Co wtedy czułeś? Ja akurat wiem, bo miałam bardzo podobną sytuację.
Trudno się po czymś takim podnieść.
Miałem ogromne wyrzuty sumienia, że wtedy, w tę sobotę, siłą zaniosłem
ją do wanny. No i oczywiście, że w ostatniej godzinie mnie przy niej nie
było.
A twój ojciec Andrzej jaki był?
Był bardzo wymagający, pracowity, ale jednocześnie miał swoje wyskoki.
Od czasu do czasu lubił się zabawić. Miewał kochanki, lubił wypić.
Doprowadzało mnie to do szału, czasami do płaczu, szczególnie że bardzo
ranił tym matkę.
Czym się zajmował?
Był po zawodówce, po szkole ślusarskiej. Tak zwana złota rączka, świetny
blacharz. Gdyby nie był totolotkowym hazardzistą oraz imprezowiczem,
miałby naprawdę dużo pieniędzy. Poza tym miał też naprawdę ciężką rękę.
Nigdy nie zapomnę, jak uczył mnie matematyki. Na przykład, ucząc się
tabliczki mnożenia, klęczałem przy piecu, trzymając nad głową garnek z wodą, i odpowiadałem na kolejne pytania: sześć razy osiem i tak dalej.
Bił mnie zeszytem po twarzy tak, że kilka razy zalewałem się krwią.
Bardzo źle również wspominam kabel od prodiża. Nie znosiłem wyjazdów na
kolonie, a to dlatego, że byłem tak zestresowany, że sikałem do łóżka.
Oczywiście było mi okropnie wstyd. Wyobraź sobie dzieciaka, który wstaje
nad ranem i idzie do umywalni, pierze prześcieradło i jeszcze mokre
kładzie z powrotem na łóżku, żeby nikt się nie zorientował, że w nocy
się zlał. Przestałem sikać do łóżka, kiedy ojciec zaczął wyjeżdżać na
roczne kontrakty do Czechosłowacji. Miałem wtedy dwanaście lat. Tylko
dwa razy słusznie dostałem lanie.
Za co?
Pierwszy raz, kiedy poszedłem na wagary. Z tym że nie chodziło o to, że
poszedłem na te wagary, ale o to, że za nic nie chciałem się do tego
przyznać. Szedłem w zaparte, że nie. Dostałem lanie kablem od żelazka i ojciec kazał mi zapamiętać, że bliskim osobom zawsze mówi się prawdę.
Najgorszą, ale prawdę. Teraz, kiedy patrzę na to po latach, uznaję, że
ojciec był dziwnym człowiekiem. Sam żył w kłamstwie, choćby zdradzając
mamę, a nas uczył, jak żyć. Może chodziło o to, żebyśmy my byli jednak
uczciwymi ludźmi.
A drugi raz?
Pod koniec szkoły podstawowej napiłem się z kolegą rumu. Tata był wtedy
w Czechosłowacji. Mama mu jednak o wszystkim doniosła. Kiedy przyjechał,
przywiózł flaszkę rumu. Postawił ją na kredensie i powiedział, że na
razie mogę sobie na nią tylko popatrzeć, a teraz mam przynieść kabel i położyć się na łóżku.
A jak się wasze relacje układały, kiedy byłeś już dorosły? Nie mógł cię
już przecież tłuc.
Pamiętam, że powiedziałem mu, że jeśli jeszcze raz podniesie rękę na
matkę, to mu przyłożę. Jakiś czas później ojciec wystartował z łapami do
mamy. Chwyciłem go za koszulę i potrząsnąłem. Był zszokowany i od razu
się uspokoił. Od tamtej pory matka miała święty spokój. Mimo że miałem
ciężkie dzieciństwo, to bardzo go kochałem. Wiem też, że był ze mnie i z mojego rodzeństwa dumny. Niestety, jego życie bardzo tragicznie się
zakończyło. Dwudziestego marca 2006 roku spłonął w swoim warsztacie
samochodowym. Na koniec mogę ci powiedzieć, że mój tata też miał bardzo
ciężkie dzieciństwo. Jako dziecko razem z rodzicami był w obozie
koncentracyjnym Majdanek. Tam Niemcy zabili jego starszego brata.
A twoje rodzeństwo? Jak z nimi żyjesz? Masz o dwa lata starszego brata
Mietka i młodszą siostrę Agnieszkę.
Nie mam z nimi kontaktu. Wynika to głównie z moich błędów, ale oni też
nie są bez winy. Pamiętaj również, że ja zawsze wiodłem zupełnie inne
życie niż oni. Z racji mojego zawodu wikłałem się w różne, często
niebezpieczne sytuacje, oni zaś prowadzą spokojne, normalne życie. Nie
chciałem, aby moje wyczyny wpływały na ich sytuację. Może kiedyś
przyjdzie czas, że się gdzieś spotkamy.
A możesz powiedzieć, kim są? Czym się zajmują?
Mój brat z wykształcenia jest fizykiem. Skończył Uniwersytet Mikołaja
Kopernika w Toruniu. Pracuje w jednej z państwowych firm. Założył
rodzinę. Moja siostra jest po studiach handlowych. Wiele lat pracowała w banku. Ma dwójkę dzieci i też pracuje w państwowej firmie.
Wróćmy zatem do twojej kariery wojskowej.
W październiku 1984 roku dostałem bilet do wojska, czyli kartę powołania
do zasadniczej służby wojskowej. Pojechałem do Lęborka, do jednostki
wojskowej 3596/R. Stanąłem przed bramą jednostki jak wryty. W biurze
przepustek zobaczyłem bowiem żołnierzy w niebieskich beretach. Jakby mi
ktoś zburzył marzenia. Poczułem się oszukany. Pierwsza myśl: nie
przekraczaj bramy tej jednostki. Miałem to wszystko w dupie. Nie
założyłbym na głowę niebieskiego beretu. Chciałem mieć beret bordowy,
chciałem być spadochroniarzem. Nie miałem nic do żołnierzy z regularnych
formacji, ale moim powołaniem i spełnieniem marzeń było zostać
spadochroniarzem. Poczułem ogromne rozczarowanie. Chciałem uciec spod
tej bramy. Ale przecież gdybym uciekł, złapałaby mnie WSW i mogłem iść
do więzienia. Przypomniałem sobie pieczątkę z komisji lekarskiej:
"zdolny do służby w jednostkach powietrznodesantowych", a niebieski
beret to przecież, kurwa, nie spadochroniarze. Co robić? Stałem przed tą
bramą chyba ze dwie godziny. W końcu zacząłem wzbudzać zainteresowanie
żołnierzy z biura przepustek. Jeden z nich podszedł do mnie i zapytał,
dlaczego nie wchodzę do jednostki, tylko się kręcę wokół. Moja odpowiedź
była krótka: "Bo nie nosicie bordowych beretów".
No dobrze, ale skoro już wiedziałeś, że w wojsku jest źle, to co za
różnica? Nieważne, jakiego koloru masz beret...
Jeśli miałoby być źle, to chociaż byłbym w bordowym berecie. Nie
zrozumiesz tego. No, ale co miałem wtedy zrobić? Przekroczyłem tę
cholerną bramę. I od tej pory zaczęli ze mnie robić żołnierza. Najpierw
nakarmili i ostrzygli. Dali mundury. Pokazali, gdzie będę spał. I przyszła noc. Ale przed położeniem się do łóżka musiałem ubrać się w piżamę, a ja nigdy nie spałem w piżamie. Dowiedziałem się jednak od
starszego chorążego Pietryki zwanego Kiprem, że jednym z obowiązków
żołnierza jest spać w piżamie, co było dla mnie bezsensownym przymusem.
Następnie zaczęli mnie uczyć chodzić, czyli maszerować. No i na nas,
czyli młody rocznik, okropnie się wszyscy wydzierali. Nie wolno nam było
chodzić, tylko biegać, nawet stojąc w miejscu, musieliśmy biec... w miejscu. Jak się później dowiedziałem, moim pechem było to, że cały mój
młody rocznik mieszkał w jednym budynku ze starym wojskiem. To było
przekleństwo. Po kilku dniach film Czerwone berety poszedł w niepamięć. Miałem tylko jedno pytanie: jak przetrwać? Odpowiedź też była
jedna: nieważne jak, ale musisz to przetrwać.
Znowu ten twój upór!
No cóż... Najgorsze było dopiero przede mną. Zaczęła się fala. Stare
wojsko wieczorami przychodziło do naszej sali, mimo że mieli
kategoryczny zakaz, ale mieli to w dupie. Regularnie tłukli nas po
karkach, czyli odbywało się tak zwane walenie karczycha. Poza tym
zabraniali nam siadać na łóżkach. Po obiedzie w czasie wolnym można było
siedzieć na taborecie, ale tylko w postawie radiotelegrafisty. Czyli
wyprostowany, kolana razem, dłonie oparte na kolanach, głowa podniesiona
i wzrok na wprost. Tak się siedziało około godziny, półtorej.
Spróbowałeś się rozluźnić, to od razu dostawałeś w kark. Cały czas nas
obserwowali, zmieniając się. Zawsze po południu było przekazywanie
listów. Za każdą kopertę było pompowanie. Kolejna sprawa: nie wolno nam
było trzymać rąk w kieszeniach. Za karę trzeba było ręcznie zaszyć
kieszenie. A liczba szwów musiała wynosić na przykład trzysta.
Ale jak ktoś mógł obliczyć, ile jest szwów?
A widzisz! Stare wojsko obliczyło, że na przykład z metra nitki można
było zrobić te trzysta szwów. Jeśli zużyłeś mniej niż metr tej
pieprzonej nitki, oznaczało to, że oszukiwałeś i szwów jest na przykład
dwieście dziewięćdziesiąt. No i zaraz oczywiście cios w karczycho i szycie od nowa.
Nie wpadłabym na to!
A z szyciem to ja mam jeszcze jedną historię. Dosyć zabawną. Od kaprala
Skrodzkiego dostałem zadanie przyszycia emblematu na rękawie płaszcza
wyjściowego. No to przyszyłem i oddałem kapralowi. Nie zapomnę jego miny
i słów: "Co to, kurwa, jest? Pojebało cię?". Nie wiedziałem, o co
chodzi. Kapral mi wyjaśnił, że nitki mają być niewidoczne, "a tyś mi
zrobił fastrygę. Krawcem to ty, kurwa, nie będziesz". Szyłem jeszcze
raz. Od tej pory wiem, jak powinno się przyszywać emblematy.
To teraz z innej beczki. Z Lęborka do Gdańska jest bardzo blisko. Nie
spotkałeś w jednostce żadnego kolegi?
Dobre pytanie. Spotkałem i to na swojej kompanii erce. Nie był to mój
kolega, ale w cywilu mieszkaliśmy w jednej dzielnicy. Znaliśmy się z widzenia, na zasadzie cześć, cześć, i nie byliśmy do siebie wrogo
nastawieni. W kompanii był kierowcą BRDM-2, w plutonie rozpoznawczym.
Kiedy ja zaczynałem, on miał za sobą już pół roku służby. Czyli w żargonie fali był ogonem. Kiedy go spotkałem, próbowałem się z nim
przywitać, podać mu rękę. A on od razu dał mi do zrozumienia, że jestem
kotem i nie mam w ogóle żadnych praw. Powiedział mi krótko: "Cywil to
cywil, tu jest wojsko. Inne zasady. Im szybciej to zrozumiesz, tym
łatwiej będzie ci tu przetrwać". Minęło trzydzieści lat i kiedy wydałem
swoją pierwszą książkę, człowiek znalazł mnie na fejsbuku i zaczął do
mnie pisać, czy pamiętam, jak byliśmy w wojsku i byliśmy kumplami z dzielnicy, o tym, że słyszał, iż byłem znanym i skutecznym policjantem.
Poprosiłem, żeby dał mi numer telefonu. Zadzwoniłem do niego i przypomniałem mu jego słowa. Usłyszałem ciszę w słuchawce i wtedy
powiedziałem: "Teraz jest, kurwa, cywil, więc spierdalaj".
Ładnie go podsumowałeś. Pamiętliwy jesteś. A teraz powiedz, czy wszyscy
wytrzymywali taką presję? O fali krążą legendy.
W młodym roczniku było dwóch braci, co się w ogóle nie powinno zdarzyć.
Dlaczego nie powinno się zdarzyć?
Jak by ci to powiedzieć... Ujmijmy to tak: ze względów humanitarnych jeden
syn powinien zostać w domu, z rodzicami. Dopiero kiedy jeden skończy
służbę, może ją zacząć drugi. A tu się taka sytuacja zdarzyła i te
chłopaki nie mogli sobie psychicznie poradzić z falą. Często w trakcie
czasu wolnego na sali żołnierskiej mówili, że to jest koszmar i sadyzm.
Ale te wszystkie złe rzeczy, które robiono młodemu rocznikowi, zostawały
w kompanii. Pewnego dnia jednak stało się coś niesamowitego. Zmieniono
dowódcę unitarki i do naszej sali wprowadzili się kaprale, którzy nie
spali w izbie podoficerskiej, tylko z nami.
To chyba dziwna sytuacja. Dlaczego tak się stało?
Dlatego że dowódca kompanii jakimś sposobem, nie wiem jakim, dowiedział
się, co stare wojsko wyprawia z młodym rocznikiem i że może się to
skończyć tragedią. Ściągnął więc z poligonu dwóch najlepszych kaprali,
którzy mieli pół roku do wyjścia do cywila, czyli byli tak zwanymi
dziadkami. To byli kapral Skrodzki i kapral Sitarz. Mieli oni między
innymi za zadanie pilnować, aby stare wojsko nie miało prawa wejść do
izby żołnierskiej i nas dręczyć. Wyobraź więc sobie, co tam się musiało
dziać, że ściągnęli tych kaprali z poligonu.
I długo to trwało?
Do momentu, kiedy było po przysiędze i przenieśli nas do plutonów. Ale w plutonach to był dopiero sajgon.
Jeszcze większy?
Tak, ale o tym ci opowiem, kiedy dojdziemy do czasu, jak już zostałem
przeniesiony do plutonu. Ale tymczasem jeszcze trochę o kapralu
Skrodzkim. Kiedy pierwszy raz rozmawialiśmy, zapytał mnie: "To ty jesteś
Pieczonka?". Potwierdziłem. Wtedy on: "Po unitarce będziesz służył w plutonie specjalnym". Spytałem, co to jest. Odpowiedział, że tam też się
skacze ze spadochronem. Spytałem, czy w niebieskich beretach. "Tak, ale
jeszcze mało wiesz, bo jesteś młody". Moją uwagę zwrócił jakiś blaszany
ptaszek na jego wyjściowym mundurze. Zapytałem, co to jest. Odparł: "To
nie jest, kurwa, ptaszek, kocie jebany, tylko odznaka skoczka
spadochronowego wojsk powietrznodesantowych. A żebyś miał jeszcze kilka
nieprzespanych nocy, to ci jeszcze powiem, że jestem kapralem, który
odbył szkołę podoficerską w JW 4101 w Dziwnowie i potem dostałem
przydział do plutonu specjalnego".
Jak zareagowałeś?
Nie mogłem powiedzieć tego głośno, ale pomyślałem: "O, kurwa!" i faktycznie kilka nocy miałem nieprzespanych, a w głowie magiczne słowo:
Dziwnów.
Przypomniał ci się Chudy z Transbudu?
A jak! Mijały dni, aż przyszedł czas przysięgi. Później pierwsza warta
wewnętrzna, czyli ochrona jednostki, miałem ją w Wigilię 1984 roku.
Pamiętam, że wkuwałem regulamin służby wartowniczej.
Jak długo tam stałeś?
Wartę pełniło się po dwie godziny na posterunku, ale łącznie trwało to
dłużej niż dobę. Moim posterunkiem był park maszyn naszej kompanii,
która była jednostką samodzielną.
Ponad dobę to bardzo dużo, jak to wytrzymywałeś?
Musiałem. Po pierwsze, wartownik, który byłby przyłapany na przykład na
tym, że śpi, od razu idzie do aresztu plus wisi na nim prokurator
wojskowy. Poza tym kiedy już zakończyłeś wartę na posterunku i schodziłeś do wartowni, miałeś dwie godziny zmiany odpoczywającej i dwie
godziny zmiany czuwającej. Jak myślisz, czy kot miał zmianę
odpoczywającą? Nie miał. Po zejściu z posterunku musiał cztery godziny
siedzieć na sali czuwającej i pilnować. Do tego były tak zwane oczka,
które były wyznaczane podczas zmian czuwających. Trwały godzinę.
Polegało to na tym, że za posterunkiem było wejście do wartowni. Z reguły kot miał wyznaczaną trzecią zmianę od siedemnastej do
dziewiętnastej.
Dlaczego?
Dlatego że odprawy służb zaczynały się o dziewiętnastej i jak oficer
dyżurny zmieniający wcześniej pełniącego służbę oficera dyżurnego był
pojebany, to potrafił prowadzić odprawę dwie godziny, więc automatycznie
kotu stanie na posterunku przedłużało się z dwóch godzin do na przykład
czterech. Poza tym było jeszcze przejęcie warty, które też mogło się
przedłużyć. A wisienką na torcie...
To jest jeszcze jakaś wisienka?
Jest! Warta garnizonowa, która odbywa się poza jednostką, w lesie.
Pilnuje się zapasów nienaruszalnych, czyli zapasów na czas wojny:
amunicja, broń, jedzenie... Stare wojsko w ogóle na te warty nie
wychodziło, choć mieli taki obowiązek. Stali młodzi.
I z tego, co wiem, któregoś dnia trafił cię szlag...
No tak. Byłem docierany przez jednego sadystę, miał ksywę Justas. No i któregoś dnia nie wytrzymałem. Pod koniec pełnienia warty garnizonowej
właśnie on mnie zmieniał. Podszedł do posterunku i wtedy właśnie coś we
mnie pękło. Chciałem go wystraszyć, ale tylko wystraszyć. Wiedziałem, że
będę miał przejebane, ale chciałem mieć chociaż kilka sekund
satysfakcji. Przeładowałem kałacha, wycelowałem w niego i krzyknąłem:
"Skurwysynu, gleba albo cię zajebię". Gościa zamurowało. Pamiętam w jego
oczach strach i zdałem sobie sprawę, jaki z niego tchórz. Cała jego moc
starego żołnierza wyparowała. Było to dla niego ogromne poniżenie.
Liczyłem na to, że kapral, który był rozprowadzającym, niczego nie
zauważy. Myliłem się. Zobaczył. Przybiegł. Krzyczał na mnie, darł się,
że będę miał megaprzejebane i miałem. Pompowanie, nocny desant.
Co?
Podczas głębokiego snu kilku żołnierzy nagle podnosi twoje łóżko i cię z niego wyrzuca, i tak kilka razy w ciągu nocy, noc w noc. Sprzątanie
kibli w nocy, bicie po brzuchu i niezapomniana komenda: "Do karczycha
wystąp".
To znaczy?
Musiałeś wystąpić z szeregu, zgiąć się i wtedy stary żołnierz trzaskał
cię z całej siły w kark. Jak zgiąłeś się za mało, to walił pięścią w brzuch. Trudno się wtedy nie zginać.
Czyli typowa fala. Coś strasznego, co nigdy nie powinno się zdarzyć.
Zgadzam się, że to niedopuszczalne, bo to jest sadyzm. Natomiast
normalna fala powinna być.
Co to znaczy normalna?
Szacunek młodego żołnierza do starego, ale nie wymuszony na przykład
biciem czy poniżaniem.
A czy zdarzyły się jakieś wypadki związane z falą?
Ja sobie nie przypominam. Jednak doskonale pamiętam dwa wypadki, które
zdarzyły się podczas ćwiczeń na poligonach. Pierwszy na Jaworzu. Podczas
dziennych skoków spadochronowych był silny wiatr i te skoki nie powinny
się w ogóle odbyć, a jednak się odbyły. Jednego z żołnierzy z batalionu
szturmowego z Dziwnowa zniosło na Jezioro Głębokie i wodował. Był w pełnym oporządzeniu i nie wiedzieć czemu nie pozbył się sprzętu, który
miał na sobie. To sprawiło, że w kilka sekund poszedł pod wodę i się
utopił. Miał dwadzieścia lat. Pamiętam, że po tym wypadku panowała
okropna cisza, taki stan zawieszenia. Pomyśleliśmy, że to mógł być każdy
z nas. Poza tym ciało tego chłopaka około doby leżało w namiocie na
terenie naszego obozowiska. Ta świadomość nas rozkładała. To było bardzo
trudne. Dowództwo zgrupowania natychmiast podjęło decyzję, żeby jak
najszybciej zorganizować kolejny dzień skoków. Uważam, że to była dobra
decyzja. Drugi wypadek, jaki pamiętam, zdarzył się na poligonie w Okonku. W naszej kompanii był pluton czołgów pływających PT-76. Dwa z nich stały tyłem do siebie. Dowódca jednego z nich kazał żołnierzowi
poprawić odbojnicę, czyli taki czołgowy zderzak. Chłopak wszedł między
czołgi i zaczął poprawiać tę przekrzywioną odbojnicę. Problem w tym, że
dowódca nie powiedział mechanikowi czołgu, że z tyłu jest człowiek.
Mechanik raptownie cofnął. Żołnierz znalazł się w potrzasku między dwoma
czołgami. Na szczęście przeżył, ale miał zgniecioną klatkę piersiową,
miednicę i inne ciężkie obrażenia. Dostał grupę inwalidzką i został
zwolniony do cywila. Po kilkunastu latach spotkałem go. Był drugim
oficerem na statku handlowym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Miami bez cenzury
Anna Wojtacha: Powiedz mi, Jarku, jak to jest, że w latach
osiemdziesiątych młody chłopak, zamiast chcieć spierdalać z tego kraju
jak najdalej, a przynajmniej jakoś sobie układać życie w tych trudnych
czasach, ale jednak w cywilu, walczyć o to, żeby mieć jak najwięcej
kartek na mięso, ubierać się w jakieś fajne ciuchy, których zresztą nie
było, wpada na pomysł, żeby iść do wojska? Dla wielu osób jest to
kompletnie niezrozumiałe.
Jarosław Pieczonka: Ja po prostu poczułem powołanie. Dzisiaj, mając
pięćdziesiąt pięć lat, mogę tak powiedzieć. Tak, to było moje powołanie.
Mnie powołanie kojarzy się z sutanną.
No właśnie... Dlatego chciałem opowiedzieć, jak to się zaczęło. Skąd się
to powołanie do munduru wzięło. Moje dzieciństwo praktycznie było
związane z wojskiem. Moja babka, czyli matka mojego ojca, mieszkała przy
ulicy Grunwaldzkiej w Gdańsku-Wrzeszczu i jej ogródek sąsiadował z jednostką wojskową niebieskich beretów. Kiedy przychodziłem do dziadków,
godzinami wisiałem na płocie i obserwowałem żołnierzy. Taki był
początek.
Można powiedzieć, że to pierwsze ziarno zostało zasiane właśnie wtedy.
Byłeś zafascynowany tymi facetami, jak oni tam chodzili, biegali.
Miałem sześć czy siedem lat. Patrzyłem na te mundury, na koszary. Nawet
przypominam sobie zapach dochodzący z żołnierskiej stołówki. Mogłem
wisieć na płocie całymi dniami. Z czasem babka wyniosła mi stół do
ogródka, żebym tak na tym płocie nie wisiał. Kolejny etap nastąpił, gdy
poszedłem do szkoły podstawowej. Obok szkoły była jednostka wojskowa, a dokładnie magazyn paliw jednostki niebieskich beretów. Żołnierze pełnili
tam warty. Po szkole chodziłem z kolegami do tych żołnierzy i wówczas
miałem z nimi pierwszy bezpośredni kontakt. Żołnierze nawet wpuścili nas
na teren wartowni. Doskonale pamiętam jej zapach. Wtedy też po raz
pierwszy zobaczyłem kałasznikowa. Nie dałem rady przeładować tego
karabinu. Zastanawiałem się, jak ci żołnierze to robią, skąd biorą tyle
sił. Dla mnie to była bardzo ciężka broń. Wtedy też pierwszy raz w życiu
spróbowałem wojskowej kawy, takiej sprasowanej, w kostkach. Jedliśmy ją
jak cukierki.
Połknąłeś bakcyla.
Oj tak. Miałem osiem czy dziesięć lat i chłonąłem to wojsko. Później w wieku piętnastu lat zobaczyłem film Czerwone berety. To było podczas
wakacji w osiemdziesiątym roku. Miałem przyjaciela Mariana. Razem
oglądaliśmy ten film, a potem weszliśmy na dach kamienicy i dzieliliśmy
się wrażeniami. Film bardzo na mnie wpłynął i wtedy postanowiłem, że
muszę zostać żołnierzem. Minęły lata i po ukończeniu zawodówki zacząłem
pracę w gdańskim Transbudzie. Poznałem wtedy starszego mechanika
Zbyszka, pseudonim Chudy. Wyznałem mu, że oglądałem film Czerwone
berety i że nie mogę o nim zapomnieć. A wtedy on powiedział, że jest
taka jednostka w Dziwnowie, w której on służył jako żołnierz służby
zasadniczej. Nie mógł mi zbyt wiele wyjawić, ale nadmienił, że różni się
ona od tej na przykład w Krakowie tym, że szkolą się w niej dywersanci.
Ja go jednak cały czas ciągnąłem za język. Dla mnie było to niezwykłe,
że chociaż już wiele lat minęło, od kiedy zakończył służbę, to nadal
obowiązywała go tajemnica. Kilka razy zdarzyło się, że mnie jako
młodszego mechanika mistrz przydzielał do niego do pracy. Robota w ogóle
mi nie szła, bo cały czas zawracałem Chudemu głowę, prosząc, żeby mi
opowiadał o tym Dziwnowie. Na początku opowiadał ogólnikowo, ale później
to się zmieniło, bo wyczuł we mnie potencjał. Widział po prostu, że mam
hopla na tym punkcie. Jednak cały czas ostrzegał, że służba w wojsku to
nie jest film i mam to raz na zawsze zapamiętać. Rezultat był taki, że
mistrz powiedział: "Pieczonka, ty z Chudym pracować nie będziesz, bo
robota w ogóle nie idzie". Ale wymyśliłem sobie, że przecież są przerwy
śniadaniowe, i wtedy siadałem obok Chudego i dalej go wypytywałem.
Spotkałem Chudego później, w latach dziewięćdziesiątych, kiedy już byłem
w "Tygrysach". Prowadziłem jakąś interwencję i po tej akcji zobaczyłem w parku znajomą postać, jak się okazało, był to Chudy. Podszedłem do
niego, przywitaliśmy się. Spytał, w jakiej służę jednostce. Dowiedziałem
się, że jest o nas głośno w Gdańsku. Na pożegnanie powiedział mi, że
jest ze mnie dumny. Więcej go już nie spotkałem.
Ale wracając do Transbudu. Kiedy tam pracowałem, zgłosiłem się do WKU.
Miałem osiemnaście lat. Przyjmował mnie cywil. Zapytał, czy nie
chciałbym pojechać na kurs. Spytałem, na jaki? Wytłumaczył mi, że wojsko
wysyła poborowych na różne kursy. Mnie zaproponował kurs skoczka
spadochronowego. Miał się odbywać w Krośnie, zrzutowisko Iwonicz.
Przygotowywano tam żołnierzy służby zasadniczej do służby w jednostkach
powietrznodesantowych w Dziwnowie, Szczecinie i Krakowie. Zgodziłem się
od razu. Potem wysłano mnie na komisję lekarską. Na orzeczeniu komisji
zobaczyłem pieczątkę "zdolny do służby w jednostkach
powietrznodesantowych". Oszalałem ze szczęścia! Poczułem się, jakbym już
tam służył. To jednak nie był nawet początek, z czego w ogóle nie
zdawałem sobie sprawy. W filmie bowiem szeregowi żołnierze bardzo szybko
stawali się komandosami.
No i pojechałeś. Było inaczej niż w filmie?
No jasne! Był czerwiec osiemdziesiątego czwartego roku. Pojechałem na
kurs do Krosna. Tam dali nam mundury skoczka i berety w kolorze bordo,
ale bez orzełka. Rygor był wojskowy. Typowe przygotowanie do służby w wojsku, chociaż wiedzę teoretyczną i praktyczną przekazywali nam i egzekwowali od nas instruktorzy cywilni. Na takim kursie mogło być stu
albo nawet trzystu kursantów i trzeba było to towarzystwo
zdyscyplinować, pilnować, żeby nikomu nic się nie stało i żeby została
wykonana norma skoków. Moim zdaniem było to wszystko prowadzone bardzo
profesjonalnie.
Kurs kończył się egzaminem teoretycznym i praktycznym, który polegał na
oddaniu trzech skoków ze spadochronem SDW. Kolejnym zadaniem było
podczas trzeciego skoku, gdy opada się na głównym spadochronie, otwarcie
spadochronu zapasowego, napełnienie go powietrzem i opadanie na dwóch
spadochronach. Nie jest to łatwe. Pamiętam, że instruktorzy, stojąc na
lądowisku, obserwowali nas. Były przypadki, że niektórzy kursanci mieli
problemy z wykonaniem tego zadania. Dla mnie to było niesamowite
przeżycie. Pobudka koło czwartej rano. Nie zapomnę widoku skoczków
wsiadających do samolotu AN-2. Poranna rosa na trawie, wschodzące słońce
i grupa kursantów wyglądających jak komandosi. Nie zapomnę tego do końca
życia. Tej atmosfery, tej powagi i tego uczucia, że mam skrzydła, że to
była dobra decyzja. Że jest to miejsce, w którym powinienem być.
Bałeś się?
Oczywiście, że się bałem, jak każdy. Jednak najbardziej bałem się
drugiego skoku. Już wiedziałem, co mnie może spotkać, jakie są
zagrożenia, jakie są związane z tym emocje. I jeszcze to, że już sobie
dobitnie uświadomiłem, że po prostu mogę zginąć. Że spadochron może się
nie otworzyć. I wtedy pytanie, czy nie spanikuję i będę w stanie
otworzyć zapasowy, bo jak nie, to koniec.
Ile trwał kurs?
Miesiąc. Na koniec pojawił się fotograf i robił nam kolorowe zdjęcia
przy samolotach, ze spadochronami. Niesamowita pamiątka. Niestety, moje
gdzieś przepadły.
I co dalej?
Jak to co? Nie mogłem się doczekać, kiedy dostanę bilet do wojska!
Pamiętaj, że to były czasy, kiedy ludzie unikali służby wojskowej. Nawet
moi koledzy. Jeden z nich był już w wojsku, był też mój brat. Uważali,
że jestem niespełna rozumu, pchając się tam, że nie zdaję sobie sprawy,
w co idę. Jednak o szczegółach nie chcieli mówić. Kwitowali tylko: "Tam
jest przejebane". A ja chciałem wiedzieć wszystko. Jak wygląda rozkład
dnia w wojsku, co to jest fala. Ale oni nie puszczali pary. Tymczasem ja
byłem uparty. Dochodziło nawet do takich sytuacji, że kiedy mój brat
przyjeżdżał na przepustkę, to ja chodziłem po domu w jego mundurze
wyjściowym. Kazał mi iść do psychiatry. Nie cierpiał wojska. Żeby mnie
zniechęcić, opowiedział taką historię. Przed pójściem do wojska chciał
studiować. Chciał zostać pilotem wojskowym. Nie przeszedł jednak badań
we Wrocławiu, a termin powołania się zbliżał. I w końcu go powołano.
Obowiązywały takie przepisy, że po półtora roku można było ubiegać się o wcześniejsze zwolnienie z zasadniczej służby wojskowej. Brat z wyprzedzeniem informował dowódcę kompanii, że będzie chciał się
przygotowywać do egzaminów na studia. Dowódca powtarzał mu jednak:
"Pieczonka, wybijcie sobie z głowy, że będziecie kiedykolwiek
studiować". I robił wszystko, żeby nie miał czasu na przygotowywanie się
do egzaminów. Mój brat wymyślił, że musi zrobić coś takiego, żeby
dowódcę wyprowadzić z równowagi. I tak się stało. Dowiedział się, że
będzie kontrola z pułku jednostki i że na pewno ta kontrola przyjdzie do
nich i będzie rozmawiać z żołnierzami, oczywiście w obecności dowódcy
kompanii. Wcześniej więc kupił zeszyt i zaczął wklejać do niego
nekrologi żołnierzy zawodowych, na przykład z "Żołnierza Polskiego".
Zeszyt trzymał w swojej szafce żołnierskiej. Nadszedł dzień kontroli.
Oficer polityczny sprawdzał szafki i otworzył szafkę mojego brata.
Zaczął przeglądać ów zeszyt i oniemiał. Spytał brata, co to jest, na co
ten odpowiedział: "Obywatelu pułkowniku, postanowiłem prześledzić
badania analityczne odnośnie do średniej życia żołnierzy zawodowych w oparciu o wiek mojego dowódcy kompanii. Wyszło mi, że ci żołnierze żyją
około trzydziestu lat. Wniosek mój jest taki, że mojemu dowódcy zostało
jeszcze dziesięć lat życia". Oficer polityczny zapytał: "A dlaczego
akurat w oparciu o wiek waszego dowódcy? Dlaczego mu tak źle życzycie?".
Na to mój brat: "Obywatelu pułkowniku, mój dowódca kompanii robi mi
problemy w związku z przygotowaniami na studia. Według niego żołnierz ma
służyć, a nie myśleć o głupotach typu studia". Na co polityczny odwrócił
głowę w stronę dowódcy i w obecności żołnierzy zwymyślał dowódcę
kompanii, że utrudnia podopiecznym rozwój. Dowódca zrobił się czerwony
jak burak, wiedząc jednocześnie, że nie może się odezwać. Ostatecznie
dowódca kompanii został przeniesiony, a mój brat dostał zgodę na
przygotowanie się do studiów i służbę zakończył po półtora roku.
Tę historię brat opowiedział mi po to, żebym zrozumiał, jaki beton mogę
spotkać, służąc w wojsku. Musiał być mocno przejęty tym, że ja się tak
do wojska rwę. Ale i tak nic to nie dało.
Zatrzymajmy się na chwilę przy sprawach rodzinnych. Opowiedz o swoich
rodzicach. Jakie miałeś z nimi relacje?
Wywodzę się z rodziny robotniczej. Moja mama Marianna pochodziła z Klimontowa, z rejonu Sandomierza. Niestety, już nie żyje. Zmarła, kiedy
miałem pięćdziesiąt dwa lata. Zawsze miałem z nią świetne relacje. Była
bardzo przedsiębiorczą i pracowitą kobietą. Potrafiła jako sprzątaczka
pracować na kilku etatach i jeszcze dorabiać w sklepie mięsnym. To były
lata osiemdziesiąte, wiesz, jakie to były czasy, mięso i wędliny trzeba
było zdobywać. Moja mama zaopatrywała w ten deficytowy towar bliskich
sąsiadów. A oni pamiętają to do dzisiaj. Korzystali też koledzy z pracy
mojego taty, co mamę doprowadzało do szału. Uważam też, że była
niezwykle odważną kobietą. W 1970, a potem w 1980 roku zabrała mnie,
żeby mi pokazać rozruchy na ulicach. To miało mi uświadomić, jak ciężko
jest ludziom w Polsce żyć i do czego ta sytuacja może doprowadzić. Kiedy
pod rafinerią w Gdańsku stały czołgi, woziłem tam mleko i chleb. Mama
zawsze dbała, żeby nam, dzieciakom, niczego nie brakowało. Była naprawdę
niesamowitą kobietą. Problem tylko w tym, że nigdy nie dbała o siebie.
Przez ostatnie sześć lat jej życia mieszkałem z nią i się nią
opiekowałem, bo już tego wymagała. Moja siostra nie była w stanie być
przy mamie przez całą dobę. Brat z kolei mieszkał za daleko. Robiłem
przy mamie dosłownie wszystko, bo nie wyobrażałem sobie, żeby mogło być
inaczej. Kąpałem ją, przewijałem, obcinałem paznokcie. Dochodziło do
takich sytuacji, że kiedy wracałem z Afryki i trafiałem na czas, kiedy
mama przez trzy dni była sama w domu, to dosłownie wszystko było w fekaliach. Nawet nie miałem się gdzie położyć. Sprzątanie zajmowało mi
około dziesięciu godzin, ale nie miałem z tym problemu. Przyszło mi na
myśl, że to, co robiłem i co przeszedłem do tej pory, to jest drobiazg w porównaniu z opieką nad starszymi ludźmi. Nauczyło mnie to pokory. Nie
było mnie, niestety, przy jej śmierci. Nie mogłem trzymać jej za rękę.
Jedenastego lutego 2017 roku, w sobotę, przyszedł moment krytyczny. Mama
była już bardzo ciężko chora i zachowywała się irracjonalnie. Chciałem
ją wykąpać, ale żeby to zrobić, trzeba było użyć siły. Tego się nie da
opisać. Wyobraź sobie, że musisz użyć siły wobec własnej matki. Jakoś
się jednak udało. W niedzielę wyjechałem do Warszawy, a w środę
wieczorem dowiedziałem się, że mama nie żyje. Po prostu zasnęła. Kiedy
przyjechałem na pogrzeb, od sąsiadki dowiedziałem się, że mama podczas
tych ostatnich godzin życia cały czas mnie wołała.