Rozdział 1
Ale tu ciemno... Nie powinnam tego robić! Jak mnie nakryją, będzie
naprawdę źle. Trochę się boję. Tylko troszkę. Troszeczkę. A co tam, nikt
się nie dowie...
* * *
Mała dziewczynka biegła przez ciemny las. Przed kimś uciekała. Przed
kimś albo przed czymś. To coś musiało być straszne, bo biegła bardzo
szybko. Potykała się i z trudem łapała oddech. Co chwila odwracała się i zerkała za siebie.
Wreszcie upadła i już nie miała siły dalej biec. Odwróciła się na plecy
i ciężko dysząc, cofała się, aż oparła plecami o pień drzewa. I wtedy z ciemności wyłoniło się to coś, co ją ścigało. Dziewczynka krzyknęła
rozdzierająco.
Oto stał przed nią, wysoki, z zieloną skórą i wielkimi czarnymi oczami.
Potwór.
- Iii tam, za mało straszny - oceniła Mi, sięgając po chipsa.
Siedziała w salonie i oglądała film o kosmitach. Było późno, więc niemal
całkowicie wyciszyła dźwięk w telewizorze. Wszyscy już spali. Mi bardzo
zależało na tym, żeby nikt się nie obudził - to by oznaczało koniec
seansu. Oglądała film w tajemnicy przed rodzicami. Gdyby ich zapytała o pozwolenie, z pewnością by się nie zgodzili. W rodzinie Rytlów panowały
pewne zasady. Może nie były bardzo surowe, ale Mi miała dopiero sześć
lat i nie powinna oglądać takich filmów. A tym bardziej w nocy.
Oczywiście, że mogła ten film obejrzeć pod kołdrą na telefonie albo
tablecie. Ale chodziło przecież o coś zupełnie innego. Tutaj mogła się
wygodnie wyciągnąć na kanapie, obżerać chipsami z miski i popijać je
colą. Pewnie po miesiącu będzie ważyła sto kilo, ale to dopiero po
miesiącu.
Tymczasem na filmie do Ziemi zbliżała się flota latających talerzy. W każdym siedziało wielu kosmitów o zielonej skórze i wielkich czarnych
oczach. Byli uzbrojeni w nieznaną na Ziemi broń. Przygotowywali się do
inwazji.
Pierwszy statek kosmiczny wylądował i wybiegli z niego Obcy. Od razu
zaczęli strzelać z laserów. Mi aż podskoczyła. Ale nie na widok Obcych,
tylko dlatego że ktoś wszedł do salonu. Odwróciła się gwałtownie. Z ulgą
zauważyła, że to nie był Obcy ani tym bardziej tata.
- Co tu robisz? - zapytała z zaskoczeniem, ale też i ze złością.
Wcisnęła pauzę na pilocie.
- To samo, co ty - odparł Kuba, jej starszy brat.
Nie sposób było go pomylić z tatą - był niższy, szczuplejszy, a na
głowie miał blond czuprynę.
- Powinnaś już spać - zauważył Kuba.
- Ty też.
- Chodzę spać, kiedy chcę.
- Ja też.
- To moja miejscówka wieczorna - nie ustępował brat.
- Też chcę mieć miejscówkę wieczorną - nie ustępowała siostra. - Dziś to
wymyśliłam.
Kuba chwilę się zastanawiał.
- Dobra, ale ja wybieram filmy. - Nabrał całą garść chipsów i wepchnął
sobie do ust. - Fo oglądafsz?
- Inwazję kosmicznych kosmitów. Bardzo dobre. Ambitne kino.
- Czytałem o tym. Na końcu kosmitów załatwi wirus grypy. Może być.
- Ej, to spojler! - Mi aż podskoczyła z oburzenia. Kasztanowe włosy
związane w kucyk na czubku głowy podrygiwały przy każdym ruchu. - Nie
można tak spojlować!
Kuba stłumił śmiech, przy okazji wypluwając kilka chipsów.
- Kuba Rozpluwacz - skomentowała Mi.
Chłopak przyłożył palec do ust. Oburzenie Mi nie trwało długo. Zasłoniła
sobie usta dłonią i dodała szeptem:
- Jak nas nakryją, będzie przekichane.
Ze zdziwieniem stwierdziła, że w sumie to nie ma nic przeciwko obecności
Kuby. Bo ten film jednak był odrobinę straszny. Odrobineczkę. Bliskość
brata mogła się przydać.
Kuba przyniósł z lodówki drugą puszkę coli. Otworzył ją najciszej jak
potrafił i położył się na kanapie obok siostry.
- Jedna ważna zasada - powiedział. - Oglądamy pół godziny i idziemy
spać.
Sięgnął po chipsy, przejął pilota i przyciemnił obraz, żeby rodzice
przypadkiem nie dostrzegli światła w szczelinie pod drzwiami. Mi kiwnęła
głową i wcisnęła odtwarzanie.
Kosmici znów zaczęli strzelać z laserów.
* * *
Nieco później, bo w środku nocy, w innej części budynku obudziła się
Amelia Domeyko. Może to był zły sen, może przeczucie, a może nic
szczególnego. Czasem człowiek budzi się, ot tak, bez powodu.
Zamknęła oczy i spróbowała zasnąć. Ale im bardziej próbowała, tym gorzej
jej wychodziło. A przecież musi się wyspać! Jutro rano ma jechać ze
swoim przyjacielem, Kubą, na wycieczkę rowerową!
Amelia przewracała się z boku na bok. Gdy nic nie pomagało, wstała i włożyła kapcie. Przesunęła sztalugi z niedokończonym obrazem
przedstawiającym deszcz i otworzyła okno, by wpuścić do pokoju letnie
powietrze. Na zewnątrz panowała niemal całkowita cisza, jeśli nie liczyć
odległego szumu miasta.
Okno wychodziło na kwadratowy dziedziniec, na którego środku rósł
dwustuletni dąb. Budynek swoimi oknami i balkonami otaczał ów
dziedziniec ze wszystkich stron, przez co przypominał nieco zamek. I tak
też nazywali go mieszkańcy - Zamek.
Wszyscy już spali. No, prawie wszyscy - światło paliło się u profesora
Koprowicza. Profesor był ekscentrycznym naukowcem i robił dziwne rzeczy
o dziwnych porach. Teraz pewnie też przeprowadzał jakiś tajemniczy
eksperyment.
Nagle Amelia usłyszała cichy świst, a może szum. Spojrzała w górę i ujrzała małe, ledwo widoczne czerwone światełko, które wolno opadało z nieba. Obserwowała je ze zdziwieniem, bo takich rzeczy przecież nie
widuje się na co dzień. Wydawało się, że wyląduje na dziedzińcu, ale po
chwili zniknęło za dachem Zamku.
Co to było?!
Teraz Amelia rozbudziła się już na dobre. W sąsiednim pokoju spał
Albert, jej młodszy o rok brat. Albert wszystko wiedział, a nawet jeśli
czegoś nie wiedział, to wiedział, jak się dowiedzieć. No ale minęła
północ i budzenie go nie było dobrym pomysłem.
Obudził się za to Imbir, mały biały terrier. Usiadł obok Amelii i patrzył na nią pytająco.
Z bliżej nieokreślonego kierunku dobiegło kilka cichych metalicznych
dźwięków. Gdzieś przejechał samochód, ale poza tym nic się nie działo.
Amelia już miała wracać do łóżka, gdy znów rozległ się szum, a może
świst, i nad dachem, z innej strony, pojawiło się czerwone światełko.
Wolno unosiło się, aż zniknęło wysoko w górze.
Amelia w napięciu wypatrywała go jeszcze jakiś czas, ale nie udało jej
się już nic dostrzec. Wróciła do łóżka. Długo leżała z otwartymi oczami.
* * *
Rano Amelia nie była pewna, czy to się wydarzyło naprawdę, czy może jej
się tylko przyśniło. Za oknem przepływały chmury, ale mimo to po
śniadaniu razem z Albertem zabrali rowery i zjechali windą na parter.
Ledwo otworzyli drzwi na podwórko, przywitał ich deszcz. Imbir tylko
wystawił nos poza daszek i zaraz się wycofał do środka.
Albert poprawił okulary w grubych oprawkach, spojrzał w niebo, potem w telefon.
- Prognoza pogody przewiduje przelotne zachmurzenia - oświadczył. -
Żadnego deszczu.
Amelia wystawiła rękę poza daszek i podsunęła mokrą dłoń bratu.
- To wygląda jak deszcz - powiedziała.
- Błąd w algorytmie1 prognozowania pogody - orzekł Albert.
Amelia nie pytała, co brat ma na myśli, bo w drzwiach dziewiątej klatki
pojawili się Mi i Kuba. Spojrzeli w niebo i smutno pomachali do
przyjaciół.
- Miało być słońce jak w kalafiorni! - prychnęła Mi.
- W Kalifornii - poprawił ją Kuba. - Miało nie padać.
- Błąd w algorytmie! - odkrzyknęła Amelia.
Otworzyły się drzwi prowadzące do klatki numer pięć. Wyszła przez nie
pani Kożuszek, emerytka z trzeciego piętra. Starsza pani nawet podczas
upałów nosiła płaszcz i beret. Było już za późno, żeby się schować. Jej
pojawienie się zawsze oznaczało narzekania i pretensje. Również tym
razem.
- Nieznośne huncwoty! - Zamachała laską nad głową. - Znowu deszcz!
- A co my mamy wspólnego z deszczem? - zapytał cicho Kuba.
Sąsiadka nie usłyszała tego.
- I ten obcy się tu kręci - powiedziała. - Przychodzi i męczy Gomółkę. A ona tak lubi odpoczywać w domku i pogryzać herbatniczki.
Gomółka była kotką pani Kożuszek. Emerytka miała inne zdanie o tym, co
jest dobre dla kotki. Inne niż sama kotka, która nie przepadała za
przetrzymywaniem w domu. A pani Kożuszek właśnie to robiła, trzymała
Gomółkę pod kluczem, z troski, żeby jej się nie stało nic złego.
Oczywiście kotka przy każdej możliwej okazji uciekała z domu.
Przyjaciele nie wiedzieli, o co chodzi pani Kożuszek. Jednak przezornie
się nie odzywali.
- To trzeba powstrzymać - oświadczyła sąsiadka. - Już ja porozmawiam z panem Zenkiem!
Otworzyła parasol i postukując laską, ruszyła w stronę furtki. Nie
wyszła jednak przez nią, tylko skręciła do stróżówki.
- Ona to dopiero ma błąd w alegorymie - zauważyła Mi.
- Algorytmie - poprawił Kuba. - Teraz będzie męczyć pana Zenka.
- Lepiej jego niż nas. Przegrzała się w tym futrze z halibuta2.
- To co robimy? - krzyknęła przez podwórko Amelia.
- Planszówki czy film? - odkrzyknął Kuba, po czym sam sobie odpowiedział
- jedno i drugie! Chodźcie do nas!
Wyjścia z dziewięciu klatek schodowych Zamku prowadziły na dziedziniec.
Jedynym sposobem, by nie zmoknąć, było przejście garażem podziemnym.
Amelia i Albert zaprowadzili rowery do domu i przez garaż przeszli do
klatki Mi i Kuby.
Spotkali się na parterze.
- Emil nie chciał przyjść? - zapytała Mi.
- Nie ma czasu - odparł Kuba. - Pracuje z dziadkiem nad czymś, co nazywa
się gluj.
- Gnój? - zdziwiła się Mi. - On ma młodszego brata?
- Nie ma. Nie gnój, tylko gluj. Nie chciał powiedzieć, co to jest.
Podobno coś tajnego.
- Tajnego... - Mi zamyśliła się. - Pewnie kontaktuje się z kosmicznymi
kosmitami. Albo robi coś jeszcze dziwniejszego.
Dziadek Emila, czyli profesor Koprowicz, zajmował się dziwnymi i tajnymi
sprawami. Zamienił swoje mieszkanie w laboratorium. Raz nawet
przypadkiem doprowadził do tego, że w Zamku pojawiły się duchy3.
Mi chwilę nad tym myślała, ale zaraz straciła cierpliwość. Martwiło ją
co innego - cieszyła się na tę wycieczkę, a tu taka przykrość.
- Można do kogoś napisać reklamację w sprawie pogody? - zapytała. - Do
jakiegoś pogodo...loga?
- Meteorologa - poprawił ją Kuba.
- Trudniejszej nazwy nie mógł już sobie wymyślić!
- Można do niego napisać, ale to nic nie da - dodał Albert.
- Dlaczego?! - Mi podskoczyła i dramatycznym gestem wskazała okno. - On
musi coś z tym zrobić! On się na tym zna, co nie?
Albert nie odpowiedział. Czasem tak robił, jeśli pytanie wydawało mu się
niemądre albo nieciekawe.
- Weźmy i napiszmy do tego metra... meteora - nalegała Mi.
- Meteorolog nie zmienia pogody, tylko ją przewiduje - wyjaśniła Amelia.
Mi zmarszczyła brwi. Wkurzało ją, że ktoś ciągle ją poprawia. A jeszcze
bardziej, gdy ten ktoś miał rację.
Mi tak naprawdę nazywała się Milena, ale nikt tak do niej nie mówił.
Sama już prawie zapomniała o tym imieniu i przypominali jej o nim
dopiero nauczyciele. Głównie wtedy, kiedy źle się zachowywała. Czyli
całkiem często.
Nie mogła się doczekać, kiedy będzie dorosła. Wtedy nikt już nie będzie
jej poprawiał ani pouczał. Dorosłość w jej mniemaniu zaczynała się od
piętnastego roku życia, czyli Kubie i Amelii też jeszcze brakowało.
Jakichś czterech lat.
Weszli na drugie piętro. Pani Rytel, mama Mi i Kuby, szykowała się do
wyjścia.
- Jedziecie na wycieczkę? - zapytała. - Nie zapomnijcie kanapek.
Wyjęła z lodówki kanapki w pudełkach lunchowych i położyła je na stole.
- Nigdzie nie jedziemy - odparł Kuba. - Leje.
Mama zerknęła za okno.
- Dziwne, miało nie padać. - Dołożyła do torebki parasolkę. - No to
zjedzcie kanapki w domu. Problem lunchu sam się rozwiązał.
Mi usiadła przy stole i wyjęła z pudełka kanapkę.
- Bleee... - Wyciągnęła język na brodę.
Odłożyła na bok ser i sięgnęła do cukiernicy, żeby posypać masło cukrem.
Ku jej zaskoczeniu, wyjęła łyżeczką bryłę skawalonego cukru.
- To przez tę wilgoć - westchnęła mama. - Ale to dobrze, bo cukier jest
bardzo niezdrowy.
Algorytm to przepis, jak coś zrobić krok po kroku. Algorytmem jest przepis na przygotowanie jajecznicy albo załogowej wyprawy na Marsa. [wróć]
Halibut zdecydowanie nie ma futra. Halibut jest rybą. [wróć]
Możecie o tym przeczytać w książce Amelia i Kuba. Godzina Duchów. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki