Niby nic nadzwyczajnego
Ulicą miasta przy świetle lamp idzie zygzakiem grupka młodych, pijanych ludzi. Zadowoleni z życia, śpiewają głośno, nie przejmując się ciszą nocną, która ustawowo zaczęła się już kilka godzin temu. Nagle jeden z nich staje w miejscu i przystawiając palec do ust próbuje uciszyć swoje towarzystwo.
- Patrzcie na niego - powiedział przyciszonym głosem Maciek idący na przedzie grupy.
Wszyscy podążyli za jego wzrokiem i zobaczyli mężczyznę leżącego pod płotem jednego z domów jednorodzinnych.
- Nie żyje? - zapytał Arek, najmłodszy z grupy znajomych.
- Oddycha, raczej stara nie wpuściła go do domu - zaśmiał się Piotr podchodząc bliżej mężczyzny.
- Bo pić trzeba umieć! - dodał podpierając się o znak Marcin - najbardziej pijany z towarzystwa.
- Może ma coś kasy przy sobie? - zapytał ich przyciszonym głosem Maciek i już po chwili zaczął obszukiwać marynarkę mężczyzny.
Jego koledzy zaczęli się rozglądać po okolicy, chcąc się upewnić, że nikt ich nie widzi. Z trudem potrafili ustać w miejscu, więc ciężko im było dostrzec kogokolwiek w promieniu dziesięciu metrów od nich. Na ich szczęście była już prawie północ i nikt o tej porze nie przechadzał się ulicami małego miasta. Mężczyzna zajrzał do środka i, zadowolony z siebie, wyciągnął sto złotych, pokazując je znajomym.
- Chłopaki, możemy wracać, ja stawiam.
Rzucił na śpiącego mężczyznę opróżniony z pieniędzy portfel i rzekł:
- Wypijemy twoje zdrowie.
Zaśmiali się wspólnie i ruszyli z powrotem do baru, z którego jeszcze nie tak dawno wyszli.
Będąc na miejscu od razu zasiedli do stołu, a Maciek jako, że tylko on jeszcze nie wyglądał na pijanego ruszył do baru, by zamówić kolejkę swoim przyjaciołom.
- Wy już chyba macie dość koledzy - zaskoczył go barman, spoglądając na pozostałą trójkę.
- Nie co dzień trafia się taka okazja - odpowiedział mu Maciek. - Koledze dzisiaj urodziła się córeczka.
- A, to co innego! To jedną kolejkę ja stawiam. Siadajcie, zaraz przyniosę.
Maciek podziękował mu za jego szczodrość i wrócił do stolika zadowolony z siebie.
- A ty co tak rżysz? - zapytał go Piotr.
- Właśnie załatwiłem nam darmową kolejkę.
- Jak?
- Jakby co, to urodziła ci się dzisiaj córeczka - odpowiedział patrząc na Marcina.
- Córeczka? - odparł zaskoczony ledwo utrzymując się na krześle. - Ale jak? Ja nie mam nawet żony?
Wszyscy zaśmiali się głośno, a pijany kolega wciąż nie potrafił się pogodzić z wieścią, którą dopiero co usłyszał.
- A jak jej dałem na imię? A znam jej matkę?
- Marcin...
- Komu mogę pogratulować? - przerwał im barman przynosząc piwo dla każdego.
- Tu jest nasz szczęśliwiec - odpowiedział mu Maciek wskazując na kolegę.
- Gratulację, córka to wielka pociecha dla swoich rodziców, a w szczególności dla ojca. Coś wiem na ten temat. A jak ma na imię, jeśli mogę zapytać?
- Kto? - zapytał kompletnie zmieszany Marcin.
- Twoja córka - odpowiedział zdziwiony jego pytaniem barman.
- Proszę mu wybaczyć, on tak się przejął tą wiadomością, że wciąż jest w szoku.
- Genia - rzekł zaskakując wszystkich Marcin.
Wszyscy koledzy na chwilę aż ucichli, patrząc na kompletnie pijanego przyjaciela.
- Oryginalnie - odpowiedział mu barman. - Niech wam rośnie zdrowo, to jest najważniejsze. Muszę wracać do pracy.
- Dziękujemy za piwo - wtrącił Arek.
- Na zdrowie.
I gdy tylko mężczyzna wrócił na swoje stanowisko, Piotr nie wytrzymał i zapytał:
- Genia!? Skąd żeś wytrzasnął takie imię?
- Moja babcia tak miała na imię - odpowiedział mu Marcin i uniósł kufel piwa w górę. - Za Genię!
- Za Genię! - powtórzyli koledzy i wypili jej toast.
***
Spotkanie przyjaciół przedłużyło się prawie do samego rana. Dwóch musiało zostać zamkniętych w barze, bo nie byli w stanie ruszyć się z miejsca. Jedynie Maciek i Piotr mimo wypitej prawie śmiertelnej dawki alkoholu wciąż nie stracili kontaktu z rzeczywistością. Na prośbę barmana opuścili jego lokal i pochłonięci rozmową jakimś cudem zbliżali się do swoich domów.
- Musimy to kiedyś powtórzyć, Maciek.
- Musowo.
- Powiem ci, że Arek mnie zaskoczył. Długo się trzymał.
- Młody jest, wyszkolimy go jeszcze - zaśmiał się Maciek. - Ciekawe jak zareagują budząc się pod stołem.
- Mogliśmy ich ułożyć w jakiejś pozycji - dodał śmiejąc się Piotr.
Po tych słowach prawie się przewrócili próbując przebić sobie "piątkę". Zaczęli śmiać się głośno i wtedy to zza płotu jednego z domów jednorodzinnych wybiegł obudzony przez nich pies i zaczął bardzo głośno szczekać. Piotr próbował go uspokoić, ale ten nie dawał za wygraną. Zaraz za nim dołączyły i inne poukrywane w ciemnościach stróże domostw i na całej ulicy nie było domu, z którego nie dochodziło szczekanie.
- Chyba czas na nas - rzekł Maciek spoglądając na zapalające się oknach światła.
Pobiegli do przodu cudem się nie przewracając, by jak najszybciej zniknąć z obudzonej ulicy. Przebiegli na czerwonym świetle przez przejście dla pieszych i ciężko dysząc stanęli na chwilę śmiejąc się z samych siebie.
- Chyba już nie pośpią dzisiaj. - Piotr zdołał wydusić z siebie.
- Po co im tyle psów? Wystarczy, że sąsiad ma - dodał Maciek i znów obaj zaczęli się głośno śmiać.
Wtedy to z przeciwnej strony wyjechał radiowóz policyjny. Młodzi widząc go od razu ucichli i próbowali stanąć prosto, ale nic im to nie pomogło. Patrol policyjny podjechał i od razu podszedł do nich jeden z policjantów.
- Witam panów.
- Dobry, panie władzo - odpowiedział mu Maciek. - Co się stało?
- Co robicie na ulicy o tej porze?
- Idziemy do domu, chyba czas najwyższy.
Drugi z policjantów, starszy wiekiem i stażem podszedł do nich bliżej i zaczął się przyglądać Piotrkowi.
- Chyba trochę za dużo się wypiło? - zapytał ich odurzony wonią alkoholu, który było od nich czuć na kilometr.
- My nic złego nie robimy - odpowiedział mu Piotr. - Wracamy do domu.
- Może jeszcze nic nie zrobiliście, ale możecie coś zrobić. Człowiek pijany nie panuje nad sobą.
- Panie władzo, koledze dzisiaj urodzi....
- Bez gadania, zabieramy was ze sobą - przerwał mu zdecydowanie.
- Ale my nic nie zrobiliśmy - bronił się Piotr.
- Odpoczniecie sobie w celi, wsiadajcie.
- Bezsensu, on jest świeżo upieczonym ojcem, a wy go zamykacie?
- Pijany nikomu się nie przyda, wsiadać.
Posłusznie uczynili co im kazano i ruszyli w kierunku posterunku policji.
- Byście zabrali się za złodziei i włamywaczy, a nie gnębili...
- Młody! - przerwał Piotrowi stary policjant. - Jak będę chciał, to mogę cię zatrzymać na 48 godzin, wiesz o tym?
Już żaden nie ośmielił się odezwać. Widzieli, że funkcjonariusz jest skłonny wymyślić cokolwiek, by im uprzykrzyć życie. Odwrócili więc swój wzrok od niego i skupili się na drodze, która bardzo szybko przemierzała im przed oczyma.
Na posterunku policji zaprowadzili ich do celi, w której znajdywał się już inny zatrzymany tego dnia mężczyzna. Starszy, siwobrody człowiek siedział na ławce pod ścianą i tylko kręcił głową mówiąc coś do siebie nerwowo. Młodzi usiedli na ławce i z trudem próbowali zatrzymać kręcący się świat w ich głowach. Ciężko im to wychodziło i często wstawali z miejsca, by tylko nie zamykać oczu.
- Co za idiota - skomentował zachowanie starszego policjanta Piotr. - Przecież my nic nie zrobiliśmy.
- Pijani są zawsze niebezpieczni - rzekł do nich nieznajomy.
- A kto cię pytał o zdanie?
- Nikt - odpowiedział Piotrowi bez wahania. - Ale nie szkoda wam życia na picie?
- Kolejny idiota - burknął coraz bardziej podenerwowany Piotrek. - A co cię obchodzi, co ja robię? Chyba dawno nie dostałeś od nikogo w mordę?
- Nie jesteśmy alkoholikami - wtrącił Maciek. - Siadaj, Piotrek, nie pogarszajmy już naszej sytuacji.
- Ale co on mi będzie mówił, co mam robić?!
- Przepraszam, jeśli mnie źle zrozumiałeś.
- No właśnie! Przepraszam! I już więcej się nie odzywaj! - krzyczał do niego Piotr.
Usiadł na ławeczce i znów chwycił się za głowę. Szybko wstał i zaczął się rozglądać. Nie widząc nigdzie muszli klozetowej zatkał rękami usta i zaczął walić pięściami w drzwi.
- Spokój tam! - usłyszeli głos policjanta za drzwiami.
- Otwórzcie mu! On zaraz zwymiotuje! - krzyknął do nich nieznajomy.
Piotr męczył się niemiłosiernie wciąż zatykając sobie usta, aż w końcu po chwili policjant otworzył drzwi do celi. Młody, pijany mężczyzna wtedy nie wytrzymał. Zwymiotował wprost na niego nie zostawiając mu szans na ucieczkę.
- Od razu lepiej - rzekł Piotrek ocierając swe usta.
- Zapłacisz mi za to. Karol!
Wezwany policjant stanął tuż obok niego. Potężny, prawie dwumetrowy kolos popatrzył na winowajcę i nic nie mówiąc potężnym uderzeniem pięści powalił go na ziemię.
Poszkodowany policjant czując wyraźną ulgę z wymierzenia sprawiedliwości ruszył w kierunku toalety, a Maciek gdy tylko zamknięto celę rzucił się z pomocą koledze. Widząc go nieprzytomnego próbował ocucić, ale nie był w stanie tego zrobić. Przestraszony przystawił więc ucho do jego klatki piersiowej, by wyczuć bicie serca. Wtedy dopiero odetchnął z ulgą.
- Gdy wstanie nic nie będzie pamiętał - odezwał się znów nieznajomy mężczyzna.
- Mógł go zabić.
- Mógł, ale tego nie zrobił.