Miasteczko Nonstead - Marcin Mortka

Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? BY Marcin MortkaCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2012
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-697-6
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
GRAFIKA ORAZ PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
REDAKCJA Małgorzata Koczańska
KOREKTA Piotr Pawlik, Agnieszka Pawlikowska
SKŁAD Dariusz Haponiuk
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
1
Łomotanie stawało się coraz głośniejsze, aż wreszcie Nathan odczuł drgania w kierownicy. Wtedy zrozumiał.
- Jasna cholera - wycedził przez zęby i z pokorą zjechał na pobocze, po czym wyłączył silnik. Cmoknęły otwierane drzwi, stuknęły o asfalt podeszwy ciężkich butów. Nathan uklęknął przy prawej przedniej oponie, pomacał sflaczałą, pomarszczoną gumę.
Z rezygnacją wyprostował się i odruchowo zapalił papierosa. Ostry dym zmieszał się z wilgotnym oddechem lasu. Nathan spojrzał z niechęcią na czarne pnie sosen, wznoszące się ku szaremu niebu, i ledwie widoczne pasma mgły, snujące się między nimi niczym duchy, a potem znów na drogę. Tuż przed zakrętem stał znak: "Nonstead 6 mil".
- Przejechałem dwieście pieprzonych mil z Nowego Jorku, a na ostatniej prostej pęka pieprzona opona. - Nathan zaciągnął się mocno i ze złością rozdeptał ledwie napoczętego papierosa na ziemi. - W środku pieprzonego lasu!
Ostatnie słowa niemalże wywrzeszczał, ale zignorował go zarówno mokry las, jak i niebieski wrangler, nieruchomy niczym okulały koń. Nathan zaklął raz jeszcze i otworzył tył samochodu, by wśród kartonów i toreb turystycznych poszukać lewarka. Sam nigdy nie zmieniał koła w samochodzie, ale widział to wystarczająco wiele razy na filmie, by wiedzieć, że lewar jest niezbędny.
- I koło - powiedział do siebie. - Kurwa, czy w tym samochodzie jest koło zapasowe?
Minęła chwila, nim przypomniał sobie okrągłe wybrzuszenie na tylnych drzwiach.
Już miał powrócić do poszukiwań lewara, gdy przerwał mu skrzek z wnętrza pojazdu.
Radio. Uruchomiło się radio.
- Co? - Nathan odruchowo wsunął dłoń do kieszeni kurtki, gdzie posłuszny staremu nawykowi wsunął kluczyki. Nie znał się na samochodach - ba, nie miał o nich pojęcia! - ale wiedział, że po wyjęciu kluczyków ze stacyjki nic nie ma prawa się włączyć.
Najwidoczniej w lesie sześć mil od Nonstead radio rządziło się nieco innymi prawami.
- ...nie całkiem posrany dzień? - słowa wyrwały się z sekwencji trzasków. Jakiś dj trajkotał nerwowo, jakby bał się, że nie zdąży wszystkiego powiedzieć. - Wszyscy mamy szczęście... biście wielkie szczęście, że... tak cudownym jak Nonstead z jego...
Nathan znieruchomiał. Oddychał jak najciszej w obawie, że każdy odgłos zakłóci ów dziwaczny, niepojęty wywód. Wyczuwał, że to ważne, a po plecach przemykały mu dreszcze.
- Potrzebujesz pomocy?
Wyprostował się tak gwałtownie, że rąbnął tyłem głowy o framugę. Odwrócił się z sercem bijącym jak szalone.
W pierwszej chwili pomyślał, że człowiek, który przed nim stanął, zjawił się znikąd. Przez przerażony umysł przemknęło mu wspomnienie historii o ufo - spowite mrokiem zakamarki lasu, chaotyczne fale radiowe, osobliwi przybysze - dopiero potem dostrzegł starego forda mustanga na poboczu. Zauważył też, że nieznajomy jest słusznego wzrostu, ma na sobie przybrudzone ogrodniczki, wytartą koszulę flanelową z podwiniętymi rękawami, a na głowie czapkę z logo "Cat".
"Na obcego raczej nie wygląda" - spróbował zadrwić duchu, ale niespecjalnie się powiodło.
- Pomocy potrzeba? - spytał niedoszły obcy.
- T-tak... - bąknął Nathan. - Chyba tak. Pękła mi w chyba opona i właśnie szukałem... To nie jest mój samochód i...
- Kapuję. - Nieznajomy podszedł i sprawnie odpiął koło zapasowe z komory na tylnych drzwiach. Potem wrócił do mustanga, otworzył bagażnik i wyjął lewar oraz klucz. Bez słowa zdjął kołpak, nałożył klucz na śrubę i poluzował ją kopnięciem. To samo zrobił przy pozostałych, a potem wsunął lewarek w odpowiednie miejsce podwozia i zaczął pompować. Wrangler posłusznie zaczął się podnosić.
Obcy pracował w ciszy, z niewytłumaczalną zawziętością. Nathan spojrzał na jego masywne przedramiona, brudne dłonie i paznokcie oraz nogawki, mokre na kolanach od klęczenia na asfalcie, i niespodziewanie poczuł zażenowanie. Dyskretnie zdjął elegancką ramoneskę i wrzucił ją na tylne siedzenie, po czym uklęknął obok, ciesząc się w duchu, że brudzi drogie dżinsy.
- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytał.
- Nie - odparł tamten. - To robota dla jednej osoby.
- Słuchaj, dzięki, że się zatrzymałeś - ciągnął Nathan, czując się coraz bardziej niezręcznie. - Nigdy jeszcze nie byłem w tej sytuacji i...
- Zdarza się. - Nieznajomy uznał, że wrangler znalazł się na odpowiedniej wysokości, przysunął się bliżej opony i zaczął odkręcać śruby. - Nigdzie nie jest napisane, że trzeba znać się na wszystkim. Założę się, że nie dałbym sobie rady z żadną sprawą, którymi ty się zajmujesz w Nowym Jorku.
- Skąd wiesz, że jestem z Nowego Jorku? - zdziwił się Nathan.
- Jeśli chciałeś to ukryć, trzeba było odkręcić tablice rejestracyjne - w głosie obcego po raz pierwszy zabrzmiało rozbawienie.
Ostatnia nakrętka puściła. Obcy złapał koło i zdjął je bez wysiłku, po czym dźwignął się i poszedł na tył samochodu, by wyjąć zapasowe.
- Dokąd się wybierasz? - Wsunął koło na miejsce.
- Cóż, tutaj - odparł Nathan.
- Do Nonstead? - zdziwił się obcy. Zdjął czapkę, przetarł czoło - włosy miał jasne, lekko kręcone - i założył ją z powrotem.
- Pewnie brzmi to dziwnie. - Nathan przygryzł wargę. - Młody koleś, najwyraźniej nadziany, w wypacykowanym suv-ie, który nigdy nie zjechał z głównej drogi, w kurtce prosto ze sklepu dla harleyowców z kryzysem wieku średniego, opuszcza Nowy Jork i jedzie do...
- Dziury? - przerwał mu obcy. Klucz zamigotał w jego dłoniach.
- No, nie chciałem cię urazić. Byłem już kiedyś w Nonstead i zdaję sobie sprawę...
- Daruj sobie. - Tamten machnął ręką. - Mam w dupie, co sądzisz o Nonstead i to, co cię tu przywiodło. To dziura i w sumie... No, nawet dałoby się tu żyć... Zresztą co to ma za znaczenie. Mówisz, że już tu kiedyś byłeś?
- Tak, właściwie przejazdem. Zatrzymałem się w tym moteliku "Rayleigh's" z dziewczyną.
- "Rayleigh's" - uśmiechnął się tamten. - A więc dobrych parę lat temu. I wróciłeś. Ciekawe.
- Co jest w tym takiego ciekawego? - Nathan zmrużył oczy.
- Nic. Właściwie to nic. Masz kupę rzeczy z tyłu. Chcesz tu zostać?
- Słuchaj, nie żeby to była jakaś wielka tajemnica, ale naprawdę nie rozumiem, skąd te pytania.
- Znikąd. Wyluzuj. - Nieznajomy dźwignął się i dobrze wycelowanym kopniakiem dopchnął śrubę. - W takich dziurach rzadko się widuje obcych. Cholera, zapomniałem się przedstawić. Skinner.
Wyciągnął mocną, spracowaną dłoń. Nathan uścisnął ją najmocniej jak umiał.
- Wayne - powiedział. - Wayne Wobson.
Podświadomie oczekiwał, że Nonstead będzie wyglądać dokładnie tak, jak przed paroma laty, kiedy zatrzymał się tu z Fioną. W istocie, w pierwszej chwili zdawało się to potwierdzać. Knajpa z wielkim parkingiem dla ciężarówek, gdzie on i Fiona wrzucili majątek do szafy grającej. W warsztacie samochodowym ten sam zardzewiały dystrybutor, chyba jeszcze z czasów wielkiego kryzysu, który Fiona próbowała uruchomić po pijanemu. Biały dom pośród drzew, który usiłowali odnaleźć, ale pogubili się wśród ścieżek i skończyli, kochając się na pniu wielkiego jesionu. Niewielki supermarket, gdzie kupowali piwo i kanapki z mięsem. Drewniany most, na którym całowali się w deszczu.
A potem pojawiły się pierwsze zgrzyty niczym czarne plamy nagryzmolone długopisem na starej cennej fotografii.
Jak choćby "Rayleigh's".
Nathan nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zjechał na wybetonowany parking, teraz spękany i porośnięty chwastami, odruchowo zaciągnął ręczny i przez długą chwilę wpatrywał się w wiszące na zawiasie drzwi, zwieńczone roztrzaskanym neonem, w płytę pilśniową w miejscu okna recepcji, w złuszczoną farbę na ścianach, w roztrzaskane szyby. Nathan odniósł wrażenie, że coś - jakaś przemożna siła - wyssało z motelu wszelkie życie, kolory, emocje i pozostawiło pustą, bezużyteczną skorupę.
Z otworu ciemniejącego w sponiewieranych drzwiach do pokoju numer sześć wychynął psi łeb, rozczochrany i wynędzniały. Coś w ślepiach - coś zaskakująco złego i nieprzyjaznego - sprawiło, że dłoń Nathana opadła na manetkę skrzyni biegów. Wrangler cofnął, podskoczył na nierówności i wolno popełznął w kierunku drogi głównej.
Wtedy zadzwonił telefon.
Telefon?
- Jasna cholera, gdzie ja go... - Nathan poklepał się po kieszeni i uświadomił sobie, że zostawił go w kurtce, którą rzucił na tylne siedzenie. Odwrócił się, by po nią sięgnąć...
Przeszywający pisk. Huk. Syk wypełniających się poduszek powietrznych.
- Kurwa mać! - wrzasnął Nathan. Któraś z poduszek pękła z ogłuszającym trzaskiem, poparzyła go w rękę, ale nawet tego nie zauważył. Wypadł na zewnątrz i ujrzał starego, odrapanego plymoutha. Zderzak wranglera wbił się weń, roztrzaskał reflektor i przeorał blachę nadkola. Kobieta za kierownicą usiłowała się wydostać.
Nathan w okamgnieniu doskoczył do drzwi, rozwarł je na oścież, złapał kobietę i wywlókł, nie zważając na jej krzyki.
- Nic się pani nie stało? - zawołał oszołomiony. - Odejdźmy lepiej, bo...
- Bo co? - Kobieta wyrwała łokieć z jego uścisku. - Człowieku, na mózg ci padło? Filmów się, kurwa, naoglądałeś za dużo czy co?
- Co? - Nathan zamrugał, przytomniejąc. W szeroko rozwartych oczach kobiety widział nie lęk, ale gęstniejącą złość. Instynktownie cofnął się o krok. - Ja bardzo panią przepraszam. Telefon mi zadzwonił i, cholera, nawet na drogę nie spojrzałem. Naprawdę...
- Dobra, dobra. - Kobieta machnęła dłonią i dmuchnięciem odgarnęła falujący lok z czoła. Patrzyła wysoko, nad ramieniem Nathana. - Nie róbmy zamieszania. Nic się takiego nie stało.
- Jeśli chce pani zadzwonić na policję...
- Powiedziałam już, że nie potrzebujemy zamieszania. Zresztą śpieszę się, a te dranie... - w jej głosie niespodziewanie pojawił się jad. Po raz pierwszy spojrzała na Nathana, marszcząc brwi.
- Czy ja już gdzieś pana nie widziałam? - zapytała.
Nathan oprzytomniał na tyle, że jego wzrok zaczął rejestrować kolejne, coraz subtelniejsze cechy jej wyglądu - delikatne zmarszczki wokół podkrążonych oczu, siwe pasma w falujących włosach, szarość cery - ale pytanie przerwało kilkusekundową zadumę.
- Chyba nie - rzucił sucho i sięgnął do tylnej kieszeni, skąd wyciągnął zmiętą wizytówkę. - Proszę. Zapewne będzie się pani chciała zobaczyć z ubezpieczycielem. Niech oszacuje szkodę i zadzwoni do mnie, a pokryjemy ją z mojego ubezpieczenia.
- W porządku - stwierdziła. Ręka, którą ujęła wizytówkę, miała ogryzione paznokcie. - W porządku. Zrobi pan coś jeszcze dla mnie, panie... eee... Wobson?
- Jasne.
- Niech pan cofnie to terenowe pudło. Muszę ruszyć.
Agent nieruchomości wyglądał dokładnie tak, jak sobie go Nathan wyobrażał. Był mało atrakcyjnym, otyłym mężczyzną z coraz większą łysiną, próbującym ukryć zmęczenie życiem pod sztucznym, zawodowym uśmiechem i przenikliwym zapachem wody kolońskiej. Kiedyś Nathan gardził takimi ludźmi. Dzisiaj im zazdrościł.
Stał przed domem i rozmawiał przez telefon komórkowy. Na widok podjeżdżającego wranglera przerwał rozmowę i wsunął aparat do kieszeni udającej markową marynarki, po czym ruszył w stronę Nathana z wyciągniętą dłonią.
- Miło mi wreszcie pana poznać, panie Wobson - rozpromienił się, gdy Nathan wysiadł z samochodu. - Jestem Thomas McIntyre, witamy w Nonstead. Proszę wybaczyć, że niepokoiłem pana telefonami, ale musiałem mieć pewność, że pan dojedzie. Takie dzisiaj urwanie głowy, wie pan, jak to w sezonie.
- Nie wiem - burknął Nathan, uścisnąwszy dłoń, miękką i spoconą, jak się spodziewał. Nie wiedzieć czemu postanowił nagle odegrać rolę nadętego mieszczucha. - Przejdźmy do konkretów.
- Naturalnie. - McIntyre zatarł dłonie w geście równie stereotypowym, co obrzydliwym. - Pozwolę sobie rozpocząć od krótkiej historii tego domu. Otóż...
- Niech pan sobie daruje. - Nathan spojrzał na trapezoidalną bryłę. Słońce opadało coraz niżej i dom skrył się w cieniach, jego urok niespodziewanie zgasł. - Widziałem zdjęcia w Internecie, czytałem opis, wszystko wiem. Podpiszmy umowę i miejmy to już z głowy.
- Ależ tak, oczywiście, oczywiście. - McIntyre poprowadził go na ganek. Nathan skrzywił się i zapalił papierosa. - Będzie pan miał tu ciszę i spokój. - Handlarz pstryknął włącznikiem i drewniany ganek zalało żółte światło pojedynczej żarówki nad drzwiami. Na ściany wypełzły cienie, posępne i groźne. McIntyre zdawał się tego nie zauważać, wyciągnął pęk kluczy z kieszeni i zaczął dopasowywać właściwy do zamka. - Bywa, że młodzież przyjeżdża nad jezioro - machnął ręką w kierunku tafli jeziora, przebłyskującej między drzewami - ale nigdy nie zostają długo... O, właściwy klucz.
- Dzięki Bogu - mruknął Nathan, mało zainteresowany paplaniem agenta nieruchomości.
McIntyre otworzył drzwi.
- Proszę bardzo, niech pan wejdzie!
W środku ponure wrażenie prysło. Panele zaskrzypiały nieśmiało pod butami Nathana, owionął go delikatny, subtelny zapach drewna. Minął niewielką kuchenkę, pomysłowo zainstalowaną w korytarzyku, i już znalazł się w zaskakująco przestronnym salonie. Wzdłuż ścian ciągnęły się puste półki na książki, po prawej przedzielone kominkiem, po lewej rozcięte schodami. Za przeszkloną ścianą otwierał się widok na las i jezioro, teraz tonące w półmroku. Wszystko się zgadzało z fotografiami z Internetu - stylowy kominek, kryta skórą kanapa, nawet fotel z rozłożoną przed nim, najwyraźniej zapomnianą skórą jelenia.
Nathan odetchnął głęboko.
- Ten dom jest na sprzedaż? - zapytał niespodziewanie.
McIntyre zatrzepotał powiekami.
- Cóż, wszystko jest do dogadania... - zaczął ze sztucznym entuzjazmem, który miał ukryć niepewność.
- Dobra, nieważne. Na razie nieważne - rzucił Nathan. - Niech pan daje umowę. Zapłacę za trzy miesiące z góry, a potem się zobaczy.
- Tak, tak. Wie pan, zimę mamy tu dość łagodną, ale niektórzy klienci nie przepadają za ogrzewaniem drewnem. Płaszcz wodny to moim zdaniem znakomite rozwiązanie i gdyby...
- Mogę zapłacić gotówką?
- Gotówką? - McIntyre znów zamrugał. - Za trzy miesiące z góry? To wyjdzie znaczna kwota, a prawda jest taka, że...
- Niech się pan nie boi. - Nathan wydął lekko wargi. - Nie jestem płatnym mordercą ani człowiekiem mafii. Nie będzie miał pan przeze mnie kłopotów. Po prostu zaistniały pewne okoliczności, dla których wolę nie ujawniać numeru konta.
"A zatem personaliów" - wyczytał w oczach wahającego się agenta.
- Rozumiem jednakże, że obrót gotówką pociąga za sobą konieczność uiszczenia pewnej opłaty manipulacyjnej - ciągnął Nathan, nie dając sobie przerwać. - Oczywiście jestem i na to przygotowany.
Ledwie zauważalny blask chciwości w oczach McIntyre'a natychmiast przegnał wszelkie ślady niepewności.
Jakieś dwadzieścia minut później zamruczał cicho silnik nissana i agent odjechał w stronę głównej drogi. Nathan zbiegł po trzeszczących, drewnianych schodkach i otworzył tylne drzwi wranglera, aby wyciągnąć obie torby turystyczne. Gdy wracał, promienie zachodzącego słońca, być może już ostatnie tego dnia, błyskały między drzewami. Dom wyglądał teraz czarująco i Nathan mimowolnie się uśmiechnął.
Potem dostrzegł niewielki koci łebek na gzymsie i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Wtedy zadzwonił jego telefon.
- Słucham - rzucił do słuchawki, nie patrząc na ekran.
- Dobry wieczór, tu Anna Craig - usłyszał kobiecy głos.
- Kto taki?
- Anna Craig. Chyba nie zdążyłam się panu przedstawić. Mieliśmy dzisiaj stłuczkę.
- Aha. - Poczuł, jak jego dobry nastrój wyparowuje. - Dzwoni pani w sprawie polisy?
- Co? Tak, w sprawie polisy. Ach, zresztą. Niech to szlag, nie umiem kłamać. Możemy poruszyć kwestię polisy, jeśli pan tego chce, ale nie w tej sprawie dzwonię.
- A w jakiej?
- Muszę z panem porozmawiać.
- O czym, jeśli można wiedzieć?
- Cóż, wydaje mi się, że może mi pan pomóc. A jeśli nie mnie, to przynajmniej mojej córce.
- Wybaczy pani, ale to chyba jakaś pomy...
- Nie, to nie pomyłka. Wiem, kim pan naprawdę jest.
Nie pamiętam, kiedy to się właściwie zaczęło, serio. Chyba wtedy, gdy mojej żonie odbiło.
Nie było nam dane się dorobić, wiedziałem o tym od samego początku. Byliśmy skazani na typową prowincjonalną egzystencję bez szans na cokolwiek, co mogłoby uczynić ją szczególną. Wada wzroku i postawy oraz podejrzenie o cukrzycę wykluczyły służbę w Wietnamie, ku mojej cichej uldze zresztą. Nie było szans na spadek po bogatym wujku, bo nikogo takiego w mojej rodzinie nie było, a dom został przejęty przez bank krótko po śmierci ojca. Okazało się, że nieborak zaciągnął ciut za duży kredyt hipoteczny. Nie grałem w baseball, nie miałem ani talentów biznesowych, ani ciągotek politycznych, a więc nie mogłem stać się kimś ważnym w rodzimym miasteczku. Nawet chciałem przez jakiś czas zostać policjantem, ale to też nie rokowało szans powodzenia. Nie przepadam za konfrontacjami, a to przeszkadza w pracy gliniarza.
Moja żona miała na imię Elisabeth. Piękne, dumne imię, na wyrost przyklejone do płochej, niewyraźnej dziewczyny o lichych włosach i chudej twarzy, pierwszej i, jak się później okazało, jedynej, która przespała się ze mną na tylnym siedzeniu samochodu. Pasowaliśmy do siebie jak ulał. Nieśmiała i rozkojarzona, nie umiała się wypowiedzieć na żaden temat, ledwie skończyła college. Przez pierwsze trzy lata po ślubie czekaliśmy, aż wykituje jej matka i zostawi nam mieszkanie. Fakt, wtedy się jeszcze starałem. Rzuciłem robotę magazyniera w "Maddie's", przez moment pracowałem w walcowni stali u starego Geoffreya, a w weekendy sprzedawałem lizaki i lody na meczach Thorsów. Próbowałem zostać kimś więcej. Po długo wyczekiwanej, wytęsknionej wręcz śmierci mamuśki próbowałem jeszcze mocniej, ale wnet odkryłem, że wyczerpałem już wszystkie możliwości, jakie podrzucił mi los. Okres Elisabeth był równie regularny, oczywisty i rozczarowujący jak miesięcznik "Voice of Nonstead".
Pogodziłem się z tym po kolejnych trzech latach. Potem przestało mi zależeć.
Na wszystkim.
W moim dodge'u zepsuła się skrzynia biegów. Nie naprawiłem już jej, nie chciało mi się. Nie sprzedawałem lizaków na meczach, wróciłem do "Maddie's", bo było tam mniej roboty. Nie chciało mi się, naprawdę. A im mniej mi się chciało, tym bardziej Elisabeth się wściekała. W ramach redukcji etatów straciła posadę sekretarki w miejscowej szkole i nie znalazła już później pracy. Wypełniła więc sobie czas telewizją, jedzeniem i pomstowaniem na życie i na mnie. Niewątpliwie właśnie z jakiegoś życiowego serialu zaczerpnęła pomysł, by co piątek urządzać mi awanturę i kazać spać w salonie na kanapie. A ja się zgadzałem.
Bo czemu nie?
Na kanapie było mi wygodniej. Nie musiałem się kąpać, co na tym etapie życia robiłem i tak tylko dla świętego spokoju. Nikt mi nie truł dupy żalami do późna w nocy, a za to mogłem oglądać telewizję. W razie potrzeby mogłem też ją pogłośnić na tyle, by nie słyszeć chlipania z sypialni. A gdy zasypiałem...
Cóż, nie mogę do tej pory oprzeć się wrażeniu, że jakiś Anioł Stróż, opiekun zagubionych sierot tego świata, Święty Mikołaj dla ubogich, podsyłał mi wówczas jakiś prezent na pocieszenie. Mieliśmy duże okno w salonie i czasami, gdy nad Nonstead nie było chmur, zasypiałem wpatrzony w migoczące tęsknie gwiazdy. Bywało, że tuż przed zaśnięciem nawiedzała mnie jakaś wizja, tak barwna, że aż trudna do ogarnięcia. Bywało, że we śnie pojawiała się uśmiechnięta buzia widzianej za dnia dziewczyny.
To chyba wtedy tak naprawdę zacząłem marzyć.
Choć nigdy, przenigdy nie uwierzyłbym, co dzięki temu zbuduję.
2
Tysiące myśli kłębiło się w głowie Nathana, gdy jechał pod wskazany adres. Z zapadnięciem ciemności obudził się wiatr i zeschłe liście przemykały w świetle reflektorów niczym spłoszone zwierzątka.
"Czego ona może ode mnie chcieć?" - powtarzał raz za razem, z trudem skupiając się na drodze. Gdyby nie wcześniejszy pobyt w Nonstead, nigdy by jej domu nie odnalazł. Skręcił na jedynym skrzyżowaniu w lewo, minął szkołę i zaparkował samochód przy nieczynnej już drogerii. Dom Anny Craig znajdował się po drugiej stronie ulicy, obwiedziony tym samym białym płotem, z tym samym idiotycznym krasnalem ogrodowym, z którego tak długo się śmiali z Fioną. Teraz jednak nie wydawał Nathanowi się aż tak zabawny, tym bardziej że w domu Anny nie paliły się żadne światła. Z prawej strony na ścianę padał tylko blask odległej latarni.
Nathan zdusił dopalającego się papierosa w przepełnionej popielniczce i wysiadł z samochodu. Nacisnął dzwonek przy furtce.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Dom milczał. Krasnal wpatrywał się w niego groźnie. Wiatr toczył foliową siatkę.
Drzwi otworzyły się, kiedy Nathan już miał odejść.
- Niech pan wejdzie - szepnęła Anna. Wydawała się jeszcze bardziej wzburzona i rozkojarzona niż w południe.
Przeszedł powoli przez ogród, wbiegł po schodach.
- Niech pan będzie cicho - szepnęła. - Vanessa już śpi. Proszę, niech pan wejdzie.
Wszedł, choć miał zamiar zakończyć rozmowę już w progu.
- Niech pan zdejmie tę kurtkę - rzuciła kobieta cicho, nie odwracając się. - Pobrzękuje pan jak kowboj.
Zdjął. Najciszej jak umiał.
W chwilę później siedział przy stole w przestronnej, lecz staromodnej kuchni, oświetlonej pojedynczą jarzeniówką nad zlewem. Przez okno widział tył głowy plastykowego krasnala i krzewy. Anna bezszelestnie podeszła do zlewu i nalała wody do czajnika.
- Napije się pan czegoś? - spytała szeptem.
- Wolałbym się dowiedzieć, o co chodzi.
- Proszę spojrzeć na wydruki na stole.
Nathan niechętnie wziął pierwszy z nich. Był to wydruk z Internetu z czarno-białym zdjęciem, przedstawiającym jego za stołem zawalonym książkami, ledwie widocznego wśród łowców autografów. Tytuł artykułu brzmiał: "Nathaniel McCarnish pokazuje wielkim, gdzie ich miejsce". Nie musiał czytać dalej.
Odetchnął ciężko i odłożył artykuł do pozostałych, po czym splótł dłonie i spojrzał na Annę. Zalewała herbatę.
- Jaśminowa. - Postawiła przed nim kubek z gorącym, aromatycznym naparem. Jej oczy były osobliwie blade w świetle jarzeniówki. - Jedyna, którą mogę jeszcze pić. Mam żołądek rozwalony od kawy.
- Pani Craig, ja naprawdę...
- Wystarczy Anno - przerwała mu. - Niech się pan nie przejmuje, panie McCarnish. Nie jestem żadną fanatyczką pańskiego talentu. Szczerze powiedziawszy, nie czytałam żadnej z pana książek, ale jestem na bieżąco z wydarzeniami we współczesnej literaturze amerykańskiej. Od razu wiedziałam, że skądś pana znam...
- Mam na imię Nathan.
- W porządku. Od razu wiedziałam, że cię znam. Nie zmyliła mnie ani fryzura na zapałkę, która nawiasem mówiąc, kompletnie do ciebie nie pasuje, ani wizytówka z lipnym nazwiskiem, ani nawet twój akcent. Niby mówisz jak rodowity nowojorczyk, ale coś mi nie pasowało. Tu i ówdzie słychać nieco Queen's English. Jesteś z Anglii, nieprawdaż?
- Cóż - mruknął Nathan, niemile rozczarowany.
- Nie martw się, mało kto jest w stanie się zorientować - uśmiechnęła się Anna. - Ja miałam... Cóż, sposobność poznać angielski dialekt w miarę dobrze. Aż za dobrze.
Jej wzrok na moment umknął ku oprawionemu w antyramę zdjęciu przy framudze. Nathan spojrzał w tym samym kierunku, lecz dostrzegł na nim jedynie zamazane plamy. Na zewnątrz znów ocknął się wiatr, zeschły liść przemknął z szelestem po parapecie. Anna aż podskoczyła.
- No dobra. - Nathan rozparł się na krześle. - Tak, nazywam się Nathan McCarnish i jestem pisarzem. O ile autora jednej książki można nazwać pisarzem.
- Co za skromność - uśmiechnęła się krzywo Anna. - "Szepty" wywołały więcej zamieszania niż "Buszujący w zbożu".
- Tak. - Nathan wydął wargi. - I przyniosły sporo forsy. Więc jeśli szukasz jakiegokolwiek sposobu, by trochę jej ode mnie wyciągnąć...
- Przestań. Już ci mówiłam, że oglądasz za dużo filmów - parsknęła i wzięła do ręki wydruki.
- A więc o co ci chodzi? Autograf?
- Przestań ględzić i posłuchaj: "Nieprawdopodobna wrażliwość i wnikliwość, z którą McCarnish przedstawia postacie, pozwala przypuszczać, iż oparł swą debiutancką powieść na solidnych badaniach, nie tylko psychologicznych, ale i parapsychologicznych". O, a tu jeszcze jeden: "Jeśli nazwiemy Stephena Kinga ekspertem od legend miejskich, Nathaniel McCarnish bez wątpienia zasługuje na miano mistrza wśród malarzy nastrojów. Ton znawcy, z jakim snuje swe opowieści, utwierdza czytelnika w przekonaniu, iż Nathan McCarnish ma co najmniej doktorat ze strachologii...".
- Boże drogi, powiesz mi wreszcie, o co ci chodzi? - jęknął Nathan.
- Słyszałeś? - Anna zesztywniała nagle i złapała go za rękę. - Słyszałeś?
- Co?
- Cicho! Słuchaj!
Zaskoczony Nathan skupił się. Odniósł wrażenie, że z góry dobiegło ciche stuknięcie. Potem kolejne.
- Słyszałeś? - Oczy Anny płonęły niezdrową fascynacją i przerażeniem.
- Tak, coś słyszałem. Jakby wiatr... - odparł Nathan, nie wiedząc, dlaczego szepcze.
- Gówno tam wiatr. Chodź na górę, ale cicho, błagam.
Skradali się po wąskich, trzeszczących lekko schodach, potem znieruchomieli przy drewnianych drzwiach. Nathan, choć nie rozumiał sytuacji, był zaintrygowany. Anna wskazała gestem drzwi i Nathan ukucnął, a potem przyłożył do nich ucho.
Nic. Długo, długo nic. Potem szelest, chyba pościeli. Dziecięcy głos, zaspany. Kilka niezrozumiałych sylab.
- To twoja córka? - szepnął ledwie dosłyszalnie.
Anna przytaknęła niecierpliwym ruchem głowy.
- Mówi przez sen. To dlatego...
Nie dokończył. Kobieta zatkała mu usta dłonią i nakazała ciszę. Jej dłoń pachniała kremem, jaśminem i jeszcze czymś. Strachem?
Czy strach pachnie?
Dziewczynka powiedziała jeszcze kilka niezrozumiałych słów, choć wyraźniej. Jej łóżeczko zaskrzypiało znowu.
A potem odpowiedział jej męski głos.
Nathan usiadł z wrażenia na podłodze. Serce biło mu jak szalone. Spojrzał z przerażeniem na Annę, lecz ta pokręciła tylko głową i zachęciła go gestem, by słuchał dalej. Po dłuższej chwili Nathan zdołał przemóc strach i ponownie zbliżyć się do drzwi. Dziewczynka śmiała się, raz nawet zaklaskała - męski głos nie zmienił tonacji, nadal był zimny i bezosobowy. Co gorsza, Nathan nie rozumiał, czy to w ogóle rozmowa. Niektóre zbitki dźwięków przypominały co prawda słowa, ale w żaden sposób nie łączyły się z innymi. Miał wrażenie, że podsłuchuje dwoje ludzi mówiących przez sen.
O mało nie krzyknął, gdy Anna ujęła go za rękę. Raz jeszcze nakazała mu ciszę i sprowadziła do kuchni, gdzie ciężko opadł na krzesło.
- Mój Boże. - Spojrzał na nią półprzytomnym wzrokiem. - Co to było?
- Nie wiem. - Kobieta wzruszyła ramionami. - Pojęcia nie mam. Vanessa zawsze mówiła przez sen i nigdy nie było w tym nic dziwnego. Wykrzykiwała jakieś słowa, czasem frazy, bywało, że się śmiała. Nigdy niczego z tego nie rozumiałam, zresztą nawet nie próbowałam. Szukałbyś sensu w gadaniu przez sen?
Zacisnęła zęby i przez chwilę milczała, patrząc w kąt, w którym stało wiadro z mopem.
- Nie zwróciłam uwagi nawet na to, że proces się nasila, że Vanessa mówi coraz więcej. Zmroziło mnie dopiero, gdy usłyszałam, jak ktoś jej odpowiada. Nie pamiętam, by cokolwiek przeraziło mnie tak bardzo. Nie pamiętam też, bym kiedykolwiek wcześniej zareagowała tak szybko. Wpadłam do jej pokoiku jak burza, drzwi walnęły o ścianę, dziecko się obudziło, zaczęło płakać... Pokój był pusty, a ona oczywiście nic nie pamiętała. Nic, zupełnie nic. Następnej nocy zaczaiłam się pod drzwiami, próbowałam zajrzeć przez szparę, dalej nic. W pokoju nie było nikogo, a rozmowa - bo zaczynało to przypominać rozmowę - wydawała się zupełnie bez sensu. Serce waliło mi jak oszalałe, ale tym razem weszłam ciszej, dyskretniej, jak matka chcąca sprawdzić, czy dziecko jest przykryte.
- I co się stało? - Nathan uświadomił sobie, że od dłuższego czasu wstrzymuje oddech.
- Znów zaczęła płakać. Nie mogłam jej uspokoić przez całą noc, a następnego dnia była nieobecna i kapryśna. Jak dziecko, któremu zabrało się ulubioną zabawkę. Nie przejmowałam się, próbowałam od niej wyciągnąć, co ów głos oznacza, kto to naprawdę jest i o czym rozmawiają, ale niczego się nie dowiedziałam. Niczego. Mała milczała jak zaklęta, zupełnie jakby nie rozumiała, o co ją pytam, bądź nie wiedziała, o co mi chodzi. Jakby spała podczas tych cholernych pogaduszek. Wyciągnęłam właściwie tylko jedno, i to nie bezpośrednio od niej. Zobacz.
Pod wydrukami z Internetu leżał dziecięcy rysunek wykonany kolorowymi kredkami. Nathan przyjrzał się w skupieniu, a wtedy po jego plecach spłynął kolejny zimny dreszcz. Rysunek przedstawiał małą dziewczynkę z kokardkami na kitkach oraz wyższą od niej istotę z rogami. Dziewczynka była uśmiechnięta, stwór nie.
I trzymali się za ręce.
- Dostałam to od Alice Vickers, jej nauczycielki - wyjaśniła Anna. Patrzyła nieobecnym wzrokiem w przestrzeń. - Jesteśmy koleżankami, właściwie to chyba nawet przyjaciółkami. Przyniosła mi to dwa tygodnie temu, zafrasowana, i spytała, czy nie mamy rodzinnych problemów. Temat pracy brzmiał: "Mój najlepszy przyjaciel".
- Jasny gwint - mruknął Nathan i odłożył rysunek, jakby nagle zaczął parzyć go w palce. - I nie udało ci się z nią na ten temat porozmawiać? Nie wybiłaś jej tych rozmów z głowy?
W oczach Anny błysnęła irytacja, lecz głos nadal był spokojny.
- Nie mogę jej wybić ich z głowy, bo wszystko wskazuje na to, że nie budzi się w ich trakcie. Kiedyś zajrzałam do środka i zobaczyłam, jak siedzi na krawędzi łóżka i śmieje się z zamkniętymi oczami. A co do ewentualnych rozmów i perswazji, cóż... Wierz mi, że próbowałam. Nie ma matki, która nie będzie walczyć do upadłego o własne dziecko. Zrozumiałam jednak, że ten dziwaczny, bełkoczący głos ma dla niej znaczenie, ogromne znaczenie. Chyba większe niż ja i mój niepokój. Zrozumiałam, że jeśli go nie uszanuję - jeśli nie pogodzę się z tymi ich rozmowami - Vanessa zacznie się ode mnie oddalać. I zbliży się tego demona czy co to, kurwa, jest.
W jej oczach zalśniła łza. Nathan przyjrzał się swoim paznokciom i przygryzł wargę.
- Pora, żebym ja coś powiedział, tak? - wykrztusił po dłuższej chwili. - Trudno się w tym wszystkim połapać, wierz mi, ale zdaje się, że ściągnęłaś mnie tu w charakterze egzorcysty. Masz nadzieję, że to, o czym piszę, to nauka, którą zgłębiłem, tak? Liczysz na to, że naprawdę znam się na duchach, demonach i wilkołakach i że pomogę rozwiązać problem twojej córki?
- Nie. - Anna nie patrzyła na niego. - Już nie. Straciłam nadzieję, gdy ujrzałam twoją reakcję przy pokoiku Vanessy.
- Słuchaj, bardzo mi przykro, ale...
- Daruj sobie. Znowu mam wrażenie, że cytujesz jakiś film.
- Nie, to ty posłuchaj! - syknął Nathan ze złością. - Masz problem, i to problem ogromny. Niewyobrażalny dla mnie, zgadza się, ale nie daje ci to prawa do obrażania tych, którzy nie potrafią ci pomóc!
- No tak. Racja. Urażona duma. - Anna spojrzała na niego z nieskrywaną pogardą. - Jakże mi przykro.
- Nie jestem medium ani pogromcą wampirów - powtórzył Nathan. - Wiem o świecie nadprzyrodzonym tyle, ile mogłem wyczytać z kilku książek oraz Wikipedii. Resztę dopowiedziała wyobraźnia. Tylko wyobraźnia. Nie prowadziłem badań psychologicznych i parapsychologicznych, nie mam doktoratu ze strachologii. Siedziałem sobie wieczorami przy laptopie i pisałem, a potem poszczęściło mi się z agentem i koniec. Tyle w tym magii, co w opracowywaniu strategii marketingowych.
- Specjalista od marketingu nie czaruje tysięcy ludzi w różnym wieku. Jego dokonania nie stają się tematem debat i reportaży. Nie zdobywa fanów, którzy strzelają sobie w głowę pod wpływem jego dokonań.
Nathan przygryzł wargę.
- Skoro przeprowadziłaś aż tak dokładne badania, to powinnaś wiedzieć również i to, że sąd filadelfijski nie uznał mojej winy - syknął przez zęby. - Nie czuję się też winny śmierci tego chłopaka. Moja książka...
- Dobrze już, dobrze. Nie unoś się. Mam dość pokazów urażonej dumy jak na jeden wieczór. - Anna westchnęła i dopiła resztę zimnej już herbaty. - Idiotka ze mnie i tyle. Sądziłam, że... Ech, nieważne. Tonący brzytwy się chwyta, a ja... Cóż, może jeszcze nie tonę, ale już widzę rękę piszącą słowa na ścianie.
- "Mane, tekel, fares". - Nathan uśmiechnął się mimo woli. - Nie nazywam się Fox Mulder, ale może będę jednak mógł pomóc. Czy próbowałaś może nagrać tę rozmowę?
Anna wyciągnęła z kieszeni pendrive'a i pchnęła do Nathana po blacie kuchennym.
- Proszę - szepnęła. - Choć nie zawracaj sobie tym głowy, dobrze? Znalazłam się na tym etapie, na którym obietnice pomocy nic nie dają. Nie ma nic gorszego niż złudna nadzieja.
- Po prostu zwróciłaś się do niewłaściwej osoby. Może potrzebny jest ksiądz, może psycholog, a może rzeczywiście egzorcysta.
- Chyba czas na ciebie. Jutro będą dzwonić z ubezpieczalni.
Mieszkam w miejscu, które każdy szanujący się człowiek przeznaczyłby w najlepszym przypadku na komórkę. To klitka na zapleczu "Maddie's", tuż przy drzwiach na zewnątrz, która zresztą przypuszczalnie komórką była. Mam tu zlew i kibel, mam stare wojskowe łóżko i niewielki kaloryfer, mam kilka kartonów na różne pierdoły, szafę oraz stare biurko z komputerem. Mam nawet okno, ale dawno już go nie myłem. Śmierdzi trochę stęchlizną, ale tylko przez jakąś minutę po wejściu. Nie ma okna, ale okien nie potrzebuję. Bywa ciemno, zwłaszcza gdy przepali się jedyna żarówka zwisająca z sufitu. Bywa też zimno, ale wtedy biorę z magazynu sklepu dmuchawę i jakoś sobie radzę.
Z wszystkim sobie poradzę, by tylko mieć święty spokój.
Gnieżdżę się tu od kilkunastu lat. Gdy tylko zaterkocze stary budzik ze zbitą szybką, wygrzebuję się z koców, myję zęby i spryskuję się jakimiś dziadostwem w sprayu - pan Wilson, szef "Maddie's" i właściciel mojej nory, nie życzy sobie, bym śmierdział zanadto - a potem zakładam ten idiotyczny mundurek noszony przez pracowników sklepu, rozciągam gębę w uśmiechu i idę do pracy. Przez jakieś osiem do dziesięciu godzin zajmuję się wszystkim tym, czego przysłowiowy szanujący się człowiek nigdy by nie tknął. Zbieram śmieci z parkingu, ustawiam wózki, myję podłogi i okna, czasami metkuję towary w magazynie, czasami pomagam starszym ludziom taszczyć zakupy do samochodów, zdarza się nawet, że siedzę na kasie, choć za tym akurat nie przepadam.
Tak naprawdę jest to jedyna rzecz, której tu nie lubię. Serio. Bo reszta jest super.
I tak od wielu lat. Dwunastu, może trzynastu. Nie wiem.
Nie pamiętam nawet, kiedy się wyprowadziłem od Elisabeth. Pamiętam tylko chwilę, w której podjąłem tę decyzję. Było to tego wieczoru, kiedy obejrzała o jeden babski film za dużo i chyba sobie co nieco wypiła. Najpierw zebrało jej się na seks. Usiłowała dopiąć swego z przerażającą desperacją i nic jej w tym nie przeszkadzało, nawet to, że zaglądałem wówczas pod prysznic średnio raz w miesiącu, i to nigdy na długo. Czułem, że opór nie ma sensu, więc uległem i czekałem, czym to się skończy. Dosłownie czekałem, bo na potrzeby chwili Elisabeth przypomniała sobie o istnieniu pozycji na jeźdźca. Po kwadransie jęków i stęków w końcu się rozryczała i zarzuciła mi, że mam romans.
Nie wybuchnąłem gorzkim śmiechem, nie wydrwiłem jej, nie zacząłem się tłumaczyć. Nie, podarowałem sobie całą teatralną otoczkę. Zsunąłem ją z siebie - co na owe czasy nie było już łatwym zadaniem - zaciągnąłem przed lustro i pokazałem jej owego niskiego człowieczka o podkrążonych oczach, rzedniejących włosach i niezdrowej cerze, człowieczka z wydatnym brzuszkiem, cienkimi nogami i włochatymi ramionami.
"Opamiętaj się, kobieto" - powiedziałem spokojnie, obojętnie. Nie zależało mi.
Wyprowadziłem się też bez teatralnych gestów. Nie było trzaskania drzwiami, łez, wykrzyczanych obelg. Obudziłem się, wyszczałem, zjadłem coś, spakowałem trochę rzeczy i poszedłem w cholerę.
To znaczy na zaplecze "Maddie's".
Tam czekał na mnie spokój. I nie tylko.
3
Powrót do domu nie należał do najłatwiejszych. Nathan czuł, że to, co przeżył w domu Anny, i to, co od niej usłyszał, odciśnie trwałe piętno na jego osobowości, i postanowił, że załagodzi objawy narastającego przygnębienia w jedyny sobie znany sposób. Zatrzymał się przed "7-Eleven" i oderwał senną sprzedawczynię od czatu na Twitterze.
- Sześciopak buda, proszę - powiedział. - Butelkowanego.
Zabrzęczało stawiane na ladzie szkło.
- Coś jeszcze? - zapytała dziewczyna, mierząc go badawczo wzrokiem.
"Och nie" - pomyślał Nathan. "Tylko nie to. Mam nadzieję, że ona też mnie nie rozpozna".
Szybko odwrócił się i zgarnął z półek opakowanie z bułkami do odgrzania, salami w plasterkach i masło, zapłacił i pospiesznie wyszedł, ścigany bacznym spojrzeniem dziewczyny zza lady.
- A mówią, że czytelnictwo, cholera, siada - syknął, gdy rozległo się mruczenie silnika. Wrangler zamiótł reflektorami pusty parking i witryny sklepu, oświetlił na ułamek sekundy gnaną wiatrem papierową torbę i wypełzł na drogę główną. Nathan, nie wiedzieć czemu, włączył ogrzewanie, a potem wsunął do odtwarzacza płytę. Z głośników popłynęły zimne takty The Cure.
- Pierdolę, nie mam nastroju - parsknął i wyłączył cd.
Odruchowo zapalił papierosa. Silnik mruczał miarowo, wiatr raz po raz poruszał cielskiem jeepa, rozkołysana antena świszczała. Po obu stronach drogi przemykały ciemne ściany drzew, z rzadka oświetlone zapomnianą latarnią. Wysoko nad nim toczyły się chmury, jasnoszare na tle nocnego nieba.
Nie patrzył, gdzie jedzie. Odepchnął od siebie świat.
"Uciekłem z Nowego Jorku przed własnym nazwiskiem" - myślał. "Przed problemami, przed decyzjami, przed spotkaniami i wywiadami, przed presją i napięciem. Uciekłem przed pytaniami o kolejną książkę. Uciekłem przed Fioną. Wybrałem jedyne miejsce na świecie, które udało mi się polubić, a tymczasem okazuje się, że wpadam prosto w pułapkę. Wciąga mnie zagadka o wiele mroczniejsza od wszystkiego, co kiedykolwiek napisałem, bo prawdziwa. Chcę jakoś pomóc. Czuję, że wypada, ale... Ale jak?"
Przednią szybę skropił deszcz, a snopy świateł wydłubały z ciemności między drzewami jego nowy dom. Zaparkował możliwie najbliżej werandy, złapał zakupy i szybkim krokiem wbiegł po mokrych stopniach. Sięgnął do kieszeni po klucze, kiedy nagle rozległo się cichutkie miauczenie. Jakiś mięciutki kształt otarł się o jego kostkę.
- Cześć - mruknął. - Nie masz gdzie się zatrzymać, kocisko? Wskakuj.
Otworzył drzwi i kotek bez wahania wślizgnął się do środka. Nathan wkroczył za nim i głęboko odetchnął atmosferą domu. W powietrzu wyczuwał jednak chłód i przez chwilę zastanawiał się, czy nie wyjść i nie narąbać drwa do kominka.
- Po pierwsze, nie wiesz, gdzie jest drzewo i siekiera - napomniał sam siebie. - Po drugie, wyjąwszy kilka sesji w d&d nigdy w życiu nie rąbałeś drzewa. Po trzecie, nawet gdybyś był mistrzem świata w rąbaniu drzewa, zapewne nie miałbyś ochoty robić tego w deszczu i po ciemku.
Pokrzepiony tymi wnioskami, zerwał folię z kanapy, przysunął do niej ławę i rozłożył wiktuały z "7-Eleven". Zrobił sobie kanapkę z salami i pochłonął, nie zastanawiając się nawet nad smakiem.
- Miau - oznajmił kot, przyglądając się badawczo jego ruchom.
- Gdzie moje maniery - uśmiechnął się lekko Nathan i podsunął towarzyszowi plasterek, który ten pochłonął z gracją maskującą łapczywość.
Zjadł jeszcze jedną bułkę, poczęstował kota, który najwyraźniej zaspokoił już apetyt i w związku z tym stracił zainteresowanie człowiekiem, a potem otworzył piwo. Wtedy jego wzrok padł na torbę z laptopem.
Wyjeżdżając z Nowego Jorku, Nathan poprzysiągł sobie, że całkowicie zerwie z dotychczasowym życiem, lecz w głębi duszy czuł, że podejmuje się rzeczy niemożliwej. Nie było człowieka zdolnego do całkowitego przemodelowania własnej osobowości, nie wystarczy zmiana akcentu i fałszywe nazwisko. Nikt nie był w stanie usunąć wspomnień, nawyków i upodobań tylko po to, by...
By narodzić się na nowo? Kolejny absurd.
Nadal nosił swą ulubioną kurtkę. Palił te same papierosy. Wiedział, że w którejś torbie znajduje się przynajmniej jeden egzemplarz "Szeptów" i przynajmniej jedno zdjęcie Fiony. I nie mógł przestać wspominać.
Odstawił piwo na ławę i szybko przyciągnął do siebie laptopa. Włączył urządzenie, choć palec mu zadrżał. Zaszumiał wiatraczek, zamigotał ekran systemu operacyjnego, Nathan odetchnął z ulgą.
Jednym z postanowień podjętych w chwili wyjazdu z Nowego Jorku było trzymanie się z dala od Internetu. Nie zdawał sobie jednakże wówczas sprawy, jak trudne i bolesne jest to wyzwanie. Zapewniając się w myślach, że nie miało ono sensu, bo na tym odludziu prócz książek Internet jest jedyną formą kontaktu ze światem, wsunął modem do gniazda usb. W chwilę później Nathana wessała cyberprzestrzeń.
Stracił kontakt ze światem. Sprawdził oba konta pocztowe oraz trzy rachunki oszczędnościowe, każdy otwarty w innym banku, sprawdził swój profil na Twitterze, stronę wydawnictwa, swój dawny blog literacki, a potem fora. Gnał przez gąszcz stron internetowych coraz szybciej, z coraz mniejszym skupieniem, uśmiechał się, czytając nowe wypowiedzi, pospiesznie odpisywał na zaległe mejle, zapisywał nowości wydawnicze. Czas biegł, deszcz tłukł o szyby, do dwóch pustych butelek dołączyła trzecia. Na rozmazanym lekko ekranie przewijały się kadry z filmu, satyryczne obrazki i roznegliżowane celebrytki.
Kot chrapnął głośniej.
Nathan odsunął się od ekranu i sięgnął po zapalniczkę. W ciasnej kieszeni dżinsów namacał podłużny kształt. Ale to nie była zapalniczka, lecz pendrive od Anny Craig.
Malutki dysk o pojemności jednego gigabajta nie ważył prawie nic, ale lawina wspomnień, które przywołał, przygniotła Nathana. Piwo, Internet oraz deszcz skutecznie odgrodziły go od niepokojących doznań, ale zapora okazała się tymczasowa i bardzo, bardzo nietrwała. Śpiące dziecko. Rozmowa w nieistniejącym języku. Wzburzenie Anny. Jej nadzieja.
- Cholera. - Nathan zacisnął pięść. - Przecież... Przecież jej tak nie zostawię. Muszę jakoś pomóc.
W nagłym przypływie zdecydowania wpiął pendrive do gniazda usb i wywołał program do odtwarzania muzyki. Jednocześnie jego palce przemknęły po klawiaturze, wpisując - nie bez błędów - adres forum fanów zdarzeń paranormalnych. Zalogował się pospiesznie jako wilddoggie i w tym momencie zamarł.
Głośniczek laptopa ożył. Najpierw popłynął z niego cichy szum nagrania w zamkniętym pomieszczeniu, a potem rozległ się ów męski głos, zaskakująco potężny, oszałamiający. Nathan aż się cofnął - wytrzymał ledwie kilka pierwszych niezrozumiałych bełkotliwych sylab, po czym zatrzasnął laptopa. Istota nawiedzająca małą Vanessę Craig wypowiedziała jeszcze słowo i ucichła.
Cisza. Szum deszczu. Oddech śpiącego kota. Cichy syk dopalającego się papierosa. Bicie serca.
Odczekał chwilę, po czym powoli, ostrożnie, otworzył laptopa i w pierwszej kolejności wyłączył dźwięk. Potem, już spiesząc się, wrzucił pierwszy z plików z pendrive'a na forum, napisał krótką prośbę o pomoc w identyfikacji źródła i już chciał zrobić to samo na innym forum, gdy odkrył, że nie ma jego adresu. Po chwili uświadomił sobie, że ekran widzi jak przez mgłę, a jego myśli przestały się ze sobą łączyć. Zdołał jeszcze zamknąć komputer, wyszczotkować zęby w lodowato zimnej wodzie i zrzucić kota na podłogę, po czym wyciągnął się na kanapie, zakutał w koc i zasnął.
Budził się długo. Sen trzymał go w lepkich objęciach, darł na strzępy świadome myśli, wciągał w ciemność, ale nikt, nawet człowiek okrutnie skacowany, nie jest w stanie zignorować jednoczesnego parcia na pęcherz i zimna. Nathan opierał się przez dłuższą chwilę, ale w końcu otworzył oczy.
Salon zalewało szare, nieprzyjemne światło. Po oknach spływały strumienie deszczu.
- Kurwa - wychrypiał Nathan i odkaszlnął. - O kurwa.
Kolejne piętnaście minut udowodniło mu jednak, że życie potrafi być o wiele paskudniejsze, choćby za sprawą całej serii mało istotnych drobiazgów. Nie wypakował swoich ciepłych kapci i musiał iść boso po zimnej podłodze. W łazience zmarzł, tym bardziej że przez dłuższą chwilę nie mógł znaleźć szczoteczki, upuszczonej na ziemię poprzedniego dnia. Kawa i cukier leżały na wierzchu, ale w mikroskopijnej kuchence nie było czajnika, grzałki, a nawet garnka, w którym mógłby zagotować wodę. Gdy wrócił do salonu, ujrzał swego przyjaciela kota pożerającego ostatni plasterek salami.
Chłodny, pusty dom z obojętnością zniósł serię wychrypianych przekleństw. Nie przestając bluzgać, Nathan ze złością naciągnął dżinsy i swój ulubiony, niemiłosiernie porozciągany czarny golf, zasznurował ciężkie buciory i zgarnął z ławy telefon komórkowy oraz dokumenty.
- Idę poszukać śniadania - oznajmił urażonemu nieco kotu. - A to, co ty będziesz w tym czasie robić, gówno mnie obchodzi. Tym bardziej że będziesz to robić poza domem. Won!
Uchylił drzwi, wpuszczając strugę zimnego, deszczowego powietrza. Kot zrozumiał jego intencje, dźwignął się i prowokacyjnie powoli wyszedł.
Gdy Nathan ruszył w ślad za nim, natychmiast pożałował okazanej zwierzęciu wrogości. Ostry wiatr ze złośliwością targał koronami sosen i przenikał przez najgrubsze nawet odzienie. Rozpędzone krople deszczu boleśnie siekły twarz. Nim Nathan dotarł do samochodu, zdołał zużyć niemały zasób przekleństw, jakie poznał po obu stronach Atlantyku.
Przekręcił kluczyk w stacyjce i oparł zgrabiałe dłonie na kierownicy, czekając, aż nadmuch podniesie temperaturę w kabinie.
- Śniadanie - mruknął. - Jak się nazywała ta knajpka?
Ta knajpka nazywała się "Mekong" i leżała jakieś dwie mile od ostatnich zabudowań Nonstead, niedaleko miejsca, gdzie prowadząca do miasta droga numer sto trzynaście krzyżowała się z międzystanową. Obszerny parking i toalety z natryskami zdradzały, iż miejsce pomyślane jest głównie jako baza dla kierowców ciężarówek, niemniej Nathan wiedział, że w środku znajduje się również scena dla zespołu muzycznego i kilka stołów bilardowych.
"W bbc powiedziano by, że założyciel interesu chciał zdobyć szeroki target" - pomyślał kwaśno Nathan, wyłączając silnik wranglera. "Najwyraźniej pojęcie "łeb na karku" nie pasuje już do wielkiego świata".
Uśmiechnął się lekko, przypominając sobie zdobiące wnętrza wielkie zdjęcia w antyramach, przedstawiające sceny z żołnierskiego życia z delty Mekongu. Na niektórych ujęto za młodu założyciela interesu, wiecznie spoconego grubasa w barwnej koszuli, który wieczorami osobiście stawał za barem. Fiona, która była z zawodu graficzką komputerową, przy każdym z nich wskazała minimum dwa dowody na wykorzystanie Photoshopa.
Uśmiechnął się gorzko.
Przeszedł przez parking, na którym tego ranka znajdowało się zaledwie kilka starych samochodów, w większości terenówek, i wszedł do wnętrza pachnącego kawą i smażonymi jajkami. W sekundę później ogłuszyła go salwa śmiechu.
Śmiejący się nie zauważyli jego wejścia. Siedzący najbliżej drzwi nieogolony olbrzym z rzadkimi, poskręcanymi od potu włosami tłukł pięścią w stół, aż podskakiwały talerze i filiżanki. Jego sąsiad, barczysty grubas z drutem kolczastym wytatuowanym dookoła szyi, z trudem łapał oddech, siedzący dalej tykowaty drągal z wydatnym jabłkiem Adama przechylił się do tyłu na krześle i walnął plecami o ścianę, co wywołało kolejny atak śmiechu.
Nathan podszedł do właściciela zajazdu, który opierał się na łokciach o bar i rechotał wraz z innymi, aż mu się policzki trzęsły. Nowego klienta zauważył dopiero po chwili. Otarł łzy z oczu i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Co podać, synu? - spytał zupełnie jak wtedy, przed laty, gdy zatrzymali się tu bladym świtem, półprzytomni po całonocnej jeździe z Nowego Jorku.
- Poproszę coś do jedzenia - bąknął Nathan, trochę onieśmielony gremialną wesołością. - Jakiś zestaw śniadaniowy. I kawę, dużo kawy.
Starał się, by jego amerykański akcent zabrzmiał nienagannie.
- Zestaw śniadaniowy normalny? - zapytał grubas, a w jego oku coś błysnęło, jakby szykował ciężki dowcip.
Już chciał zapytać: "A są nienormalne?", ale roześmiana ekipa za jego plecami umilkła. Czuł ich spojrzenia na plecach.
- A co wchodzi w jego skład? - zapytał ostrożnie.
- Jajecznica, dwie bułki, pomidor, ser i szynka - odparł grubas nieco rozczarowany. - No i kawa.
- Nie wyszło ci, Serge! - ktoś zawołał, a ktoś inny zagwizdał przeciągle.
- Zamknijcie mordy - warknął właściciel zajazdu, ruszając do kuchni. - Zaraz podam jedzenie - rzucił przez ramię.
Nathan odwrócił się z ociąganiem. Ich ogorzałe, roześmiane gęby, przenikliwe spojrzenia i trudna do zdefiniowania, lecz wyczuwalna aura wspólnoty uświadomiły mu dobitnie, jak bardzo jest tu obcy. Zrozumiał też, że powinien coś powiedzieć - cokolwiek, byleby tylko zaskarbić sobie sympatię tych osiłków - lecz w głowie miał pustkę.
- Dajcie spokój - rozległ się nagle znajomy głos. Nathan zamrugał i ku swemu zdumieniu rozpoznał Skinnera, który siedział pośród zebranych, tak dobrze wkomponowany w towarzystwo, że niemalże nierozpoznawalny. - To nowy w mieście. Spotkałem go na drodze.
Klepnął w ramię grubego z drutem kolczastym wokół szyi i podszedł do Nathana z lekkim uśmiechem.
- Co słychać? - zapytał. - Jak ci się podoba w Nonstead?
- Na razie same zagadki - odparł Nathan, nie spuszczając wzroku z rozrechotanej gromady, która natychmiast straciła zainteresowanie nim.
- Ach, oni - zorientował się Skinner. - To drwale. Mamy tu taki kawał ze śniadaniem. Serge powinien był spytać, czy chcesz normalne, czy nienormalne. Gdybyś spytał, czym się różni jedno od drugiego, usłyszałbyś, że nienormalne jest dla prawdziwych twardzieli. Gdybyś więc wybrał normalne, chłopaki by cię wygwizdali i zwymyślali od... No, nieważne. A gdybyś wybrał nienormalne, przysiedliby się do twego stolika i dopingowali, póki nie zjadłbyś wszystkiego.
- A co musiałbym zjeść? - spytał Nathan, siadając przy stoliku obok.
- Talerz fasoli, dwie porządne kiełbasy, jajko i kilka pajd chleba - wyjaśnił Skinner i na dowód wskazał stół zastawiony talerzami. - Typowe śniadanie drwala. Po czymś takim zapieprzasz aż do zmroku i nie czujesz głodu.
Nathan otworzył usta do kolejnego pytania, lecz w tym momencie znów gruchnął śmiech. Serge, stawiając tacę ze śniadaniem, rechotał tak bardzo, że rozlał kawę.
- To Dimples. - Skinner wskazał kciukiem niepozornego mężczyznę z czarną brodą, który śmiał się najgłośniej z całego towarzystwa. - Nigdy nie przestaje biadolić o swojej strasznej teściowej. A nas nigdy nie przestaje to śmieszyć.
- Wesoła z was banda. - W istocie, Nathan odnosił wrażenie, że gromada drwali emanuje intensywną witalnością, energią na tyle silną, że w ich otoczeniu zapominał o ponurym dniu, deszczu lejącym się z nieba oraz problemie Anny Craig, który nie przestawał go gryźć. - Kawy?
- Nie, dzięki. Zaraz się zbieramy. - Skinner rozparł się na krześle. - Chyba się przejaśnia, a szef właśnie pojechał na przesiekę, żeby sprawdzić, czy da się dzisiaj robić.
- Zawsze tu tak leje?
- Często - pokiwał głową Skinner. - To jedno wielkie pieprzone bagno.
- Wynająłem dom nad jeziorem. - Nathan dziabnął widelcem jajecznicę. - Zimno w nim jak jasna cholera. Zapomniałem spytać tego gościa... Jak mu było...
- McIntyre?
- O, właśnie. Zapomniałem go spytać o ogrzewanie. Coś gadał o płaszczu wodnym, ale chyba za bardzo chciałem, by znikł mi z oczu.
- Czemu? - Skinner zmarszczył brwi.
- Nie wiem. - Nathan przygryzł wargę. - Może dlatego, że szukam tu ciszy, a facet staje na głowie, by wydać się światowcem.
- Dziwisz się? A czego się spodziewasz, zajeżdżając wypasionym wranglerem? - Skinner rozparł się na ławce naprzeciwko niego. - Zresztą wcale ci się nie dziwię. McIntyre to dupek. Ma joba na punkcie imponowania innym. Zupełnie jakby chciał coś komuś udowodnić. Gówno tam, utknął w dziurze i w dziurze mieszka, nic tego nie zmieni.
- Ciekawe, ile czasu minie, nim ja nauczę się tu żyć - mruknął Nathan.
- Niedużo - skrzywił się Skinner. - Jeszcze trochę i wszystkiego się dowiesz. Serge nigdy nie był na wojnie, Dimples ogląda z teściową telewizję co wieczór, a McIntyre to burak w garniturze. Każdy tu coś udaje. Wiesz, kompleks wiochy.
- Nie trzeba mieszkać w małej miejscowości, żeby udawać - bąknął Nathan. Niebieskie oczy Skinnera przewiercały go na wylot, wiedział, że ten zna jego sekret.
- Ba - westchnął młody drwal. - Słuchaj, chyba wiem, o którym domu mówisz. Zapisz sobie mój numer. Gdybyś potrzebował majstra do pomocy, mogę wlecieć w sobotę.
- Super, dzięki - uśmiechnął się Nathan. - Serio nie chcesz kawy?
- No, zbierać się, cipeczki! - zagrzmiał grubas z drutem kolczastym dookoła szyi i z namaszczeniem wsunął ogromny telefon komórkowy do kieszonki dżinsowej kurtki. - Dzwonił stary. Zbieramy się do roboty! Zapłaćcie grzecznie Serge'owi, bo następnym razem poczęstuje nas gradem kulek, a nie fasolką!
Serge pogroził mięsistym kułakiem, wzbudzając kolejne salwy śmiechu. Drwale wstawali, bekali, przeciągali się i z szuraniem dosuwali krzesła.
- Spadam do roboty. - Skinner również się podniósł. - Trzymaj się.
- Ty też. Słuchaj... Eee... Gdzie tu jest jakiś kościół?
Wedle informacji, które wyczytali wraz z Fioną na internetowej stronie miasta, Nonstead zostało założone w osiemnastym wieku przez grupę imigrantów ze Skandynawii. Ogromnie ich to rozbawiło i spędzili resztę wieczoru na poszukiwaniu jakichkolwiek śladów europejskich korzeni miasta, łącznie z tym, że zagadywali do ludzi bezsensownym bełkotem, wrzucając co rusz kilka zniekształconych rzekomym akcentem słów angielskich. Ale się wtedy upili...
- Nic dziwnego, że nie znaleźliśmy tego kościoła - mruknął Nathan i zdusił niedopałek.
Pomalowane na biało, szpiczaste zwieńczenie dzwonnicy luterańskiej świątyni kryło się całkiem wśród rozłożystych, ociekających wilgocią gałęzi świerków, a bladoniebieskie ściany przesłaniał nadmiernie rozrośnięty bukszpan. Nathan nigdy by się nie domyślił, że za opisanym przez Skinnera płotem zbudowanym z białych sztachet kryje się jakakolwiek budowla, a co dopiero kościół.
Ruszył chodnikiem w dół ulicy, minął przeznaczony do rozbiórki budynek, na którym ktoś napisał sprayem: "Szatan jest do dupy", aż natrafił na ozdobną bramę, również pomalowaną na biało, przegrodzoną sięgającą do pasa furtką. Dalej biegła wysypana żwirem ścieżka meandrująca między drzewami do białych drzwi kościoła.
Nathan pchnął je i wszedł.
Zapach drewna, wciąż nieprzytłoczony zapachem farby. Ledwie uchwytna woń gorącego wosku. Ciche skrzypnięcia desek. Lekki przeciąg.
Lubił kościoły. Nie był człowiekiem wierzącym, a mimo to lubił w nich przebywać. Może dlatego, że były to najcichsze, najspokojniejsze miejsca w gorączkowej krzątaninie miasta, swoiste sanktuaria, gdzie czas płynął wolno, niemal niedostrzegalnie.
- W czym mogę panu pomóc? - pytanie wyrwało go z zadumy. Uniósł głowę i ujrzał starszego mężczyznę w sztruksowej marynarce ze skórzanymi łatami na łokciach. Patrzył na Nathana z niepokojem znad szkieł okularów, choć z uprzejmym uśmiechem.
- Dzień dobry - odparł Nathan. - Nazywam się... Wobson. Jestem nowy w tym mieście, choć planuję zatrzymać się tu na dłużej i... i chciałbym móc porozmawiać z miejscowym księdzem.
- Biuro parafialne jest czynne w godzinach...
- Zależałoby mi bardziej na... na bardziej prywatnej rozmowie.
- Tak? - uniósł brwi starszy mężczyzna. - A o co konkretnie chodzi?
- Cóż - przygryzł wargę Nathan. - To naprawdę skomplikowana kwestia i...
- Dobrze, rozumiem. Nazywam się ojciec Ransberg i jestem tu pastorem. Proszę za mną.
Biuro parafialne mieściło się na tyłach kościółka w niewielkim pokoiku. Oprócz masywnej, odrapanej szafy oraz biurka z dwoma krzesłami nie było żadnych innych sprzętów. Panowała tu ciężka, bardzo ciężka, lepka cisza.
- Opętanie - wyprostował się pastor i spojrzał wysoko ponad ramieniem Nathana. Jego palce z paznokciami obgryzionymi do krwi zabębniły po leżącej na blacie książce telefonicznej. - Jeszcze tylko tego brakowało...
- Słucham? - przechylił lekko głowę Nathan.
- Nie, nic takiego. - Ransberg zamrugał. - Rany boskie, panie Wobson, wie pan, że ludzie w tych czasach nie wierzą już w opętania?
- Wiem. Ale nie przesadzam, nie próbuję też ojca celowo wprowadzić w błąd. Po co miałbym to robić?
- Nikt panu nie zarzuca złej woli. - Pastor uśmiechnął się lekko. - Skądże znowu. Zastanawiam się tylko, dlaczego matka dziecka nie zgłosiła się do mnie sama.
- To mała miejscowość. Wieści szybko się roznoszą, mogła bać się plotek.
- Tak, jasne. - Oczy pastora zmętniały na moment, jak gdyby pochłonęły go jakieś zamierzchłe wspomnienia.
W tym momencie zaterkotał telefon.
Reakcja pastora okazała się zaskakująca. Zerwał się, przewracając krzesło, i gwałtownie złapał za słuchawkę. Strącona na podłogę książka telefoniczna plasnęła u stóp Nathana, zwisający na kablu telefon grzmotnął o biurko.
- Halo? - szepnął Ransberg do słuchawki. Głos mu drżał.
Nathan uświadomił sobie, że stoi oparty plecami o ścianę. Powoli wypuścił powietrze z płuc.
- Przepraszam za najście - bąknął pod nosem. - Nie będę już przeszkadzał...
- Oczywiście, droga pani Wilfred - usłyszał za sobą. - Jasne. Mogą być trzy ciasta.
Mógł się mylić, ale w głosie pastora pobrzmiewała zarówno ulga, jak i rozczarowanie.
Zauważył tylko tyle, że się znów rozpadało. Deszcz zacinał tak mocno, tak złośliwie, że Nathan postawił kołnierz kurtki, pochylił głowę i przebiegł całą drogę aż na chodnik. Niebieskiego, odrapanego mustanga spostrzegł dopiero, gdy ten zatrzymał się tuż przed nim. Woda z kałuży ochlapała mu buty.
- Wiedziałem, że cię tu znajdę! - zawołał Skinner, przekrzykując pomruk silnika. Jego samochód rozpaczliwie potrzebował nowego tłumika. - Wskakuj!
- Co się dzieje? - spytał Nathan, ku swemu zdziwieniu wślizgując się na fotel pasażera. Drzwi nie domknęły się, uderzył nimi raz jeszcze.
- Nie słyszałeś komunikatu policji? - zawołał Skinner, wrzucając jedynkę.
- Nie, gadałem z pastorem i...
- Ten twój gość, McIntyre, zaginął! Szeryf zarządził poszukiwania!
Od tych kilkunastu lat jestem więc elementem wyposażenia sklepu "Maddie's", dupnego supermarketu w dupnym miasteczku. Jestem jego żywym przedłużeniem. Ogniwem łączącym dyrektora Wilsona z miotłą, samobieżnym, reagującym na polecenia wózkiem sklepowym, półinteligentną metkownicą, oprogramowaniem obsługującym mopa. Ba, od lat nie spóźniłem się do roboty. Nigdy nie pokłóciłem się z szefem czy którymkolwiek z pracowników. Nigdy nie odpyskowałem klientowi. Zawsze z ochotą zostawałem po pracy i, co ciekawe, nigdy nie dopominałem się o wynagrodzenie.
Jestem równie integralnym elementem tej szopki, jak zielonkawy neon, który zresztą muszę pucować.
Tu, w "Maddie's", znalazłem swe niebo.
Nie chcę zostać źle zrozumiany. W dupie mam misję, którą próbuje nam wpoić Wilson. Szczam na jego gonitwę za wynikami finansowymi, szczam na konkursy na najlepszy supermarket hrabstwa, z trudem powstrzymuję się od śmiechu, gdy słucham raportów finansowych, odczytywanych dumnym głosem podczas comiesięcznych odpraw. Kurwa, wisi mi to. Zawsze mi wisiało.
Ja jestem od jego sklepu uzależniony z innego powodu.
"Maddie's" to rafa koralowa wzniesiona z produktów konsumpcji, pośród których się czaję, by oglądać i śledzić. To labirynt, w którym łowię i poluję, moje terytorium zbierackie, mój niedomknięty skarbiec. Tu obserwuję, czyham i poluję.
A z tego, co upoluję, buduję własny świat.