Miasto bezkresnej nocy - Lincoln Child, Douglas Preston

Reflow text when sidebars are open.
Lincoln Child dedykuje tę książkę
swojej żonie Luchie.
Douglas Preston dedykuje tę książkę
Michaelowi Gamble'owi i Chérie Kusman.
Jacob szedł prędko, kilka kroków przed swoim młodszym bratem, z rękami w kieszeniach, wydychając kłęby pary w mroźnym grudniowym powietrzu. Brat, Ryan, niósł karton jajek; kupili je przed chwilą w pobliskich delikatesach za pieniądze, które Jacob świsnął matce z portmonetki.
- Po pierwsze dlatego - mówił Jacob - że to totalny dupek. Po drugie dlatego, że to dupek rasista. Pamiętasz, jak nawrzeszczał na Nguyenów i zwymyślał ich od skośnookich?
- Tak, ale...
- Po trzecie dlatego, że wepchał się przede mnie, kiedy stałem w kolejce do kasy w supermarkecie, i wyjechał na mnie z mordą, kiedy powiedziałem, że to nie fair. Pamiętasz?
- Jasne, że tak, ale...
- Po czwarte, wystawia przed dom te durne znaki polityczne. I pamiętasz, jak obsikał Fostera wodą z węża tylko za to, że chłopak przeszedł przez jego podwórko?
- Tak, ale...
- Ale co? - Jacob odwrócił się do młodszego brata.
- A jeśli on ma pistolet?
- Przecież nie będzie strzelał do dwóch dzieciaków! Poza tym zanim zajarzy, co się stało, już dawno nas tam nie będzie.
- A jak należy do mafii?
- Do mafii? - powtórzył Jacob. - Ten stary, walnięty dupek? Z takim nazwiskiem? Gdyby nazywał się Garguglio czy Tartagila, to co innego, ale Bascombe? Jasne, już to widzę! To zwykły pierdoła, któremu trzeba dać nauczkę. - Przyjrzał się bratu z nagłą podejrzliwością. - Ty co? Wymiękasz?
- Nie, nie.
- No i dobra. Chodźmy.
Jacob odwrócił się i poszli dalej. Gdy z Osiemdziesiątej Czwartej Alei skręcili w Sto Dwudziestą Drugą i weszli na chodnik, Jacob zwolnił i ruszył przed siebie swobodnym krokiem, jak na wieczornym spacerze. Byli w okolicy typowej dla mieszkaniowej części Queens, na ulicy, gdzie dominowały domy jednorodzinne i bliźniaki, ozdobione teraz girlandami bożonarodzeniowych lampek.
Jacob zwolnił jeszcze bardziej.
- Spójrz tylko na jego chałupę - powiedział. - Ciemno tam jak w grobie. Jedyny taki dom w okolicy. Kurde, co za smutas!
Dwupoziomowy dom na końcu ulicy miał niski parter i nadbudówkę. Paliły się latarnie i na zamarzniętej ziemi majaczyła pajęczyna cieni nagich drzew.
- Dobra. Podejdziemy, jakby nigdy nic. Otworzysz karton, obrzucimy jajkami jego wóz, skoczymy za róg i damy nogę.
- A jak nas pozna?
- Żartujesz? Po ciemku? Poza tym nie znoszą go wszystkie miejscowe dzieciaki. I większość dorosłych. Nikt go nie lubi.
- A jak zacznie nas gonić?
- Ten stary dziad? Po siedmiu sekundach wysiądzie mu pikawa! - Jacob stłumił szyderczy śmiech. - Jajka od razu zamarzną. Zanim je zeskrobie, będzie musiał dziesięć razy umyć cały wóz.
Ostrożnie podszedł bliżej. Okno widokowe domu tonęło w błękitnawej poświacie; Bascombe oglądał telewizję.
- Coś jedzie! - szepnął. Dali nura za pobliskie krzaki i po chwili zza rogu wyjechał samochód, który omiótł światłami całą ulicę. Gdy ich minął, Jacob poczuł, że wali mu serce.
- Może lepiej sobie odpuśćmy - powiedział Ryan.
- Cicho bądź! - Jacob wyszedł zza krzaków. Na ulicy było jaśniej, niżby chciał, nie tylko od latarni, ale i od tych wszystkich dekoracji, świątecznych lampek, podświetlonych mikołajów, reniferów i stojących na podwórkach żłóbków. Dobrze, że chociaż przed domem starego było trochę ciemniej.
Szli teraz bardzo wolno, trzymając się w cieniu parkujących na ulicy samochodów. Wóz Bascombe'a, zielony plymouth fury z siedemdziesiątego pierwszego roku, którego staruch co niedzielę woskował, stał na podjeździe, tuż przed domem. Dziadyga siedział teraz w wysokim fotelu, gapiąc się na ekran wielkiego telewizora i Jacob widział jego niewyraźną sylwetkę.
- Zaczekaj - rzucił. - Siedzi tam. Naciągnij czapkę. Postaw kaptur. I opatul się szalikiem.
Poprawiwszy ubranie i osłoniwszy twarze, czekali w ciemności między samochodem i dużym krzakiem. Mijały sekundy.
- Zimno mi - poskarżył się Ryan.
- Przestań!
Czekali dalej. Jacob nie chciał atakować, kiedy staruch siedział w fotelu, bo mógł ich zobaczyć: wystarczyło, żeby wstał i spojrzał w okno. Musieli zaczekać, aż się gdzieś ruszy.
- Może tak siedzieć całą noc.
- Zamknij się wreszcie!
I nagle Bascombe wstał. Chudy, brodaty i niebieskawy w bijącym z ekranu świetle przeszedł przed telewizorem i zniknął w kuchni.
- Teraz!
Jacob podbiegł do samochodu, Ryan za nim.
- Dawaj karton!
Ryan otworzył karton i Jacob wziął jajko. Jego brat z wahaniem sięgnął po drugie. Jacob rzucił i jajko z efektownym mlaskiem roztrzaskało się na przedniej szybie samochodu, najpierw jedno, potem drugie i trzecie. Ryan rzucił w końcu swoim. Sześć, siedem, osiem - szybko opróżnili cały karton, celując w przednią szybę, maskę, dach i drzwi, w pośpiechu parę upuszczając. I nagle...
- Cholera jasna! - Otworzyły się boczne drzwi i staruch wypadł z rykiem na dwór. Wymachując kijem baseballowym, pędził prosto na nich.
Jacobowi serce podeszło do gardła.
- Chodu! - krzyknął.
Ryan rzucił karton, odwrócił się, poślizgnął na lodzie i upadł.
- Kurde mol! - Jacob chwycił go za kołnierz, podciągnął i postawił na nogi, ale Bascombe był już o krok, już podnosił kij do ciosu.
Śmignęli przez podjazd i wypadli na ulicę. Staruch popędził za nimi i ku zaskoczeniu Jacoba wcale nie wykorkował na atak serca. Był zaskakująco szybki, chyba ich nawet doganiał. Ryan zaczął pochlipywać.
- Przeklęte gnojki! - wrzeszczał Bascombe. - Łby wam porozwalam!
Jacob skręcił w Hillside, a za nim Ryan. Minęli kilka sklepów z zamkniętymi okiennicami, minęli boisko do baseballu, jednak stary dziadyga ani myślał rezygnować i skrzekliwie krzycząc, wciąż pędził za nimi z wysoko podniesionym kijem. Ale chyba dostał w końcu zadyszki, bo zaczął trochę odstawać. Skręcili w kolejną ulicę i Jacob zobaczył ogrodzony siatką stary komis samochodowy, na którego terenie wiosną miała się rozpocząć budowa apartamentowców. Jakiś czas temu paru chłopaków wycięło w siatce dziurę, więc Jacob rzucił się na ziemię i przeczołgał na drugą stronę ogrodzenia, Ryan tuż za nim. Tak, Bascombe został daleko w tyle, chociaż wciąż wrzeszczał i ciskał groźbami.
Za komisem rozciągał się teren przemysłowy, gdzie stało kilka rozpadających się budynków. Jacob wypatrzył stary warsztat samochodowy z obłażącymi z farby drewnianymi drzwiami i wybitym oknem. Bascombe zniknął im z oczu. Być może zatrzymała go siatka, ale Jacob czuł, że ten stary pierdoła jeszcze nie zrezygnował. Musieli znaleźć jakąś kryjówkę.
Pchnął drzwi warsztatu - były zamknięte. Ostrożnie włożył rękę przez wybite okno, wymacał gałkę klamki, przekręcił ją i drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem.
Weszli do środka, a wtedy zamknął je dokładnie, zaryglował i sprawdził, czy na pewno się nie otworzą.
Stali w atramentowej ciemności, ciężko dysząc i wiedząc, że muszą być cicho. Jacob miał wrażenie, że zaraz pękną mu płuca. Z oddali dobiegł piskliwy krzyk:
- Durnie! Jaja wam powyrywam!
Warsztat był chyba zupełnie pusty, nie licząc odłamków szkła na podłodze. Jacob wziął brata za rękę i noga za nogą ruszył przed siebie. Musieli się gdzieś schować na wypadek, gdyby staruch tu zajrzał. Wyglądało na to, że ten świrus naprawdę chce im przygrzać kijem. Po chwili wzrok przywykł do ciemności i Jacob dostrzegł pod ścianą stertę liści - bardzo dużą stertę.
Pociągnął Ryana w tamtą stronę, rozkopał liście, a gdy się na nich położyli - były bardzo miękkie - nagarnął je na siebie i brata.
Minęła minuta. Potem druga. Krzyki ucichły i zapadła cisza. Jacob stopniowo odzyskał oddech i pewność siebie. Odczekał jeszcze kilka chwil i zachichotał.
- Zaśliniony sukinsyn! Daliśmy mu popalić.
Ryan milczał.
- Widziałeś? Gonił nas w samej piżamie. Jest mróz, może mu fiut odpadnie.
- Myślisz, że widział nasze twarze? - spytał brat drżącym głosem.
- Zwariowałeś? W tych czapkach, kapturach i szalikach? - Jacob roześmiał się drwiąco. - Jajka zamarzły już pewnie na kamień!
Brat w końcu trochę wyluzował.
- "Przeklęte gnojki! Łby wam porozwalam!" - powiedział ze śmiechem, naśladując piskliwy głos starucha i jego silny akcent z Queens.
Roześmiali się obydwaj, wstali i otrzepali się z liści. Jacob głośno pociągnął nosem.
- Pierdnąłeś!
- Nieprawda!
- Pierdnąłeś!
- Nieprawda! Kto poczuł, ten wytoczył!
Jacob znieruchomiał i pociągnął nosem jeszcze raz.
- Co tak śmierdzi?
- To nie bąk, to... Jezu, zaraz się porzygam!
- Masz rację. To jakby... nie wiem, zgniła kapusta czy coś.
Jacob z obrzydzeniem zrobił krok w stronę liści i zahaczył o coś nogą. Ukucnął i gdy przytrzymał się tego ręką, liście, pod którymi przed chwilą leżeli, rozstąpiły się z cichym westchnięciem i buchnął spod nich odór sto razy gorszy niż przedtem. Jacob szarpnął się do tyłu, zatoczył i usłyszał głos brata:
- Zobacz, to czyjaś... ręka.
Porucznik Vincent D'Agosta z wydziału dochodzeniowo-śledczego stał w świetle reflektorów przed warsztatem samochodowym w Kew Gardens w Queens, obserwując pracujących techników z zespołu kryminalistycznego. Był zirytowany, że wezwano go o tak późnej porze, w dodatku tuż przed wolnym dniem. Meldunek o znalezisku nadszedł o 23.38 - jeszcze dwadzieścia dwie minuty i sprawa trafiłaby na biurko porucznika Parkhursta.
Westchnął. Młoda kobieta z obciętą głową, prawdziwa jatka. Oczami wyobraźni widział już nagłówki bulwarówek. Pewnie będą przypominały ten najsłynniejszy w historii "New York Posta", "CIAŁO BEZ GŁOWY W BARZE BEZ STANIKÓW".
Z oślepiającego blasku reflektorów wychynął Johnny Caruso, szef zespołu kryminalistycznego. Schował iPada do torby i ruszył w jego stronę.
- No i? - rzucił D'Agosta.
- Przeklęte liście. Szukamy włosów, włókien, odcisków palców, czegokolwiek, ale w tym syfie to jak szukać igły w stogu siana.
- Myślisz, że sprawca o tym wiedział?
- E tam, nie. Chyba że pracował kiedyś na miejscu zbrodni i się na tym zna. Nie, to tylko zbieg okoliczności.
- Głowy wciąż nie ma?
- Nie. Zresztą nie obcięto jej tutaj, brak śladów krwi.
- Przyczyna śmierci?
- Pojedynczy strzał w serce. Duży kaliber, pocisk o dużej prędkości początkowej. Przeszedł na wylot, od tyłu do przodu. Być może znajdziemy w ranie jego fragmenty, ale na pewno nie całą kulę. Poza tym sprawca nie strzelał tutaj. Uwzględniając temperaturę i całą resztę, ciało podrzucono do warsztatu trzy, może cztery dni temu.
- Napaść seksualna?
- Jak dotąd nic na to nie wskazuje, ale musimy zaczekać na wyniki badań, no wiesz, różnych...
- Wiem - przerwał mu D'Agosta. - I nie znaleźliście przy niej żadnych papierów?
- Żadnych, dosłownie nic, ma puste kieszenie. Biała kobieta wzrostu metr sześćdziesiąt siedem, chociaż w tej sytuacji trudno to stwierdzić na pewno. Dwadzieścia kilka lat, wyrobione mięśnie, w dobrej formie fizycznej. W dżinsach od Dolce i Gabbany. Widziałeś te pokręcone tenisówki? Przed chwilą sprawdziłem w necie. Są od Louboutina. Prawie tysiąc dolców za parę.
D'Agosta cicho zagwizdał.
- Tenisówki za tysiąc dolarów? Jasny gwint...
- Właśnie. Nadziana biała dziewczyna. Bez głowy. Wiesz, co to znaczy. Prawda?
D'Agosta wiedział, i to aż za dobrze. Zaraz zlecą się tu ci z prasy - no i proszę, jakby ich wyczarował: nadjechała furgonetka z Fox 5, zaraz potem następna, a po chwili na ulicy zatrzymał się uber, z którego niczym sam Joseph Pulitzer wysiadł Bryce Harriman, reporter z "Posta".
- O Chryste... - D'Agosta chciał wezwać przez radio rzecznika prasowego, ale Chang był już na stanowisku, przy taśmie policyjnej, i jak to on, już wciskał pismakom swoją gładką gadkę.
Caruso nie zwracał uwagi na panujący tam gwar.
- Próbujemy ją zidentyfikować - mówił. - Przeszukujemy bazy osób zaginionych, sprawdzamy odciski palców, i tak dalej.
- Wątpię, czy coś znajdziecie.
- Kokaina, amfetamina; z taką dziewczyną nigdy nic nie wiadomo. Cholera ją wie, mogła być nawet luksusową prostytutką. Z takimi jak ona wszystko jest możliwe.
D'Agosta kiwnął głową. Uczucie niezadowolenia zaczynało powoli ustępować. Zanosiło się na głośną sprawę. Jasne, jej wynik był nie do przewidzenia, ale porucznik nigdy nie uciekał przed nowymi wyzwaniami i czuł, że ten mecz zakończy się zwycięstwem - jeśli coś tak koszmarnego zasługuje na tego rodzaju porównanie. Dekapitacja: oznaczało to, że mają do czynienia z mordercą skrzywionym psychicznie, dewiantem, którego łatwo da się złapać. A jeśli dziewczyna rzeczywiście pochodziła z bogatej rodziny, D'Agosta będzie miał pierwszeństwo i przeskoczy wszystkie te gówno warte sprawy czekające w kolejce w słynących z opieszałości laboratoriach kryminalistycznych nowojorskiej policji.
Technicy, ubrani jak chirurdzy, wciąż pracowali, kucając, pochylając się i chodząc w lewo i prawo niczym wielkie, białe małpy. Uważnie badali liść po liściu, oglądali betonową podłogę, klamkę i okna, zdejmowali odciski palców z walających się wszędzie fragmentów szkła, wszystko zgodnie z zasadami sztuki kryminalistycznej. Robili dobre wrażenie, a Caruso był najlepszy. Oni też wyczuli, że trafiła im się duża sprawa, a ponieważ w laboratoriach doszło ostatnio do kilku skandali, pracowali ze zdwojoną uwagą. Chłopców, którzy znaleźli ciało, przesłuchano tutaj, na miejscu, i odesłano już do rodziców. Żadnego chodzenia na skróty, nie w tym przypadku.
- Dobra, róbcie swoje. - D'Agosta poklepał Carusa po ramieniu.
Zaczynało mu doskwierać zimno, więc postanowił przejść się wzdłuż ogrodzenia i sprawdzić, czy nie przeoczyli jakichś śladów wtargnięcia. Wyszedłszy poza jasno oświetlony teren, stwierdził, że w rozproszonym świetle otoczenia całkiem nieźle widzi, mimo to pstryknął latarką i ruszył przed siebie, rozglądając się na boki. Gdy mijał stertę zgniecionych w kostkę samochodów za budynkiem na końcu działki, zobaczył przykucniętego mężczyznę - na placu, pod siatką, po wewnętrznej stronie ogrodzenia! Na pewno nie był to ani policjant, ani nikt z ekipy techników - mężczyzna miał na sobie absurdalnie pękatą kurtkę z kapturem o wiele za dużym na głowę, która sterczała mu niczym zamontowana poziomo rura kominowa.
- Hej, ty! - D'Agosta pospieszył w jego stronę, jedną rękę trzymając na uchwycie służbowego pistoletu, a drugą ściskając latarkę. - Policja! Wstań i pokaż ręce!
Mężczyzna wstał i odwrócił się ku niemu z twarzą wciąż całkowicie przesłoniętą kapturem, który był obszyty futrem. D'Agosta widział tylko jego błyszczące w ciemności oczy.
Przeszły go ciarki i zdenerwowany dobył broni.
- Co ty tu, do diabła, robisz? Nie widziałeś policyjnej taśmy? Nazwisko!
- Mój drogi Vincencie, możesz to odłożyć.
D'Agosta natychmiast rozpoznał ten głos. Opuścił rękę i schował pistolet do kabury.
- Jezu, Pendergast! Co ty tu robisz? Powinieneś był okazać papiery, a dopiero potem myszkować.
- Skoro już muszę tu być, dlaczego miałbym zrezygnować z dramatycznego wejścia? Co za szczęście, że to ty na mnie wpadłeś.
- Właśnie, miałeś fart. Mogłem posłać cię do piachu.
- Posłać do piachu, przerażające. Nieustannie zadziwiasz mnie swoimi barwnymi określeniami.
Stali przez chwilę, patrząc na siebie, w końcu D'Agosta zdjął rękawiczkę i wyciągnął do niego rękę. Pendergast zdjął swoją i uścisnęli sobie dłonie, a D'Agosta chwycił go mocno za ramię. Ręka Pendergasta była chłodna jak marmur, a gdy zsunął kaptur, ukazała się jego blada twarz, srebrzyste oczy, nienaturalnie jasne w przyćmionym świetle, i zaczesane do tyłu blond włosy.
- "Skoro już muszę tu być?" - powtórzył D'Agosta. - Przyjechałeś służbowo?
- Niestety, tak. Obawiam się, że moje akcje w biurze gwałtownie spadły. Tkwię... Jak byś to ujął? Tkwię w szambie.
- A może "siedzę po uszy w gównie"?
- O właśnie. Siedzę po uszy w gównie.
D'Agosta pokręcił głową.
- Dlaczego zainteresowali się tym federalni?
- Mój przełożony Howard Longstreet, wicedyrektor wykonawczy biura wywiadu FBI, uważa, że sprawca mógł przywieźć tu ciało z New Jersey. A więc z innego stanu. Podejrzewa, że sprawa może mieć związek z przestępczością zorganizowaną.
- Przestępczość zorganizowana? Przecież nie zebraliśmy jeszcze dowodów. Z New Jersey? Co to za bzdury?
- Tak, Vincencie, boję się, że to tylko czysta fantazja, która ma na celu jedno: dać mi nauczkę. Ale teraz czuję się jak Brat Królik[1] w krzaku dzikiej róży, bo okazuje się, że to ty tu dowodzisz. Tak jak w Muzeum Historii Naturalnej, gdzie się poznaliśmy.
D'Agosta odchrząknął. Cieszył się z tego spotkania, choć wcale nie cieszyło go to, że sprawą zajęło się FBI. Poza tym mimo tych nietypowych dla Pendergasta żartów i prześmiechów - najwyraźniej wymuszonych - Aloysius nie wyglądał najlepiej. Ba! Wyglądał fatalnie. Chudy jak szkielet, miał zapadniętą twarz i podkrążone oczy.
- Zdaję sobie sprawę, że nie jest ci to na rękę - dodał. - Dlatego zrobię wszystko, żeby nie wchodzić ci w drogę.
- Nie ma sprawy - odrzekł D'Agosta. - Nowojorska policja i FBI: dobrze wiesz, jak się między nami układa. Chodźmy do warsztatu, przedstawię cię ekipie. Chcesz się tam rozejrzeć?
- Tak, z największą przyjemnością, kiedy technicy skończą swoje.
"Z największą przyjemnością" - sądząc po tonie jego głosu, nie spodziewał się żadnych. A kiedy zobaczy trzydniowego trupa bez głowy, jeszcze się w tym upewni.
- Wiadomo, którędy wszedł i wyszedł? - spytał, gdy ruszyli z powrotem.
- To dość oczywiste - odparł D'Agosta. - Miał klucz do tylnej bramy. Wjechał, zostawił ciało i wyjechał.
Doszli do otwartych drzwi warsztatu i zanurzyli się w jaskrawym blasku reflektorów. Technicy już prawie skończyli i właśnie pakowali sprzęt.
- Skąd tu te liście? - spytał Pendergast bez większego zainteresowania.
- Zakładamy, że morderca ukrył pod nimi ciało na skrzyni pickupa, pod brezentem. Brezent znaleźliśmy w kącie, ciało i liście pod tylną ścianą. Przesłuchujemy sąsiadów. Próbujemy ustalić, czy ktoś widział tu jakiś samochód albo ciężarówkę, ale jak dotąd bez rezultatu. W tej okolicy jest spory ruch, we dnie i w nocy.
D'Agosta przedstawił go detektywom i Caruso, a ci nie próbowali nawet ukrywać niezadowolenia z przybycia agenta FBI. Nie sprzyjał temu również strój Pendergasta, który w zbyt obszernej puchowej kurtce wyglądał jak członek ekspedycji antarktycznej.
- Dobra, czysto - rzucił Caruso, nawet na niego nie patrząc.
Weszli do warsztatu i Aloysius przystanął przy zwłokach kobiety. Ciało leżało na plecach, a ponieważ liście już odgarnięto, widać było dużą ranę wylotową między obojczykami, bez wątpienia od rozszerzającego się pocisku o dużej prędkości początkowej. Z serca pozostała miazga, śmierć była natychmiastowa, lecz nawet po tylu latach służby D'Agosta nie uodpornił się na tyle, żeby znaleźć w tym pocieszenie - w przypadku śmierci tak młodej dziewczyny bardzo o nie trudno.
Cofnął się, żeby Pendergast mógł ją obejrzeć, lecz ku jego zaskoczeniu Aloysius nie kwapił się do rozpoczęcia typowych dla siebie skomplikowanych procedur - darował sobie pojawiające się znikąd probówki, pęsety, lupy i niekończącą się gorączkową krzątaninę. Zamiast tego niemal obojętnie obszedł ciało, przekrzywiając długą, białą głowę i przyglądając mu się z różnych kątów. Obszedł je raz, potem drugi i trzeci. Robiąc czwarte kółko, nie próbował nawet ukrywać znudzenia.
Wrócił do D'Agosty.
- No i? - spytał detektyw.
- Vincencie, to dla mnie prawdziwa kara. Nie licząc dekapitacji, nie widzę tu nic, czym to zabójstwo mogłoby mnie choćby w najmniejszym stopniu zainteresować.
Stali obok siebie, patrząc na zwłoki. I nagle D'Agosta usłyszał, jak Pendergast wciąga powietrze, po cichu, lecz gwałtownie. Szybko ukląkł. Nie wiadomo skąd w jego ręku pojawiła się lupa i pochylił się nad betonową podłogą sześćdziesiąt centymetrów od ciała.
- Masz coś?
Aloysius nie odpowiedział i wciąż przyglądał się brudnemu kawałkowi podłogi, jakby dostrzegł tam uśmiech Mony Lisy. Po chwili przysunął się bliżej zwłok, wyjął pęsetę, wsunął ją pod lupę, pochylił się nad szyją zamordowanej. Trzymając twarz trzy centymetry od rany, wbił pęsetę w szyję ofiary - D'Agosta omal się nie odwrócił - i wyciągnął coś, co wyglądało jak gumowa rurka, choć musiało być dużą żyłą. Uciął mały kawałek, wrzucił go do probówki, znów pogrzebał w ranie, wyciągnął inną żyłę i z tej też pobrał próbkę. Potem spędził kilka minut, uważnie oglądając rozległą ranę na szyi, bez przerwy manipulując pęsetą i nie rozstając się z probówkami.
W końcu wstał. Wyraz pełnej znudzenia obojętności nie malował się już na jego twarzy tak wyraźnie.
- Co tam znalazłeś? - spytał D'Agosta.
- Vincencie, wygląda na to, że mamy prawdziwy problem.
- Jaki?
- Głowę obcięto tutaj. - Pendergast wskazał palcem w dół. - Widzisz to malutkie zadrapanie na podłodze?
- Tu jest pełno zadrapań.
- Tak, ale w tym tkwią fragmenty tkanki. Nasz zabójca dołożył wszelkich starań, żeby nie zostawić śladów, ale ponieważ jest to zadanie niezwykle trudne, popełnił drobny błąd. Stąd zadrapanie.
- W takim razie gdzie podziała się krew? Jeśli głowę obcięto tutaj, musiało być choć trochę krwi.
- A widzisz! Krwi nie było, ponieważ głowę obcięto wiele, wiele godzin, a nawet dni po tym, jak zastrzelono ofiarę. Ta kobieta wykrwawiła się gdzie indziej. Spójrz tylko na tę ranę!
- Po tym, jak ją zastrzelono? Jak długo po tym?
- Ponieważ żyły zdążyły się już cofnąć do szyi, sądzę, że co najmniej dwadzieścia cztery godziny.
- Chcesz powiedzieć, że morderca obciął jej głowę dobę później?
- Tak, to całkiem możliwe. Chyba że mamy do czynienia z dwoma osobnikami, powiązanymi ze sobą lub też nie.
- Z dwoma sprawcami? - powtórzył D'Agosta. - Jak to?
- Z tym, który ją zabił i podrzucił tu ciało, oraz tym, który ją znalazł i... obciął głowę.
D'Agosta przystanął przed portykiem wielkiego domu przy Riverside Drive 891. W przeciwieństwie do otaczających go budynków, wesoło oświetlonych sznurami świątecznych lampek, dom Aloysiusa Pendergasta, choć jak na swój wiek w bardzo dobrym stanie, tonął w ciemności i zdawał się opuszczony. Słabe zimowe słońce z trudem przebijało się przez cienką powłokę chmur, rzucając wodniste poranne cienie na rzekę Hudson za parawanem drzew rosnących wzdłuż West Side Highway. Był mroźny, przygnębiający dzień.
Porucznik wziął głęboki oddech, wszedł na portyk, stanął przed drzwiami i zapukał. Zdumiewająco szybko otworzył mu Proctor, tajemniczy szofer Pendergasta i jego prawa ręka od spraw bezpieczeństwa. D'Agostę nieco zaskoczyło, jak bardzo Proctor schudł od chwili, kiedy widzieli się ostatni raz: zawsze był krzepko, a nawet masywnie zbudowany. Ale twarz miał jak zwykle bez wyrazu, a jego strój - koszula od Lacoste'a i ciemne spodnie - był - co też typowe - dość swobodny jak na kogoś zatrudnionego w domostwie Aloysiusa.
- Dzień dobry... panu. - Porucznik nigdy nie wiedział, jak się do niego zwracać. - Ja do agenta Pendergasta.
- Jest w bibliotece, proszę za mną.
Ale Pendergasta w bibliotece nie było. Ukazał się nagle w jadalni, jak zwykle w nienagannie skrojonym czarnym garniturze.
- Witaj, Vincencie. - Uścisnęli sobie ręce. - Rzuć kurtkę na krzesło. - Proctor, choć otworzył porucznikowi drzwi, nie zaproponował, że zatroszczy się o jego wierzchnie okrycie. D'Agosta zawsze miał wrażenie, że człowiek ten jest kimś dużo więcej niż tylko służącym i szoferem, ale dokładnie kim i co łączyło go z Aloysiusem, tego jak dotąd nie rozgryzł.
Zdjął kurtkę i już miał przewiesić ją sobie przez ramię, gdy ku jego zaskoczeniu Proctor błyskawicznie ją zabrał. Przeszedłszy przez jadalnię, znaleźli się w sali recepcyjnej i wzrok porucznika - D'Agosta nie mógł nic na to poradzić - padł na pusty marmurowy cokół, gdzie kiedyś stała waza.
- Tak, jestem ci winien wyjaśnienie. - Aloysius wskazał cokół. - Bardzo mi przykro, że Constance uderzyła cię w głowę wazą z dynastii Ming.
- Mnie też - przyznał porucznik.
- Przepraszam, że nie wyjaśniłem ci tego wcześniej. Zrobiła to, żeby uratować ci życie.
- No tak. Dobra. - Ta historia wciąż nie miała sensu, podobnie jak wiele innych rzeczy związanych z całą serią tamtych zwariowanych wydarzeń. Porucznik się rozejrzał. - Gdzie ona jest?
Twarz Pendergasta przybrała surowy wyraz.
- Wyjechała. - Lodowatym tonem głosu uciął dalsze pytania.
Zapadła niezręczna cisza, lecz już po chwili Aloysius złagodniał i zrobił zapraszający gest ręką.
- Chodźmy do biblioteki. Powiesz mi, czego się dowiedziałeś.
Z sali recepcyjnej przeszli do ciepłego, pięknie urządzonego pokoju o ciemnozielonych ścianach wyłożonych dębową boazerią, w którym stały niekończące się rzędy półek wypełnionych starymi księgami. Pod kominkiem płonął ogień. Pendergast wskazał fotel z uszakami, który stał po jednej stronie kominka, a sam usiadł w drugim, naprzeciwko porucznika. - Mogę zaproponować ci coś do picia? Ja piję zieloną herbatę.
- Hm, chętnie napiłbym się kawy, jeśli można. Z mlekiem i dwiema kostkami cukru.
Czuwający u wejścia do biblioteki Proctor zniknął za drzwiami. Aloysius odchylił się do tyłu.
- Rozumiem, że zidentyfikowaliście ofiarę.
D'Agosta poprawił się w fotelu.
- Tak.
- No i?
- Ku mojemu zaskoczeniu w bazie danych znaleźliśmy jej odciski palców. Wyskoczyły niemal natychmiast, pewnie dlatego, że pobrano je cyfrowo, kiedy składała wniosek o uczestnictwo w Global Entry, no wiesz, jednym z programów Trusted Traveler prowadzonych przez Administrację Bezpieczeństwa Transportu. Nazywa się Grace Ozmian, ma dwadzieścia trzy lata i jest córką Antona Ozmiana, tego miliardera.
- Tak, to nazwisko nie jest mi obce.
- Wynalazł część technologii używanej do streamowania muzyki i wideo przez internet. Założył firmę DigiFlood. Miał ciężkie dzieciństwo, ale szybko piął się do góry. Teraz śpi na pieniądzach. Ilekroć ktoś instaluje w komputerze oprogramowanie do streamowania, jego firma ma z tego działkę.
- I mówisz, że to jego córka.
- Tak. Jego rodzice pochodzili z Libanu. W szkole średniej był orłem i dostał stypendium w MIT. Grace urodziła się w Bostonie, a kiedy miała pięć lat, jej matka zginęła w katastrofie lotniczej. Wychowała się na Upper East Side. Prywatne szkoły, złe stopnie, i tak dalej. Nigdy nie pracowała i żyła na koszt ojca, jak typowa przedstawicielka elity. Kilka lat temu wyjechała na Ibizę, potem na Majorkę, ale rok temu wróciła do Nowego Jorku i zamieszkała z ojcem w Time Warner Center. Ozmian ma tam ośmiopokojowy apartament, a właściwie dwa połączone ze sobą apartamenty. Zgłosił jej zaginięcie przed czterema dniami. Zrobił piekło na policji, a teraz robi pewnie w FBI. Ma znakomite koneksje i pociągnął pewnie za wszystkie sznurki, żeby odnaleźć córkę.
- Bez wątpienia. - Pendergast podniósł filiżankę i upił łyk herbaty. - Brała narkotyki?
- Całkiem możliwe. Biedni, bogaci, tylu z nich bierze. Nie ma informacji o narkotykach w oficjalnych meldunkach, ale parę razy zatrzymano ją za wybryki pod wpływem alkoholu i zakłócenie porządku publicznego, ostatnio pół roku temu. Badanie krwi wykazało obecność kokainy w organizmie. Zarzutów nie postawiono. Sporządzamy listę jej znajomych, a miała ich sporo, głównie bogatych Europejczyków mieszkających w Stanach i żyjących z funduszy powierniczych kolesiów z Upper East Side. Kiedy tylko zawiadomimy ojca, prześwietlimy ich wszystkich i solidnie przyciśniemy. Oczywiście będę cię informował na bieżąco.
Proctor przyniósł kawę.
- Chcesz powiedzieć, że ojciec jeszcze nie wie? - spytał Aloysius.
- Nie, zidentyfikowaliśmy ją godzinę temu. Między innymi dlatego do ciebie wpadłem.
Pendergast uniósł brwi i na jego twarzy zagościł wyraz niezadowolenia.
- Chyba nie oczekujesz, że pojadę do niego z kondolencjami.
- Nie, nie chodzi o kondolencje. Przecież nieraz to przerabiałeś. To część śledztwa.
- Miałbym zawiadomić ojca miliardera, że jego córkę zamordowano i zdekapitowano? Nie, dziękuję.
- Nie masz wyboru. Musisz tam pojechać. Jesteś agentem FBI. Trzeba mu pokazać, że policja rzuciła do tej sprawy wszystkie siły, Biuro też. Wierz mi, jeśli nie pojedziesz, twój przełożony natychmiast się o tym dowie, a tego chyba nie chcesz.
- Z nieukontentowaniem Howarda Longstreeta jakoś sobie poradzę. Nie mam zamiaru opuszczać biblioteki i udawać się nigdzie z żałobną misją. Nie jestem w nastroju.
- Musisz zobaczyć, jak zareaguje.
- Ojciec? Podejrzewacie go?
- Nie, ale to morderstwo może mieć coś wspólnego z jego interesami. Podobno to światowej klasy kanalia. Musi być kanalią, bo zniszczył karierę wielu ludziom i przejął wrogo mnóstwo firm. Może wkurzył nie tego, co trzeba, a on zabił mu z zemsty córkę.
- Mój drogi Vincencie, tego rodzaju rzeczy nie należą do moich mocnych stron.
D'Agosta zaczynał się irytować. Czuł, że płonie mu twarz. W innych okolicznościach by zrezygnował, ale wiedział, że tym razem Pendergast się myli. Przecież zawsze umiał ocenić sytuację, był w tym bardzo dobry - co mu się nagle stało?
- Posłuchaj, jeśli nie chcesz zrobić tego dla dobra sprawy, zrób to dla mnie. Proszę cię jako przyjaciel. Proszę. Nie mogę iść tam sam. Po prostu nie mogę.
D'Agosta czuł na sobie wzrok jego srebrzystych oczu. Pendergast przyglądał mu się bardzo długo. Potem dopił herbatę i z westchnieniem odstawił filiżankę na spodeczek.
- Takiej prośbie nie sposób odmówić.
- Dobra. W porządku. - Porucznik wstał; kawy nawet nie tknął. - Ale musimy się pospieszyć. Ten cholerny Harriman, ten reporter, węszy już jak pies. Lada chwila wiadomość trafi do prasy. Ozmian nie może się dowiedzieć o córce z nagłówków bulwarówek.
- Dobrze. - Aloysius odwrócił się i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w drzwiach biblioteki wyrósł nagle Proctor.
- Proctor? Zechciej podstawić samochód.
Zabytkowy rolls-royce silver wraith z Proctorem za kierownicą - widok nader osobliwy w labiryncie zatłoczonych ulic Dolnego Manhattanu - przecisnął się przez korek na West Street i podjechał do siedziby DigiFlood w samym sercu Silicon Alley. Kampus firmy składał się z dwóch wielkich gmachów zajmujących cały kwartał miasta między West Street, North Moore i Greenwich. Kiedyś, w dziewiętnastym wieku, w jednym mieściła się drukarnia, a drugi był nowym, pięćdziesięciopiętrowym drapaczem chmur. D'Agosta pomyślał, że z obydwu musi się roztaczać zabójczy widok na rzekę Hudson i - z drugiej strony - na Dolny Manhattan.
Przed wyjazdem zadzwonił do firmy i uprzedził, że przyjeżdżają z informacjami o córce Antona Ozmiana. Gdy wjechali do podziemnego garażu pod wieżowcem, parkingowy wskazał Proctorowi miejsce tuż obok niszy oznaczonej napisem OZMIAN 1. Zanim zdążyli wysiąść, przy samochodzie wyrósł mężczyzna w ciemnoszarym garniturze.
- Panowie? - Podszedł bliżej, lecz nie wyciągnął do nich ręki. Służbista całą gębą. - Mogę zobaczyć wasze dokumenty?
Pendergast wyjął portfel i pokazał mu "blachę", a D'Agosta poszedł w jego ślady. Mężczyzna obejrzał je uważnie, nie dotykając ani jednej, ani drugiej.
- Mój szofer zaczeka w samochodzie - powiedział Aloysius.
- Bardzo dobrze. Proszę tędy.
Porucznik pomyślał, że jeśli facet był zaskoczony widokiem policjanta i agenta FBI w rollsie, niczym tego nie okazał.
Wsiedli do prywatnej windy, którą mężczyzna otworzył kluczem. Z przytłumionym sykiem ściskanego powietrza winda pomknęła do góry i już po chwili znaleźli się na najwyższym piętrze gmachu. Drzwi otworzyły się z cichym szeptem i weszli do czegoś, co było bez wątpienia siedzibą zarządu firmy. W wystroju wnętrza dominowało matowe szkło, wypolerowany na błysk czarny granit i szczotkowany tytan. Zen jest sztuką kontemplacji pustki, a tę można by tu kontemplować do woli. Mężczyzna w ciemnoszarym garniturze ruszył szybko przed siebie, prowadząc ich przez dużą poczekalnię, zakrzywioną niczym mostek statku kosmicznego. Za poczekalnią były brzozowe drzwi, które otworzyły się bezszelestnie, gdy do nich podeszli. Za drzwiami ciągnęły się biura. Pracowali w nich mężczyźni i kobiety ubrani w stroje, które D'Agosta uznał za obowiązujące w Dolinie Krzemowej, nieformalne, choć eleganckie, czarne podkoszulki, lniane marynarki, obcisłe dżinsy i te hiszpańskie buty, tak ostatnio modne. Jak się one nazywają? Pikolinos. Tak, pikolinos.
W końcu doszli do czegoś, co musiało być matecznikiem szefa wszystkich szefów, do kolejnych podwójnych brzozowych drzwi, tak dużych i wysokich, że wbudowano w nie mniejsze, żeby można było normalnie nimi wchodzić i wychodzić.
- Proszę chwilę zaczekać. - Mężczyzna w ciemnoszarym garniturze wślizgnął się do środka przez mniejsze drzwi i zamknął je za sobą.
D'Agosta zerknął na Pendergasta. Zza drzwi dochodził przytłumiony głos kogoś, kto z trudem panował nad gniewem. Porucznik nie słyszał słów, lecz ich znaczenie było oczywiste: jakiś biedaczyna dostawał tęgi ochrzan. Głos podnosił się i opadał, jakby wyliczał czyjeś przewinienia. Raptem ucichł.
Chwilę później otworzyły się drzwi i z gabinetu wyszedł mężczyzna, siwowłosy, wysoki, przystojny, nienagannie ubrany i chlipiący jak dziecko - twarz miał mokrą od łez.
- Pamiętaj, to twoja działka! - zawołał za nim głos od przewinień. - Przez ten cholerny przeciek nasz tajny kod źródłowy hula po całym internecie! Znajdź odpowiedzialnego za to sukinsyna albo wezmę cię za dupę i wywalę z roboty!
Siwowłosy mężczyzna zatoczył się, minął ich, nikogo nie widząc, i zniknął w poczekalni.
D'Agosta znów zerknął na Pendergasta, żeby zobaczyć jego reakcję, lecz twarz Aloysiusa, blada, jakby wykuta z marmuru, była jak zawsze bez wyrazu, a w wypełniającym pomieszczenie chłodnym, naturalnym świetle jego oczy płonęły jaśniej niż zwykle. Choć Pendergast wciąż był chudy jak szczapa, porucznik cieszył się, że agent wrócił do formy, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Na widok doprowadzonego do rozpaczy mężczyzny D'Agosta trochę się zdenerwował i dokonał w myśli szybkiego przeglądu swojego ubioru. Odkąd się pobrali, jego żona Laura Hayward dbała o to, żeby kupował dwurzędowe garnitury tylko u lepszych krawców - u Brioniego, Ravazzolo i Zegni - a bawełniane koszule u braci Brooks. Jedynym ukłonem w stronę uniformu była pojedyncza oficerska "belka", którą przypinał do klapy. Laura wyrzuciła wszystkie jego brązowe garnitury z poliestru i musiał przyznać, że dzięki niej bardzo się ogarnął pod względem ubraniowym. Odkrył, że kiedy wygląda jak milion dolarów, jest bardziej pewny siebie, choć koledzy żartowali, że w dwurzędowym garniturze wygląda jak mafioso. Co tak naprawdę sprawiało mu przyjemność. Musiał tylko uważać, żeby nie wzbudzić zazdrości w kapitanie Glenie Singletonie, znanym w nowojorskiej policji elegancie.
Wrócił ich "opiekun".
- Pan Ozmian prosi.
Weszli do dużego, choć nie olbrzymiego gabinetu w południowo-wschodnim narożniku biurowca. Jedno z okien wypełniał widok masywu Wieży Wolności, czterech eleganckich wieżowców stojących pozornie w zasięgu ręki. Zza przypominającego nagrobek biurka z czarnego granitu wyszedł mężczyzna w okularach w stalowej oprawce, szczupły, wysoki, ascetyczny i bardzo przystojny. Miał siwiejące na skroniach czarne włosy i krótko przyciętą, szpakowatą brodę. Był w białym, kaszmirowym golfie robionym ściegiem warkoczowym, czarnych dżinsach i czarnych butach - monochromatyczny efekt robił wrażenie. Nie wyglądał na kogoś, kto właśnie zmieszał z błotem podwładnego. Ale przyjaznego wrażenia też nie sprawiał.
- Najwyższa pora. - Wskazał kącik do siedzenia obok biurka, gestem bynajmniej nie zapraszającym, tylko rozkazującym. - Mojej córki nie ma od czterech dni. I w końcu władze zaszczycają mnie wizytą. Siadajcie i mówcie, co się dzieje.
D'Agosta zerknął na Pendergasta i stwierdził, że ten ani myśli siadać.
- Panie Ozmian - zaczął Aloysius - kiedy widział pan córkę ostatni raz?
- Nie zamierzam przerabiać tego w nieskończoność. Opowiedziałem wszystko przez telefon dziesięć razy i...
- Tylko dwa pytania, jeśli pan pozwoli - przerwał mu Aloysius. - Kiedy widział pan córkę ostatni raz?
- Przy kolacji. Cztery dni temu. Potem wyszła gdzieś ze znajomymi. I nie wróciła.
- A zadzwonił pan na policję dokładnie kiedy?
Ozmian westchnął.
- Następnego dnia rano, około dziesiątej.
- Nie przywykł pan do jej późnych powrotów?
- Nie do tak późnych. Co się właściwie...
Zmieniła mu się twarz. Musiał dostrzec coś w naszej mimice, pomyślał D'Agosta. Bystry jest.
- Dlaczego pan pyta? Znaleźliście ją?
Porucznik wziął głęboki oddech i już miał odpowiedzieć, lecz ku jego wielkiemu zaskoczeniu Pendergast go uprzedził.
- Panie Ozmian - odparł swoim najcichszym, najspokojniejszym głosem. - Mamy złe nowiny: pańska córka nie żyje.
Ozmian zareagował tak, jakby go postrzelono. Dosłownie się zatoczył i musiał przytrzymać się fotela, żeby nie upaść. Momentalnie zbladł jak ściana i poruszył ustami, lecz wydobył się z nich tylko niezrozumiały szept. Wyglądał jak stojący trup.
Kiedy się zachwiał, D'Agosta zrobił krok w jego stronę i chwycił go za rękę i ramię.
- Lepiej usiądźmy.
Ozmian skinął głową i pozwolił zaprowadzić się do fotela. Porucznik miał wrażenie, że milioner jest lekki jak piórko.
Jego usta ułożyły się w słowo "jak?", ale znów wydobyło się z nich jedynie ciche tchnienie powietrza.
- Została zamordowana - odparł Pendergast wciąż bardzo cichym głosem. - Jej ciało znaleziono w nocy w opuszczonym warsztacie samochodowym w Queens. Rano ją zidentyfikowaliśmy. Chcieliśmy oficjalnie pana zawiadomić, zanim historia trafi do gazet, a trafi lada chwila, dlatego przyjechaliśmy. - Choć powiedział to, nie owijając niczego w bawełnę, w jego głosie słychać było całą głębię smutku i współczucia.
Ozmian znów poruszył ustami.
- Zamordowana? - powtórzył ze ściśniętym gardłem.
- Tak.
- Jak?
- Zabito ją strzałem w serce. Śmierć była natychmiastowa.
- W serce? - Twarz Ozmiana zaczynała odzyskiwać naturalny kolor. - W serce?
- Za kilka dni poznamy więcej szczegółów. Obawiam się, że musi pan zidentyfikować ciało. Oczywiście chętnie będziemy panu towarzyszyli.
Na twarzy Ozmiana malował się wyraz zdezorientowania i przerażenia.
- Ale... zamordowana? Dlaczego?
- Śledztwo dopiero się rozpoczęło. Wygląda na to, że zabito ją cztery dni temu, a zwłoki porzucono w warsztacie.
Ozmian przytrzymał się boków fotela i wstał. Jego twarz, przedtem blada, a teraz różowa, zaczynała przybierać kolor ognistej czerwieni. Stał przez chwilę, patrząc to na Pendergasta, to na D'Agostę. Powoli dochodził do siebie i było widać, że zaraz wybuchnie.
- Wy dranie.
Porucznik i Pendergast milczeli.
- Banda sukinsynów! Co FBI robiło przez te cztery dni? To wasza wina! Wasza! - Zaczął mówić szeptem, coraz bardziej podnosząc głos, kończąc głośnym rykiem i bryzgając śliną.
- Szanowny panie - przerwał mu spokojnie Pendergast. - Kiedy zadzwonił pan na policję, pańska córka już prawdopodobnie nie żyła. Ale zapewniam pana, że zrobiono wszystko, żeby ją odnaleźć. Absolutnie wszystko.
- Partacze! Zawsze tak mówicie! Zakłamane sukin... - Ozmian umilkł, bo głos uwiązł mu w gardle jak zbyt duży kawałek jedzenia. Zakaszlał, zacharczał, posiniała mu twarz. Z pełnym furii rykiem zrobił krok do przodu, chwycił ciężką rzeźbę ze szklanego stolika i grzmotnął nią w podłogę. Zatoczył się, powłócząc nogami, podszedł do białej tablicy na wysokim stojaku, odtrącił ją na bok, przewrócił kopniakiem lampę, chwycił z biurka ceramiczny puchar - chyba jakąś nagrodę - i cisnął nim w stolik. Puchar i stolik roztrzaskały się z głośnym hukiem w fontannie odłamków gliny i szkła, które spadły na granitową podłogę niczym deszcz.
Do gabinetu wpadł mężczyzna w ciemnoszarym garniturze, ich "opiekun".
- Co się stało? - rzucił nieprzytomnie, zaszokowany widokiem zniszczeń i załamanego szefa. Spojrzał na niego nerwowo, potem przeniósł wzrok na nich.
Jego wejście musiało Ozmiana ocucić, bo przestał szaleć i ciężko dysząc, przystanął na środku pokoju. Odłamek szkła drasnął go w czoło i z rany wypłynęła kropla krwi.
- Panie dyrektorze?
Ozmian spojrzał na niego i przemówił głosem chrapliwym, lecz spokojnym.
- Wyjdź. Zamknij drzwi na klucz. Znajdź Isabel. Oprócz niej nikt nie ma prawa tu wchodzić.
- Tak, panie dyrektorze. - Mężczyzna prawie wybiegł z gabinetu.
Ozmian wybuchnął nagle płaczem i jego ciałem wstrząsnął histeryczny szloch. D'Agosta zawahał się, podszedł do niego, wziął go za ramię i znów pomógł mu dojść do fotela. Ozmian usiadł, zgiął się wpół, objął ramionami i wciąż ciężko dysząc i szlochając, zaczął się kiwać w przód i w tył.
Po chwili nieco się uspokoił. Gwałtownym ruchem wyjął chustkę z kieszeni i starannie wytarł twarz. Zbierał się długo i w milczeniu.
W końcu bezbarwnym głosem rzucił:
- Mówcie.
Porucznik odchrząknął i przejął pałeczkę. Opowiedział mu, jak dwóch chłopców znalazło ciało ukryte w warsztacie pod warstwą liści, zapewnił, że wydział zabójstw od razu przystąpił do pracy, że on, D'Agosta, przydzielił do tego pełen zespół kryminalistyków pod kierownictwem najlepszych specjalistów w branży, że sprawą zajmuje się ponad czterdziestu detektywów, że zabójstwo jego córki ma dla nich najwyższy priorytet i że policja w pełni współpracuje z FBI. Wyłożył wszystko na tyle szczegółowo, na ile śmiał, a Ozmian słuchał go z pochyloną głową.
- Kto mógł to zrobić? - spytał, gdy D'Agosta skończył. - Macie jakieś teorie?
- Jeszcze nie, ale na pewno będziemy mieli. Znajdziemy mordercę, ma pan moje słowo. - Porucznik zawahał się, nie bardzo wiedząc, jak powiedzieć mu o dekapitacji. Nie chciał wchodzić w aż takie szczegóły, ale zdawał sobie sprawę, że nie ma wyboru, ponieważ w gazetach będzie się od nich roiło. Najgorsze ze wszystkiego było jednak to, że Ozmian musiał zidentyfikować bezgłowe ciało - ciało swojej córki. Pobrali odciski palców i wiedzieli już na pewno, że to ona, ale prawo nakazywało, aby przeprowadzić identyfikację wizualną, chociaż w tym przypadku było to okrutne i niepotrzebne.
- Kiedy zidentyfikuje pan ciało - ciągnął porucznik - chcielibyśmy pana przesłuchać. Im szybciej, tym lepiej, oczywiście jeśli będzie pan czuł się na siłach. Chcemy poznać nazwiska jej znajomych, przynajmniej te, które pan zna, nazwiska i namiary kontaktowe. Musi pan nam powiedzieć, czy miała jakieś kłopoty, córka i pan, w życiu zawodowym i osobistym, wszystko, co mogłoby mieć jakiś związek z jej zabójstwem. Pytania nie będą przyjemne, ale jestem przekonany, że rozumie pan, dlaczego musimy je zadać. Im więcej będziemy wiedzieli, tym szybciej złapiemy tego lub tych, którzy to zrobili. Naturalnie może pan przyjść z adwokatem, ale to niekonieczne.
- Przesłuchać... teraz? - spytał z wahaniem Ozmian.
- Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, wolelibyśmy porozmawiać u nas, na Police Plaza. Już po... identyfikacji. Może po południu, jeśli pan podoła?
- Jestem... Chcę wam pomóc... Zamordowana. Boże...
- Jeszcze jedno - powiedział cicho Pendergast, głosem, który natychmiast zamknął Ozmianowi usta. Milioner podniósł głowę i spojrzał na niego ze strachem w oczach.
- Co takiego? - spytał.
- Będzie pan musiał zidentyfikować ciało córki po znakach szczególnych: znamionach, tatuażach czy bliznach chirurgicznych. Albo po tym, co przy niej znaleziono. Na przykład po ubraniu i rzeczach osobistych.
Ozmian zamrugał.
- Nie rozumiem.
- Pańska córka została pozbawiona głowy. Jak dotąd jej nie znaleźliśmy. Głowy.
Ozmian patrzył na niego długą chwilę. Potem odszukał wzrokiem D'Agostę.
- Dlaczego? - wychrypiał.
- Bardzo chcielibyśmy to wiedzieć - odparł Pendergast.
Ozmian wciąż siedział skurczony w fotelu. W końcu powiedział:
- Wychodząc, podajcie mojemu asystentowi adres kostnicy i posterunku. Będę tam o drugiej.
- Dobrze - rzekł Aloysius.
- A teraz zostawcie mnie samego.
[...]
Tytuł oryginału: The City of Endless Night
Redakcja: Łukasz Błaszczyk
Korekta: Marta Śliwińska
Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter
Zdjęcie: Getty images/Adam Garelick
Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska
Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
Copyright ? 2018 by Splendide Mendax, Inc. and Lincoln Child. First published by Grand Central Publishing a division of Hachette Book Group, Inc. The Grand Central Publishing name and logo is a trademark of Hachette Book Group, Inc.
Copyright ? Agora SA, 2019
Copyright ? for Polish translation by Jan Kraśko
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2019
ISBN: 978-83-268-3297-0 (epub), 978-83-268-3298-7 (mobi)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej