1
Sobota, 13 października 1951
Leżały równo niczym elementy rusztowania, oświetlone przez mocne
reflektory lokomotywy. Cały kwintet ciał na zaśnieżonych torach. Stopy
razem, ramiona ułożone schludnie przy tułowiu, głowy lekko obrócone w bok. Jakby śmierć poprosiła ich wszystkich, aby grzecznie stanęli do
niej w kolejce, oni zaś wykazali się stosownym zdyscyplinowaniem.
Rewol Rossel, porucznik leningradzkiej milicji, zaciągnął się papierosem
i wypuścił krąg szarego dymu. Przyglądał się miejscu zbrodni z wystudiowaną obojętnością. Dawno przeszło to u niego w nawyk. Ta
beznamiętna maska wciąż - a miał już trzydzieści cztery lata - chroniła
go przed wysyłką do łagru. "Mężczyzna winien mieć dwie twarze, Rewolu",
powiedział mu kiedyś ojciec, znacząco mrugając okiem. "Jedną własną,
drugą dla świata". Wówczas żaden z nich nie pojmował jeszcze, jak ważna
to była rada. W Związku Radzieckim nawet tak drobne sprawy mogły
zdecydować o przeżyciu. A jeśli do tego mieszkało się w Leningradzie,
który Stalin traktował szczególnie podejrzliwie...
Rossel siedział na przednim fotelu moskwicza, słyszał jego poświstujący
silnik. Po lewej, za spłachciem głębokiego śniegu, miarowo posapywał
czarny parowóz. Za podczepionymi do niego wagonami towarowymi las
dochodził pod same tory. Przed lokomotywą jednak przecinały je inne
szyny i linia drzew się cofała, tworząc małą polanę.
- Dobra, towarzysze. Pora zająć się sprawą.
Szczęknęły drzwiczki. Wszyscy wysiedli i ruszyli przez kopny śnieg,
wysoko unosząc nogi. Mieli na sobie płaszcze mundurowe z insygniami
milicji, pod spodem zaś każdy nosił, co mógł - takie czy inne swetry,
spodnie, grubą bieliznę. Regulaminowe umundurowanie nie sprawdzało się w tak mroźne noce. Już kilka godzin wcześniej podali w radiu, że
temperatura spadła do minus dwudziestu siedmiu stopni. "Ziąb taki, że
człowiek sika soplami", stwierdził kiedyś sierżant Graczow, który co
rusz wracał do wojennych wspomnień. Zwłaszcza do tego, jak w drodze do
Berlina zarżnął jakichś Francuzów z 33. Dywizji Waffen-SS.
Obok parowozu stało dwóch przemarzniętych i chyba dość zagubionych
mężczyzn. Rossel spojrzał w prawo. Tor przecinający główną linię
wybiegał spomiędzy drzew pod kątem czterdziestu pięciu stopni, przez
kilkadziesiąt metrów ciągnął się następnie równolegle aż do miejsca,
gdzie widać było rozjazdy. Za nim znowu skręcał między sosny.
Jeden z mężczyzn stojących obok parowozu wyszedł im na spotkanie. Pewnie
maszynista. Miał na sobie grubą kufajkę narzuconą na roboczy kombinezon
i futrzaną czapę, spod której nie było mu prawie widać oczu. Śmierdział
palonym węglem.
- Co was zatrzymało? - burknął.
Rossel zignorował pytanie i spojrzał na tego drugiego, milicjanta z miejscowego posterunku. To pewnie on dzwonił. Był niski, chudy i wyglądał jak przestraszone zwierzątko. Na oko dwadzieścia kilka lat, ale
bardziej chłopiec niż mężczyzna.
Obaj mieli ponure twarze. W sumie nic dziwnego. Maszynista myślał pewnie
tylko o tym, żeby zepchnąć wreszcie te ciała z torów i do diabła z nimi.
Ale chłopak był zbyt przerażony, żeby cokolwiek tknąć. Czekał, aż zjawi
się ktoś z góry i przejmie ten bałagan.
- No, co was zatrzymało? - powtórzył maszynista.
Rossel spojrzał na niego i odparował:
- Przejechać pięćdziesiąt kilometrów o czwartej nad ranem, w zamieci, w której lis polarny by się zgubił, to nie w kij dmuchał.
Śnieg padał od trzech dni, choć była dopiero połowa października.
Ostatni raz coś takiego zdarzyło się w 1942 roku, na początku oblężenia
Leningradu. Nawet milicja miała problemy z wyjazdem poza miasto,
samochody ledwie trzymały się drogi.
Ludzie Rossela poszli przyjrzeć się ciałom. Pochylali się na trupami,
ale żadnego na razie nie dotykali.
- I jak to było? - spytał Rossel. Kilkaset metrów dalej ciągnęła się
linia brzegowa jeziora Ładoga, obecnie w części już zamarzniętego.
Rosselowi przyszło na myśl, że ci ludzie mogli być wędkarzami. Siadali
tacy przy przeręblu, moczyli kije i pili. A gdy mieli już dość, wracali
torami, podtrzymując się nawzajem. I czasem coś nie wychodziło i wszyscy
zamarzali.
- Leżeli już tak, gdy ich zobaczyłem - powiedział maszynista. - Pług
śnieżny przeszedł tędy wczoraj, ale i tak nie jechałem szybko. Dość
wcześnie ich dostrzegłem.
- Kara za wprowadzenie w błąd funkcjonariusza... - zaczął Rossel.
Kolejarz splunął i pokręcił głową.
- Sami im się przyjrzyjcie - rzucił. - Wszystko będzie jasne.
Parowóz zasapał gwałtownie, jakby dostał czkawki.
- Co wieziecie? - spytał Rossel.
- Węgiel. Złom. Dwadzieścia wagonów.
Dobrze, że taki skład udało się zatrzymać. Niewiele by z tamtych
zostało, gdyby się po nich przetoczył.
- To jest główna linia? Dlaczego nikt nie trafił na nich wcześniej?
- Ostatni pasażerski chodzi tędy o jedenastej - odparł maszynista,
przecierając oczy. - Ale nie wiem, czy wczoraj szedł. Nowe diesle nie
wyrabiają na takim mrozie. Mój towarowy był pierwszy tej nocy. Jeden
idiota przeciążył mi wagon przy załadunku i wszystko siadło. Dwie
godziny robiliśmy z tym porządek.
Wymamrotał jeszcze coś o kotle i zaworach i wskazał parowóz. Że niby
musi, ale głupio mu pytać o pozwolenie. Rossel wzruszył ramionami i kolejarz wyszedł z kręgu światła.
Dzieciak z miejscowego posterunku spojrzał teraz na Rossela, jakby
oczekiwał rozkazów. Był tylko szeregowym funkcjonariuszem.
- Gdzie są wszyscy? - spytał go Rossel.
- Wzięli ich.
- Mam na myśli twoich kolegów. Dlaczego jesteś tu sam?
Chłopak spojrzał na śnieg.
No nie, wolne żarty, pomyślał Rossel.
- Naprawdę wszystkich?
Tamten skinął głową.
Kurwa mać. Bezpieka zrobiła sobie żniwa w milicji. Zresztą jak wszędzie.
W wojsku i innych służbach, nawet we własnym czekistowskim towarzystwie.
Gdy ktoś wkładał mundur w takich czasach, mógł oberwać szczególnie
boleśnie. Ale żeby zwinęli cały prowincjonalny posterunek? Milicja
istniała po to, by utrzymywać jakiś tam porządek publiczny, ale
dyscyplinę społeczną wymuszały rady robotnicze i sądy ludowe, a nawet
świat przestępczy. Do milicji brali teraz wszystkich, bo to prosta
robota - wystarczy wykonywać polecenia. Więc i zbirów było w niej coraz
więcej. Zbiry jednak nie nadają się na kontrrewolucjonistów.
Rossel spojrzał na ciała i spróbował zebrać myśli.
Maszynista nocnego pociągu towarowego zatrzymał skład, bo zobaczył, że
coś leży na torach. Wysiadł i podszedł obejrzeć przeszkodę. Pewnie
myślał, że to przewrócone drzewa. Albo że inny pociąg zgubił coś z ładunku. Ale nie.
Zawiadomił więc najbliższą stację, a stamtąd zadzwonili na milicję.
Najpewniej na najbliższy posterunek. Ale tam był tylko ten szczaw, który
spojrzał na rozpiskę na ścianie i wezwał ludzi z głównego zarządu
śledczego w Leningradzie. Gdzie trafił na dwóch sierżantów, Graczowa i Taniejewa, którzy mieli akurat nocną zmianę. No i Graczow zadzwonił
zaraz do mnie. A ponieważ ten drań zawsze kombinuje, jak najbardziej
namieszać w zgodzie z regulaminem, wyrwał z łóżka jeszcze kapitana
Lipuchina, chociaż wiedział, że ten będzie miał o tej porze łeb jak
bania.
No, i mamy teraz, co mamy. Ponad pięćdziesiąt kilometrów za obszarem
naszej jurysdykcji, pośrodku niczego. Z miejscową milicją załatwioną
konkursowo przez bezpiekę.
Rossel wiedział, że nie należy pytać, co tam się stało. Lepiej pilnować
swoich spraw.
Zostawił nieszczęsnego młodzika i ruszył do swoich ludzi. Pokonawszy wał
śnieżny pozostawiony wzdłuż torów przez pług, trafił na kapitana Ilję
Lipuchina.
- Co mamy, szefie? - zapytał.
Lipuchin spojrzał na niego melancholijnie. Jak często ostatnio, miał
przekrwione oczy i zalatywało od niego wódką.
- Morderstwo - odparł Lipuchin. - Robota maniaka.
I zwymiotował.
2
- Numer pierwszy. Zamrożona. Porządnie, na kość. Jak ten chleb, co nam
go wydawali w Ósmej Gwardyjskiej. Zęby można było na nim połamać.
Sierżant Graczow odgarnął trochę śniegu z ciała.
- Skóra zdarta z twarzy, część zębów wyrwana albo wybita. Odcięte
dłonie.
Na widok osobliwie uśmiechniętego trupa Lipuchin odwrócił się i zakaszlał wściekle. Po chwili wciągnął głęboko powietrze. Rossel był
pewien, że kapitan pozbył się już z żołądka resztek alkoholu. Wyraźnie
było z nim coraz gorzej.
- Popatrz, co ma na sobie - ciągnął Graczow. - Wygląda jak Królowa
Śniegu, ale ubranie nie zesztywniało od mrozu. Ktoś ubrał ją już po
śmierci.
Zbyt niska. Za chuda. To nie była ona. Rossel ponownie, który to już
raz, poczuł jakby ulgę. Przy każdej denatce obawiał się zawsze, że to
będzie Gala. I zawsze się upewniał, że to nie ona.
Pochylił się i przyjrzał czerwonej sukni dziewczyny. Aksamitna.
Graczow miał rację. Wyglądała na drogą.
- Co ona ma w gardle? - Wskazał palcem. - Sopel?
Rzeczywiście tkwiło tam coś cienkiego i długiego, co lśniło jak lód.
Graczow zdjął rękawiczkę, stuknął w to paznokciem i zaraz ponownie okrył
dłoń.
- Szkło - powiedział.
Pochylił się i przekręcił przy tym głowę, aż spadła mu czapka,
odsłaniając pokrytą bliznami ogoloną czaszkę.
- Szklana rurka. - Spojrzał na pozostałe cztery ciała. - Wszyscy takie
mają. Różnej wielkości, ale wszyscy, towarzyszu poruczniku.
Rossel wyprostował się i zatarł skostniałe dłonie.
- Szkoda, że to nie sople, sierżancie. Wtedy wszystko byłoby jasne.
Magia Królowej Śniegu. Sprawa zamknięta już na wstępie. Towarzyszu
Taniejew?
Sierżant Taniejew był milicyjnym weteranem, do emerytury zostało mu już
tylko kilka tygodni. Co rusz błyskał fleszem, wykonując kolejne zdjęcia
zlodowaciałej arystokratki. Ręce miała równo ułożone przy bokach, ciało
spoczywało prostopadle do szyn. Jej głowa znajdowała się dokładnie
pośrodku torowiska.
Rossel wyjął kolejnego biełomora. Ścisnął tekturkę, która służyła jako
prymitywny filtr. Zapalił i zaciągnął się ostrym dymem.
- Numer drugi - powiedział Graczow, naciągając czapkę. Podszedł do zwłok
i też częściowo zgarnął z nich śnieg. - Ten był popem. Także zamarznięty
na kość. Jak pewnie wszyscy. Brak skóry na twarzy i zębów. Odcięte
palce. I zobaczcie jeszcze to - dodał.
Rossel głęboko się zaciągnął.
Pop miał rozcięte gardło. Ktoś pozbawił go krtani, która leżała teraz
poniżej szyi, tuż obok dużego złotego krzyża. Na bezlicej głowie ciągle
tkwiło cylindryczne nakrycie głowy. To ciało także leżało prostopadle do
toru, ale z głową opartą na szynie. I pewnie już mocno przymarzniętą do
stali.
Taniejew podszedł do trupa i bez ostrzeżenia strzelił zdjęcie. Błysk
flesza oślepił ich na chwilę, odbity od czystej bieli śniegu. Odsunęli
się odruchowo. Sierżant Graczow zaklął od serca.
- Zdurniałeś, Taniejew? Za Eisensteina tu, kurwa, robisz?
Rossel przyklęknął w głębokim śniegu na jedno kolano i mrugając
intensywnie, czekał, aż zobaczy coś więcej niż jasny ślad plątaniny
naczyń krwionośnych swojej siatkówki. Przelotnie zastanowił się przy
tym, jakim cudem Taniejewowi udało się przesłużyć tyle lat w milicji bez
żadnego pechowego wypadku. Albo dlaczego nikt go nie zadenuncjował do
bezpieki.
Obejrzał się na pociąg. Widział tylko blask reflektora lokomotywy, poza
tym wkoło zdawała się zalegać całkowita ciemność. Coś jak ten wybór, z którym musiał się zmierzyć. Albo oślepiający blask, albo kompletna
czerń. Rossel nie był religijny, w sumie nawet stronił od religii. Duży
w tym udział mieli nauczyciele z państwowego sierocińca w Kostromie.
Trafił do bidula, gdy tajniacy przyszli po jego rodziców, tam zaś
nauczono go czcić wyłącznie Marksa i Lenina. Jako nastolatek wstąpił
nawet do Związku Wojujących Bezbożników. Za nimi była już tylko ściana.
Powtarzał wtedy, jak go nauczono, że "walka z religią to walka o realizację planu pięcioletniego". Ale teraz poczuł się dziwnie. To
miejsce zbrodni było odmienne od wszystkich, które widział. Ciała
ułożone schludnie na torze, posępny zimowy krajobraz, jękliwy szum
dmącego od Ładogi wiatru. Głębokie zaspy i trupy. Całkiem jak podczas
blokady Leningradu. Wtedy właśnie, już lata temu, podczas zamieci,
ostatni raz widział twarz swojej siostry Gali. Niewiele brakowało, żeby
się przeżegnał.
Przeszli do kolejnych zwłok. Te były pomarszczone, jakby należały do
kogoś starego.
- Numer trzeci - odezwał się Graczow. - Jak widać, ten jest całkiem
nagi. Potraktowano go podobnie jak tamtych, ale ktoś zadał sobie nieco
dodatkowej roboty. Odgarnąłem już trochę śniegu wkoło niego i znalazłem
kilka smaczków. To chyba jest jego serce... - Wskazał brunatny kawałek
tkanki przy boku. - A obok jaja. Ale kutasa mu zostawili. Szczęściarz!
Zwłoki leżały na obu torach szlaku. Trzy z głowami na szynach, pozostałe
- pośrodku toru.
Rossel odstąpił od ciała numer trzy i rozejrzał się wkoło. Był wściekły
na siebie. Zmarznięty i niewyspany myślał z początku, że trafiła im się
zwykła sprawa, jeden z tych wypadków po alkoholu. Dziewięć na dziesięć
takich spraw zaczynało się od chlania. Chyba że mieli do czynienia z robotą bezpieki, która akurat chciała kogoś usunąć po cichu. W takich
razach robiło się bez słowa swoje, zadając same niewłaściwe pytania.
Albo nawet nikogo o nic nie pytając. Denaci trafiali do prosektorium, a w aktach pojawiała się jakaś fikcyjna przyczyna śmierci.
Ale tu było inaczej. Żadnych śladów krwi. Brakło twarzy, ale nie
dostrzegł ran wylotowych. Nie był to więc skutek strzału w tył głowy,
jak zwykli załatwiać sprawy czekiści. Nie było też sznurów, którymi
zazwyczaj krępowali ofiarom nogi i ręce.
Robota maniaka? Może i tak. Może Lipuchin miał rację.
A oni już wszystko tutaj zadeptali. Żaden nie sprawdził wcześniej, czy
nie było śladów innych ludzi. Tych, którzy musieli przynieść tu ciała.
Rossel spojrzał w drugą stronę, tam gdzie widać było bocznicę. Swoją
drogą, dokąd ona prowadziła? Ale tam nie było żadnych śladów. Nic nie
sugerowało, żeby ktoś przeciągał ciała z lasu. Nie było też odcisków
opon.
- O której przestało padać?
Przechodzący do czwartego ciała funkcjonariusze zatrzymali się.
Spojrzeli na siebie.
- Gdy wychodziłem na zmianę, śnieg jeszcze sypał - powiedział Graczow. -
Potem siedziałem z głową w papierach, ale wydaje mi się, że wtedy też
jeszcze padał.
Odwalał papierkową robotę? Od ósmej wieczorem do drugiej w nocy? Rossel
niezbyt w to wierzył. Sierżant Graczow uwielbiał wychodzić z gabinetu na
dymka, żeby filować przy tym na prostytutki, które trafiały w nocy na
komisariat. Co rusz wybierał sobie jakąś do zgwałcenia.
- Kiedy kładłem się spać, śnieg ciągle padał - powiedział Lipuchin. - To
musiało być chyba około dziesiątej.
Rossel dostrzegł uśmiechy na twarzach Graczowa i Taniejewa. Chcieliście
powiedzieć, towarzyszu - mówiły - że koło dziesiątej osunęliście się pod
stół?
Tak czy owak, nikt z nich dokładnie nie wiedział, jak długo sypało.
Możliwe, że przestało dopiero między drugą a czwartą nad ranem. Tego
roku zima nadeszła wyjątkowo wcześnie i padało tak, jakby Bóg chciał
pogrzebać świat. Teraz śnieg sięgał im dobrze powyżej kolan. Ci, którzy
podrzucili ciała, nie musieli się o nic martwić. Było tak, jakby spadły
tu z nieba.
Czwarty trup również należał do mężczyzny. Tyle że młodszego. Był lepiej
zbudowany, nie miał obwisłej skóry. Ponad dwadzieścia lat, ale na pewno
nie więcej niż czterdzieści, pomyślał Rossel. Trup był nagi i okaleczony
podobnie jak ten trzeci. Choć nie tak samo.
- Tym razem jaja są na miejscu - zauważył Graczow z krzywym uśmiechem. -
Ale spójrzcie na jego wyposażenie. Jeśli w niebie dalej można się
pieprzyć, to tamtejsze dziwki będą mokre na sam widok tego zucha.
Ostatnie ciało. Rossel odpalił kolejnego papierosa od poprzedniego i mocno ścisnął tekturowy filtr.
- Cholera - odezwał się Graczow. - Kurwa mać.
Rossel spojrzał na sierżanta, który klęczał nad zwłokami i zgarniał im
śnieg z głowy.
- Ma granatową czapkę - wyjaśnił Graczow. - Ona jest z MGB.
Zaiste. To była granatowa czapka z czerwoną opaską i czarnym daszkiem.
Typowa dla funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego. Na
rękawach i wyłogach kurtki widać paski, których znaczenia Rossel nie
potrafił odczytać. Na epoletach nic nie było. Widział jednak
zaśniedziałą odznakę przypiętą do kurtki. Wiadomą odznakę z symbolem
miecza.
Podobnie jak u innych, brakło skóry na twarzy, ale widać było oczy,
obecnie pod postacią białych kulek. Graczow obejrzał usta.
- Pasjonat stomatologii zrobił swoje. Zniknął też język.
Poniżej pasa ciało było prawie nagie, tylko z obszernymi figami. Może
były różowe, a może była to tylko sprana czerwień. Dalekie od
wyrafinowania. Niemniej kimkolwiek była ta kobieta, obecnie jej
zniekształcone przez mróz uda nie przypominały nawet ludzkich nóg.
- Trzech mężczyzn, dwie kobiety - powiedział Rossel. - Księżniczka, pop,
nagus bez jaj, nagus z jajami i do tego czekistka.
Graczow wydął policzki.
- Pierdolony jazzband - mruknął pod nosem.
- Jazz jest burżuazyjny, towarzyszu - upomniał go Taniejew.
Spojrzeli na niego. Taniejew ciągle stał z aparatem. Śmiertelnie
poważny, jak zwykle. Z pewnością nie próbował żartować.
Graczow splunął.
- Jak zawsze dziękuję za czujność i przypomnienie o słusznej linii
Partii, towarzyszu - powiedział. - I za zawrócenie nas wszystkich ze
złej drogi, na której...
- Wystarczy, sierżancie - przystopował go Rossel. Gdy Graczow wpadał w taki ton, potrafił się nieźle zagalopować.
Zwykle też ignorował rozkazy, ale tym razem umilkł. Zapewne dlatego, że
na Taniejewie żadna jego filipika nie zrobiłaby już wrażenia. Starszy
funkcjonariusz myślał już tylko o emeryturze i zamierzał dokulać się do
niej bez dodatkowych atrakcji. Zwłaszcza teraz, gdy trafili na kogoś w mundurze MGB i wszystko mogło się zdarzyć.
- Towarzyszu poruczniku, sam nie wiem, jak najlepiej będzie teraz
postąpić - powiedział Lipuchin, podchodząc do Rossela. Odkąd kapitan
pozbył się wódki z żołądka, na twarz wróciło mu nieco kolorów, ale wciąż
jechało od niego terpentyną. Choć był wysoki, musiał unieść głowę, żeby
powiedzieć coś porucznikowi na ucho.
Rossel wiedział, o czym wszyscy myślą. Graczow, który ze swoim
bezczelnym wyrazem twarzy ponownie przykucnął nad kobietą. Taniejew,
który znów gmerał przy aparacie, starający się przeżyć w cieniu ostatnie
tygodnie przed emeryturą. Lipuchin, który wciąż wyglądał jak filmowy
amant, bo alkohol nie zdołał go jeszcze zniszczyć. Tyle że kapitanem był
już tylko z nazwy - tak naprawdę jedynie wykonywał rozkazy.
Wszyscy oni zastanawiali się, czy można by jakoś pominąć tę w mundurze
MGB...
Wiatr znów zaczął okrywać trupy śniegiem. Parowóz wciąż oświetlał je z dala, maszynista przytupywał w grubych walonkach, lokalny szczaw
wpatrywał się w swoje buty.
Rossel postukał kciukiem w palce lewej dłoni, a raczej to, co z nich
zostało. Zwykle tak robił, gdy chciał coś przemyśleć. Kikuty były
pamiątką po spotkaniu z czekistami, jak wciąż ich nazywano. Rossel
wiedział, że nie sposób przed nimi niczego ukryć. To nigdy się nie
udawało. W sumie dziwił się nawet, że jeszcze tu nie dotarli. Taka
sprawa to w końcu ich działka. I nie, nie będzie żadnych pośpiesznych
pogrzebów. Niczego nie pominą. Ciała trafią do Leningradu, gdzie
zostanie wszczęte regularne dochodzenie. I potrwa ono do chwili, gdy MGB
położy na nim łapę. Tak jak na czterech pechowych milicjantach, którym
przypadła ta sprawa.
On jednak nie mógł sobie pozwolić na kolejne spotkanie z MGB. Już
poprzednie mogło być ostatnim.
Uniósł głowę.
Może naprawdę udałoby im się z tym wszystkim uporać, gdyby skupili się
tylko na Królowej Śniegu? Jakieś łatwe aresztowanie, dużo gadania o jej
legendarnym temperamencie i całkiem jawnych rojalistycznych sympatiach...
- Niech ten chłopak znajdzie dla nas jakąś ciężarówkę - odezwał się w końcu rozkazującym tonem. - I garnek wrzątku z parowozu. Musimy jakoś
oderwać tamtego...
Graczow uniósł nogę i kopnął głowę popa.
- Wrzątku już nie trzeba - powiedział.
3
Graczow i Taniejew zostali, żeby dopilnować załadunku ciał na ciężarówkę
ZiS-5, grata z demobilu, którą miejscowy milicjant zorganizował skądś po
godzinnych poszukiwaniach. Była to jedyna użyteczna rzecz, jaką zrobił
tej nocy. Taniejew strzelił jeszcze ze dwadzieścia zdjęć trupów, które w końcu owinięte brezentem trafiły na platformę. Graczow miał rację - były
zamarznięte na kość, ale dziwnie lekkie. Zwykle ciężko było ruszyć
zwłoki, o czym cała ekipa już nie raz się przekonała, ale nie tym razem.
Rossel i Lipuchin wrócili tymczasem do moskwicza. Porucznik poczekał za
kierownicą, aż kapitan zeskrobie lód z wewnętrznej strony przedniej
szyby. Osiadł tam od ich oddechów. Ale i do tego przywykli. W schowku na
desce rozdzielczej mieli co trzeba, żeby się z tym uporać, czyli
nadłamaną drewnianą łyżkę i stare egzemplarze "Prawdy" i "Sowietskogo
Sporta".
Przez pierwsze pół godziny jechali w ciszy. Słychać było tylko silnik i tarcie opon o śnieg. No i skrobanie Lipuchina, bo lód znów zaczął
porastać szybę. Samochód zaś co chwila próbował zdryfować z białej drogi
i Rossel nieźle się pocił za kierownicą.
Bliżej miasta było już łatwiej, śnieg został tu już trochę rozjeżdżony.
- Jakieś przemyślenia? - spytał w końcu Lipuchin.
- Nic wartego wzmianki, towarzyszu kapitanie.
Lipuchin się uśmiechnął.
- Mam na myśli tę sprawę.
Rossel wzruszył ramionami.
- Dziwnie porządny ten maniak - powiedział. - Ułożył te ciała jak w kolejce do teatru. Szaleństwo to zwykle chaos. Irracjonalne działania. A tu jest inaczej.
- Wyrwał im zęby i zdarł skórę z twarzy - przypomniał Lipuchin. - To nie
jest normalne. Musi być walnięty.
- Może chciał po prostu ukryć ich tożsamość - odparł Rossel. - To mogło
być przemyślane i celowe.
Lipuchin chrząknął i od niechcenia poskrobał szybę łyżką.
- On czy oni? - spytał po chwili.
- Tego jeszcze nie jestem pewien. A wy?
Kapitan zawahał się.
- Nie wiem - odpowiedział w końcu. - Chociaż oprawienie tych wszystkich
ciał to trochę za dużo roboty na jednego człowieka.
- Zatem dwóch mężczyzn - zasugerował Rossel. - Przywieźli zwłoki
ciężarówką i ułożyli na torach. Sporo przed przejazdem pierwszego
pociągu. Potem śnieg zasypał ich ślady i prawie przykrył ciała. A jeszcze później nadjechał nasz towarowy.
- Tak, może dwóch. Ale pewności bym nie miał. No i dlaczego? Dlaczego
tak to urządzili? Dziwna kombinacja. Jak to niby mogło wyglądać? -
Uniósł rękę i pociągnął łyk z wyimaginowanej butelki. - Pojedziesz ze
mną nad Ładogę? Mam kilka trupów do ułożenia na torach - dodał przepitym
głosem.
- To może mieć sens. W sumie nawet dość oczywisty.
- Znaczy jaki?
- Nie chciałem o tym mówić przy Graczowie i Taniejewie. Zwłaszcza
Graczowie. On by własną matkę sprzedał za kopiejkę.
Lipuchin skinął głową.
- Z drugiej strony Taniejew jest dość pozbierany - odparł kapitan. -
Rozsądku miewa więcej niż my wszyscy. Sugerujecie więc, że to robota
czekistów? Ale po co mieliby tak mordować kogoś ze swoich?
Pytanie miało sens, ale nie do końca. Czekiści, co oznaczało w praktyce
nie tylko MGB, ale także OGPU i NKWD, od wielu lat likwidowali z wielkim
entuzjazmem szpiegów, sabotażystów, faszystów, pisarzy, księży, kułaków,
trockistów, muzyków, generałów, lekarzy, milicjantów. Jak wszystkich,
którzy posługiwali się jakimś językiem obcym albo choć raz byli za
granicą. Czyli tak zwany element antyradziecki.
Rossel poszukał jakiejś w miarę dyplomatycznej odpowiedzi.
- Nie byłby to pierwszy raz - zaryzykował.
Lipuchin pokręcił głową.
- Nie wydaje mi się. Nie w pobliżu jeziora. Nie chciałoby im się jeździć
tak daleko. Szczególnie w taką pogodę. To ciężka fizyczna praca. Podobno
mają miejsce na takie rzeczy, w lesie pod Toksowem. Lepiej nie zrywać
tam kwiatków. Ludzie mówią, że wyrastają ze zdrajców.
Rossel przyhamował. Od razu nieco zniosło ich w prawo, ale moskwicz
zwolnił. Zaraz potem pokazał się zakopany do połowy w śniegu drogowskaz
informujący: Leningrad 35 km. Rossel skręcił w lewo. Spojrzał na
zegarek. Było już dobrze po czwartej nad ranem.
- Tak więc maniak - powiedział. - Ale szczególny. Taki, który najpierw
kroi ofiary, usuwa jądra, wyrywa krtań, wybija zęby, zdziera skórę z twarzy. A potem układa oprawione ciała jak skarpetki w szufladzie
burżuja. Schludnie i w określonym porządku.
* * *
Na obrzeżach miasta szosa była prawie czarna i opony wreszcie złapały
przyczepność. W samochodzie zrobiło się na tyle ciepło, że Lipuchin nie
miał już wiele do skrobania. Rossel nie mógł wyjść ze zdziwienia, że ich
autko pokonało taki kawał drogi bez cienia skargi.
Była piąta trzydzieści i Leningrad, wciąż otulony ciemnością, budził się
do życia. Jeszcze wczoraj panowała tu pogoda typowa dla połowy
października, czyli było zimno, ale bez przesady. Teraz, dwadzieścia
cztery godziny później, nazywane przez niektórych Wenecją Północy miasto
znalazło się w okowach lodu. Całe, razem ze swymi przedrewolucyjnymi
dworami i pałacami. Wracali tą samą drogą, którą wyjeżdżali, przez
prospekt Piskariowski, omijając centrum aż do mostu Bolszeochtinskiego.
W zajezdni przy Smolnym rozpalano pod tramwajami małe ogniska, żeby
podgrzać smary wózków jezdnych. Pewnie nauczyli się tego na froncie,
przy obsłudze T-34. Wysoko na Smolnym wisiał wielki plakat
przedstawiający trzech mężczyzn, który zdawali się przyglądać tym
zabiegom. Jednym z nich był Stalin. Drugim, o pogardliwym spojrzeniu
zawodowego biurokraty, musiał być Gieorgij Malenkow, wedle niektórych
pogłosek wyznaczony już na jego następcę. Trzecim, lekko łysiejącym
mężczyzną w średnim wieku i w pince-nez na nosie, był Ławrientij Beria,
wicepremier odpowiedzialny za bezpieczeństwo państwa. Na plakacie
widniało ponadto: ZWYCIĘSTWO I WOLNOŚĆ! Obchody dziesiątej rocznicy
utworzenia Drogi Życia. 19 listopada.
Kiedy moskwicz mijał Smolny, Rossel zerknął w górę i zastanowił się
przelotnie, czy te binokle miały pomóc Berii w wypatrywaniu grzechów
dwóch milionów leningradczyków.
Posterunek numer 17 znajdował się na rogu ulic Wosstanija i Niekrasowa.
Rossel zatrzymał moskwicza przy krawężniku i wyłączył silnik. Przez
chwilę obaj z Lipuchinem siedzieli w milczeniu. Nie było im pilno
rozpocząć dzień pracy wcześniej niż to konieczne, mimo że bezpowrotnie
stracili tę noc. Mieszkańcy miasta mijali ich w drodze do biur, fabryk,
szkół. Przeszła grupa robotników budowlanych, już od rana pod dobrą datą
- od przerwania blokady minęło osiem lat, ale miasto wciąż się
odbudowywało. Graczow i Taniejew mieli lepiej: byli po zmianie i odstawiwszy ciała do kostnicy, mogli wrócić do domu, żeby się wyspać.
Po raz pierwszy, odkąd wyrwano go z łóżka, Rossel poczuł, jak bardzo
przemarzł. Czuł, że minie kilka dni, nim naprawdę się ogrzeje. Ziewnął.
- Nie ma czasu na drzemkę, poruczniku - powiedział rozsądnie Lipuchin,
starając się poprawić nastrój. - Chyba potrzeba nam herbaty. Rozgrzejemy
dłonie i serca. Lidia nastawi nam samowar.
Wysiadł z samochodu i klepnął w dach moskwicza, jakby chciał potwierdzić
swoje słowa. Rossel patrzył na kapitana, który przeszedł przez ulicę i pchnął ciężkie drewniane drzwi komisariatu. Zanim wszedł, zdjął czapkę i przeczesał palcami jasne włosy. Byłby idealnym bohaterem propagandowych
wizji sowieckiego raju i kto wie, może by się w nich znalazł, gdyby nie
popełnił błędu i nie uległ podszeptom zdradzieckiego węża.
Błędy.
Wszyscy je popełniali. Niektóre były śmiertelnie groźne. Rossel żałował
czasem, że jego taki nie był. Gdyby trzymał język za zębami, darowując
sobie błyskotliwe uwagi, może wciąż grałby na skrzypcach w Teatrze
Kirowa, a nawet miewałby tu i tam własne koncerty. Młody duchem,
uśmiechnięty, romansujący to z jakąś tancerką, to śpiewaczką. Nie
musiałby co rano oglądać w lustrze swej widmowej twarzy. Twarzy równie
bladej jak rozprowadzane na niej mydło do golenia.
Ściągnął rękawiczki i spojrzał na swe dłonie.
W lewej brakowało dwóch palców, małego i serdecznego. Środkowy i wskazujący pozostały nietknięte, ale były sztywne i jakby nieco
skręcone. Z prawą dłonią było lepiej, wszystkie palce były na miejscu,
ale serdeczny i mały zostały złamane i krzywo się zrosły.
Rossel dobrze pamiętał, jak to się stało. Była to jego gama cierpienia:
Do - lewy mały palec. Pierwszy złamany przez śledczego, który
niezadowolony ze skąpych zeznań sięgnął po dłuto.
Re - skojarzone z najtrudniejszymi przejściami, z palcami
przyciskającymi struny we właściwych miejscach.
Mi. Ten palec został odcięty. "Możesz to przerwać - rzucił
przesłuchujący. - Wystarczy, że się przyznasz".
Fa - palec serdeczny. Potraktowany dłutem.
Sol - śledczy odłożył dłuto, ale sięgnął po młotek i zaczął nim
obrabiać prawą dłoń. Cierpienie winno być symetryczne.
To już nie była gama, lecz arpeggia. A potem zrobiło się jeszcze
trudniej. W końcu i tak się przyznał. W końcu powiedzieli mu nawet do
czego. Chodziło o wrogie nastawienie do władzy radzieckiej. Nie
pamiętał, żeby to sprecyzowali.
W szczegółach mogło to być cokolwiek. Na przykład planowanie
kontrrewolucyjnych aktów sabotażu. W czasie wojny był to ich ulubiony
motyw. Albo rozsiewanie wrogiej propagandy. Planowanie morderstwa kogoś
z kadr partyjnych. Spiskowanie na rzecz faszyzmu. Spekulanctwo.
Dywersja. Rozpowszechnianie plotek w celu obniżenia morale. Szpiegostwo.
Wykupywanie trudno dostępnych produktów. Było z czego wybierać,
ostatecznie w tak niespokojnych czasach wszystko mogło się okazać aktem
zdrady. Proszę, towarzysze, oto menu - wybierajcie, na co macie ochotę.
Długi ostry nos i pokryta bliznami twarz oprawcy. Smród celi. Zatęchłe
pasy, lodowate kajdanki. Wykrzywiająca plecy ława. To wszystko dobrze
pamiętał. Ale zeznania spowijała mgła.
La.
Wszystko to wlokło się bez końca.
Ale gdy wreszcie minęło, Rossel wiedział, że stał się kimś innym. I do
tego niemową. Godzinami wpatrywał się w kikuty palców. W jakiejś chwili
powiedział innemu więźniowi w przepełnionej celi: "To tak, jakby mi
język wyrwali". Wiedział, że niczego już nie zagra.
Siedząc wciąż w zaparowanym moskwiczu, Rossel zadrżał i pomyślał, że
chyba rzeczywiście pora na herbatę. Pieprzyć to wszystko. Cały
skostniał.
Nie licząc dłoni. One od dawna były lodowate.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki