Mgła Roztocza - Wioletta (Niewyparzona Pudernica) Pyzik

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Kurwa. Co ja tutaj robię? - powie­dzia­łam sama do sie­bie, omia­ta­jąc wzro­kiem starą cha­łupę. Wysia­dłam z samo­chodu, gło­śno trza­ska­jąc drzwiami.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

Z auta wzię­łam tylko torebkę. Może to nie jest miej­sce dla mnie? Może jesz­cze wrócę? Tylko zer­knę do środka domu. Zoba­czę, jak to wszystko wygląda. Milion myśli na sekundę.

Idę w stronę drzwi, grze­biąc przy tym jedną ręką w tor­bie zawie­szo­nej na ramie­niu. Gdzie są te cho­lerne klu­cze? Dobra, mam. Bre­lo­czek z napi­sem "War­szawa". Muszę go zmie­nić. Nie ma już War­szawy. Nie ma już Kon­rada. Nie ma już niczego. Jest tylko ta rudera na końcu wsi.

Cho­lera, a może lepiej wró­cić?

Zamek w drzwiach sta­wia opór. Dawno nikt tu nie zaglą­dał. Za chwilę ja zaj­rzę po raz pierw­szy. Na zdję­ciu to wszystko wyglą­dało jakoś lepiej. Ład­niej. Siel­sko-aniel­sko. Kurwa. Prze­cież to jakaś melina! Otwie­ram cięż­kie, skrzy­piące drzwi i powta­rzam jak man­trę:

- Kurwa. Co ja tutaj robię? - Stoję na progu i nie wiem, co dalej.

Dobra. Jest późno. Może zostanę tu na noc. Albo na week­end. Prze­my­ślę wszystko. Poukła­dam sobie w gło­wie. Oko­lica ponoć piękna. Zaraz znajdę jakieś atrak­cje. Knajpy. Może wybiorę się na kajaki?

Wyj­muję tele­fon i już wiem, że niczego nie znajdę. Zero inter­netu. Zero zasięgu. Nie no, to jakiś koniec świata! Dobra, jeden week­end jakoś wytrzy­mam. Może to i lepiej, że przez kilka dni będę poza zasię­giem. Tak. Bar­dzo dobrze. Taki krótki reset. Odpo­czy­nek od świata.

Wcho­dzę. Szu­kam włącz­nika świa­tła. Jest! Działa? No, nie tak źle. Mały kory­tarz, zaku­rzony, z paję­czyną pod sufi­tem. Po lewej malutki pokoik. Po pra­wej jesz­cze bar­dziej mikro­ma­lutka łazienka. Naj­waż­niej­sze, że jest ta łazienka.

Na wprost wej­ścia spora kuch­nia z kaflo­wym pie­cem. W kuchni po lewej sta­ro­dawne drzwi. Otwie­ram wcale nie sekretne przej­ście do sypialni. Hohoho! Gdyby to wszystko odświe­żyć, mogła­bym tu posie­dzieć i tydzień! Tak w ramach sza­leń­stwa.

Dom z zewnątrz wygląda jak roz­pa­dli­sko. W środku są ślady nie­udol­nych prób odpi­co­wa­nia. Kaśka szy­ko­wała go na sprze­daż. Coś tam zro­biła, coś tam popra­wiła, byle jak, byle było, byle ktoś kupił. I Kon­rad kupił. Taki pre­zent dla mnie. Szkoda tylko, że spre­zentował mi go za kasę z mojego konta oszczęd­no­ścio­wego. Naszego. Tak, kurwa, naszego. Tak mawiał, szkoda tylko, że z niego wyłącz­nie wypła­cał, a wpła­cał guzik.

Jaka ja byłam za to na niego wście­kła! Dalej jestem! Ale przy­naj­mniej na coś mi się ten dom teraz przyda. Mój dom. Posie­dzę tu tro­chę i sprze­dam go w cho­lerę. To jedyna rzecz (czy dom to rzecz?), która wciąż łączy mnie z Kaśką i Kon­ra­dem. Jesz­cze nie wiem, czy ich nie­na­wi­dzę. Chyba tak. Nie wiem. Posie­dzę tu tydzień i o wszyst­kim pomy­ślę. Teraz muszę się wysi­kać. I przy­nieść walizki z auta. I wypić tro­chę wina. I zjeść maka, któ­rego nie doja­dłam po dro­dze. I odpo­cząć.

Tak, muszę odpo­cząć...

Rozdział 2

Muszę odpo­cząć od ide­al­nego życia. No tak, wła­śnie moje życie było ide­alne. Ide­alna praca. Ide­alny facet. Ide­alna przy­ja­ciółka. Ide­alni zna­jomi. Ide­alne miesz­ka­nie. Ide­alna uroda. Ide­alne ciu­chy. Ide­alny świat. Jak na Insta­gra­mie - z zewnątrz.

Było tak ide­al­nie, że nawet ja w to uwie­rzy­łam. Skoń­czy­łam gów­no­stu­dia dla gów­no­pa­pierka, ale byłam obrotna. Zaraz po stu­diach pokrę­ci­łam się tro­chę to tu, to tam. Mia­łam za sobą krótką karierę kel­nerki i wła­śnie w knaj­pie pozna­łam Kaśkę. Kaśka pra­co­wała w agen­cji i to ona wkrę­ciła mnie na staż.

Na stażu poka­za­łam się z naj­lep­szej strony i dosta­łam umowę, naj­pierw na trzy mie­siące. Potem na kolejne trzy, potem na sześć, aż w końcu na czas nie­okre­ślony. Robi­łam wszystko i na sto dwa­dzie­ścia pro­cent. Obsłu­gi­wa­li­śmy naj­więk­sze firmy. Wyszu­ki­wa­li­śmy im blo­ge­rów, potem influ­en­ce­rów, bo świat poszedł do przodu i już nie trzeba było pisać blo­gów, wystar­czyło poka­zać cycki w social mediach. Każ­dego dało się kupić, wszystko dało się sprze­dać. Biz­nes roz­kwi­tał, a ja zali­cza­łam kolejne awanse. Zaczy­na­łam od kle­pa­nia nud­nych brie­fów, skoń­czy­łam na... Wła­ści­wie to skoń­czy­łam z ner­wicą, ale to prze­cież nie paso­wało do mojego ide­al­nego świata. Nikt nie wie­dział.

Kon­rad. Moja wielka miłość. Tak mi się zda­wało? Ide­alny był. Paso­wał do mojego świata. Z Kon­radem poznała mnie Kaśka. Kon­rad i Kaśka znali się od zawsze. Razem cho­dzili do przed­szkola i do pod­sta­wówki, potem ich drogi tro­chę się roze­szły, bo Kon­rad poszedł do "dobrego" liceum i na "dobre" stu­dia.

Po wej­ściu w doro­słość odno­wił kon­takt z Kaśką i wspól­nie impre­zo­wali, ku nie­za­do­wo­le­niu jego rodzi­ców. Kaśka była zbyt zwy­czajna dla ich syneczka, nawet jako kole­żanka. Kon­rad pocho­dził z tak zwa­nej dobrej rodziny. Rodzice pokła­dali w nim wiel­kie nadzieje, ale Kon­rad był czarną owcą, wiecz­nym stu­den­tem, nie śpie­szyło mu się do tej całej doro­sło­ści.

Aż poznał mnie. Bar­dzo spodo­ba­łam się jego rodzi­com. Wykształ­cona, ładna, ambitna dziew­czyna - ide­alna niańka dla ich naj­star­szego dziecka. Kon­rad obsy­py­wał mnie pre­zen­tami, zabie­rał do hip­ster­skich knaj­pek, kupo­wał kwiaty. Począt­kowo wyda­wał mi się nudny, nie w moim typie, ale jak to mówią - cho­dził, cho­dził i wycho­dził. Kupił mnie za kasę swo­ich sta­rych. Zamiesz­ka­li­śmy razem. Było okej. Dokła­dał się do rachun­ków w wynaj­mo­wa­nym miesz­ka­niu. Od czasu do czasu kupił coś eks­tra. Raz nawet zabrał mnie na city break do Pragi. Czy­sty, schludny, może tro­chę nie­za­radny, ale nad­ra­biał w sypialni. No, tak mi się wyda­wało. Po latach mia­łam myśli, że i w sypialni jest jakoś tak nijak. Ale to prze­cież mój Kon­rad. Zawsze dla mnie dobry. Zwłasz­cza kiedy stary nie chciał dać mu kasy na kolejne roz­rywki i nie­tra­fione biz­nesy.

Biz­nesy? Kon­rad co chwilę wymy­ślał nowy biz­nes. Żaden nie pocią­gnął dłu­żej niż pół roku. Ale prze­cież się sta­rał. Po kolej­nej kla­pie szu­kał we mnie wspar­cia, a ja sie­dzia­łam i pocie­sza­łam. Nawet nie zauwa­ży­łam, kiedy to ja zaczę­łam obsy­py­wać go pre­zen­tami. A to w nagrodę, a to na pocie­sze­nie, a to z oka­zji uro­dzin Ani (ani moje, ani twoje).

Po każ­dej kla­pie i zała­ma­niu Kon­rad miał fazę eufo­rii. Nowy biz­nes. Nowe per­spek­tywy, wszystko cudow­nie. Sło­miany zapał. Po kilku mie­sią­cach kolejna klapa. Przy­wy­kłam. Do wszyst­kiego potra­fi­łam dosto­so­wać się jak pla­ste­lina. Kiedy firma rodzi­ców Kon­rada splaj­to­wała, a Kon­rad został bez kasy, robi­łam wszystko, żeby udo­bru­chać zroz­pa­czo­nego Kon­dzia. Matka Teresa od sied­miu bole­ści. Wpom­po­wa­łam w jego kolejny pomysł sporo kasy i... o dziwo jego nowy biz­nes szedł cał­kiem nie­źle! Co prawda nie przy­no­sił jakichś spek­ta­ku­lar­nych zysków, ale nie padł po pół roku, a to już był suk­ces.

Kon­rad tym razem też się nie pod­da­wał; chyba czuł, że tatuś już mu nie pomoże swoją gotówką. Nasze utrzy­ma­nie było na mojej gło­wie, ale trzeba się wspie­rać, tak sobie wma­wia­łam. Kon­rada czę­sto nie było w domu, ale to zro­zu­miałe. Roz­krę­cał inte­res, zała­twiał nowe kon­takty, obska­ki­wał klien­tów. Był jakiś taki nie­obecny, zabie­gany, ale byłam wyro­zu­miała. Jak zawsze.

Na uro­dziny zasko­czył mnie jak ni­gdy wcze­śniej. Po miłej kola­cji wrę­czył mi kopertę.

- Kasa na uro­dziny? - zażar­to­wa­łam.

- No bez prze­sady! - obru­szył się w żar­to­bli­wym tonie. - Otwórz. Zobacz. Będziesz zachwy­cona! - poga­niał.

Roz­kle­iłam kopertę, a w środku zna­la­złam zdję­cie jakie­goś wiej­skiego domu.

- Co to?

- Dom.

- Widzę, że dom. Ale o co cho­dzi?

- Kupi­łem ci dom - odparł spo­koj­nie.

- Jak to kupi­łeś mi dom? Gdzie? Za co? Za ile? Bez kon­sul­ta­cji? To duży wyda­tek! Ale jak? - Moje pyta­nia nie miały końca. Nor­malny czło­wiek pew­nie by się ucie­szył, ale dom? Jak można komuś kupić dom? Taka nie­spo­dzianka to chyba za wiele!

- Boże, Justyna. Czy ty nie możesz po pro­stu się ucie­szyć?

Tak, jakoś nie potra­fi­łam. Kon­rad kupo­wał lunch za kasę z mojego konta, bo swoje środki pchał firmę. A teraz kupuje mi dom. W totka wygrał czy co?

- Cie­szę się, ale... no przy­znaj, to jest nie­co­dzienna nie­spo­dzianka. Nie jeste­śmy milio­ne­rami, a tutaj takie coś. Jestem w szoku.

- To od Kaśki. Po zna­jo­mo­ści. Nawet nie odczu­jesz.

- Co od Kaśki? Co nie odczuję? Nie rozu­miem.

- No mówię, że od Kaśki. Ten dom od Kaśki. Pamię­tasz, jak mówiła, że w dzie­ciń­stwie jeź­dziła na waka­cje do babci na Roz­to­cze?

- No.

- To jest wła­śnie domek po babci Kaśki. Po jej śmierci jakiś czas miesz­kała tam dal­sza ciotka. Ciotka była stara i też długo nie pocią­gnęła. Dom prze­cho­dził z rąk do rąk, w końcu tra­fił się Kaśce. A Kaśka nie lubi wsi.

- Tę histo­rię znam. Ale jak to się stało, że go kupi­łeś i skąd mia­łeś kasę?

- A więc tak. No... To jest jakby nasz wspólny dom teraz. No, bo... No, sprawa jest taka, że... w sumie po zna­jo­mo­ści, pięć­dzie­siąt tysięcy, jak za darmo! W War­sza­wie nie kupisz za to nawet kibla. A tu masz dom. Domek pod lasem. Z ogród­kiem. Ma tro­chę nie­do­cią­gnięć. Potrze­buje lek­kiego remontu. Kaśka co nieco już tam zro­biła. Jest okej. Wło­żymy tam dru­gie tyle i mamy willę na lato - zażar­to­wał... ner­wowo?

- Pięć­dzie­siąt tysięcy? Nie­moż­liwe!

- No wła­śnie! Oka­zja! Wytar­go­wa­łem na remont, Kaśka chciała puścić to sie­dli­sko za dwa razy tyle, ale ostro nego­cjo­wa­łem!

Gdy­bym wtedy wie­działa, jak wyglą­dały te ich ostre nego­cja­cje...

- Odło­ży­łeś kupę kasy w tak krót­kim cza­sie? Jestem pod wra­że­niem!

- Nie­zu­peł­nie...

- Wygra­łeś w totka? - Wybu­chłam śmie­chem.

- Poży­czy­łem...

- O Boże, Kon­rad! Wiesz, jak bar­dzo nie lubię dłu­gów, kre­dy­tów, poży­czek. Wiesz, co o tym myślę. Nie­po­trzeb­nie. To świetna cena, fajny stary domek, ale nie­po­trzeb­nie to dla mnie zro­bi­łeś. To za wiele.

- Poży­czy­łem z naszego konta oszczęd­no­ścio­wego - powie­dział cicho i szybko spu­ścił wzrok na pusty talerz. - Mia­łem odło­żone ze trzy tysiące, ale pomy­śla­łem, że oka­zja. Zapi­szemy dom na nas, a ja ci to spłacę, jak tylko zacznę lepiej zara­biać. Tak wła­ści­wie to jesz­cze nic nie jest zała­twione, ale wszystko klep­nięte, kasa już u Kaśki. Trzeba tylko zała­twić for­mal­no­ści.

- Nie no, zaje­bi­sta oka­zja. Super deal! - unio­słam głos. - Kurwa, Kon­rad! Wpła­ca­łam na to konto kasę na czarną godzinę, może na wkład wła­sny, może na jakieś zabez­pie­cze­nie. Nie dorzu­ca­łeś tam kasy, mia­łeś dostęp i kupi­łeś mi, kurwa, dom w pre­zen­cie za moje pie­nią­dze?! Zaje­bi­sty, kurwa, pre­zent! Dzię­kuję ser­decz­nie! I jesz­cze mówisz, że zapi­szemy ten dom na nas?! Oczy­wi­ście, że for­mal­no­ści nie­za­ła­twione! Czy ty kie­dy­kol­wiek coś zała­twi­łeś od początku do końca? To nie sprze­daż skar­pe­tek na baza­rze, tylko kupno domu! Prze­cież teraz się z tego nie wyco­fam, jak­bym Kaśce w twarz spoj­rzała?! No bosko! Jakaś roz­wa­lona cha­łupa na końcu świata za moje oszczęd­no­ści! Czy ty, kurwa, sły­szysz, co mówisz? - Wsta­łam od sto­lika wście­kła jak ni­gdy dotąd. - Muszę się przejść. Muszę ochło­nąć. Nie, nic nie mów. Wrócę, gdy wrócę! Już lepiej nic nie mów!

No i poszłam.

Szłam przed sie­bie. Nie wie­dzia­łam, co myśleć. Zadzwo­nić do Kaśki? W końcu jeste­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami... ale dom jest od niej. Pew­nie nie wie­działa, jak sfi­nan­so­wał to Kon­rad. Co za kre­tyn. No kre­tyn! Dobra, miał swoje odchyły, ale prze­cież każdy ma. Nikt nie jest ide­ałem. On jest takim ide­ałem na niby. Ide­alny kre­tyn.

Zaśmia­łam się w głos. Jakieś młode dziew­czyny, które mnie mijały popa­trzyły jak na idiotkę. Ide­alna idiotka. Znowu się zaśmia­łam. Ide­alny kre­tyn i ide­alna idiotka, wspa­niała para!

- Ide­alna para, para-ra-ra-ra-ra - zaczę­łam nucić pod nosem, oczy­wi­ście jak idiotka. Bo prze­cież idiotka. I znowu w ryk. Śmia­łam się jak nie­nor­malna, idąc przez wie­czorne mia­sto. Śmiech był moim spo­so­bem na roz­ła­do­wa­nie emo­cji. Chyba.

Wró­ci­łam do domu. Kon­rad już spał. Weszłam cicho do łóżka. Mia­łam dość tego dnia. Powoli pogo­dzi­łam się z tym wybry­kiem Kon­rada, ale posta­wi­łam waru­nek, że dom ma być na mnie - i koniec. Żaden nasz, w końcu za moją kasę. Oszczęd­no­ści jesz­cze mia­łam. Może znacz­nie uszczu­plone, ale coś tam zostało. Na zdję­ciach chatka wyglą­dała cał­kiem spoko. Stara, ale jara. Miała poten­cjał, jak to piszą w ogło­sze­niach z domami w sta­nie kary­god­nym.

Śmiech przez łzy. Nawet ni­gdy nie byłam w tej czę­ści Pol­ski! Roz­to­cze koja­rzy mi się z roz­to­czami, które sie­dzą w zaku­rzo­nych dywa­nach. W dywa­nach w domku na Roz­to­czu na pewno jest mnó­stwo roz­to­czy. W co ja się wła­do­wa­łam?! Chyba lepiej to sprze­dać. Ale teraz nie mam do tego głowy. W pracy młyn. Kon­rad nie ma dla mnie czasu. Kaśka też jakaś zala­tana, może kogoś poznała, ale jesz­cze nie chce się przy­znać. Ach, ta Kaśka.

Ile to już lat z Kaśką? Z dzie­sięć? Tak, mniej wię­cej tyle co z Kon­ra­dem. Kon­rad był nie­długo po Kaśce, Kaśka pierw­sza. Pamię­tam nasze pierw­sze spo­tka­nie. Nawa­liła się w knaj­pie, w któ­rej pra­co­wa­łam zaraz po stu­diach. Szkoda mi się jej zro­biło, wezwa­łam jej tak­sówkę, a ona zosta­wiła torebkę. Tak odbie­rała ode mnie swoje rze­czy, że skoń­czy­ły­śmy na wspól­nym winie. Od słowa do słowa naro­dziła się nasza przy­jaźń. Zawsze mogłam na nią liczyć. Ogar­nęła mi lep­szą robotę. Co prawda sama wymik­so­wała się z agen­cji po kilku mie­sią­cach, ale ja umo­ści­łam się tam na dobre. Wspólne imprezy, wspólne wyjazdy. Cza­sami bawi­li­śmy się we trójkę - ja, Kaśka i Kon­rad. Moje dwie naj­bliż­sze osoby znały się od dziecka, byli jak rodzeń­stwo. Jak Kon­rad mnie wkur­wił, mogłam się wypła­kać Kaśce w rękaw, a ona umiała zna­leźć na niego spo­sób. W końcu znała go nawet lepiej niż ja!

Swego czasu balo­wa­li­śmy na całego. Nasza paczka miała różny skład, ale zawsze w tym skła­dzie były trzy stałe - ja, Kata­rzyna i Kon­rad. Ludzie przy­cho­dzili i odcho­dzili, a nasz super­team rzą­dził na war­szaw­skich par­kie­tach. Może nie na par­kie­cie gieł­do­wym, ale par­kiet w Lustrach znał nas dobrze. Z cza­sem rzy­ga­li­śmy już wszyst­kimi impre­zow­niami - od Cen­trum po Pragę. Prze­rzu­ci­li­śmy się na modne knajpki, miej­sca, w któ­rych warto być, trzeba się poka­zać. My... albo Kon­rad nas prze­rzu­cił. Ileż to on się ubia­do­lił, że na kluby jeste­śmy za sta­rzy, że nie wypada, że nie te lata, zupeł­nie jak­by­śmy nad gro­bem stali. Moja praca sprzy­jała zmia­nie trybu życia na ten bar­dziej sno­bi­styczny. Eventy i imprezy z gwiaz­dami, pro­du­cen­tami wszel­kiej maści, influ­en­ce­rzy, pre­zesi zna­nych marek. W pew­nym momen­cie z trybu "klu­bo­wiczka" prze­szłam w tryb "bur­żuj".

Nawet jeśli nie było mnie na coś stać, kom­bi­no­wa­łam tak, żeby wszy­scy myśleli, że mnie stać. Nie mogłam odsta­wać. Nie wypa­dało. Tur­bo­droga torebka? Przy­wio­złam z Tur­cji za uła­mek ceny. Niby pod­róba - albo, jak się teraz ład­nie mówi: replika - a i tak wyda­łam chore pie­nią­dze. Na turec­kim baza­rze spraw­dza­łam każdy suwak, pasek, logo­wa­nie i pod­szewkę, wszystko miało być jak w ory­gi­nale. Było, a torebka nie kosz­to­wała pięć­dzie­się­ciu kafli, tylko nędzny tysiąc. I tak dużo, ale nie­dużo, bo torba była nie do odróż­nie­nia od ory­gi­nału. Dobrze wie­dzia­łam, że to obciach, ale nie stać mnie było na ory­gi­nał, a pożyczka na głupi gadżet wyda­wała mi się jesz­cze głup­szym pomy­słem.

Karola z biura co chwilę zacią­gała kredo: a to na loubo­utiny, a to na her­mesy. Bir­kin lśnił w rękach lasek aspi­ru­ją­cych nie tylko do miana kor­posz­czura i biurwy, ale do przy­szłych cele­bry­tek. Karola na ciu­chy i dodatki prze­mie­liła kasę, za którą mogła kupić dobre miesz­ka­nie. Ale dobre miesz­ka­nie nie dałoby jej tego, co dało jej logo. Logo wpro­wa­dziło ją na salony. Karo­lina, szara myszka, która dzięki sta­bil­nej pracy w agen­cji miała zdol­ność kre­dy­tową, miesz­kała kątem u kuzynki, ale ubie­rała się jak gwiazda z pierw­szych stron gazet.

Dzięki bran­żo­wym impre­zom poznała majęt­nych, zna­nych ludzi. Małymi krocz­kami, bły­skiem marką tudzież mocno wyeks­po­no­wa­nymi cyc­kami przy­cią­gała do sie­bie sam­ców z wyż­szych sfer. W końcu tra­fiła na ide­al­nego kan­dy­data, który spła­cił jej kre­dyty. CEO jed­nej ze zna­nych dro­ge­rii może nie był wybit­nie przy­stojny i elo­kwentny, ale nie żało­wał gro­sza na swoją nową wybrankę. I tak Karola z zadłu­żo­nej biurwy awan­so­wała na narze­czoną waż­niaka. Metka działa cuda!

Teraz Karo­lina już nie orga­ni­zuje współ­prac dla insta­gra­me­rek - teraz Karola sama została insta­star. Ma mnó­stwo fol­lo­wer­sów, a narze­czony opła­cił jej biz­nes. Nie­gdyś szara myszka, dziś znaw­czyni mody, ma wła­sną markę szy­jąca dresy, dwa razy w mie­siącu odpo­czywa na Bali lub w Mek­syku. Chwali się kolej­nymi pre­zen­tami od firm i faceta. Wspa­niałe życie. Tylko raz, przez przy­pa­dek i po pijaku, dodała storkę, na któ­rej wali w nocha, a następ­nie szar­pie się ze swoim kocha­siem. Kafe­lek szybo wyka­so­wała i wró­ciła do peł­nego bły­sko­tek życia. Ale dłu­gów nie ma.

I ja dłu­gów mieć nie chcia­łam, ale nie chcia­łam też odsta­wać. A więc była torebka z Tur­cji i były waka­cje za gra­nicą. To nic, że wyjazdy kupo­wa­łam, kiedy tra­fiła się oka­zja albo jakieś last minute. Był botoks. Usta też zro­bi­łam. To aku­rat nie było takie dro­gie. Luk­sus dostępny dla wszyst­kich. Niby tego nie potrze­bo­wa­łam, ale tego wyma­gał ode mnie mój świat. Coś za coś.

Zupeł­nie jak z Karolą. Może i dosta­wała wpier­dol, ale za to żyła w prze­szklo­nym domu pod War­szawą. Każdy doko­ny­wał swo­ich wybo­rów. Czymże były moje sztuczne rzęsy w porów­na­niu z tym, co robili inni? Niczym. I tak to sobie wła­śnie tłu­ma­czy­łam. Byłam ponie­kąd szczę­śliwa w tym swoim świe­cie. Ludzie mnie lubili. Pra­co­wa­łam na sto dwa­dzie­ścia pro­cent, balo­wa­łam na sto trzy­dzie­ści. Byłam wszę­dzie, gdzie wypa­dało się poka­zać. Niczego mi nie bra­ko­wało.

No może cza­sami mia­łam chwile zwąt­pie­nia. Wska­ki­wa­łam w dresy i nie­uma­lo­wana szłam do parku, by poczy­tać książkę, ale Kon­rad szybko spro­wa­dzał mnie na zie­mię. Opier­dzie­lał mnie, że nie jestem jakimś sło­ikiem z Pod­la­sia, żeby łazić nie­ogar­nięta. A co, jeśli zoba­czy mnie ktoś z biura albo roz­po­zna jakiś klient? Wstyd! Muszę trzy­mać poziom. Jesz­cze prze­pad­nie mi awans. Albo dziew­czyny z pracy będą obra­biać mi dupę. Wygląd. Pozory.

Bywały dni, że mnie to wku­rzało, ale naj­czę­ściej byłam dumna z tego, kim jestem i gdzie jestem. Sama na wszystko zapra­co­wa­łam. Do pracy wcho­dzi­łam jak gwiazda, w slow motion. Dobre ciu­chy z Moliera 2, roz­wiany włos, nie­na­ganny maki­jaż, szpilki zawsze wyż­sze niż środ­kowy palec. Żadne kaczuszki! Koturny tylko na waka­cjach. Szpilka i koniec! Dawno temu, jesz­cze przy jed­nym z pierw­szych even­tów, który orga­ni­zo­wała moja firma, spo­tka­łam pewną znaną aktorkę, amba­sa­dorkę kurew­sko dro­gich kre­mów, dla któ­rych robi­li­śmy imprezę. Tak, dla kre­mów.

Kiedy pod koniec bie­ga­niny usia­dłam zmę­czona z drin­kiem, zmie­rzyła mnie wzro­kiem i powie­działa:

- Pamię­taj, dziecko, szpilki zawsze wyż­sze niż środ­kowy palec, choćby ci miały nogi odpaść. Wszy­scy wokół mają wie­dzieć, kto tu jest górą. To ty poka­zu­jesz im środ­kowy palec. Ta szpilka to taka ale­go­ria. Ma być więk­sza niż ich mnie­ma­nie o sobie. Pier­dol ich. Ty tu rzą­dzisz. Szpilka to sym­bol.

Okej, może baba tro­chę pie­przyła trzy po trzy po dar­mo­wych drin­kach, ale coś w tym było. Swo­imi szpil­kami poka­zy­wa­łam wszyst­kim fakulca. Czu­łam się kimś lep­szym. Im droż­sze i wyż­sze szpilki, tym pew­niej się czu­łam. Byłam kimś. Bywa­łam, gdzie trzeba.

Kon­rad z domu wyniósł umie­jęt­ność bywa­nia i bycia. Zabie­rał mnie tylko do eli­tar­nych miejsc, mimo że naj­czę­ściej to ja musia­łam pła­cić. No ale zaci­ska­łam zęby i pła­ci­łam. Coś za coś. Eks­klu­zyw­ność, luk­sus, her­me­tycz­ność. Chcesz taki być? Musisz tak żyć, a w końcu taki się sta­niesz. Tacy byli­śmy. Tylko Kaśka cza­sem się bun­to­wała. Lubiła pójść cza­sem w tango. Tak po pro­stacku. Ale nawet ona umiała stwa­rzać pozory. Najebka? Pro­szę bar­dzo, ale tylko w dobrym miej­scu i dro­gim alko­ho­lem. I naj­le­piej, jak tra­fił się fra­jer, który za to wszystko zapłaci. Zazwy­czaj się tra­fiał. Kaśka miała gadane. Umiała ocza­ro­wać. Zawsze wysty­li­zo­wana jak na bal. Jak to mówią - naje­bana, ale dama.

Ni­gdy nie byłam zazdro­sna o ich kum­plo­wa­nie się. Kaśka zawsze powta­rzała, że Kon­rad jest dla niej jak brat, a Kon­rad powta­rzał, że Kaśka jest dla niego jak sio­stra. Cza­sami mia­łam wra­że­nie, że Kaśka jest zazdro­sna o nasz zwią­zek, bo byli­śmy ze sobą już tyle lat, a ona zali­czała kolej­nych face­tów. Z żad­nym nie umiała być dłu­żej niż kilka mie­sięcy. Zupeł­nie jak Kon­rad i jego biz­nesy. Bez kitu, naprawdę byli jak rodzeń­stwo!

Coś w tym było. Było. Do pamięt­nego maja.

Pierw­szy maja, Święto Pracy, o iro-kurwa-nio. Led­wie otwo­rzy­łam oczy i już wybu­chło! Koniec świata! E-mail. Agen­cja splaj­to­wała. Że, kurwa, co? Jak to? Tak po pro­stu koniec? To nie­moż­liwe. Jakieś jaja. Chyba im się z pierw­szym kwiet­nia pomy­liło. Obu­dzi­łam Kon­rada. Ale Kon­rad stwier­dził, że to jakiś głupi żart. Zresztą prze­cież i tak ostat­nio narze­ka­łam na tę robotę, to może znak, żebym ją zmie­niła. Prze­krę­cił się na drugi bok i wró­cił do spa­nia. W końcu zaczął się długi week­end.

Łatwo mu powie­dzieć! Całe doro­słe życie tkwię w tej robo­cie. Prze­cież ja nic innego nie potra­fię! Nie jestem nim, nie ska­czę z kwiatka na kwia­tek. A może to fak­tycz­nie głupi żart? Pójdę tam po week­en­dzie i wszyst­kiego się dowiem. Nie ma co pani­ko­wać. Wie­czo­rem byłam umó­wiona na drinka ze sta­rymi zna­jo­mymi ze stu­diów. Zapiję smu­teczki, a potem pomy­ślę, co dalej. Tak, to musi być jakaś pomyłka.

Wie­czo­rem wzię­łam taksę i poje­cha­łam do cen­trum na drinka. Kon­rad umó­wił się z kole­gami. Oboje mie­li­śmy wró­cić późno. Tylko że mi te drinki jakoś nie szły. Z tyłu głowy cią­gle mia­łam poranną wia­do­mość. Agen­cja splaj­to­wała? Prze­cież to nie­moż­liwe. Influ­en­cer mar­ke­ting to żyła złota! Tego nie da się spier­do­lić. To nie może upaść. W fir­mie nie było żad­nych plo­tek, prze­sła­nek. Nic.

To musiał być żart, ale e-mail przy­szedł z ofi­cjal­nego konta. Ktoś się wła­mał? Nikt z firmy nawet nie zadzwo­nił. No, oprócz Ewki. Ewka zadzwo­niła i pytała, o co cho­dzi. Ale co mogłam jej powie­dzieć? Reszta wybyła gdzieś na długi week­end. Mieli w dupie pracę i odbie­ra­nie e-maili. Tylko ja, jak zwy­kle obo­wiąz­kowa, z tele­fo­nem zawsze przy dupie, z ręką na pul­sie, pra­co­wa­łam nawet przez sen. Do prze­ło­żo­nego nie dzwo­ni­łam, bo wiem, jak bar­dzo się wkur­wia, kiedy ktoś nie­po­koi go w dni wolne. Artur pra­cuje od tej do tej i tyle. Koniec. Elo. Nie ma go dla nikogo. Jakoś muszę wytrzy­mać do końca wol­nego i na pewno wszystko się wyja­śni.

Ale drinki nie szły. Chwilę po dzie­wią­tej zamó­wi­łam uberka i wró­ci­łam do miesz­ka­nia. To nie był mój dzień...

To zde­cy­do­wa­nie nie był mój dzień. Kurwa.

Drzwi otwo­rzy­łam cicho. W środku dość gło­śno grała muzyka. Kon­rad też już wró­cił? Widocz­nie i on nie miał dziś weny na spo­tka­nia towa­rzy­skie. Może i lepiej. Odpa­limy Net­flixa, otwo­rzymy piwko, zagrze­biemy się pod kocem i ten dzień skoń­czy się przy­jem­niej, niż zaczął. O tak! Tego mi potrzeba. Potrze­buję uwa­lić się na kana­pie i nic nie robić. O niczym nie myśleć. Jakaś głu­pia kome­dia będzie ide­alna. Fran­cu­ska! Albo byle jaka.

Zdję­łam kurtkę. Zrzu­ci­łam trampki i... adi­dasy Kaśki? Kaśka u nas? W sumie możemy posie­dzieć we trójkę. Jesz­cze lepiej! Będzie wese­lej. W salo­nie ich nie ma. Pew­nie palą na bal­ko­nie. Pójdę do sypialni, prze­biorę się w wygodne dresy i zale­gniemy razem na kana­pie. Otwo­rzy­łam drzwi do sypialni, myśląc o tym, czy mamy w lodówce piwo i...

- Kurwa!

- Kurwa! - odpo­wie­dzieli chó­rem Kaśka i Kon­rad, któ­rzy gzili się w naszej... kurwa, w mojej pościeli!

- Kurwa! - powtó­rzy­łam, a potem wszystko działo się jak w fil­mie. Kaśka i Kon­rad w pośpie­chu nacią­gali majtki na dupy. Zasła­niali się koł­drą, jak­bym ich ni­gdy nie widziała goło. Rze­czy­wi­ście byli jak rodzeń­stwo. Szkoda tylko, że rodem z kate­go­rii na Por­n­Hu­bie.

- To nie tak, jak myślisz. To nie tak, jak wygląda. To wszystko nie tak!

Tak, kurwa, nie tak. Wszystko jest nie tak.

Moje ide­alne życie runęło niczym domek z kart. Wszystko pamię­tam jak przez mgłę. Płacz Kaśki. Bła­ga­nia Kon­rada. Rze­czy Kon­rada wywa­la­łam w amoku na klatkę scho­dową, przez okno w sypialni. Dar­łam wspólne zdję­cia, które stały na komo­dzie. Wysta­wi­łam oboje tych... tych... zdraj­ców za drzwi. Blu­zga­łam ich tak, że nawet nie wiem, skąd zna­łam takie słowa.

Amok.

Impuls.

Złość.

Wkur­wie­nie.

Bez­rad­ność.

Koniec mojego ide­al­nego świata.

Rozdział 3

Koniec świata! Jestem na końcu świata! Obu­dzi­łam się grubo po dzie­sią­tej w zaku­rzo­nym domku na końcu świata. Z kacem. Mia­łam wypić tro­chę wina i skoń­czyła mi się butelka. Roz­du­szony zimny bur­ger też nie był naj­lep­szym wybo­rem na kola­cję. W brzu­chu prze­le­wała mi się wczo­raj­sza roz­pu­sta i uświa­do­mi­łam sobie, że nie mam nic na śnia­da­nie. Gdzie się podziała zawsze zor­ga­ni­zo­wana Justyna?

Zre­zy­gno­wana poczła­pa­łam do łazienki. Wzię­łam chłodny prysz­nic, pod­czas któ­rego myśla­łam o moich wie­czor­nych roz­my­śla­niach. Nic mądrego nie wymy­śli­łam, bo i co można wymy­ślić, kiedy wali się świat? Kon­rad został w wynaj­mo­wa­nym miesz­ka­niu, ja byłam tutaj. Będę się rese­to­wać. I tak nie mam do czego wra­cać. Pogoda za oknem zachę­cała do spa­ceru. Przejdę się po jakieś pie­czywo, a potem na długi spa­cer po lesie. Brzmi dobrze! Ten dzień będzie dobry!

- Kurwa! Spłuczka nie działa! W dodatku gadam sama do sie­bie!

Spłu­ka­łam kibe­lek wia­der­kiem i posta­no­wi­łam, że nic nie zepsuje mi tych kilku dni odpo­czynku. Jestem twarda! Jestem Justyna Lar­gus i ni­gdy się nie pod­daję! Nawet jak mnie zepsuta spłuczka ata­kuje!

Ogar­nę­łam się, przy­naj­mniej z grub­sza, i wyszłam przy­wi­tać nowy dzień. To będzie dobry dzień! Nawet jakby się zepsuły wszyst­kie spłuczki świata! Spo­koj­nym kro­kiem szłam dróżką z mojego domku cza­row­nicy, który stał sobie w cie­niu lasu. Do wsi nie było daleko, ale wystar­cza­jąco daleko, żeby mieć święty spo­kój. Po chwili byłam już na ulicy i zasta­na­wia­łam się, gdzie tu jest jakiś sklep.

Posta­no­wi­łam kie­ro­wać się do "cen­trum", tam na pewno coś znajdę. Mimo to na hory­zon­cie nie widzia­łam żad­nego miej­sca, w któ­rym mogła­bym kupić cho­lerną bułkę. Za to pod drze­wem widzia­łam dziw­nego gościa. Ciarki mnie prze­szły. Chło­pak na oko w moim wieku stał pod dużym dębem, gapił się na mnie jak zahip­no­ty­zo­wany i sku­bał ziarnka sło­necz­nika, plu­jąc łupin­kami przed sie­bie. Jakiś taki dziwny. Uda­łam, że go nie widzę, i prze­mknę­łam ze spusz­czoną głową.

- Panienko! - usły­sza­łam za ple­cami. - Panienko! Zgu­biła się?

Zro­zu­mia­łam, że ta "panienka" to byłam ja. Odwró­ci­łam się, ale nikogo nie zoba­czy­łam.

- Panienko, pomóc?

Dopiero teraz zoba­czy­łam, że za drew­nia­nym płot­kiem stoi star­sza kobieta.

- Dzień dobry. Szu­kam sklepu... - Nie dokoń­czy­łam, bo star­sza pani mi prze­rwała:

- Dzie­cinko, tutaj u nas nie ma sklepu. Zna­czy jest, ale obwoźny, a on już dzi­siaj był. Rano był, teraz to już nic. A co potrzeba? Może pomogę? Bo tak na więk­sze zakupy to naj­le­piej do Kra­sno­brodu. A obwoźny to koło dzie­wią­tej lata, trzeba pil­no­wać. Zimą to i póź­niej, w lecie jest nie­raz przed cza­sem. Ale to też zależy. Kwiaty ple­wię. Zobacz, kochana, jakie tu mam lilie! Synowa mi przy­wio­zła. Jak zakwitną, to całą wieś zapach­nią! Tutaj białe, a te bli­żej płotu chyba bar­dziej kre­mowe, to się okaże, jak zakwitną. A tutaj... - Kobieta nie prze­ry­wała swo­jej opo­wie­ści, a mnie bur­czało w brzu­chu. Nie byłam w sta­nie jej zasto­po­wać, strze­lała sło­wami jak z kara­binu. W końcu udało mi się zadać pyta­nie:

- To po bułki też trzeba do Kra­sno­brodu?

- Po bułki to nie wiem, ale chleb tu mają za tym dużym drze­wem. Dobry, na zakwa­sie. Dla tury­stów pieką. Pani też turystka? Tam w budce mają. Trzy kroki. A do chleba mogę dać pomi­dora. O, tutaj mam. Swoj­skie. Pani skosz­tuje. - Urwała rumia­nego pomi­dora, wytarła o far­tuch i podała mi przez płot, cią­gle gada­jąc.

Zja­dłam. Fak­tycz­nie pyszny. Słodki. Bez che­mii. Pach­nący słoń­cem.

- Masz, dziecko, jesz­cze trzy. Jak posma­kują, to możesz wró­cić, pókiś na wcza­sach. Sprze­dam tanio. Jajka też mogę sprze­dać. Kurki mam swoje. Panienka pew­nie takich w mie­ście nie jadła.

Tej babie usta się chyba nie zamy­kają. W dodatku działa jak dobry dealer, pierw­sza działka za darmo, kolejne już płatne. Dałaby sobie radę w kor­po­ra­cji. Tak mnie zamo­tała, że kupi­łam od niej dzie­sięć jajek, do tego tro­chę szczy­piorku, wzię­łam też pomi­dory. Sta­ro­winka - po tym, jak powie­dzia­łam, że nie mam ze sobą pod­sta­wo­wych pro­duk­tów - dorzu­ciła mi gra­tis tro­chę soli i łyżkę masła zawi­niętą w wore­czek. Nawet sym­pa­tyczna. W War­sza­wie to i wpier­dolu bym za darmo nie dostała. Wła­ści­wie to popra­wiła mi humor tym swoim gada­niem i nazy­wa­niem mnie raz panią, a raz panienką.

Po dłuż­szej poga­wędce - a raczej słu­cha­niu, co Pani Gaduła ma do powie­dze­nia - ruszy­łam do budki z chle­bem dla tury­stów. Udało mi się kupić jesz­cze cie­pły żytni chleb. Do tego dżem jago­dowy. I butelkę soku mali­no­wego. I słoik smalcu. Wszystko swoj­skie! Pach­nące! Po tych zaku­pach mój spa­cer prze­ro­dził się w szybki marsz. Byłam już tak głodna, że po dro­dze sku­ba­łam chleb. Boże, jaki on dobry! Żad­nej che­mii, żad­nego syfu! Ten koniec świata to jakiś raj!

W domu zna­la­złam patel­nię, która chyba pamię­tała wojnę, i to pierw­szą. Zro­bi­łam tonę jajecz­nicy. Do tego pomi­dory od Pani Gaduły, woda z sokiem, a na deser dżem wyja­dany pal­cem ze sło­ika. Kró­lew­skie śnia­da­nie! W war­szaw­skiej knajpce zabu­li­ła­bym za taki zestaw jak za złoto.

Zna­la­złam jakiś stary koc. Wynio­słam go przed dom. Wyło­ży­łam się na nim jak długa. Leża­łam tak, dłu­biąc pal­cem w sło­iku z dże­mem, i patrzy­łam na mój domek cza­row­nicy. Tak, domek cza­row­nicy pasuje ide­al­nie! Stara cha­łupa na końcu wsi, pod lasem, z dachem do naprawy i z zepsutą spłuczką.

Dopiero się zorien­to­wa­łam, że od wczo­raj nie korzy­sta­łam z tele­fonu. Zasięgu brak, inter­netu brak, a mnie jakoś to nie prze­szka­dzało. Chyba zwa­rio­wa­łam do reszty! Obok sło­ika zaczęła krę­cić się osa. Poło­ży­łam jej tro­chę powi­deł na tra­wie i obser­wo­wa­łam, jak owad je śnia­da­nie razem ze mną.

Poczu­łam spo­kój. Nic nie muszę. Leżę tu, na tra­wie. Świat się zatrzy­mał. Patrzę, jak osa wal­czy z lep­kimi jago­dami. Obli­zuję palec i myślę sobie, że week­end tutaj - to za mało. Zostanę na tydzień. Albo dwa.

Z lasu dobie­gają śpiewy pta­ków, któ­rych nazw nie znam. Od strony wsi sły­szę, jak szczeka pies. Sosny szu­mią przy­jem­nie i roz­no­szą zapach żywicy. Sosnowy aro­mat to zapach pol­skiego lata. Jest mi przy­jem­nie. Jestem naje­dzona. Mogę jeść dżem pal­cem i Kon­rad nie powie, że to oble­śne. Może i oble­śne, ale tak wła­śnie lubię. Zawsze lubi­łam.

Dopiero teraz zda­łam sobie sprawę, jak bar­dzo zmie­nił mnie zwią­zek z tym czło­wie­kiem. To oble­śne, tamto wie­śniac­kie, tego nie rób, tam nie idź. Jak mogłam być ślepa przez tyle lat?

A Kaśka? Taka sama! Z tym się nie zada­waj, tamta to wie­śniara, botoks sobie zrób, bo ci lwia zmarszczka wyłazi. Sro­toks, nie botoks. Ale mnie namó­wiła. Zro­bi­łam ze trzy razy. Wyda­wało mi się, że tak trzeba, że wszy­scy teraz robią. Usta też kilka razy napom­po­wa­łam. Po co? Po co ja tak słu­cha­łam tych... tych... zdraj­ców! Teraz leżę w tra­wie, mam brudne stopy, brudny palec. I jest mi dobrze z samą sobą.

Nie mogłam jed­nak prze­le­żeć tak do wie­czora. Roz­są­dek pod­po­wia­dał, że muszę jechać na zakupy. Zebra­łam się nie­spiesz­nie. Wsa­dzi­łam klapki. Zwią­za­łam nie­dbale włosy i poje­cha­łam po zapasy.

Po dro­dze mia­łam oka­zję przyj­rzeć się oko­licy. Do mojego domku pro­wa­dziła polna droga. Nie­długa. Do szosy było rzut kamie­niem, ale miej­sce było ustronne, spo­kojne, nie­rzu­ca­jące się w oczy. Nikt nie zaglą­dał mi na podwórko. Nikt nie widział, że jem dżem pal­cem, że kar­mię osy. Do głów­nej - i wła­ści­wie jedy­nej - ulicy w Gucio­wie poprzy­kle­jano domki. Tro­chę sta­rych, tro­chę now­szych. Taki misz-masz. Remiza, zabyt­kowa wiej­ska zagroda, przed którą stał auto­bus z tury­stami. Co chwilę tabliczki z napi­sami "wolne pokoje". A jakie mają być? Szyb­kie?

Jecha­łam i śmia­łam się do sie­bie. Już dawno nie śmia­łam się tak szcze­rze, w dodatku tylko w swoim towa­rzy­stwie. Słońce wpro­wa­dzało mnie w waka­cyjny nastrój. Po lewej stro­nie tury­ści wle­kli do wody dłu­gie kajaki. Też muszę popły­wać! Zmę­czyć się! Spo­cić! I być oble­śną, a nie tylko szpilki, drinki i szpa­ner­ska torba ze szpa­ner­skim logo.

Minę­łam jesz­cze drew­niany zajazd, z któ­rego pach­niało tak ład­nie, że posta­no­wi­łam tu zaj­rzeć w dro­dze powrot­nej. Dwa kolejne skrzy­żo­wa­nia i oto byłam w Kra­sno­bro­dzie. Po pra­wej roz­cią­gał się zalew. Na plaży roiło się od ludzi. Małe, czy­ste mia­steczko oble­gane przez przy­jezd­nych. W moim Gucio­wie jest lepiej. Spo­koj­niej.

Ha! W moim Gucio­wie! Jedna noc i już jest mój! Roz­ba­wiła mnie ta myśl. Wycho­dząc z auta na par­kingu mar­ketu, zda­łam sobie sprawę, że nie zro­bi­łam listy zaku­pów. Zawsze robię zakupy z apką. A, walić to! Kupię to, na co będę miała ochotę.

Kłap­nę­łam drzwiami i poszłam do sklepu. Papier toa­le­towy, maka­ron, jakiś sos w sło­iku na czarną godzinę, oliwki, sól, przy­prawy, dwie zgrzewki wody, tro­chę nabiału... Zgar­nia­łam z pó­łek zapasy jak na wojnę. Przy półce z che­mią wzię­łam zestaw pły­nów, ście­re­czek i pia­nek do sprzą­ta­nia. Pomy­śla­łam, że skoro mam zostać tro­chę dłu­żej, to warto posprzą­tać ten kil­ku­letni syf.

Ze sklepu wyszłam obła­do­wana jak wiel­błąd. Ale mia­łam wszystko, czego mogłam potrze­bo­wać w ciągu kilku naj­bliż­szych dni. Chleb kupię na miej­scu. Warzywa i jajka od Pani Gaduły. Zała­do­wa­łam tobołki i ruszy­łam w drogę powrotną.

Tak jak sobie obie­ca­łam, wstą­pi­łam do zajazdu na obiad. Pstrąg był więk­szy od tale­rza! Nie śmier­dział mułem, pach­niał za to roz­to­pio­nym masłem i zio­łami. Surówki naj­lep­sze, jakie kie­dy­kol­wiek jadłam! Ziem­niacz­ków nie dokoń­czy­łam, nie mia­łam tyle miej­sca. Za tak niską cenę spo­dzie­wa­łam się malut­kiej por­cji, tym­cza­sem dosta­łam iście kró­lew­ski obiad!

Posta­no­wi­łam, że po powro­cie i roz­pa­ko­wa­niu zaku­pów przyda mi się dobry spa­cer. Ja, czło­wiek dieta, i takie obżar­stwo? To do mnie nie­po­dobne! Nie dość, że obła­do­wana jak wiel­błąd, to jesz­cze nażarta jak świ­nia!

Spo­koj­nie doje­cha­łam do domu. Po wyła­do­wa­niu spra­wun­ków marzy­łam o tym, żeby zalec na tra­wie na krótką sje­stę, ale wciąż byłam tą obo­wiąz­kową Justyną, która jeśli coś posta­nowi, to robi. Posta­no­wi­łam iść na spa­cer? A więc pójdę!

Nie zna­łam oko­licy, więc to nie mogła być jakaś wielka wędrówka. Zresztą nawet mi się nie chciało nabi­jać kro­ków. Ser­duszko apli­ka­cji musiało być zamknięte każ­dego dnia, bo ina­czej czu­łam, że nie dopeł­ni­łam wszyst­kich obo­wiąz­ków. W naj­bliż­szym cza­sie zero obo­wiąz­ków. Zero stresu. Zero zamknię­tych ser­du­szek na kro­ko­mie­rzu. Idę na spa­cer. Naj­pierw obej­rzę wła­sne podwórko, a potem przejdę się ścieżką do lasu za domem.

Dom jak dom. Tro­chę zawa­li­sko, ale dało się tu powa­ka­cjo­wać. Cie­kawa odmiana po pię­cio­gwiazd­ko­wych hote­lach. Dwa okna z przodu, dwa z tyłu, po jed­nym po bokach. Dach bła­ga­jący o naprawę. Drew­niane ściany. Wielka sosna nie­mal opie­ra­jąca się o dach. Kawa­łek zaro­śnię­tego ogrodu tuż obok i las cią­gnący się za podwór­kiem. Domek cza­row­nicy otu­lony nie­mal ze wszyst­kich stron dzi­kim lasem przy­wo­dził na myśl baśniowe opo­wie­ści. Sosnowy uścisk trzy­mał chatę bar­dzo mocno i tylko polna droga pro­wa­dząca do ulicy łączyła baśń z rze­czy­wi­sto­ścią.

- Z tym ogród­kiem przy­da­łoby się coś zro­bić - gada­łam do sie­bie. - Przy­naj­mniej wyrwać te chwa­sty. Albo sko­sić. Tylko czym? Gdyby pod oknami posa­dzić malwy, byłoby jak w bajce.

Malwy się sadzi czy sieje? Nie mia­łam poję­cia! Ale prze­cież na wszyst­kich fil­mach wiej­skie kra­jo­brazy obfi­to­wały w te kwiaty. Malwy przy pło­cie, pod okien­ni­cami. Cza­sami sło­necz­niki i jakieś małe kwia­tuszki, któ­rych nazw nawet nie zna­łam. Jedyne rośliny, które w życiu mia­łam, to zioła z mar­ketu. Uśmier­ca­łam je - nie­chcący! - naj­da­lej po dwóch tygo­dniach.

Zaro­śnięty dawny ogró­dek cią­gnął się wzdłuż przed­niej ściany i zawi­jał przy lewej ścia­nie domu. Zaraz za kuchen­nym oknem rosła dzi­wacz­nie powy­krę­cana sosna, wyglą­dała jak upiór. Przy ścia­nie zamiast bajecz­nie kolo­ro­wych malw swoje eldo­rado miały wyso­kie pokrzywy i osty. Za tym polet­kiem chwa­stów rosły gęste krzaki, dodat­kowo oto­czone kłu­ją­cymi jeży­nami. Na krza­kach swoje macki obwie­szały rów­nie nie­przy­jemny w dotyku dziki chmiel i poplą­tane pną­cza dzi­kiego wina.

- Szkoda, że nie da się z tego zro­bić wina. Albo piwa. - Par­sk­nę­łam śmie­chem, gdy zaczę­łam roz­my­ślać nad zaro­śnię­tym podwór­kiem. Kawa­łek prze­strzeni za domem był pokryty nawet ładną trawą. Chyba ktoś kosił to miej­sce od czasu do czasu. To tutaj wyle­gi­wa­łam się na kocu, patrząc na osę i otwarte drzwi do mojego domku.

Przy pra­wej ścia­nie cią­gnęła się dróżka od wsi do mojego podwórka. A za nie­wiel­kim podwór­kiem las wycią­gał do mnie swoje ręce i mówił "chodź do mnie". No to poszłam.

Ach, ten zapach sosen! Wciąż nie mogłam prze­stać się zachwy­cać. Wszę­dzie leżały igły i szyszki. Dosłow­nie po kilku kro­kach natknę­łam się na drogę. Posta­no­wi­łam, że pójdę nią pro­sto, to może się nie zgu­bię. Szłam, roz­glą­da­jąc się na boki. Las, las i jesz­cze raz las, bez końca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki