Republika skrzatów
1
Jak mógł wyglądać "karzeł na szynie"? Nie wiadomo. Nie zachowało się zdjęcie.
Czy ktoś chciał się nim bawić? Zapewne tak, skoro dzieci było kilkudziesięcioro, a on tylko jeden. Podobnie jak miś, małpka i zajączek sukienny - po jednym.
Poza tym: szachownica do warcabów (18 sztuk), pionki do warcabów (303 sztuki), 23 kółka, 9 lasek, 11 foremek wraz z pudełkiem, 54 klocki, 6 loteryjek, 3 łopatki do piasku, 7 wiaderek, 23 klocki zębate. Odnotowane co do sztuki, zgodnie z wytycznymi, bo rzeczy tutaj giną, nim zdążą się zadomowić.
Inwentarz zabawek w rabczańskim prewentorium[1] Rokitna na koniec 1949 roku. Jak we współczesnych muzeach, gdzie coraz częściej narratorami są przedmioty - bierni świadkowie epoki - dokument ten opowiada historię Miasta Dzieci za pośrednictwem rzeczy. Lub raczej ich braku. Bo gdy w lipcu 1945 roku pojawia się pomysł reaktywacji przedwojennego zdrojowiska i stworzenia z niego dziecięcego miasteczka dla małych gruźlików, w Rabce-Zdroju brakuje nie tylko pluszowych misiów, zajączków i karłów na szynie, lecz niemal wszystkiego. Gdy więc rzeczy stopniowo zaczną się pojawiać, zapisuje się każdą.
Czego brak? Przede wszystkim miejsc dla chorych dzieci. Większość sanatoriów i pensjonatów co prawda ocalała, bo w mieścinie nad Rabą nie było bombardowań, ale wiele z nich jest zrujnowanych lub w rozsypce i wymaga remontów. Nie wszystkie można też wykorzystać na potrzeby państwowego lecznictwa. Większość jest w rękach prywatnych, przede wszystkim rodziny Kadenów, przedwojennych właścicieli zdrojowej części Rabki, niektóre należą do spadkobierców różnych instytucji, w tym kilku ministerstw, a te niekoniecznie kwapią się do współpracy.
Brakuje wyposażenia - poczynając od mebli, w tym łóżek i leżaków, ale również naczyń, materaców, pościeli, koców. Brakuje bielizny, ubrań i pantofli dla personelu i pacjentów. Wszystko trzeba dopiero szyć lub zamawiać. Urzędnicy organizujący uzdrowisko wyprzedzająco apelują więc do opiekunów: "Należy wyrobić w dziecku należyty stosunek do sprzętu, który jest własnością wspólną, i przekonać dziecko, że niszczenie sprzętu jest rzeczą niedopuszczalną, bo olbrzymie sumy, które pochłaniają inwestycje, można by wykorzystać na inne, lepsze cele"[2]. Dzieciom zaś przykazują: "Sprzęt, pomoce szkolne powierzone Tobie są własnością społeczną. Czuwaj nad ich całością i wyglądem. Staraj się ich nie niszczyć i nie pozwól niszczyć innym. Przypominaj o tym nieuważnym i młodszym od siebie. Pamiętaj, że z tych rzeczy będą korzystać drudzy, którzy przyjdą tu po Twoim odjeździe"[3].
Brakuje lekarstw. Weźmy znów prewentorium Rokitna: jeszcze pod koniec 1949 roku na liczącej około stu pozycji liście aptecznej widnieją tylko podstawowe preparaty, jak aspiryna, węgiel, dermatol, wazelina, lignina, wata i gaza opatrunkowa, wapno, cynk, kwas borny i salicylowy, maść ichtiolowa, kamfora, benzyna oczyszczona i nieoczyszczona, atropina, niewielka ilość witamin C i D, trochę ziół - pokrzyk wilcza jagoda, dziurawiec, szałwia, rumianek. Raczej domowa apteczka niż porządne zaopatrzenie lecznicze, jakiego można by się spodziewać w uzdrowisku.
Brak wody zdatnej do picia i w ogóle wystarczającej ilości wody. Rabka zawsze miała z wodą kłopot, mimo dostępu do dwóch rzek, Raby i Poniczanki. Próby doprowadzenia jej do wyżej położonych domów poprzez uzbrojenie nie tylko Zdroju, ale i okolicznych wsi, kończyły się fiaskiem. Teraz jest jeszcze gorzej. Po roku od uruchomienia uzdrowiska sanatoria miewają czasem nawet dobę przerwy w dostawach bieżącej wody, pół doby zaś to wciąż przykra norma. "Źródła wodne, skąd czerpie wodę wodociąg uzdrowiskowy - prymitywne, o 3-4 metrach głębokości - raportuje komitet organizacyjny Zespołu Sanatoriów. - Stacja pomp i sieć wodociągowa wymagają kapitalnego remontu; dopływ energii elektrycznej do stacji pomp dla napędu bardzo często zawodzi"[4]. O kąpielach mineralnych, zachwalanych jako jeden z atutów kuracji w przedwojennej Rabce-Zdroju, też można zapomnieć. W styczniu 1945 roku, wiedząc, że do miasta zbliżają się oddziały Armii Czerwonej, wycofujący się Niemcy zniszczyli instalacje doprowadzające wodę z solankowych źródeł zawierających lecznicze jod i brom. Uchowało się zaledwie jedno, ale wymaga gruntownego oczyszczania, a woda ponownego przebadania.
Z brakiem wody łączy się brak sprawnie działającej kanalizacji. Urządzenia, włącznie z oczyszczalnią ścieków, są uszkodzone i tak samo jak sieć wodociągowa aż proszą się o generalny remont. Higiena w sanatoriach w związku z tym też pozostawia wiele do życzenia. Brakuje mydła i środków czystości. Zarządzający placówkami proszą ministra zdrowia o wskazanie fabryk, które mogłyby dostarczyć proszki i pasty. Pranie dziecięcej bielizny też odbywa się nieregularnie. Na dodatek zamiast wymaganych trzech zmian bielizny na dziecko są tylko dwie.
Spalone budynki w rabczańskim uzdrowisku, styczeń 1945
Zbiory Jana Wieczorkowskiego
Brakuje żywności. Rabka zaopatruje się w Nowym Targu i okolicach, ale często i to nie wystarcza, więc niektóre produkty trzeba sprowadzać aż z Krakowa. Kierowniczka sanatorium w willi Pod Świętym Józefem zawiadamia, że wychowawczynie są głodne i z tego powodu rezygnują z pracy. Pojawia się nawet pomysł kopcowania ziemniaków i zorganizowania na potrzeby pracowników gospodarstwa rolnego, w którym hodowano by trzydzieści krów i trzodę chlewną. Pod koniec 1949 roku półki i szafki magazynu żywnościowego Rokitnej wypełniają produkty pozwalające łatwo zapełnić dziecięce żołądki: ryż, groch, ziemniaki i buraki, kasza jęczmienna, płatki owsiane i jaglane. Poza tym w zapasach jest zaledwie 5 kg wieprzowiny i słoniny, 1,60 kg cielęciny, 3,5 kg kiełbasy, 20 dag szynki, 140 sztuk jajek, 3 litry śmietany, 3,7 kg masła i 7 kg smalcu. Nie brakuje za to cukru (jest go prawie 99 kg), kakao (187 kg) i mleka w proszku (328 kg).
Niektóre z wyliczanych braków brzmią znajomo; na to samo narzekano przed wojną. Na przykład kiepska infrastruktura. Drogi dojazdowe do Rabki, pozbawionej bezpośredniej komunikacji kolejowej z większymi ośrodkami w Polsce, są w fatalnym stanie. Większość ulic w samej Rabce nie ma twardej nawierzchni, co - jak zauważają wizytatorzy z Krakowa - "przy większym ruchu pieszym lub kołowym albo podczas wiatrów powoduje powstawanie tumanów kurzu, tak szkodliwego dla zdrowia dziatwy leczącej się z powodu cierpień przede wszystkim pochodzenia gruźliczego"[5]. Wiosną te same ulice toną w błocie. Brakuje też placów zabaw i zieleni, niewiele jest zadrzewionych ulic.
Szczególnie zaś brakuje dorosłych, którzy mogliby się dziećmi zajmować. Lekarzy, wykwalifikowanych pielęgniarek, opiekunów i nauczycieli.
2
"Zdrowie i dobro dziecka w sanatorium powinno być dla wszystkich sprawą najistotniejszą. Powinniśmy dołożyć wszelkich starań, by stworzyć dziecku miłą i serdeczną atmosferę, by w czasie jego pobytu w sanatorium zastąpić mu rodziców, względnie opiekunów, i otoczyć je należytą opieką. Dziecko powinno wyczuwać ten nasz serdeczny do niego stosunek, a okres czasu spędzony w sanatorium powinno wspominać mile"[6].
Słowa te wypowiada doktor Stefan Tarnawski, naczelny dyrektor Zespołu Sanatoriów dla Dzieci w Rabce, podczas spotkania z pracownikami: lekarzami, pielęgniarkami, wychowawcami. I nie byłoby w nich nic nadzwyczajnego - to wszak naturalne, że uzdrowisko dla dzieci powinno zapewnić małym kuracjuszom jak najlepsze warunki - gdyby nie fakt, że padają po raz pierwszy dopiero półtora roku od przyjęcia pierwszych pacjentów.
Padają nie bez powodu. Dyrektor Tarnawski, z zawodu pediatra, wie bowiem doskonale, że pod względem "otaczania dzieci należytą opieką" w zespole sanatoriów jest, mówiąc delikatnie, nie najlepiej. Pół roku wcześniej na jego biurko trafiło sprawozdanie z pracy pedagogicznej w podległych mu pięciu sanatoriach. Autorka, Stanisława Rączko, świeżo mianowana kierowniczka na tym odcinku, donosiła: "Personel wychowawczy przeważnie bez kwalifikacji i zacięcia do pracy [...]. Wychowawców niedostateczna ilość. Zdarza się, że na 63 dzieci jest tylko jeden [...]. Dzieci nie mają czasu wypełnionego właściwą treścią, brak książek i pomocy wychowawczych, jak gier, zabawek, materiałów do zajęć itp., wybitnie się odznacza"[7].
Artykuł w "Przekroju" o pierwszych pacjentach rabczańskiego Zespołu Sanatoriów dla Dzieci, 7 marca 1948
Roman Burzyński, Pacjenci nowej Rabki, "Przekrój" 1948, nr 152
Z początku o dzieciach mówi się głównie za pomocą liczb.
Dwieście - tyle leczy się w Zespole Sanatoriów dla Dzieci w Rabce-Zdroju w lutym 1948 roku, kiedy dyrektor Tarnawski ogłasza jego uroczyste otwarcie.
Dziewięćset dziewięćdziesięcioro dziewięcioro - tyle przewinie się przez uzdrowisko od 10 czerwca 1947 roku, gdy rusza pierwsze sanatorium zespołu w willi Wiosna, do stycznia 1949. Pięćset szesnaście dziewczynek i czterystu osiemdziesięciu trzech chłopców.
Używane w stosunku do nich określenia to: "rozmieszczenie" (w sanatoriach), "selekcja" (kandydatów do leczenia), "wyeliminowanie" (chorych na choroby zakaźne). Kolejne "partie" dzieci "odsyła się" i "odbiera", jakby były pakunkami.
Jedno dziecko do lat sześciu równa się jedno łóżko w sanatorium i trzy tysiące kilokalorii dziennie (ośmiolatki i starsze dostają trzy i pół tysiąca, "tyle, co zjadał przeciętnie do spółki Zagłoba z panem Wołodyjowskim" - komentuje prasa[8]).
Na tle kalorii dochodzi do konfliktów. Dzieci widzą, że dostają większe i bardziej urozmaicone posiłki niż opiekunowie, a ponieważ ze względów wychowawczych personel jada razem z nimi, cierpi na tym jego pozycja. Pielęgniarki domagają się od dyrekcji zrównania pożywności posiłków dzieci i dorosłych, gdyż "segregacja wprowadza rozgoryczenie i zniechęcenie do pracy"[9].
Jedno dziecko równa się też pięćset złotych. Wyceniona na czterysta złotych dobowa opłata obejmuje całkowite utrzymanie wraz z praniem, opieką lekarską, pielęgniarską i wychowawczą, badaniami, leczeniem i nauką. Do tego sto złotych taksy klimatycznej - a więc w sumie niemal połowa średniej pensji, za którą w pierwszych powojennych latach trudno cokolwiek kupić, skoro w 1945 roku kilogram czarnego chleba kosztuje dwadzieścia pięć złotych, kilogram słoniny - czterysta, kilogram masła - pięćset i ceny wciąż rosną (zresztą pracownicy często dostają wówczas ekwiwalent w naturze: w postaci mąki lub ziemniaków).
Trzydzieścioro, czterdzieścioro dzieci (zależnie od wieku) przypada pod opiekę jednej pielęgniarce i jednemu wychowawcy lub jednej wychowawczyni (przeważają kobiety).
Siedemset dzieci - ośmiu lekarzom, wliczając dyrektora zakładu, rentgenologa i kierownika laboratorium.
3
Zważywszy na ogrom braków, w zasadzie trudno zrozumieć, czemu dorosłym tak bardzo zależy, aby na leczenie do Rabki-Zdroju przyjechało od razu jak najwięcej dzieci. Jak to możliwe, że nie pomyślano zawczasu, że mali chorzy będą potrzebować specjalistów i opiekunów, że dzieciom w wieku szkolnym trzeba zapewnić naukę? I skąd się w ogóle wziął ten zadziwiający upór, żeby właśnie Rabka stała się, i to jak najszybciej, uzdrowiskiem dla najmłodszych?
W baśniach opowiadanych przez dorosłych Rabka jest nim od zawsze, niczym poczciwa babcia Rabcia witająca z otwartymi ramionami kolejne pokolenia malców. Uśmiechnięta staruszka w regionalnym stroju, jaki w tych okolicach wkłada się już tylko od święta i do zdjęć, wyszła z wojny pokiereszowana i słaba, ale spokojnie, czuje się coraz lepiej. Mogłaby urządzić wszystko jak należy i przygarnąć całą dziecięcą gromadę, gdy już będzie naprawdę gotowa, lecz na drodze staje jej zła czarownica gruźlica, mówią dorośli. To właśnie ona, w Polsce po II wojnie światowej zabijająca najwięcej osób, jest winna pośpiechowi. Nawet w pobliskim Krakowie, gdzie nie ma przecież warunków wyjątkowo sprzyjających rozwojowi chorób płuc, lekarze stwierdzają zmiany gruźlicze u trzydziestu dwóch procent dzieci szkolnych i dwudziestu procent przedszkolaków, a na Śląsku statystyki wyglądają o wiele gorzej. Władze nie mają innego wyjścia, jak tylko rozejrzeć się za miejscami, w których można by szybko zlokalizować sanatoria wyspecjalizowane w walce z podstępną wiedźmą.
I wtedy w Rabce zjawia się najprawdziwszy Święty Mikołaj. Przyjeżdża, a jakże, w grudniu 1945 roku, co prawda nie z dalekiej Północy, lecz z kojarzącej się równie baśniowo Szwajcarii, kraju gór, krów i prawdziwej czekolady. Raymond Courvoisier, bo o nim mowa, jest szefem tamtejszej misji rządowej, która stawia sobie za cel pomoc państwom poszkodowanym przez wojnę. Powołana z końcem 1944 roku organizacja Don Suisse, w pełnej nazwie Don suisse pour les victimes de la guerre (Dar Szwajcarii dla ofiar wojny), wsparła już Polskę dostawami leków, a teraz chce zaopatrzyć w niezbędny sprzęt i leki szpitale, sanatoria i domy dziecka. Pozostaje tylko pytanie, które placówki wybrać. Pomocą w odpowiedzi ma być właśnie wizja lokalna, na którą wysłano Courvoisiera.
Gościa ze Szwajcarii przyjmuje w Rabce dwóch mężczyzn: trzydziestojednoletni Zdzisław Olszewski, który nie mógł się już doczekać tego spotkania, i starszy od niego o kilka lat rabczański meteorolog Czesław Trybowski. Obaj liczą się w Rabce ze względu na rodzinne koneksje, wykonywaną pracę i wojenne zasługi. Trybowskiemu, który niedawno wrócił z Auschwitz, miejscowi są wdzięczni przede wszystkim za to, że pracując podczas okupacji w biurze meldunkowym, wystawiał fałszywe dokumenty chroniące przed wywózkami na roboty. Współpracował też z AK-owską partyzantką. Olszewskiemu pamiętają ratowanie chorych na czerwonkę i pomoc lekarską dla "leśnych" i rozumieją, że dla niepoznaki i dobra uzdrowiska wstąpił ostatnio do Polskiej Partii Robotniczej.
Obaj wiedzą doskonale, że Rabka, ze względu na lecznicze źródła i sprzyjający klimat, znajduje się wśród kilku lokalizacji, które rząd bierze pod uwagę jako przyszłe centra leczenia gruźlicy dziecięcej. A pod koniec wojny przybył dodatkowy atut: powstał szpital, którego do tej pory w miejscowości brakowało, bo uruchomiony przez hitlerowców punkt izolacyjny dla chorych na czerwonkę rozrósł się podczas jej epidemii do rozmiarów porządnej kliniki. Dyrektorem i naczelnym lekarzem szpitala jest właśnie Olszewski, a jego prawą ręką - Trybowski w roli kierownika administracyjnego. Szybko znajdują z gościem wspólny język. Courvoisier jest pod wrażeniem, gdy dowiaduje się, że w Rabce przed wojną działało dwadzieścia zakładów leczniczych i ponad sto pensjonatów. Infrastruktura uzdrowiskowa jest co prawda w opłakanym stanie, ale przecież to zrozumiałe, w Polsce niedawno skończyła się wojna.
Gospodarze pokazują Courvoisierowi, co poniszczyli hitlerowcy, a co uratowano. Większość okazałych sanatoriów oraz prywatnych willi, które ogląda teraz szwajcarski wysłannik, może być wkrótce do dyspozycji Don Suisse. Zwłaszcza że jeśli Szwajcarzy podarują sprzęt, należy się spodziewać napływu rządowych pieniędzy. Prywatni właściciele budynków, którym dołoży się z państwowej kasy na remonty, chętnie udostępnią domy na potrzeby dzieci, zapewniają Olszewski z Trybowskim.
- Możemy kompletnie wyposażyć sanatorium na sześćset łóżek - deklaruje Święty Mikołaj i jak przystało na rzeczowego Szwajcara, przedstawia do wyboru kilka wariantów wsparcia.
Wstępny plan Miasta Dzieci, najpewniej autorstwa Zdzisława Olszewskiego
Archiwum Narodowe w Krakowie, Oddział w Nowym Targu
Pomysł stworzenia w Rabce dużego ośrodka leczenia gruźlicy u dzieci podchwytuje minister zdrowia Franciszek Litwin, który przyjeżdża na miejsce latem kolejnego roku. Powołuje komitet, który ma się zająć organizacją Zespołu Sanatoriów dla Dzieci pod egidą Don Suisse. Cel: przejęcie i spożytkowanie darów ze Szwajcarii. Przewodniczącym zostaje Olszewski, sprawami administracyjnymi kieruje Trybowski. Biorą się od razu do roboty - trzeba wytypować budynki, które wejdą w skład przyszłego sanatorium, doprowadzić do ich remontu, wyposażyć je, skoordynować prace. A przede wszystkim opracować zasady, na jakich będzie przebiegać kuracja.
Gdyby obaj mogli opowiedzieć własnymi słowami tę historię, pewnie przyznaliby, że trochę poniósł ich optymizm. Właściciele prywatnych pensjonatów może i byliby skłonni do udziału w przedsięwzięciu, jeśli pieniądze na remonty zagwarantowano by im na piśmie. Tego komitet zrobić nie może, bo środki przydziela Warszawa. A konkretnie dwa najbardziej zaangażowane ministerstwa - zdrowia i oświaty. Oba resorty dopiero czekają na przyznanie im kredytów. Rabczanie też czekają, ale do czasu; widząc, że pieniędzy jak nie było, tak nie ma, przyjezdni zaś zaczynają dopytywać o kwatery na zbliżający się sezon letni, decydują się wziąć sprawy we własne ręce i sami remontują swoje budynki, by zarabiać na kuracjuszach. Pula dostępnych miejsc, które można by przeznaczyć dla chorych dzieci, topnieje. Do wzięcia będą więc tylko te wille, które pozostają w dyspozycji różnych państwowych instytucji - o ile te wyrażą zgodę. Tymczasem wcale się do tego nie kwapią. Weźmy Lotos - eleganckie sanatorium powstałe w drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku ze składek kolejarskiej organizacji Rodzina Kolejowa, które po remoncie mogłoby przyjąć co najmniej dwustu małych pacjentów. Tyle że jego właściciel - resort komunikacji - nie chce udostępniać miejsc dzieciom rodziców spoza branży. To samo z równie dużym Oficerskim Domem Wypoczynkowym należącym do Ministerstwa Obrony Narodowej.
Broszura z lat trzydziestych reklamująca Rabkę - międzynarodowo - jako raj dla dzieci, wydana przez Towarzystwo Krzewienia Narciarstwa w Krakowie
Biblioteka Narodowa
I wtedy szwajcarski Święty Mikołaj wyciąga też rózgę.
- Nie możemy przyjąć do zespołu domów Związku Zawodowego Kolejarzy ani Ministerstwa Obrony, bo reprezentują interesy dzieci tylko dwóch grup pracowników - mówi Courvoisier. - Niech dzieci kolejarzy i wojskowych korzystają z tych sanatoriów tylko w pewnym procencie, takim, jaki odpowiada liczbie tych dzieci w stosunku do ogółu dzieci w Polsce.
Demokratyczne postawienie sprawy nie podoba się władzom. Stanowisko przedstawicieli świata pracy należy traktować z szacunkiem. Nie będą nam obcokrajowcy dyktować, jak mamy prowadzić polskie uzdrowisko. Komitet decyduje się nie zrywać całkowicie współpracy z Don Suisse, chce przygotować dla przedstawicieli organizacji wykaz konkretnych potrzeb, "jednak z uwagi na mgliste w dalszym ciągu jej obietnice prowadzić swe dalsze prace bez oglądania się na niepewną pomoc"[10]. Kontakty na linii Polska-Szwajcaria w sprawie wyposażenia uzdrowiska na pewien czas zamierają, trwają natomiast negocjacje (już bez udziału Szwajcarów) z właścicielami budynków na temat tego, który resort może udostępnić zespołowi jaką liczbę miejsc i czego oczekuje w zamian. Bo babcia Rabcia jest niby dla wszystkich dzieci, ale każdy chciałby zapewnić miejsce na babcinym przypiecku tylko dla swoich.
Idea Miasta Dzieci przyjęła się jednak i rośnie w najlepsze.
- Sprawmy, żeby Rabka stała się ustawowo miastem dzieci, i wyeliminujmy stąd w ogóle pensjonaty dla dorosłych! - zapala się dyrektor Naczelnego Komisariatu do spraw Walki z Gruźlicą w Polsce, snując wizje pozyskania tym sposobem kolejnych kilku tysięcy cennych łóżek.
Liczba łóżek jest zdecydowanie sprawą najistotniejszą. Trwa gorączkowe przeliczanie, żeby uzbierać sześćset miejsc ustalonych ze Szwajcarami. Jeśli uda się dobić targu z Ministerstwem Komunikacji, to będzie ich już dwieście sześćdziesiąt, do tego dwieście od wojskowych, sto pięćdziesiąt w wyremontowanym Domu Kuratorium Poznańskiego, w domu PCK drugie tyle, ale może udałoby się na wszelki wypadek pozyskać dodatkowe miejsca w mniejszych willach? - zastanawiają się urzędnicy. Ostatecznie kolejarze oddają dziesięć procent miejsc u siebie w zamian za taką samą liczbę łóżek dla dzieci pracowników kolei w sanatoriach innych ministerstw. Resort obrony przekazuje zaś czasowo swoje budynki bez dodatkowych warunków - podziękowaniom dla jego hojności nie będzie końca.
Oczywiście wszyscy wiedzą, że dzieci powinny mieć też fachową opiekę, a ponieważ przebywają w sanatorium nawet po kilka miesięcy - także możliwość nauki. O potrzebie zorganizowania w Rabce szkoły dla małych rekonwalescentów mówi się już od pierwszych spotkań. Potem jednak wielostronne i długotrwałe targi o miejsca absorbują dorosłych na tyle, że sprawa schodzi na dalszy plan.
Gdy Zespół Sanatoriów dla Dzieci w Rabce-Zdroju otwiera się oficjalnie 15 lutego 1948 roku, do dyspozycji ma jedenaście budynków. Władze dochodzą też do porozumienia ze Szwajcarami. Staje na tym, że Don Suisse dostarczy podstawowy sprzęt: cztery aparaty Roentgena, elektrokardiograf, dwa aparaty do nagrzewania, fachowo: diatermii, trzy lampy kwarcowe, parę krótkofalówek, wyposażenie gabinetu dentystycznego, leki, materiały opatrunkowe, środki odżywcze. Wyposaży też salę operacyjną, laboratorium i sanitarkę. Nawet jeśli to wciąż nie dość, zaczynają. "Pokazują nam wszystko i ciągle mówią: mało lekarzy, mało pielęgniarek, mało nauczycieli, mało miejsca dla dzieci - donosi z Rabki, "republiki skrzatów" reporter "Rzeczpospolitej". - To, co państwo widzą, powstało w ciągu paru miesięcy. [...] I znów przypominają mi się słowa wojewody Pasenkiewicza o tym nowym punkcie, który powstanie na mapie Polski: Rabka - Miasto Dzieci. Piszę to z dużych liter - całkiem świadomie"[11].