Miasto duchów - Ben Creed

Kup ebooka

33.90 zł
26.44 zł (9,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Sobota, 13 paź­dzier­nika 1951

Leżały równo niczym ele­menty rusz­to­wa­nia, oświe­tlone przez mocne reflek­tory loko­mo­tywy. Cały kwin­tet ciał na zaśnie­żo­nych torach. Stopy razem, ramiona uło­żone schlud­nie przy tuło­wiu, głowy lekko obró­cone w bok. Jakby śmierć popro­siła ich wszyst­kich, aby grzecz­nie sta­nęli do niej w kolejce, oni zaś wyka­zali się sto­sow­nym zdy­scy­pli­no­wa­niem.

Rewol Ros­sel, porucz­nik lenin­gradz­kiej mili­cji, zacią­gnął się papie­ro­sem i wypu­ścił krąg sza­rego dymu. Przy­glą­dał się miej­scu zbrodni z wystu­dio­waną obo­jęt­no­ścią. Dawno prze­szło to u niego w nawyk. Ta bez­na­miętna maska wciąż - a miał już trzy­dzie­ści cztery lata - chro­niła go przed wysyłką do łagru. "Męż­czy­zna winien mieć dwie twa­rze, Rewolu", powie­dział mu kie­dyś ojciec, zna­cząco mru­ga­jąc okiem. "Jedną wła­sną, drugą dla świata". Wów­czas żaden z nich nie poj­mo­wał jesz­cze, jak ważna to była rada. W Związku Radziec­kim nawet tak drobne sprawy mogły zde­cy­do­wać o prze­ży­ciu. A jeśli do tego miesz­kało się w Lenin­gra­dzie, który Sta­lin trak­to­wał szcze­gól­nie podejrz­li­wie...

Ros­sel sie­dział na przed­nim fotelu moskwi­cza, sły­szał jego poświ­stu­jący sil­nik. Po lewej, za spłach­ciem głę­bo­kiego śniegu, mia­rowo posa­py­wał czarny paro­wóz. Za pod­cze­pio­nymi do niego wago­nami towa­ro­wymi las docho­dził pod same tory. Przed loko­mo­tywą jed­nak prze­ci­nały je inne szyny i linia drzew się cofała, two­rząc małą polanę.

- Dobra, towa­rzy­sze. Pora zająć się sprawą.

Szczęk­nęły drzwiczki. Wszy­scy wysie­dli i ruszyli przez kopny śnieg, wysoko uno­sząc nogi. Mieli na sobie płasz­cze mun­du­rowe z insy­gniami mili­cji, pod spodem zaś każdy nosił, co mógł - takie czy inne swe­try, spodnie, grubą bie­li­znę. Regu­la­mi­nowe umun­du­ro­wa­nie nie spraw­dzało się w tak mroźne noce. Już kilka godzin wcze­śniej podali w radiu, że tem­pe­ra­tura spa­dła do minus dwu­dzie­stu sied­miu stopni. "Ziąb taki, że czło­wiek sika soplami", stwier­dził kie­dyś sier­żant Gra­czow, który co rusz wra­cał do wojen­nych wspo­mnień. Zwłasz­cza do tego, jak w dro­dze do Ber­lina zarżnął jakichś Fran­cu­zów z 33. Dywi­zji Waf­fen-SS.

Obok paro­wozu stało dwóch prze­mar­z­nię­tych i chyba dość zagu­bio­nych męż­czyzn. Ros­sel spoj­rzał w prawo. Tor prze­ci­na­jący główną linię wybie­gał spo­mię­dzy drzew pod kątem czter­dzie­stu pię­ciu stopni, przez kil­ka­dzie­siąt metrów cią­gnął się następ­nie rów­no­le­gle aż do miej­sca, gdzie widać było roz­jazdy. Za nim znowu skrę­cał mię­dzy sosny.

Jeden z męż­czyzn sto­ją­cych obok paro­wozu wyszedł im na spo­tka­nie. Pew­nie maszy­ni­sta. Miał na sobie grubą kufajkę narzu­coną na robo­czy kom­bi­ne­zon i futrzaną czapę, spod któ­rej nie było mu pra­wie widać oczu. Śmier­dział palo­nym węglem.

- Co was zatrzy­mało? - burk­nął.

Ros­sel zigno­ro­wał pyta­nie i spoj­rzał na tego dru­giego, mili­cjanta z miej­sco­wego poste­runku. To pew­nie on dzwo­nił. Był niski, chudy i wyglą­dał jak prze­stra­szone zwie­rzątko. Na oko dwa­dzie­ścia kilka lat, ale bar­dziej chło­piec niż męż­czy­zna.

Obaj mieli ponure twa­rze. W sumie nic dziw­nego. Maszy­ni­sta myślał pew­nie tylko o tym, żeby zepchnąć wresz­cie te ciała z torów i do dia­bła z nimi. Ale chło­pak był zbyt prze­ra­żony, żeby cokol­wiek tknąć. Cze­kał, aż zjawi się ktoś z góry i przej­mie ten bała­gan.

- No, co was zatrzy­mało? - powtó­rzył maszy­ni­sta.

Ros­sel spoj­rzał na niego i odpa­ro­wał:

- Prze­je­chać pięć­dzie­siąt kilo­me­trów o czwar­tej nad ranem, w zamieci, w któ­rej lis polarny by się zgu­bił, to nie w kij dmu­chał.

Śnieg padał od trzech dni, choć była dopiero połowa paź­dzier­nika. Ostatni raz coś takiego zda­rzyło się w 1942 roku, na początku oblę­że­nia Lenin­gradu. Nawet mili­cja miała pro­blemy z wyjaz­dem poza mia­sto, samo­chody led­wie trzy­mały się drogi.

Ludzie Ros­sela poszli przyj­rzeć się cia­łom. Pochy­lali się na tru­pami, ale żad­nego na razie nie doty­kali.

- I jak to było? - spy­tał Ros­sel. Kil­ka­set metrów dalej cią­gnęła się linia brze­gowa jeziora Ładoga, obec­nie w czę­ści już zamar­z­nię­tego. Ros­selowi przy­szło na myśl, że ci ludzie mogli być węd­ka­rzami. Sia­dali tacy przy prze­rę­blu, moczyli kije i pili. A gdy mieli już dość, wra­cali torami, pod­trzy­mu­jąc się nawza­jem. I cza­sem coś nie wycho­dziło i wszy­scy zama­rzali.

- Leżeli już tak, gdy ich zoba­czy­łem - powie­dział maszy­ni­sta. - Pług śnieżny prze­szedł tędy wczo­raj, ale i tak nie jecha­łem szybko. Dość wcze­śnie ich dostrze­głem.

- Kara za wpro­wa­dze­nie w błąd funk­cjo­na­riu­sza... - zaczął Ros­sel.

Kole­jarz splu­nął i pokrę­cił głową.

- Sami im się przyj­rzyj­cie - rzu­cił. - Wszystko będzie jasne.

Paro­wóz zasa­pał gwał­tow­nie, jakby dostał czkawki.

- Co wie­zie­cie? - spy­tał Ros­sel.

- Węgiel. Złom. Dwa­dzie­ścia wago­nów.

Dobrze, że taki skład udało się zatrzy­mać. Nie­wiele by z tam­tych zostało, gdyby się po nich prze­to­czył.

- To jest główna linia? Dla­czego nikt nie tra­fił na nich wcze­śniej?

- Ostatni pasa­żer­ski cho­dzi tędy o jede­na­stej - odparł maszy­ni­sta, prze­cie­ra­jąc oczy. - Ale nie wiem, czy wczo­raj szedł. Nowe die­sle nie wyra­biają na takim mro­zie. Mój towa­rowy był pierw­szy tej nocy. Jeden idiota prze­cią­żył mi wagon przy zała­dunku i wszystko sia­dło. Dwie godziny robi­li­śmy z tym porzą­dek.

Wymam­ro­tał jesz­cze coś o kotle i zawo­rach i wska­zał paro­wóz. Że niby musi, ale głu­pio mu pytać o pozwo­le­nie. Ros­sel wzru­szył ramio­nami i kole­jarz wyszedł z kręgu świa­tła.

Dzie­ciak z miej­sco­wego poste­runku spoj­rzał teraz na Ros­sela, jakby ocze­ki­wał roz­ka­zów. Był tylko sze­re­go­wym funk­cjo­na­riu­szem.

- Gdzie są wszy­scy? - spy­tał go Ros­sel.

- Wzięli ich.

- Mam na myśli two­ich kole­gów. Dla­czego jesteś tu sam?

Chło­pak spoj­rzał na śnieg.

No nie, wolne żarty, pomy­ślał Ros­sel.

- Naprawdę wszyst­kich?

Tam­ten ski­nął głową.

Kurwa mać. Bez­pieka zro­biła sobie żniwa w mili­cji. Zresztą jak wszę­dzie. W woj­sku i innych służ­bach, nawet we wła­snym cze­ki­stow­skim towa­rzy­stwie. Gdy ktoś wkła­dał mun­dur w takich cza­sach, mógł obe­rwać szcze­gól­nie bole­śnie. Ale żeby zwi­nęli cały pro­win­cjo­nalny poste­ru­nek? Mili­cja ist­niała po to, by utrzy­my­wać jakiś tam porzą­dek publiczny, ale dys­cy­plinę spo­łeczną wymu­szały rady robot­ni­cze i sądy ludowe, a nawet świat prze­stęp­czy. Do mili­cji brali teraz wszyst­kich, bo to pro­sta robota - wystar­czy wyko­ny­wać pole­ce­nia. Więc i zbi­rów było w niej coraz wię­cej. Zbiry jed­nak nie nadają się na kontr­re­wo­lu­cjo­ni­stów.

Ros­sel spoj­rzał na ciała i spró­bo­wał zebrać myśli.

Maszy­ni­sta noc­nego pociągu towa­ro­wego zatrzy­mał skład, bo zoba­czył, że coś leży na torach. Wysiadł i pod­szedł obej­rzeć prze­szkodę. Pew­nie myślał, że to prze­wró­cone drzewa. Albo że inny pociąg zgu­bił coś z ładunku. Ale nie.

Zawia­do­mił więc naj­bliż­szą sta­cję, a stam­tąd zadzwo­nili na mili­cję. Naj­pew­niej na naj­bliż­szy poste­ru­nek. Ale tam był tylko ten szczaw, który spoj­rzał na roz­pi­skę na ścia­nie i wezwał ludzi z głów­nego zarządu śled­czego w Lenin­gra­dzie. Gdzie tra­fił na dwóch sier­żan­tów, Gra­czowa i Tanie­jewa, któ­rzy mieli aku­rat nocną zmianę. No i Gra­czow zadzwo­nił zaraz do mnie. A ponie­waż ten drań zawsze kom­bi­nuje, jak naj­bar­dziej namie­szać w zgo­dzie z regu­la­mi­nem, wyrwał z łóżka jesz­cze kapi­tana Lipu­china, cho­ciaż wie­dział, że ten będzie miał o tej porze łeb jak bania.

No, i mamy teraz, co mamy. Ponad pięć­dzie­siąt kilo­me­trów za obsza­rem naszej jurys­dyk­cji, pośrodku niczego. Z miej­scową mili­cją zała­twioną kon­kur­sowo przez bez­piekę.

Ros­sel wie­dział, że nie należy pytać, co tam się stało. Lepiej pil­no­wać swo­ich spraw.

Zosta­wił nie­szczę­snego mło­dzika i ruszył do swo­ich ludzi. Poko­naw­szy wał śnieżny pozo­sta­wiony wzdłuż torów przez pług, tra­fił na kapi­tana Ilję Lipu­china.

- Co mamy, sze­fie? - zapy­tał.

Lipu­chin spoj­rzał na niego melan­cho­lij­nie. Jak czę­sto ostat­nio, miał prze­krwione oczy i zala­ty­wało od niego wódką.

- Mor­der­stwo - odparł Lipu­chin. - Robota maniaka.

I zwy­mio­to­wał.

2

- Numer pierw­szy. Zamro­żona. Porząd­nie, na kość. Jak ten chleb, co nam go wyda­wali w Ósmej Gwar­dyj­skiej. Zęby można było na nim poła­mać.

Sier­żant Gra­czow odgar­nął tro­chę śniegu z ciała.

- Skóra zdarta z twa­rzy, część zębów wyrwana albo wybita. Odcięte dło­nie.

Na widok oso­bli­wie uśmiech­nię­tego trupa Lipu­chin odwró­cił się i zakasz­lał wście­kle. Po chwili wcią­gnął głę­boko powie­trze. Ros­sel był pewien, że kapi­tan pozbył się już z żołądka resz­tek alko­holu. Wyraź­nie było z nim coraz gorzej.

- Popatrz, co ma na sobie - cią­gnął Gra­czow. - Wygląda jak Kró­lowa Śniegu, ale ubra­nie nie zesztyw­niało od mrozu. Ktoś ubrał ją już po śmierci.

Zbyt niska. Za chuda. To nie była ona. Ros­sel ponow­nie, który to już raz, poczuł jakby ulgę. Przy każ­dej denatce oba­wiał się zawsze, że to będzie Gala. I zawsze się upew­niał, że to nie ona.

Pochy­lił się i przyj­rzał czer­wo­nej sukni dziew­czyny. Aksa­mitna.

Gra­czow miał rację. Wyglą­dała na drogą.

- Co ona ma w gar­dle? - Wska­zał pal­cem. - Sopel?

Rze­czy­wi­ście tkwiło tam coś cien­kiego i dłu­giego, co lśniło jak lód. Gra­czow zdjął ręka­wiczkę, stuk­nął w to paznok­ciem i zaraz ponow­nie okrył dłoń.

- Szkło - powie­dział.

Pochy­lił się i prze­krę­cił przy tym głowę, aż spa­dła mu czapka, odsła­nia­jąc pokrytą bli­znami ogo­loną czaszkę.

- Szklana rurka. - Spoj­rzał na pozo­stałe cztery ciała. - Wszy­scy takie mają. Róż­nej wiel­ko­ści, ale wszy­scy, towa­rzy­szu porucz­niku.

Ros­sel wypro­sto­wał się i zatarł skost­niałe dło­nie.

- Szkoda, że to nie sople, sier­żan­cie. Wtedy wszystko byłoby jasne. Magia Kró­lo­wej Śniegu. Sprawa zamknięta już na wstę­pie. Towa­rzy­szu Tanie­jew?

Sier­żant Tanie­jew był mili­cyj­nym wete­ra­nem, do eme­ry­tury zostało mu już tylko kilka tygo­dni. Co rusz bły­skał fle­szem, wyko­nu­jąc kolejne zdję­cia zlo­do­wa­cia­łej ary­sto­kratki. Ręce miała równo uło­żone przy bokach, ciało spo­czy­wało pro­sto­pa­dle do szyn. Jej głowa znaj­do­wała się dokład­nie pośrodku toro­wi­ska.

Ros­sel wyjął kolej­nego bie­ło­mora. Ści­snął tek­turkę, która słu­żyła jako pry­mi­tywny filtr. Zapa­lił i zacią­gnął się ostrym dymem.

- Numer drugi - powie­dział Gra­czow, nacią­ga­jąc czapkę. Pod­szedł do zwłok i też czę­ściowo zgar­nął z nich śnieg. - Ten był popem. Także zamar­z­nięty na kość. Jak pew­nie wszy­scy. Brak skóry na twa­rzy i zębów. Odcięte palce. I zobacz­cie jesz­cze to - dodał.

Ros­sel głę­boko się zacią­gnął.

Pop miał roz­cięte gar­dło. Ktoś pozba­wił go krtani, która leżała teraz poni­żej szyi, tuż obok dużego zło­tego krzyża. Na bez­li­cej gło­wie cią­gle tkwiło cylin­dryczne nakry­cie głowy. To ciało także leżało pro­sto­pa­dle do toru, ale z głową opartą na szy­nie. I pew­nie już mocno przy­mar­z­niętą do stali.

Tanie­jew pod­szedł do trupa i bez ostrze­że­nia strze­lił zdję­cie. Błysk fle­sza ośle­pił ich na chwilę, odbity od czy­stej bieli śniegu. Odsu­nęli się odru­chowo. Sier­żant Gra­czow zaklął od serca.

- Zdur­nia­łeś, Tanie­jew? Za Eisen­ste­ina tu, kurwa, robisz?

Ros­sel przy­klęk­nął w głę­bo­kim śniegu na jedno kolano i mru­ga­jąc inten­syw­nie, cze­kał, aż zoba­czy coś wię­cej niż jasny ślad plą­ta­niny naczyń krwio­no­śnych swo­jej siat­kówki. Prze­lot­nie zasta­no­wił się przy tym, jakim cudem Tanie­je­wowi udało się prze­słu­żyć tyle lat w mili­cji bez żad­nego pecho­wego wypadku. Albo dla­czego nikt go nie zade­nun­cjo­wał do bez­pieki.

Obej­rzał się na pociąg. Widział tylko blask reflek­tora loko­mo­tywy, poza tym wkoło zda­wała się zale­gać cał­ko­wita ciem­ność. Coś jak ten wybór, z któ­rym musiał się zmie­rzyć. Albo ośle­pia­jący blask, albo kom­pletna czerń. Ros­sel nie był reli­gijny, w sumie nawet stro­nił od reli­gii. Duży w tym udział mieli nauczy­ciele z pań­stwo­wego sie­ro­cińca w Kostro­mie. Tra­fił do bidula, gdy taj­niacy przy­szli po jego rodzi­ców, tam zaś nauczono go czcić wyłącz­nie Marksa i Lenina. Jako nasto­la­tek wstą­pił nawet do Związku Woju­ją­cych Bez­boż­ni­ków. Za nimi była już tylko ściana. Powta­rzał wtedy, jak go nauczono, że "walka z reli­gią to walka o reali­za­cję planu pię­cio­let­niego". Ale teraz poczuł się dziw­nie. To miej­sce zbrodni było odmienne od wszyst­kich, które widział. Ciała uło­żone schlud­nie na torze, posępny zimowy kra­jo­braz, jękliwy szum dmą­cego od Ładogi wia­tru. Głę­bo­kie zaspy i trupy. Cał­kiem jak pod­czas blo­kady Lenin­gradu. Wtedy wła­śnie, już lata temu, pod­czas zamieci, ostatni raz widział twarz swo­jej sio­stry Gali. Nie­wiele bra­ko­wało, żeby się prze­że­gnał.

Prze­szli do kolej­nych zwłok. Te były pomarsz­czone, jakby nale­żały do kogoś sta­rego.

- Numer trzeci - ode­zwał się Gra­czow. - Jak widać, ten jest cał­kiem nagi. Potrak­to­wano go podob­nie jak tam­tych, ale ktoś zadał sobie nieco dodat­ko­wej roboty. Odgar­ną­łem już tro­chę śniegu wkoło niego i zna­la­złem kilka smacz­ków. To chyba jest jego serce... - Wska­zał bru­natny kawa­łek tkanki przy boku. - A obok jaja. Ale kutasa mu zosta­wili. Szczę­ściarz!

Zwłoki leżały na obu torach szlaku. Trzy z gło­wami na szy­nach, pozo­stałe - pośrodku toru.

Ros­sel odstą­pił od ciała numer trzy i rozej­rzał się wkoło. Był wście­kły na sie­bie. Zmar­z­nięty i nie­wy­spany myślał z początku, że tra­fiła im się zwy­kła sprawa, jeden z tych wypad­ków po alko­holu. Dzie­więć na dzie­sięć takich spraw zaczy­nało się od chla­nia. Chyba że mieli do czy­nie­nia z robotą bez­pieki, która aku­rat chciała kogoś usu­nąć po cichu. W takich razach robiło się bez słowa swoje, zada­jąc same nie­wła­ściwe pyta­nia. Albo nawet nikogo o nic nie pyta­jąc. Denaci tra­fiali do pro­sek­to­rium, a w aktach poja­wiała się jakaś fik­cyjna przy­czyna śmierci.

Ale tu było ina­czej. Żad­nych śla­dów krwi. Bra­kło twa­rzy, ale nie dostrzegł ran wylo­to­wych. Nie był to więc sku­tek strzału w tył głowy, jak zwy­kli zała­twiać sprawy cze­ki­ści. Nie było też sznu­rów, któ­rymi zazwy­czaj krę­po­wali ofia­rom nogi i ręce.

Robota maniaka? Może i tak. Może Lipu­chin miał rację.

A oni już wszystko tutaj zadep­tali. Żaden nie spraw­dził wcze­śniej, czy nie było śla­dów innych ludzi. Tych, któ­rzy musieli przy­nieść tu ciała. Ros­sel spoj­rzał w drugą stronę, tam gdzie widać było bocz­nicę. Swoją drogą, dokąd ona pro­wa­dziła? Ale tam nie było żad­nych śla­dów. Nic nie suge­ro­wało, żeby ktoś prze­cią­gał ciała z lasu. Nie było też odci­sków opon.

- O któ­rej prze­stało padać?

Prze­cho­dzący do czwar­tego ciała funk­cjo­na­riu­sze zatrzy­mali się. Spoj­rzeli na sie­bie.

- Gdy wycho­dzi­łem na zmianę, śnieg jesz­cze sypał - powie­dział Gra­czow. - Potem sie­dzia­łem z głową w papie­rach, ale wydaje mi się, że wtedy też jesz­cze padał.

Odwa­lał papier­kową robotę? Od ósmej wie­czo­rem do dru­giej w nocy? Ros­sel nie­zbyt w to wie­rzył. Sier­żant Gra­czow uwiel­biał wycho­dzić z gabi­netu na dymka, żeby filo­wać przy tym na pro­sty­tutki, które tra­fiały w nocy na komi­sa­riat. Co rusz wybie­rał sobie jakąś do zgwał­ce­nia.

- Kiedy kła­dłem się spać, śnieg cią­gle padał - powie­dział Lipu­chin. - To musiało być chyba około dzie­sią­tej.

Ros­sel dostrzegł uśmie­chy na twa­rzach Gra­czowa i Tanie­jewa. Chcie­li­ście powie­dzieć, towa­rzy­szu - mówiły - że koło dzie­sią­tej osu­nę­li­ście się pod stół?

Tak czy owak, nikt z nich dokład­nie nie wie­dział, jak długo sypało. Moż­liwe, że prze­stało dopiero mię­dzy drugą a czwartą nad ranem. Tego roku zima nade­szła wyjąt­kowo wcze­śnie i padało tak, jakby Bóg chciał pogrze­bać świat. Teraz śnieg się­gał im dobrze powy­żej kolan. Ci, któ­rzy pod­rzu­cili ciała, nie musieli się o nic mar­twić. Było tak, jakby spa­dły tu z nieba.

Czwarty trup rów­nież nale­żał do męż­czy­zny. Tyle że młod­szego. Był lepiej zbu­do­wany, nie miał obwi­słej skóry. Ponad dwa­dzie­ścia lat, ale na pewno nie wię­cej niż czter­dzie­ści, pomy­ślał Ros­sel. Trup był nagi i oka­le­czony podob­nie jak ten trzeci. Choć nie tak samo.

- Tym razem jaja są na miej­scu - zauwa­żył Gra­czow z krzy­wym uśmie­chem. - Ale spójrz­cie na jego wypo­sa­że­nie. Jeśli w nie­bie dalej można się pie­przyć, to tam­tej­sze dziwki będą mokre na sam widok tego zucha.

Ostat­nie ciało. Ros­sel odpa­lił kolej­nego papie­rosa od poprzed­niego i mocno ści­snął tek­tu­rowy filtr.

- Cho­lera - ode­zwał się Gra­czow. - Kurwa mać.

Ros­sel spoj­rzał na sier­żanta, który klę­czał nad zwło­kami i zgar­niał im śnieg z głowy.

- Ma gra­na­tową czapkę - wyja­śnił Gra­czow. - Ona jest z MGB.

Zaiste. To była gra­na­towa czapka z czer­woną opa­ską i czar­nym dasz­kiem. Typowa dla funk­cjo­na­riu­szy Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­wego. Na ręka­wach i wyło­gach kurtki widać paski, któ­rych zna­cze­nia Ros­sel nie potra­fił odczy­tać. Na epo­le­tach nic nie było. Widział jed­nak zaśnie­działą odznakę przy­piętą do kurtki. Wia­domą odznakę z sym­bo­lem mie­cza.

Podob­nie jak u innych, bra­kło skóry na twa­rzy, ale widać było oczy, obec­nie pod posta­cią bia­łych kulek. Gra­czow obej­rzał usta.

- Pasjo­nat sto­ma­to­lo­gii zro­bił swoje. Znik­nął też język.

Poni­żej pasa ciało było pra­wie nagie, tylko z obszer­nymi figami. Może były różowe, a może była to tylko sprana czer­wień. Dale­kie od wyra­fi­no­wa­nia. Nie­mniej kim­kol­wiek była ta kobieta, obec­nie jej znie­kształ­cone przez mróz uda nie przy­po­mi­nały nawet ludz­kich nóg.

- Trzech męż­czyzn, dwie kobiety - powie­dział Ros­sel. - Księż­niczka, pop, nagus bez jaj, nagus z jajami i do tego cze­kistka.

Gra­czow wydął policzki.

- Pier­do­lony jazz­band - mruk­nął pod nosem.

- Jazz jest bur­żu­azyjny, towa­rzy­szu - upo­mniał go Tanie­jew.

Spoj­rzeli na niego. Tanie­jew cią­gle stał z apa­ra­tem. Śmier­tel­nie poważny, jak zwy­kle. Z pew­no­ścią nie pró­bo­wał żar­to­wać.

Gra­czow splu­nął.

- Jak zawsze dzię­kuję za czuj­ność i przy­po­mnie­nie o słusz­nej linii Par­tii, towa­rzy­szu - powie­dział. - I za zawró­ce­nie nas wszyst­kich ze złej drogi, na któ­rej...

- Wystar­czy, sier­żan­cie - przy­sto­po­wał go Ros­sel. Gdy Gra­czow wpa­dał w taki ton, potra­fił się nie­źle zaga­lo­po­wać.

Zwy­kle też igno­ro­wał roz­kazy, ale tym razem umilkł. Zapewne dla­tego, że na Tanie­je­wie żadna jego fili­pika nie zro­bi­łaby już wra­że­nia. Star­szy funk­cjo­na­riusz myślał już tylko o eme­ry­tu­rze i zamie­rzał doku­lać się do niej bez dodat­ko­wych atrak­cji. Zwłasz­cza teraz, gdy tra­fili na kogoś w mun­du­rze MGB i wszystko mogło się zda­rzyć.

- Towa­rzy­szu porucz­niku, sam nie wiem, jak naj­le­piej będzie teraz postą­pić - powie­dział Lipu­chin, pod­cho­dząc do Ros­sela. Odkąd kapi­tan pozbył się wódki z żołądka, na twarz wró­ciło mu nieco kolo­rów, ale wciąż jechało od niego ter­pen­tyną. Choć był wysoki, musiał unieść głowę, żeby powie­dzieć coś porucz­ni­kowi na ucho.

Ros­sel wie­dział, o czym wszy­scy myślą. Gra­czow, który ze swoim bez­czel­nym wyra­zem twa­rzy ponow­nie przy­kuc­nął nad kobietą. Tanie­jew, który znów gme­rał przy apa­ra­cie, sta­ra­jący się prze­żyć w cie­niu ostat­nie tygo­dnie przed eme­ry­turą. Lipu­chin, który wciąż wyglą­dał jak fil­mowy amant, bo alko­hol nie zdo­łał go jesz­cze znisz­czyć. Tyle że kapi­ta­nem był już tylko z nazwy - tak naprawdę jedy­nie wyko­ny­wał roz­kazy.

Wszy­scy oni zasta­na­wiali się, czy można by jakoś pomi­nąć tę w mun­du­rze MGB...

Wiatr znów zaczął okry­wać trupy śnie­giem. Paro­wóz wciąż oświe­tlał je z dala, maszy­ni­sta przy­tu­py­wał w gru­bych walon­kach, lokalny szczaw wpa­try­wał się w swoje buty.

Ros­sel postu­kał kciu­kiem w palce lewej dłoni, a raczej to, co z nich zostało. Zwy­kle tak robił, gdy chciał coś prze­my­śleć. Kikuty były pamiątką po spo­tka­niu z cze­ki­stami, jak wciąż ich nazy­wano. Ros­sel wie­dział, że nie spo­sób przed nimi niczego ukryć. To ni­gdy się nie uda­wało. W sumie dzi­wił się nawet, że jesz­cze tu nie dotarli. Taka sprawa to w końcu ich działka. I nie, nie będzie żad­nych pośpiesz­nych pogrze­bów. Niczego nie pominą. Ciała tra­fią do Lenin­gradu, gdzie zosta­nie wsz­częte regu­larne docho­dze­nie. I potrwa ono do chwili, gdy MGB położy na nim łapę. Tak jak na czte­rech pecho­wych mili­cjan­tach, któ­rym przy­pa­dła ta sprawa.

On jed­nak nie mógł sobie pozwo­lić na kolejne spo­tka­nie z MGB. Już poprzed­nie mogło być ostat­nim.

Uniósł głowę.

Może naprawdę uda­łoby im się z tym wszyst­kim upo­rać, gdyby sku­pili się tylko na Kró­lo­wej Śniegu? Jakieś łatwe aresz­to­wa­nie, dużo gada­nia o jej legen­dar­nym tem­pe­ra­men­cie i cał­kiem jaw­nych roja­li­stycz­nych sym­pa­tiach...

- Niech ten chło­pak znaj­dzie dla nas jakąś cię­ża­rówkę - ode­zwał się w końcu roz­ka­zu­ją­cym tonem. - I gar­nek wrzątku z paro­wozu. Musimy jakoś ode­rwać tam­tego...

Gra­czow uniósł nogę i kop­nął głowę popa.

- Wrzątku już nie trzeba - powie­dział.

3

Gra­czow i Tanie­jew zostali, żeby dopil­no­wać zała­dunku ciał na cię­ża­rówkę ZiS-5, grata z demo­bilu, którą miej­scowy mili­cjant zor­ga­ni­zo­wał skądś po godzin­nych poszu­ki­wa­niach. Była to jedyna uży­teczna rzecz, jaką zro­bił tej nocy. Tanie­jew strze­lił jesz­cze ze dwa­dzie­ścia zdjęć tru­pów, które w końcu owi­nięte bre­zen­tem tra­fiły na plat­formę. Gra­czow miał rację - były zamar­z­nięte na kość, ale dziw­nie lek­kie. Zwy­kle ciężko było ruszyć zwłoki, o czym cała ekipa już nie raz się prze­ko­nała, ale nie tym razem.

Ros­sel i Lipu­chin wró­cili tym­cza­sem do moskwi­cza. Porucz­nik pocze­kał za kie­row­nicą, aż kapi­tan zeskro­bie lód z wewnętrz­nej strony przed­niej szyby. Osiadł tam od ich odde­chów. Ale i do tego przy­wy­kli. W schowku na desce roz­dziel­czej mieli co trzeba, żeby się z tym upo­rać, czyli nad­ła­maną drew­nianą łyżkę i stare egzem­pla­rze "Prawdy" i "Sowiet­skogo Sporta".

Przez pierw­sze pół godziny jechali w ciszy. Sły­chać było tylko sil­nik i tar­cie opon o śnieg. No i skro­ba­nie Lipu­china, bo lód znów zaczął pora­stać szybę. Samo­chód zaś co chwila pró­bo­wał zdry­fo­wać z bia­łej drogi i Ros­sel nie­źle się pocił za kie­row­nicą.

Bli­żej mia­sta było już łatwiej, śnieg został tu już tro­chę roz­jeż­dżony.

- Jakieś prze­my­śle­nia? - spy­tał w końcu Lipu­chin.

- Nic war­tego wzmianki, towa­rzy­szu kapi­ta­nie.

Lipu­chin się uśmiech­nął.

- Mam na myśli tę sprawę.

Ros­sel wzru­szył ramio­nami.

- Dziw­nie porządny ten maniak - powie­dział. - Uło­żył te ciała jak w kolejce do teatru. Sza­leń­stwo to zwy­kle chaos. Irra­cjo­nalne dzia­ła­nia. A tu jest ina­czej.

- Wyrwał im zęby i zdarł skórę z twa­rzy - przy­po­mniał Lipu­chin. - To nie jest nor­malne. Musi być wal­nięty.

- Może chciał po pro­stu ukryć ich toż­sa­mość - odparł Ros­sel. - To mogło być prze­my­ślane i celowe.

Lipu­chin chrząk­nął i od nie­chce­nia poskro­bał szybę łyżką.

- On czy oni? - spy­tał po chwili.

- Tego jesz­cze nie jestem pewien. A wy?

Kapi­tan zawa­hał się.

- Nie wiem - odpo­wie­dział w końcu. - Cho­ciaż opra­wie­nie tych wszyst­kich ciał to tro­chę za dużo roboty na jed­nego czło­wieka.

- Zatem dwóch męż­czyzn - zasu­ge­ro­wał Ros­sel. - Przy­wieźli zwłoki cię­ża­rówką i uło­żyli na torach. Sporo przed prze­jaz­dem pierw­szego pociągu. Potem śnieg zasy­pał ich ślady i pra­wie przy­krył ciała. A jesz­cze póź­niej nad­je­chał nasz towa­rowy.

- Tak, może dwóch. Ale pew­no­ści bym nie miał. No i dla­czego? Dla­czego tak to urzą­dzili? Dziwna kom­bi­na­cja. Jak to niby mogło wyglą­dać? - Uniósł rękę i pocią­gnął łyk z wyima­gi­no­wa­nej butelki. - Poje­dziesz ze mną nad Ładogę? Mam kilka tru­pów do uło­że­nia na torach - dodał prze­pi­tym gło­sem.

- To może mieć sens. W sumie nawet dość oczy­wi­sty.

- Zna­czy jaki?

- Nie chcia­łem o tym mówić przy Gra­czo­wie i Tanie­je­wie. Zwłasz­cza Gra­czo­wie. On by wła­sną matkę sprze­dał za kopiejkę.

Lipu­chin ski­nął głową.

- Z dru­giej strony Tanie­jew jest dość pozbie­rany - odparł kapi­tan. - Roz­sądku miewa wię­cej niż my wszy­scy. Suge­ru­je­cie więc, że to robota cze­ki­stów? Ale po co mie­liby tak mor­do­wać kogoś ze swo­ich?

Pyta­nie miało sens, ale nie do końca. Cze­ki­ści, co ozna­czało w prak­tyce nie tylko MGB, ale także OGPU i NKWD, od wielu lat likwi­do­wali z wiel­kim entu­zja­zmem szpie­gów, sabo­ta­ży­stów, faszy­stów, pisa­rzy, księży, kuła­ków, troc­ki­stów, muzy­ków, gene­ra­łów, leka­rzy, mili­cjan­tów. Jak wszyst­kich, któ­rzy posłu­gi­wali się jakimś języ­kiem obcym albo choć raz byli za gra­nicą. Czyli tak zwany ele­ment anty­ra­dziecki.

Ros­sel poszu­kał jakiejś w miarę dyplo­ma­tycz­nej odpo­wie­dzi.

- Nie byłby to pierw­szy raz - zary­zy­ko­wał.

Lipu­chin pokrę­cił głową.

- Nie wydaje mi się. Nie w pobliżu jeziora. Nie chcia­łoby im się jeź­dzić tak daleko. Szcze­gól­nie w taką pogodę. To ciężka fizyczna praca. Podobno mają miej­sce na takie rze­czy, w lesie pod Tok­so­wem. Lepiej nie zry­wać tam kwiat­ków. Ludzie mówią, że wyra­stają ze zdraj­ców.

Ros­sel przy­ha­mo­wał. Od razu nieco znio­sło ich w prawo, ale moskwicz zwol­nił. Zaraz potem poka­zał się zako­pany do połowy w śniegu dro­go­wskaz infor­mu­jący: Lenin­grad 35 km. Ros­sel skrę­cił w lewo. Spoj­rzał na zega­rek. Było już dobrze po czwar­tej nad ranem.

- Tak więc maniak - powie­dział. - Ale szcze­gólny. Taki, który naj­pierw kroi ofiary, usuwa jądra, wyrywa krtań, wybija zęby, zdziera skórę z twa­rzy. A potem układa opra­wione ciała jak skar­petki w szu­fla­dzie bur­żuja. Schlud­nie i w okre­ślo­nym porządku.

* * *

Na obrze­żach mia­sta szosa była pra­wie czarna i opony wresz­cie zła­pały przy­czep­ność. W samo­cho­dzie zro­biło się na tyle cie­pło, że Lipu­chin nie miał już wiele do skro­ba­nia. Ros­sel nie mógł wyjść ze zdzi­wie­nia, że ich autko poko­nało taki kawał drogi bez cie­nia skargi.

Była piąta trzy­dzie­ści i Lenin­grad, wciąż otu­lony ciem­no­ścią, budził się do życia. Jesz­cze wczo­raj pano­wała tu pogoda typowa dla połowy paź­dzier­nika, czyli było zimno, ale bez prze­sady. Teraz, dwa­dzie­ścia cztery godziny póź­niej, nazy­wane przez nie­któ­rych Wene­cją Pół­nocy mia­sto zna­la­zło się w oko­wach lodu. Całe, razem ze swymi przed­re­wo­lu­cyj­nymi dwo­rami i pała­cami. Wra­cali tą samą drogą, którą wyjeż­dżali, przez pro­spekt Piska­riow­ski, omi­ja­jąc cen­trum aż do mostu Bol­sze­och­tin­skiego. W zajezdni przy Smol­nym roz­pa­lano pod tram­wa­jami małe ogni­ska, żeby pod­grzać smary wóz­ków jezd­nych. Pew­nie nauczyli się tego na fron­cie, przy obsłu­dze T-34. Wysoko na Smol­nym wisiał wielki pla­kat przed­sta­wia­jący trzech męż­czyzn, który zda­wali się przy­glą­dać tym zabie­gom. Jed­nym z nich był Sta­lin. Dru­gim, o pogar­dli­wym spoj­rze­niu zawo­do­wego biu­ro­kraty, musiał być Gie­or­gij Malen­kow, wedle nie­któ­rych pogło­sek wyzna­czony już na jego następcę. Trze­cim, lekko łysie­ją­cym męż­czyzną w śred­nim wieku i w pince-nez na nosie, był Ław­rien­tij Beria, wice­pre­mier odpo­wie­dzialny za bez­pie­czeń­stwo pań­stwa. Na pla­ka­cie wid­niało ponadto: ZWY­CIĘ­STWO I WOL­NOŚĆ! Obchody dzie­sią­tej rocz­nicy utwo­rze­nia Drogi Życia. 19 listo­pada.

Kiedy moskwicz mijał Smolny, Ros­sel zer­k­nął w górę i zasta­no­wił się prze­lot­nie, czy te bino­kle miały pomóc Berii w wypa­try­wa­niu grze­chów dwóch milio­nów lenin­grad­czy­ków.

Poste­ru­nek numer 17 znaj­do­wał się na rogu ulic Wos­sta­nija i Nie­kra­sowa. Ros­sel zatrzy­mał moskwi­cza przy kra­węż­niku i wyłą­czył sil­nik. Przez chwilę obaj z Lipu­chi­nem sie­dzieli w mil­cze­niu. Nie było im pilno roz­po­cząć dzień pracy wcze­śniej niż to konieczne, mimo że bez­pow­rot­nie stra­cili tę noc. Miesz­kańcy mia­sta mijali ich w dro­dze do biur, fabryk, szkół. Prze­szła grupa robot­ni­ków budow­la­nych, już od rana pod dobrą datą - od prze­rwa­nia blo­kady minęło osiem lat, ale mia­sto wciąż się odbu­do­wy­wało. Gra­czow i Tanie­jew mieli lepiej: byli po zmia­nie i odsta­wiw­szy ciała do kost­nicy, mogli wró­cić do domu, żeby się wyspać.

Po raz pierw­szy, odkąd wyrwano go z łóżka, Ros­sel poczuł, jak bar­dzo prze­marzł. Czuł, że minie kilka dni, nim naprawdę się ogrzeje. Ziew­nął.

- Nie ma czasu na drzemkę, porucz­niku - powie­dział roz­sąd­nie Lipu­chin, sta­ra­jąc się popra­wić nastrój. - Chyba potrzeba nam her­baty. Roz­grze­jemy dło­nie i serca. Lidia nastawi nam samo­war.

Wysiadł z samo­chodu i klep­nął w dach moskwi­cza, jakby chciał potwier­dzić swoje słowa. Ros­sel patrzył na kapi­tana, który prze­szedł przez ulicę i pchnął cięż­kie drew­niane drzwi komi­sa­riatu. Zanim wszedł, zdjął czapkę i prze­cze­sał pal­cami jasne włosy. Byłby ide­al­nym boha­te­rem pro­pa­gan­do­wych wizji sowiec­kiego raju i kto wie, może by się w nich zna­lazł, gdyby nie popeł­nił błędu i nie uległ pod­szep­tom zdra­dziec­kiego węża.

Błędy.

Wszy­scy je popeł­niali. Nie­które były śmier­tel­nie groźne. Ros­sel żało­wał cza­sem, że jego taki nie był. Gdyby trzy­mał język za zębami, daro­wu­jąc sobie bły­sko­tliwe uwagi, może wciąż grałby na skrzyp­cach w Teatrze Kirowa, a nawet mie­wałby tu i tam wła­sne kon­certy. Młody duchem, uśmiech­nięty, roman­su­jący to z jakąś tan­cerką, to śpie­waczką. Nie musiałby co rano oglą­dać w lustrze swej wid­mo­wej twa­rzy. Twa­rzy rów­nie bla­dej jak roz­pro­wa­dzane na niej mydło do gole­nia.

Ścią­gnął ręka­wiczki i spoj­rzał na swe dło­nie.

W lewej bra­ko­wało dwóch pal­ców, małego i ser­decz­nego. Środ­kowy i wska­zu­jący pozo­stały nie­tknięte, ale były sztywne i jakby nieco skrę­cone. Z prawą dło­nią było lepiej, wszyst­kie palce były na miej­scu, ale ser­deczny i mały zostały zła­mane i krzywo się zro­sły.

Ros­sel dobrze pamię­tał, jak to się stało. Była to jego gama cier­pie­nia:

Do - lewy mały palec. Pierw­szy zła­many przez śled­czego, który nie­za­do­wo­lony ze ską­pych zeznań się­gnął po dłuto.

Re - sko­ja­rzone z naj­trud­niej­szymi przej­ściami, z pal­cami przy­ci­ska­ją­cymi struny we wła­ści­wych miej­scach.

Mi. Ten palec został odcięty. "Możesz to prze­rwać - rzu­cił prze­słu­chu­jący. - Wystar­czy, że się przy­znasz".

Fa - palec ser­deczny. Potrak­to­wany dłu­tem.

Sol - śled­czy odło­żył dłuto, ale się­gnął po mło­tek i zaczął nim obra­biać prawą dłoń. Cier­pie­nie winno być syme­tryczne.

To już nie była gama, lecz arpeg­gia. A potem zro­biło się jesz­cze trud­niej. W końcu i tak się przy­znał. W końcu powie­dzieli mu nawet do czego. Cho­dziło o wro­gie nasta­wie­nie do wła­dzy radziec­kiej. Nie pamię­tał, żeby to spre­cy­zo­wali.

W szcze­gó­łach mogło to być cokol­wiek. Na przy­kład pla­no­wa­nie kontr­re­wo­lu­cyj­nych aktów sabo­tażu. W cza­sie wojny był to ich ulu­biony motyw. Albo roz­sie­wa­nie wro­giej pro­pa­gandy. Pla­no­wa­nie mor­der­stwa kogoś z kadr par­tyj­nych. Spi­sko­wa­nie na rzecz faszy­zmu. Spe­ku­lanc­two. Dywer­sja. Roz­po­wszech­nia­nie plo­tek w celu obni­że­nia morale. Szpie­go­stwo. Wyku­py­wa­nie trudno dostęp­nych pro­duk­tów. Było z czego wybie­rać, osta­tecz­nie w tak nie­spo­koj­nych cza­sach wszystko mogło się oka­zać aktem zdrady. Pro­szę, towa­rzy­sze, oto menu - wybie­raj­cie, na co macie ochotę.

Długi ostry nos i pokryta bli­znami twarz oprawcy. Smród celi. Zatę­chłe pasy, lodo­wate kaj­danki. Wykrzy­wia­jąca plecy ława. To wszystko dobrze pamię­tał. Ale zezna­nia spo­wi­jała mgła.

La.

Wszystko to wlo­kło się bez końca.

Ale gdy wresz­cie minęło, Ros­sel wie­dział, że stał się kimś innym. I do tego nie­mową. Godzi­nami wpa­try­wał się w kikuty pal­ców. W jakiejś chwili powie­dział innemu więź­niowi w prze­peł­nio­nej celi: "To tak, jakby mi język wyrwali". Wie­dział, że niczego już nie zagra.

Sie­dząc wciąż w zapa­ro­wa­nym moskwi­czu, Ros­sel zadrżał i pomy­ślał, że chyba rze­czy­wi­ście pora na her­batę. Pie­przyć to wszystko. Cały skost­niał.

Nie licząc dłoni. One od dawna były lodo­wate.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki