre z nich to mięczaki przyzwyczajone do czasów pokoju,
do pilnowania porządku i pobierania podatków, nie do walki. Ile z nich
odniosło zwycięstwo w pojedynkach? Ile nosi więcej niż kilka kamyków?
Hilo westchnął.
- Mamy trochę najbardziej zielonych i trochę balastu, tak samo jak nasi
przeciwnicy.
Spojrzała na niego. Jej twarz nie była konwencjonalnie piękna, ale
Hilowi wydawała się niezmiernie fascynująca. Szeroko rozstawione kocie
oczy, ciemne, skośne brwi, usta o chytrym, lubieżnym wyrazie i niemal
męski zarys żuchwy. Gdy była w szczególnie poważnym nastroju - jak w tej
chwili - sprawiała wrażenie, że pozuje do artystycznej fotografii. Gdy
widział jej chłodne, skupione, enigmatyczne spojrzenie, zadawał sobie
pytanie, czy myśli o seksie, morderstwie, czy po prostu o zakupach w sklepie spożywczym.
- Zaglądałeś ostatnio do Akademii? - zapytała go. - Mógłbyś porozmawiać
z kuzynem i przejrzeć się uczniom z ósmego roku. Zastanowić się, którzy
mogą ci się przydać, gdy w przyszłym roku ukończą naukę.
Hilo się rozpromienił.
- Masz rację. Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio odwiedziłem Andena. -
Uszczypnął delikatnie sutki dziewczyny, pocałował ją po raz ostatni, a następnie wstał i sięgnął po ubranie. Wkładając spodnie i pochwę z karambitem, nucił coś pod nosem. - Z tego chłopaka będą ludzie -
oznajmił, zapinając koszulę przed lustrem w szafie. - Gdy tylko dostanie
jadeit, stanie się zieloną kością z legend.
Wen uśmiechnęła się, upinając włosy.
- Tak samo jak jego róg.
Mrugnął do niej znacząco, dziękując za komplement.
Rozdział 6. Powrót do domu
Rozdział 6
Powrót do domu
Gdy Kaul Shaelinsan wylądowała na Międzynarodowym Lotnisku Janloońskim,
czuła się lekko oszołomiona po trzynastogodzinnym locie, jakby miała
kaca. Lecąc nad oceanem, wpatrywała się w bezkresny błękit widoczny za
oknem. Czuła się trochę tak, jakby cofała się w czasie, zostawiała za
sobą osobę, którą stała się w obcym kraju, i wracała do czasów
dzieciństwa. Zbijała ją z tropu mieszanina emocji, jakie budziła w niej
ta myśl - dojmujące słodko-gorzkie połączenie ekscytacji z poczuciem
klęski.
Zabrała swój bagaż z taśmociągu. Nie było go zbyt wiele. Dwa lata w Espenii, niesamowicie drogi kurs uniwersytecki, a cały jej dobytek
zmieścił się w jednej walizce z czerwonej skóry. Czuła się zbyt
zmęczona, by skwitować uśmiechem tę żałosną ironię.
Ujęła w dłoń słuchawkę automatu telefonicznego i już miała wrzucić
monetę, lecz znieruchomiała, pamiętając o obietnicy, którą sobie
złożyła. Tak jest, wracała do Janloonu, ale zrobi to na własnych
warunkach. Będzie mieszkała w mieście, jak zwyczajna obywatelka, nie
jako wnuczka Płomienia Kekonu. A to oznaczało, że nie może zadzwonić do
brata, by wysłał po nią samochód z szoferem.
Odłożyła słuchawkę. Zaskoczyło ją, jak łatwo wróciła do dawnych nawyków
zaledwie kilka minut od chwili, gdy postawiła nogę na Kekonie. Przez
jakiś czas siedziała na ławce w holu przylotów, czując nagłe opory przed
wyjściem przez obrotowe drzwi. Coś jej mówiło, że gdy znajdzie się na
zewnątrz, nie będzie już mogła się cofnąć.
Wreszcie jednak uznała, że nie może dłużej zwlekać. Wstała i podążyła za
innymi pasażerami ku postojowi taksówek.
Kiedy stąd odlatywała przed dwoma laty, nie zamierzała nigdy tu wracać.
Wypełniały ją gniew i optymizm, była gotowa rozpocząć nowe życie i stworzyć dla siebie nową tożsamość w wielkim, szerokim, nowoczesnym
świecie poza Kekonem, daleko od anachronicznych klanów i przerośniętego
ego wszystkich mężczyzn z jej rodziny. Jednakże gdy już znalazła się w Espenii, przekonała się, że trudno jest uciec od piętna pochodzenia z małego wyspiarskiego kraiku, właściwie znanego wyłącznie z jadeitu.
Nazwa Janloon wywoływała tylko pełne niezrozumienia spojrzenia. Dla
cudzoziemców było to Miasto Jadeitu.
Gdy ludzie słyszeli, że jest Kekonką, ich reakcje były komicznie
przewidywalne. Najpierw zaskoczenie. Dla większość Espeńczyków Kekon był
egzotycznym, bajkowym miejscem. Powojenny rozkwit globalnego handlu
położył kres stuleciom izolacji, ale nie do końca. Równie dobrze mogłaby
powiedzieć, że przyleciała z kosmosu.
Druga reakcja: pełne entuzjazmu żarty: "To znaczy, że umiesz latać?
Potrafisz się przebić przez tę ścianę? Pokaż nam coś zdumiewającego.
Rozwal ten stół!".
Nauczyła się przyjmować to spokojnie. Na początku próbowała im
wyjaśniać, że zostawiła cały swój jadeit na Kekonie i teraz niczym nie
różni się od nich. Nawet jeśli zachowała przewagę siły, szybkości i lepszego refleksu, zawdzięczała to wyłącznie faktowi, że nadal budziła
się wcześnie rano i ćwiczyła na patio swego apartamentu. Głęboko
zakorzenione nawyki nie ustępowały tak łatwo.
Pierwszych dwóch tygodni niemal nie była w stanie znieść. Czuła się tak,
jakby znalazła się w komorze deprywacji sensorycznej, którą sama dla
siebie stworzyła. Wszystkiego było znacznie mniej niż przedtem. Mniej
kolorów, mniej dźwięków, mniej wrażeń. Wyblakły krajobraz ze snu. Jej
ciało zrobiło się powolne, ciężkie i obolałe. Dręczyła ją obawa, że
utraciła coś o kluczowym znaczeniu, jakby nagle opuściła wzrok i zauważyła, że brakuje jej jednej kończyny. Były też nocne ataki paniki i wrażenie, że unosi się bezwładnie w nierzeczywistym świecie.
Wszystko to byłoby wystarczająco złe nawet gdyby nie otaczali jej
młodzi, hałaśliwi Espeńczycy, którzy zdolnością skupienia uwagi nie
przerastali małp i zawsze rozmawiali tylko o strojach, samochodach,
muzyce popularnej i swym płytkim, ale niezwykle skomplikowanym życiu
uczuciowym. Omal nie dała za wygraną. Po pierwszym semestrze
zarezerwowała nawet bilet na Kekon. Duma przezwyciężyła jednak niemal
paraliżującą grozę odstawienia jadeitu. Na szczęście zwrócili jej
pieniądze za bilet.
Bardzo trudno było jej wytłumaczyć nielicznym przyjaciołom, których
zdobyła w college'u, co to znaczy nosić jadeit i wywodzić się z rodziny
zielonych kości, a także dlaczego wyrzekła się tego wszystkiego.
Uśmiechała się tylko niewinnie i czekała, aż ich ciekawość minie.
- Zachowujesz się normalnie, ale któregoś dnia zrobisz coś naprawdę
szalonego, prawda? - drażnił się z nią zawsze Jerald.
Nie. Już zrobiła coś szalonego. Związała się z nim.
Niebo było dziwnym połączeniem mgiełki z dogasającą jasnością. Beton był
wilgotny od Północnego Potu - nieustannej mżawki i mgły występującej na
przybrzeżnej równinie Janloonu w porze monsunów. Było już późno, minęła
pora kolacji. Shae stała w kolejce, czekając na taksówkę. Nikt nie
zwracał na nią uwagi. Miała na sobie krótką, kolorową letnią sukienkę,
która była modna w Espenii, ale w ojczyźnie Shae wydawała się zbyt
obcisła i jaskrawa. Poza tym szczegółem nie różniła się jednak zbytnio
od innych przybyszy. Nie nosiła jadeitu. Uświadomiła sobie z ulgą
połączoną z niewielką dozą użalania się nad sobą, jak małe są szanse, by
ktokolwiek ją tu rozpoznał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki