Cytadela
12 godzin wcześniej
Dudniąca, psychodeliczna muzyka wylewała się z klubu oklejonego na zewnątrz neonami. Było zimno, trzy stopnie na minusie. Zadrżałam. Miałam na sobie tylko cienkie rajstopy i futro w pattern cętkowanej pantery. Chciałam jak najszybciej dostać się do środka. Przede mną stała jednak kolejka, która wydawała się nie mieć końca. Genialny pomysł na piątkowy wieczór. Byłam na siebie zła, że zgodziłam się spotkać tego dnia z Willem.
Kiedy będziesz?
Will najwyraźniej zaczynał się już niecierpliwić.
Zaraz wejdę do środka - odpowiedziałam mu za pomocą połączeń cyfrowo-neuronowych. To było, jeszcze zanim zobaczyłam rozciągający się przede mną wąż kolejki, który niewątpliwie był jadowity.
Laska stojąca przede mną, ubrana w białe, opinające uda kozaki, robiła dramę. Koleś obok niej wyglądał na bodyguarda, ale w rzeczywistości mógł być po prostu jej facetem. Dziewczyna energicznie gestykulowała przed jego twarzą.
Gdy przyglądałam się owej parce, za mną w kolejce ustawiło się dwóch mężczyzn. Zauważyli, że zlustrowałam ich kątem oka.
- Co jest, maleńka? - powiedział jeden z nich niskim, zachrypniętym głosem.
Na dłoni nosił kastet, na ramionach - obcisłą marynarkę.
- Musi ci być zimno - powiedział ten drugi. - Stoisz tu taka sama.
Wydął usta, wyginając ich kąciki w podkówkę, po czym uśmiechnął się szyderczo. Zielone włosy kontrastowały z jasną kurtką.
Milczałam.
- Słuchaj, a może ty wcale nie chcesz iść na bibkę, może wolałabyś się inaczej zabawić, co?
Cały czas było mu mało. Instynktownie czułam, jak zbliżają się do mnie. Byli zbyt blisko.
Nagle moją uwagę odwrócił znajomy głos.
- Panowie, chyba pomyliliście kluby. Jeśli szukacie lasek, to raczej znajdziecie je na Stritz.
Will stał obok mnie, wbijając spojrzenie w osiłków.
- Dobra, dobra - wycofali się tamci - my tu tylko ucinamy sobie miłą pogawędkę, co nie, mała?
Mrugnął do mnie porozumiewawczo, żując gumę, po czym odwrócił się i zanurzył w rozmowie z kompanem.
Will na pierwszy rzut oka mógł się wydawać niepozorny, ale jego obecność roztaczała specyficzną aurę, w obliczu której większość osób ustępowała.
- Ej, nawet mnie nie przywitasz? - Mój przyjaciel patrzył na mnie pewnym siebie, rozbawionym wzrokiem.
Styl macho podbił mu ego.
- Dzięki - powiedziałam cicho, wciąż mierząc wzrokiem dwóch obleśnych typów.
- Wchodzimy. - Chłopak pociągnął mnie za rękę do klubu.
W pomieszczeniu panowała ciemność, jednak nie na tyle gęsta, aby nie można było dostrzec pomarańczowych włosów idącego przede mną przyjaciela. Ciała wokół wiły się i ściskały naprzemiennie. Will przede mną również podrygiwał. Z każdym kolejnym krokiem stawaliśmy się częścią jednego, pulsującego w rytm muzyki organizmu. Spomiędzy tłumu wyrastały neonowe kapsuły, w których zmysłowo wyginały się tancerki. Ich ciała pokrywały zsynchronizowane z basem, drgające tatuaże. Cały obraz sprawiał wrażenie falującej mozaiki. Hipnotyzowało. Sprawiało, że chcesz więcej.
- To, co zawsze? - spytał Will, wskazując głową bar.
- Tak. Red Flare, proszę. - Uśmiechnęłam się zadziornie.
- Jestem za minutkę. - Will puścił moją dłoń i oddalił się w kierunku kiwającej na niego barmanki.
Selena była córką właściciela. Skórzany top ledwo zakrywał jej piersi, obwieszone błyszczącymi pierścionkami dłonie podawały drinki. Znałam ją z widzenia. W klubie bywaliśmy z Willem ostatnio coraz częściej. Nie wiem, czy przez to, że nasze akcje dawały radę. Czasami nie potrafiłam odpowiedzieć, czy świętujemy, czy też może zalewamy samotność. Przez większość życia mieliśmy tylko siebie.
Czekałam, stojąc oparta o ścianę. Obserwowałam muzyczny organizm na parkiecie, który wznosił się i opadał. Mocne, metalowe brzmienie. Wokal, który z balladowego śpiewu przechodził w growl. Lider zespołu bujał się na zgiętych kolanach i headbangował, a wraz z nim kołysała się cała scena. W powietrzu czuć było elektryzującą atmosferę. Chłopak w czarnej bluzie z kapturem grał gitarowe solo. Obserwowałam go, wciąż czekając. Minuty się wlekły, a tymczasem zespół pomału kończył swój koncert. Willa nadal nie było, a ja zaczynałam się niepokoić. Zerknęłam w stronę baru. Jedyne, co rzuciło mi się w oczy, to pomarańczowe włosy w towarzystwie barmanki. Już miałam się zbierać i sama odebrać swojego drinka, gdy drogę zaszedł mi chłopak od gitarowego solo.
Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, po czym rzucił bezceremonialnie:
- Masz plany na dzisiaj?
W jego oczach drgały płomyki. Resztę twarzy przesłaniała płócienna maska z uśmiechem Jokera. Jeszcze minutę temu stał na scenie, a teraz dzieliło nas zaledwie kilkanaście centymetrów.
Przeszukałam spojrzeniem bar. Will wciąż opierał się na przedramionach z głową pochyloną w stronę odsłoniętych piersi Seleny. Nie byłam pewna, czy podziwiał kolor jej oczu, czy...
- Tak, mam. W moich planach na dzisiejszy wieczór leży spławiać takich frajerów jak ty - odparowałam zniecierpliwiona czekaniem.
Na czole chłopaka zmaterializowała się konsternacja w postaci zmarszczki.
- Twoja definicja frajerstwa zamyka się w tym, że koleś zagaduje do laski, która wydaje się odstawać od szalejącego tłumu, stojąc sama pod ścianą i taksując chłodnym spojrzeniem sytuację? - Zdawało się, że nie odpuści. - Laski, której uwaga skupia się wyłącznie na gitarzyście blackmetalowego zespołu, dlatego później zamierza go spławić, gdy ten podejmuje inicjatywę.
Dobra, nieznajomy zaczynał działać mi na nerwy.
- Wiesz co, stary, chyba sobie za bardzo schlebiasz. Po prostu odpuść. Nie jestem tu sama. Przyszłam z...
- No i co tam, S.? Gotowa na rundkę po parkiecie? - wszedł mi w słowo Will, wyrastając jakby spod ziemi i podając zabarwionego czerwienią drinka. Kostki lodu zagrzechotały w smukłym szkle.
- Jasne. - Uśmiechnęłam się złośliwie, patrząc prosto w oczy obcemu, który stał obok.
Will podążył za moim wzrokiem.
- Nie wiedziałem, że nie jesteś sama. - Zmieszał się. - Tak to bym wciąż hipnotyzował córkę właściciela. - Ryknął śmiechem, jak tylko on potrafił. - Ej, to w takim razie, skoro jest nas czwórka, wyskoczylibyśmy później na miasto poszwendać się, co? - Najwyraźniej Will w ogóle nie widział mojej twarzy, która krzyczała jedno wielkie NIE! - A tak przy okazji, to mogłabyś mnie przedstawić swojemu nowemu znajomemu.
Naprawdę uwielbiałam w Willu to, że jest taki prostolinijny, ale w skrajnych sytuacjach, takich jak ta, przybierało to formę grubiaństwa.
Nowy przejął inicjatywę.
- Kade - przedstawił się, wyciągając rękę w stronę Willa.
Uścisnęli sobie dłonie.
- Will. Zaraz, zaraz... Czy to nie ty przypadkiem jesteś tym gitarzystą od Shell of The Devil?
- Chyba musiałeś mnie z kimś pomylić - odpowiedział wymijająco Kade, spoglądając na mnie śmiejącymi się oczyma.
- Och... - Will wyraźnie się zmieszał. - Sorry, tak jakoś mi się wydawało. Dobra, to co? Godzinkę tutaj, dopóki Selena nie skończy zmiany, i lecimy na Rockefeller Center?
- Pewnie. - Najwyraźniej to ten nowy miał podejmować za mnie dzisiaj wszystkie decyzje.
Wiedziałam, że Will od dłuższego czasu podbijał do córki właściciela, szczególnie po tych wszystkich relacjach, które zamieszczał w sieci. Wspólny obiad w Genesis, jednym z najbardziej fancy barów w Siyako. Koncert BMTY i after u Rafiego. Pomału wkręcał dziewczynę w świat naszej ekipy. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie podziemny charakter naszego działania. Szczególnie że już od dawna byliśmy na celowniku forty.
- Dobra, wbijam na parkiet, bo stypa - wyrwał mnie z monologu myśli Will, po czym zniknął w gąszczu parkietowych ciał.
Spojrzałam w dół na Red Flare, którego trzymałam w dłoni. Zanurzyłam usta w słodkim drinku. Tancerki w kapsułach przybierały skomplikowane pozy akrobatyczne, wijąc się do nowych elektronicznych dźwięków o głębokim basie i kobiecym wokalu. Wnętrze klubu wypełniał dym, który przecinały co jakiś czas laserowe języki. Regularny rytm muzyki w metrum cztery czwarte budował noc, która dopiero się zaczynała.
Nagle zdałam sobie sprawę, dlaczego od dłuższej chwili miałam wrażenie, że coś nie gra. To nie była dymiarka. Tempo uderzeń bliskie stu dwudziestu na minutę też nie było przypadkowe. Tak zwana tachykardia serca, by tylko budzić do życia skołtunione emocje i podsycać pulsującą krew.
Byli w charakterystycznych dla nich maskach. Postacie mieszały się ze standardowymi cywilami. Pod ciemnymi kapturami jarzyły się zaszyte neonowym światłem usta, a na przymkniętych powiekach iksy nawiązywały do ich przewodniego hasła You're almost dead. Spod rękawów bluz wystawały bioniczne dłonie. Poruszali się szybko i bezszelestnie. Neuroprzekaźnikami wpływali na nastrój ludzi wokół siebie, elektryzując atmosferę. Większość osób nie wiedziała o ich istnieniu, a ci, którzy wiedzieli, nie wierzyli, że są częścią tego światka.
- Muszę znaleźć Willa - rzuciłam do stojącego obok mnie nowo poznanego chłopaka, po czym utonęłam w tłumie.
Twarze migotały w świetle ledowego stroboskopu. Przypadkowe ciała ocierały się o moje ubranie. Mieszanka potu, podniecenia, adrenaliny i koksu. Jak miałam go znaleźć?!
Will, za minutę widzimy się przy wyjściu ewakuacyjnym.
Nie odpowiadał na mój przesył. W tym momencie nie było miejsca na bezpośredniość. Oni mieli jawny wgląd w przesyłane impulsem sygnały. Musiałam zachować ostrożność.
Od strony sceny doszedł huk. Nagle ktoś chwycił mnie za rękę. Zamachnęłam się w celu zadania ciosu, ale w ostatniej chwili zamarłam w bezruchu.
Miałam wrażenie, jakby wszystko wokół spowolniło. Twarz Kade'a znajdowała się teraz tuż przed moją. Na czoło chłopaka niedbale opadały kosmyki włosów, a połowę jego oblicza przesłaniała maska. Coś mnie tknęło, aby ją zdjąć. Podniosłam dłoń, żeby dotknąć jego policzka. Chłopak stał nieporuszony, najwyraźniej naszym układom limbicznym udzielała się energia zawieszona w otaczającym powietrzu.
Złapałam za jego maskę, lecz zanim zdążyłam pociągnąć ją w dół, nagle wszystko przyśpieszyło. Rzeczywistość zawirowała, a ja usłyszałam tylko szybki przekaz w mojej głowie.
Spadamy. Idź za mną. Znam inne wyjście.
Zhakował mnie. Wiadomości mogły być przesyłane za pomocą neuroprzekaźników tylko tym, którzy mieli dostęp. Może był jednym z nas. Może wiedział, jak to działa. Takie praktyki były jawną wizytówką społecznych wyrzutków. Praktycznie go nie znałam, więc nie mogłam mu też bezwarunkowo ufać, ale w tamtej chwili, pomimo że nie grał czysto i potrafił się włamać do czyjegoś umysłu, musiałam działać szybko. Przesłał wiadomość poza ogólnodostępną siecią, tworząc prywatny strumień w zaledwie kilka sekund. Wiedziałam jedno - mój przyjaciel nie odpowiadał, a zakapturzonych par neonowych iksów pojawiało się wśród roztańczonego tłumu coraz więcej.
Will nie był laikiem w temacie. Może wyczuł ich wcześniej. Może bał się nas zdradzić przed nowym, który nie opuszczał mnie na krok. Znałam Willa od dziecka. Gdyby nie to, nie odpuściłabym. Byłam pewna, że gdziekolwiek był, wiedział, co robi.
Prowadź.
Przesłałam sygnał do Kade'a, bo chyba tak miał na imię, nie? Nieważne, nie pamiętałam. Zależało mi tylko na tym, aby jak najszybciej się stąd wydostać.
Nie puszczając mojej dłoni, pociągnął nas w stronę najbliższych drzwi. Szarpnięcie było na tyle gwałtowne, że kieliszek z drinkiem, którego nie zdążyłam dopić, roztłukł się na lustrzanej, ciemnej posadzce.
Moje bordowe Martensy zgrabnie wyminęły szkło. Chłopak pchnął drzwi wiodące na zaplecze dla artystów. Naszym oczom ukazał się długi korytarz prowadzący ku schodom. Szybko pokonaliśmy dzielącą od nich odległość, mijając migoczący na ścianie hologram z hasłem Same shit, different day. Brutalnie realne motto motywacyjne do pracy w systemie, w jakim przyszło nam żyć.
Dobiegliśmy do schodów. Przeskakując po dwa stopnie, pokonaliśmy trzy piętra. Klatka była wąska - na tyle, że mogła pomieścić naraz tylko jedną osobę. Trzymałam się za Kade'em, mając przed oczami jego szerokie ramiona. Działał szybko i bez zastanowienia. Jednocześnie biłam się z myślami, czemu to robię. Nie znałam go, rozsądniej byłoby poczekać na Willa, jednak intuicja podpowiadała mi zupełnie co innego.
Pokonując przedostatni schodek, usłyszałam hałas dochodzący z niższych pięter. Stanęłam gwałtownie i spojrzałam w dół przez stalową poręcz ornamentowaną liliami. Znajdująca się na dole postać zadarła głowę ku górze, najwyraźniej zaalarmowana głośnym stąpaniem naszych butów. Usta zaszyte niebieskim neonowym światłem i rażące iksy wymalowane na zamkniętych powiekach zwróciły się w moją stronę.
W tej samej chwili przed moimi oczami zapłonął monochromatyczny obraz nadgryzionych budynków. Odrapane ściany. Rześkie, chłodne powietrze. Ostatni papieros palony we wnętrzu Atlanty. Pustka ziejąca z każdego zakątka mieszkania, które jeszcze dzień wcześniej tętniło życiem i miłością. Niewidzącym spojrzeniem szukałam mamy krzątającej się za stołem w kuchni. Ojca pochylonego nad biurkiem, przy którym zwykliśmy spędzać długie godziny, analizując sieć i podsystemowe jednostki. To on zaszczepił we mnie hakerskie zacięcie, a mama nauczyła wiary, wypełniając wątpiące serce bezwarunkowym wsparciem. Widziałam też Miyę opartą o sosnową framugę drzwi, mierzącą swój wzrost za pomocą kresek wydrążanych scyzorykiem przez tatę w drewnianej ramie. Co jakiś czas powtarzała tę czynność, porównując nowy wynik do zapisków sprzed miesięcy.
- Mamo, jak dorosnę, chcę być taka jak Sara! Chcę móc chodzić nocą po tych wszystkich wysokich dachach i obserwować flajmobile, a później latać na KRGT-1, łiiiiii! - zakrzyknęła mała, naśladując rozwartymi ramionami samolotowe skrzydła i przebiegając jednocześnie przez salon.
- Będziesz, córeczko, a teraz siadaj, obiad stygnie - odparła pobłażliwie mama, przyzwyczajona do codziennych fantazji młodszej córki.
- KRGT-1? Też mi coś! - oburzył się teatralnie tato. - Mogłabyś wybrać coś bardziej wystrzałowego, te motory nie są w stanie doścignąć nawet tych, którzy mieszkają na ostatnich piętrach wieżowców.
Widać było, że się droczy i ma z tego niezły ubaw. Miya jednak wzięła jego słowa na poważnie.
- Chcę latać tylko KRGT-1, niczym innym! - krzyknęła z całej siły. - Tylko motoryyyy!!!!
- A ja myślę, że za sterem flajmobilu wyglądałabyś o wiele lepiej. - Papa wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Żartowniś - mruknęła mama. - Daj już spokój, niech dziecko zje obiad. Miya, siadaj, proszę. Zrobiłam wasze ulubione pankejki z owocami. Sara, czekamy na ciebie - powiedziała, patrząc w moim kierunku, równocześnie bezskutecznie próbując złapać rozbiegane młodsze dziecko, które pędziło po pokoju, symulując lot maszyny i ryk silnika.
Sekundy mijały, a obraz się ulatniał, roztapiał i mieszał z wrzeszczącym pustką powietrzem. W końcu pozostały tylko ściany i kilka przewróconych mebli.
- Wszystko okej?
Głos chłopaka wydawał się dobiegać z daleka. Zamrugałam. Minęło kilka sekund, zanim doszłam do siebie.
- Ja-jasne - zająknęłam się przygnieciona ciężarem wspomnień. - Ja... - Urwałam i spojrzałam w dół.
Neonowe iksy wciąż się we mnie wpatrywały. Cała ta sytuacja trwała zaledwie krótką chwilę. W przeciwnym razie postać z dołu już dawno by nas dogoniła. Szybko wydedukowałam, że Kade musiał się zatrzymać, gdy tylko zauważył, jak przestałam za nim podążać.
- Chodźmy - ponagliłam.
Ręce mi się trzęsły. Skąd ta silna reakcja? Czemu akurat w tym momencie wspomnienia odżyły z podwójną siłą - teraz, gdy liczyła się każda sekunda?
Kade pchnął ciężką klapę w suficie na ostatnim piętrze. Gdy tylko ją otworzył, moim oczom ukazały się jasno migoczące gwiazdy na tle aksamitnego granatu nocy.
Obejrzałam się za siebie. Z dołu doganiał nas dźwięk pośpiesznych kroków po schodach. Bez zastanowienia podciągnęłam się do góry i wygramoliłam na dach Cytadeli, czterdziestopiętrowego budynku, w którym znajdował się klub, gdzie przed chwilą piłam Red Flare. Niby nic niezwykłego w porównaniu do rzekomej panoramy z posiadłości hiroszów, które można było podziwiać na wyświetlanych hologramach. Zachęcały niewinnie do dozgonnego kredytowania swojego życia w zamian za opakowany w marmur i szkło luksus.
Zrobiłam kilka kroków przed siebie, łapczywie sycąc oczy hipnotyzującym widokiem strzelistych, rozświetlonych, aglomeracyjnych form tonących w gęstej nocy. W tym czasie Kade również wspiął się na dach. Zatrzasnął klapę, po czym chwycił coś ciężkiego. To było zabezpieczenie od wejścia, najwidoczniej ktoś musiał je tu wcześniej porzucić, gdy wyważał zamek. Po zaryglowaniu przejścia podszedł do krawędzi budynku. Zatrzymał się nad samą przepaścią, po czym stuknął kilka razy w wyświetlacz na przegubie swojej dłoni. Nie minęła nawet minuta, a przed nim wznosiła się już latająca maszyna. Chłopak wsiadł na futurystyczny motocykl, po czym spojrzał na mnie wyczekująco. Nie zareagowałam, co go wyraźnie sfrustrowało.
- Wsiadasz czy zamierzasz czekać na tych z dołu?
- Skąd wiesz o prowokatorach? - rzuciłam nieufnie.
- Wiem więcej, niż podejrzewasz - żachnął się. - Wsiadaj, zanim nas dogonią. Parkowanie na dachu bez przepustki jest nielegalne. Muszę zdążyć, zanim mnie przyczają.
Zza moich pleców dobiegł łoskot. Byli coraz bliżej. Przełknęłam ślinę.
- Dobra - powiedziałam, przekładając nogę przez maszynę, która unosiła się trzysta metrów nad ziemią. Na dole widać było szybko kotłujące się życie: zderzające się ze sobą miliardy ludzkich istnień. - Ale mam chorobę lokomocyjną, więc wiesz, byle nie za szybko - dodałam kpiarsko.
Na ogonie prowokatorzy, wsiadam na motor obcego typa na dachu czterdziestopiętrowej Cytadeli, a mnie naszła ochota na żarty. So much fun, jak by to ujął Will. Na myśl o nim ścisnęło mnie w gardle.
- Jasne - odparł chłopak, a ton głosu zdradzał, że w jego oczach znów czają się charakterystyczne złośliwe płomyki.
Kade dodał gazu. Motocykl wyrwał przed siebie. Wiatr szarpał mi włosy, policzki. Ścisnęłam chłopaka w pasie. Nie wiedziałam, gdzie czułam się bezpieczniejsza: czy na dachu z prowokatorami, czy z nim na tej szalejącej maszynie. Wokół nas pędziły kolorowe światła, rzeczywistość zlewała się w neonową mozaikę bestialskiej metropolii, a my mknęliśmy prosto w jej zachłanną paszczę.