3
CZYŻBY NAWIEDZONE MIASTO?
John Lewis
Jerusalem - niewielkie miasteczko położone na wschód od Cumberland, mniej więcej dwadzieścia mil na północ od Portland. Nie pierwsze w historii Ameryki, które wyludniło się i umarło, ani najprawdopodobniej nie ostatnie, ale za to z pewnością jedno z najbardziej tajemniczych. Na Południowym Zachodzie takie miasta nie należą wcale do rzadkości; powstawały niemal z dnia na dzień wokół nowo odkrytych pokładów złota i srebra, a potem, gdy wyczerpały się żyły kruszcu, niemal równie raptownie znikały, pozostawiając opuszczone sklepy, hotele i bary.
W Nowej Anglii jedynym wydarzeniem, które można porównać do tajemniczego wyludnienia Jerusalem czy też Salem, jak często nazywają je okoliczni mieszkańcy, jest to, co spotkało leżące w stanie Vermont miasteczko Momson. Latem roku 1923 zniknęło bez śladu wszystkich 312 zamieszkujących je ludzi. Domy i kilka niewielkich budynków mieszczących urzędy nadal stoją, lecz od pięćdziesięciu dwóch lat są zupełnie puste. Z kilku z nich usunięto całe wyposażenie, ale większość jest nadal całkowicie umeblowana, jakby w środku zwyczajnego dnia powiał nagle jakiś potworny wiatr, unosząc ze sobą wszystkich ludzi. W jednym z domów pozostał nakryty już do wieczornego posiłku stół, w innym zasłano łóżka, jakby szykując się do spoczynku, w sklepie zaś znaleziono leżącą na ladzie sztukę zmurszałej bawełnianej tkaniny; w okienku kasy widniała wybita należność - $1.22 - a w samej kasie leżało nietknięte niemal pięćdziesiąt dolarów.
Okoliczni mieszkańcy lubią zabawiać turystów historyjką o tym, jakoby miasteczko było nawiedzone - rzekomo właśnie z tego powodu przez tyle lat nikt się w nim nie osiedlił. Znacznie bardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem jest jednak to, że Momson leży w odludnej części stanu, z daleka od głównych dróg. Nie ma w nim nic, co nie mogłoby się znaleźć również w jakiejkolwiek innej, podobnej miejscowości, oczywiście z wyjątkiem przypominającej tajemnicę "Mary Celeste" zagadki jego nagłego opustoszenia.
Mniej więcej to samo można powiedzieć o Jerusalem.
Według spisu z roku 1970 miasteczko liczyło 1319 mieszkańców, co w porównaniu ze spisem sprzed dziesięciu lat oznaczało przyrost o dokładnie 67 osób. Życie toczyło się leniwie i wygodnie i nie działo się właściwie nic godnego uwagi. Jedynym znaczniejszym wydarzeniem, o którym mogli rozmawiać starsi obywatele, regularnie spotykający się w parku lub sklepie ogrodniczym Crossena, był pożar z roku 1951, kiedy to lekkomyślnie rzucona zapałka stała się przyczyną jednego z największych pożarów lasu w historii stanu.
Dla kogoś, kto chciałby spędzić jesień swego życia w małym prowincjonalnym miasteczku, gdzie każdego interesują tylko jego własne sprawy, najważniejszym zaś wydarzeniem każdego tygodnia jest spotkanie Klubu Kobiet, Salem stanowiłoby idealne miejsce. Pod względem demograficznym spis z roku 1970 potwierdził zarówno wyniki badań socjologów, jak i obserwacje wszystkich długoletnich mieszkańców jakiegokolwiek miasteczka w stanie Maine: dużo ludzi starych, trochę biednych i dużo młodych, którzy natychmiast po ukończeniu szkoły uciekali z dyplomami pod pachą, żeby już nigdy tu nie powrócić.
Jednak mniej więcej rok temu w Jerusalem zaczęło się dziać coś niezwykłego: zaczęli znikać ludzie. To znaczy zdecydowana większość nie zniknęła w ścisłym znaczeniu tego słowa. Miejscowy policjant, Parkins Gillespie, mieszka teraz ze swoją siostrą w Kittery. Charles James, właściciel usytuowanej naprzeciw apteki stacji benzynowej, ma obecnie warsztat samochodowy w sąsiednim Cumberland. Pauline Dickens przeniosła się do Los Angeles, Rhoda Curless zaś pracuje przy misji św. Mateusza w Portland. Lista tych, którzy "zniknęli" właśnie w ten sposób, jest bardzo długa.
Jedno, co dziwi u tych ludzi, to ich wspólna niechęć - lub niemożność - do mówienia o Jerusalem i o tym, co się tam wydarzyło. Parkins Gillespie popatrzył na piszącego te słowa, zapalił papierosa i powiedział: "Po prostu postanowiłem się przeprowadzić". Charles James twierdzi, że został zmuszony do przenosin, ponieważ wraz z wyludnianiem się miasta prowadzony przez niego interes przestał przynosić mu zyski. Pauline Dickens, która przez wiele lat pracowała jako kelnerka w Excellent Café, w ogóle nie odpowiedziała na mój list, panna Curless zaś kategorycznie odmówiła udzielenia jakiejkolwiek wypowiedzi na temat miasteczka Salem.
Zagadkę wielu pozostałych zniknięć można rozwikłać dzięki dedukcji opierającej się na pewnych uprzednich badaniach. Lawrence Crockett, miejscowy pośrednik w handlu nieruchomościami, ulotnił się wraz ze swą żoną i córką, pozostawiając po sobie ślad w postaci wielu budzących poważne wątpliwości transakcji. (Jedna z nich dotyczyła działki budowlanej w Portland, na której obecnie wznosi się duże centrum handlowe). Rodzina Royce'a McDougalla straciła w tym roku nowo narodzonego syna, więc raczej nic nie trzymało jej w miasteczku. McDougallowie mogą teraz być dokładnie gdziekolwiek. Do tej samej kategorii można także zaliczyć wielu innych. Oto wypowiedź szefa policji stanowej, Petera McFee: "Poszukujemy wielu ludzi z Jerusalem, ale to nie jest jedyne miasto w stanie Maine, z którego oni znikają. Royce McDougall nie spłacił kredytu w banku i w jeszcze dwóch instytucjach finansowych... Moim zdaniem to typowy oszust, który postanowił w ten sposób wymigać się od kłopotów. Prędzej czy później skorzysta z którejś z kart kredytowych, jakie miał w swoim portfelu, i wtedy komornicy dostaną go w swoje ręce. W Ameryce nagłe zniknięcia ludzi nie są niczym nadzwyczajnym. Żyjemy w zmotoryzowanym społeczeństwie; ludzie co dwa lub trzy lata pakują manatki i ruszają w drogę, nieraz zapominając o zostawieniu nowego adresu. Szczególnie zatwardziali dłużnicy". Jednak pomimo nieugiętego rozsądku, emanującego ze słów kapitana McFee, trzeba przyznać, że w miasteczku Salem stykamy się z wieloma niewyjaśnionymi zagadkami. Wśród zaginionych znajduje się między innymi Henry Petrie wraz z żoną i synem, a przecież pana Petriego, długoletniego urzędnika firmy ubezpieczeniowej, trudno nazwać zatwardziałym dłużnikiem. Na budzącej niepokój swoją długością liście figurują także nazwiska miejscowego grabarza, bibliotekarki i kosmetyczki.
W sąsiednich miasteczkach zaczęła się już szerzyć epidemia plotek, dająca zwykle początek narodzinom nowej legendy. Jerusalem zyskało sobie opinię miejsca nawiedzonego. Krążą słuchy, jakoby nad przecinającą miasto linią wysokiego napięcia widywano tajemnicze kolorowe światła, a na rzuconą luźno uwagę, że być może wszyscy mieszkańcy zostali porwani przez UFO, nikt nie reaguje śmiechem. Mówi się również o "mrocznym sprzysiężeniu" młodych ludzi, którzy odprawiali w miasteczku czarne msze i w ten sposób ściągnęli na nie gniew boży, i to on unicestwił wszystkich żyjących w miejscowości noszącej tę samą nazwę, co najświętsze miasto Ziemi Świętej, ci natomiast o nieco bardziej sceptycznym nastawieniu wspominają znaną sprawę z Houston, gdzie odkryto zbiorowe groby wielu "zaginionych" osób.
Po wizycie w Salem tego rodzaju przypuszczenia wydają się znacznie mniej nieprawdopodobne. Nie działa ani jeden sklep. Ostatnia zamknęła swoje podwoje apteka Spencera, zaprzestając działalności w styczniu tego roku. Sklep ogrodniczy Crossena, sklep z narzędziami, antykwariat Barlowa i Strakera, Excellent Café, a nawet siedziba Rady Miejskiej są pozabijane na głucho deskami. Nowa szkoła podstawowa, podobnie jak grupująca młodzież z dwóch sąsiednich osad szkoła średnia, wzniesiona w roku 1967, świecą pustkami. W oczekiwaniu na wyniki referendum w pozostałych miejscowościach tego regionu całe wyposażenie obydwu szkół przeniesiono do zastępczego budynku w Cumberland, ale wszystko wskazuje na to, że z chwilą rozpoczęcia roku szkolnego w ławkach nie zasiądzie żadne dziecko z Jerusalem. Po prostu dlatego, że nie ma tu dzieci, tylko opuszczone sklepy, porzucone domy, zarośnięte trawniki i puste ulice.
Wśród osób, których miejsce pobytu chciałaby ustalić policja stanowa, znajdują się między innymi: John Groggins, pastor kościoła metodystów, ojciec Donald Callahan, proboszcz katolickiej parafii św. Andrzeja, Mabel Werts, wdowa pełniąca wiele funkcji społecznych, Lester i Harriet Durham, oboje pracujący w tkalni i przędzalni Gatesa, prowadząca miejscowy pensjonat Eva Miller...
4
W dwa miesiące po ukazaniu się artykułu chłopiec przyjął chrzest, po czym poszedł do pierwszej spowiedzi i wyznał wszystko.
5
Ksiądz był starym, siwowłosym mężczyzną o opalonej, pokrytej gęstą siatką zmarszczek twarzy, w której tkwiły oczy zdumiewające bystrością i żywotnością. Były bardzo błękitne i bardzo irlandzkie. Kiedy przy jego domu pojawił się wysoki mężczyzna, kapłan siedział na werandzie w towarzystwie ubranego po miejsku człowieka i pił herbatę. Obcy miał przedziałek na środku głowy, napomadowane włosy i przypominał wysokiemu mężczyźnie ludzi ze zdjęć portretowych z końca dziewiętnastego wieku.
- Nazywam się Jesús de la Rey Mu?oz - powiedział oschle obcy. - Ojciec Gracon poprosił mnie jako tłumacza, bo nie zna angielskiego. Ojciec Gracon kiedyś wyświadczył mojej rodzinie wielką przysługę, o której teraz nie wspomnę. Będę równie dyskretny w sprawie, którą chcę obecnie omówić. Czy to panu odpowiada?
- Tak.
Mężczyzna uścisnął rękę Mu?oza, a potem Gracona. Kapłan uśmiechnął się i powiedział coś po hiszpańsku. Miał tylko pięć zębów, ale jego uśmiech był pogodny i szczery.
- Pyta, czy zechce pan napić się herbaty. To zielona herbata, bardzo orzeźwiająca.
- Z przyjemnością.
- Chłopiec nie jest pańskim synem - rzekł ksiądz, kiedy wymienili już wszystkie konieczne uprzejmości.
- Nie jest.
- Jego spowiedź była bardzo dziwna. Prawdę mówiąc, najdziwniejsza, jaką słyszałem przez cały okres mego kapłaństwa.
- Domyślam się tego.
- Płakał - powiedział ojciec Gracon, popijając herbatę. - Płakał szczerze i głęboko, całą duszą. Czy muszę zadać pytanie, które w związku z tą spowiedzią ciśnie mi się na usta?
- Nie - odparł wysoki mężczyzna. - Nie musi ksiądz. On mówił prawdę.
Gracon skinął głową, zanim jeszcze Mu?oz przetłumaczył odpowiedź, a jego twarz spoważniała. Pochylił się do przodu, opierając obie ręce na kolanach, i zaczął mówić. Mówił długo, a Mu?oz słuchał uważnie, starając się, żeby jego twarz pozostawała całkowicie bez wyrazu.
- Mówi, że na świecie dzieją się różne dziwne rzeczy - odezwał się, kiedy kapłan skończył. - Czterdzieści lat temu pewien rolnik z El Graniones przyniósł mu jaszczurkę, która krzyczała kobiecym głosem. Widział człowieka noszącego na sobie stygmaty Męki Pańskiej, na którego stopach i dłoniach w każdy Wielki Piątek pojawiały się ślady krwi. Mówi, że to jest okropna, straszna rzecz, bardzo niebezpieczna zarówno dla pana, jak i dla chłopca. Szczególnie dla chłopca. To go pożera. On mówi, że...
Gracon podjął na nowo przemowę, ale tym razem szybko zamilkł.
- Pyta, czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co pan zrobił w tym Nowym Jerusalem.
- Jerusalem - poprawił go mężczyzna. - Tak, zdaję sobie sprawę.
Kapłan znowu coś powiedział.
- Pyta, co pan zamierza uczynić.
Wysoki mężczyzna powoli pokręcił głową.
- Nie wiem.
Gracon wyrzekł jedno krótkie zdanie:
- Mówi, że będzie się za was modlił.
6
Tydzień później obudził się z koszmarnego snu zlany zimnym potem i zawołał chłopca.
- Wracam - powiedział.
Chłopiec pobladł pod warstwą opalenizny.
- Zostaniesz ze mną? - zapytał mężczyzna.
- A kochasz mnie?
- Tak. O Boże, tak!
Chłopiec zaczął szlochać, a mężczyzna przytulił go mocno do piersi.
7
Sen nie chciał nadejść. W cieniach czaiły się twarze, nadlatując niespodziewanie ku niemu niczym niesione wiatrem płatki śniegu, a kiedy mocniejszy podmuch uderzył w dach gałęzią drzewa, aż podskoczył ze strachu.
Jerusalem.
Zamknął oczy, przycisnął do nich dłonie i wszystko zaczęło wracać. Niemal widział przed sobą szklany przycisk w kształcie kuli; kiedy się nią potrząsnęło, w środku przez chwilę szalała śnieżna zamieć.
Miasteczko Salem...