Drogi pamiętniczku!
Przede wszystkim dzieńdobry! O kurde bele, zapomniałam o spacji :( Tego
się nie da wyedytować... Ty jesteś papierowy, a ja piszę długopisem.
Dobra, nieważne. Jedziemy!
Zaczęłam pisać pamiętniczek, bo czeka mnie wielka przykrość. Przyjeżdża
ciotka Kalipsa. Ta ciotka, której nie lubimy, bo trzeba się przy niej
zachowywać. Konsola już gdzieś znikła. Zniknęła. Bo ciotka nie lubi
gier. Nie lubi całego mnóstwa rzeczy. Nie lubi, jak ktoś przy stole gapi
się w telefon. No a jak wytrzymać przy stole bez telefonu? Tym bardziej
kiedy obok siedzi ciotka.
Zostały dwa dni do apokalipsy. Do ciotkokalipsy!
- Biwak - powiedział Kuba. - Pod namiotami. W lesie. Z nocowaniem.
- Super! - Mi, sześcioletnia siostra Kuby, zeskoczyła na ziemię. - Idę
się pakować!
- Nie spiesz się tak - powstrzymał ją brat. - To dopiero jutro.
Siedział na gałęzi dębu, która rosła na tyle nisko, że bez trudu można
się było na nią wspiąć. Na gałęzi, a właściwie konarze, mieściło się
zresztą więcej osób. Obok siedziała jeszcze Amelia, koleżanka Kuby z klasy, ze swoim nieodłącznym szkicownikiem, bo Amelia bardzo lubiła
rysować, i Albert, brat Amelii, ze swoim nieodłącznym tabletem.
- Z nocowaniem w lesie? - Amelia przestała rysować siedzącego na
trawniku Zydla, osiedlowego psa, i wzdrygnęła się. - W lesie jest
brudno, są mrówki i inne robaki.
- Robaki! - ucieszyła się Mi. - Mega!
Mi lubiła wszystkie zwierzęta, nawet takie, które innym ludziom wydawały
się niebezpieczne lub obrzydliwe.
- Wygląda czysto. - Kuba pokazał Amelii ekran telefonu ze zdjęciem
namiotów stojących na polanie. - Nie widać żadnych robaków.
- Na tak małym zdjęciu nie widać nawet wiewiórek - zauważył Albert.
Mi podniosła patyk i rzuciła na drugą stronę alejki. Zydel poderwał się
i pobiegł za nim. Miał tylko trzy łapki, ale to w żaden sposób nie
przeszkadzało mu w bieganiu. Od pewnego czasu był bardzo szczęśliwym
pieskiem, bo dzięki Mi nie mieszkał już w schronisku. Teraz należał do
pana Zenka, osiedlowego dozorcy1.
Dziewczynka wdrapała się z powrotem na gałąź, zanim pies wrócił z patykiem. Bardzo chciała go pogłaskać, ale nie mogła - była uczulona na
psią sierść. Zresztą nie tylko na psią.
- Co tam jeszcze jest? - zapytała Amelia. - Na tym biwaku.
- Nie ma miasta, są za to drzewa. - Kuba poklepał gałąź. - Tylko więcej.
Rosną wszędzie, zamiast ścian i okien. I nie ma rodziców, którzy mogliby
nam kazać się kłaść, bo już późno.
Dąb, na którym siedzieli, miał ponad dwieście lat i stał na kwadratowym
dziedzińcu apartamentowca, zwanego przez mieszkańców Zamkiem.
Przyjaciele bardzo lubili to drzewo, ale nawet ono nie pozwalało
zapomnieć, że dookoła jest wielkie i głośne miasto.
- Co złego jest w mieście? - zapytał Albert.
- W weekend nasi rodzice mają gościa - odparł Kuba. - Czyli nie pójdą z nami do kina, na kręgle ani na nic takiego. Będziemy siedzieć i się
nudzić.
- A nawet gorzej - dodała ponuro Mi. - Bo nadciąga ciotkoklipsa!
Wszyscy popatrzyli na nią, zdezorientowani.
- Co nadciąga? - zapytała niepewnie Amelia.
- Ciotkokalispa! - Mi była naprawdę przejęta. - Przyjeżdża ta straszna
ciotka. Ta, przy której trzeba się zachowywać.
- I ma na imię Kalipsa? Nie ma takiego imienia.
- Nie tam! Nazywa się Jolanta, ale Kalipsa lepiej brzmi. Bo przyjeżdża i robi APOKALIPSĘ.
- Na rower też nas nie puszczą - dodał Kuba - bo trzeba będzie z nią
rozmawiać.
- I się zachowywać - powtórzyła Mi. - To jest najgorsze. Ostatnio, jak
była, to opowiadała o jakimś tam siostrzeńcu. Musiałam siedzieć
nieruchomo i słuchać. To było najdłuższe pięć minut w moim życiu!
- Straszne - przyznała Amelia.
- Żadnego telewizora, żadnej konsoli, żadnych komórek przy stole -
ciągnęła Mi. - A Jolanta tylko siedzi i gada. I nie wypada jej nie
słuchać. Kiedy ona przyjeżdża, to nagle bardzo dużo rzeczy nie wypada.
- Po co wasi rodzice ją zapraszają? - zapytał Albert.
- Bo nie wypada nie zaprosić. - Mi wzruszyła ramionami. - A zresztą ona
dzwoni, że przyjedzie, a potem przyjeżdża. To się samo dzieje, jak
trzęsienie ziemi. Albo powódź. A oni są mili, zamiast udawać, że nikogo
nie ma w domu.
- Konsola już trafiła na dno szafy - wyjaśnił ponuro Kuba.
- I tak przecież mamy limit na granie na konsoli i komputerze - dodała
Mi. - Pół godziny dziennie! A teraz nie będzie nawet tego.
- Nigdy nie nocowałam w lesie - powiedziała po namyśle Amelia. - A jak
będzie padać?
- Sprawdziłem - odparł szybko Kuba. - Pogoda ma być idealna. Będziesz
mogła rysować dzikie zwierzęta.
- Naprawdę? - Amelia uśmiechnęła się szeroko. - Albert, myślisz, że
rodzice nas puszczą?
- Ja zamierzam przez cały weekend siedzieć w domu - odparł jej brat. -
Dokończę pisać mój nowy program - kalkulator.
- To niesprawiedliwe! - parsknęła Mi. - Rodzice nie wyliczają ci, ile
możesz siedzieć przed komputerem?
- Nie, bo ja nie gram, tylko piszę program.
- W każdym telefonie jest kalkulator - zauważył Kuba. - Po co tworzyć
następny?
- Informatyk nie ma celu, tylko drogę.
- Zostawmy tego marudę. - Mi machnęła ręką. - Nie chce, to nie. Bierzemy
Amelię i jedziemy. Tylko przekonajmy naszych rodziców. To będzie bułka z szynką2.
* * *
- Absolutnie się nie zgadzam! - powiedziała stanowczo mama, zerkając na
Mi. - Masz poważną alergię, to ryzykowne, w środku lasu, tak daleko od
miasta.
Cała rodzina Rytlów siedziała przy stole. Mama czytała na laptopie
podesłaną przez Kubę ofertę biura podróży Czarny Kot. Założyła okulary i po raz kolejny krytycznie oglądała zdjęcie namiotów na polanie.
- Mam alergię na zwierzęta domowe - przypomniała Mi. - W środku lasu nie
ma kotów ani psów.
- Ale są inne zwierzęta.
- Antylopy chyba... Po prostu nie będę głaskać łosiów!
- Łosi - poprawił ją Kuba.
- Poza tym jutro przyjeżdża ciocia Jola - przypomniała mama. - Przecież
wiecie, jak was lubi. Będzie jej przykro, jeśli was nie zobaczy.
Kuba i Mi smutno pokiwali głowami, ale ich miny świadczyły o tym, że ani
trochę nie jest im smutno. Mi rzuciła błagalne spojrzenie tacie.
- Dzieciaki powinny czasem wyjechać z miasta - wtrącił pan Rytel. -
Nauczą się trochę samodzielności.
- No tego też się obawiam. A jeśli tam telefony nie będą miały zasięgu?
- Mam znakomity pomysł! - Tata wstał i uśmiechnął się szeroko. - Pojadę
z nimi i o wszystko zadbam.
- Przecież przyjeżdża ciocia! - Mama spiorunowała go wzrokiem. -
Zapomniałeś?
- No właśnie nie zapomniałem... - Tata westchnął ciężko i jeszcze ciężej
opadł na krzesło.
- I zabierz to stąd - Mama wskazała nożyce do cięcia drutu, leżące na
stoliku.
- Jutro zabiorę. Dziś potrzebuję ich do pracy. Inspirują mnie.
- Tylko nie zapomnij. Wszystkie niepotrzebne graty muszą stąd zniknąć,
ciocia uwielbia porządek.
Mi spojrzała tęsknie na miejsce pod telewizorem, gdzie jeszcze wczoraj
stała konsola do gier. Powlokła się do swojego pokoju i usiadła przy
biurku. Wyjęła niebieski zeszyt opisany z jednej strony "Bardzo Trudne
Słowa", a z drugiej "Pa-MI-ętnik". Zanotowała w nim:
"No i lipa. Nadciąga ciotkokalipsa. Trzeba będzie się uśmiechać. I udawać, że bardzo chcemy słuchać o siostrzeńcu Igorku, który nie ma
telefonu, nie gra w gry i tylko się cały czas uczy. Myślę, że ona go
wymyśliła".
* * *
Mama przeglądała na komputerze strony potrzebne jej do pracy. Była
lekarką i uważała, że powinna się uczyć przez całe życie. A już
szczególnie kiedy się jest chirurgiem. Tata po pracowitym dniu leżał na
kanapie, również z laptopem. I niby odpoczywał, ale tak naprawdę robił
notatki do kampanii reklamowej nożyc do cięcia drutu. Pracował w agencji
reklamowej i pomysły przychodziły mu do głowy w najmniej oczekiwanych
momentach. A wymyślenie reklamy nożyc nie jest łatwym zadaniem. Co
chwila zerkał na leżące obok nożyce, co pomagało mu w myśleniu.
- O, znowu ta reklama - powiedziała mama. - Na każdej stronie mi się
wyświetla, a teraz przyszła mailem.
Tata odłożył swój laptop, wstał i pochylił się nad laptopem mamy.
- "Sprawdzaj, gdzie są Twoje pociechy" - przeczytał. - "Bransolety z lokalizacją satelitarną". Jak ja byłem mały i wyjeżdżałem na obóz, to
rodzice nie wiedzieli przez dwa tygodnie, co się ze mną dzieje.
- Nie żartuj. Ja ich nie puszczę samych nawet na dwie godziny.
- Dlatego masz teraz tę reklamę.
- Ale... to się samo wyświetliło.
- Bo to reklama profilowana - wyjaśnił tata. - Oglądałaś stronę biura
podróży i jakiś algorytm3 z internetu podsunął ci te
bransolety.
Tata bardzo dobrze się na tym znał, bo sam tworzył reklamy.
- To tak działa - dodał i wrócił na kanapę. - Gdybyś oglądała strony dla
wędkarzy, tobyś teraz miała reklamy wędek i kaloszy. Ale tak całkiem
przypadkiem... to chyba dobre rozwiązanie dla dzieci na biwaku.
Wiedzielibyśmy, czy wszystko z nimi OK.
Mama skasowała wiadomość i zajęła się przeglądaniem stron z badaniami
naukowymi. Jednak gdy tylko otworzyła pierwszą z nich, reklama znowu się
pojawiła. "Sprawdzaj, gdzie są Twoje pociechy". Zdjęcie przedstawiało
bawiące się, uśmiechnięte dzieci z przesadnie białymi zębami. Każde z nich miało na nadgarstku opaskę przypominającą zegarek.
- Mają zęby, jakby wróciły z Turcji... - mruknęła. - A może to nie jest
takie głupie? - Mama po namyśle kliknęła na reklamę. - Wystarczy
zainstalować aplikację na telefonie. Dzieci będą nosić te bransolety, a my będziemy wiedzieli, gdzie są.
- Czyli jednak chcesz ich puścić na ten biwak? - Tata spojrzał na nią
znad ekranu.
Mama patrzyła na stronę z przyciskiem "Kup teraz".
- Zastanawiam się - powiedziała. - Szkoda mi ich. Wiem, jaka jest
ciotka. Sama czasem mam jej dość.
- A męża ci nie szkoda?
Pani Rytel uśmiechnęła się szeroko i pogroziła mężowi palcem.
- Nie kombinuj! Na biwak dla dzieci mogą jechać tylko dzieci.
- Serio?! - wykrzyknęła Mi, która akurat weszła do salonu. - Możemy?
- Rozmawiam z tatą - odparła zaskoczona mama. - Jeszcze nie zadecydo...
- Kubek! - krzyknęła przez ramię Mi. - Zgodzili się! Pakuj plecak!
- Zaraz! Moment! - Mama wstała. - Oglądaliśmy tylko bransolety z lokalizatorami. Nawet jeśli je kupimy, to przyjdą w poniedziałek.
Chcecie naleśniki?
Mi podbiegła do laptopa i wbiła wzrok w stronę z bransoletami.
- Tu jest "Dostawa natychmiast". - Pokazała palcem.
- Niemożliwe. - Mama już otwierała lodówkę. - To taki chwyt reklamowy. Z serem czy z dżemem?
- Ze wszystkim. - Mi czytała uważnie co większe i bardziej kolorowe
napisy na stronie. - I bita śmietana na to.
- Do żółtego sera?
- Nie lubię się ograniczać.
Kuba stanął obok i oglądał stronę. Nie było wątpliwości, napis obiecywał
natychmiastową dostawę.
Mi wydęła usta i zmarszczyła brwi. Spojrzała na mamę, krzątającą się
przy kuchni, potem na tatę, zajętego klikaniem w klawiaturę. A na koniec
na duży przycisk "Kup teraz" na środku ekranu. Kuba pokręcił głową, co
oznaczało, że lepiej tego nie robić, bo będą kłopoty. Ale już było za
późno - Mi zamknęła oczy i kliknęła w przycisk.
W tym samym momencie rozległ się dzwonek do drzwi.
Mi cofnęła się o krok i schowała ręce za siebie. Kuba bezgłośnie
westchnął. Nie był to dźwięk domofonu, który ktoś wciska na dole.
Dzwonił ktoś, kto stał pod drzwiami ich mieszkania.
Tata spojrzał na mamę, mama spojrzała na tatę.
- Zobacz kto to - poprosił tata.
Kuba podszedł do drzwi i uchylił je. Chciał to zrobić tak tylko
ociupinę, jednak przez tę szczelinę bardzo szybko wślizgnęła się do domu
kobieta z workiem na plecach. Kurierka? Nim Kuba się odwrócił, ona już
kładła na stole paczkę.
- Przesyłka dla rodziny Rytlów - oznajmiła nieco skrzekliwym głosem.
Może była podziębiona, a może naturalnie miała taki głos.
- Zamawialiśmy coś? - Mama wytarła ręce i podeszła, by obejrzeć paczkę.
- Natychmiastowa dostawa - powiedziała kurierka. - Mamy oddziały w całym
kraju.
Była chyba trochę starsza, niż można by się spodziewać. Kurierzy
zazwyczaj byli przecież młodzi, żeby mieli siłę nosić ciężkie paczki.
Tak naprawdę trudno było ocenić wiek kobiety, bo spod czupryny rudych
włosów wystawał tylko garbaty nos z brodawką z prawej strony i doklejone
sztuczne rzęsy. Na lewej dłoni miała skórzaną rękawiczkę.
Burzliwa historia ratowania Zydla została opisana w książce Amelia i Kuba. Mi się podoba. [wróć]
Tak dla ścisłości to mówi się "bułka z masłem". [wróć]
Algorytm to lista czynności, które trzeba zrobić, żeby coś zostało zrobione. Bardzo prosty algorytm może opisywać na przykład przygotowanie kanapki z serem. Za to bardzo skomplikowane algorytmy przydadzą się na przykład podczas lotu na Marsa. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki