Mi się podoba. Zły Meteorolog - Rafał Kosik

Kup ebooka

34.00 zł
28.90 zł (26,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Ale tu ciemno... Nie powin­nam tego robić! Jak mnie nakryją, będzie naprawdę źle. Tro­chę się boję. Tylko troszkę. Tro­szeczkę. A co tam, nikt się nie dowie...

* * *

Mała dziew­czynka bie­gła przez ciemny las. Przed kimś ucie­kała. Przed kimś albo przed czymś. To coś musiało być straszne, bo bie­gła bar­dzo szybko. Poty­kała się i z tru­dem łapała oddech. Co chwila odwra­cała się i zer­kała za sie­bie.

Wresz­cie upa­dła i już nie miała siły dalej biec. Odwró­ciła się na plecy i ciężko dysząc, cofała się, aż oparła ple­cami o pień drzewa. I wtedy z ciem­no­ści wyło­niło się to coś, co ją ści­gało. Dziew­czynka krzyk­nęła roz­dzie­ra­jąco.

Oto stał przed nią, wysoki, z zie­loną skórą i wiel­kimi czar­nymi oczami. Potwór.

- Iii tam, za mało straszny - oce­niła Mi, się­ga­jąc po chipsa.

Sie­działa w salo­nie i oglą­dała film o kosmi­tach. Było późno, więc nie­mal cał­ko­wi­cie wyci­szyła dźwięk w tele­wi­zo­rze. Wszy­scy już spali. Mi bar­dzo zale­żało na tym, żeby nikt się nie obu­dził - to by ozna­czało koniec seansu. Oglą­dała film w tajem­nicy przed rodzi­cami. Gdyby ich zapy­tała o pozwo­le­nie, z pew­no­ścią by się nie zgo­dzili. W rodzi­nie Rytlów pano­wały pewne zasady. Może nie były bar­dzo surowe, ale Mi miała dopiero sześć lat i nie powinna oglą­dać takich fil­mów. A tym bar­dziej w nocy.

Oczy­wi­ście, że mogła ten film obej­rzeć pod koł­drą na tele­fo­nie albo table­cie. Ale cho­dziło prze­cież o coś zupeł­nie innego. Tutaj mogła się wygod­nie wycią­gnąć na kana­pie, obże­rać chip­sami z miski i popi­jać je colą. Pew­nie po mie­siącu będzie ważyła sto kilo, ale to dopiero po mie­siącu.

Tym­cza­sem na fil­mie do Ziemi zbli­żała się flota lata­ją­cych tale­rzy. W każ­dym sie­działo wielu kosmi­tów o zie­lo­nej skó­rze i wiel­kich czar­nych oczach. Byli uzbro­jeni w nie­znaną na Ziemi broń. Przy­go­to­wy­wali się do inwa­zji.

Pierw­szy sta­tek kosmiczny wylą­do­wał i wybie­gli z niego Obcy. Od razu zaczęli strze­lać z lase­rów. Mi aż pod­sko­czyła. Ale nie na widok Obcych, tylko dla­tego że ktoś wszedł do salonu. Odwró­ciła się gwał­tow­nie. Z ulgą zauwa­żyła, że to nie był Obcy ani tym bar­dziej tata.

- Co tu robisz? - zapy­tała z zasko­cze­niem, ale też i ze zło­ścią. Wci­snęła pauzę na pilo­cie.

- To samo, co ty - odparł Kuba, jej star­szy brat.

Nie spo­sób było go pomy­lić z tatą - był niż­szy, szczu­plej­szy, a na gło­wie miał blond czu­prynę.

- Powin­naś już spać - zauwa­żył Kuba.

- Ty też.

- Cho­dzę spać, kiedy chcę.

- Ja też.

- To moja miej­scówka wie­czorna - nie ustę­po­wał brat.

- Też chcę mieć miej­scówkę wie­czorną - nie ustę­po­wała sio­stra. - Dziś to wymy­śli­łam.

Kuba chwilę się zasta­na­wiał.

- Dobra, ale ja wybie­ram filmy. - Nabrał całą garść chip­sów i wepchnął sobie do ust. - Fo oglą­da­fsz?

- Inwa­zję kosmicz­nych kosmi­tów. Bar­dzo dobre. Ambitne kino.

- Czy­ta­łem o tym. Na końcu kosmi­tów zała­twi wirus grypy. Może być.

- Ej, to spoj­ler! - Mi aż pod­sko­czyła z obu­rze­nia. Kasz­ta­nowe włosy zwią­zane w kucyk na czubku głowy podry­gi­wały przy każ­dym ruchu. - Nie można tak spoj­lo­wać!

Kuba stłu­mił śmiech, przy oka­zji wyplu­wa­jąc kilka chip­sów.

- Kuba Roz­plu­wacz - sko­men­to­wała Mi.

Chło­pak przy­ło­żył palec do ust. Obu­rze­nie Mi nie trwało długo. Zasło­niła sobie usta dło­nią i dodała szep­tem:

- Jak nas nakryją, będzie prze­ki­chane.

Ze zdzi­wie­niem stwier­dziła, że w sumie to nie ma nic prze­ciwko obec­no­ści Kuby. Bo ten film jed­nak był odro­binę straszny. Odro­bi­neczkę. Bli­skość brata mogła się przy­dać.

Kuba przy­niósł z lodówki drugą puszkę coli. Otwo­rzył ją naj­ci­szej jak potra­fił i poło­żył się na kana­pie obok sio­stry.

- Jedna ważna zasada - powie­dział. - Oglą­damy pół godziny i idziemy spać.

Się­gnął po chipsy, prze­jął pilota i przy­ciem­nił obraz, żeby rodzice przy­pad­kiem nie dostrze­gli świa­tła w szcze­li­nie pod drzwiami. Mi kiw­nęła głową i wci­snęła odtwa­rza­nie.

Kosmici znów zaczęli strze­lać z lase­rów.

* * *

Nieco póź­niej, bo w środku nocy, w innej czę­ści budynku obu­dziła się Ame­lia Domeyko. Może to był zły sen, może prze­czu­cie, a może nic szcze­gól­nego. Cza­sem czło­wiek budzi się, ot tak, bez powodu.

Zamknęła oczy i spró­bo­wała zasnąć. Ale im bar­dziej pró­bo­wała, tym gorzej jej wycho­dziło. A prze­cież musi się wyspać! Jutro rano ma jechać ze swoim przy­ja­cie­lem, Kubą, na wycieczkę rowe­rową!

Ame­lia prze­wra­cała się z boku na bok. Gdy nic nie poma­gało, wstała i wło­żyła kap­cie. Prze­su­nęła szta­lugi z nie­do­koń­czo­nym obra­zem przed­sta­wia­ją­cym deszcz i otwo­rzyła okno, by wpu­ścić do pokoju let­nie powie­trze. Na zewnątrz pano­wała nie­mal cał­ko­wita cisza, jeśli nie liczyć odle­głego szumu mia­sta.

Okno wycho­dziło na kwa­dra­towy dzie­dzi­niec, na któ­rego środku rósł dwu­stu­letni dąb. Budy­nek swo­imi oknami i bal­ko­nami ota­czał ów dzie­dzi­niec ze wszyst­kich stron, przez co przy­po­mi­nał nieco zamek. I tak też nazy­wali go miesz­kańcy - Zamek.

Wszy­scy już spali. No, pra­wie wszy­scy - świa­tło paliło się u pro­fe­sora Kopro­wi­cza. Pro­fe­sor był eks­cen­trycz­nym naukow­cem i robił dziwne rze­czy o dziw­nych porach. Teraz pew­nie też prze­pro­wa­dzał jakiś tajem­ni­czy eks­pe­ry­ment.

Nagle Ame­lia usły­szała cichy świst, a może szum. Spoj­rzała w górę i ujrzała małe, ledwo widoczne czer­wone świa­tełko, które wolno opa­dało z nieba. Obser­wo­wała je ze zdzi­wie­niem, bo takich rze­czy prze­cież nie widuje się na co dzień. Wyda­wało się, że wylą­duje na dzie­dzińcu, ale po chwili znik­nęło za dachem Zamku.

Co to było?!

Teraz Ame­lia roz­bu­dziła się już na dobre. W sąsied­nim pokoju spał Albert, jej młod­szy o rok brat. Albert wszystko wie­dział, a nawet jeśli cze­goś nie wie­dział, to wie­dział, jak się dowie­dzieć. No ale minęła pół­noc i budze­nie go nie było dobrym pomy­słem.

Obu­dził się za to Imbir, mały biały ter­rier. Usiadł obok Ame­lii i patrzył na nią pyta­jąco.

Z bli­żej nie­okre­ślo­nego kie­runku dobie­gło kilka cichych meta­licz­nych dźwię­ków. Gdzieś prze­je­chał samo­chód, ale poza tym nic się nie działo. Ame­lia już miała wra­cać do łóżka, gdy znów roz­legł się szum, a może świst, i nad dachem, z innej strony, poja­wiło się czer­wone świa­tełko. Wolno uno­siło się, aż znik­nęło wysoko w górze.

Ame­lia w napię­ciu wypa­try­wała go jesz­cze jakiś czas, ale nie udało jej się już nic dostrzec. Wró­ciła do łóżka. Długo leżała z otwar­tymi oczami.

* * *

Rano Ame­lia nie była pewna, czy to się wyda­rzyło naprawdę, czy może jej się tylko przy­śniło. Za oknem prze­pły­wały chmury, ale mimo to po śnia­da­niu razem z Alber­tem zabrali rowery i zje­chali windą na par­ter. Ledwo otwo­rzyli drzwi na podwórko, przy­wi­tał ich deszcz. Imbir tylko wysta­wił nos poza daszek i zaraz się wyco­fał do środka.

Albert popra­wił oku­lary w gru­bych opraw­kach, spoj­rzał w niebo, potem w tele­fon.

- Pro­gnoza pogody prze­wi­duje prze­lotne zachmu­rze­nia - oświad­czył. - Żad­nego desz­czu.

Ame­lia wysta­wiła rękę poza daszek i pod­su­nęła mokrą dłoń bratu.

- To wygląda jak deszcz - powie­działa.

- Błąd w algo­ryt­mie1 pro­gno­zo­wa­nia pogody - orzekł Albert.

Ame­lia nie pytała, co brat ma na myśli, bo w drzwiach dzie­wią­tej klatki poja­wili się Mi i Kuba. Spoj­rzeli w niebo i smutno poma­chali do przy­ja­ciół.

- Miało być słońce jak w kala­fiorni! - prych­nęła Mi.

- W Kali­for­nii - popra­wił ją Kuba. - Miało nie padać.

- Błąd w algo­ryt­mie! - odkrzyk­nęła Ame­lia.

Otwo­rzyły się drzwi pro­wa­dzące do klatki numer pięć. Wyszła przez nie pani Kożu­szek, eme­rytka z trze­ciego pię­tra. Star­sza pani nawet pod­czas upa­łów nosiła płaszcz i beret. Było już za późno, żeby się scho­wać. Jej poja­wie­nie się zawsze ozna­czało narze­ka­nia i pre­ten­sje. Rów­nież tym razem.

- Nie­zno­śne hun­cwoty! - Zama­chała laską nad głową. - Znowu deszcz!

- A co my mamy wspól­nego z desz­czem? - zapy­tał cicho Kuba.

Sąsiadka nie usły­szała tego.

- I ten obcy się tu kręci - powie­działa. - Przy­cho­dzi i męczy Gomółkę. A ona tak lubi odpo­czy­wać w domku i pogry­zać her­bat­niczki.

Gomółka była kotką pani Kożu­szek. Eme­rytka miała inne zda­nie o tym, co jest dobre dla kotki. Inne niż sama kotka, która nie prze­pa­dała za prze­trzy­my­wa­niem w domu. A pani Kożu­szek wła­śnie to robiła, trzy­mała Gomółkę pod klu­czem, z tro­ski, żeby jej się nie stało nic złego.

Oczy­wi­ście kotka przy każ­dej moż­li­wej oka­zji ucie­kała z domu.

Przy­ja­ciele nie wie­dzieli, o co cho­dzi pani Kożu­szek. Jed­nak prze­zor­nie się nie odzy­wali.

- To trzeba powstrzy­mać - oświad­czyła sąsiadka. - Już ja poroz­ma­wiam z panem Zen­kiem!

Otwo­rzyła para­sol i postu­ku­jąc laską, ruszyła w stronę furtki. Nie wyszła jed­nak przez nią, tylko skrę­ciła do stró­żówki.

- Ona to dopiero ma błąd w ale­go­ry­mie - zauwa­żyła Mi.

- Algo­ryt­mie - popra­wił Kuba. - Teraz będzie męczyć pana Zenka.

- Lepiej jego niż nas. Prze­grzała się w tym futrze z hali­buta2.

- To co robimy? - krzyk­nęła przez podwórko Ame­lia.

- Plan­szówki czy film? - odkrzyk­nął Kuba, po czym sam sobie odpo­wie­dział - jedno i dru­gie! Chodź­cie do nas!

Wyj­ścia z dzie­wię­ciu kla­tek scho­do­wych Zamku pro­wa­dziły na dzie­dzi­niec. Jedy­nym spo­so­bem, by nie zmok­nąć, było przej­ście gara­żem pod­ziem­nym. Ame­lia i Albert zapro­wa­dzili rowery do domu i przez garaż prze­szli do klatki Mi i Kuby.

Spo­tkali się na par­te­rze.

- Emil nie chciał przyjść? - zapy­tała Mi.

- Nie ma czasu - odparł Kuba. - Pra­cuje z dziad­kiem nad czymś, co nazywa się gluj.

- Gnój? - zdzi­wiła się Mi. - On ma młod­szego brata?

- Nie ma. Nie gnój, tylko gluj. Nie chciał powie­dzieć, co to jest. Podobno coś taj­nego.

- Taj­nego... - Mi zamy­śliła się. - Pew­nie kon­tak­tuje się z kosmicz­nymi kosmi­tami. Albo robi coś jesz­cze dziw­niej­szego.

Dzia­dek Emila, czyli pro­fe­sor Kopro­wicz, zaj­mo­wał się dziw­nymi i taj­nymi spra­wami. Zamie­nił swoje miesz­ka­nie w labo­ra­to­rium. Raz nawet przy­pad­kiem dopro­wa­dził do tego, że w Zamku poja­wiły się duchy3.

Mi chwilę nad tym myślała, ale zaraz stra­ciła cier­pli­wość. Mar­twiło ją co innego - cie­szyła się na tę wycieczkę, a tu taka przy­krość.

- Można do kogoś napi­sać rekla­ma­cję w spra­wie pogody? - zapy­tała. - Do jakie­goś pogodo...loga?

- Mete­oro­loga - popra­wił ją Kuba.

- Trud­niej­szej nazwy nie mógł już sobie wymy­ślić!

- Można do niego napi­sać, ale to nic nie da - dodał Albert.

- Dla­czego?! - Mi pod­sko­czyła i dra­ma­tycz­nym gestem wska­zała okno. - On musi coś z tym zro­bić! On się na tym zna, co nie?

Albert nie odpo­wie­dział. Cza­sem tak robił, jeśli pyta­nie wyda­wało mu się nie­mą­dre albo nie­cie­kawe.

- Weźmy i napiszmy do tego metra... mete­ora - nale­gała Mi.

- Mete­oro­log nie zmie­nia pogody, tylko ją prze­wi­duje - wyja­śniła Ame­lia.

Mi zmarsz­czyła brwi. Wku­rzało ją, że ktoś cią­gle ją popra­wia. A jesz­cze bar­dziej, gdy ten ktoś miał rację.

Mi tak naprawdę nazy­wała się Milena, ale nikt tak do niej nie mówił. Sama już pra­wie zapo­mniała o tym imie­niu i przy­po­mi­nali jej o nim dopiero nauczy­ciele. Głów­nie wtedy, kiedy źle się zacho­wy­wała. Czyli cał­kiem czę­sto.

Nie mogła się docze­kać, kiedy będzie doro­sła. Wtedy nikt już nie będzie jej popra­wiał ani pouczał. Doro­słość w jej mnie­ma­niu zaczy­nała się od pięt­na­stego roku życia, czyli Kubie i Ame­lii też jesz­cze bra­ko­wało. Jakichś czte­rech lat.

Weszli na dru­gie pię­tro. Pani Rytel, mama Mi i Kuby, szy­ko­wała się do wyj­ścia.

- Jedzie­cie na wycieczkę? - zapy­tała. - Nie zapo­mnij­cie kana­pek.

Wyjęła z lodówki kanapki w pudeł­kach lun­cho­wych i poło­żyła je na stole.

- Ni­gdzie nie jedziemy - odparł Kuba. - Leje.

Mama zer­k­nęła za okno.

- Dziwne, miało nie padać. - Doło­żyła do torebki para­solkę. - No to zjedz­cie kanapki w domu. Pro­blem lun­chu sam się roz­wią­zał.

Mi usia­dła przy stole i wyjęła z pudełka kanapkę.

- Bleee... - Wycią­gnęła język na brodę.

Odło­żyła na bok ser i się­gnęła do cukier­nicy, żeby posy­pać masło cukrem. Ku jej zasko­cze­niu, wyjęła łyżeczką bryłę ska­wa­lo­nego cukru.

- To przez tę wil­goć - wes­tchnęła mama. - Ale to dobrze, bo cukier jest bar­dzo nie­zdrowy.

Algo­rytm to prze­pis, jak coś zro­bić krok po kroku. Algo­rytmem jest prze­pis na przy­go­to­wa­nie jajecz­nicy albo zało­go­wej wyprawy na Marsa. [wróć]

Hali­but zde­cy­do­wa­nie nie ma futra. Hali­but jest rybą. [wróć]

Może­cie o tym prze­czy­tać w książce Ame­lia i Kuba. Godzina Duchów. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki