Zoya
Miasto jednakże nie zdradza sekretów swojej przeszłości, a jednak minione zdarzenia są jego częścią w taki sam sposób, w jaki linie papilarne stanowią część dłoni - Italo Calvino
*
Miasto jest lustrem ludzkiej duszy. Z tego właśnie powodu ci, którzy są wrażliwi, widzą w nim piękno i dostrzegają jego charakter, a ludzie zasmuceni znajdują w jego objęciach przestrzeń pozwalająca na podsycenie bólu serca i przeżywanie go tysiące kolejnych razy od nowa. Wsłuchują się wtedy w miejskie szepty ukryte w strugach deszczu i szukają w nich odrobiny wytchnienia. To takie pocieszające, że miasto również płacze. Zakochani widzą w dużych miastach synonim romansu, samotni - pustynię, w której jeszcze łatwiej stracić siebie. Zagubieni poszukują w nim domu. Tym bardziej, jeśli ich dotychczasowy dom kojarzył im się jedynie z rozpaczą.
*
Przyjechałam do Manchesteru, w poszukiwaniu ulgi i miejsca, które pokocham. Bradford, miasto, w którym dorastałam, wyryło w mojej pamięci tyle rozpaczy, że nie jestem w stanie przebywać w nim nawet chwili bez powrotu wszystkich przykrych wspomnień. Kiedy tam wracam, czuję, jak gdybym wkraczała w jakąś czarną dziurę, która wysysa ze mnie życie. To nie miasto jest winne, kiedyś bardzo je kochałam. To mój związek, który tak się na mnie odbił, nadal daje o sobie znać. Manchester jest dla mnie chwilą wytchnienia, przestrzenią potrzebną, by się wyleczyć z bólu przeszłości. Zaczynam ten proces od zadbania nieco bardziej o własne samopoczucie.
Wszystkie duże zmiany zaczynają się dla kobiety od zmiany fryzury. Spoglądałam na świeżo ścięte kosmyki rozsypane po umywalce. Muszę być ostrożna, by jej znowu nie zapchać. To zdanie o zmianie wyglądu pojawiło się w mojej głowie, poprzedzając kalejdoskop nieprzyjemnych wspomnień. Myślałam, że już nie boli, że wybaczyłam i zapomniałam. Związek z psychopatą tnie głębokie rany, nic w twoim umyśle nie jest już takie samo. Długo po zakończeniu takiej relacji okazuje się, że jeszcze nie do końca wyleczyłam się z efektów ubocznych. Toksyczna więź niszczy od środka, zżera niczym rak. Aż pozostanie w tobie zaledwie tyle życia, by móc oddychać. I niewiele poza tym. Ostatnio wszystko mi o nim przypomina, choć wcale nie mam ochoty tam wracać.
- Lubisz się obwiniać, co? - żartuje Alia, dziewczyna, która w tym roku wynajmuje pokój obok, kiedy w ramach dobrych manier przepraszam ją za zamieszanie wywołane moim gapiostwem. Nie lubię się obwiniać. Zostało mi to na pamiątkę po nim. - Przestań się przejmować i panikować. Wyszukujesz w sobie błędy, choć nie zdążyłaś ich popełnić - stwierdza znajoma. To też mam na pamiątkę.
- Jesteś przewrażliwiona. Czemu wszystko tak bardzo bierzesz do siebie? - pyta mój zdziwiony brat. Bo ktoś zniszczył mi psychikę, dlatego - myślę sobie. Ale nie powiem tego na głos, nigdy nie mówię. Nikt nie ma pojęcia, przez co przeszłam za zamkniętymi drzwiami tamtego domu. Przecież powiedziałam, gdy pytano o powód mojego odejścia, że mnie nie bił. Zatem nie mogło być wcale aż tak źle. Naprawdę? Zdeptana psychika niesie z sobą bagaż na całe życie. Odgłosy, sytuacje, słowa, które przypomną o psychopacie, jeszcze długo wywołują napady kiepskiego samopoczucia i wylewane w poduszkę łzy. Nie chodzi o niego, już od jakiegoś czasu nie mogłam na niego patrzeć. Chodzi o ból, który mi zadał, powracający niczym bumerang za każdym razem, kiedy cokolwiek mi o nim przypomni. Dziś były to nożyczki i kosmyki włosów rozsypane po umywalce. Bo wtedy właśnie tak zaczęłam wielkie zmiany w swoim życiu. Ścięłam połowę długości włosów, których widoku nie mogłam już znieść, i stwierdziwszy, że wcale nie jestem aż taka brzydka, jak mi to wmawia, zdecydowałam, że właśnie dziś odchodzę. Przecież wszystkie duże zmiany zaczynają się od nowej fryzury.
Nie zawsze działo się źle. Na początku było miło, starał się i dbał o mnie. Byłam przekonana, że stworzyliśmy coś pięknego, głęboką więź. Nie pamiętam, by mówił o mnie cośkolwiek negatywnego. Dobrze mnie traktował. Aż w pewnym momencie poczuł się na tyle pewny, by zacząć prać mi mózg. Wszystko, co robię, jest złe, niezadowalające. Do niczego się nie nadaję. Nie wyglądam już tak ładnie, jak kiedy mnie poznał. Na niczym się nie znam. Nie mam pojęcia, jak zająć się domem. Jestem głupia i nudna. Tylko przynoszę wstyd. Wszystko robię nie tak. Jestem nic niewarta i najgorsza na świecie. Słowa odbijają się echem po cichym pokoju wspomnień. Zegar tyka. Minęło już sporo czasu, a mimo to nadal miewam problemy z samooceną. Długo się o wszystko obwiniałam. Przez niego. Z czasem nabrałam dystansu, zdając sobie sprawę, że to nie ze mną jest coś nie tak. A jednak tkwiłam tam, przerażona utratą relacji, co do której nadal miałam wiele dobrych wspomnień. Psychopata potrafi być aktorem idealnym, ciebie zaś, swoją ofiarę, niszczy po cichu i na boku, lecząc własne kompleksy. Potrafi wprowadzić cię w poczucie winy również za zostawienie go, bo przecież gdybyś dała jeszcze jedną, jedyną szansę, zmieniłby się kierunek krążenia wszechświata. To nic, że dawałaś je latami. To twoja wina, zniszczyłaś wam życie, bo ci odbiło i odeszłaś. Tego wieczora, gdy zdecydowałam się odejść, ścięłam nie tylko włosy. Poprzecinałam obrzydliwą pajęczynę jego słów, którymi starał się mnie uziemić. Nie potrafiłam znieść ani jednego wieczora dłużej z widokiem jego twarzy. Do dziś zbiera mi się na wymioty na widok wszystkiego, co mogło być z nim związane. I choć jestem dziś inną osobą, wciąż noszę blizny po jego obecności w moim życiu. Obsesyjnie myślę nad sprawami, na które nie mam wpływu, obwiniam się o bycie niewystarczająco idealną, nadal bywam swoim największym wrogiem. Wciąż zdarzają się dni, gdy widzę siebie tylko i wyłącznie przez pryzmat negatywnych cech. Tak, jestem przewrażliwiona. Potrafię tydzień płakać nad drobną porażką. Ktoś zniszczył mi psychikę. Czasem myślę, że zamiast się uodpornić, stałam się jeszcze delikatniejsza. Wciąż zbyt łatwo mnie zranić. Po raz kolejny ścinam dziś suche kosmyki zbyt długich włosów. Mimo że życie traktuje mnie obecnie o wiele łagodniej, nie potrafię odciąć się na dobre od tych wspomnień, wyleczyć z ich wpływu. Być może to są właśnie zmiany, których potrzebuję tym razem - wybaczyć sobie wreszcie bycie sobą.
*
Siedzę w swoim mieszkaniu i patrzę na miasto, które tonie w deszczu. Bywałam tu wielokrotnie z rodzicami, z koleżankami też, a nawet dwukrotnie z byłym mężem. Lubię Manchester, choć może zdawać się w tej szarości ponury. Jest taki bardzo światowy. Bradford to mały koniec świata, swojski, ale jednak bez większej przyszłości. Duża wieś, gdzie wszyscy wszystkich znają. Charakterystyczna architektura wiktoriańska, wszechobecna dekoracja budynków przy użyciu yorkstone, bajecznie piękne wioski wokół. W Bradford gdziekolwiek zamieszkasz, widzisz wzgórza - centrum jest położone w dolinie, każda pozostała dzielnica znajduje się wyżej. Dostrzegasz w oddali domy, pola, meczety. Najbardziej lubiłam patrzeć na te wzgórza późnym popołudniem, kiedy słońce szykowało się do snu, a w domach zapalały się pierwsze światła. Magiczny moment. Kochałam moje rodzinne miasto również nocą. Byliśmy z byłym mężem parą dzieciaków mających frajdę z jeżdżenia po mieście bez sensu po zmroku. Często przesiadywaliśmy podczas zachodów słońca na wzgórzu w Baildon Moor. Wokół rozciągała się bajecznie piękna zieleń, porozrzucano tu i ówdzie domy z dużymi farmami. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, aż zapadał zmrok. Jeździliśmy też nad pobliski staw, do Horton Bank Country Parku, spacerować i filozofować o życiu i świecie. Jak ja kochałam ten czas na łonie natury, po szkole i w weekendy. Czuliśmy się on the top of the world. Nieśmiertelni, na szczycie świata. Liczyło się tylko odkrywanie kolejnych pięknych miejsc, czas we dwoje lub z przyjaciółmi i życie w rytmie miasta. Do teraz, kiedy wspominam sobie nocne podróże przez Bradford i sąsiednie Leeds, i miliony światełek na wzgórzach wokół, zamykam oczy i czuję się dokładnie tak, jak wtedy - beztroska, szczęśliwa, radosna. Mieliśmy oboje po dziewiętnaście lat i byliśmy przekonani, że właśnie tak wygląda życie. Dlatego teraz tak trudno mi spędzać czas z rodziną - ponieważ gdziekolwiek nie pójdę, widzę młodych nas, przypominam sobie, co robiliśmy lub o czym rozmawialiśmy w danym miejscu. Ogarnia mnie poczucie nostalgii, jest mi błogo, by za moment powrócił ból serca. Przecież wiem, co wydarzyło się potem. I to jest właśnie najtrudniejsze, bo mam tak wiele pięknych wspomnień i równie wiele bolesnych, związanych z tą samą osobą. A kiedy powraca ten ból, to nie jest zwykły smutek. To uczucie jak gdyby rozdziera mi wnętrze. Ból serca na pograniczu śmierci, zaledwie o krok od szaleństwa. Tęsknię za nim i jednocześnie go nienawidzę. Żałuję, że pozwoliłam mu się zagadać, kiedy spotkałam go po raz pierwszy, i jestem wdzięczna za wszystko, czego się nauczyłam. Czasami zastanawiam się, czy faktycznie powinnam była to wszystko przeczekać, może jednak powinnam dać mu szansę numer milion. Wtedy przypominam sobie, jak bardzo źle było mi, kiedy odeszłam, jak czarna chmura depresji otaczała wszystko wokół mnie. W tamtym momencie życia słońce zaszło dla mnie na stałe, straciłam siebie. Nie mogłam jeść, spać, nieustannie spadałam w dół, coraz głębiej. Wiem, że musiałam odejść. Ten moment rozstania był terapią wstrząsową dla nas obojga - dla niego, że nawet najspokojniejsi ludzie mają swoje granice tolerancji, a dla mnie, że nigdy nie powinnam była pozwolić do tego dopuścić, ani w imię miłości, ani w imię niczego innego. Dziś powoli sklejam się ponownie w jedną całość, choć potrwa to bardzo długo i będzie kosztowało mnie mnóstwo ciężkiej pracy. Mam nadzieję, że i on wyciągnie z tego wszystkiego swoje wnioski i już nigdy nie skrzywdzi kogoś tak jak mnie. Odstawiając jednak na bok beztroskie wspomnienia młodzieńczej wolności, im dłużej o tym wszystkim myślę, tym wyraźniej zaczynam dostrzegać, że ja go tak naprawdę nie kochałam. Nie tak, jak powinno się kochać męża. Od samego początku nie spełniał moich potrzeb emocjonalnych, nie czułam się kochana. Byliśmy trochę przyjaciółmi, trochę wrogami, rodziną, łączyła nas jakaś więź, wtedy nawet myślałam, że tak właśnie wygląda miłość w małżeństwie i z czasem będziemy coraz bliżej, ale emocjonalnie byliśmy na zupełnie różnych planetach. Obserwując nas z boku, można by pomyśleć, że zmuszono nas szantażem do ożenku, a my staraliśmy się ze wszystkich sił, by coś z tego wyszło, skoro zostaliśmy na siebie skazani. A jednak wcale tak nie było - poznaliśmy się w letnie popołudnie w centrum miasta. On walczył ze swoją rodziną, by móc mnie poślubić. Moja rodzina nie była przeciwna, ale od początku naszego małżeństwa wyrażali obawy, że to chyba nie był dobry pomysł. Myślę, że już wtedy dostrzegli, jak mną manipuluje. A ja tak bardzo starałam się tego nie widzieć. Zawsze znalazłam mu jakąś wymówkę. Ostatecznie on został przez moją rodzinę zaakceptowany, choć nie do końca uwielbiany, zaś jego rodzice i siostry pokochali mnie całym sercem. To wcale nie okazało się dobre. Tym trudniej było mi go zostawić, bo bałam się ich stracić. Z nimi słowo rodzina nabierało jeszcze piękniejszego znaczenia. Czułam się przy nich szczęśliwa, bezpieczna i kochana. Troszczyli się o mnie. Wszyscy poza nim - na tym etapie chyba zaczynał mnie nienawidzić. A już na bank był zazdrosny o to, że lubią mnie bardziej niż jego.
Nowe miasto jest mi winne uwolnienie się od tych wszystkich wspomnień. Wyleczenie mojego serca. Może nawet się tu przeprowadzę po skończeniu studiów. Może nawet przejdą mi wszystkie traumy. Może nawet pewnego dnia stawię ponownie czoła mojemu rodzinnemu miastu i pokocham je raz jeszcze, od nowa, wystarczająco silna, by nie bać się lawiny wspomnień. Marzę o dniu, kiedy to nastąpi. Póki co unikam Bradford, choć rodzice namawiają mnie do przyjazdu na weekendy. Okazują mi mnóstwo wsparcia, wielokrotnie zamiast wymuszać na mnie powrót do domu, przyjeżdżali do Manchesteru na kilka dni albo jeździliśmy gdzieś wspólnie, by spędzić razem czas. Nie do końca wiedzą, przez co przechodzę, bo zwierzałam się dotąd jedynie pamiętnikowi. Jednak widzieli, jaki wpływ miały na mnie to małżeństwo, rozstanie i depresja. Nietrudno dostrzec stan kogoś, kto potrafi całe dnie spać albo nie wychodzić spod kołdry. Teraz namawiają mnie, by spróbować się oswoić z pobytami w domu. Chyba myślą, że się uodpornię na napady lękowe. Może nawet ktoś im tak doradził. Jeśli tak, to mam nadzieję, że osoba ta miała jakiekolwiek pojęcie o psychologii i medycynie. Niestety w naszych kręgach, pomimo najszczerszych chęci, nadal się zdarza, że ludzie sugerują opętanie, twierdząc, że nie ma czegoś takiego jak stan zdrowia psychicznego. Ciężko jest żyć pośród ludzi, którzy myślą, że wszystko wiedzą najlepiej. Nie zrozumcie mnie źle - my, Pakistańczycy, jesteśmy tak gościnni i serdeczni, że oddamy innym wszystko, co mamy, udając, że nic nam nie potrzeba. A jednak nasza kultura ma swoje uciążliwości. Jak każda pewnie, choć minusy własnej dostrzegam bardziej, przebywając w międzynarodowym towarzystwie na uniwersytecie. Moje dwie najbliższe koleżanki to Palestynka i Hinduska - obie, tak jak ja, urodzone i wychowane w Wielkiej Brytanii. Każda z nas ma zastrzeżenia do naszych kultur, kiedy denerwują nas rodziny lub ich znajomi, a jednocześnie widzimy w nich wiele dobrego. Oczywiście na głos twierdzimy, że po naszemu wszystko jest najlepiej. Nie zawsze świadomie. Zastanawia mnie czasem, czy Anglicy też tak na to patrzą? A może nie, bo nie mają do czego porównywać. Co innego, gdyby - będąc sobą, - mieszkali na przykład w Pakistanie. Albo w Bradford, bo to prawie to samo. Muszę kiedyś poruszyć ten temat na zajęciach i poznać spojrzenie Angielek na ich tożsamość kulturową, i czy w ogóle istnieje dla nich jakaś dziwna tradycja lub zwyczaj. Póki co zbliża się weekend, a ja obiecałam mamie, że przyjadę. Minęło sześć miesięcy, odkąd postawiłam stopę w domu. Na samą myśl o pakowaniu przeżywam ogromny stres. Chyba jeszcze się zastanowię i poszukam jakiejś wymówki.