Prolog. Nieużytki
NA SKRAJU świata żywych zaczynają się Nieużytki. Na tej ziemi niczyjej liście nie rodzą się z gałęzi drzew. Śpiew ptaków nie unosi się na wietrze. Światło zawsze pada tu na ukos, jakby panował wieczny zmierzch lub świt, kiedy cienie są najdłuższe. Na Nieużytki trafia niewielu podróżników, a ci, którzy tam byli, wrócili bogatsi o przedziwne historie o przedziwnych rzeczach, takich jak listopadowy wiatr, który witał ich przy wejściu do lasu, łaskocząc im włoski na ramionach niczym oddech ducha. Drzewa, które tam rosną, to nie sosny, nie dęby, lecz coś pomiędzy. Kiedy pewien wędrowiec przyłożył do kory zrogowaciałą dłoń, przysiągł, że poczuł dziwne ciepło: ducha Nieużytków.
Większość przybyszów spoglądała na las podejrzliwie i wycofywała się, ale ci nieliczni, którzy szli naprzód, wdrapywali się na wzgórze, gdzie napotykali pierścień złożony z siedmiu drzew, dość wysokich, by sięgnąć nieba czubkami gałęzi. Kiedy wiatr ich tam przyciągnął, podróżnicy
odkrywali na korze wyryte obrazki; na każdym pniu znajdował się symbol
świątecznych światów:
nierozpalony fajerwerk z białymi gwiazdkami
szkarłatne serce
czterolistna koniczyna
jajko pomalowane na żółto, różowo i niebiesko
potężny indyk
zielone drzewko ozdobione błyskotkami
i małymi pierniczkami
dynia, w której wycięta została upiorna,
uśmiechnięta twarz.
Chłodny wiatr rozwiewał włosy niektórych podróżników, gdy badawczo
przyglądali się kręgowi drzew. Kilku usłyszało dzwoniące dzwonki sań i dziecięcy śmiech, inni zaś dostrzegali dym gasnących fajerwerków.
Niejeden poczuł smakowitą woń dyniowego ciasta.
Tylko wiatr - i ten, kto wiele, wiele lat wcześniej wyrył kształty w korze drzew - znał prawdę o tych rysunkach: były czymś znacznie więcej
niż tylko symbolami.
Były to drzwi.
Kiedy kilku dzielnych podróżników drżącymi rękami obróciło ukryte gałki,
odkryli po drugiej stronie ciemne tunele. Na krańcu jednego z nich
znajdowała się śnieżna kraina czarów. Na krańcu drugiego - pola
koniczyny. Trzeci docierał do nieba pełnego fajerwerków, czwarty do
ogrodu, w którym fruwały tłuste amorki ze strzałami w kształcie serc.
Pośród drzew rozbrzmiewał głos, jednocześnie znajomy i całkiem nowy:
Działo się to dawno, kiedy świat był stary
Tam, gdzie rzeczywistość jest jak senne mary.
Z tej historii dziwnej płynie pewien morał -
Może go pojmiecie, kiedy przyjdzie pora.
Chcielibyście wiedzieć, skąd się wzięły święta?
Tego i najstarszy upiór nie pamięta.1
Tylko najdzielniejsi podróżnicy mieli odwagę podejść do najbardziej
sękatego drzewa na polanie. Wiatr niósł echo stu wrzasków, kiedy
zuchwalcy podchodzili do śmiejącej się diabelsko dyniowej latarni i otwierali drzwi do krainy snów. A właściwie - jak się prędko
przekonywali - do krainy koszmarów.
Rozdział pierwszy. 0 dni do Halloween
CO ZA NOC!
Kiedy procesja potworów wracała z krainy żywych do swojego domu w Miasteczku Halloween, świecił tłusty księżyc w pełni. Martwe liście
szeleściły im pod obcasami, gdy podążali za znakiem trzymanym przez
stracha na wróble o dyniowej głowie, który prowadził ich do bramy
miasteczka. Znajdowało się ono na wzgórzu i było pełne kanciastych
budynków z mandarynkowymi światłami w oknach, wznoszących się za
żelaznymi bramami zdobionymi latarniami z dyni. Upiorny cień zasłaniał
księżyc, by zaraz okazać się stadem nietoperzy. Kiedy zbliżali się do
bramy, wszyscy mieszkańcy - od niezdarnego Behemotha po najmniejszą
pchłę - zgodzili się, że było to najbardziej przerażające, najbardziej
przyprawiające o dreszcze Halloween, jakie pamiętali.
Ich głosy wznosiły się ku niebu, kiedy świętowali swą ukochaną noc:
"Dziś jest Halloween!".
Malowali swoją pieśnią przerażający obraz nocy pełnej chaosu i złośliwych psot. Człowiek Spod Łóżka rechotał, wspominając, jak leżał
pod narzutą w kratkę i czekał na swoje ofiary z ostrymi zębami i świecącymi na czerwono oczami. Człowiek Pod Schodami machał wężowymi
palcami, które syczały na chłopców i dziewczynki. Demon Arlekin
wyskoczył z kosza na śmieci w tym samym momencie, w którym Wilkołak
przebił się przez kamienny mur, a Topniejący Towarzysz za nim wyłonił
się ze ścieku. Klaun Który Traci Swą Twarz jeździł w tam i z powrotem na
swoim monocyklu, zrywając sobie twarz i ukazując ciemną pustkę. A nad
nimi wszystkim unosiły się dwie siostry wiedźmy, które ścigały się na
swoich miotłach i opowiadały historie o nocnych igraszkach wydrążonym
latarniom na dyniowym polu.
Na czele marszu pełnym energii krokiem szedł Burmistrz Miasteczka
Halloween - człowieczek o dwóch obliczach. Jego cylinder był wąski i tak
długi, że Burmistrz stawał się dzięki niemu dwukrotnie wyższy. Wybrał
swoją ulubioną z dwóch twarzy - tę o różowych policzkach i z szalonym
uśmiechem. Jak każdy polityk wiedział, jak zrobić dobre wejście.
Po drugiej stronie bramy, na rynku, było całkiem pusto, jeśli nie liczyć
paru pająków, szczurów i potwornych młodzieńców nie dość dorosłych, aby
brać udział w halloweenowych strachach. Skrzydlaty Demon i Śpiące
Dziecko wstrzymali oddech, kiedy usłyszeli powracający tłum. Przerwali
zabawę w tortury, opuszczając gilotynę na dynię - przekroiła ją na dwie
równiutkie części - i popędzili do bram w ślad za nieumarłymi rodzicami
Śpiącego Dziecka. W tym samym czasie, wysoko ponad miastem, w pobliskim
zamku szmaciana lalka chwytała się mocno kraty w oknie swojej celi.
Przysłuchiwała się pieśni, czesząc długie, czerwone włosy złamaną kością
szczęki.
Skrzypiąca brama na rozkaz strażnika przebudziła się i uniosła,
wpuszczając procesję do środka. Pan Hyde i Diabeł pierwsi się tamtędy
przedostali, a zaraz za nimi Burmistrz w oficjalnym karawanie.
Triumfalnie wznosił do góry ramiona, chociaż jedyną osobą, którą udało
mu się tej nocy przestraszyć, był mały chłopczyk z katarem siennym.
Światła migały w oknach domów niczym uśmiechnięte latarnie z dyni.
Bezgwiezdna noc miała barwę czarnego aksamitu, oświetlana jedynie przez
księżyc i zielonkawy blask śluzu płynącego w fontannie pośrodku placu.
Istoty wszelkich kształtów i w rozmaitych stanach rozkładu paradowały
wokół fontanny. Behemoth, mimo że w tył czaszki miał wbitą siekierę,
przerzucił sobie sznur przez niebieskie ramię i pociągnął słomianego
konia na kółkach, któremu na grzbiecie siedział strach na wróble z dyniową głową.
Ku powszechnemu zaskoczeniu strach na wróble nagle ożył. Tłum wstrzymał
oddech. A cóż to za sprytne czary?
Ukucnął na swoim wierzchowcu na wrzecionowatych, pajęczych kończynach,
po czym gwałtownie skoczył i obrócił się wokół własnej osi w oszałamiającym piruecie.
Tańczący strach na wróble kontynuował swój niezwykły występ: jego chude
ramię chwyciło pochodnię. Tłum ucichł.
"Ogień!" - dziwili się, że słomiana istota ma odwagę trzymać w dłoni
pochodnie. Zamiast jednak uciekać od płomienia, strach na wróble bawił
się jego wznoszącym się pomarańczowym jęzorem. Wsadził sobie nawet
pochodnię prosto w dyniowe usta i podpalił słomę swojego ciała.
Wszyscy wokół wstrzymali oddech. Nawet szmaciana lalka, która wymknęła
się z zamku, by dołączyć do obchodów, obserwowała występ zza Drzewa
Wisielców. Płomienie otoczyły stracha na wróble po koniuszki palców.
Jego dyniowa czaszka zaczęła się prażyć. On jednak nie przestawał
tańczyć, gdy płomienie pochłaniały jego podarte ubrania i suche słomiane
wypełnienie. Kłaniał się i obracał. Był jak żywe, roztańczone ognisko!
Tłum kołysał się, unosząc w górę szpony i odnóża, gdy strach na wróble
kontynuował swój danse macabre. Potwory radośnie klaskały, kiedy wirował
na słomianym koniu, wzbijając w górę iskry. Pochylały się łakomie, nie
mogąc doczekać się rzezi.
Kiedy zdawało się, że zostanie z niego tylko popiół, strach na wróble
zgrabnym susem zeskoczył z grzbietu słomianego konia i zanurkował w fontannie. Gdy śluz zgasił ogień, w górę uniósł się niebieskawy dym.
Wszelkie ślady tańczącego stracha na wróble zniknęły pod powierzchnią.
Śpiące Dziecko i Mumia pochylili się nad fontanną, szukając śladów
stracha.
Drzewo Wisielców górujące nad resztą tłumu wyciągnęło swoje gałęzie i przysunęło się, by wisielcy mogli spojrzeć. Dyndając na swoich
stryczkach, zaglądali w szlam, ale nawet z wysokich punktów
obserwacyjnych nie mogli niczego dostrzec.
Nagle tłum umilkł. Ze śluzu fontanny wznosił się do góry... strach na
wróble! Tyle że teraz jego spalony kostium i dyniowa głowa ustąpiły
miejsca uśmiechniętej czaszce pyszniącej się dumnie na szkielecie
ubranym w elegancki garnitur w paski z muchą - a właściwie nietoperzem -
pod szyją.
Tajemniczym strachem na wróble okazał się nikt inny, jak Dyniowy Król
miasteczka: Jack Szkieleton!
Rozdział drugi. 0 dni do Halloween
Tłum zareagował na widok ukochanego przywódcy
głośnym aplauzem. Sukces Halloween był jak co roku dziełem Jacka
Szkieletona. Dobroduszny szkielet po raz kolejny zapewnił najwięcej
przestrachów. Jego upiorny śmiech doprowadził do płaczu wszystkie dzieci
na nocowance. Stukot jego kości przeraził tak bardzo rzesze rodziców, że
upuścili torby z cukierkami dla dzieci i uciekli.
Dyniowy Król naprawdę zasłużył na swój tytuł, a jego błyskotliwy występ
w roli stracha na wróble był jak bita śmietana na dyniowym placku.
Siostry wiedźmy zachwycały się przystojnym szkieletem i rzucały w powietrze spiczaste kapelusze, podczas gdy reszta mieszkańców
gratulowała sobie dobrze wykonanej pracy. Klaun Który Traci Swą Twarz
balansował na swoim maleńkim monocyklu, kręcił ramionami w powietrzu i wołał:
- Już po wszystkim!
- Udało się! - zgodził się Behemoth, wielkim brzuchem uderzając w brzuch
klauna.
- Czyż to nie było przerażające? - powiedział Wilkołak, obnażając pazury
przed Panem Hyde'em i Wilkołakiem, czule wspominając straszną zabawę.
- Co za noc! - zgodziła się ta dwójka.
Podniecony Pan Hyde owinął łańcuchem głowę Cyklopa, żeby go poddusić,
ale stękanie jednookiego potwora szybko zmieniło się w chichot.
Wciąż zarumieniony Burmistrz biegał przez tłum, nie mogąc się doczekać,
kiedy stanie obok największej gwiazdy miasteczka.
- Wspaniałego Halloween wszystkim! - zawołał.
Jack dalej kłaniał się i machał zakochanemu w nim tłumowi, po czym
sprawnie wyskoczył z fontanny, a potwory się rozstąpiły, żeby mu zrobić
miejsce.
- Wydaje mi się, że to było najstraszniejsze z naszych świąt - zgodził
się Jack, kiwając uprzejmie głową. Oparł kościstą dłoń o żebra. - Bardzo
wam wszystkim dziękuję.
- To my dziękujemy, Jack - odezwał się Burmistrz. - Gdyby nie twoje
wspaniałe przywództwo...
Jack lekceważąco machnął ręką.
- Ależ nie, burmistrzu.
Wtrącił się wampir o świecących kłach.
- Ależ z ciebie straszydło, Jack! - zawołał.
Siostra wiedźma z zielonkawymi lokami przepchnęła się łokciami naprzód i zaćwierkała:
- Jesteś najpiękniejszym koszmarem każdej wiedźmy!
Nie chcąc zostać w tyle, jej siostra o zielonej skórze zamruczała:
- Potrafisz zatrząść ziemią, Jack!
- Ziemią? - przerwała jej pierwsza wiedźma. - Góry przez ciebie pękają,
Jack! - Zatrzepotała posklejanymi od pajęczyn rzęsami i uśmiechnęła się
szeroko, ukazując pleśń na zębach.
Przyglądająca się zza Drzewa Wisielców szmaciana lalka o imieniu Sally
zachichotała na widok Jacka opierającego się tylu adoratorom. Gruby szew
podtrzymujący jej szyję i ramiona był amatorski w porównaniu z elegancko
uszytą sukienką ze skrawków, ale nic w tym dziwnego: podczas gdy
sukienkę uszyła ona sama, to naukowiec doktor Finkelstein niefachowo
zszył ją samą.
Doktor Finkelstein nie dał Sally serca - podobnie jak jej głowa, pierś
była wypełniona suchymi liśćmi i szmatami - a jednak na widok Dyniowego
Króla czuła jakby fantomowe bicie. Ależ była szczęśliwa tutaj, wśród
mieszkańców miasteczka, a nie zamknięta w zamku doktora Finkelsteina. Na
szczęście wilcza jagoda, którą dodała do herbaty swojego twórcy,
oszołomiła go na dość długo, by ona zdążyła uciec.
Nagle, nie wiadomo skąd, wyłoniła się mała dłoń w czarnej rękawiczce,
która chwyciła ją za nadgarstek.
Sally wstrzymała oddech, próbując się wyrwać.
Doktor Finkelstein wpatrywał się w nią przez ciemne okulary, które
chroniły jego wrażliwe oczy. Zobaczyła swoje odbicie w jego mrocznych
szkłach: jej lalkowa twarz wyglądała na przerażoną.
- Wilcza jagoda, którą mi podałaś, już nie działa, Sally...
Szarpnęła ramieniem.
- Chodźmy tam!
- Nie jesteś gotowa na takie podniety - wyjaśnił spokojnie doktor
Finkelstein.
Pamiętał, że powinien być cierpliwy wobec istot takich jak Sally. Z początku były ciekawskie, ale wystarczyła odrobina wolności, a przestawały interesować się światem. Z Sally cały proces trwał jednak
dłużej, niż się spodziewał.
"Jakiś koci włos musiał się zaplątać w jej wypełnienie" - pomyślał. -
"To by wyjaśniało tę nigdy niezaspokojoną ciekawość..."
Sally na próżno próbowała się wyrwać.
- Ależ jestem! - nalegała.
Elektryczny wózek inwalidzki doktora zabzyczał, kiedy nacisnął guzik, by
odwrócić się i zaciągnąć ją z powrotem do zamku.
- Idziesz ze mną - warknął.
Jego dłoń była mała, ale szponiasta i silna.
- Nigdzie nie idę! - Wbiła pięty w ziemię, ale jej szmaciane buciki
ślizgały się na gładkiej, kamiennej powierzchni. To nie fair! Wszyscy
mieszkańcy Miasteczka Halloween świętowali najpiękniejszą noc w roku, a ona miała siedzieć zamknięta w ciemnej wieży całkiem sama, spędzając
czas na zszywaniu fartuchów i polerowaniu skalpeli.
Sally impulsywnie pociągnęła za ciemnoniebieską nitkę, która łączyła jej
prawe ramię z resztą ciała. Sznurek rozwinął się, a ona przewróciła się
do tyłu, rozdzielona z własnym ramieniem. Wstrzymała oddech, czując się
niecała.
W rękach doktora Finkelsteina zostało oderwane ramię, a siła szarpnięcia
sprawiła, że wypadł z wózka.
Widząc, jak jej twórca bezradnie leży na drodze, Sally się zawahała. Czy
mogła po prostu zostawić go ze swoim ramieniem?
Doktor rozchylił wargi, ukazując małe, ostre ząbki.
- Wracaj, ty głupia... Auuu!
Jej oderwane prawe ramię musiało się zdenerwować, bo zacisnęło dłoń w pięść i uderzyło doktora Finkelsteina w tytanową głowę.
- Och! Auć! - wołał.
Oddychając ciężko, Sally kilka razy zamrugała, odwróciła się i ruszyła
biegiem.
"Przepraszam, ramię. Wrócę po ciebie".
Kiedy zniknęła w ciemności, gwar towarzyszący obchodom stawał się coraz
głośniejszy. Potwory napierały na Jacka, a każdy z nich próbował
przypodobać mu się i zdobyć przychylność Dyniowego Króla.
- Ooooch, Jack, sprawiasz, że krew się sączy, a flaki wypadają! -
zawołała Podwodna Panna, po czym pochyliła się tak nisko, że spryskała
słoną mazią klapy jego garnituru. Jej zielone łuski i przypominające
wachlarze skrzela po obu stronach szyi były śliskie. Pomarańczowe oczy
kusząco mrugały, a ostre, niebieskie paznokcie sięgnęły w stronę
Dyniowego Króla.
Jack powoli się wycofał, wyciągając błagalnie dłonie.
- Dziękuję, dziękuję.
Poruszając się niemalże jak jeden bezkształtny glut, tłum napierał. Jack
zauważył za plecami mur i zrozumiał, że znalazł się w potrzasku.
Oczywiście martwy od lat szkielet nie musiał oddychać, przestrzeni
jednak potrzebował. Mieszkańcy przez całą noc oklaskiwali jego sztuczki,
zachwycali się jego tańcami... Było to oczywiście bardzo miłe, ale
zaczynał się... dusić.
- Naprawdę bardzo wam dziękuję - powiedział przez ściśnięte gardło coraz
bardziej zirytowany.
Czemu powszechne zainteresowanie tak bardzo mu przeszkadzało? Przez cały
rok czekał na Halloween i tej nocy naprawdę prześcignął samego siebie:
na koniec zaskoczył nawet mieszkańców dramatycznym, ognistym tańcem.
Mówiąc szczerze, nie czuł jednak tego samego entuzjazmu, który
towarzyszył mu w poprzednich latach. Tak naprawdę coś się psuło od kilku
lat. Przygotowywał Halloween, poświęcając serce i nieumarłą duszę, ale
czegoś mu brakowało. Wszystko wydawało się... przewidywalne.
Czy szkieletowi nie wolno już pobyć samemu chociaż przez chwilę?
Zerknął przez ramię na wysoki kamienny mur. Czy zdołałby go przeskoczyć?
Nagle z rynku dobiegł donośny głos.
- Zaraz, zaraz! Nie rozdaliśmy jeszcze nagród!
- Ooooch! - rozległ się donośny okrzyk tłumu, który odwrócił się od
Jacka.
"Dzięki, Burmistrzu!" - pomyślał Jack.
Nagrody były na tyle interesujące, że mieszkańcy popędzili na rynek.
Dumnie pyszniący się na podium Burmistrz podtrzymywał na ramieniu złote
trofeum.
- Nasza pierwsza nagroda trafia do... wampirów za największą ilość krwi
wyssanej jednej nocy! - zawołał przez megafon.
Kiedy wampiry przyfrunęły na estradę, żeby odebrać trofeum, rynek
wypełniły uprzejme oklaski.
Gdy mieszkańcy przenieśli swoją uwagę gdzie indziej, Jack oddalił się o kilka kroków. Miał nadzieję, że nikt nie zauważy jego odejścia.
- Przerażające wyróżnienie specjalne trafia do... naszych wspaniałych
pijawek z Ciemnej Laguny!
Głos Burmistrza nadal rozbrzmiewał donośnie, gdy Jack oddalał się od
tłumu, uważając, by twardymi kośćmi nie wzburzyć martwych liści. Kiedy
miał już pewność, że znalazł się dość daleko, odetchnął z ulgą. Miał
wrażenie, że spadł mu z serca ciężki kamień.
Wreszcie wolny, oddalał się ścieżką od centrum miasta; minął muzyczny
zespół znany jako Tercet Trupów, który przed bramą cmentarza wygrywał
ponurą serenadę. Wrzucił monetę do ich saksofonu.
- Dobra robota, Kościsty Tatku - pochwalił saksofonista.
- Chyba tak - rzucił Jack przez ramię, patrząc na bramę cmentarza. - Tak
jak rok temu. I dwa lata temu. I trzy lata temu...
Wszedł na cmentarz pogrążony w melancholii, nie wiedząc, czemu ten rok
wydawał mu się tak odmienny od pozostałych.
Rozdział trzeci. 0 dni do Halloween
Po przeciwnej stronie cmentarza Sally opierała zmęczone szmaciane ciało o grobowiec, wciąż zbierając liście, które
wypadały z oderwanego ramienia. Kiedy uciekła od doktora Finkelsteina,
pobiegła na cmentarz, wiedząc, że duchy, które zazwyczaj trzymały się
blisko swoich grobów, świętują pozostałymi mieszkańcami na rynku, a ona
cały teren będzie miała dla siebie.
Słuchała, jak po drugiej stronie muru Tercet Trupów gra ponurą melodię,
przerywa, gdy brzęk monety sygnalizuje napiwek, po czym zaczyna od nowa.
Jak długo wytrzyma bez prawego ramienia? Prędzej czy później nie
pozostanie jej nic innego, jak wrócić po nie do zamku doktora
Finkelsteina.
"Ale jeszcze nie teraz" - pomyślała.
Postanowiła cieszyć się wolnością tak długo, jak się da.
Cmentarna brama się otworzyła. Sally wstrzymała oddech i schowała się za
jednym z grobowców. Ktoś tam był! Z niepokojem nasłuchiwała bzyczenia
elektrycznego wózka doktora Finkelsteina, lecz usłyszała tylko lekkie
kroki na kamiennej ścieżce, ciche niczym liście na wietrze.
Ktoś wydał z siebie ciężkie westchnienie.
Sally odważyła się wyjrzeć zza nagrobka i wstrzymała okrzyk. To Jack
Szkieleton! Czemu nie świętował z pozostałymi na rynku? Był przecież
honorowym gościem - jak co roku zresztą. Myślała, że pochłonięty zabawą
całą noc przebaluje.
A jednak w tę najwspanialszą noc w roku Dyniowy Król był całkiem sam.
Tak jak ona.
Podczas spaceru po cmentarzu Jack uniósł podbródek i wpatrywał się w bezgwiezdne niebo. Wiatr niósł z oddali aplauz celebrujących nagrody
mieszkańców. Jack westchnął, wspominając, że w poprzednich latach on sam
stał na czele tych wiwatów, że to jego głos rozbrzmiewał najgłośniej,
kiedy wznosił toast musującym wiedźmim naparem. Opowiadał o najlepszych
sztuczkach Skrzydlatemu Demonowi, Śpiącemu Dziecku i Mumii, którzy
słuchali zafascynowani. Tańczył do utraty tchu, aż omal nie umarł po raz
drugi.
W tym roku jednak nie mógł się pozbyć dojmującego poczucia, że wszystko
było tak samo jak zawsze i że tak samo będzie w kolejnym roku, i w kolejnym...
Kiedy mijał nagrobek w kształcie psiej budy poklepał się w udo.
- Chodź tu, Zero.
Pies zwlókł swoje półprzezroczyste ciało z posłania, uniósł się w powietrze i zawisł kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Kiedy dostrzegł
Jacka, jego dyniowy nos rozbłysnął szczególnie jasno. Wesoło dysząc,
pofrunął za nim.
Jack wdrapywał się na najbardziej strome z cmentarnych wzgórz,
pocierając ostrą kość swojego podbródka. Co go tak męczyło? Czemu nie
mógł po prostu cieszyć się ze wszystkimi jak w poprzednich latach? Nawet
delikatny blask Zera w ogóle go nie pocieszył.
Oparł się o mauzoleum zwieńczone statuą demona i westchnął. Tej nocy nie
był sobą. Wszystko zdawało mu się nudne i powtarzalne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki