2
Wiedziała, że to tylko sen. Jeden z tych nieprzyjemnych koszmarów, które ostatnio nawiedzały ją nad ranem, gdy mózg już się obudził, a ciało nie miało jeszcze siły wstać. Zamknięta w mieszkaniu, z tymi samymi meblami i sprzętami co w rzeczywistości. Nikogo oprócz niej w tym śnie nie było, tylko to mieszkanie, niby znajome, ale jakby mniejsze. Coraz mniejsze. Ściany schodziły się powoli do środka, centymetr na sekundę, do miejsca, gdzie siedziała na fotelu. Razem z nimi przysuwały się szafa, biurko, łóżko. Musi znaleźć motywację, musi się podnieść. Inaczej te meble w końcu ją zgniotą.
Otworzyła oczy i zobaczyła sufit z wyraźną linią pęknięcia na nieodmalowanym tynku. Wciąż to samo uczucie co wczoraj, przedwczoraj, trzy, cztery i pięć dni temu. Łydki spuchnięte i ciężkie, zmęczenie nawet po ośmiu godzinach twardego snu. Twarz nabrzmiała, sztywna jak porządnie nadmuchany balon. Szczęki luźne, za luźne, jakby coś je wypychało od środka. "Skoro jestem balonem, to czemu nie lecę, tylko tak bardzo, bardzo opadam? - spytała w duchu, bo materac niemal wciągał ją do środka, do sprężyn. - Co z dzieckiem?". Chwilę później dostała odpowiedź. Delikatne ruchy małej istoty, którą nosiła w sobie. Gdy ona wstanie, ono też zaraz się rozbudzi, a potem przez cały dzień będzie wbijało jej stópki pod mostek i wypychało napiętą skórę na brzuchu.
To jeszcze nic. W sumie nic strasznego. O wiele gorsze było to, że Marta Bielawska przez cały czas czuła się tak, jakby ktoś nałożył jej na głowę stalowy hełm do nurkowania głębinowego.
Z trudem obróciła się na bok. Otworzyła usta i zacisnęła palcami nos, ale szum w uszach nie ucichł. Może nawet jeszcze bardziej ją przytkało. Zrezygnowana opuściła dłoń za krawędź łóżka i po chwili poczuła, że jej spuchniętych palców dotyka zimny i wilgotny nos Dżeki - sześcioletniej suczki, którą razem z Marcinem adoptowali przed rokiem ze schroniska. Rozłożyła palce i pozwoliła Dżeki poocierać się chwilę o dłoń. Ten podpalany kundelek zachowywał się czasem zupełnie jak kot.
Uczucie ciśnienia w uszach i w nosie powoli słabło. Marta usłyszała, że ktoś krząta się w kuchni: stawia na blacie talerze, wysuwa szufladę, brzęczy sztućcami. Marcin? To by była dopiero niespodzianka, w soboty zazwyczaj spał do oporu.
Obróciła się z trudem na drugi bok i spojrzała z ukosa. To jednak nie on. Jej mąż wciąż leżał zwinięty w pozycji embrionalnej, z kołdrą po szyję, ciemnymi pręgami pod oczami i półotwartymi ustami. Czyli to teściowa. Julia Bielawska, do której obecności w tym mieszkaniu Marta wciąż nie mogła się przyzwyczaić, choć ta od zeszłego piątku robiła wszystko, żeby okazać dwie rzeczy: jak wspaniałą i opiekuńczą potrafi być teściową. Oraz jak cudowną i kochaną synową jest dla niej Marta.
Półtora tygodnia temu wszystko było jeszcze w miarę normalne. Marta spakowała plecak i ruszyła w miasto szukać miejsc do fotoreportażu o nowych fajnych miejscach w Warszawie. Już miała nacisnąć migawkę w knajpie na Saskiej Kępie, kiedy nagle zrobiła się biała jak papier i pot spłynął strugą wzdłuż jej kręgosłupa. Dostała mocnych skurczy. Wszystko zawirowało, pociemniało, a na głowę Marty po raz pierwszy opadł stalowy hełm do nurkowania głębinowego, który ścisnął jej skronie i potylicę. Przerażona kelnerka zadzwoniła po pogotowie i Marta trafiła na ostry dyżur do szpitala na Inflanckiej. Przeleżała czterdzieści minut na KTG. Fałszywy alarm? Nie do końca. Coś się w międzyczasie porobiło z sercem Marty. Nadciśnienie, do którego zawsze miała skłonności. Przypałętała się też lekka cukrzyca. To był siódmy miesiąc i Marta przeraziła się, że dziecku może stać się jakaś krzywda. Że urodzi przed terminem, a potem będą modlić się przy inkubatorze o zdrowie dla wcześniaka. Przyjechał Marcin, bardzo szybko, urwał się z pracy. Marta zapamiętała jego drżące dłonie, gdy wybierał numer korporacji i zamawiał taksówkę. Zapamiętała też jego wypalone spojrzenie i milczenie, gdy popatrzyła na niego w samochodzie. Jakby ten incydent wyssał z niego całą energię.
Wrócili do domu, a potem Marcin zrelacjonował wszystko przez telefon swojej mamie. Nie minęły dwa dni, gdy bez zapowiedzi pojawiła się pod drzwiami mieszkania z czerwoną walizką na kółkach i uśmiechem Mony Lisy na nieco tylko pomarszczonej twarzy.
- Czy mama na długo? - spytała wtedy Marta, czując się jak krasnal, bo teściowa była chuda i wysoka, wyższa od niej o głowę albo nawet półtorej.
- Kochanie - odparła Julia Bielawska i zmrużyła oczy pod okularami w czarnych oprawkach. - Tyle, ile trzeba. Tyle, ile trzeba.
Gdy Marcin wrócił z pracy przed osiemnastą, jego żona i matka były już na "ty", a Marta zdążyła poznać większość historyjek o jego wczesnym dzieciństwie. Włącznie z tą, którą Julia Bielawska opatrzyła na początku komentarzem: "Tego na pewno Marcin nigdy ci nie powiedział". Był rok 1990, roczny Marcinek zrobił w dużym pokoju kupę na dywan ("w tym samym pokoju, w którym teraz siedzimy"), a potem przyniósł swojego ulubionego misia i częstował go czekoladą. Marta dotąd nie poznała teściowej od tej strony. Po trzech godzinach pogaduszek poczuła, że stres jej odpuszcza, nawet trochę przestała się bać. Nie była tylko pewna, co oznacza nieciekawa mina Marcina, gdy zobaczył w przedpokoju czerwoną walizkę, a chwilę później swoją mamę, siedzącą w świetnym humorze na sofie.
Kolejny tydzień nie rozjaśnił jej w głowie. Nie pozwalał jej na to ten nieszczęsny hełm. Pojawiał się nagle, bez ostrzeżenia. A gdy się już pojawił, Marta nie miała siły myśleć o niczym. Miała ochotę zasnąć i spać aż do rana. Tak też robiła.
Być może dlatego nie zauważała, co się dzieje z Marcinem.
A więc sobota. Zapach jajecznicy. Śniadanie - znając Julię, pewnie do łóżka. To przypomniało Marcie o wczorajszym SMS-ie od Teresy, jej koleżanki z zaprzyjaźnionej redakcji. "Niedaleko was będzie targ śniadaniowy jutro rano. To fajny motyw do twojego story. Będziesz? Ja wpadnę. Buźka, T".
Marcin wciąż spał, wyglądał na chorego i obolałego. Może ma grypę? Marta wstała z trudem i zdjęła z zakurzonego regału czarne pudełko, w którym trzymała swój zapas no-spy i paracetamolu. Strząchnęła rtęciowy termometr, coś zabolało ją pod prawą łopatką. Jurek Bielawski, poczęty półtora roku po ślubie rodziców, zdenerwował się tymi nagłymi ruchami i niespodziewanie wyrżnął matkę stopą prosto pod żołądek.
- O ja... - bąknęła Marta pod nosem. - Mógłbyś jakoś ostrzegać?
Jurek zignorował pytanie i zapadł z powrotem w błogi sen. Marta podeszła z termometrem do Marcina. Wyglądał dziwnie. Obrócił się na plecy i mamrotał coś bezgłośnie, a pod zamkniętymi powiekami jego gałki oczne poruszały się we wszystkie strony. Włożyła mu termometr pod pachę i zlustrowała wzrokiem blat małego biurka. Obiektywy stały na baczność jak trzech amigos - dwóch wysokich i jeden niski.
Po paru minutach na termometrze było trzydzieści sześć i sześć, a w drzwiach sypialni stanęła Julia Bielawska, wyprostowana jak trzcina, ubrana w podomkę w stokrotki, z jasnymi włosami spiętymi w koński ogon. Zupełnie nie wyglądała na swoje pięćdziesiąt trzy lata. Po tygodniu tutaj wciąż uśmiechała się tajemniczo, ilekroć widziała Martę, chociaż Marta nabrała przekonania, że za tym uśmiechem nie kryje się żaden sekret. W dłoniach trzymała talerz z posypaną szczypiorem jajecznicą, plasterkami pomidora i dwiema kanapkami z szynką.
- A ten dalej śpi? - spytała na powitanie. - No przecież szkoda dnia.
Marta miała na końcu języka coś w rodzaju obrony dla Marcina: że chodzi do pracy, że może ma prawo się wyspać. Ale przypomniała sobie o targu śniadaniowym i zdjęciach. Sama nie da rady. Zerknęła za okno. Po raz pierwszy od tygodnia nie padało. Słońce wręcz wdzierało się przez szybę i zachęcało do wyjścia.
- Chodź do salonu, Martusiu. Zjedz, póki ciepłe. - Teściowa okręciła się na pięcie i nie czekając na odpowiedź, ruszyła do dużego pokoju. - A Marcina to ja zaraz obudzę. Nie martw się. Mam w tym wprawę, uwierz mi.
Marta odgarnęła z czoła ciemne włosy. Czuła się spocona i nieświeża. Najchętniej weszłaby pod chłodny prysznic na co najmniej pięć minut, a dopiero potem coś zjadła. I może nie jajecznicę. Coś lekkiego. Sałatkę, jakiś owoc.
- No chodź, kochanie - usłyszała z dużego pokoju. - Zjesz, to przejdziemy się chwilę do skweru i z powrotem. Pokażę ci, gdzie Marcin stawiał pierwsze kroki.
Spacerek do skweru? Marta zdecydowanie chciała ruszyć się gdzieś dalej. Przez tydzień spędzony z Julią niemal nie wystawiła nosa za drzwi. "Musisz odpoczywać, kochanie - słyszała przez szum w uszach chyba ze dwadzieścia razy dziennie. - Dziecko jest najważniejsze".
Podniosła komórkę ze stolika i przeczytała SMS-a, który przyszedł w tej właśnie chwili: "Będziesz? Już się zaczęło. Koło jedenastej będzie już pozamiatane, T".
Podeszła do łóżka, przycupnęła na skraju i nachyliła się do ucha Marcina.
- Marcin, wstań, proszę. - Starała się mówić cicho, jakby ta pobudka nie miała dotrzeć do uszu teściowej. - Jest sobota. Idziemy robić zdjęcia.
Poruszył się jak rażony prądem, ale oczy wciąż miał zamknięte. Mały Jurek znów wymierzył Marcie kopniaka. Zacisnęła zęby i potrząsnęła Marcinem.
- Wstań. Pliz. Musimy iść.
- Dobra... dobra... już zaraz... - wybełkotał.
- Na pewno?
- Tak, tak...
Wcale się na to nie zanosiło: Marcin zwinął się w kłębek jak kot i zakopał po uszy w kołdrze. Marta poczuła pulsowanie gdzieś pomiędzy głową a szyją, w miejscu, które nazwała kiedyś "guzikiem nienawiści". Odzywał się rzadko, ale wtedy ją zalewało. Teraz guzik krzyczał, żeby wyjść do dużego pokoju, zabrać ze stołu talerz z jajecznicą i grzmotnąć nim o podłogę. Olać Marcina i jego nadopiekuńczą matkę, która najwyraźniej nie miała zamiaru wracać do domu pod Skierniewicami. Wziąć aparat, zapomnieć o tamtym incydencie i po prostu iść na miasto. Przez ułamek sekundy poczuła się zdrowa jak koń. Naprawdę!
Ale gdy zrobiła pierwszy krok, ciało przywołało ją do porządku. Dotarło do niej, że jest tak samo ociężała i przymulona jak przez ostatni tydzień. Nic się nie zmieniło, nawet ten wyrzut kortyzolu nie pomógł.
Doczłapała do stołu. Jajecznica wyglądała, jakby już wystygła.
- Muszę pojechać gdzieś z aparatem - powiedziała cicho do bacznie ją obserwującej matki Marcina. - Muszę zrobić parę zdjęć.
- Ależ, Martusiu... - Julia Bielawska przewróciła oczami. - To chyba nie jest dobry pomysł. Spacerek do skwerku, to blisko, jakby co, to zawsze można...
- Mamo... - Marta spojrzała spode łba.
- Julia, pamiętasz?
- Mamo. - Marta poczuła potrzebę, by choć na chwilę zwiększyć dystans. - To jest dla mnie ważne. Siedzenie w domu naprawdę w niczym mi nie pomaga. Poza tym chcę pojechać z Marcinem.
- Ale on śpi.
- Ale on śpi - potwierdziła Marta z rezygnacją.
Julia Bielawska pokiwała głową i wyszła z pokoju. Marta skubnęła widelcem jajecznicę, ale to nie było to, co czasami serwował Marcin. Za sucha. Położyła na kanapce plasterek pomidora i ugryzła kęs.
- Wygrzebiesz się w końcu, paniczu? - Usłyszała z sypialni ostry głos teściowej, a potem szelest zrywanej z łóżka kołdry. - To nie studia. Wyłaź z wyra.
- Kobieto, możesz dać mi pięć minut spokoju? - Bełkot Marcina zabrzmiał naprawdę wrogo. - Pięć minut!
- Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje - sypnęła sentencją Julia, jakby rzucała zaklęcie, a Marta cicho parsknęła z kanapką w buzi.
Chwilę potem Julia Bielawska stanęła w progu. Teraz, z zaciśniętymi szczękami, wyglądała na swoje lata. Może nawet trochę starzej.
- Kiedyś miałam taki sposób. - Skrzyżowała ręce na piersiach. - Puszczałam mu nad uchem radio. Albo tego jego Davida Bowie. Przy drugiej piosence otwierał lewe oko, przy trzeciej prawe, a przy czwartej wstawał. Macie jeszcze ten jego przenośny odtwarzacz?
Marta podniosła się powoli i podeszła do regału, podtrzymując brzuch. Na samej górze stał zakurzony czarny boombox.
- Bez taboretu nie dam rady - powiedziała.
Teściowa stanęła przy regale. Wyciągnęła długie ramiona i bez problemu zdjęła boomboxa. Marta wyjęła z dolnej półki wciśnięte między książki stare kartonowe pudło z jej panieńskimi szpargałami. Rozerwała starą taśmę klejącą i wygrzebała płytę CD z niebieską okładką, prezent od starszego brata, który grał w zespole i katował ją ciężką muzą.
- Skoro chce pięciu minut spokoju... - mruknęła.
Julia przez chwilę patrzyła na pudełko, jakby po samej okładce chciała odgadnąć, co puszczą za chwilę Marcinowi.
Przepięły wspólnie przedłużacz, a Marta przysunęła odtwarzacz do samej kołdry, pod którą krył się Marcin. Podniosła wzrok - okna były zamknięte. To dobrze, bardzo dobrze. Przyłożyła do brzucha grubą poduszkę - to Marcin był celem, a nie mały Jurek.
Spojrzały na siebie z Julią i bez słowa uzgodniły werdykt. Marta podkręciła głośność i wcisnęła play.
Marcin śnił jeden z najbardziej popieprzonych snów w swoim życiu. Miewał takie odloty, gdy za długo spał - gonitwy po niekończących się schodach, ucieczki przed terrorystami przez ruiny nieznanych miast albo zawstydzające sytuacje, gdy wszyscy na niego patrzą, a on w tym momencie czuje, że sika po nogawkach.
Teraz niesforne neurony zafundowały mu powtórkę z wczorajszego poranka w ministerstwie. Wszedł do pokoju, w płaszczu, kapeluszu i z laseczką. Rzucił kapelusz na wieszak - jak James Bond w Goldfingerze. Patrycja westchnęła z zachwytem i zatrzepotała rzęsami. "Panie dyrektorze, pan Zawadzki czeka już na pana. Spotkanie w kabinie numer dwa" - zaszczebiotała słodko.
W kiblu zabawny wysoki lemur, ubrany w błękitny surdut, trzymał na smyczy Zawadzkiego, który skurczył się do wielkości spaniela i patrzył na Marcina błagalnie. "Pan mu da ciastko" - powiedział lemur i Marcin wyjął z kieszeni marynarki stary biszkopt. Zawadzki rzucił się na ciastko ze skowytem. Duży lemur pociągnął za smycz, aż Zawadzki przysiadł. "Nie gryź ręki, która cię karmi - rzucił ostro. - A teraz interesy - powiedział do Marcina i wyjął jakiś papier. - Trzeba podpisać tutaj, tutaj i tutaj... i to do czternastej, bo potem zwijamy cyrk".
Później Marcin teleportował się, jak to miał w zwyczaju w snach, do gabinetu Szefowej i tłumaczył jej jak dziecku, że cyrk już odjeżdża, że trzeba tutaj, tutaj i tutaj. Szefowa patrzyła na niego, jakby nic nie rozumiała. "Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje" - wypowiedziała głosem jego matki. Panie Boże, dajesz czy nie, ale czy matka musi się wpieprzać nawet do mojego snu? "Nie budź licha, kiedy śpi" - wymruczał, ale do Szefowej wciąż nic nie docierało. Wyjęła z szuflady rewolwer i strzeliła sobie w głowę. Krew bryznęła wszędzie jak w filmach Tarantino. Po chwili do gabinetu wpadł jak torpeda duży lemur, ciągnąc na smyczy Zawadzkiego, i gniewnie wyrwał Marcinowi kartkę. Ujął w swoją futrzaną łapkę martwą dłoń Szefowej, zamoczył jej palec we krwi i nabazgrał na kartce podpisy w trzech miejscach.
Wszyscy nagle zniknęli, gdy zza okna gabinetu dał się słyszeć nieziemski jazgot i ryk. Po Krakowskim Przedmieściu szło coś wielkiego jak Godzilla, z potężną gitarą elektryczną, a każde uderzenie w struny rozbijało szyby - w Pałacu Prezydenckim, w hotelu Bristol, na uniwersytecie. Godzilla tratowała ludzi i autobusy, a z jej gardła wydobywało się charczenie przypominające warkot myśliwca: five minutes aloooooone...
- Co to jest?! - zawołał Marcin, starając się przekrzyczeć Godzillę i jej gitarę. Odrzucił kołdrę z głowy i momentalnie usiadł na łóżku.
Ryk natychmiast ustał, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Kochanie... - Głos jego żony silił się na słodycz. - To jest Pantera, utwór Five Minutes Alone. Powiedziałeś "pięć minut spokoju", więc uznałyśmy wspólnie, że to świetna piosenka na taką okazję.
- Powaliło was? - rzucił Marcin w stronę źródła fałszywie słodkiego głosu, bo z obecności matki wciąż nie zdawał sobie sprawy. Zaczął przecierać sklejone powieki. - Chciałyście, żebym zszedł na serce? Która z was to wymyśliła?
- Ja - odezwała się jego matka z dumą w głosie.
- I ja - dopowiedziała Marta. - Jest sobota, wreszcie jest słońce, więc łaskawie zbierz się, weź mój plecak ze sprzętem i pomóż mi zrobić foty na targu śniadaniowym.
- Okej, już dobrze. - Marcin w końcu zaczął widzieć w miarę ostro. Dostrzegł nad sobą dwie postacie, które przyglądały mu się z ciekawością: wysoką czarodziejkę i krasnala z wielkim brzuchem. Czarodziejka uśmiechała się jak Joker, który wykręcił akurat paskudny numer Batmanowi. Krasnal miał ciemne strąki włosów przyklejone do czoła, jakby całą noc pracował w kopalni.
Dwie najważniejsze kobiety w jego życiu.
- Czy mogę chociaż coś zjeść? - spytał tego duetu.
- Możesz zjeść moją jajecznicę - odpowiedziała Marta.
Wziął szybki prysznic, a potem łazienkę zajęła Julia Bielawska. Wszedł do kuchni i skubnął na stojąco jajecznicę, zimną i wstrętną. Zrobił sobie na szybko dwie kanapki z serem i polał ketchupem. Przez cały ten czas nie odezwał się ani słowem do Marty, która siedziała na krześle i obserwowała jego ruchy.
- Posłuchaj - zaczęła cicho, gdy w końcu usiadł. - Sorry za pobudkę, ale ja nie mogę sobie odpuścić tych fotek. Powiedziałam już w redakcji i oni czekają. Zwłaszcza że te z Saskiej Kępy wyszły mi super i się nakręcili.
Marcin w milczeniu skubnął kolejny kęs. Głowa bolała go tak, że miał ochotę zwymiotować. Gorący prysznic niewiele pomógł, a zimnego bał się jak ognia. Po co tyle spał? Chyba zadziałała podświadomość: jak najmniej kontaktu. Czy ona ma zamiar zostać u nich aż do porodu?
- Nie wyglądasz za dobrze. - Usłyszał. - Martwię się.
- Hmm.
- Znam ten wygląd. Stres. Przed ślubem też tak wyglądałeś. I jak pisałeś magisterkę.
- Możesz przestać? - Spojrzał wilkiem znad talerza.
- W necie jest mnóstwo o tym, że kobieta się stresuje w ciąży. - Marta nie dawała za wygraną. - Hormony, kortyzol i tak dalej. Ale niewiele jest o facetach. Chodzi o te skurcze? Boisz się?
Nie miał teraz siły brnąć w tę rozmowę. Jego deprecha, która czasami odbierała mu dech i wszelką energię, zaczęła się wcześniej, jeszcze przed incydentem zakończonym KTG na Inflanckiej. Ale nawet gdyby był teraz w świetniej formie, nie umiałby odpowiedzieć Marcie na jej pytanie. Wiedział za to, że obecność jego matki w niczym mu nie pomaga. Miał poczucie, że gdy on jest w pracy, ona kopie pod nim dołki. "Za bardzo się spoufalają" - pomyślał.
Na zewnątrz wciąż wyglądał jak żywy trup, który milczy i niemrawo skubie kanapkę. Marta wyszła do przedpokoju. Po kilku chwilach wróciła z plecakiem, w którym nosiła aparat i obiektywy.
- Musimy zaraz wychodzić - powiedziała. - Ale na szybko mam taką hipotezę, że strasznie boisz się zostać ojcem.
- Że co? - Odchylił się na krześle. - Gratuluję wyobraźni.
- No to co cię gryzie?
- Jesień. Słońca nie ma - mruknął.
- Dzisiaj jest - odmruknęła.
- Muszę wziąć trochę witamin. - Udał, że nie dosłyszał.
- I magnezu - dopowiedziała. - A teraz bierz plecak i chodźmy wreszcie.
Zdjęcia nie do końca się udały. Tak naprawdę to była masakra. Marta musiała walczyć - z własnymi słabościami i ze światłem. Część hali zanurzona była w blasku październikowego słońca, część zaś ukryta w zielonkawym cieniu. I jeszcze wielkie kule jarzeniówek. Dla ludzkiego oka ten miks był do zaakceptowania, oko adaptowało się do każdych warunków. Aparat jednak nie wybaczał takiego miszmaszu i Marta wiedziała, że będzie musiała długo posiedzieć w Photoshopie.
Wyczekała chwilę przy stoisku z domowymi przetworami i udało jej się uchwycić malowniczą parę. Facet po trzydziestce, z dwudniowym zarostem, mimo jesieni paradował w modnych trampkach i skarpetkach przed kostkę. Kobieta miała popielate włosy spięte w kucyk i wygoloną skórę nad uszami. Marta pomyślała, że to świetna fryzura dla niej. I że Marcin na pewno będzie przeciw, chociaż sam od jakiegoś czasu strzygł zarost i włosy u barbera w Śródmieściu.
Dopiero gdy pakowała sprzęt, zauważyła kątem oka Teresę. Fotoedytorka, koleżanka z redakcji, w której Marta kiedyś była na stażu. Obie stwierdziły, że są głodne, i pochodziły chwilę wśród stoisk. Marta wybrała naleśniki z powidłami śliwkowymi i domową śmietaną. Wróciła do stołu. Teresa, szczupła blondynka po czterdziestce, z wiecznie zaciętą miną, była trochę bardziej wybredna i poszła poszukać czegoś innego.
- Jezu... - Marta przełknęła pierwszy kęs naleśnika. - To jak powrót do przeszłości. Chcesz spróbować?
Włożyła Marcinowi widelec do ust. Chyba mu smakowało, bo uśmiechnął się niemrawo.
- Dzięki, wiesz za co - powiedziała.
- Spoko.
Pomyślała, że byłoby świetnie, gdyby spędzili ten dzień razem. Mały Jurek uspokoił się i nie kopał. Ciśnienie w uszach zelżało. Pogoda zachęcała do spaceru, promienie słońca i chłodny wiatr były w idealnej równowadze, trochę świeżego powietrza i może Marcin pozbędzie się tego dziwnego doła. Trzymając się za ręce, przejdą się po Łazienkach albo gdzieś bliżej, po parku przy Cytadeli. Obskoczą fontanny przy Wisłostradzie, odświeżą wspomnienia na Starówce, zjedzą pizzę albo coś bardziej ekstra.
Z tych wycieczkowych planów wyrwał ją sygnał w telefonie Marcina. Przeczytał SMS-a i zmarszczył brwi. Miała wrażenie, że wiadomość wytrąciła go z równowagi. Zobaczyła na jego twarzy zmieszanie, jakby został przyłapany na czatowaniu z nieznajomą.
- Kto to? - spytała niewinnie.
- Taki jeden facet. Z pracy.
- Co chce?
- Mam nadzieję, że nic. Muszę zadzwonić.
Trochę ją ubodła ta tajemniczość, a guzik w potylicy zawibrował ostrzegawczo. Przemogła się, żeby w spokoju dokończyć naleśnik. Marcin wstał i odszedł z telefonem na dobre dwadzieścia metrów, co jeszcze wzmogło jej nieufność. Minął po drodze Teresę, która wracała właśnie do stołu z wegańską tartą z cukinii.
- Jak tam życie, kochana?
Marta zmusiła się, żeby oderwać wzrok od Marcina i spojrzeć na koleżankę.
- Masakra - rzuciła krótko. - Wszystko wskazuje na to, że do porodu będę uziemiona w domu.
- Coś nie tak z ciążą? - Na twarzy Teresy pojawiła się autentyczna troska. - Który to miesiąc?
- Siódmy. Miałam skurcze. Powinnam leżeć.
Przez chwilę jadły w ciszy, a Marta co i raz zerkała na Marcina, to wyłaniającego się, to ginącego w tłumie.
- Wiem, co czujesz. - Teresa nachyliła się nad blatem. - Przy pierwszym dziecku tak miałam. Co jakiś dziwny ból, to panika i na wersalkę z nogami w górze. Wyobraźnia pracuje jak szalona. A potem się okazuje, że wszystko jest w miarę w porządku. Najważniejsze to się nie denerwować.
- Staram się, ale nie zawsze tak umiem. Poza tym mam kogoś w rodzaju opiekunki. Mama Marcina mieszka u nas od tygodnia.
Teresa niemal się zakrztusiła.
- Teściówka w domu? - wychrypiała. - To musi być koszmar.
- Właśnie nie. - Marta uśmiechnęła się pod nosem. - Ja mam jak w raju. Jest kochana. Moi starzy tylko dzwonią raz dziennie. A ona? Śniadanie, obiad, kolacja. Nic tylko leżeć. Ale na Marcina jakoś gorzej to wpływa. Dziwne, bo to w końcu jego mama, nie moja.
- Teściówka w domu - powtórzyła Teresa. - To nie ma prawa dobrze się skończyć. Nie ma bata, musi się spierdolić.
Marta przygryzła wargi. Przypomniała jej się jedna rozmowa z Julią, chyba w czwartek. To było coś o ojcu Marcina, z którym Julia rozwiodła się, gdy Marcin miał dziesięć lat. Zdradził ją, jak się okazało. Odszedł do innej. Powiedziała: "Mam nadzieję, że wychowałam Marcina na porządnego mężczyznę". I uciekła wzrokiem, jakby sama sobie nie dowierzała. Do tamtego momentu Marcie nigdy nie przyszło do głowy, że Marcin mógłby ją zdradzić. Pół godziny po rozmowie z Julią złapała się na wyobrażaniu sobie sekretnej randki Marcina z nieznajomą.
- Powinna już pojechać... - rzekła cicho. - Chyba.
- No jeśli jest tak wspaniale, jak mówisz, to niech zostaje jak najdłużej. - Teresa wbiła zęby w wegańską tartę i łypnęła okiem jak złoczyńca. - Może jest tą jedną na milion.
- Ale to przecież jego mama. Nie mogę jej nic powiedzieć.
Teresa przeżuwała w ciszy. Marta dostrzegła Marcina - wracał do stolika z miną, która nie wróżyła nic dobrego.
- Zmieńmy temat, okej? - powiedziała. - Jak twoje życie uczuciowe?
- No chyba cię pogięło. - Teresa przewróciła oczami. - Skandal, takie pytanie mi zadawać. Jeszcze mi się zrobi przykro i co będzie?
- Ostatnio był ten... - Marta nie chciała dać za wygraną, ale Teresa uciszyła ją uniesioną dłonią.
- Spuśćmy na nich wszystkich zasłonę milczenia - zakomenderowała. - Trafiam zazwyczaj na emocjonalnych pustaków. Zaczynam myśleć, że może lepiej darować sobie sprawy uczuciowe. Friends with benefits...
- To może Tinder? - Marta uniosła brwi. - Myślę, że masz szansę.
- Że ja?
Teresa wybałuszyła oczy, a Marta głośno się roześmiała. Jurek wierzgnął kopytkiem, trafiając pod jej żebro, i uśmiech zamarł Marcie na ustach. Czy to jakaś zbrodnia, roześmiać się, że z miejsca dostaje się karę? Skrzywiła się i dotknęła dłonią brzucha.
Teresa obróciła się i kiwnęła na Marcina, idącego do ich stołu. Otworzyła już usta, żeby coś powiedzieć, ale powstrzymała się, widząc minę Marty. Marcin wyglądał jak dziecko, które wie, że zbroiło, i boi się reakcji surowej matki.
- Wypadło mi coś ważnego - powiedział niepewnie. - Muszę spotkać się z kimś z pracy na mieście.
Teresa spuściła wzrok i zaczęła grzebać widelcem w tarcie. Metal zazgrzytał o szkło.
- Mogę jechać z tobą? - spytała Marta.
- Raczej nie - odpowiedział trochę za szybko. - To nie będzie długo trwało. Jak chcesz, to możemy się spotkać za dwie godziny na Starówce.
To nie był wcale zły pomysł. Ale dlaczego on jest taki tajemniczy? Czemu nie może z nim pojechać i połazić sobie do czasu, aż skończy się to spotkanie? Poczuła, jak resztki energii spływają jej powoli do nabrzmiewających łydek. Rozpływała się jak Amelia z filmu, tyle że nie z zakochania, wręcz przeciwnie. Rozmowa z Julią. Jej dziwne uwagi. Może on kogoś ma? No ale chyba nie byłby takim idiotą, żeby kłamać jej w żywe oczy...
- Może innym razem - mruknęła w końcu pod nosem. - Mam sporo pracy, spieprzyłam te zdjęcia.
- A plecak? - spytał Marcin. - Nie powinnaś dźwigać. Zabiorę go ze sobą.
- Zadzwonię do Julii. - Postarała się, żeby imię teściowej zabrzmiało jak wyzwanie rzucone mu w twarz. - Idź już, skoro to takie ważne.
Zadziałało. W ciągu sekundy zrobił się czerwony jak burak. Marta miała wrażenie, że chce coś jeszcze powiedzieć, ale wycofał się i po chwili lawirowania między stołami zniknął w drzwiach wyjściowych.
- U la la! - Teresa wypuściła powietrze i odłożyła widelec. - Widzę, że niezły trójkącik się tu szykuje.
Marta chciała się uśmiechnąć, ale zdała sobie sprawę, że wyszedł jej z tego dziwny grymas. Wstała, poprawiła dżinsy, włożyła płaszcz i owinęła szyję chustką. Podniosła plecak i zarzuciła go sobie na plecy. Da radę. To tylko sto metrów do tramwaju, a później najwyżej przysiądzie chwilę na ławce. Jeśli nie dopadnie jej żadna słabość, to może nawet nie będzie musiała dzwonić do Julii Bielawskiej, która przyjechała z nimi pod halę, poszła na spacer i obiecała być w pobliżu.
"Nieszczęścia chodzą parami" - przypomniało jej się przysłowie. A może wolą trójkąty? W każdym razie coś dziwnego zaczynało się dziać z jej małżeństwem. I to coś wybrało sobie najgorszy moment z możliwych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki