Mgły minionych dni - Aleksandra Ząbek

Kup ebooka

42.99 zł
31.74 zł (25,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Intruz

Z uchy­lo­ne­go okna do­la­ty­wał śpiew pta­ków, a prze­strzeń wy­peł­nia­ło in­ten­syw­ne świa­tło. Był sam śro­dek dnia, po­łu­dnie. Po­czu­łam na twa­rzy przy­jem­ne cie­pło pro­mie­ni sło­necz­nych, któ­re zda­wa­ły się otu­lać ze­wsząd pory mo­jej skó­ry.

Już czas, zru­ga­łam się w my­ślach. Wsta­waj albo zno­wu się spóź­nisz.

Nie otwie­ra­jąc po­wiek, zwle­kłam się z łóż­ka do po­zy­cji sie­dzą­cej. Za­mru­ga­łam.

Nic się nie zmie­ni­ło. Te same czar­ne ścia­ny, gdzie­nie­gdzie po­kry­te flu­ore­scen­cyj­ny­mi ma­zi­dła­mi. Ta sama sza­fa z wy­­­sy­pu­ją­cy­mi się ubra­nia­mi. Ta­bli­ca in­te­rak­tyw­na, te­raz uśpio­na, skry­wa­ją­ca od­po­wiedź, dla­cze­go mia­łam w ogó­le ocho­tę i sens wsta­wać z łóż­ka.

Zda­rza­ły się dni, re­kor­do­wo mie­sią­ce, kie­dy by­łam cał­ko­wi­cie off. Od świa­ta, od sie­bie. Wy­star­czy­ło ak­ty­wo­wać pa­kiet pierw­szej in­stan­cji, aby mieć do­stęp do wszyst­kich moż­li­wo­ści, do któ­rych na co dzień mia­ły doj­ście tyl­ko eli­ty. Wir­tu­al­na rze­czy­wi­stość ofe­ro­wa­ła dru­gie ży­cie, w któ­rej by­łeś kre­ato­rem nie dzię­ki swo­jej pod­świa­do­mo­ści, ale za spra­wą licz­by zer na kon­cie. Brzmi zna­jo­mo? Skąd­że. Ulu­bio­ne hob­by spo­łe­czeń­stwa uśpio­ne­go na wszel­kie bodź­ce i wyż­sze emo­cje, lu­bu­ją­ce­go się w otę­pia­niu zmy­słów na week­en­do­wym zjeź­dzie lub wska­ku­ją­ce­go po pra­cy w stan uśpie­nia.

- Czar­na kawa - po­wie­dzia­łam w eter.

- Czar­na kawa w trak­cie przy­go­to­wy­wa­nia - od­po­wie­dzia­ły mi ścia­ny.

Nie prze­czę, tech­no­lo­gia była cał­kiem po­moc­na, je­śli spoj­rzeć na le­ni­stwo za­ko­do­wa­ne w ludz­kim DNA, sze­rzą­ce się jak epi­de­mia na ska­lę świa­to­wą. Cho­ro­ba, na któ­rą je­dy­nym spraw­dzo­nym le­kar­stwem był po­stęp cy­wi­li­za­cyj­ny.

Piję kawę, któ­rej tak na­praw­dę nie­na­wi­dzę, i z każ­dym ko­lej­nym ły­kiem zwięk­sza się ka­li­ber mo­je­go od­ru­chu wy­miot­ne­go, ale mimo to mu­szę ją w sie­bie wle­wać. Do­kład­nie tak samo, jak pu­ste tre­ści glo­bal­nej dez­in­for­ma­cji wle­wa­ne są co­dzien­nie do oczu i uszu. Bez tego cięż­ko by­ło­by po­zo­stać "obu­dzo­nym", przy­naj­mniej wte­dy, kie­dy uza­leż­nio­ny umysł pro­si o wię­cej. W przy­pad­ku kawy to ta sła­ba część mnie nie wie­rzy­ła, że sta­nę o wła­snych si­łach po wczo­raj­szym dniu. Na­praw­dę spa­ła­bym dłu­żej. Du­ties. Obo­wiąz­ki wzy­wa­ją. Sło­wa­mi Wil­la, któ­ry za­wsze ła­mał so­bie ję­zyk, roz­ma­wia­jąc po pol­sku, co też tłu­ma­czy­ło, dla­cze­go do każ­de­go zda­nia wtrą­cał an­glo­ję­zycz­ne ak­cen­ty.

Will był na­szym pio­nie­rem w dzie­dzi­nie in­fra­struk­tu­ry neu­ro­no­wych po­łą­czeń sie­cio­wych. W skró­cie: wraż­li­wych punk­tów ope­ra­cji. Ale wła­śnie to go ja­ra­ło. On po pro­stu uwiel­biał ad­re­na­li­nę, szcze­gól­nie tę w po­sta­ci kodu bi­nar­ne­go. Był to­tal­nym fre­akiem, i wła­śnie to w nim lu­bi­łam naj­bar­dziej.

Kom­pa­ty­bil­ne my­śli, pod­łą­czo­ne i mo­ni­to­ro­wa­ne przez sys­tem, sta­no­wi­ły praw­dzi­wą i w do­dat­ku cał­kiem dar­mo­wą po­­­żyw­kę dla du­żych kor­po­ra­cji, ba, dla sa­me­go rzą­du. Sy­no­nim po­li­ty­ki sta­no­wi­ła gę­sta sieć opie­ra­ją­ca się na in­for­ma­cjach o new­ral­gicz­nych punk­tach oby­wa­te­li, prze­cho­wy­wa­nych w sys­te­mie zero-je­dyn­ko­wym, nie­uwzględ­nia­ją­cym pół­środ­ków, któ­re mo­gły­by za­pro­po­no­wać ja­ki­kol­wiek kom­pro­mis dla spo­łe­czeń­stwa.

Na prze­gu­bie mo­jej dło­ni wy­świe­tlił się ko­mu­ni­kat: Po­ziom ener­gii wzrósł o 46%. Prze­wi­dy­wa­ny czas do wy­czer­pa­nia or­ga­ni­zmu: 5 go­dzin.

Spoj­rza­łam przez okno. Fik­cyj­ny ob­raz nocy za­stą­pił wi­dok wzbi­ja­ją­cych się w nie­bo fu­tu­ry­stycz­nych prze­szklo­nych form przy­po­mi­na­ją­cych pącz­ku­ją­ce ło­dy­gi, a każ­dy z ar­chi­tek­to­nicz­nych po­li­pów mie­ścił w so­bie ży­cie tęt­nią­ce w okre­ślo­nym ryt­mie go­spo­dar­czych gi­gan­tów, któ­re mo­no­po­li­zu­jąc ry­nek, nie zo­sta­wia­ły miej­sca dla mniej­szych przed­się­bior­ców i ja­kich­kol­wiek in­nych nie­za­leż­nych biz­ne­sów.

Re­gu­ły gry były pro­ste. Albo do­sto­so­wu­jesz się do pa­nu­ją­cych za­sad, albo mo­żesz się po­że­gnać z reszt­ka­mi sa­mo­świa­do­mo­ści, któ­ra była je­dy­nym przy­wi­le­jem obec­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Z tru­dem pod­nio­słam się z łóż­ka. Po­de­szłam do kok­pi­tu, skąd mia­łam do­stęp do wszyst­kich kon­tro­lek. Wy­łą­czy­łam ćwier­ka­nie pta­ków; mój na­strój już nie współ­grał z ich ra­do­sną ko­kie­te­rią. Ska­lę wle­wa­ją­cych się do po­ko­ju pro­mie­ni sło­necz­nych rów­nież zmniej­szy­łam. Słoń­ce wi­docz­ne za szkla­ną ścia­ną było ilu­zją. Ho­lo­gra­mem. Za­py­ta­cie, jak było na ze­wnątrz? Mo­no­chro­ma­tycz­nie, gdy­by nie krzy­czą­ce ze­wsząd slo­ga­ny re­klam.

Mu­sia­łam się zbie­rać. Wie­dzia­łam o tym, że cze­ka­ją na mnie w ba­zie. Pod­nio­słam z pod­ło­gi kil­ka par skar­pet oraz T-shir­tów i wrzu­ci­łam je do ko­sza na brud­ną bie­li­znę. Wy­cią­gnę­łam z sza­fy ob­ci­słe la­tek­so­we spodnie i czar­ny gor­set. Wło­sy po­zo­sta­wi­łam w nie­ła­dzie. Ubra­na, kie­ru­jąc się do drzwi wyj­ścio­wych, spoj­rza­łam mi­mo­cho­dem w lu­stro. Cie­nie pod­krą­żo­nych oczu nie­wąt­pli­wie zdra­dza­ły tem­po wczo­raj­sze­go wie­czo­ru.

***

Całą noc nie mo­głem spać. Cięż­kie kro­ple desz­czu dud­ni­ły o szy­by okien ni­czym wer­ble, a przed ocza­mi wy­świe­tla­ły mi się ob­ra­zy ostat­nich zda­rzeń. Jak mo­głeś być tak głu­pi, żeby tego nie prze­wi­dzieć?

Kor­nel był li­de­rem, a ja gra­łem dru­gie skrzyp­ce. Ofi­cjal­nie. W prak­ty­ce cała od­po­wie­dzial­ność za ak­cję spa­da­ła na mnie. Mia­łem za sobą kil­ku­dzie­się­ciu lu­dzi, na kar­ku zgrzy­ta­ją­cą zę­ba­mi pre­sję.

Z po­zo­ru wszyst­ko wy­glą­da­ło ba­nal­nie ła­two. Na­szym za­da­niem było za­sa­bo­to­wać doj­ście Trick­sów do cen­tra­li. W tym celu całe dwa mie­sią­ce spę­dzi­łem na szko­le­niu no­wych i wpro­wa­dza­niu ich w te­mat. Je­śli coś wy­cie­kło­by przed ak­cją, byli­by­śmy prze­gra­ni na star­cie, dla­te­go pod­czas on­bo­ar­din­gu te­sto­wa­li­śmy ich za­ufa­nie, pod­sta­wia­jąc im kil­ka pro­po­zy­cji z róż­nych źró­deł. Wszy­scy zda­li eg­za­min. Naj­wy­raź­niej gdzieś jed­nak mu­sia­ła być plu­skwa.

Tak na­praw­dę nie­wie­le wie­dzia­łem o dzia­ła­niu sys­te­mu od we­wnątrz. Tym zaj­mo­wa­li się in­saj­de­rzy. Po pro­stu każ­dy miał swo­ją dział­kę. Dzię­ki temu pra­ca szła szyb­ciej i efek­tyw­niej. Nikt ni­ko­mu nie wcho­dził w dro­gę. Do cza­su.

Je­den mały błąd za­de­cy­do­wał o zni­we­cze­niu wszel­kich dzia­łań.

Od sa­me­go po­cząt­ku to była jed­na wiel­ka nie­wia­do­ma. Mój oj­ciec ob­da­rzył mnie za­ufa­niem. Po raz pierw­szy by­łem od­po­wie­dzial­ny za tak duży pro­jekt. Mia­łem się wy­ka­zać. Na­wet nie bra­łem pod uwa­gę, że co­kol­wiek może pójść nie tak. Nie po­dej­rze­wa­łem, że ktoś z na­szych może nas wsy­pać.

Le­żąc wśród ko­ją­cych dźwię­ków ule­wy pa­nu­ją­cej na ze­wnątrz, mia­łem w gło­wie rój pę­dzą­cych, roz­wście­czo­nych my­śli. Kłę­bi­ły się, wy­la­tu­jąc wro­ta­mi uszu, bzy­cząc pod su­fi­tem i za­bar­wia­jąc go na pur­pu­ro­wy ko­lor. Za oknem wi­dać było prze­ci­na­ją­cą ciem­ne nie­bo fio­le­to­wą łunę, po­zo­sta­łość po flaj­mo­bi­lu.

Two­ja przy­szłość w na­szych rę­kach. Na­sze ręce - Two­imi. Bu­duj z nami lep­szą co­dzien­ność w Neu­ro­Tech Corp.

Neo­no­wy ho­lo­gram wy­świe­tlał się za za­łza­wio­ną szy­bą. Nocą ze­wsząd wy­glą­da­ły ha­sła kor­po­ra­cji, któ­ra do­mi­no­wa­ła na da­nym te­re­nie. Tu­taj, w Siy­ako, wszel­kie le­gal­nie dzia­ła­ją­­ce usłu­gi były w rę­kach Neu­ro­Tech Corp., a jej pre­ze­sem był Le­onar­do Se­adre­we.

Żeby była ja­sność - Neu­ro­Tech Corp. cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wa­ło lo­kal­ny ry­nek, za­czy­na­jąc od środ­ka, a koń­cząc na za­chod­niej czę­ści kra­ju. Te­raz szy­ko­wa­ło się na wy­par­cie ko­lej­ne­go z kor­po­ra­cyj­nych gi­gan­tów, zaj­mu­ją­ce­go wschod­ni ob­szar.

Po nie­uda­nej ak­cji nie było już na­wet o czym roz­ma­wiać. W du­chu szy­ko­wa­łem się na cięż­ki po­ra­nek i kon­fron­ta­cję z oj­cem. Szu­ka­łem w gło­wie ja­kich­kol­wiek ra­cjo­nal­nie brzmią­cych ar­gu­men­tów, ale nic mi nie przy­cho­dzi­ło na myśl.

Na­gle na prze­gu­bie mo­jej dło­ni wy­świe­tli­ło się po­wia­do­mie­nie o no­wej wia­do­mo­ści. Czer­wo­ny na­pis ra­ził po oczach, to­nąc wśród gę­stej ciem­no­ści po­ko­ju, a li­te­ry pi­sa­ne Aria­lem ukła­da­ły się w krót­ką li­nij­kę.

Sor­ry. The game is over.

***

- He­eej, Sara! Jak po wczo­raj? Ży­jesz? Może mała po­wtór­ka dzi­siaj wie­czo­rem?

Rafi, sie­dzą­cy przy swo­im Macu ob­kle­jo­nym na­lep­ka­mi z Na­ru­to, wy­szcze­rzył do mnie zęby w zło­śli­wym uśmie­chu. Pa­trzył na mnie wy­cze­ku­ją­co, a ja spe­cjal­nie od­cze­ka­łam kil­ka se­kund, za­nim zwró­ci­łam się w jego kie­run­ku. Zi­gno­ro­wa­łam jego py­ta­nie i za­miast tego po­wie­dzia­łam:

- Ak­cja się nie uda­ła. Roz­ma­wia­łam przed chwi­lą z Wil­lem.

- Co masz na my­śli? - Zmarsz­czył brwi.

- Za­czę­li dzia­łać oko­ło pół­no­cy. Koło dru­giej nad ­ra­nem ktoś za­blo­ko­wał im do­stęp do ser­we­rów - od­po­wie­dzia­łam bez­na­mięt­nie, jed­no­cze­śnie wy­pa­ko­wu­jąc z ple­ca­ka lap­top.

- Co te­raz? - Czy on na­praw­dę jest taki głu­pi, czy tyl­ko uda­je?, po­my­śla­łam.

- Nic te­raz. DDoS się nie udał. Sor­ry, ale nie mam cza­su na wy­ja­śnie­nia, mu­szę jak naj­szyb­ciej do­wie­dzieć się wię­cej kon­kre­tów od chło­pa­ków.

Rafi prze­niósł swój py­ta­ją­cy wzrok ze mnie na ekran mo­ni­to­ra. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by dys­po­no­wał zbyt małą ilo­ścią pa­mię­ci ma­ga­zy­nu­ją­cej, aby prze­two­rzyć grub­sze in­for­ma­cje, co było ko­micz­ne, zwa­żyw­szy na jego żył­kę do IT.

- Co masz na my­śli mó­wiąc, że się nie uda­ła? - Chło­pak nie miał za­mia­ru od­pu­ścić.

Wes­tchnę­łam.

- Wiesz, na czym w ogó­le po­le­ga taki atak?

- No ja­sne, ce­lem jest crash ca­łe­go ser­we­ra. Dzie­je się tak dzię­ki pra­cy wy­sy­ła­ją­cych po­wta­rza­ją­ce się za­py­ta­nia bo­tów do cza­su, aż ser­wer nie bę­dzie w sta­nie ich prze­two­rzyć, pro­wo­ku­jąc crash.

Wy­gło­siw­szy wi­ki­pe­dio­wą de­fi­ni­cję, Rafi wy­pro­sto­wał się dum­nie na krze­śle.

- Bra­wo - od­po­wie­dzia­łam z iro­nią. - Co wię­cej, zwy­kły taki atak spro­wa­dza się do za­le­wa­nia po­je­dyn­cze­go ad­re­su IP dużą ilo­ścią ru­chu sie­cio­we­go z jed­ne­go źró­dła. A więc wy­obraź so­bie, że my chcie­li­śmy być o krok da­lej i ­wy­bra­li­śmy tak­ty­kę roz­pro­szo­ną. Ata­ki były ge­ne­ro­wa­ne z róż­nych miejsc, przy jed­no­cze­snym bom­bar­do­wa­niu ser­we­ra z na­­­­szej cen­tra­li.

- W ta­kim ra­zie szan­se na to, że coś mo­gło pójść nie tak, były zni­ko­me. Dla­cze­go więc nie wy­pa­li­ło?

- Za­sta­na­wia­ją­ce, nie­praw­daż? - prych­nę­łam z iro­nią.

Pa­trzy­li­śmy na sie­bie w mil­cze­niu.

- My­ślisz po­waż­nie, że ktoś z na­szych sy­pie?

- Nie je­stem pew­na, jed­nak kto­kol­wiek to był, za­pła­ci za to.

Chło­pak po­pa­trzył na mnie i już się wię­cej nie ode­zwał.

Cen­tra­la to był mój dom. Spę­dza­łam tu więk­szość cza­su. Ba, spę­dzi­łam tu więk­szość mo­je­go ży­cia, dla­te­go czu­łam, jak­bym przy­na­le­ża­ła do tego miej­sca od za­wsze. W eki­pie by­wa­ło róż­nie. Mimo to ni­g­dy bym nie po­dej­rze­wa­ła, że stra­cę za­ufa­nie do lu­dzi, z któ­ry­mi po­dzie­la­łam te same war­to­ści.

Z tła prze­bił się gło­śny jęk roz­wie­ra­nych me­ta­lo­wych drzwi.

- Sor­ry za spóź­nie­nie.

Kiw­nę­łam gło­wą Ar­ko­wi, a ten szyb­ko ru­szył do swo­je­go sta­no­wi­ska. Nie był du­szą to­wa­rzy­stwa. Szcze­rze mó­wiąc, na pierw­szy rzut oka wy­da­wał się cał­ko­wi­tym out­si­de­rem. Ha­ker z cha­rak­te­ry­stycz­ną dla sie­bie czap­ką zło­dziej­ką na gło­wie. Ręce w kie­sze­ni. Syl­wet­ka przy­gar­bio­na. Jed­no trze­ba było mu przy­znać - był za­je­bi­sty w swo­jej ro­bo­cie. Kie­dyś brał udział w kru­cja­cie Ano­ny­mo­us prze­ciw scjen­to­lo­gom, sek­cie, któ­ra wy­łu­dza­ła pie­nią­dze od swo­ich wy­znaw­ców. Na swo­im kon­cie miał też stwo­rze­nie dru­gie­go w hi­sto­rii zło­śli­we­go opro­gra­mo­wa­nia, hoł­du­jąc przy tym Mor­ri­so­wi, któ­ry w ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym ósmym roku jako pierw­szy roz­po­wszech­nił ro­ba­ka na świa­to­wą ska­lę, wy­ko­rzy­stu­jąc błę­dy sys­te­mów unik­so­wych. Po­zwo­li­ło to ro­ba­ko­wi na sa­mo­dziel­ne roz­mna­ża­nie się w sie­ci. Ta cy­ber­ne­tycz­na epi­de­mia ob­ję­ła oko­ło sze­ściu ty­się­cy kom­pu­te­rów. Mo­gło się wy­da­wać, że to mało, ale wów­czas sta­no­wi­ły one dzie­sięć pro­cent ca­łe­go In­ter­ne­tu. Stra­ty sza­co­wa­no na ja­kieś pięć­set ty­się­cy sa­li­nów. Ar­ko­wi uda­ło się po­dwo­ić ten suk­ces.

Usia­dłam przy biur­ku i od­pa­li­łam lap­to­pa. Po­mi­mo że ak­cja się nie po­wio­dła, mi­mo­wol­nie się uśmiech­nę­łam. Lu­bi­łam to miej­sce. Może cho­dzi­ło o eki­pę, może o lo­ka­li­za­cję, a może o jed­no i dru­gie.

Znaj­do­wa­li­śmy się w prze­ciw­ato­mo­wych schro­nach. Pod­ziem­ne mia­sto, w któ­rym tęt­ni­ło dru­gie ży­cie. Od­kry­li­śmy je kil­ka lat temu, gdy la­wi­ro­wa­li­śmy po­mię­dzy wy­ra­sta­ją­cy­mi z zie­mi po­mni­ka­mi współ­cze­snej ar­chi­tek­tu­ry. Wzno­szą­ce się na sie­dem­dzie­siąt pię­ter or­ga­nicz­ne kształ­ty bu­dyn­ków po­dob­no były dro­gą do nie­ba. Je­śli wie­rzyć pa­nu­ją­cym po­wszech­nie po­gło­skom, ci, któ­rzy wje­cha­li na sam szczyt, twier­dzi­li, że boga tam nie zna­leź­li.

Bu­dy­nek do­ce­lo­wo prze­zna­czo­ny był dla cen­tra­li rzą­do­wej. Cały kom­pleks po­wstał w dru­giej po­ło­wie dwu­dzie­ste­go wie­ku, w cza­sie zim­nej woj­ny. Z bie­giem lat, w ob­li­czu roz­wi­nię­cia tech­no­lo­gii i al­ter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści cy­fro­wej, mało kto oba­wiał się już za­gro­że­nia ze stro­ny re­al­ne­go świa­ta. Tak na­praw­dę wszyst­ko to­czy­ło się po dru­giej stro­nie ekra­nu. Dla­te­go za­po­mnia­ny un­der­gro­und zy­skał nowe ży­cie, gdy przy­pad­ko­wo od­kry­li­śmy jego ist­nie­nie. To było pięć lat temu, kie­dy za szcze­nia­ka ro­bi­li­śmy gów­nia­ne ak­cje, wła­ści­wie nie­ma­ją­ce pra­wa bytu ani żad­nej re­al­nej szan­sy po­wo­dze­nia. Ucie­ka­jąc przed for­tą, od­kry­li­śmy zej­ście na niż­szy po­ziom w jed­nym z bu­dyn­ków, skła­da­ją­cych się na więk­szy kom­pleks be­to­no­wych osie­dli. To był bez wąt­pie­nia de­cy­du­ją­cy mo­ment. Co wię­cej, war­to było przy­pła­cić go stra­chem o wła­sne ży­cie. Gdy­by nie to, dzi­siaj by­śmy tu­taj nie sie­dzie­li.

***

Tam­tej nocy sy­re­ny za­wy­ły z po­dwój­ną mocą. For­ta, do któ­rej za­dań na­le­ża­ło utrzy­my­wa­nie spo­łecz­ne­go po­rząd­ku, wła­śnie nas ści­ga­ła.

- Sara! Z pra­wej, uwa­żaj!

Wą­ski stru­mień po­ci­sków prze­le­ciał tuż obok mo­jej twa­rzy. W ostat­niej se­kun­dzie uda­ło mi się uchy­lić przed po­strza­łem; nie za­po­wia­da­ło się do­brze.

Po­ci­ski stru­mie­nio­we, dzię­ki któ­rym cał­ko­wi­cie przej­mo­wa­no kon­tro­lę nad umy­słem tra­fio­ne­go. Wie­lu z na­szych zni­ka­ło w "nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach" - wła­śnie ta­kich. Za­bie­ra­li ich cia­ła, aby ro­bić z nich po­mni­ki za­klę­te w for­ma­li­nie. Mu­zeum dla hi­ro­szów. Tych, któ­rzy na gó­rze zna­leź­li wła­dzę, za­miast po­szu­ki­wa­ne­go wcze­śniej boga.

Bie­głam tak szyb­ko, że nie za­uwa­ży­łam, jak prze­miesz­cza­my się przez po­tęż­ne skrzy­żo­wa­nie w cen­trum Siy­ako, któ­re­go pasy dla pie­szych ukła­da­ły się w sze­ścio­kąt.

To wła­śnie w tam­tym mo­men­cie, sto­jąc na sa­mym środ­ku tej geo­me­trycz­nej ukła­dan­ki, usły­sza­łam krzyk Miyi. To było tak sur­re­ali­stycz­ne, że w wy­ści­gu z for­tą za­trzy­ma­ło mnie rów­nie gwał­tow­nie, jak­bym tra­fi­ła na nie­wi­dzial­ną be­to­no­wą ścia­nę. Przed ocza­mi za­pło­nę­ły ob­ra­zy wspo­mnień.

Wspól­ne prze­sia­dy­wa­nie do póź­na na da­chu Atlan­ty. Jej ro­ze­śmia­na twarz na tle fio­le­to­wych wzgórz za mia­stem, z któ­rych ob­ser­wo­wa­ły­śmy bu­dzą­ce się do ży­cia Siy­ako. Za­raz po­tem cień. Kur­ty­na ognia. Płacz i nie­ro­ze­rwal­ny ból, któ­ry ni­czym ta­tu­aż wy­rył się w moim ser­cu.

W tam­tej chwi­li czas się za­trzy­mał. Po­sta­cie na uno­szą­cych się w po­wie­trzu mo­to­cy­klach wzo­ro­wa­nych na mo­de­lu KRGT-1 znie­ru­cho­mia­ły, a moje zmy­sły wy­ostrzy­ły się jak jesz­cze ni­g­dy do­tąd. Swo­isty do­żyl­ny za­strzyk ad­re­na­li­ny.

Ro­bi­łam to dla nich. Sa­bo­to­wa­li­śmy dzia­ła­nia hi­ro­szów, byle tyl­ko wy­czy­ścić pa­lą­ce wspo­mnie­nia spod po­wiek. To nie mo­gło się udać. Mimo wszyst­ko pró­bo­wa­li­śmy. Czu­łam w ży­łach na­ra­sta­ją­cą przez lata nie­na­wiść. Pul­so­wa­ła ra­zem z krwią, fa­lu­jąc pod moją bla­dą skó­rą. Wi­dzia­łam ją każ­de­go dnia. W lu­strze, gdy spod spuch­nię­tych po­wiek wy­le­wa­ła się na moje od­bi­cie. Wi­dzia­łam ją na twa­rzach for­ty, jak za­cie­ra­ją się w jej czar­no-bia­łej mazi je­den po dru­gim. Jak spa­da­ją z mo­to­cy­kli, wi­bru­ją w emo­cjo­nal­nej ago­nii, by po­tem z ci­chym ję­kiem zga­snąć.

Nic nie było tu praw­dzi­we. Na­wet ja.

Sto­ją­ca przed mo­imi ocza­mi drob­na po­stać Miyi wy­da­wa­ła się wte­dy naj­bar­dziej re­al­na.

- Nie za­po­mi­naj o tym, co bu­du­je two­ją toż­sa­mość. Hi­sto­ria jest tym, co cię zbu­do­wa­ło.

Jej drob­ne usta pra­wie się nie po­ru­sza­ły. Kie­ro­wa­ła wprost na mnie spoj­rze­nie wrzy­na­ją­ce się w głąb. Nie wiem, ile w tam­tej chwi­li była w sta­nie do­strzec. Moją twarz po­kry­wa­ły kro­ple desz­czu. Gdy­by nie sło­ny smak, któ­ry po­czu­łam na ustach, nie zda­wa­ła­bym so­bie na­wet spra­wy, że pła­czę.

- Miya - wy­szep­ta­łam - to ty? - Je­dy­ne, na co było mnie w tej chwi­li stać.

Nie od­po­wie­dzia­ła. W za­mian za to bar­dzo po­wo­li skie­ro­wa­ła wska­zu­ją­cy pa­lec pra­wej dło­ni w jed­ną z wą­skich uli­czek, roz­cho­dzą­cych się ra­mion naj­słyn­niej­sze­go skrzy­żo­wa­nia w Siy­ako.

Spoj­rza­łam we wska­za­nym kie­run­ku, po­tem zno­wu na nią. Jej po­stać była taka wy­raź­na, tak nie­moż­li­wie praw­dzi­wa. Czar­ne, gę­ste wło­sy oka­la­ły dzie­cię­cą twarz o nie­win­nym wy­ra­zie, któ­ra jesz­cze tyle mo­gła zo­ba­czyć, gdy­by nie...

- Hi­sto­ria jest tym, co cię zbu­do­wa­ło - po­wtó­rzy­ła. - Ucie­ka­jąc przed nią, ucie­kasz przed samą sobą. Czy wła­śnie tego chcesz - za­tra­cić sie­bie?

Na­gle ze wspo­mnień wy­rwa­ło mnie wy­cie sy­re­ny. Alarm mógł sy­gna­li­zo­wać jed­no: w bu­dyn­ku znaj­do­wał się in­truz.

Cytadela

12 go­dzin wcze­śniej

Dud­nią­ca, psy­cho­de­licz­na mu­zy­ka wy­le­wa­ła się z klu­bu okle­jo­ne­go na ze­wnątrz neo­na­mi. Było zim­no, trzy stop­nie na mi­nu­sie. Za­drża­łam. Mia­łam na so­bie tyl­ko cien­kie raj­sto­py i fu­tro w pat­tern cęt­ko­wa­nej pan­te­ry. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej do­stać się do środ­ka. Przede mną sta­ła jed­nak ko­lej­ka, któ­ra wy­da­wa­ła się nie mieć koń­ca. Ge­nial­ny po­mysł na piąt­ko­wy wie­czór. By­łam na sie­bie zła, że zgo­dzi­łam się spo­tkać tego dnia z Wil­lem.

Kie­dy bę­dziesz?

Will naj­wy­raź­niej za­czy­nał się już nie­cier­pli­wić.

Za­raz wej­dę do środ­ka - od­po­wie­dzia­łam mu za po­mo­cą po­łą­czeń cy­fro­wo-neu­ro­no­wych. To było, jesz­cze za­nim zo­ba­czy­łam roz­cią­ga­ją­cy się przede mną wąż ko­lej­ki, któ­ry nie­wąt­pli­wie był ja­do­wi­ty.

La­ska sto­ją­ca przede mną, ubra­na w bia­łe, opi­na­ją­ce uda ko­za­ki, ro­bi­ła dra­mę. Ko­leś obok niej wy­glą­dał na bo­dy­gu­ar­da, ale w rze­czy­wi­sto­ści mógł być po pro­stu jej fa­ce­tem. Dziew­czy­na ener­gicz­nie ge­sty­ku­lo­wa­ła przed jego twa­rzą.

Gdy przy­glą­da­łam się owej par­ce, za mną w ko­lej­ce usta­wi­ło się dwóch męż­czyzn. Za­uwa­ży­li, że zlu­stro­wa­łam ich ką­tem oka.

- Co jest, ma­leń­ka? - po­wie­dział je­den z nich ni­skim, za­chryp­nię­tym gło­sem.

Na dło­ni no­sił ka­stet, na ra­mio­nach - ob­ci­słą ma­ry­nar­kę.

- Musi ci być zim­no - po­wie­dział ten dru­gi. - Sto­isz tu taka sama.

Wy­dął usta, wy­gi­na­jąc ich ką­ci­ki w pod­ków­kę, po czym uśmiech­nął się szy­der­czo. Zie­lo­ne wło­sy kon­tra­sto­wa­ły z ja­sną kurt­ką.

Mil­cza­łam.

- Słu­chaj, a może ty wca­le nie chcesz iść na bib­kę, może wo­la­ła­byś się ina­czej za­ba­wić, co?

Cały czas było mu mało. In­stynk­tow­nie czu­łam, jak zbli­ża­ją się do mnie. Byli zbyt bli­sko.

Na­gle moją uwa­gę od­wró­cił zna­jo­my głos.

- Pa­no­wie, chy­ba po­my­li­li­ście klu­by. Je­śli szu­ka­cie la­sek, to ra­czej znaj­dzie­cie je na Stritz.

Will stał obok mnie, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w osił­ków.

- Do­bra, do­bra - wy­co­fa­li się tam­ci - my tu tyl­ko uci­na­my so­bie miłą po­ga­węd­kę, co nie, mała?

Mru­gnął do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo, żu­jąc gumę, po czym od­wró­cił się i za­nu­rzył w roz­mo­wie z kom­pa­nem.

Will na pierw­szy rzut oka mógł się wy­da­wać nie­po­zor­ny, ale jego obec­ność roz­ta­cza­ła spe­cy­ficz­ną aurę, w ob­li­czu któ­rej więk­szość osób ustę­po­wa­ła.

- Ej, na­wet mnie nie przy­wi­tasz? - Mój przy­ja­ciel pa­trzył na mnie pew­nym sie­bie, roz­ba­wio­nym wzro­kiem.

Styl ma­cho pod­bił mu ego.

- Dzię­ki - po­wie­dzia­łam ci­cho, wciąż mie­rząc wzro­kiem dwóch ob­le­śnych ty­pów.

- Wcho­dzi­my. - Chło­pak po­cią­gnął mnie za rękę do klu­bu.

W po­miesz­cze­niu pa­no­wa­ła ciem­ność, jed­nak nie na tyle gę­sta, aby nie moż­na było do­strzec po­ma­rań­czo­wych wło­sów idą­ce­go przede mną przy­ja­cie­la. Cia­ła wo­kół wiły się i ści­ska­ły na­prze­mien­nie. Will przede mną rów­nież po­dry­gi­wał. Z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem sta­wa­li­śmy się czę­ścią jed­ne­go, pul­su­ją­ce­go w rytm mu­zy­ki or­ga­ni­zmu. Spo­mię­dzy tłu­mu wy­ra­sta­ły neo­no­we kap­su­ły, w któ­rych zmy­sło­wo wy­gi­na­ły się tan­cer­ki. Ich cia­ła po­kry­wa­ły zsyn­chro­ni­zo­wa­ne z ba­sem, drga­ją­ce ta­tu­aże. Cały ob­raz spra­wiał wra­że­nie fa­lu­ją­cej mo­zai­ki. Hip­no­ty­zo­wa­ło. Spra­wia­ło, że chcesz wię­cej.

- To, co za­wsze? - spy­tał Will, wska­zu­jąc gło­wą bar.

- Tak. Red Fla­re, pro­szę. - Uśmiech­nę­łam się za­dzior­nie.

- Je­stem za mi­nut­kę. - Will pu­ścił moją dłoń i od­da­lił się w kie­run­ku ki­wa­ją­cej na nie­go bar­man­ki.

Se­le­na była cór­ką wła­ści­cie­la. Skó­rza­ny top le­d­wo za­kry­wał jej pier­si, ob­wie­szo­ne błysz­czą­cy­mi pier­ścion­ka­mi dło­nie po­da­wa­ły drin­ki. Zna­łam ją z wi­dze­nia. W klu­bie by­wa­li­śmy z Wil­lem ostat­nio co­raz czę­ściej. Nie wiem, czy przez to, że na­sze ak­cje da­wa­ły radę. Cza­sa­mi nie po­tra­fi­łam od­po­wie­dzieć, czy świę­tu­je­my, czy też może za­le­wa­my sa­mot­ność. Przez więk­szość ży­cia mie­li­śmy tyl­ko sie­bie.

Cze­ka­łam, sto­jąc opar­ta o ścia­nę. Ob­ser­wo­wa­łam mu­zycz­ny or­ga­nizm na par­kie­cie, któ­ry wzno­sił się i opa­dał. Moc­ne, me­ta­lo­we brzmie­nie. Wo­kal, któ­ry z bal­la­do­we­go śpie­wu prze­cho­dził w growl. Li­der ze­spo­łu bu­jał się na zgię­tych ko­la­nach i he­ad­ban­go­wał, a wraz z nim ko­ły­sa­ła się cała sce­na. W po­wie­trzu czuć było elek­try­zu­ją­cą at­mos­fe­rę. Chło­pak w czar­nej blu­zie z kap­tu­rem grał gi­ta­ro­we solo. Ob­ser­wo­wa­łam go, wciąż cze­ka­jąc. Mi­nu­ty się wle­kły, a tym­cza­sem ze­spół po­ma­łu koń­czył swój kon­cert. Wil­la na­dal nie było, a ja za­czy­na­łam się nie­po­ko­ić. Zer­k­nę­łam w stro­nę baru. Je­dy­ne, co rzu­ci­ło mi się w oczy, to po­ma­rań­czo­we wło­sy w to­wa­rzy­stwie bar­man­ki. Już mia­łam się zbie­rać i sama ode­brać swo­je­go drin­ka, gdy dro­gę za­szedł mi chło­pak od gi­ta­ro­we­go solo.

Przy­glą­dał mi się przez dłuż­szą chwi­lę, po czym rzu­cił bez­ce­re­mo­nial­nie:

- Masz pla­ny na dzi­siaj?

W jego oczach drga­ły pło­my­ki. Resz­tę twa­rzy prze­sła­nia­ła płó­cien­na ma­ska z uśmie­chem Jo­ke­ra. Jesz­cze mi­nu­tę temu stał na sce­nie, a te­raz dzie­li­ło nas za­le­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów.

Prze­szu­ka­łam spoj­rze­niem bar. Will wciąż opie­rał się na przed­ra­mio­nach z gło­wą po­chy­lo­ną w stro­nę od­sło­nię­tych pier­si Se­le­ny. Nie by­łam pew­na, czy po­dzi­wiał ko­lor jej oczu, czy...

- Tak, mam. W mo­ich pla­nach na dzi­siej­szy wie­czór leży spła­wiać ta­kich fra­je­rów jak ty - od­pa­ro­wa­łam znie­cier­pli­wio­na cze­ka­niem.

Na czo­le chło­pa­ka zma­te­ria­li­zo­wa­ła się kon­ster­na­cja w po­sta­ci zmarszcz­ki.

- Two­ja de­fi­ni­cja fra­jer­stwa za­my­ka się w tym, że ko­leś za­ga­du­je do la­ski, któ­ra wy­da­je się od­sta­wać od sza­le­ją­ce­go tłu­mu, sto­jąc sama pod ścia­ną i tak­su­jąc chłod­nym spoj­rze­niem sy­tu­ację? - Zda­wa­ło się, że nie od­pu­ści. - La­ski, któ­rej uwa­ga sku­pia się wy­łącz­nie na gi­ta­rzy­ście black­me­ta­lo­we­go ze­spo­łu, dla­te­go póź­niej za­mie­rza go spła­wić, gdy ten po­dej­mu­je ini­cja­ty­wę.

Do­bra, nie­zna­jo­my za­czy­nał dzia­łać mi na ner­wy.

- Wiesz co, sta­ry, chy­ba so­bie za bar­dzo schle­biasz. Po pro­stu od­puść. Nie je­stem tu sama. Przy­szłam z...

- No i co tam, S.? Go­to­wa na rund­kę po par­kie­cie? - wszedł mi w sło­wo Will, wy­ra­sta­jąc jak­by spod zie­mi i po­da­jąc za­bar­wio­ne­go czer­wie­nią drin­ka. Kost­ki lodu za­grze­cho­ta­ły w smu­kłym szkle.

- Ja­sne. - Uśmiech­nę­łam się zło­śli­wie, pa­trząc pro­sto w oczy ob­ce­mu, któ­ry stał obok.

Will po­dą­żył za moim wzro­kiem.

- Nie wie­dzia­łem, że nie je­steś sama. - Zmie­szał się. - Tak to bym wciąż hip­no­ty­zo­wał cór­kę wła­ści­cie­la. - Ryk­nął śmie­chem, jak tyl­ko on po­tra­fił. - Ej, to w ta­kim ra­zie, sko­ro jest nas czwór­ka, wy­sko­czy­li­by­śmy póź­niej na mia­sto po­szwen­dać się, co? - Naj­wy­raź­niej Will w ogó­le nie wi­dział mo­jej twa­rzy, któ­ra krzy­cza­ła jed­no wiel­kie NIE! - A tak przy oka­zji, to mo­gła­byś mnie przed­sta­wić swo­je­mu no­we­mu zna­jo­me­mu.

Na­praw­dę uwiel­bia­łam w Wil­lu to, że jest taki pro­sto­li­nij­ny, ale w skraj­nych sy­tu­acjach, ta­kich jak ta, przy­bie­ra­ło to for­mę gru­biań­stwa.

Nowy prze­jął ini­cja­ty­wę.

- Kade - przed­sta­wił się, wy­cią­ga­jąc rękę w stro­nę Wil­la.

Uści­snę­li so­bie dło­nie.

- Will. Za­raz, za­raz... Czy to nie ty przy­pad­kiem je­steś tym gi­ta­rzy­stą od Shell of The De­vil?

- Chy­ba mu­sia­łeś mnie z kimś po­my­lić - od­po­wie­dział wy­mi­ja­ją­co Kade, spo­glą­da­jąc na mnie śmie­ją­cy­mi się oczy­ma.

- Och... - Will wy­raź­nie się zmie­szał. - Sor­ry, tak ja­koś mi się wy­da­wa­ło. Do­bra, to co? Go­dzin­kę tu­taj, do­pó­ki Se­le­na nie skoń­czy zmia­ny, i le­ci­my na Roc­ke­fel­ler Cen­ter?

- Pew­nie. - Naj­wy­raź­niej to ten nowy miał po­dej­mo­wać za mnie dzi­siaj wszyst­kie de­cy­zje.

Wie­dzia­łam, że Will od dłuż­sze­go cza­su pod­bi­jał do cór­ki wła­ści­cie­la, szcze­gól­nie po tych wszyst­kich re­la­cjach, któ­re za­miesz­czał w sie­ci. Wspól­ny obiad w Ge­ne­sis, jed­nym z naj­bar­dziej fan­cy ba­rów w Siy­ako. Kon­cert BMTY i after u Ra­fie­go. Po­ma­łu wkrę­cał dziew­czy­nę w świat na­szej eki­py. Nie mia­ła­bym nic prze­ciw­ko, gdy­by nie pod­ziem­ny cha­rak­ter na­sze­go dzia­ła­nia. Szcze­gól­nie że już od daw­na by­li­śmy na ce­low­ni­ku for­ty.

- Do­bra, wbi­jam na par­kiet, bo sty­pa - wy­rwał mnie z mo­­­no­lo­gu my­śli Will, po czym znik­nął w gąsz­czu par­kie­to­wych ciał.

Spoj­rza­łam w dół na Red Fla­re, któ­re­go trzy­ma­łam w dło­ni. Za­nu­rzy­łam usta w słod­kim drin­ku. Tan­cer­ki w kap­su­łach przy­bie­ra­ły skom­pli­ko­wa­ne pozy akro­ba­tycz­ne, wi­jąc się do no­wych elek­tro­nicz­nych dźwię­ków o głę­bo­kim ba­sie i ko­bie­cym wo­ka­lu. Wnę­trze klu­bu wy­peł­niał dym, któ­ry prze­ci­na­ły co ja­kiś czas la­se­ro­we ję­zy­ki. Re­gu­lar­ny rytm mu­zy­ki w me­trum czte­ry czwar­te bu­do­wał noc, któ­ra do­pie­ro się za­czy­na­ła.

Na­gle zda­łam so­bie spra­wę, dla­cze­go od dłuż­szej chwi­li mia­łam wra­że­nie, że coś nie gra. To nie była dy­miar­ka. Tem­po ude­rzeń bli­skie stu dwu­dzie­stu na mi­nu­tę też nie było przy­pad­ko­we. Tak zwa­na ta­chy­kar­dia ser­ca, by tyl­ko bu­dzić do ży­cia skoł­tu­nio­ne emo­cje i pod­sy­cać pul­su­ją­cą krew.

Byli w cha­rak­te­ry­stycz­nych dla nich ma­skach. Po­sta­cie mie­sza­ły się ze stan­dar­do­wy­mi cy­wi­la­mi. Pod ciem­ny­mi kap­tu­ra­mi ja­rzy­ły się za­szy­te neo­no­wym świa­tłem usta, a na przy­mknię­tych po­wie­kach iksy na­wią­zy­wa­ły do ich prze­wod­nie­go ha­sła You're al­most dead. Spod rę­ka­wów bluz wy­sta­wa­ły bio­nicz­ne dło­nie. Po­ru­sza­li się szyb­ko i bez­sze­lest­nie. Neu­ro­prze­kaź­ni­ka­mi wpły­wa­li na na­strój lu­dzi wo­kół sie­bie, elek­try­zu­jąc at­mos­fe­rę. Więk­szość osób nie wie­dzia­ła o ich ist­nie­niu, a ci, któ­rzy wie­dzie­li, nie wie­rzy­li, że są czę­ścią tego świat­ka.

- Mu­szę zna­leźć Wil­la - rzu­ci­łam do sto­ją­ce­go obok mnie nowo po­zna­ne­go chło­pa­ka, po czym uto­nę­łam w tłu­mie.

Twa­rze mi­go­ta­ły w świe­tle le­do­we­go stro­bo­sko­pu. Przy­pad­ko­we cia­ła ocie­ra­ły się o moje ubra­nie. Mie­szan­ka potu, pod­nie­ce­nia, ad­re­na­li­ny i kok­su. Jak mia­łam go zna­leźć?!

Will, za mi­nu­tę wi­dzi­my się przy wyj­ściu ewa­ku­acyj­nym.

Nie od­po­wia­dał na mój prze­sył. W tym mo­men­cie nie było miej­sca na bez­po­śred­niość. Oni mie­li jaw­ny wgląd w prze­sy­ła­ne im­pul­sem sy­gna­ły. Mu­sia­łam za­cho­wać ostroż­ność.

Od stro­ny sce­ny do­szedł huk. Na­gle ktoś chwy­cił mnie za rękę. Za­mach­nę­łam się w celu za­da­nia cio­su, ale w ostat­niej chwi­li za­mar­łam w bez­ru­chu.

Mia­łam wra­że­nie, jak­by wszyst­ko wo­kół spo­wol­ni­ło. Twarz Kade'a znaj­do­wa­ła się te­raz tuż przed moją. Na czo­ło chło­pa­ka nie­dba­le opa­da­ły ko­smy­ki wło­sów, a po­ło­wę jego ob­li­cza prze­sła­nia­ła ma­ska. Coś mnie tknę­ło, aby ją zdjąć. Pod­nio­słam dłoń, żeby do­tknąć jego po­licz­ka. Chło­pak stał nie­po­ru­szo­ny, naj­wy­raź­niej na­szym ukła­dom lim­bicz­nym udzie­la­ła się ener­gia za­wie­szo­na w ota­cza­ją­cym po­wie­trzu.

Zła­pa­łam za jego ma­skę, lecz za­nim zdą­ży­łam po­cią­gnąć ją w dół, na­gle wszyst­ko przy­śpie­szy­ło. Rze­czy­wi­stość za­wi­ro­wa­ła, a ja usły­sza­łam tyl­ko szyb­ki prze­kaz w mo­jej gło­wie.

Spa­da­my. Idź za mną. Znam inne wyj­ście.

Zha­ko­wał mnie. Wia­do­mo­ści mo­gły być prze­sy­ła­ne za po­mo­cą neu­ro­prze­kaź­ni­ków tyl­ko tym, któ­rzy mie­li do­stęp. Może był jed­nym z nas. Może wie­dział, jak to dzia­ła. Ta­kie prak­ty­ki były jaw­ną wi­zy­tów­ką spo­łecz­nych wy­rzut­ków. Prak­tycz­nie go nie zna­łam, więc nie mo­głam mu też bez­wa­run­ko­wo ufać, ale w tam­tej chwi­li, po­mi­mo że nie grał czy­sto i po­tra­fił się wła­mać do czy­je­goś umy­słu, mu­sia­łam dzia­łać szyb­ko. Prze­słał wia­do­mość poza ogól­no­do­stęp­ną sie­cią, two­rząc pry­wat­ny stru­mień w za­le­d­wie kil­ka se­kund. Wie­dzia­łam jed­no - mój przy­ja­ciel nie od­po­wia­dał, a za­kap­tu­rzo­nych par neo­no­wych ik­sów po­ja­wia­ło się wśród roz­tań­czo­ne­go tłu­mu co­raz wię­cej.

Will nie był la­ikiem w te­ma­cie. Może wy­czuł ich wcze­śniej. Może bał się nas zdra­dzić przed no­wym, któ­ry nie opusz­czał mnie na krok. Zna­łam Wil­la od dziec­ka. Gdy­by nie to, nie od­pu­ści­ła­bym. By­łam pew­na, że gdzie­kol­wiek był, wie­dział, co robi.

Pro­wadź.

Prze­sła­łam sy­gnał do Kade'a, bo chy­ba tak miał na imię, nie? Nie­waż­ne, nie pa­mię­ta­łam. Za­le­ża­ło mi tyl­ko na tym, aby jak naj­szyb­ciej się stąd wy­do­stać.

Nie pusz­cza­jąc mo­jej dło­ni, po­cią­gnął nas w stro­nę naj­bliż­szych drzwi. Szarp­nię­cie było na tyle gwał­tow­ne, że kie­li­szek z drin­kiem, któ­re­go nie zdą­ży­łam do­pić, roz­tłukł się na lu­strza­nej, ciem­nej po­sadz­ce.

Moje bor­do­we Mar­ten­sy zgrab­nie wy­mi­nę­ły szkło. Chło­pak pchnął drzwi wio­dą­ce na za­ple­cze dla ar­ty­stów. Na­szym oczom uka­zał się dłu­gi ko­ry­tarz pro­wa­dzą­cy ku scho­dom. Szyb­ko po­ko­na­li­śmy dzie­lą­cą od nich od­le­głość, mi­ja­jąc mi­go­czą­cy na ścia­nie ho­lo­gram z ha­słem Same shit, dif­fe­rent day. Bru­tal­nie re­al­ne mot­to mo­ty­wa­cyj­ne do pra­cy w sys­te­mie, w ja­kim przy­szło nam żyć.

Do­bie­gli­śmy do scho­dów. Prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie, po­ko­na­li­śmy trzy pię­tra. Klat­ka była wą­ska - na tyle, że mo­gła po­mie­ścić na­raz tyl­ko jed­ną oso­bę. Trzy­ma­łam się za Kade'em, ma­jąc przed ocza­mi jego sze­ro­kie ra­mio­na. Dzia­łał szyb­ko i bez za­sta­no­wie­nia. Jed­no­cze­śnie bi­łam się z my­śla­mi, cze­mu to ro­bię. Nie zna­łam go, roz­sąd­niej by­ło­by po­cze­kać na Wil­la, jed­nak in­tu­icja pod­po­wia­da­ła mi zu­peł­nie co in­ne­go.

Po­ko­nu­jąc przed­ostat­ni scho­dek, usły­sza­łam ha­łas do­cho­dzą­cy z niż­szych pię­ter. Sta­nę­łam gwał­tow­nie i spoj­rza­łam w dół przez sta­lo­wą po­ręcz or­na­men­to­wa­ną li­lia­mi. Znaj­du­ją­ca się na dole po­stać za­dar­ła gło­wę ku gó­rze, naj­wy­raź­niej za­alar­mo­wa­na gło­śnym stą­pa­niem na­szych bu­tów. Usta za­szy­te nie­bie­skim neo­no­wym świa­tłem i ra­żą­ce iksy wy­ma­lo­wa­ne na za­mknię­tych po­wie­kach zwró­ci­ły się w moją stro­nę.

W tej sa­mej chwi­li przed mo­imi ocza­mi za­pło­nął mo­no­chro­ma­tycz­ny ob­raz nad­gry­zio­nych bu­dyn­ków. Odra­pa­ne ścia­ny. Rześ­kie, chłod­ne po­wie­trze. Ostat­ni pa­pie­ros pa­lo­ny we wnę­trzu Atlan­ty. Pust­ka zie­ją­ca z każ­de­go za­kąt­ka miesz­ka­nia, któ­re jesz­cze dzień wcze­śniej tęt­ni­ło ży­ciem i mi­ło­ścią. Nie­wi­dzą­cym spoj­rze­niem szu­ka­łam mamy krzą­ta­ją­cej się za sto­łem w kuch­ni. Ojca po­chy­lo­ne­go nad biur­kiem, przy któ­rym zwy­kli­śmy spę­dzać dłu­gie go­dzi­ny, ana­li­zu­jąc sieć i pod­sys­te­mo­we jed­nost­ki. To on za­szcze­pił we mnie ha­ker­skie za­cię­cie, a mama na­uczy­ła wia­ry, wy­peł­nia­jąc wąt­pią­ce ser­ce bez­wa­run­ko­wym wspar­ciem. Wi­dzia­łam też Miyę opar­tą o so­sno­wą fra­mu­gę drzwi, mie­rzą­cą swój wzrost za po­mo­cą kre­sek wy­drą­ża­nych scy­zo­ry­kiem przez tatę w drew­nia­nej ra­mie. Co ja­kiś czas po­wta­rza­ła tę czyn­ność, po­rów­nu­jąc nowy wy­nik do za­pi­sków sprzed mie­się­cy.

- Mamo, jak do­ro­snę, chcę być taka jak Sara! Chcę móc cho­dzić nocą po tych wszyst­kich wy­so­kich da­chach i ob­ser­wo­wać flaj­mo­bi­le, a póź­niej la­tać na KRGT-1, łiiiiii! - za­krzyk­nę­ła mała, na­śla­du­jąc roz­war­ty­mi ra­mio­na­mi sa­mo­lo­to­we skrzy­dła i prze­bie­ga­jąc jed­no­cze­śnie przez sa­lon.

- Bę­dziesz, có­recz­ko, a te­raz sia­daj, obiad sty­gnie - od­par­ła po­błaż­li­wie mama, przy­zwy­cza­jo­na do co­dzien­nych fan­ta­zji młod­szej cór­ki.

- KRGT-1? Też mi coś! - obu­rzył się te­atral­nie tato. - Mo­gła­byś wy­brać coś bar­dziej wy­strza­ło­we­go, te mo­to­ry nie są w sta­nie do­ści­gnąć na­wet tych, któ­rzy miesz­ka­ją na ostat­nich pię­trach wie­żow­ców.

Wi­dać było, że się dro­czy i ma z tego nie­zły ubaw. Miya jed­nak wzię­ła jego sło­wa na po­waż­nie.

- Chcę la­tać tyl­ko KRGT-1, ni­czym in­nym! - krzyk­nę­ła z ca­łej siły. - Tyl­ko mo­to­ry­y­yy!!!!

- A ja my­ślę, że za ste­rem flaj­mo­bi­lu wy­glą­da­ła­byś o wie­le le­piej. - Papa wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu.

- Żar­tow­niś - mruk­nę­ła mama. - Daj już spo­kój, niech dziec­ko zje obiad. Miya, sia­daj, pro­szę. Zro­bi­łam wa­sze ulu­bio­ne pan­kej­ki z owo­ca­mi. Sara, cze­ka­my na cie­bie - po­wie­dzia­ła, pa­trząc w moim kie­run­ku, rów­no­cze­śnie bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc zła­pać roz­bie­ga­ne młod­sze dziec­ko, któ­re pę­dzi­ło po po­ko­ju, sy­mu­lu­jąc lot ma­szy­ny i ryk sil­ni­ka.

Se­kun­dy mi­ja­ły, a ob­raz się ulat­niał, roz­ta­piał i mie­szał z wrzesz­czą­cym pust­ką po­wie­trzem. W koń­cu po­zo­sta­ły tyl­ko ścia­ny i kil­ka prze­wró­co­nych me­bli.

- Wszyst­ko okej?

Głos chło­pa­ka wy­da­wał się do­bie­gać z da­le­ka. Za­mru­ga­łam. Mi­nę­ło kil­ka se­kund, za­nim do­szłam do sie­bie.

- Ja-ja­sne - za­jąk­nę­łam się przy­gnie­cio­na cię­ża­rem wspo­mnień. - Ja... - Urwa­łam i spoj­rza­łam w dół.

Neo­no­we iksy wciąż się we mnie wpa­try­wa­ły. Cała ta sy­tu­acja trwa­ła za­le­d­wie krót­ką chwi­lę. W prze­ciw­nym ra­zie po­stać z dołu już daw­no by nas do­go­ni­ła. Szyb­ko wy­de­du­ko­wa­łam, że Kade mu­siał się za­trzy­mać, gdy tyl­ko za­uwa­żył, jak prze­sta­łam za nim po­dą­żać.

- Chodź­my - po­na­gli­łam.

Ręce mi się trzę­sły. Skąd ta sil­na re­ak­cja? Cze­mu aku­rat w tym mo­men­cie wspo­mnie­nia od­ży­ły z po­dwój­ną siłą - te­raz, gdy li­czy­ła się każ­da se­kun­da?

Kade pchnął cięż­ką kla­pę w su­fi­cie na ostat­nim pię­trze. Gdy tyl­ko ją otwo­rzył, moim oczom uka­za­ły się ja­sno mi­go­czą­ce gwiaz­dy na tle ak­sa­mit­ne­go gra­na­tu nocy.

Obej­rza­łam się za sie­bie. Z dołu do­ga­niał nas dźwięk po­śpiesz­nych kro­ków po scho­dach. Bez za­sta­no­wie­nia pod­cią­gnę­łam się do góry i wy­gra­mo­li­łam na dach Cy­ta­de­li, czter­dzie­sto­pię­tro­we­go bu­dyn­ku, w któ­rym znaj­do­wał się klub, gdzie przed chwi­lą pi­łam Red Fla­re. Niby nic nie­zwy­kłe­go w po­rów­na­niu do rze­ko­mej pa­no­ra­my z po­sia­dło­ści hi­ro­szów, któ­re moż­na było po­dzi­wiać na wy­świe­tla­nych ho­lo­gra­mach. Za­chę­ca­ły nie­win­nie do do­zgon­ne­go kre­dy­to­wa­nia swo­je­go ży­cia w za­mian za opa­ko­wa­ny w mar­mur i szkło luk­sus.

Zro­bi­łam kil­ka kro­ków przed sie­bie, łap­czy­wie sy­cąc oczy hip­no­ty­zu­ją­cym wi­do­kiem strze­li­stych, roz­świe­tlo­nych, aglo­me­ra­cyj­nych form to­ną­cych w gę­stej nocy. W tym cza­sie Kade rów­nież wspiął się na dach. Za­trza­snął kla­pę, po czym chwy­cił coś cięż­kie­go. To było za­bez­pie­cze­nie od wej­ścia, naj­wi­docz­niej ktoś mu­siał je tu wcze­śniej po­rzu­cić, gdy wy­wa­żał za­mek. Po za­ry­glo­wa­niu przej­ścia pod­szedł do kra­wę­dzi bu­dyn­ku. Za­trzy­mał się nad samą prze­pa­ścią, po czym stuk­nął kil­ka razy w wy­świe­tlacz na prze­gu­bie swo­jej dło­ni. Nie mi­nę­ła na­wet mi­nu­ta, a przed nim wzno­si­ła się już la­ta­ją­ca ma­szy­na. Chło­pak wsiadł na fu­tu­ry­stycz­ny mo­to­cykl, po czym spoj­rzał na mnie wy­cze­ku­ją­co. Nie za­re­ago­wa­łam, co go wy­raź­nie sfru­stro­wa­ło.

- Wsia­dasz czy za­mie­rzasz cze­kać na tych z dołu?

- Skąd wiesz o pro­wo­ka­to­rach? - rzu­ci­łam nie­uf­nie.

- Wiem wię­cej, niż po­dej­rze­wasz - żach­nął się. - Wsia­daj, za­nim nas do­go­nią. Par­ko­wa­nie na da­chu bez prze­pust­ki jest nie­le­gal­ne. Mu­szę zdą­żyć, za­nim mnie przy­cza­ją.

Zza mo­ich ple­ców do­biegł ło­skot. Byli co­raz bli­żej. Prze­łknę­łam śli­nę.

- Do­bra - po­wie­dzia­łam, prze­kła­da­jąc nogę przez ma­szy­nę, któ­ra uno­si­ła się trzy­sta me­trów nad zie­mią. Na dole wi­dać było szyb­ko ko­tłu­ją­ce się ży­cie: zde­rza­ją­ce się ze sobą mi­liar­dy ludz­kich ist­nień. - Ale mam cho­ro­bę lo­ko­mo­cyj­ną, więc wiesz, byle nie za szyb­ko - do­da­łam kpiar­sko.

Na ogo­nie pro­wo­ka­to­rzy, wsia­dam na mo­tor ob­ce­go typa na da­chu czter­dzie­sto­pię­tro­wej Cy­ta­de­li, a mnie na­szła ocho­ta na żar­ty. So much fun, jak by to ujął Will. Na myśl o nim ści­snę­ło mnie w gar­dle.

- Ja­sne - od­parł chło­pak, a ton gło­su zdra­dzał, że w jego oczach znów cza­ją się cha­rak­te­ry­stycz­ne zło­śli­we pło­my­ki.

Kade do­dał gazu. Mo­to­cykl wy­rwał przed sie­bie. Wiatr szar­pał mi wło­sy, po­licz­ki. Ści­snę­łam chło­pa­ka w pa­sie. Nie wie­dzia­łam, gdzie czu­łam się bez­piecz­niej­sza: czy na da­chu z pro­wo­ka­to­ra­mi, czy z nim na tej sza­le­ją­cej ma­szy­nie. Wo­kół nas pę­dzi­ły ko­lo­ro­we świa­tła, rze­czy­wi­stość zle­wa­ła się w neo­no­wą mo­zai­kę be­stial­skiej me­tro­po­lii, a my mknę­li­śmy pro­sto w jej za­chłan­ną pasz­czę.

Kwarantanna

Pa­pier do­ku­men­tów le­żą­cych na biur­ku po­wo­li chło­nął roz­la­ną ró­żo­wą ciecz o słod­kim za­pa­chu. Za­alar­mo­wa­ny wy­ją­cym sy­gna­łem Rafi na­wet nie za­uwa­żył, kie­dy po­trą­cił ra­mie­niem szklan­kę z tru­skaw­ko­wym sha­kiem, wsta­jąc gwał­tow­nie znad lap­to­pa.

Je­śli w cen­tra­li był in­truz, to miał tyl­ko dwie moż­li­wo­ści prze­do­sta­nia się do środ­ka. Od pół­noc­no-wschod­nich drzwi wej­ścio­wych dzie­li­ły nas dwie mi­nu­ty i trzy­dzie­ści trzy se­kun­dy, je­śli­by wie­rzyć wskaź­ni­ko­wi na prze­gu­bie dło­ni, któ­re­go mi­kro­pro­ce­sor, wsz­cze­pio­ny pod moją cien­ką skó­rę, z ła­two­ścią od­no­to­wał to­wa­rzy­szą­cą emo­cję stra­chu, kal­ku­lu­jąc naj­lep­sze wyj­ście z po­ten­cjal­nie kry­zy­so­wej sy­tu­acji. Oczy­wi­ście z każ­dą se­kun­dą mo­je­go wa­ha­nia czas re­al­ne­go po­ko­na­nia od­le­gło­ści z punk­tu A do punk­tu B wzra­stał. To nie był pierw­szy raz, kie­dy mu­sia­łam po­dej­mo­wać de­cy­zje w mgnie­niu oka. Lata prak­ty­ki na­uczy­ły mnie, że cza­sa­mi le­piej kie­ro­wać się prze­czu­ciem niż chłod­no kal­ku­lo­wa­ny­mi ob­li­cze­nia­mi wgra­ne­go pod­sys­te­mu. Mimo że był kom­pa­ty­bil­ny w dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cen­tach z moją pod­świa­do­mo­ścią, co prze­kła­da­ło się na jego mia­ro­daj­ne osią­gi, nie mia­łam do nie­go cał­ko­wi­te­go za­ufa­nia. Zresz­tą i tak wy­ma­gał ak­tu­ali­za­cji.

Wła­śnie dla­te­go wy­bra­łam dru­gą opcję: szyb­ko pod­bie­głam do sto­ją­cej obok skrzy­ni i z hu­kiem pod­nio­słam wie­ko.

- Rafi, kie­ruj się w stro­nę ma­gne­tycz­nych drzwi na pół­noc­nym wscho­dzie - na­ka­za­łam chło­pa­ko­wi, po­da­jąc mu ARK-173, je­den z ka­ra­bi­nów pre­cy­zyj­nych o więk­szym ka­li­brze.

- Się robi, a co z wami? Jest nas za mało, trze­ba alar­mo­wać resz­tę. Po­czą­tek ty­go­dnia, a tu ta­kie cyr­ki. - Rafi splu­nął na be­to­no­wą po­sadz­kę, prze­ła­do­wu­jąc jed­no­cze­śnie ma­ga­zy­nek.

- Fi­lo­zo­fo­wać bę­dziesz póź­niej, na ra­zie mu­si­my zna­leźć źró­dło - od­po­wie­dzia­łam, rzu­ca­jąc w stro­nę Arka strzel­bę za­ła­do­wa­ną po­ci­ska­mi za­pa­la­ją­cy­mi.

Sama wzię­łam Fa­ith, be­stię krót­kie­go ra­że­nia, wy­po­sa­żo­ną w łą­cze smart, sko­re­lo­wa­ną ze zmy­słem wzro­ku jej ak­tu­al­ne­go użyt­kow­ni­ka. To po­zwa­la­ło na wy­prze­dza­nie wa­run­ko­wej re­ak­cji, mi­ni­ma­li­zu­jąc jed­no­cze­śnie ry­zy­ko opóź­nie­nia strza­łu w star­ciu z na­past­ni­kiem.

- Kto­kol­wiek tu jest, miał tyl­ko dwie opcje wej­ścia - po­wie­dzia­łam, za­kła­da­jąc ka­mi­zel­kę ku­lo­od­por­ną. - Głów­nym en­tran­ce albo przez kla­pę wy­lo­to­wą na dach. Do­bra, wie­my, co ro­bić. Po­zo­sta­je­my jed­no­cze­śnie na łą­czu.

- Copy that. - Rafi po­dą­żył się w kie­run­ku pół­noc­no-wschod­nim.

Arek zła­pał mój wzrok i ski­nął gło­wą.

Ode­szłam od kok­pi­tu i skie­ro­wa­łam się w stro­nę głów­ne­go holu. Pa­pie­ry wa­la­ły się po pod­ło­dze. Prze­sko­czy­łam sofę, aby nie tra­cić cza­su, i pod­bie­głam do drzwi pro­wa­dzą­cych na ko­ry­tarz. Wy­peł­nia­ła go ci­sza. Mój umysł dzia­łał na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Pro­ce­sor pod­skór­ny do­stra­jał się au­to­ma­tycz­nie do pa­nu­ją­cej at­mos­fe­ry. Czu­łam, jak­by po­przez moje żyły nie pły­nę­ła krew, a elek­try­zu­ją­ca ciecz ad­re­na­li­ny, któ­ra ogar­nę­ła zmy­sły. Zza ra­mie­nia do­cho­dzi­ło mnie ci­che stą­pa­nie bu­tów po me­ta­licz­nej pod­ło­dze schro­nu. Arek był moją lewą ręką. Od­kąd pa­mię­tam, funk­cję pra­wi­cy peł­nił Will. Tyle tyl­ko, że te­raz go nie było.

Mi­nąw­szy kil­ka par drzwi roz­sia­nych na ścia­nach dłu­gie­go ko­ry­ta­rza, skrę­ci­li­śmy w pra­wo. Od wej­ścia dzie­li­ły nas jesz­cze dwa za­krę­ty.

Wi­dzisz coś?

Arek prze­słał w moją stro­nę sy­gnał za­ko­do­wa­ny na na­­­­szym cen­tral­nym VPN-ie.

Na ra­zie ci­sza.

Wgra­ny pod­sys­tem był w sta­nie na­mie­rzyć wzrost tem­pe­ra­tu­ry w pro­mie­niu trzy­stu me­trów. To świad­czy­ło­by o obec­no­ści ob­ce­go cia­ła w po­bli­żu, dla­te­go już daw­no po­win­nam za­uwa­żyć zmia­nę. Chy­ba że czuj­ni­ki zo­sta­ły uśpio­ne. Po­trój­­ne za­bez­pie­cze­nia, któ­re wpro­wa­dzi­li­śmy ja­kiś czas temu, nie po­zo­sta­wia­ły jed­nak wąt­pli­wo­ści, że kto­kol­wiek mógł to zro­bić, mu­siał znać na­sze we­wnętrz­ne spo­so­by dzia­ła­nia.

Przez wszyst­kie lata tyl­ko raz tra­fi­ła nam się plu­skwa. I to w po­sta­ci mi­kro­pro­ce­so­ra prze­my­co­ne­go w lap­ku jed­ne­go z na­szych. W za­sa­dzie mo­gli­śmy tego unik­nąć, gdy­by­śmy się nie po­ła­ko­mi­li na tań­szą na­pra­wę ma­try­cy u Ral­ly'ego. Za­wsze po­wta­rza­łam, że naj­le­piej ro­bić wszyst­ko na wła­sny ra­chu­nek. Teo­re­tycz­nie Ral­ly ro­bił do­brze ro­bo­tę. Spe­cja­li­zo­wał się w prze­pro­gra­mo­wy­wa­niu sys­te­mu Afa, od­po­wied­ni­ka BIOS, z tą róż­ni­cą, że Afa był hy­bry­dą. Łą­czył bi­nar­ność z neu­ro­no­wą kom­pa­ty­bil­no­ścią, więc jego kom­ple­men­tar­ny cha­rak­ter w ca­ło­ści nam od­po­wia­dał. Do­dat­ko­wo two­rzył zin­te­gro­wa­ną sieć po­łą­czeń, spryt­nie prze­rzu­ca­jąc rze­czy­wi­stość i ak­ty­wu­jąc pa­kiet pierw­szej in­stan­cji. Chcąc czy nie, mu­sie­li­śmy w to wejść. Po­zna­nie za­sad gry było ko­niecz­no­ścią nie tyl­­­­ko wte­dy, kie­dy czyn­nie bra­łeś w niej udział, ale szcze­gól­nie w przy­pad­ku chę­ci sa­bo­to­wa­nia dzia­łań stro­ny prze­ciw­nej.

Jed­no było pew­ne: sys­tem za­wo­dził. Mu­sia­łam zdać się na in­stynkt, a ten pod­po­wia­dał mi, że lada mo­ment roz­pę­ta się bu­rza.

***

Kil­ka kro­ków w przód. Oczy lu­stru­ją do­mi­nan­tę pu­stej prze­strze­ni. Hol wy­peł­nia­ją drga­nia mi­go­czą­cej czer­wie­ni przy­kle­jo­ne­go nad wej­ściem neo­nu z na­pi­sem En­tran­ce.

Szorst­ki ob­raz prze­ci­na krzy­czą­ca ka­ko­fo­nia zda­rzeń.

W ułam­ku se­kun­dy prze­ska­ku­ję do le­we­go skrzy­dła holu. Prze­wrót przez bark. Ką­tem oka lu­stru­ję Arka kontr­ują­ce­go se­rię. Od­da­je strzał, po czym zwin­nie cho­wa się za za­krę­tem ko­ry­ta­rza, da­jąc mi sy­gnał.

Od­wró­cę jego uwa­gę - prze­sy­ła ko­mu­ni­kat.

Okej - od­po­wia­dam. Tyle wy­star­czy, już wiem, co mam ro­bić.

Wy­ko­rzy­stu­ję mo­ment i ni­czym iskra w ete­rze prze­miesz­czam się na dru­gi ko­niec mar­twej prze­strze­ni. Mar­twej, nie li­cząc wy­peł­nia­ją­cych ją drga­ją­cych ato­mów ludz­kich ciał. Mar­twej, bo sama w so­bie nie ma du­szy. Bez nas jest tyl­ko pu­stym zbio­rem in­du­strial­nych pod­ziem­nych ku­bi­ków. To my na­da­je­my jej sens. I wła­śnie ten sens na­szych dzia­łań kie­ru­je mną w tej chwi­li. To on na­ci­ska na spust be­stial­skiej Fa­ith, któ­rą trzy­ma moja dłoń.

Od­ruch bez­wa­run­ko­wy dyk­to­wa­ny przez ewo­lu­cyj­ny cha­rak­ter na­szej na­tu­ry wże­ra się w rze­czy­wi­stość i ko­ro­du­je nie­od­wra­cal­ną zmia­ną na osi cza­su. To cien­ka gra­ni­ca, za któ­rą nie ma od­wro­tu. Gdy raz ją prze­kro­czysz, mo­żesz być pew­ny, że już ni­g­dy nie bę­dziesz taki sam. Ży­cie jest ster­tą przy­pad­ków i nie­wy­ko­rzy­sta­nych oka­zji. Tyl­ko od cie­bie za­le­ży, czy zmia­na bę­dzie two­im prze­zna­cze­niem.

Se­ria tra­fia w tył sza­rej kurt­ki. Dzię­ki nie­uwa­dze in­tru­za prze­cho­dzę na tył, gdy Arek od­da­je sal­wę. Ha­ku­jąc jego głów­ny dock, spraw­nie usu­wam kon­tur wła­snej prze­bie­ga­ją­cej po­sta­ci na tle kil­ku se­kund, klat­ka po klat­ce.

Sza­ra kurt­ka pada na wskroś. O pod­ło­gę roz­bi­ja się z hu­kiem Glock. A ostat­nia rzecz, jaką wi­dzę, jest le­żą­cy cień ­Fa­ith na po­sadz­ce. Nim za­mknę oczy, świat spo­wi­ja ciem­ność.

***

- Mo­głam to prze­wi­dzieć - ję­czę, roz­cie­ra­jąc obo­la­łą skroń.

- Ciesz się, że nie rąb­nę­łaś o kant ba­rier­ki - kwi­tu­je kwa­śno Arek.

- Taa, o mały włos - wtó­ru­je mu Rafi.

- Och, za­mknij­cie się już - uci­nam.

O moje czo­ło bije nie tyl­ko pul­su­ją­cy ból, ale też roz­ko­ła­ta­ne my­śli. Po­ko­nu­ję kil­ka kro­ków. Kwa­drat pięć me­trów na pięć roz­świe­tla żół­ta ja­rze­niów­ka. Szum wen­ty­la­to­ra wi­bru­je w uszach.

- By­łam pew­na, że go mam - mó­wię, spo­glą­da­jąc przez we­nec­ką szy­bę.

Gość, do któ­re­go mie­rzy­łam przed chwi­lą z Fa­ith, sie­dzi opar­ty non­sza­lanc­ko na krze­śle i stu­ka bla­dy­mi knyk­cia­mi w blat sto­łu. Zu­peł­nie jak­by nie był prze­trzy­my­wa­ny, a cze­kał na kawę w Star­buck­sie.

- Od po­cząt­ku sys­tem szwan­ko­wał - przy­zna­ję - nie wy­kry­wał go. To mo­gło dać mi sy­gnał. Te­raz już jest nie­waż­ne. Trze­ba go prze­trze­pać. Py­ta­nie, cze­go szu­kał w na­szej ba­zie.

- Albo kogo - do­da­je Rafi.

- Chcesz te­raz tam wejść? Może po­cze­kaj chwi­lę, od­pocz­nij. - Arek zer­ka na moje po­si­nia­czo­ne czo­ło.

- Wszyst­ko gra, otwie­raj.

Przy­gry­zam war­gę i przy­go­to­wu­ję się do za­da­nia wer­bal­nych ob­ra­żeń. Po­py­cham cięż­kie drzwi, któ­re ule­ga­ją ze skrzyp­nię­ciem. Po­miesz­cze­nie prze­słu­chań spra­wia wra­że­nie klau­stro­fo­bicz­ne­go. In­truz sie­dzi na krze­śle, wy­glą­da na znu­dzo­ne­go. Mie­rzy mnie wzro­kiem, szcze­rząc zęby w obrzy­dli­wym uśmie­chu, gdy sia­dam na­prze­ciw­ko. Ozna­ka trium­fu; ra­dość, że uszedł z ży­ciem. O mały włos.

Moc­no osa­dzo­ne oczy. Lśnią­ce od potu czo­ło zdra­dza po­zo­ry jego gier­ki. Męż­czy­znę zże­ra stres i praw­do­po­dob­nie od­li­cza ci­cho se­kun­dy. At­mos­fe­ra drga pod na­pły­wem nie­mych emo­cji.

- Dla kogo pra­cu­jesz? - prze­ry­wam mil­cze­nie.

- Jak się po­sta­rasz, to mogę dla cie­bie. - Su­ge­styw­nie uno­si brwi do góry.

- Chcia­łam po do­bro­ci, ale się pro­sisz - wzdy­cham bar­dziej do sie­bie niż do nie­go. - Arek?

Chło­pak kiwa gło­wą na znak zro­zu­mie­nia. Pod­cho­dzi do in­tru­za, wy­krę­ca mu ręce do tyłu i spi­na je w sta­lo­wym uści­sku za opar­ciem krze­sła. Wsta­ję i pod­cho­dzę do męż­czy­zny. Jed­nym ru­chem ob­ra­cam go ra­zem z krze­słem i gwał­tow­nie sta­wiam cięż­ki but po­mię­dzy jego uda­mi. Opie­ram ra­mio­na na ko­la­nie, spo­glą­da­jąc w jego nie­prze­nik­nio­ne oczy. Męż­czy­zna ła­pie fazę, a jego głup­ko­wa­ty uśmie­szek szyb­ko się ulat­nia.

- Za­py­tam raz jesz­cze: kto cię wy­na­jął? - ce­dzę przez zęby.

Mil­cze­nie. Wpa­trzo­ny w punkt za mną, gło­śno wcią­ga w płu­ca zmę­czo­ne po­wie­trze z wen­ty­la­to­rów.

- Sam się o to pro­sisz - po­wta­rzam.

Wy­cią­gam z kie­sze­ni ska­ner. To pro­ste urzą­dze­nie po pod­łą­cze­niu do no­śni­ka da­nych w jed­nej se­kun­dzie ścią­ga in­for­ma­cje z ostat­nich czter­dzie­stu ośmiu go­dzin. Prze­świe­tla wszyst­kie po­łą­cze­nia z in­ny­mi jed­nost­ka­mi. Pod­da­wa­ny ska­ne­ro­wi jest czy­sty, obez­wład­nia go chwi­lo­wa pust­ka, a oczy za­cho­dzą mu mgłą. Cały me­cha­nizm tyl­ko po­twier­dza, jak bar­dzo sys­tem kon­tro­lu­je nasz or­ga­nizm. Skła­da­my się w sie­dem­dzie­się­ciu pro­cen­tach z wody, resz­ta to ko­pia zapa­sowa da­nych.

Gość pęka na wi­dok ska­ne­ra:

- To nie-nie­le­gal­ne!

Gdzieś gubi się ten choj­rak, któ­ry jesz­cze chwi­lę temu sie­dział przede mną.

- A my­śla­łeś, że co­kol­wiek w tym miej­scu jest le­gal­ne? - Tym ra­zem ja iro­ni­zu­ję z uśmiesz­kiem.

Bled­nie. Po uży­ciu ska­ne­ra w jego gło­wie za­pa­no­wa­ła­by pust­ka, któ­rej po­tłu­czo­ne odłam­ki od­zy­wa­ły­by się w naj­mniej ocze­ki­wa­nych mo­men­tach. To cho­ler­ne urzą­dze­nie, ale w ta­kich sy­tu­acjach trze­ba się ucie­kać do ra­dy­kal­nych na­rzę­dzi.

- Do­bra - ka­pi­tu­lu­je in­truz - do­bra! Po­wiem wszyst­ko, co wiem.

- Cze­ka­my. - Od­su­wam się, krzy­żu­jąc ręce na pier­siach.

Skon­ster­no­wa­ny in­truz wier­ci się w uści­sku Arka.

- Po pierw­sze: nie pra­cu­ję dla ni­ko­go. Je­stem na­jem­ni­kiem. Po­ja­wi­ło się zle­ce­nie w ba­zie da­nych, przy­ją­łem. Ostat­nio z haj­sem kru­cho. Sy­tu­acja na ryn­ku...

- Do me­ri­tum, a nie pie­przysz o sy­tu­acji ryn­ko­wej! - war­czę mu w twarz. - Kto był nadaw­cą?

- Ano­nim. Zle­ce­nie ano­ni­mo­we. - Męż­czy­zna błą­dzi spoj­rze­niem mię­dzy mną a Ar­kiem. - Nie kła­mię, se­rio. Za trzy i pół bań­ki.

Wy­mie­niam ko­mu­ni­ka­ty z Ar­kiem.

Coś mi nie gra.

Mnie też. Przy­ci­śnij go.

- Jak brzmia­ła treść zle­ce­nia?

Na mo­ment się prze­łą­cza, szu­ka­jąc szcze­gó­łów w pa­mię­ci. Po chwi­li wra­ca do ży­wych.

- Ofer­ta dnia: trzy i pół mi­lio­na sa­li­nów za mózg ope­ra­cyj­ny Trick­sów - re­cy­tu­je. - Szcze­gó­ło­we dane w wia­do­mo­ści zgło­sze­nio­wej. Płat­ność jesz­cze w tym sa­mym dniu.

Ob­le­wa mnie zim­ny pot. Ktoś wy­dał zle­ce­nie bez­po­śred­nio na mnie? Może nie­ko­niecz­nie miał na my­śli mnie, ale sam mózg Trick­sów. Z po­tycz­ki wy­szłam z po­tłu­czo­ną skro­nią. Oka­zu­je się, że mi­nę­łam się też o włos z ko­stu­chą.

- Po­daj szcze­gó­ło­we dane. - Prze­ły­kam gło­śno śli­nę.

- Nie pa­mię­tam - od­po­wia­da in­truz.

- Tu nie ma miej­sca na żar­ty. Da­waj albo przy­kła­dam ska­ner.

- Ale ja na­praw­dę... - za­czy­na, gdy wtem ło­skot drzwi za­głu­sza jego dal­sze jęki.

- Puść­cie go - prze­ry­wa bez­ce­re­mo­nial­nie Will, wcho­dząc do po­miesz­cze­nia prze­słu­chań.

Jego wło­sy mają dziś mniej in­ten­syw­ny od­cień, naj­wi­docz­niej współ­gra­jąc z jego na­stro­jem.

- On wam nie po­mo­że - od­po­wia­da, wi­dząc wy­raz mo­jej twa­rzy: je­den wiel­ki py­taj­nik.

- Znasz go?

- Nie, ale spójrz­cie na go­ścia. - Will kiwa gło­wą w stro­nę na­jem­ni­ka. - Z jego mar­nej gęby już nic nie wy­cią­gnie­cie.

Nie mogę po­jąć, dla­cze­go zio­mek, któ­re­go znam od lat, za­mie­rza ot tak uspra­wie­dli­wiać czło­wie­ka, któ­ry jesz­cze przed chwi­lą do mnie ce­lo­wał, dla­te­go opo­nu­ję:

- Will, wcho­dzisz tu­taj jak­by ni­g­dy nic i stwier­dzasz, że na­jem­nik, któ­ry do­stał zle­ce­nie wy­eli­mi­no­wa­nia mnie, jest nie­win­ny. Jak mam to ode­brać? Gdzie by­łeś wcze­śniej? Ze wzglę­du na two­ją nie­obec­ność po­ran­ne spo­tka­nie się nie od­by­ło.

- Babe - za­czy­na Will ze swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym ak­cen­tem - wiem, jak bar­dzo je­steś zde­ner­wo­wa­na. Rafi o wszyst­kim mi po­wie­dział. Nie mo­głem przyjść wcze­śniej, le­d­wo wsta­łem, za­rwa­łem noc­kę. Prze­cież by­łaś tam ze mną, w klu­bie.

- Znik­ną­łeś - pod­kre­ślam.

- Mia­łem spra­wę, póź­niej do tego wró­ci­my. A ten - kie­ru­je na in­tru­za pa­lec wska­zu­ją­cy pra­wej dło­ni ob­wie­szo­nej zło­ty­mi bran­so­le­ta­mi - na nic się nie zda. To zwy­kły strze­lec.

Spo­glą­da na urzą­dze­nie, któ­re wciąż trzy­mam w dło­ni.

- Chcesz jesz­cze bar­dziej rzu­cać się w oczy? Już i tak for­ta wę­szy wo­kół. Do­brze wiesz, z czym wią­że się uży­cie ska­ne­ra. Na­mie­rzy­li­by nas w cią­gu kil­ku mi­nut, a tego na pew­no nie chce­my.

Niby wszyst­ko to brzmi ra­cjo­nal­nie, ale wciąż nie mogę po­skła­dać kil­ku puz­zli do kupy.

- Gość do­stał na mnie zle­ce­nie. Czy na­praw­dę cię to nie ru­sza?

- Sara - wy­ma­wia moje imię po­wo­li i ła­god­nie - nic mnie bar­dziej nie ru­sza niż two­je bez­pie­czeń­stwo. Jak my­ślisz, co tu­taj wła­śnie ro­bię? Jak tyl­ko Rafi prze­słał mi po­wia­do­mie­nie, od razu się ze­bra­łem.

Wyj­mu­je mi z dło­ni ska­ner i od­kła­da go na miej­sce. Jego dziw­ny spo­kój mi się udzie­la.

Will ła­pie mnie za ręce i po­wo­li od­pro­wa­dza na bok. Przez mo­ment za­po­mi­nam, że nie je­ste­śmy sami.

- To wy­pu­ści­cie mnie? - skrze­czy in­truz.

Sy­tu­acja za­czy­na ro­bić się gro­te­sko­wa. Wzdy­cham.

- Zo­sta­niesz na kwa­ran­tan­nie - mó­wię, po czym zwra­cam się do Arka: - Prze­pro­wadź go w od­po­wied­nie miej­sce. Po­zo­sta­nie pod ob­ser­wa­cją.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej ksiązki.