Mgły z Donlonu - Magdalena Kubasiewicz

Kup ebooka

44.99 zł
33.74 zł (31,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Edward Ravensbruk wiedział, że otacza go magia: tą niepodlegającą kwestionowaniu wiedzą, którą przyswaja w pewnym momencie każdy rozsądny człowiek, tak samo jak na przykład świadomość tego, że Ziemia jest okrągła, a Słońce wstaje na wschodzie. Magia przenikała ściany budynku, osmalone podłogi, nieliczne ocalałe okna i te fragmenty dachu, które się nie zawaliły. Unosiła się w powietrzu i nabierał jej w płuca z każdym oddechem. Muskała jego skórę, wprowadzała zamęt w snach i niekiedy mamiła zmysły.

Tak, wiedział, że magia tu jest. Nie mógł jednak jej wyczuć, jak wyczuwali ją wszyscy inni, nawet ci niezbyt utalentowani. W każdym razie nie bezpośrednio, bo emocje tych, na których oddziaływała, zaskakując ich, przerażając, upajając albo dając się we znaki, odbierał aż za mocno.

Trochę go to frustrowało.

Może i dobrze. Frustracja przynajmniej pochodziła od niego, była jego własna, zawsze jego własna, nie odbicie zaledwie, wciskające się do głowy i serca z cudzych dusz i umysłów. Jeżeli istniało jakieś uczucie, które Edward Ravensbruk znał doskonale, to z pewnością właśnie ją. Frustrowała go obojętność ojca. Niezadowolenie dziadka, którego ten nie okazywał wprawdzie nigdy miną, tonem czy zachowaniem, ale które bombardowało Edwarda, ilekroć znaleźli się w jednym pomieszczeniu. Rozczarowanie i gorycz babki, błyskające w jej wielkich, pięknych oczach, którymi kiedyś oczarowała arystokratę do tego stopnia, że przeciwstawił się dla niej rodzinie. Te wszystkie razy, gdy oblewał testy z zaklęć praktycznych, a zdawali je koledzy poświęcający na naukę znacznie mniej czasu i starań. Nawet własny język, stający kołkiem, kiedy próbował - bo na początku jeszcze próbował - porozmawiać z rówieśnikami w szkole, ale nie mógł wykrztusić z siebie słów, skupić się na swoich myślach, kiedy zewsząd płynęło tak wiele obcych emocji. Frustrowały spojrzenia i ciche szepty za plecami później, gdy może już dałby radę zebrać te słowa, ale po prostu nie chciał.

Najbardziej jednak zawsze frustrował go William Doe.

Także teraz, gdy Edward sądził, że wreszcie się od niego uwolni.

William Doe.

Kundel znikąd, chłopak, który może i miał w sobie kroplę krwi jednego z Yorków, ale tak rozrzedzoną, że nie powinno to mieć żadnego znaczenia. Syn sklepikarza i pijaczki, która pewnego dnia nie wróciła do domu z jednej ze swoich eskapad. Od ósmego roku życia mieszkający w sierocińcu, pozbawiony krewnych, pieniędzy, wsparcia i starannej edukacji.

Genialne dziecko.

Lepszy od Edwarda, w prostej linii potomka wspaniałego rodu Ravensbruków, uczonego za młodu przez prywatnych guwernerów, właściwie we wszystkim. Od magii przez teorię po kontakty towarzyskie. Popularny wśród rówieśników, podziwiany przez młodszych, wzbudzający zainteresowanie dziewcząt i szacunek nauczycieli.

Edward nie był pewny, kiedy zaczął pragnąć, aby William Doe znikł. Czy tamtego dnia w pierwszej klasie, gdy siedząc na uboczu, obserwował chłopca otoczonego przez grupę kolegów, z których każdy chciał zamienić z nim choć kilka zdań? Kiedy wywieszono wyniki rocznych egzaminów i nazwisko Doe dumnie znalazło się na pierwszym miejscu we wszystkich testach praktycznych, a potem mówili o nim absolutnie wszyscy? A może na drugim roku Avallen, gdy starszy chłopak popchnął Edwarda, nazywając go dziwakiem - i William Doe bohatersko przyszedł mu na ratunek, a potem wszyscy sądzili, że Ravensbruk powinien być mu za to wdzięczny? W dniu, w którym parę lat później William kazał Brandonowi trzymać się z dala od Collen? Po wygranej Williama w międzynarodowym konkursie, po której wszyscy już szeptali, że pewnego dnia stanie się najpotężniejszym czarodziejem Anglii? Po pytaniu dziadka, czy naprawdę nie mógłby bardziej przypominać Williama Doe? A może wtedy, gdy Edward podsłuchał jego rozmowę z Jonathanem: Ravensbruk to przecież nikt ważny, nie ma co się nim przejmować...

A może wszystkie te chwile nałożyły się na siebie, aż to pragnienie utkwiło w głowie Edwarda na dobre, nie gwałtowne, nie palące, lecz stale obecne. Niepostrzeżenie zmieniło się w postanowienie, pewność wręcz: pewnego dnia...

"Pewnego dnia".

Pewnego dnia William Doe zszedł do podziemi i wpadł do starannie przygotowanej pułapki, ale w niej nie zginął.

Pewnego dnia zdawało się, że William będzie pierwszym podejrzanym o przyczynienie się do śmierci kolegi, ale tak się nie stało.

Pewnego dnia William był bliski wydalenia ze szkoły, ale uniknął kary.

Pewnego dnia William miał umrzeć na brzegu sadzawki wypełnionej czernią, ale otworzył oczy i - co gorsza - zajął należne Edwardowi miejsce ulubionego ucznia Richarda Woodville'a.

Wszystkie drobne manipulacje Edwarda zawiodły.

Czy było to szczęście, ślepy los czy ręka Avy Carey, która wiecznie mieszała się w nieswoje sprawy?

Edward przez moment prawie ją lubił: na tyle, na ile jego serce było zdolne do odczuwania sympatii. Rzadko biły od niej negatywne uczucia. Promieniowała ciepłem, tak dobrze panowała nad emocjami, że go nie przytłaczały, i czuł się przy niej jakoś dobrze. Poza tym przyjaźniła się z panną Malory Rhodes, a ona zawsze była dla Edwarda dobra. Tak dobra, że przez chwilę żałował, że musiała umrzeć: a przynajmniej zdawało mu się, że trochę żałuje. Że w morzu żalu za przyjaciółką, który zalewał Avę Carey, a którego szum i wilgoć sięgały ku Edwardowi, ilekroć rozmawiała z nim o Malory, znalazła się kropla należąca tylko do niego.

Teraz każda myśl o Careyównie była kolejnym źródłem frustracji. To przez nią musiał znosić Williama Doe.

I ten, oczywiście, tkwił już przy punkcie obserwacyjnym, który chciał zająć Edward.

- Ravensbruk - mruknął William, oglądając się na dźwięk kroków. - Też usłyszałeś, że Richard ma gości?

Chłopak stał przy oknie wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec. Oczywiście, takich okien było o wiele więcej, jednak ktoś patrzący z parteru mógłby zostać łatwo zauważony, z drugiego piętra z kolei mniej dało się zobaczyć. Ledwo kilka metrów dalej uszkodzona podłoga stawała się niestabilna, natomiast po skrzydle, które najmniej ucierpiało od ognia, zawsze ktoś się kręcił. To był najlepszy punkt obserwacyjny.

- Powinieneś nazywać go mistrzem, Doe.

- York - sprostował William, a Edward wykrzywił usta w pogardliwym uśmiechu.

Nazwanie kundla hartem nie sprawi, że ten stanie się rasowcem, pomyślał.

- Co cię tak bawi? - warknął William, który najwyraźniej wyłapał ten uśmiech. Edward przez moment czuł jego złość i to przyniosło mu odrobinę satysfakcji. Doe jednak zaraz się opanował. - Moment, zapomniałem, nic przecież nie bawi naszego zepsutego chłopca.

- Nie jestem zepsuty - odparł Edward ze spokojem. Ale słowa Williama znów przywołały frustrację. Richard obiecał, że mu pomoże i w opanowaniu mocy, i w sprawieniu, by emocje odczuwał, a nie tylko wyczuwał. Zaczął nawet go uczyć i zdawało się, że to działa, tyle że później wciąż były jakieś ważniejsze sprawy. - A ty nie jesteś Yorkiem.

- Moim przodkiem był Henry York.

- Jeden z twoich przodków jest bękartem któregoś z jego potomków - sprostował Doe. - Coś podobnego może pewnie powiedzieć o sobie ze dwieście osób w Donlonie. Nie masz jego magii ani praw do jego dziedzictwa.

I znów gniew, tak silny, że zdawał się parzyć.

Edward nie lubił odbierać cudzych emocji. Zwłaszcza tych negatywnych. Przytłaczały go, utrudniały mu skupienie i pozostawiały go z dziwną myślą, że sam jest wadliwy, bo nie czuje, nie myśli tak, jak pozostali. Unikał innych ludzi tak bardzo, jak tylko się dało w szkole, w której uczyło się tysiąc dzieciaków. Złość Williama jednak prawie go cieszyła. Może nie czuł się szczęśliwy ze świadomością, że go rozgniewał: ale choć przez chwilę czuł się od niego lepszy.

- Naprawdę chcesz rozmawiać o magii, Ravensbruk? I o tym, który z nas ma jej więcej? - spytał Doe.

Gdyby emocje Edwarda pracowały normalnie, pewnie wściekłby się albo przynajmniej poczuł zraniony. W końcu William Doe trafił w sedno, po raz kolejny. Jedyną silną magią, jaką Edward władał, było wyczuwanie cudzych uczuć - i nie umiał ani kontrolować tej zdolności, ani wpływać na emocje innych; co najwyżej mógł je odrobinę podsycić. Za to Doe był napakowany mocą aż po uszy.

Edward nie zezłościł się jednak. Powtórzył sobie tylko w duchu po raz kolejny...

Pewnego dnia.

Z tą myślą podszedł do okna i stanął możliwie jak najdalej od Williama. Wyjrzał na dziedziniec.

- Jeanette Brown? - wyrwało się mu, gdy dostrzegł trójkę ludzi. Dwóch mężczyzn, w tym Percivala Fitzroya, oraz jedną kobietę.

- Kto?

- Jeanette Brown. Maleficent. Najlepsza klątwołamaczka w Anglii. Każdy o niej słyszał - stwierdził Edward. Mówił obojętnym tonem, ale ostatnie zdanie dodał celowo. Może sam nie do końca rozumiał ludzkie emocje, jednak nauczył się manipulować nimi bez pomocy choćby odrobiny magii. - Oczywiście każdy, kto należy do odpowiedniej sfery.

- Jaka to sfera, Ravensbruk? - parsknął cicho William. - Bo na razie to obaj jesteśmy dokładnie w tej samej. Stoimy w oknie w ruinach i próbujemy się dowiedzieć, co się dzieje wokół, bo nikt nas nie informuje bezpośrednio...

Morze złości Williama się cofnęło, pozostawiając po sobie gorycz. Edward przez moment prawie czuł gorzki smak w ustach. Tym razem nie próbował się bronić przed napływem cudzych emocji, bo może tego nie czuł, ale wiedział, że ta gorycz powinna być i jego własną goryczą. Jako pierwsi stanęli u boku Richarda Woodville'a. Pomogli mu przebudzić się po latach snu i wprowadzili go w świat Donlonu XXI wieku.

A potem zostali odstawieni na boczny tor, gdy tylko pojawili się pierwsi dorośli, mogący wesprzeć sprawę Woodville'a.

Przynajmniej tyle, że dotyczyło to ich obu. Gdyby Richard poświęcał wiele czasu Williamowi, a Edwarda ignorował... tego Ravensbruk chyba by już nie zniósł. Narosłoby w nim coś dziwnego, jak tamtego dnia, gdy zaplanował posłanie Williama do podziemi, i zrobiłby... coś. Nie miał jeszcze pewności co, ale coś na pewno.

- To jasne, co się dzieje - powiedział Edward beznamiętnie. - Zwerbowali Jeanette Brown. Jest krwią z krwi Cassandry Bird. Prawdopodobnie włada magią, która wywodzi się od Birdów. Zyska na planach Richarda. Poza tym ma żal do władz i do Scotland Yardu.

Pomyślał, że to doskonała zdobycz. Jeanette Brown była potężna, bogata i wpływowa. Nikt jej nie lubił, ale prawie każdy się jej bał. I wywodziła się w prostej linii od najmłodszej z czterech córek Cassandry, kobiety, która pomogła stworzyć Donlon.

Cztery piękne córki Cassandry Bird. Edward przypomniał sobie ich portret z podręcznika do historii. Rudowłosa Eva, która poślubiła Fairbanksa i umiała sprawić, że ludzie ją pokochają. Catherine Song, piękna jak sen, podobnie jak jej matka zaklinająca obrazy: jej potomkowie po dziś dzień prowadzili Galerię Donlońską. Z linii Luny wywodzili się Thunderbirdowie, którzy nie odziedziczyli żadnej z trzech potężnych zdolności Cassandry - zamiast tego, jak mąż Luny, władali magią błyskawic.

I wreszcie Brownowie. Z linii Anny Fray, najmłodszej córki Cassandry. Klątwołamacze.

William zerknął szybko na kolegę i otworzył usta, jakby chciał o coś spytać: może o to, skąd ten żal u Jeanette Brown? Nie odezwał się jednak i Edward był pewien, że Doe nie chciał przyznawać się do swojej niewiedzy.

- Zawrzyjmy drobny układ, Ravensbruk.

- Układ?

- Tak. Ja powiem ci, o czym oni rozmawiają - mruknął William, ruchem głowy wskazując na trójkę na dziedzińcu. - A ty mi powiesz, co czują.

Edward rozważał przez chwilę tę propozycję. Miał ochotę odmówić. Zwłaszcza że wcale nie był pewny, czy William nie blefował: Edward nie słyszał o zaklęciu, które umożliwiałoby podsłuchiwanie. Ale to był pieprzony William Doe, genialne dziecko, a to, że Edward nie znalazł informacji o jakimś czarze, nie znaczyło, że taki nie istniał...

- Zgoda. Ty pierwszy.

- Ta Brown twierdzi, że tylko niekompetentny idiota, czyli prawdopodobnie trzeci z tych gości, może pomyśleć, że skuszą Fairbanksów. Według niej oni lubią status quo i nigdy się w nic nie mieszają. Percival zgodził się z nią i wspomniał Noaha Blythe'a. Na co Jeanette roześmiała się i powiedziała, że jeśli na tym etapie Caleb Blythe o czymś się dowie, mogą równie dobrze kłaść się do grobów... Percival stwierdził, że Caleb nie utrzymuje kontaktów z ojcem, a ten trzeci się obruszył, że Richard jest od Caleba silniejszy.

- Percival w to wierzy, Jeanette nie - powiedział Edward cicho. Cudze emocje atakowały go niepowstrzymywanymi falami, ale kiedy usiłował skupić się na konkretnej osobie, odczytać dokładnie, co działo się w jej głowie i sercu... to wymagało wiele wysiłku. Zwłaszcza w przypadku Percivala Fitzroya, który potrafił całkiem dobrze maskować swoje emocje. Ustawił się tak, by William przypadkiem nie dostrzegł, że pot zrosił mu czoło. - W to, że Richard jest silniejszy. Ją zżerają żal i nienawiść, a Percivala...

- No?

- To samo, co zwykle. Jest nieszczęśliwy - skwitował Ravensbruk. Wzruszył ramionami, niby to obojętnie, a potem odsunął się od okna i oparł o ścianę. - Idę o zakład, że wie, że ich obserwujemy.

Kręciło mu się w głowie, ale rozpaczliwie nie chciał okazać słabości. Przymknął na moment oczy, próbując przeanalizować uzyskane informacje. Nie wiedział za dużo o Fairbanksach, za to wiele słyszał o obu Blythe'ach. Niestety, nie mógł spokojnie przemyśleć sprawy i zastanowić się, w jaki sposób wykorzystać tę wiedzę, bo William - niby natrętna mucha bzycząca tuż nad uchem - znów się odezwał.

- Sądzisz, że żałuje, że z nami poszedł? Powinniśmy ostrzec Richarda?

- Naprawdę myślisz, że Richard Woodville nie wyczuje czegoś, co ja zdołałem wyczuć? - zapytał Edward, uśmiechając się krzywo. - Nie ma w nim żalu. Nic się nie zmieniło. On po prostu nigdy nie był szczęśliwy. Ani razu nie wyczułem od niego niczego... dobrego. Nie. Zaraz. Raz.

Pewnego wieczora, tuż przed opuszczeniem Avallen, gdy zszedł na kolację. Edward na posiłki zawsze przychodził późno, kiedy większość uczniów opuszczała jadalnię. Tamtego dnia sala już niemal opustoszała. Przy stole nauczycieli wciąż jednak siedzieli Percival Fitzroy i Ava Carey. Pochyleni ku sobie rozmawiali o czymś żywo - i na pewno nie chodziło o śledztwo ani dziwne wydarzenia w szkole, bo oboje się uśmiechali. Edward, wiedziony impulsem i ciekawością, podszedł nieco bliżej i nawet się skupił, próbując wyczuć emocje dyrektora.

Pierwszy raz nie były ciemne.

Avalon Carey władała magią ciemności, ale to Percival Fitzroy był pełen mroku. Świat po prostu tego nie zauważał.

- Myślę, że Percival Fitzroy może być słabym ogniwem - oświadczył William z uporem. - Ma wielu przyjaciół.

- Ty też - odparł Edward obojętnie. - Równie dobrze mogę się zastanawiać, czy zaraz nas nie zdradzisz, bo Collen ładnie poprosi.

William zesztywniał. Odwrócił wzrok od ludzi, którzy właśnie przechodzili pod oknami ku jednemu z wyjść z dziedzińca, i skierował spojrzenie na Edwarda. Ravensbruk się nie przestraszył: nie umiał. Cofnął się jednak mimowolnie, bo nie potrzebował mocy empaty, by wyczuwać niebezpieczeństwo.

- Collen do nas dołączy - stwierdził w końcu Doe. Ton miał chłodny. - Chcę, by najpierw ona i Jonathan skończyli szkołę. To dla niej ważne.

- Naprawdę tak sądzisz? - powiedział Edward i się uśmiech­nął. To nie był szczery uśmiech, a wyćwiczony grymas, który przywoływał na twarz niezmiernie rzadko, bo już dawno porzucił próby dostosowania się. - Gdy w pewnym sensie śmierć Brandona była związana z Richardem?

- Ty tu jesteś mimo tego.

Edward wygiął kąciki ust jeszcze bardziej. Myśl o tym, co za chwilę powie, sprawiała mu... odrobinę satysfakcji. Nie był pewien, czy eksperyment Richarda zaczynał działać, czy po prostu zranienie Williama Doe mogło ucieszyć nawet jego.

- Ja go nie kochałem. Ona tak.

Oczy Williama pociemniały z gniewu, dłonie chłopaka zacisnęły się w pięści. Cudza złość owionęła Edwarda, ale nie próbował z nią walczyć: chciał ją podsycić.

- Nie wiesz, o czym mówisz.

- Jestem empatą, Doe. Doskonale wiem, o czym mówię. Collen Standford była zakochana w Brandonie Me­yersie. Z wzajemnością.

Nie dodał - nigdy nie miał zamiaru dodać - że ostatecznie przyjaciół kochała jednak trochę bardziej i wybierając między nimi a Brandonem, nie wahała się długo. Ale nawet gdyby chciał to powiedzieć, nie dostałby szansy.

Pięść Williama trafiła go prosto w twarz.

A kiedy Edward upadł i chwycił się za zakrwawiony nos, pomyślał, że wcale nie żałuje: i że ta reakcja udowadniała tylko, że jego słowa będą jeszcze długo dręczyć Williama. Długie dni, długie noce. Dobrze, bo na razie Edward nie mógł zrobić nic więcej.

Ale...

...pewnego dnia...

Ava Carey kochała i Donlon, i Rainharbour - miłością równą, choć zupełnie różną. Nie umiałaby zrezygnować z jednego z nich, czy raczej rezygnować nie chciała. Potrzebowała donlońskiego zgiełku, przedziwnej magii, która rezonowała z jej własną mocą, wiecznego zamętu Scotland Yardu, spacerów miejskimi ulicami, a kamienica Careyów zawsze była dla niej domem. Jednocześnie domem był też kamienny budynek na wzgórzu w Rainharbour i kochała szum tutejszego morza, niebo, na którym nocą płonęły gwiazdy, ciszę lasów, nawoływania mew, ciemność różną od tej panującej w Donlonie i tak podobną jednocześnie.

Teraz jednak w żadnym z tych miejsc nie czuła się ani spokojna, ani bezpieczna.

Było coś nowego w magii Donlonu. Coś, co sięgało poza chaos Czerwonego Poniedziałku. Coś, co Ava wyczuwała, ale czego nie rozumiała i nie umiała ubrać w słowa. Coś nowego, obcego i znajomego zarazem, oblepiającego jej skórę wraz z wilgocią donlońskich mgieł, pobłyskującego w błękitnym świetle zaklętych latarni, pobrzmiewającego echem w miejskich hałasach, kryjącego się w ciemności, tuż poza zasięgiem magii czarownicy. Deprymowało to Avę i sprawiało, że pierwszy raz od dawna była niepewna, gdy chodziła samotnie nocą po magicznym mieście. Co gorsza, stale towarzyszyła jej świadomość, że gdzieś tam, w mroku, do którego nawet ona nie potrafiła sięgnąć, skrywa się Richard Woodville.

W Rainharbour było jednak jeszcze gorzej.

Ilekroć Ava odwiedzała niewielką enklawę na wybrzeżu, całą sobą czuła, że powinna być gdzie indziej. W Donlonie, w Scotland Yardzie, gdzieś w plątaninie miejskich ulic. Szukając Richarda Woodville'a i Percivala Fitzroya. Czekając w gotowości, aby zareagować na każde ich posunięcie.

Tyle że...

- Rozmawiałem rano z Robertem. To był fałszywy donos. Wciąż nic. Żadnych tropów. Żadnych oznak, że działają - mruknął Lance Carey, jej starszy brat. Z frustracją wbił grabie nieco za mocno i wraz z zeschłymi liśćmi i trawą zgarnął także ziemię.

Nic.

Żadnych tropów.

A była już jesień. Maj i czerwiec uleciały, nawet jeżeli schyłek wiosny i początek lata, żałoba i groza, jaką ze sobą przyniosły, pozostawały żywe w pamięci Avy. Powietrze w Rainharbour pachniało wilgocią, mokrą ziemią i rozkładem. Bluszcz porastający kamienną ścianę ich domu zabarwił się czerwienią i brązem, mgły coraz częściej osiadały pośród okolicznych wzgórz. Dni były krótkie, a szyby i w Donlonie, i w Rainharbour, wciąż obmywały deszcze. Przyrodę ogarnęła stagnacja, wyczekiwanie najpierw na śniegi, a później wreszcie na przyjście wiosny.

Ava też czekała, choć przecież nie na wiosnę. Nie bezczynnie, bo próbowała być wszędzie i robić wszystko naraz. Poza zwykłymi obowiązkami w Scotland Yardzie obsesyjnie wręcz starała się trafić na ślad Woodville'a... i Percivala (przede wszystkim Percivala: taka była prawda, do której przyznawała się niechętnie nawet sama przed sobą). Obaj rozpłynęli się tak, jak rozpływała się mgła i niektórzy zaczęli nawet wierzyć, że nie ma żadnego zagrożenia albo że grupa opuściła Donlon.

Ona była pewna, że są gdzieś w mieście. Czasem zdawało się jej, że prawie wyczuwa ich obecność. Prawie.

Czerwiec przeminął i przeszedł w lipiec, a ten w sierpień, ciepły i pogodny nawet w Donlonie. Rozpoczął się wrzesień, a wreszcie październik, chłodny i deszczowy w obu Londynach, i w Rainharbour. I nie stało się nic z tego, na co Ava czekała od ponurej nocy w podziemiach Avallen.

- Są oznaki, że działają - sprostowała, zgarniając liście na płachtę. Ava wróciła do domu niby "chwilę odpocząć", ale matka natychmiast zagoniła dzieci do roboty. I córka była jej właściwie za to wdzięczna, bo siedząc w pokoju i bezczynnie patrząc za okno, miała zbyt wiele czasu na myślenie. - Tak dużo, że równie dobrze mogliby przelecieć nad Londynem samolotem z transparentem "Jesteśmy tutaj, hahaha, tylko nie umiecie nas złapać".

- Nic nie jest oczywiste.

- Bo wiedzą, że muszą działać po cichu - powiedziała Carey z irytacją. - Percival Fitzroy to wie. Ale działają. Zabójstwo Spencera?

- Tło rabunkowe.

- Sny Laine Song?

- Mogą być tylko snami.

- Przepowiednie Ris?

- Zawsze były nieścisłe.

- W podziemiach Donlonu ostatnio jest ponoć... niespokojnie.

- Tam zawsze jest niespokojnie.

- Zniknięcie Jeanette Brown?

- Wciąż jest w żałobie, zdarzało się jej już wyjeżdżać bez słowa i wszystko wskazuje na to, że opuściła mieszkanie z własnej woli.

- Pożar u Alberta Craforda?

- Przypadkowe podpalenie.

- Lance, zaczynasz mnie wkurzać - wyznała Ava, przymykając oczy. - Proszę, nie mów, że zastępca dyrektora wydziału specjalnego Scotland Yardu uważa, że nic się nie dzieje. Powtarza to wystarczająco wiele osób.

- Nie uważam tak. - Lance westchnął, nie przerywając grabienia. - Ale muszę tworzyć przeciwwagę dla ciebie i dyrektora wydziału specjalnego Scotland Yardu, bo wy z kolei we wszystkim upatrujecie ręki Richarda Woodville'a. Nawet w zwykłych snach. Pamiętasz sierpień? Sprawę tego przerośniętego psa atakującego ludzi i jak bardzo byliście pewni, że to on, a okazało się, że to nielegalne eksperymenty pary czarowników, którzy chcieli wyhodować nowy, magiczny gatunek? Niedługo zaczniecie szukać Woodville'a we własnych lodówkach.

To nie są zwykłe sny, chciała odpowiedzieć Ava.

Jasne, z psem nie mieli racji, było jednak wiele innych dziwnych przypadków. Laine Song była jej szkolną przyjaciółką i wspomniała Avie o tych snach całkiem niedawno, w charakterze ciekawostki. A gdy Carey o nich usłyszała - o tym, że Laine śni o Galerii Donlońskiej, o swojej przodkini, o cichym wezwaniu, dobiegającym gdzieś z mroku - poczuła, że wstrząsa nią zimny dreszcz.

Namówiła Laine na krótki wyjazd poza Donlon, by wypoczęła, a gdy dostała klucze od jej mieszkania, by zadbać o kwiaty i koty, zabezpieczyła lokum najlepiej, jak mogła. Zaangażowała w to także specjalistę Scotland Yardu od magii ochronnej. Okazało się, że panna Song podczas wycieczki do rodziny nie śniła już żadnych dziwnych snów. I nie nawiedziły jej znowu, kiedy wróciła do mieszkania pełnego nowych zabezpieczeń.

Manipulacja snami była magią z baśni. Istniały zaklęcia pozwalające na drobne ingerencje, jednak na nic więcej. Ale Richard Woodville był władcą marionetek, jednym z twórców Donlonu, znającym wiele zapomnianych czarów, a Percival Fitzroy najbardziej uzdolnionym z jego potomków.

Co, jeżeli nie tylko Laine śniła takie sny?

Co, jeżeli próbowali zwerbować kilka innych osób właśnie w ten sposób - jak stało się z Edwardem, Williamem i Percivalem - osłabiając wolę oraz przekonując do swoich racji przez sny, kuszące i przerażające?

Co, jeśli Jeanette Brown podążyła za takim snem?

Tak, zdarzało się jej znikać bez słowa, ale nigdy na tak długo i nigdy nie była całkowicie nieosiągalna. Ava martwiła się o nią, tym bardziej że gdy widziała Brown po raz ostatni, żal i gorycz zdawały się oblepiać ją jak skorupa: Carey nie musiała być empatką, by to widzieć. Jeanette od wielu lat nazywano Maleficent, budziła strach w całym Donlonie, ale Ava nigdy nie dostrzegła w niej ani grama ciemności. Nigdy, aż do śmierci Thomasa Doherty'ego, po której Brown nie umiała się pozbierać. Teraz naprawdę była jak zła wiedźma z bajki, przepełniona nienawiścią do świata.

Nawet zabójstwo Spencera, majętnego twórcy amuletów, mogło mieć związek ze sprawą. Zginął zabity magią umysłu, a z jego mieszkania zniknęły pieniądze, biżuteria i artefakty. Ava była pewna, że Richard Wodville potrzebował zarówno funduszy, jak i magicznych przedmiotów. W końcu chciał walczyć ze Scotland Yardem i z obecną władzą: nie idziesz na takie starcie bez zwolenników i bez zasobów.

O czym ostatnio śniłeś?

Ava coraz częściej zadawała to pytanie swoim znajomym. Mało kogo dziwiło, bo przyjaciele przywykli do tego, że Careyówna lubiła niekiedy wygadywać dziwaczne rzeczy albo skakać po tematach. I jak dotąd nie wydawało się, aby ktoś poza Laine miał jakieś podejrzane sny, ale nie mogła oprzeć się myśli, że to nic nie znaczyło. W Avallen Woodville miał znacznie większe możliwości: masa dzieci i nauczycieli zebranych w jednym miejscu, moc Malory i podziemnej sadzawki wypełnionej magią. Teraz prawdopodobnie mogli celować wyłącznie w pojedyncze osoby, więc nic dziwnego, że z tych setek tysięcy mieszkańców Donlonu Ava wpadła tylko na jedną z wybranych...

To nie tak, że nie działali.

Działał Scotland Yard.

Działał Caleb Blythe.

Ale jak mieli pochwycić kogoś, kto chwytał ludzi w sieć w snach?

- Ava?

Wyrwana z zamyślenia drgnęła, gdy dłoń brata dotknęła jej ramienia. Spoglądał na Avę ze zmartwieniem i poczuła wstyd, że w ogóle się na niego zdenerwowała. A przecież prawie nigdy nie denerwowała się na Lance'a. Nie powinna się wściekać: wiedziała przecież, jaki miał charakter. Lance wierzył tylko w to, na co miał twarde dowody, zawsze był bardzo metodyczny, dużo spokojniejszy niż siostra i nieskłonny do ulegania gwałtownym emocjom.

- Przepraszam, zamyśliłam się. Kontemplowałam stan trawnika. Sądzisz, że zdaniem mamy będzie akceptowalny, czy powinnam jeszcze poczołgać się pod krzakami, tak dla pewności, że nie zostały się żadne liście? Strząsnąć te ostatnie z drzew, bo jeśli spadną, jak stąd wyjdziemy, dosięgnie nas gniew niebios?

- Lepiej idź odpocząć, a ja przerzucę to do kompostownika - oświadczył brat i wskazał na płachtę zaścieloną zbrązowiałymi liśćmi. - Za mało ostatnio sypiasz.

- Wyśpię się w grobie, a poza tym przyganiał kocioł garnkowi. Też ostatnio robisz nadgodziny.

- Nie aż tyle. Nikt nie robi tylu nadgodzin, co ty.

- Layamont depcze mi po piętach.

- Co nieustannie wprawia mnie w zdziwienie, bo ze stażu pamiętam go jako przeciętnie obowiązkowego, ale może dorósł albo chce się wykazać na nowym stanowisku. No już, Ava, zmykaj stąd. Poczytaj, zjedz coś, a najlepiej to wreszcie odeśpij. I tak zaczyna się ściemniać.

Layamont nie chce się wykazać, pomyślała Ava. Chociaż może i chce, ale nie chodzi tylko o to.

Podejrzewała, że kierowało nim dokładnie to samo, co nią. Zawsze miewała skłonności do pracoholizmu, ale nigdy nie przejawiała go na taką skalę jak teraz. W tej chwili jednak pchały ją żal wobec Percivala, poczucie winy, że zawiodła, pragnienie znalezienia chłopców, którzy odeszli z Richardem, i przede wszystkim strach oraz zapiekła wściekłość, zrodzone we śnie, który zesłał na nią Woodville w Avallen.

Nie wiedziała, co Arthur zobaczył we własnym koszmarze. Ale to, co mu pokazano, gorycz i poczucie zdrady, te chwile, kiedy ciężko ranny dryfował pomiędzy śmiercią a życiem, odcisnęły na nim swoje piętno. Chciał dopaść Woodville'a nie dlatego, że to był jego obowiązek, nie po to, by się pokazać i ugruntować swoją pozycję, ale ponieważ stało się to osobistą vendettą.

- W porządku.

Ustąpiła z westchnieniem. Tak naprawdę wcale nie chciała spać, miała ochotę iść nad morze, patrzeć, jak zapada noc, jak niebo staje się czarne i jak woda zdaje się zmieniać w płynną ciemność. A potem pozwolić, by mrok Rainharbour, w którym nie kryły się żadne potwory, otulił ją ze wszystkich stron. Ale Lance miał rację: naprawdę musiała odpocząć. Może tutaj zdoła zasnąć spokojnie, co w Donlonie stawało się coraz trudniejsze - i to mimo tego, że kamienica Careyów była zbyt dobrze chroniona, aby Richard Woodville mógł mieszać Avie w snach.

Wróciła do domu i wspięła się po drewnianych schodach na piętro, a potem weszła do swojego pokoju utrzymanego w bieli, zieleni i naturalnym kolorze drewna. Podciągnęła się na szeroki parapet, zasłany kocami i poduszkami, i obserwowała, jak niebo ciemnieje. A gdy zapadły zupełne ciemności i stary zegar wybił dziewiętnastą, drzwi pokoju otworzyły się i w progu stanęła matka.

Aisling Carey potrafiła poruszać się bezszelestnie, ale Ava i tak wiedziała, że matka nadchodzi: ciemność zawsze reagowała na pojawienie się Aisling.

Były do siebie bardzo podobne i bardzo różne jednocześnie. Aisling była dużo od córki niższa i drobniejsza, zarówno z powodu delikatniejszej budowy, jak i tego, że nie spędzała godzin na ćwiczeniach, ale to po niej Ava odziedziczyła jasne włosy i rysy twarzy. Tylko wzrost wzięła po Careyach, no i oczy, równie niebieskie jak u brata, ojca i dziadka, nie czarne niby nocne niebo. Matka i córka związały się z magią ciemności, ale ta inaczej się objawiała - cienie Avy na jej rozkaz szpiegowały, cięły i stawały się tarczą. Aisling Donelly-Carey szeptała do mroku, a mrok jej odpowiadał: i na jedno jej słowo ożywały w nim wszystkie strachy i koszmary.

Aisling zdawała się spokojna, zrównoważona i dość cicha, Ava zaś rozgadana, towarzyska i pełna energii. Ojciec lubił jednak powtarzać, że jego żona za cichością skrywa wolę z hartowanej stali, a córka dziedziczyła po niej tę cechę.

- A stór.

- Mamo.

Ava przesunęła się na parapecie i zrobiła matce miejsce. Choć na zewnątrz było chłodno, Aisling pchnęła ramę i otworzyła okno na oścież,żeby wpuścić do środka wilgotne, nocne powietrze.

- Jesteś niespokojna.

- Ciemność ci to powiedziała?

- Matczyny instynkt, kochanie - powiedziała Aisling, uśmiechając się lekko. Choć skończyła już pięćdziesiąt pięć lat, wciąż wyglądała młodo: tak młodo, że drobne zmarszczki na jej twarzy uwidoczniały się tylko wtedy, gdy się uśmiechała, tak jak teraz. Lance'a niektórzy brali za jej brata, a nie syna. Jeszcze jeden dar płynący we krwi jej rodu. - Masz w zwyczaju za bardzo się wszystkim przejmować. Winię za to geny i wychowanie twojego ojca.

- Sama wybrałaś go na ojca swoich dzieci, mamo, więc możesz winić wyłącznie siebie - odparła Ava i też mimowolnie się uśmiechnęła.

Elijah Carey miał surową twarz, chłodne oczy i rzadko się uśmiechał, ale był najlepszym z ludzi. Jego drobniutka wybranka, delikatna jak porcelanowa laleczka, choć zawsze była kochającą żoną i matką, potrafiła być dużo groźniejsza i bardziej bezlitosna od męża. W jej oczach mieszkała ciemność bezgwiezdnych nocy, a uśmiech, często goszczący na ustach, mógł skrywać w sobie tysiąc znaczeń.

Jeżeli ktoś w domu Careyów uśmiechnąłby się na myśl o rozmówcy stojącym w płomieniach, byłaby to właśnie Aisling.

- Mrok zawsze ciągnie do światła. - Pani Carey westchnęła z udawanym ubolewaniem. - Może nigdy nie miałam wyboru.

- Myślałam, że to on o ciebie zabiegał?

- Tak mu się zdawało. W istocie postanowiłam, że zostanie moim mężem, kiedy miałam piętnaście lat, i on już nie miał w tej sprawie wiele do powiedzenia - oświadczyła Aisling, a potem uśmiech znikł z jej ust i rozbawienie opuściło ciemne oczy. - Nie zmieniaj tematu, a stór.

- Wiesz, mamo... - Ava zawahała się na moment, a potem spojrzała prosto w oczy matki. - Po Donlonie grasuje wariat, który włada potężnymi mocami i chce w jakiś sposób cofnąć nas... no dobra, nie do średniowiecza, ale tak do początków epoki pary. Porwał dwóch chłopców, doprowadził do śmierci mojej przyjaciółki i w tej chwili kombinuje coś gdzieś tam, w mroku. To chyba normalne, że jestem odrobinę niespokojna.

- Jeżeli skrywa się w mroku, znajdziesz go z pewnością.

Gdyby to było takie proste, westchnęła Ava w duchu.

- Nie wszystkie cienie w Donlonie mi służą, mamo.

- Powinnaś więc zabrać je dla siebie.

- Sama mówisz, że nie przepadasz za ciemnością miasta - odparła Ava i tym razem w uśmiechu, jaki posłała Aisling, kryły się raczej zmęczenie i rezygnacja niż wesołość.

- Walczy z nią zbyt wiele fałszywych świateł. Ale ty, kochanie, radzisz sobie nie tylko z ciemnością, ale i z cieniami, które rodzą się na granicy jej i światła.

Nie jestem jak ty, mamo, pomyślała Ava, odwracając głowę i spoglądając na szybko ciemniejące niebo. Przez ułamek sekundy miała chęć poprosić o pomoc: bo matka potrafiła sięgnąć w ciemność znacznie dalej niż ona. Nie tylko w tę, która zapadała wraz z nocą, z wygaśnięciem wszystkich świateł, lecz także w tę w ludzkich głowach i sercach. Aisling Carey jednak nie mieszała się w sprawy Scotland Yardu i musiała mieć ku temu dobre powody. Może nie potrafiła pomóc, a może po prostu nie mogła.

Może bała się, że zaprowadzi ją to zbyt daleko: tak daleko w mrok, że nie zdoła już wrócić do światła.

- Ten czarownik też zna się na ciemności - mruknęła wreszcie. Wprawdzie zupełnie innym jej rodzaju, ale to wystarczyło, aby moc Avy Carey nie mogła go sięgnąć. - Nie potrafię go znaleźć.

- Znajdź w takim razie kogoś, czyj cień cię do niego doprowadzi.

*

Znajdź kogoś, czyj cień cię do niego doprowadzi.

Słowa matki odbijały się w głowie Avy jeszcze długo po tym, jak położyła się do łóżka i kolejnego dnia, gdy wróciła do Donlonu, za swoje biurko w siedzibie Scotland Yardu. To nie tak, że tego nie próbowali. Ktoś stale miał oko na Avallen, na wypadek gdyby William Doe próbował dotrzymać obietnicy i wrócić po swoich przyjaciół. Bardzo dokładnie sprawdzono Matthew Ravensbruka, dziadka Edwarda i przy okazji jednego z ostatnich potomków Wood­ville'a obdarzonych magią linii jego krwi. Ava, chociaż była tak zajęta, że brakowało jej czasu nawet na sen, częściej niż zwykle odwiedzała Laine Song.

Bez rezultatów.

Znajdź kogoś, czyj cień cię do niego doprowadzi.

Myślała o tym wciąż, kiedy wyszła na dach budynku, kilka godzin po zmroku. Robiła tak często od wielu lat, ale odkąd Richard Woodville powrócił, stało się to jej zwyczajem: niemal każdej nocy wdrapywała się na górę i rozpuszczała cienie po całym Donlonie. Tutaj, w siedzibie Scotland Yardu, jej magia zawsze zdawała się silniejsza niż gdziekolwiek indziej i mogła rozsyłać strzępy mroku na większe odległości oraz skuteczniej podczepiać je do innych. Sukcesywnie szukała więc teraz czegokolwiek podejrzanego w kolejnych budynkach i na ulicach. I nie znajdowała niczego - niczego, co mogłoby być związane z Woodville'em.

Tej nocy cienie też wróciły do niej z niczym. Zbiegły się do siedzącej na dachu Avy, popełzły po dłoniach, owinęły się wokół szyi, wplątały we włosy, a ona położyła się na zimnej powierzchni i z rezygnacją zapatrzyła na niebo. Choć wyjątkowo nie zasnuwały go chmury, poświata donlońskich świateł rozjaśniała je i pochłaniała blask gwiazd.

- Wiesz, że w tym tempie szybko się wykończysz? Na darmo w dodatku, bo to nie przynosi rezultatów?

Avalon przysłoniła oczy ramieniem, a otaczające ją cienie pierzchły. Nie była zaskoczona pojawieniem się Arthura Layamonta i to nie tylko dlatego, że w ciemności podkradnięcie się do niej graniczyło z cudem. Bywał tu ostatnio niewiele rzadziej niż Ava: spotykali się tu nieraz, zwykle o zmierzchu lub o świcie. Niekiedy pojawiał się ze światłem dnia, gdy ona odchodziła lub on znikał wraz z mrokiem nocy, który z kolei ją przyciągał na górę. Bywało, że po prostu się mijali, ale czasem siedzieli parę minut na dachu oboje, równie często milcząc, jak rozmawiając.

Skoro się pojawił, musiała tu spędzić więcej czasu, niż sądziła: prawdopodobnie zbliżał się już ranek.

- Tylko coś sprawdzałam.

- Jest ledwo kilka stopni na plusie. Ile godzin tutaj spędziłaś?

- Daj spokój, nie jesteś moją matką, panie dyrektorze - burknęła Ava, opuszczając rękę. Usiadła, trochę zbyt szybko: w głowie jej zawirowało i w duchu musiała przyznać, że cholerny Layamont miał rację. Przesadziła. Była zmęczona, a chociaż włożyła gruby, wełniany płaszcz, po tylu godzinach na dachu przemarzła do szpiku kości.

- Jestem za to twoim przełożonym i jeśli stracisz tu przytomność i zamarzniesz, czeka mnie mnóstwo papierkowej roboty - odparł sucho Arthur, spoglądając na nią z góry. W jego głosie pobrzmiewało zniecierpliwienie, ale na twarzy malowała się raczej rezygnacja niż złość. - To nie ma sensu, Avalon Carey. Richard znalazł sposób, żeby się przed tobą ukryć.

- Trzeba więc znaleźć sposób, żeby go dopaść mimo tego.

- Myślisz, że nie próbowałem? Jeśli istnieje jakieś zaklęcie albo rytuał poszukiwawczy, z którego nie skorzystaliśmy, to tylko dlatego, że jest tak cholernie nielegalny, że ścigano by mnie w całej Europie.

- Nie wierzę, że to cię powstrzymuje.

Arthur uśmiechnął się krzywo i przykucnął.

- Nie. Ale składniki do niego bardzo trudno zdobyć - powiedział, a ona miała dziwne przeczucie, że nie był to żart: przynajmniej nie do końca. - Richard Woodville prędzej czy później wyjdzie z kryjówki. Musimy być po prostu gotowi na ten moment.

- Nie mam ochoty czekać na moment, który on wybierze - zaprotestowała Ava. - Chcę spotkać się z Matthew Ravensbrukiem.

Znajdź kogoś, czyj cień cię do niego doprowadzi.

- Przesłuchiwaliśmy Matthew Ravensbruka dwukrotnie, sprawdziliśmy, z kim się kontaktuje, a jego dom jest obserwowany. Nic to nie dało, a on będzie sączył do uszu innych truciznę o dręczących go funkcjonariuszach.

- Jeżeli spotkam się z nim po zmroku i go dotknę, mogę zostawić przy nim mój cień.

- O tym nie wspomniałaś wcześniej - odparł Arthur i w jego tonie pojawiła się nowa, jakby ostrzegawcza nuta, srebrzyste oczy pociemniały: być może z gniewu.

Ava przypatrywała się mu przez moment z namysłem, ale uznała, że jednak nie. Wyglądał na niezadowolonego, ale nie na wściekłego.

- Bo to nie jest takie proste, ale wydaje mi się już jedynym sposobem, jaki został - mruknęła, chociaż tak naprawdę dotąd nie pomyślała nawet, żeby powiedzieć o tym Arthurowi. Być może był to błąd, bo nieważne, jak wiele dzieliło ich wcześniej, teraz byli towarzyszami broni i chyba nikomu w Donlonie, ba, nikomu w całej Anglii, nie zależało na dopadnięcia Richarda Woodville'a tak, jak ich dwójce. Wszystko, czego doświadczyli w podziemiach Avallen, zostawiło na nich swoje piętno.

Luca powiedział Avie, że tam, na końcu, nikt nie będzie po jej stronie: nigdy, już lub jeszcze.

William i Edward nigdy nie byli po jej stronie, Percival nie był po niej już, a Arthur jeszcze. Koszmary, które chwyciły ich w sidła, wszystko zmieniły. Ava nie umiała wyjaśnić, dlaczego wierzy w to aż tak głęboko, ale... po prostu wierzyła.

Jeszcze trzy miesiące temu Arthur Layamont był jedną z ostatnią osób, którym byłaby skłonna zaufać. Teraz był jedną z pierwszych, do których zwróciłaby się po pomoc. Nie tylko dlatego, że też uwierzył, że zmutowane, magiczne psy to robota Woodville'a, chociaż na pewno miało to znaczenie.

- Zakładam, że Percival wie. A w takim przypadku Ravensbruk będzie miał się na baczności. To nie przejdzie niezauważone - powiedział Layamont, podnosząc się. Wyciągnął ku niej rękę wymownym gestem. - Wstawaj, nie możesz tu dalej siedzieć.

- Ravensbruk nie musi wiedzieć, że ja to ja - odparła Ava, przyjęła jego pomoc i też dźwignęła się na nogi. Arthur miał rację i to była jedna z przyczyn, dla których dotąd nie próbowała. Jeżeli Matthew został ostrzeżony, będzie uważał, a gdyby zdobył dowody na taką ingerencję magiczną, mógłby to wykorzystać przeciwko nim. Istniały jednak sposoby na obejście tego problemu.

- Niby w jaki sposób? Ile ty tu siedziałaś? Masz cholernie zimne ręce - mruknął, zaciskając palce na jej dłoniach, próbując ogrzać skostniałe ciało własnym ciepłem. Przez ułamek sekundy wahała się, czy nie powinna cofnąć rąk.

- Nie tak długo i mogę wystąpić jako ktoś inny.

- Każde zaklęcie maskujące może zostać wyczute, zwłaszcza że Ravensbruk rozmawia z nami wyłącznie w swoim gabinecie. Gdzie na pewno ma specjalne urządzenia, amulety i zaklęcia.

- "Przypadkowe" spotkanie gdzieś na mieście albo niemagiczna zmiana wyglądu. Peruka, profesjonalny makijaż. Nie rozpozna mnie. Widzieliśmy się ledwo parę razy, zawsze w przelocie.

- Widzę, że wszystko sobie przemyślałaś - powiedział Arthur i puścił wreszcie jej dłoń. - W tym planie może nie udać się jakiś milion rzeczy.

- Ma pan lepszy pomysł, dyrektorze?

Skrzywił się i mogłaby przysiąc, że dostrzega niechęć w jego oczach. Jeszcze parę tygodni temu pewnie za te słowa zrównałby ją z podłogą: teraz też zrobiłby tak z większością funkcjonariuszy. Ava nie potrzebowała jednak wiele czasu, aby zrozumieć, w jaki sposób działa umysł Arthura Layamonta i prawie widziała trybiki obracające się w jego głowie. Nie miał ochoty przyznawać się, że nie wymyślił niczego lepszego. I na pewno nie podobało się mu, że to wytykała. Ale chciał dorwać Richarda i Percivala. Nie była pewna powodów - czy chodziło o to, jak blisko śmierci się znalazł, czy o chęć zemsty, czy o poczucie zdrady, ani o to, którego z nich Arthur nienawidził bardziej - ale wiedziała, że właśnie tak jest. Layamont pragnął tego bardziej niż czegokolwiek innego. A w tej rozgrywce cienie Avy Carey były jedną z najmocniejszych kart w talii.

- Matthew Ravensbruk rzadko opuszcza dom, ale niemal na pewno będzie na najbliższej premierze w Teatrze Donlonu. Jego żona długo tam występowała.

- Byłbyś w stanie załatwić bilety w pobliżu niego? - spytała, nagle pełna nadziei, bo Arthur Layamont spotykał się przecież obecnie z Jennifer Fairbanks, najjaśniejszą gwiazdą na scenie nie tylko Donlonu, ale całej Anglii. Jeżeli chodziło o premierę, o której Ava słyszała, to Jennifer grała w niej główną rolę.

- Byłbym - powiedział, krzywiąc się jeszcze mocniej, jakby ten plan ani trochę mu się nie podobał, a potem zmierzył ją krytycznym spojrzeniem. - Przefarbuj się, załóż jakieś soczewki, bo po tych oczach za łatwo cię poznać, postaraj się nie wyglądać jak ty. Żadnej magii poza najdrobniejszymi zaklęciami.

Miała ochotę spytać, czy uważa ją za głupią. W Teatrze Donlonu poza sceną nie wolno było używać magii, a na widowni nie rozwiewały się tylko najbardziej podstawowe czary ochronne oraz poprawiające wygląd. Ugryzła się jednak w język. Layamont był gotów wcielić jej plan w życie i miał niezły pomysł, w jaki sposób to zrobić, nie powinna więc narzekać.

- Drobne zaklęcia i makijaż wystarczą. Na widowni jest ciemno, a my prawie nie mieliśmy kontaktu.

I soczewki. Arthur miał rację: wszyscy Careyowie, co do jednego, mieli oczy w tej samej, intensywnie niebieskiej barwie, nawet kuzyn Avy, który po matce odziedziczył ciemniejszy koloryt skóry. Gdyby Matthew spojrzał jej w oczy, mógłby zorientować się, że coś jest nie tak.

- Co nie znaczy, że nikt inny cię nie rozpozna i nie zacznie się zastanawiać, co znowu wyprawia najmłodsza z Careyów.

- Nawet jeżeli, to co mamy tak naprawdę do stracenia? - spytała zniecierpliwiona.

Nie mieli punktów zaczepienia, a Richard Woodville raz już rozegrał ich tak, jak chciał. Nie stał się na powrót władcą Donlonu, tym razem udzielnym, a nie jednym z ośmiorga, wyłącznie przez upór Malory Rhodes. Nie mogli liczyć na to, że drugi raz nastąpi taki cud.

Mina Arthura się zmieniła: ustąpiło zdenerwowanie, mięśnie się rozluźniły i przez chwilę spoglądał na nią, a jego twarz zdawała się pozbawiona wszelkiego wyrazu. Potem odwrócił wzrok i zapatrzył się na miasto, na Donlon, tonący w blasku błękitnych świateł. Gdy wreszcie się odezwał, głos miał matowy, niewyrażający żadnych emocji, a jednak... za jego odpowiedzią musiało kryć się ich bardzo wiele, choć Ava nie potrafiła jej zrozumieć.

- Wszystko.

Soczewki kontaktowe, kosztowna peruka, profesjonalny makijaż wykonany w absurdalnie drogim salonie w Londynie i bardzo drobne, właściwie niemożliwe do wyczucia zaklęcie, zmieniły Avę Carey z niebieskookiej blondynki o lekko zadartym, piegowatym nosie w ciemnooką brunetkę o prostym nosku i karnacji porcelanowej lalki. Odpowiednio dobrana suknia, z gatunku tych, jakich Ava zwykle nie nosiła, więc mocno wydekoltowana i krótka, dopełniła dzieła. W ogóle nie przypominała siebie - do tego stopnia, że sama ledwo poznawała się w lustrze. Jeżeli Matthew Ravensbruk nie miał na ścianie jej wielkiego zdjęcia, podpisanego "musisz na nią uważać", któremu przypatrywał się każdego ranka, nie miał szans rozpoznać Careyówny.

Wykorzystując pieniądze, znajomości, prośby i przekupstwo, udało się zdobyć bilety w tej samej loży, w której miał siedzieć Ravensbruk. Przedstawienie zaczynało się po zmroku, a między chwilą, w której zgasną światła na widowni, a podniesieniem kurtyny teatr spowije ciemność. Te kilkadziesiąt sekund wystarczy z naddatkiem, aby cień Avy Carey przylgnął do Matthewa Ravensbruka. Drobny, trudny do wyczucia.

Tak naprawdę największy problem polegał na tym, że Ravensbruk był empatą. Mógł wyczuć zdenerwowanie, zmartwienie, każde nienaturalne drgnięcie emocji siedzącej tuż za jego plecami kobiety. Wprawdzie szansa na to, że będzie próbował odbierać cudze uczucia w wypełnionym po brzegi teatrze, była bliska zeru, to ryzyko jednak również należało zminimalizować.

Ava wypiła więc przed wyjściem eliksir uspokajający - w maksymalnej dawce, jaka nie zagrażała jej zdolności do precyzyjnego posługiwania się magią - a dodatkowo absurdalne wręcz ilości melisy. W rezultacie była tego wieczora wyjątkowo spokojna, balansując wręcz na granicy otępienia.

Siedziała już na miejscu, kiedy pojawił się Matthew Ravensbruk. Towarzyszyła mu żona, której geny obwiniano za upadek rodu. On miał koło siedemdziesiątki, ale - jak dość często bywało w przypadku silnych magów - wyglądał znacznie młodziej. Młodziej nawet od pani Ravensbruk, która, jak wynikało z kartotek, liczyła sobie sześćdziesiąt trzy lata. Ava też by jej tyle nie dała, chociaż jej przed starzeniem nie chroniła żadna magia. Poruszała się z gracją i wciąż była ładna, zdaniem niektórych pewnie nawet piękna.

I tak podobna do swojego wnuka, że Ava przez moment nie mogła oderwać od niej wzroku. Z powodu siwienia rude włosy miała trochę jaśniejsze, ale Edward bez wątpienia odziedziczył je po niej. Podobnie jak oczy, wielkie i zielone, wysokie kości policzkowe i bladą karnację.

Dopiero po chwili Carey przypomniała sobie, że jej celem jest ktoś inny. Matthew właśnie rozglądał się po loży: może w poszukiwaniu znajomych twarzy, może (jeśli faktycznie współpracował z Woodville'em) z ostrożności, ale Avę tylko omiótł wzrokiem. Nie poznał jej albo nikt nie doradzał mu, by wystrzegał się Careyówny. Łańcuszek na szyi Ravensbruka, ginący pod ubraniem, wskazywał na to, że nosi ochronny amulet, ale magia Avy była subtelna. Tak trudna do wyczucia, że do tej pory tylko jedna osoba dostrzegła jej cienie, gdy chciała je ukryć - William Doe. Bariera zwykłego amuletu nie stanowiła przeszkody dla małego strzępu ciemności. Zwłaszcza teraz, bo od tamtego dnia w podziemiach, gdy Carey śniła o Donlonie stworzonym z magii i o tym, jak potężna mogłaby się stać, jej magia przekroczyła kolejną granicę.

Widownia się zapełniała, podobnie jak loża, w której siedzieli. Gdyby nie uspokajające eliksiry, być może Avę zacząłby dręczyć niepokój, bo Arthur miał sporo racji: to, że lorda Ravensbruka widziała zaledwie parę razy, a jego żony nigdy, nie znaczyło, że nie rozpozna jej nikt inny. Tego dnia w teatrze gościli jedynie przedstawiciele donlońskiej elity, a ze względów rodzinnych Careyówna znała wielu z nich. Z góry widziała na widowni jednego ze swoich dalszych kuzynów, z przodu zasiadał u boku żony najlepszy przyjaciel ojca, w drugiej loży mignęła jej też charakterystyczna burza loków Laine Song. W loży siedziało zaledwie dziesięć osób, ale nawet wśród nich trafiły się dwie dobrze znane Avie twarze. Na całe szczęście państwo Crimsonowie, właściciele największego domu mody w Donlonie, którzy nieraz bywali w domu Careyów, nie zwracali na nią uwagi.

Wreszcie światła zaczęły gasnąć.

W tej chwili mroku, gdy znikł blask wcześniej temu padający na salę, a jeszcze nie zapłonęły magiczne światła nad sceną, Ava upuściła torebkę i schylając się po nią, oparła dłoń o krzesło przed sobą. Jej palec musnął ramię Ravensbruka tak lekko, że mężczyzna chyba nawet tego nie poczuł. Gdy zaś Careyówna się wyprostowała i gdy kurtyna poszła w górę, a magiczny blask oświetlił scenę, zaczynając taniec blasku i mroku, w cieniu Matthew Ravensbruka kryła się odrobina nowej magii.

Ava zapadła się w miękki fotel i skupiła na wyciszeniu emocji. Nie mogła pozwolić, aby Matthew wyczuł od niej cokolwiek podejrzanego. Patrzyła na scenę, ale nie docierało do niej nic z tego, co mówili bohaterowie. Z początku tak naprawdę nawet nie widziała aktorów ani sceny, na której za sprawą magii pojawił się zaczarowany las. Dopiero po kilkunastu minutach, kiedy uspokoiła się zupełnie i kilkakrotnie upewniła, że jest w stanie sięgnąć ku cieniowi Matthew, dostrzegła wreszcie, że na tafli zaklętego jeziora, pośród ośnieżonych drzew, tańczy Jennifer Fairbanks. Jej suknia mieniła się wszystkimi odcieniami niebieskiego, włosy, naturalnie czarne i sięgające pasa, teraz wirowały wokół niej błękitne, długie niemal do kolan.

Była piękna. Tak piękna, jak prawdziwa aes sídhe, a o nich traktowało przedstawienie. Ava pomyślała jednak, że Jennifer zupełnie ich nie przypomina, bo musiałaby być w tym pięknie też straszna, a jej uroda była zbyt ludzka i zbyt łagodna. Widać ponad trzysta lat od dnia, gdy większość z nich zginęła lub odeszła, a reszta skryła się przed światem, nawet magiczni zapomnieli o tym, jak wiele mroku kryły w sobie te istoty. I że żadna z nich, nigdy, pod żadnym pozorem, nie odrzuciłaby swojej mocy i nieśmiertelności, bo pokochała człowieka.

Ludzie, którzy wpadali w sidła aes sídhe, zawsze kończyli źle.

Podobno Mathilda Laurence, współtwórczyni Donlonu, była pół-fae.

Jennifer była aktorką doskonałą, a aktor grający jej ukochanego niewiele pannie Fairbanks ustępował. Zaklęcia, którymi spowito scenę, sprawiały, że efekty specjalne wypadały lepiej niż w największych kinowych hitach, a w niektórych momentach iluzje wypełniały cały teatr. Sufit zamieniał się w rozgwieżdżone niebo, mgła snuła się między rzędami, zaczynał padać deszcz - krople znikały tuż nad głowami widzów. W normalnych okolicznościach Ava byłaby zachwycona. Teraz mogła myśleć tylko o tym, jak długo będzie musiała tkwić w pobliżu Matthew Ravensbruka i czy cała operacja ma szansę przynieść jakikolwiek rezultat. Był najbardziej oczywistym celem dla Woodville'a, rzecz jasna. Ale czy w takim przypadku... nie oznaczało to, że nie zostanie jako taki wybrany? Nie bez powodu Ava nie proponowała skorzystania z tej metody wcześniej - mogła stracić mnóstwo czasu i siły, by niczego nie zyskać.

Ale teraz naprawdę niewiele mieli już do stracenia. Wyczerpali inne możliwości.

Gdy przedstawienie się skończyło, kurtyna opadła i prze­brzmiały oklaski, Ava ruszyła do wyjścia, starając się trzymać kilkanaście metrów za Ravensbrukami. Nie musiała ich widzieć: póki odrobina jej magii kryła się w cieniu Matthew, wiedziała, gdzie on się znajduje. Teraz wystarczyło zadbać o to, by zbytnio się od niej nie oddalił. Dopóki dzieliło ich nie więcej niż pół mili, dopóty zdoła go znaleźć i usłyszy niektóre wypowiedziane słowa... a gdy Matthew znajdzie się w ciemnościach, będzie mogła swobodnie go szpiegować. Większa odległość jednak wszystko by utrudniła, a cień zniknąłby, gdyby mężczyzna oddalił się za bardzo.

Kolejne dni Carey miała więc spędzić nie w Rainharbour, nie w posiadłości dziadków w Donlonie, nawet nie w Scotland Yardzie, lecz w jednym z domów położonych przy tej samej ulicy, co posiadłość Ravensbruków. Szczęśliwie Carrie Owens, koleżanka Avy ze szkoły, mieszkała tam obecnie z mężem i zgodziła się na kilka dni udostępnić przyjaciółce pokój, nie zadając zbyt wielu pytań.

Ava przyspieszyła na schodach, kiedy Ravensbrukowie wsiadali już do auta. Zbiegła z kilku ostatnich stopni i błyskawicznie wskoczyła na tylne siedzenie starego, szarego samochodu o przyciemnionych szybach.

- Jedź!

Ściągnęła z głowy perukę i sięgnęła po plecak, by wyciągnąć z niego bluzę: element kolejnego przebrania.

- A gdzie proszę? - spytał Cassian Braywood, jej szkolny przyjaciel i partner ze Scotland Yardu.

- Ładnie proszę, żebyś mnie nie wkurwiał i zapierdalał za Ravensbrukami - oświadczyła Ava, zakładając bluzę bezpośrednio na sukienkę. Kaptur, długość, ciemny kolor, powinny pozwolić jej prześlizgnąć się z auta do domu Owensów bez zwracania na siebie uwagi.

- Jak to się dzieje, że jesteś miła dla większości populacji, a nade mną stale się znęcasz? - zamarudził Cassian, ale włączył się do ruchu.

Po wiecznie zamglonych ulicach Donlonu jeździło znacznie mniej aut niż po jego niemagicznym odpowiedniku, a na dodatek dochodziła dwudziesta druga, ruszenie w ślad za autem Ravensbruków nie było więc problemem. Istotne pozostawało utrzymanie odpowiedniej odległości.

- Zajmujesz po prostu specjalne miejsce w moim sercu, skarbie - mruknęła, zabierając się za zdejmowanie kontaktów. Nie chciała, aby Carrie zadawała pytania na temat cudownie odmienionego wyglądu koleżanki, na powrót do swojego zwykłego ja miała więc jakieś pięć minut, zanim zaparkują pod domem Owensów. - Skręcają w lewo... czyli chyba wracają do siebie. Możesz przejechać na następną ulicę i podjechać tam z drugiej strony.

- Avy, moje słońce, naprawdę sądzisz, że Matthew Ravensbruk ma taką paranoję, żeby sprawdzać, czy go nikt nie śledzi, gdy wraca z teatru?

- Jeśli Matthew Ravensbruk tego nie sprawdza, to znaczy, że nie jest człowiekiem, którego szukamy, i właśnie paskudnie tracimy czas - oświadczyła Ava, teraz pospiesznie wydobywając z plecaka tenisówki. - Nie zapytasz nawet, czy mi się udało?

- Po pierwsze, gdyby ci się nie udało, nie kazałabyś mi za nim jechać, nie wspominając o tym, że promieniowałabyś wyrzutami sumienia na dziesięć mil. Po drugie, nigdy w ciebie nie wątpiłem.

- Wcale nie promieniowałabym wyrzutami sumienia! - zaprotestowała gorąco, a potem skrzywiła się lekko, kiedy dostrzegła odbicie twarzy Cassiana w lusterku. Jego mina była pełna powątpiewania. - Na pewno nie na dziesięć mil.

- No dobrze, to na pięć. Avie?

- Aha?

- Nie rób nic głupiego. A przynajmniej nie głupszego niż zwykle.

- Co?

- Nic. Nieważne. Nie będę prosić o cuda. Po prostu uważaj na siebie.

- A potem się dziwisz, że jestem dla ciebie niemiła - parsknęła Ava. Zawiązała sznurówki i usiadła wygodniej. - Nic do mnie nie mów, dopóki nie dotrzemy.

Carey zacisnęła powieki i sięgnęła ku swojemu cieniowi.

Wzruszająca historia, mówiła właśnie pani Ravensbruk. Jennifer jest wspaniałą aktorką. Alan jeszcze wielu rzeczy musi się nauczyć, ale naprawdę dobrze oddał uczucia postaci. Słyszałam plotki, że jej sceniczny partner jest w niej zakochany. Byłaby z nich ładna para.

Nie sądzę, żeby Jennifer była nim zainteresowana.

Dlaczego nie? Jest utalentowany i dzielą pasje.

Dziewczyna spotyka się z Arthurem. On jest z... Nieważne.

On jest bogatym chłopcem z rodziny Layamontów, a Alan tylko biednym przybłędą znikąd?

Wiesz, że nie to chciałem powiedzieć.

Ava otworzyła oczy. Jeżeli Ravensbrukowie rozmawiali o przedstawieniu, aktorach i, w pewnym sensie, o własnej historii - bo w tej dyskusji łatwo było wyczuć niejaką gorycz i to z obu stron - nie zaczną teraz omawiać planów przejęcia władzy nad Donlonem, a ona nie powinna marnować energii na ich szpiegowanie. Zdusiła ukłucie frustracji. A przecież wcale nie spodziewała się natychmiastowych rezultatów.

- Auto będzie stało na najbliższym parkingu. Jeżeli będziesz musiała gdzieś jechać za Ravensbrukiem... - zaczął Cassian, kiedy podjechali pod dom Owensów. Samochodu Ravensbruków nie było widać, ale dzięki cieniowi Ava wiedziała, że wjechali już do podziemnego garażu pod posiadłością i Matthew właśnie wysiadał z pojazdu.

- ...mam się grzecznie odmeldować tobie, mojemu bratu lub naszemu wspaniałemu dyrektorowi i nie kombinować niczego sama. Tak, tak, będę dobrą dziewczynką - mruknęła Carey. Naciągnęła kaptur na głowę i położyła dłoń na klamce, ale nie otworzyła drzwi od razu. - Wy też na siebie uważajcie. I...

- I?

- Dawaj mi znać o wszystkim, co uznasz za dziwne, dobrze?

- W tym cholernym mieście? - spytał Cassian, po czym roześmiał się, krótko i gorzko. - Po Czerwonym Poniedziałku i po tym, co stało się w Avallen? Słońce, musiałbym kontaktować się z tobą dwanaście razy dziennie. A teraz leć i dopadnij drania.

*

Przez trzy kolejne dni nie zdarzyło się absolutnie nic niezwykłego.

Matthew Ravensbruk wiódł życie uporządkowane, by nie powiedzieć: nudne. Wciąż miał znajomości i pewne wpływy, ale czasy jego kariery, podobnie jak świetności rodziny Ravensbruków, przeminęły. Wciąż miał miejsce w Izbie Magii, ale nie pełnił od lat w niej ważnej funkcji ani nie piastował oficjalnego stanowiska i nie pojechał nawet na jej spotkanie. Rzadko bywał w towarzystwie i równie rzadko ktoś odwiedzał jego. Ilekroć Ava sięgała ku jego cieniowi, znajdowała jedynie ciszę i pustkę. Raz tylko przyszedł jeden ze starych znajomych, Marius Song, a choć rozmowa zeszła na niestabilność polityczną w Donlonie i konieczność działania, by uratować sytuację, ani słowem nie wspomniano o Richardzie Woodville'u. Matthew nie robił niczego podejrzanego. Właściwie niewiele robił - spędzał dni zakopany w księgach i dokumentach, z rzadka odzywając się do nielicznej służby i jeszcze rzadziej do żony. Kobiety, którą kochał kiedyś tak bardzo, że poślubił ją wbrew woli rodziny, narażając na szwank swoją pozycję towarzyską i polityczną.

Być może po latach ta miłość przeminęła. Pozostały jedynie gorycz i świadomość tego, ile to małżeństwo go kosztowało. Gdyby wziął za żonę kobietę bardziej utalentowaną magicznie, jego syn i wnuk mogliby być silnymi magami, rodzinne interesy lepiej by się układały, a on byłby istotniejszą postacią w donlońskiej polityce. Posiadłość Ravensbruków nie stałaby pusta i cicha. Nie zatrudnialiby zaledwie dwóch pracowników, i to na przychodne. Właśnie przeczucie tej goryczy sprawiło, że po trzech dniach Ava wciąż korzystała z gościny Carrie. Zaciągała ciemne, grube zasłony w niewielkim pokoju, zatrzaskiwała drzwi i raz po raz zapadała się w ciemność, śledząc każdy krok nieszczęśliwego, starszego człowieka, któremu pozostały jedynie wspomnienia wielkiej przeszłości.

Jeżeli Richard Woodville mógł komuś zaoferować spełnienie marzeń, tym kimś z pewnością był Matthew Ravensbruk.

Czwartego dnia, gdy Ava po śniadaniu, zjedzonym w towarzystwie Carrie - coraz bardziej skonfundowanej tym, że przyjaciółka zamyka się w pokoju na długie godziny, a gdy wychodzi z niego, za każdym razem wygląda gorzej - sięgnęła ku cieniowi Matthew, przekonała się, że Ravensbruk rozmawia w gabinecie ze swoim pracownikiem. Chester Moor był mężczyzną po czterdziestce, niemal pozbawionym magicznego talentu, od dwudziestu lat pracującym dla Ravensbruka. W przeszłości asystent, obecnie w posiadłości pojawiał się co jakiś czas, zajmując się zarówno jej zaopatrzeniem, jak i dokumentami. Pełnił też funkcję szofera.

Tyle że tym razem to nie był Chester Moor.

Chester Moor nie zwracał się do swojego pracodawcy takim tonem.

Jeszcze jakieś przemyślenia?

...podsumowując, Tiberiusa radzę więc skreślić z listy. Nad Mariusem będę pracował dalej.

...spotkamy się...

W takim razie... to wszystko?

Minęła dopiero dziesiąta, a choć Donlon tonął tego dnia w mlecznobiałej mgle, przez duże okna gabinetu Ravensbruka wpadało dość światła, by pomieszczenia nie wypełnił mrok. Magiczna latarnia dodatkowo rozświetlała salę. Ava nie mogła dobrze przyjrzeć się scenie rozgrywającej w posiadłości: widziała tylko Matthew, w którego cieniu kryła się jej magia. Słyszała ledwie strzępy kończącej się rozmowy, ale od razu zrozumiała, że nie przypomina ona zwykłych wymian zdań między Moorem a jego chlebodawcą.

Chester Moor został starannie sprawdzony przez pracowników Scotland Yardu jako potencjalny łącznik między Ravensbrukiem i Woodville'em. Tę hipotezę odrzucono już parę tygodni temu i zaprzestano jego obserwacji.

Moor jednak nie musiał być łącznikiem ani mieć żadnych podejrzanych kontaktów. Wystarczyło dokonać podmiany we właściwym momencie. Taka może nie uszłaby uwagi najlepszych detektywów, ale przecież tych nie oddelegowano do stałego śledzenia Moora: Scotland Yard nie miał na to dość ludzi.

Nawet nie zapytasz o Edwarda?

Nie.

Chwila ciszy.

Kroki.

Trzask zamykanych drzwi.

Ava wyszła z transu. Chciała poderwać się z łóżka, ale zrobiła to zbyt szybko. Wyczerpana używaniem magii, po długim leżeniu w jednej pozycji, przewróciła się i, co gorsza, walnęła głową o szafkę. Zaklęła pod nosem, czując, że po czole spływa jej krew. Mimo to wstała niemal natychmiast i dopadła telefonu. Komórki niezbyt sprawdzały się w Donlonie, zwykłe aparaty działały jednak dobrze. Ava pospiesznie wybrała numer. Na połączenie czekała piętnaście sekund - o piętnaście sekund za długo. Będzie musiała potem porozmawiać o tym z Leoną...

- Ko...

- Tu Ava - wyrzuciła z siebie, przerywając Leonie w pół słowa. - Daj mi Cassiana albo mojego brata. Layamonta, jeśli ich nie ma. Szybko. To ważne.

Upływały kolejne cenne sekundy. Nim w słuchawce odezwał się głos Cassiana, Ava odliczała, ile czasu "Chester Moor" będzie potrzebował na opuszczenie posiadłości. Jeżeli od razu ruszył do frontowych drzwi, prawdopodobnie właśnie z niej wychodził: a ona tkwiła przy cholernym telefonie, ryzykując, że stracą jedyny trop.

- Ktoś odwiedził Ravensbruka jako Chester Moor, wspomniał o Edwardzie i werbowaniu Mariusa Songa, ruszam za nim, powiedz Layamontowi.

Słowa wypowiadała tak szybko, że prawie się ze sobą zlewały. Nie poczekała na odpowiedź: rzuciła słuchawkę i natychmiast skierowała się do drzwi. Nie biegła tylko dlatego, że wciąż kręciło się jej w głowie, i po drodze sięgała do każdego cienia w domu - pod meblami, we wnętrzu szaf, za drzwiami - przyciągając je do siebie, gromadząc we własnym cieniu. Za dnia trudno będzie się ukryć, ale gęsta mgła i cienie były sprzymierzeńcami Avy.

"Chester Moor" nie mógł jej zobaczyć.

Nawet nie zapytasz o Edwarda?

Percival Fitzroy nie mógł jej zobaczyć.

Od chwili, w której wspomniał młodego Ravensbruka, Ava była niemal pewna, że w gabinecie Matthew przebywał właśnie on. I przez świadomość tego, jak blisko znalazł się Percival, nie umiała myśleć racjonalnie. W jej duszy kłębiły się wściekłość, gorycz i strach. Nie potrafiła nawet powiedzieć, co chciałaby zrobić w tej chwili. Pobiec prosto do niego i zażądać wyjaśnień? Spróbować go aresztować? Postarać się zostawić przy nim strzępek cienia? W głowie Avy huczało, trochę z bólu po uderzeniu, trochę z powodu adrenaliny. Próbowała, naprawdę próbowała, myśleć rozsądnie. Wiedziała, że nie powinna atakować Percivala Fitzroya. Mogłaby pokonać go w pojedynku nocą, ale nie była już pewna wyniku starcia za dnia, a poza tym nie miała prawa ryzykować życia potencjalnych przechodniów. Nie było też szans na umieszczenie przy nim cienia. Musiałaby podejść zbyt blisko.

Pozostawała próba śledzenia go.

O ile już i na to nie było za późno.

Wyszła na zewnątrz, prosto we mgłę. Ta nie przysłaniała świata zupełnie, zwłaszcza że wzdłuż ulicy płonęły lampy Reda, ale ograniczała widoczność. Mimo to Ava zdołała wypatrzeć znikającą we mgle sylwetkę i choć nie mogła się jej przyjrzeć, od razu wiedziała, że to Fitzroy. Nie miała pojęcia, jak poruszał się Moor, ale to były krok i postawa Percivala.

Idąc główną ulicą, w blasku dnia i lamp, nie mogła zniknąć wśród cieni zupełnie. Naciągnęła więc jedynie kaptur na głowę, dłonie ukryła w kieszeniach i ruszyła w ślad za nim, modląc się o to, by się nie obejrzał. Choć nawet wtedy - co by zobaczył, poza jeszcze jedną z kilku postaci w donlońskiej mgle? Nie byli na ulicy sami i dzieliło ich kilkadziesiąt metrów. Tak, ona go rozpoznała, ale spodziewała się go zobaczyć. On, nawet jeżeli zachowywał ostrożność, nie miał podstaw sądzić, że Ravensbruka pilnuje akurat Careyówna. Kusiło ją, by ruszyć biegiem, zanim zniknie jej z oczu, ale w tej chwili liczyło się to, by nie odkrył, że ich przejrzano. Nawet jeżeli zniknie, pojawi się znowu. Percival teraz na pewno był czujny. Usłyszałby jej kroki albo, gdyby za bardzo zmniejszyła odległość, wyczuł targające nią emocje i uznał to za podejrzane.

Co kiedyś jej powiedział? Lata temu? Jego "zasięg" wynosił około piętnaście metrów. Dwadzieścia, jeśli się skupił. W tej chwili dzieliło ich dwa razy tyle, ale był starszy i silniejszy niż w szkole.

Dlatego po tym pierwszym szoku, który sprawił, że wybiegła na ulicę bez namysłu, zwolniła. Pozwalała mu oddalać się coraz bardziej, za to próbowała sięgnąć ku cieniom w pobliskich zaułkach i za ich pomocą wypatrzeć, w którą stronę się udał. Czy jednak zawodziła jej magia, zbyt słaba o poranku, czy po prostu Ava nie umiała się skupić albo miała pecha - niczego nie osiągnęła. Złość, na niego i na samą siebie, narastała, chociaż Carey próbowała się uspokoić. Nie wszystko było stracone: następnym razem zastawią pułapkę. Skręciła jednak w jedną z uliczek, wiedziona nagłym impulsem, jednym z tych, którym przywykła ufać od najmłodszych lat, przeczuciu, że mógł pójść w tę stronę...

I wpadła prosto na "Chestera Moora".

Jego palce zacisnęły się na jej ramionach. Ava zareagowała natychmiast, instynktownie niemalże, wyszarpując się z uścisku: z nich dwojga to ją znacznie lepiej wyszkolono do starć fizycznych. Magia zaigrała na czubkach palców, cień poruszył się, ale minęła ich kobieta, pchająca wózek z małym dzieckiem, i Carey nie zaatakowała. Stali na środku ulicy. Donlon nie był może aż tak zatłoczony jak Londyn, ale o tej porze wokół kręciło się zbyt wielu ludzi. Ktoś mógł ucierpieć podczas walki albo spróbować ją przerwać, nieświadom, co się dzieje. Ava zamarła więc po prostu, zapatrzona w obcą twarz, za którą krył się tak znajomy człowiek.

On też nie zaatakował. Nie próbował się nawet bronić. Być może wiedział, że dziewczyna nie zacznie walki, jeszcze zanim ona to zrozumiała.

- Cześć, Ava.

- Skąd wiedziałeś? - zapytała cicho. Jej głos zabrzmiał normalnie, a przecież ledwo go z siebie wydobyła, bo gardło miała zupełnie ściśnięte. Jak tamtej nocy, kiedy odszedł, z Avallen i zarazem, drugi raz już, z jej życia, i kiedy nie zdołała wykrztusić niczego poza jednym słowem.

- Wyczułem cię. Nie panujesz nad emocjami.

Ani razu nie zbliżyłam się na mniej niż cholerne pięćdziesiąt metrów, to za daleko dla każdego empaty, i nie powinieneś rozpoznać mnie po samych emocjach, pomyślała, ale nie powiedziała tego na głos. Być może Richard Woodville nauczył go jakichś sztuczek. Cofnęła się o krok, próbując się skupić, a palce ułożyła tak, aby w razie potrzeby błyskawicznie postawić tarczę.

- I co teraz? - spytał Percival, gdy się nie odezwała. - Aresztujesz mnie?

Co teraz?

Teraz musiała grać na czas. Ktoś ze Scotland Yardu powinien pojawić się pod domem Ravensbruka mniej więcej... za dwie, trzy minuty. Odeszli od niego nie dalej niż pięć minut piechotą. Istniała szansa, że funkcjonariusze tu wkrótce dotrą.

- Nie pozwolisz się aresztować.

- Nie, nie pozwolę - potwierdził Fitzroy. - Co ci się stało?

Sięgnął ku jej twarzy, ku rozbitemu czołu, o którym zdążyła już zapomnieć. Odchyliła głowę, umykając przed jego dotykiem.

- Nie twoja sprawa.

Przez twarz Moora przemknął skurcz, ale zaraz powrócił na nią spokój.

- Jesteś mi coś winna, Ava.

- Ja jestem ci coś winna? - wycedziła i złość, przytłumiona na moment dezorientacją, zapłonęła w jej duszy z nową siłą. Miała chęć walnąć pięścią prosto w twarz Percivala, a powstrzymywała ją tylko świadomość, że jego magia mogłaby być szybsza od jej dłoni. - Nie byłam ci niczego winna nawet przez cholerną minutę. Nigdy.

- Obiecałaś, że gdy problemy w Avallen się skończą, pójdziemy na herbatę. Ten jeden, ostatni raz.

Jeżeli chciał ją zaskoczyć, to osiągnął cel. Spodziewałaby się prawie wszystkiego, ale nie tego. Nie, że, do cholery, jedna z najbardziej poszukiwanych osób w Wielkiej Brytanii, zaprosi pracownicę donlońskiej policji na herbatkę.

Nie, że ktoś, kto zdradził swoich uczniów, współpracowników, ją, Donlon i najlepszego przyjaciela, będzie chciał gdziekolwiek z nią iść.

- Oszalałeś, prawda?

- Być może - przyznał Percival, a wąskie usta Chestera rozciągnęły się w uśmiechu. To był obcy uśmiech, obcy głos, obce oczy, a jednak coś w tych oczach, w jego spojrzeniu, sprawiło, że na moment prawie zapomniała o tym kamuflażu. Wiedziała też: ten uśmiech był równie fałszywy, jak ta twarz. - Ale złożyłaś obietnicę w Donlonie, Ava, a tutaj nie powinno łamać się przyrzeczeń. I nigdy nie powinna łamać ich dziewczyna z krwią aes sidhe ciemności i ziemi.

- Rozrzedzoną przez trzy ludzkie pokolenia - wycedziła Ava, nawet nie próbując się zastanawiać, skąd o tym wiedział. Nie miało to zresztą znaczenia: nie była aes sídhe. Nie była nią nawet jej matka ani kuzynka Eleanore, chociaż obie miały w sobie znacznie więcej z fae niż Avalon Carey. - Twierdzisz, że mam wobec ciebie dług?

Tak naprawdę nie sądziła, aby te prawa, wiążące aes sídhe, dotyczyły i jej. Potrafiła kłamać: mogłaby zapewne i złamać obietnicę, i nie spłacić zaciągniętego długo. Nie potwierdziła swojego słowa magią. Mimo to coś w niej wzdrygało się na samą myśl o niewypełnieniu przyrzeczenia, nawet tak błahego.

Może bała się ryzykować. Może była to krew rodu jej matki, a może tylko niezłomne zasady nadmiernie wręcz przyzwoitego ojca, który usiłował nauczyć dzieci, że obietnic nie wolno łamać.

- Tak twierdzę - przytaknął i Avę nagle uderzyła myśl, że nie tylko nie znała tego mężczyzny, co przecież wiedziała od tamtego dnia w podziemiach, ale może nigdy nie znała też chłopca, którym niegdyś był. Bo mogłaby przysiąc, że Percival Fitzroy nie próbowałby takich sztuczek. - Spójrz na to z tej strony, Ava: na pewno masz pytania i może zdołasz dostać parę odpowiedzi. Jestem też pewien, że powiadomiłaś kogoś, że mnie znalazłaś. Może znajdą nas na czas?

- Dlaczego miałbyś tak ryzykować? - spytała cicho, a podejrzliwość uderzyła ze zdwojoną siłą. Nie wiedziała, w czym tkwi podstęp, ale jakiś musiał tutaj być.

- Odpowiem ci, jeżeli ze mną pójdziesz.

- Co cię powstrzyma przed kłamstwem?

- Czy kiedykolwiek cię okłamałem?

Nie wiem, pomyślała. Percival okłamywał innych, o tym wiedziała zawsze. Sama nigdy nie przyłapała go na kłamstwie: powiedział jej prawdę nawet wtedy, gdy wprost spytała, czy pomagał swojemu bratu mylić tropy w sprawie zabójstwa. "To mój brat", trzy krótkie słowa, który mówiły wszystko. Ale to, że na oszustwie go nie złapała, nie oznaczało, że się do niego nie uciekał. Że jeżeli nawet nie wypowiadał oczywistych kłamstw, nie udawał na sto innych sposobów, nie pomijał pewnych rzeczy, nie bawił się słowem, jak robiły aes sídhe, mogące mówić tylko prawdę, do perfekcji więc doprowadzające umiejętność zwodzenia innych, nie kłamiąc wprost.

- Robiłeś znacznie gorsze rzeczy.

- O tak - przytaknął Percival. - Bardzo wiele, ale nie ma wśród nich kłamstw wobec ciebie. Chodź, Ava.

Chwycił ją za rękę i pociągnął w mgłę.

To było głupie, tak strasznie głupie i tak bardzo ryzykowne, dać się poprowadzić Percivalowi Fitzroyowi w plątaninę donlońskich uliczek. Mimo to Ava poszła za nim, trochę wiedziona brawurą i desperacją, bo był w tej chwili jej jedynym tropem, matka zaś doradzała, by znaleźć kogoś, kogo cień doprowadzi ją do celu i oczy miała wtedy wielkie, ciemniejsze niż zwykle, bardziej nieludzkie. Trochę uległa też jeszcze czemuś, do czego nie chciała przyznawać się sama przed sobą: pragnieniem usłyszenia odpowiedzi. Bo tak, miała pytania, cholernie dużo pytań, które dręczyły ją od miesięcy i chociaż nie było w niej już nadziei wobec Percivala Fitzroya, to chciała wiedzieć.

Mogła z nim walczyć i prawdopodobnie przegrać. Mogła pozwolić mu odejść, zniknąć we mgle i wściekać się później na samą siebie, że źle to rozegrała. I mogła spróbować wreszcie się czegoś dowiedzieć.

Avę kusiło, by połączyć ich cienie. Za dnia jednak nie była pewna sukcesu, a poza tym Percival sam chwycił ją za dłoń: zupełnie jakby celowo dawał jej okazję. Może to właśnie był powód jego zachowania. Chciał, by spróbowała go śledzić.

Ten rodzaj magii, którą władała Careyówna, występował rzadko. Mieszanka krwi Careyów i przedziwnej mocy Aisling stworzyła coś zupełnie nowego, ale co wciąż do pewnego stopnia mieściło się w ramach magii żywiołów. Percival znał jej możliwości, a Richard Woodville mógł zwerbować kogoś, kto był dobry w tej dziedzinie. Być może znaleźliby sposób na przekazanie fałszywych obrazów, słów, wyczucie, gdzie w pobliżu przebywa Ava albo nawet wykorzystanie jej własnej magii przeciwko niej.

Percival pociągnął ją w boczną uliczkę, a potem schodami w dół. Znała tę herbaciarnię i to, że wybrał właśnie ten lokal zdawało się potwierdzać teorię: wręcz ją kusił, by posłała za nim swój cień. Nie tylko trzymał ją za rękę - a fizyczny kontakt ułatwiał użycie magii - lecz także wprowadzał ją do miejsca położonego w podziemiach, do którego schodziło się po schodach pogrążonych w półmroku i gdzie źródłem światła były nieliczne świece i lampiony. Ich ciepły blask nie rozpraszał wcale ciemności, jedynie tworzył więcej cieni.

Ciekawe, jak szybko nas tutaj znajdą, zastanowiła się Ava. Ktoś na pewno dotarł już pod posiadłość Ravensbruków. Kolejnym krokiem powinno być przeszukanie okolicy albo próba namierzenia konkretnie jej. Scotland Yard miał spore możliwości. To, jak szybko po nie sięgną, zależało jednak od tego, kto został tutaj wysłany, czy nie przyszły inne, pilne wyzwania, czy Arthur albo Lance byli na miejscu. Skuteczność czarów poszukujących z kolei zależała od wielu czynników, a Percival na pewno był przed nimi doskonale ukryty: i być może to, co blokowało możliwość znalezienia jego, obejmowało też najbliższe otoczenie. Szybkie rachunki wskazywały, że jeśli Ava ma dużo szczęścia, ktoś powinien tutaj dotrzeć za jakieś dziesięć minut. Jeżeli miała pecha... to nawet za kilka godzin.

- Byliśmy tu kiedyś. Pamiętasz? - spytał Percival, prowadząc ją do kamiennego stolika w jednej z wnęk.

O tej porze kawiarnię dopiero otwierano i na razie nie było w niej wielu klientów - zaczynała się zapełniać dopiero w okolicach trzynastej. Lokal nie miał okien, ściany zachowywały naturalną, ceglaną fakturę, a za dekoracje służyły ozdobne lampiony i suszone kwiaty. Ciepły blask lamp i zapalonych świec padał na ściany, wypełniał zakątki cieniami. Zaklęte świece, wypalając się, wypełniały pomieszczenia zapachem malin, liściastej herbaty i jabłek: zawsze tak tu pachniało jesienią.

Oczywiście, że pamiętała. Sama go tutaj przyprowadziła.

Siedzieli nawet wtedy przy tym samym, cholernym stoliku, który wybrał teraz. Nie wzbudzało to w Avie nostalgii, sprawiało raczej, że coś boleśnie skręcało się w jej żołądku na myśl o chłopcu, którym był wtedy Percival, o dziewczynie, którą była wtedy ona. O czasach, kiedy życie było nieskomplikowane, gdy o przygodach i czarnej magii czytało się tylko w księgach. Zanim przyszła dorosłość, zanim oboje wybrali swoje ścieżki, wypełnione cieniami, i przede wszystkim, zanim Richard Woodville otworzył oczy w podziemiach Avallen i przyniósł do Donlonu widmo wojny.

- Myślisz, że jeżeli przypomnisz mi o starej przyjaźni, nie będę chciała cię aresztować?

- Nie jestem aż tak naiwny, Ava - powiedział Percival, odsuwając dla niej krzesło. - Z ciekawości: pod jakim zarzutem chciałabyś dokonać aresztowania?

Przeszła na drugą stronę stolika i zajęła inne miejsce niż to, które dla niej wybrał. Nie z przekory. Z ostrożności i by dołożyć kolejną cegłę do stojącego między nimi muru.

- Udział w spisku mającym na celu przejęcie władzy w Donlonie to za mało?

- Oboje wiemy, że na to nie ma dość dowodów.

Niestety. W ten spisek mało kto wierzył: zeznania Avy, Arthura i to, co zobaczyła Patience, nie wystarczyły ani by przekonać wszystkich, że Richard Woodville wrócił zza grobu, ani że jego celem jest odzyskanie władzy nad miastem.

- W takim razie udział w porwaniu dwójki nieletnich i współpraca z mężczyzną poszukiwanym za morderstwo Malory Rhodes oraz próbę zabicia Arthura Layamonta brzmi lepiej? - spytała cicho.

Percival nie odpowiedział od razu: kelnerka podeszła do stolika. Ava nie spojrzała nawet na menu, wskazała pierwszą lepszą pozycję na chybił trafił, Fitzroy zamówił herbatę migdałową.

Jak zawsze.

Nie chciała tego pamiętać.

- Edward i William poszli z Richardem z własnej woli, a Arthur doszedł do siebie - powiedział, ledwo pracownica odeszła.

- Ale Malory nie żyje - odparła Ava i gdy te słowa zatańczyły na języku, nagle jakby wszystko się zmieniło. Cała konsternacja, całe zagubienie, jakie odczuwała na widok Percivala, i to, jak bardzo zbiło ją z tropu jego zachowanie, straciło znaczenie. Odrobina nadziei, której istnienia chyba sobie nie uświadamiała, na to, że Percival zabrał ją tutaj, ponieważ się opamiętał, umarła.

Bo Malory Rhodes nie żyła. Richard Woodville wykorzystał ją jako baterię i pomost. Przez niego Ava zabiła przyjaciółkę własnymi rękami. A Percival Fitzroy, choć widział ciało kobiety w ciemnej wodzie, i tak za nim poszedł.

- Jedna strata, straszliwa, przyznaję, ale może ocalić Donlon.

- Ocalić? - spytała z niedowierzaniem, tak wielkim, że jeszcze nie zdążyło się przemienić we wściekłość. - Chyba go zniszczyć i na zawsze pogrążyć w chaosie.

- Donlon umiera. Powoli, ale stale.

Donlonu, który nie umiera, powoli, ale stale?

Słowa Malory, wypowiedziane we śnie, odbiły się w głowie Avy i musiała na moment zacisnąć powieki. Nie płakała, gdy Malory zaginęła ani potem, gdy wszystko wskazywało na to, że ta nie żyje, ani nawet gdy sama zakończyła życie przyjaciółki. Teraz, przez jedną sekundę, była za to bliska łez: nad Malory, nad Percivalem, nad samą sobą. Prędzej jednak odgryzłaby sobie rękę, niż rozpłakała się w towarzystwie Percivala Fitzroya.

Jedynego człowieka, przed którym kiedyś pozwoliłaby sobie na słabość.

- Donlon się zmienia, nie umiera - powiedziała sucho, otwierając oczy. Patrzyła na twarz Chestera Moora, za którą skrywał się Percival, ale widziała nie jego, lecz Malory Rhodes i zawalone budynki za Tamizą. - Nie dacie mu życia cudzą śmiercią. By odbudować go według wizji Woodville'a, fundamentem musiałyby stać się ruiny. Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? Chyba nie sądzisz, że zdołasz mnie zwerbować do waszej chorej rebelii?

- Nie spróbowałaś posłać do mnie swojego cienia - stwierdził, zupełnie ignorując jej słowa.

Skąd to wiedział?

Czy potrafił wyczuć jej cienie...?

- Stworzyłeś do tego trochę zbyt idealną okazję - odparła. Zamilkła, gdy kelnerka pojawiła się z czajniczkami i filiżankami, nie sięgnęła jednak po żadne z naczyń. Nie zamierzała pić ani jeść niczego w miejscu, do którego ją przyprowadził. A nawet gdyby to ona wybrała lokal, nie chciałaby pić herbaty z cholernym Fitzroyem, sługą szaleńca i mordercy. - Wiedziałeś, że kręcę się koło Ravensbruka?

- Nie - przyznał Percival. - Wyczułem cię dopiero na ulicy. Twoja magia jest silniejsza niż kiedyś.

- Twoja również. Manipulujesz teraz moimi emocjami?

Może to był cel tego spotkania. Liczył, że zdoła wykorzystać na niej jedną ze sztuczek, jakich bez wątpienia nauczył go Richard Woodville.

- Zauważyłabyś to. Pilnujesz się - odparł Fitzroy i uśmiechnął się do niej: prawie mogła uwierzyć, że tym razem ten uśmiech był szczery. Prawie. - Ale i tak bym nie spróbował, Ava.

- Chyba nie sądzisz, że uwierzę ci na słowo? - zapytała. Ton miała chłodny, zupełnie do niej niepasujący: nie zwracała się w ten sposób do przyjaciół, znajomych ani nawet obcych ludzi. Wspomnienie Malory było jednak jak odłamki lodu, wbijające się w duszę i ciało, napełniające zimnem Avę Carey, jej głos, jej spojrzenie.

Jedna ofiara, która może ocalić Donlon.

Nie wiedziała, dlaczego Percival Fitzroy ją tu przyprowadził, ale nieważne, co knuł. Była mu wdzięczna za to spotkanie: dzięki niemu wreszcie mogła zacząć go nienawidzić.

Nie próbowała tłumić tego uczucia ani panować nad emocjami. Może nie próbował nią manipulować - ale niemal na pewno ją teraz czytał. Skupiła się wręcz na tych negatywnych uczuciach, na goryczy, wściekłości, pogardzie i nienawiści, podsycając je, pozwalając, by przytłumiły wszystko inne. Percival gwałtownie się wyprostował, jakby chciał się od niej odsunąć, a ona nie mogła powstrzymać odrobiny satysfakcji z tego powodu.

Kiedyś - nawet wtedy, gdy wiedziała już, że nie był niewinnym chłopcem, nawet tuż po tym, jak odszedł z Wood­ville'em - nie chciałaby go zranić. Teraz tego pragnęła.

- Nie. Chyba nie - powiedział Percival, a jego głos zabrzmiał niemal równie chłodno, jak jej własny. - Po co za mną poszłaś, Ava?

- Trochę chciałam wiedzieć, dlaczego z nim odszedłeś. Ale chyba oboje wiemy, że tak naprawdę liczyłam, że pojawi się wsparcie?

Fitzroy milczał. Nalał herbaty do dwóch filiżanek, a potem upił łyk. Carey nie sięgnęła po naczynie, nie drgnęła nawet, skupiona na magii, którą gromadziła już od dłuższej chwili. Strzęp ciemności wyrwał się z jej cienia i pomknął najpierw w ciemność schodów, a później na zewnątrz, w mgłę. Rozrósł się i poruszył po ścianie budynku, na granicy półmroku, odbicie Avy Carey, kopia jej cienia, na który powinien zwrócić uwagę ktoś, kto by jej szukał.

Skoro nikt tu jeszcze nie dotarł, Percival niemal na pewno był otoczony magią tak potężną, że skrywała nie tylko jego obecność, lecz także uniemożliwiła namierzenie Avy. Musiała więc spróbować zostawić ślad. W taki sposób, by Fitzroy nie miał szans tego zauważyć.

Kiedyś nie umiałaby zrobić czegoś takiego, Percival miał jednak rację. Jej magia była silniejsza - może przez wspomnienie mocy ze snów w Avallen. Nieświadomy podarek dla wroga od Richarda Woodville'a i ostatni, pożegnalny dar dla przyjaciółki od Malory Rhodes.

- Nie pojawi się - stwierdził w końcu Percival. - Nie zapytasz, skoro chciałaś wiedzieć?

Chciała wiedzieć, zapytała go o to: dlaczego prosił o to spotkanie. Ale teraz nie powtórzyła pytania, zamiast tego wolno pokręciła głową. Obraz rozmazywał się jej przed oczyma, drgał. Patrzyła na Chestera Moora, na lokal pełen cieni. Mrugnięcie. Widziała niewyraźne sylwetki przechodniów na ulicy. Żadna nie wydawała się znajoma.

- To już nie ma znaczenia.

- Szkoda. - Fałszywa twarz Fitzroya stężała. Odstawił naczynie w tej samej chwili, w której w podwójnym widzeniu Ava dostrzegła na ulicy Cassiana. Cień zawirował na murze, próbując zwrócić jego uwagę, a Carey podniosła się w tej samej chwili, w której Percival wstał.

Nim zdążyła rzucić jakikolwiek czar bądź sięgnąć po ciemność, zgromadzoną w kątach pomieszczenia, przechodząca obok kelnerka chwyciła ją za ramię. Drugi pracownik pojawił się obok stolika, przepuścił Percivala i odgrodził od niego Avę. Jeden rzut oka na twarz chłopaka, wypraną z wszelkich uczuć, wystarczył, aby Carey zrozumiała, że nie tylko ona przygotowywała drobną sztuczkę - i że nie tylko jej magia była teraz silniejsza.

Nowy mistrz marionetek.

Wyzwoliła się z uścisku i bezceremonialnie pchnęła kelnerkę pomiędzy stoliki tak mocno, że zbiła ją z nóg. Zaklęcie rzucone przez chłopaka odbiła niemal odruchowo - nie był wojownikiem ani nawet utalentowanym czarodziejem, gdyby tak było, nie pracowałby pewnie w kawiarni. A jednak te kilka sekund, których potrzebowała, by go spętać magią, wystarczyło, aby Percival znikł jej z oczu na zapleczu, skąd pewnie dało się wydostać na ulicę wyjściem dla pracowników. Straciła kontrolę nad cieniem na zewnątrz, ale ten nie był już potrzebny - tupot na schodach wskazywał na to, że ktoś nadciąga w szybkim tempie, a chociaż serwowano tu dobre herbaty, żaden klient nie ryzykowałby dla nich połamania nóg na stromych schodach.

- Ucieka! - krzyknęła głośno, wpadając za ladę.

W drzwiach wejściowych na zaplecze zderzyła się z barierą: natarła na nią z furią, uderzając i barkiem, i magią, tak mocno, że po roztrzaskaniu osłony straciła równowagę i upadła na podłogę. Poderwała się niemal natychmiast, przecięła kuchnię, a potem wbiegła po schodach, by wypaść na ulicę. Nigdzie nie dostrzegła Percivala.

Rozpłynął się w donlońskiej mgle.

Ava syknęła, w bezradnym gniewie uderzyła pięścią o ścianę, raz i drugi. Na ulicę wypadli za nią najpierw Cassian, a potem Arthur.

- Kurwa mać! - warknął Layamont. Zatrzymał się na chodniku, rozglądał, a spojrzenie miał dzikie, twarz wykrzywioną w grymasie wściekłości. Przez ułamek sekundy jego sylwetka się rozmyła i Ava była niemal pewna, że chciał się rzucić w pogoń, korzystając przy tym z magii... Zrezygnował jednak. Percival znikł i Arthur równie dobrze mógłby chwytać mgłę gołymi rękami.

*

Wieczorem mgła stała się gęstsza. Zalała całe miasto szarością, tak że nawet magiczne latarnie nie wystarczyły, żeby dobrze oświetlić główne ulice. Było chłodno i wilgotno, a Ava czuła się wykończona - ale i tak o zmierzchu zamiast wreszcie, po paru dniach, wrócić do domu, wyszła na dach siedziby Scotland Yardu. Mgła go sięgała: zjawisko rzadkie nawet w Donlonie. Carey nie mogła oprzeć się myśli, że coś jest nie tak. Może był to kolejny odprysk Czerwonego Poniedziałku.

A może Richard Woodville chciał tej nocy skryć się pośród mgieł.

Mgła nie była czymś dziwnym w Donlonie, a jednak teraz Carey całą sobą czuła, że dzieje się coś złego.

Znajdź kogoś, kogo cień cię do niego doprowadzi, powiedziała matka, a Ava podążyła za tą radą i czuła, że zawiodła. Tak, wiedzieli teraz, że Matthew Ravensbruk był zwolennikiem Woodville'a, ale brakowało im dowodów i niewiele mogli z tą wiedzą zrobić. Zdobyli informację, że próbowano zwerbować Tiberiusa, zapewne Fairbanksa, i poniesiono porażkę, i że kolejnym celem mógł być Marius Song. Były to punkty zaczepienia, nazbyt niepewne jednak, aby wiązać z nimi wielkie nadzieje.

I to była jej cholerna wina, a przynajmniej tak uważała. Nie powinna wychodzić na ulicę. Nie przewidziała, że moce Percivala tak mocno urosły i że mógł wyczuć jej emocje i magię z kilkudziesięciu metrów. A powinna się tego spodziewać: że Richard Woodville będzie dobrym nauczycielem. Gdyby postąpiła inaczej, wykorzystaliby uzyskane informacje lepiej. Teraz "Chester Moor" na pewno nie pojawi się w posiadłości Ravensbruków po raz drugi i wątpliwe, by ktoś dalej próbował wciągnąć Songa w całą sprawę. Popełniła błąd niewybaczalny u pracownicy wydziału specjalnego donlońskiej policji.

Arthur najwyraźniej myślał podobnie, bo ewidentnie chciał odsunąć ją od sprawy. Nie powiedział tego wprost, ba, nie zganił jej nawet, a dał się w ostatnich miesiącach poznać jako szef nieprzebierający w słowach. Wysłuchał relacji w swoim gabinecie, gdzie zebrali się we czwórkę z Cassianem i Lance'em, i tylko odpalał jednego papierosa od drugiego. Ale gdy skończyła mówić, poprosił, aby wyszła, dała sprawdzić swoją aurę i zajęła się swoimi obowiązkami, a potem trzech mężczyzn spędziło dobrą godzinę na rozmowie. W śledztwo w sprawie Woodville'a zaś najbardziej zaangażowane było pięć osób: Arthur Layamont, Ava Carey, Cassian Braywood, Lance Carey i James Carey - ta ostatnia trójka, ponieważ wierzyli bez zastrzeżeń w to, co zrelacjonowała Ava.

Jamesa nie było tego dnia w biurze. Oznaczało to, że tylko ona została wykluczona z planowania dalszych poczynań. Trochę ją to wkurzało, a trochę przybijało, bo nie mogła ich nawet winić za te narady za jej plecami. Najwyraźniej uznawali, że dała się ponieść emocjom, gdy odkryła, że Percival składa wizyty Matthew. Lance chyba nie uwierzył nawet, gdy wyjaśniła, że nie próbowała posłać za Percivalem cienia, bo on ewidentnie chciał, by to zrobiła. Ava pocieszała się, że prędzej czy później brat albo przyjaciel i tak wszystko jej wygadają, ale w tej chwili świat malował się w odcieniach szarości: i to wcale nie przez wszechobecną mgłę.

- Twój brat na ciebie czeka.

Arthur Layamont pojawił się w momencie, w którym Ava miała już wstać i wrócić do środka. Kusiło ją wprawdzie, by wypuścić cienie w ciemność i sprawdzić, jak daleko zdołają sięgnąć tej nocy, ale zważywszy, ile magii używała w ostatnich dniach, byłoby to bardzo głupim posunięciem.

- Mój brat jest już dużym chłopcem i może wrócić do domu sam - odparła, choć doskonale wiedziała, że to ją chciał odprowadzić. - Jestem pewna, że drogę ma opanowaną.

Nie odwróciła się, zapatrzona gdzieś we mgłę. Nie spodziewała się, że Arthur przyjdzie tu tego wieczora - nie po tym, jak Cassian po wyjściu z jego gabinetu unikał jej niby morowej panny, pewnie w obawie, że zacznie zadawać mu pytania albo nawet Pytania. A jednocześnie trochę liczyła, że się pojawi. Bo zadawanie pytań jemu było znacznie łatwiejsze tu, na górze, poza godzinami pracy, gdy zacierała się służbowa granica pomiędzy dyrektorem a detektyw.

- Twoja aura została sprawdzona?

- Trzykrotnie, przez trzech niezależnych specjalistów i dodatkowo za pomocą urządzeń pomiarowych. Percival nie rzucił żadnego zaklęcia - wyjaśniła, trochę zniecierpliwiona.

Sprawdzano ją pod tym kątem zaraz na wejściu do komisariatu, a później kolejne dwa razy - w tym raz przez empatkę. Nie protestowała, bo wcale nie była pewna, czy żadne czary nie zostały rzucone lub czy magia Percivala nie wywarła na jej umysł subtelnego wpływu, który ujawniłby się później w najmniej odpowiednim momencie. Stwórcy Donlonu władali magią dalece przerastającą możliwości współczesnych czarodziejów. Ich specjalne umiejętności wykraczały daleko poza granicę zaklęć, a magię wręcz naginali do swojej woli. Fitzroy mógł poznać kilka nowych sztuczek. Ale nieważne, jaką mocą władał, nie udałoby mu się oszukać tylu specjalistów, gdy na rzucenie czaru miał tak mało czasu i nie mógł wykorzystać żadnych katalizatorów.

- Wściekasz się na mnie, Avalon Carey? - spytał Arthur, podchodząc bliżej.

Ava wypuściła powietrze z płuc. Nie była wściekła: przynajmniej nie na niego. I sądziła, że całkiem nieźle ukrywa złość, jaka teraz ją dręczyła. Może powinna zgłosić się do Jennifer Fairbanks na parę lekcji aktorstwa.

- Nie - powiedziała. - Ale nie powinieneś odcinać mnie od tej sprawy. Nawet jeżeli tym razem nie dałam rady go aresztować. Potrzebujesz mnie. Nasz nowy komendant... nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji.

- Doskonale wiem, że Cromwell nie chce w tym grzebać - stwierdził Layamont.

Komendant donlońskiej policji nie wierzył, że mają do czynienia z Richardem Woodville'em, nie przyjmował też do wiadomości powagi sytuacji. Dla niego była to sprawa morderstwa oraz porwania dwóch nastolatków. Istotna, owszem, bo podejrzanemu pomocy udzielił były dyrektor Avallen, jeden z zaginionych chłopców wywodził się z rodziny dość znanej, a drugi przyciągał uwagę wielu osób... ale nie tak istotna, by stała się priorytetem dla funkcjonariuszy.

- Więc mnie nie wyłączaj.

- Skąd wniosek, że zostałaś wyłączona?

- Stąd, że mój brat i Cassian siedzieli z tobą w gabinecie przez godzinę, a przez kolejną unikali mnie jak ognia. A jak dopadłam Cassa, to miał spojrzenie sarny, na którą padły reflektory samochodu, i zwiał, plotąc coś o łazience. Tyle że łazienka była w drugą stronę.

Arthur się skrzywił.

- Jeżeli kiedykolwiek znów zobaczysz Percivala, uciekaj.

Ava przesunęła się na krawędzi dachu i zadarła głowę, by na niego spojrzeć. Arthur nie patrzył na nią, lecz w ciemne, donlońskie niebo. Wyraz twarzy miał nieodgadniony, ale coś w jego postawie, w sztywności ramion, sugerowało napięcie. A nawet bez tego wiedziała po prostu, że jest niespokojny: nie tym niepokojem, jaki odczuwali ostatnio wszyscy przez większość czasu, ani nawet nie takim, który powinna wywołać sama informacja o jej rozmowie z Percivalem. Zwłaszcza że przecież dowiedział się o tej już dobre pięć godzin temu. Coś jeszcze było nie tak. I to sprawiało, że sama zrobiła się jeszcze bardziej nerwowa, trochę rezonując jego niepokoje, a trochę dlatego, że zaczynało ją przerażać to, jak dobrze nauczyła się wychwytywać wszystkie nastroje Arthura Layamonta.

- Marna byłaby ze mnie funkcjonariuszka, gdybym zwiewała gdzie pieprz rośnie na widok poszukiwanego przestępcy, dyrektorze - zakpiła lekko. - Powinnam chyba raczej go aresztować, prawda? Nie chciałam walczyć z nim na ulicy za dnia, gdy wokół byli ludzie, ale w innych okolicznościach...

Layamont syknął coś tylko przez zaciśnięte zęby. Sięgnął do kieszeni marynarki, a potem zaklął, gdy nie znalazł tam papierosów.

- Nie powiedział ci, o czym śni. Wtedy w Avallen.

- Powiedział - zaprzeczyła. - Śnił o Donlonie. Takim, jakim był, takim, jakim jest, i takim, jakim być może się stanie.

Słodka melodia wygrywana przez Richarda Woodville'a, mistrza marionetek. Człowieka, który przez Malory próbował sięgnąć do magii Avallen i Donlonu, żywił się nią, odzyskiwał siły, ale zarazem też już wtedy szukał sobie zwolenników.

- Woodville pokazywał i obiecywał to, czego jego zdaniem człowiek mógłby pragnąć - powiedział Arthur, ukrywając dłonie w kieszeniach, jakby bez papierosa między palcami nie wiedział, co z nimi robić. - I trafiał. Prawie mnie dostał, a Perc śnił i był narażony na jego wpływ znacznie dłużej.

- Nie dostałby cię - odparła Ava bez chwili namysłu i dopiero kiedy te słowa padły, dotarło do niej, że naprawdę w to wierzy. Choć nie spodziewała się aż takiej zdrady, nie była do końca pewna Percivala Fitzroya, tego, co ten zrobi, do czego jest zdolny i jaką drogą podąży. A chociaż z nich dwóch mogłoby się wydawać, że to Arthur Layamont byłby zdolny posunąć się dalej, że to on jest bardziej beztroski, skłonny do zabawy, że jemu mocniej zależy na wpływach, pieniądzach i mocy... Ava nie wątpiła, że zawsze udzieliłby Richardowi tej samej odpowiedzi. Nieważne, co ten by mu obiecał. Może i Layamont nie wydawał się dobrym człowiekiem, ba, może nim do licha nie był, ale nie zrobiłby czegoś takiego. Nie dałby się zmanipulować w taki sposób.

Dla jego rodziny zawsze liczyło się spoglądanie w przyszłość. Richard Woodville był przeszłością.

Arthur spojrzał na nią wreszcie, a na jego ustach błąkał się uśmiech, ledwo dostrzegalny, jakby trochę dziwaczny, pozbawiony wesołości.

- Percival nie powiedział ci wszystkiego, ale wygadał się mnie. Wcześniej wciąż śnił nie tylko o Donlonie, ale też o tobie, dziewczyno. Richard Woodville obiecywał mu ciebie.

- Co ty... - zaczęła Ava i urwała. Siedziała na krawędzi dachu jak ogłuszona, bo chociaż bardzo chciała uwierzyć, że to jakiś durny żart, to Arthur Layamont nie miał powodów, by takimi rzucać. Nie w takiej sprawie, nie o człowieku, którego oboje kiedyś mieli za przyjaciela i którego oboje stracili. Nagle Carey poczuła, jak strasznie zimno jest tej nocy, i mimowolnie objęła się ramionami, palce mocno wbijając w materiał kurtki, jakby liczyła, że to ją otrzeźwi. Podejrzewała to w pewnym sensie, widziała drobiazgi, udawała tylko, że jest inaczej, bo tak było wygodniej, bo tkwiła między nimi niewidzialna ściana, bo była po prostu beznadziejna w pewnych sprawach, że Percival mógł chcieć czegoś więcej.

Ale nigdy, nawet przez ułamek sekundy nie pomyślałaby, że sięgałoby to głębiej.

Albo że mogła mieć wpływ na to, co zrobił w podziemiach.

- Nie chciałem cię straszyć - stwierdził Arthur, z pewną rezygnacją, przykucając naprzeciwko niej. - Chociaż nie, chyba chcę cię nastraszyć. Bo nie wolno ci się do niego zbliżać, Avalon Carey. Nie wolno ci wybiegać za nim tak, jak zrobiłaś to dzisiaj rano.

- Gdyby naprawdę chciał... mógł wcześniej zmanipulować moje emocje - wykrztusiła w końcu. Wyprostowała się i opuściła ręce, bo bardzo nie chciała pokazywać Arthurowi, jak mocno nią poruszył, i że faktycznie się bała: nie była tylko do końca pewna, czego dokładnie. Najgorsze, że on chyba i tak widział ten lęk, dokładnie tak samo, jak jego niepokój zdawał się odbijać w jej głowie. - Miał okazje.

- Może na chwilę. Masz dość magii, by sprawić, że jego moc z czasem zaczęłaby opadać, i prędzej czy później zorientowałabyś się, że coś jest nie tak. A wtedy straciłby cię na zawsze - powiedział Arthur, a Ava poczuła, że robi się jej niedobrze, bo brzmiał tak, jakby sądził, że Percival naprawdę mógłby tego spróbować.

Pewnie miał rację, pomyślała, i chłód stał się tylko jeszcze bardziej dotkliwy. Skoro poszedł za Richardem, to dlaczego nie miałby posunąć się do czegoś takiego? Jeżeli manipulował uczuciami innych, dlaczego ona miałaby być wyjątkiem?

I jeżeli nawet wcześniej tego nie zrobił...

...to teraz nic już go nie powstrzymywało. Bo przecież wszystkie mosty zostały spalone: nigdy nie mogłaby nie tylko pokochać Percivala Fitzroya, lecz także nawet nie potrafiłaby być jego przyjaciółką. Pięknie mówić o tej miłości, co wszystko przebaczy, niektórych rzeczy jednak przebaczać nie było wolno.

- Nie zastanawiałeś się nigdy, czy nie robił tego tobie? - spytała bardzo cicho.

- Nie - odparł. W jego głosie nie było wahania i Ava nie po raz pierwszy pomyślała, że wzajemne zaufanie tej dwójki było czymś niesamowitym: że sama nie była pewna, czy ufała równie mocno komukolwiek. - Nie sądzę też, żeby próbował kiedykolwiek tego z tobą. Ale jestem prawie pewny, że chodziło mu to po głowie. Pod koniec szkoły szalał już na twoim punkcie, Avalon.

- Nie miałam pojęcia - mruknęła. Wtedy naprawdę się nie domyślała, bo, do licha, pomijając to, że może i mogła być ślepa, nawet nie wykonywał żadnych ruchów, żeby ją uświadomić. Jeżeli zaczęła coś dostrzegać, to później. W jego desperacji, gdy ich ścieżki zaczęły się rozchodzić.

- Percival jest empatą. Próbował to ukrywać, bo musiał wiedzieć, że byś mu odmówiła.

Czy tak by zrobiła? Sama nie była pewna. Prawdopodobnie. Albo zachowałaby się jeszcze gorzej, zaczęła na przykład go unikać, bo w szkole nie potrafiłaby zareagować jak dorosły, odpowiedzialny człowiek... którym przecież nie była. Nie wiedziałaby co robić, nie chciałaby tracić przyjaciela, a poza tym gdy jej koleżanki umawiały się na pierwsze randki, ją do tego w ogóle nie ciągnęło. Kręcący się wokół niej chłopcy byli tylko kolegami i oni też traktowali ją jak koleżankę. Trochę dlatego, że nie należała do dziewczyn szczególnie popularnych, a sama nie próbowała nikogo znaleźć. Prawdopodobnie też trochę chodziło o to - co odkryła ze zdumieniem dopiero ze trzy lata temu - że w czasach Avallen masa ludzi zakładała, że ona i Cassian albo są parą, albo że nią zostaną.

Percival miał więc dobre powody, aby nie próbować wykroczyć poza granicę przyjaźni. Czekał, aż Ava do tego dorośnie, ale nim to nastąpiło, między nich wślizgnęło się zbyt wiele wątpliwości i złych wydarzeń.

- To szaleństwo - mruknęła w końcu, kręcąc głową. - Nie mógł pójść z Woodville'em, bo ten mu mnie obiecał. Przecież to oczywiste, że do licha... tylko po moim zimnym trupie.

- To oczywiste - przytaknął Arthur. - Dlatego uważam, że to już nie jest Percival, którego oboje znaliśmy. I dlatego mówię, żebyś uciekała, jeżeli go spotkasz.

Odetchnęła i zmusiła się do uśmiechu. Zdusiła panikę: bo to naprawdę było szaleństwo. Jeżeli nawet miałaby być częścią targu między Richardem a Percivalem, Fitzroy nie odszedł z nim tylko z jej powodu, a poza tym...

Powody nie miały już znaczenia.

Sama powiedziała to Percivalowi. Liczyło się wyłącznie to, że musieli ich powstrzymać.

- Nie - odparła stanowczo. - Nie będę uciekać przed nim, przed żadnym z nich. Mam ich znaleźć, nie chować się przed nimi. To zresztą idiotyczne. Skoro nie powiedział całej prawdy mnie, to pewnie nie powiedział i tobie. Oboje wiemy, że... Woodville miał czym go skusić.

Percival Fitzroy wywodził się z wpływowej, zamożnej i szanowanej rodziny. Dorastał otoczony szacunkiem i zazdrością, powszechnie lubiany, mając dość pieniędzy, aby kupić sobie każdą rzecz, o jakiej zamarzył, a przyszłość malowała się dla niego w jasnych barwach. On i jego krewni stracili wszystko na skutek głupoty i psychopatycznych skłonności brata Percivala. Majątek przeznaczyli na prawników i wyciszanie skandalu. Biznes ich ojca upadł, gdyż nikt już nie chciał prowadzić z nim interesów. Dawni przyjaciele zaczęli się od nich odwracać, w prasie mieszano nazwisko Fitzroy z błotem, przestali być mile widziani w towarzystwie. Może i reszcie rodziny niczego nie udowodniono, ale Ben zniszczył ich wszystkich. Percival nie zaczął pracy w Avallen dlatego, że naprawdę tego pragnął, ale ponieważ szkoła i ówczesny dyrektor przyjęli go, gdy nie zrobiłby tego nikt inny. Do Avallen odszedł jak na wygnanie. Nawet Arthur, nieważne, jak bardzo pragnął, nie mógł naprawdę mu pomóc: zablokowałby to jego dziadek.

Oferta Richarda Woodville'a była dla niego kusząca pod każdym względem. Fitzroyowie znów staliby się jedną z najważniejszych rodzin w Donlonie, a jego moc by wzrosła.

- To, że tak odpowiesz, chyba też było oczywiste - stwierdził Layamont zrezygnowany. - Jeżeli wydam ci polecenie służbowe...

Tylko spróbuj, miała ochotę odpowiedzieć. Omal tego nie zrobiła. Ugryzła się w język dosłownie w ostatniej chwili. Bo ostatecznie, nawet jeżeli zbliżyły ich wydarzenia w podziemiach, zdrada Percivala i kolejne tygodnie ścisłej współpracy, wciąż był jej przełożonym, a za to nie był Thomasem Dohertym.

- Nie muszę działać w godzinach pracy.

Bardzo starała się, by nie zabrzmiało to bezczelnie, ale nie wyszło. Layamont nie wydawał się jednak ani trochę obrażony: chyba tego też się spodziewał.

- Patrzysz, jakbyś chciała mnie udusić - parsknął Arthur i opadł na dach, zmieniając pozycję na siedzącą. - Twój brat ma porozmawiać z Tiberiusem. Przekonamy się, w jaki sposób go... sprawdzano.

Ava kiwnęła jedynie głową: to był logiczny wybór. Tiberius - o ile mówiono o tym samym Tiberiusie, a zapewne tak - był wprawdzie od Lance'a prawie dziesięć lat starszy, ale utrzymywali bliską, niemal przyjacielską relację. A Tiberiusa Matthew doradzał "skreślić z listy" - to oznaczało, że nie został uznany jako dobry materiał na zwolennika Woodville'a.

- Będziemy obserwować Mariusa Songa, podobnie jak Matthew. Nie sądzę jednak, by teraz to miało szansę przynieść efekt. Posyłanie do tego ciebie nie ma sensu, Avalon. Nie odcinam cię, ale w tej chwili nie ma nic, co mogłabyś jeszcze zrobić, a to nie jedyna sprawa w Scotland Yardzie. Dostaniesz sprawę zaginięcia Michelli Owens. Jeśli chodzi o Woodville'a... my wszyscy tutaj niewiele możemy zrobić.

W jego głosie słyszała echa frustracji, którą sama odczuwała. Mimowolnie zacisnęła pięści, ale zaraz rozluźniła je, rozprostowała palce.

Bo to, że Scotland Yard wyczerpał możliwości, wcale przecież nie oznaczało, że żadne możliwości nie istniały.