Rozdział 2
Muszę odpocząć od idealnego życia. No tak, właśnie moje życie było
idealne. Idealna praca. Idealny facet. Idealna przyjaciółka. Idealni
znajomi. Idealne mieszkanie. Idealna uroda. Idealne ciuchy. Idealny
świat. Jak na Instagramie - z zewnątrz.
Było tak idealnie, że nawet ja w to uwierzyłam. Skończyłam gównostudia
dla gównopapierka, ale byłam obrotna. Zaraz po studiach pokręciłam się
trochę to tu, to tam. Miałam za sobą krótką karierę kelnerki i właśnie w knajpie poznałam Kaśkę. Kaśka pracowała w agencji i to ona wkręciła mnie
na staż.
Na stażu pokazałam się z najlepszej strony i dostałam umowę, najpierw na
trzy miesiące. Potem na kolejne trzy, potem na sześć, aż w końcu na czas
nieokreślony. Robiłam wszystko i na sto dwadzieścia procent.
Obsługiwaliśmy największe firmy. Wyszukiwaliśmy im blogerów, potem
influencerów, bo świat poszedł do przodu i już nie trzeba było pisać
blogów, wystarczyło pokazać cycki w social mediach. Każdego dało się
kupić, wszystko dało się sprzedać. Biznes rozkwitał, a ja zaliczałam
kolejne awanse. Zaczynałam od klepania nudnych briefów, skończyłam na...
Właściwie to skończyłam z nerwicą, ale to przecież nie pasowało do
mojego idealnego świata. Nikt nie wiedział.
Konrad. Moja wielka miłość. Tak mi się zdawało? Idealny był. Pasował do
mojego świata. Z Konradem poznała mnie Kaśka. Konrad i Kaśka znali się
od zawsze. Razem chodzili do przedszkola i do podstawówki, potem ich
drogi trochę się rozeszły, bo Konrad poszedł do "dobrego" liceum i na
"dobre" studia.
Po wejściu w dorosłość odnowił kontakt z Kaśką i wspólnie imprezowali,
ku niezadowoleniu jego rodziców. Kaśka była zbyt zwyczajna dla ich
syneczka, nawet jako koleżanka. Konrad pochodził z tak zwanej dobrej
rodziny. Rodzice pokładali w nim wielkie nadzieje, ale Konrad był czarną
owcą, wiecznym studentem, nie śpieszyło mu się do tej całej dorosłości.
Aż poznał mnie. Bardzo spodobałam się jego rodzicom. Wykształcona,
ładna, ambitna dziewczyna - idealna niańka dla ich najstarszego dziecka.
Konrad obsypywał mnie prezentami, zabierał do hipsterskich knajpek,
kupował kwiaty. Początkowo wydawał mi się nudny, nie w moim typie, ale
jak to mówią - chodził, chodził i wychodził. Kupił mnie za kasę swoich
starych. Zamieszkaliśmy razem. Było okej. Dokładał się do rachunków w wynajmowanym mieszkaniu. Od czasu do czasu kupił coś ekstra. Raz nawet
zabrał mnie na city break do Pragi. Czysty, schludny, może trochę
niezaradny, ale nadrabiał w sypialni. No, tak mi się wydawało. Po latach
miałam myśli, że i w sypialni jest jakoś tak nijak. Ale to przecież mój
Konrad. Zawsze dla mnie dobry. Zwłaszcza kiedy stary nie chciał dać mu
kasy na kolejne rozrywki i nietrafione biznesy.
Biznesy? Konrad co chwilę wymyślał nowy biznes. Żaden nie pociągnął
dłużej niż pół roku. Ale przecież się starał. Po kolejnej klapie szukał
we mnie wsparcia, a ja siedziałam i pocieszałam. Nawet nie zauważyłam,
kiedy to ja zaczęłam obsypywać go prezentami. A to w nagrodę, a to na
pocieszenie, a to z okazji urodzin Ani (ani moje, ani twoje).
Po każdej klapie i załamaniu Konrad miał fazę euforii. Nowy biznes. Nowe
perspektywy, wszystko cudownie. Słomiany zapał. Po kilku miesiącach
kolejna klapa. Przywykłam. Do wszystkiego potrafiłam dostosować się jak
plastelina. Kiedy firma rodziców Konrada splajtowała, a Konrad został
bez kasy, robiłam wszystko, żeby udobruchać zrozpaczonego Kondzia. Matka
Teresa od siedmiu boleści. Wpompowałam w jego kolejny pomysł sporo kasy
i... o dziwo jego nowy biznes szedł całkiem nieźle! Co prawda nie
przynosił jakichś spektakularnych zysków, ale nie padł po pół roku, a to
już był sukces.
Konrad tym razem też się nie poddawał; chyba czuł, że tatuś już mu nie
pomoże swoją gotówką. Nasze utrzymanie było na mojej głowie, ale trzeba
się wspierać, tak sobie wmawiałam. Konrada często nie było w domu, ale
to zrozumiałe. Rozkręcał interes, załatwiał nowe kontakty, obskakiwał
klientów. Był jakiś taki nieobecny, zabiegany, ale byłam wyrozumiała.
Jak zawsze.
Na urodziny zaskoczył mnie jak nigdy wcześniej. Po miłej kolacji wręczył
mi kopertę.
- Kasa na urodziny? - zażartowałam.
- No bez przesady! - obruszył się w żartobliwym tonie. - Otwórz. Zobacz.
Będziesz zachwycona! - poganiał.
Rozkleiłam kopertę, a w środku znalazłam zdjęcie jakiegoś wiejskiego
domu.
- Co to?
- Dom.
- Widzę, że dom. Ale o co chodzi?
- Kupiłem ci dom - odparł spokojnie.
- Jak to kupiłeś mi dom? Gdzie? Za co? Za ile? Bez konsultacji? To duży
wydatek! Ale jak? - Moje pytania nie miały końca. Normalny człowiek
pewnie by się ucieszył, ale dom? Jak można komuś kupić dom? Taka
niespodzianka to chyba za wiele!
- Boże, Justyna. Czy ty nie możesz po prostu się ucieszyć?
Tak, jakoś nie potrafiłam. Konrad kupował lunch za kasę z mojego konta,
bo swoje środki pchał firmę. A teraz kupuje mi dom. W totka wygrał czy
co?
- Cieszę się, ale... no przyznaj, to jest niecodzienna niespodzianka. Nie
jesteśmy milionerami, a tutaj takie coś. Jestem w szoku.
- To od Kaśki. Po znajomości. Nawet nie odczujesz.
- Co od Kaśki? Co nie odczuję? Nie rozumiem.
- No mówię, że od Kaśki. Ten dom od Kaśki. Pamiętasz, jak mówiła, że w dzieciństwie jeździła na wakacje do babci na Roztocze?
- No.
- To jest właśnie domek po babci Kaśki. Po jej śmierci jakiś czas
mieszkała tam dalsza ciotka. Ciotka była stara i też długo nie
pociągnęła. Dom przechodził z rąk do rąk, w końcu trafił się Kaśce. A Kaśka nie lubi wsi.
- Tę historię znam. Ale jak to się stało, że go kupiłeś i skąd miałeś
kasę?
- A więc tak. No... To jest jakby nasz wspólny dom teraz. No, bo... No,
sprawa jest taka, że... w sumie po znajomości, pięćdziesiąt tysięcy, jak
za darmo! W Warszawie nie kupisz za to nawet kibla. A tu masz dom. Domek
pod lasem. Z ogródkiem. Ma trochę niedociągnięć. Potrzebuje lekkiego
remontu. Kaśka co nieco już tam zrobiła. Jest okej. Włożymy tam drugie
tyle i mamy willę na lato - zażartował... nerwowo?
- Pięćdziesiąt tysięcy? Niemożliwe!
- No właśnie! Okazja! Wytargowałem na remont, Kaśka chciała puścić to
siedlisko za dwa razy tyle, ale ostro negocjowałem!
Gdybym wtedy wiedziała, jak wyglądały te ich ostre negocjacje...
- Odłożyłeś kupę kasy w tak krótkim czasie? Jestem pod wrażeniem!
- Niezupełnie...
- Wygrałeś w totka? - Wybuchłam śmiechem.
- Pożyczyłem...
- O Boże, Konrad! Wiesz, jak bardzo nie lubię długów, kredytów,
pożyczek. Wiesz, co o tym myślę. Niepotrzebnie. To świetna cena, fajny
stary domek, ale niepotrzebnie to dla mnie zrobiłeś. To za wiele.
- Pożyczyłem z naszego konta oszczędnościowego - powiedział cicho i szybko spuścił wzrok na pusty talerz. - Miałem odłożone ze trzy tysiące,
ale pomyślałem, że okazja. Zapiszemy dom na nas, a ja ci to spłacę, jak
tylko zacznę lepiej zarabiać. Tak właściwie to jeszcze nic nie jest
załatwione, ale wszystko klepnięte, kasa już u Kaśki. Trzeba tylko
załatwić formalności.
- Nie no, zajebista okazja. Super deal! - uniosłam głos. - Kurwa,
Konrad! Wpłacałam na to konto kasę na czarną godzinę, może na wkład
własny, może na jakieś zabezpieczenie. Nie dorzucałeś tam kasy, miałeś
dostęp i kupiłeś mi, kurwa, dom w prezencie za moje pieniądze?!
Zajebisty, kurwa, prezent! Dziękuję serdecznie! I jeszcze mówisz, że
zapiszemy ten dom na nas?! Oczywiście, że formalności niezałatwione! Czy
ty kiedykolwiek coś załatwiłeś od początku do końca? To nie sprzedaż
skarpetek na bazarze, tylko kupno domu! Przecież teraz się z tego nie
wycofam, jakbym Kaśce w twarz spojrzała?! No bosko! Jakaś rozwalona
chałupa na końcu świata za moje oszczędności! Czy ty, kurwa, słyszysz,
co mówisz? - Wstałam od stolika wściekła jak nigdy dotąd. - Muszę się
przejść. Muszę ochłonąć. Nie, nic nie mów. Wrócę, gdy wrócę! Już lepiej
nic nie mów!
No i poszłam.
Szłam przed siebie. Nie wiedziałam, co myśleć. Zadzwonić do Kaśki? W końcu jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami... ale dom jest od niej. Pewnie
nie wiedziała, jak sfinansował to Konrad. Co za kretyn. No kretyn!
Dobra, miał swoje odchyły, ale przecież każdy ma. Nikt nie jest ideałem.
On jest takim ideałem na niby. Idealny kretyn.
Zaśmiałam się w głos. Jakieś młode dziewczyny, które mnie mijały
popatrzyły jak na idiotkę. Idealna idiotka. Znowu się zaśmiałam. Idealny
kretyn i idealna idiotka, wspaniała para!
- Idealna para, para-ra-ra-ra-ra - zaczęłam nucić pod nosem, oczywiście
jak idiotka. Bo przecież idiotka. I znowu w ryk. Śmiałam się jak
nienormalna, idąc przez wieczorne miasto. Śmiech był moim sposobem na
rozładowanie emocji. Chyba.
Wróciłam do domu. Konrad już spał. Weszłam cicho do łóżka. Miałam dość
tego dnia. Powoli pogodziłam się z tym wybrykiem Konrada, ale postawiłam
warunek, że dom ma być na mnie - i koniec. Żaden nasz, w końcu za moją
kasę. Oszczędności jeszcze miałam. Może znacznie uszczuplone, ale coś
tam zostało. Na zdjęciach chatka wyglądała całkiem spoko. Stara, ale
jara. Miała potencjał, jak to piszą w ogłoszeniach z domami w stanie
karygodnym.
Śmiech przez łzy. Nawet nigdy nie byłam w tej części Polski! Roztocze
kojarzy mi się z roztoczami, które siedzą w zakurzonych dywanach. W dywanach w domku na Roztoczu na pewno jest mnóstwo roztoczy. W co ja się
władowałam?! Chyba lepiej to sprzedać. Ale teraz nie mam do tego głowy.
W pracy młyn. Konrad nie ma dla mnie czasu. Kaśka też jakaś zalatana,
może kogoś poznała, ale jeszcze nie chce się przyznać. Ach, ta Kaśka.
Ile to już lat z Kaśką? Z dziesięć? Tak, mniej więcej tyle co z Konradem. Konrad był niedługo po Kaśce, Kaśka pierwsza. Pamiętam nasze
pierwsze spotkanie. Nawaliła się w knajpie, w której pracowałam zaraz po
studiach. Szkoda mi się jej zrobiło, wezwałam jej taksówkę, a ona
zostawiła torebkę. Tak odbierała ode mnie swoje rzeczy, że skończyłyśmy
na wspólnym winie. Od słowa do słowa narodziła się nasza przyjaźń.
Zawsze mogłam na nią liczyć. Ogarnęła mi lepszą robotę. Co prawda sama
wymiksowała się z agencji po kilku miesiącach, ale ja umościłam się tam
na dobre. Wspólne imprezy, wspólne wyjazdy. Czasami bawiliśmy się we
trójkę - ja, Kaśka i Konrad. Moje dwie najbliższe osoby znały się od
dziecka, byli jak rodzeństwo. Jak Konrad mnie wkurwił, mogłam się
wypłakać Kaśce w rękaw, a ona umiała znaleźć na niego sposób. W końcu
znała go nawet lepiej niż ja!
Swego czasu balowaliśmy na całego. Nasza paczka miała różny skład, ale
zawsze w tym składzie były trzy stałe - ja, Katarzyna i Konrad. Ludzie
przychodzili i odchodzili, a nasz superteam rządził na warszawskich
parkietach. Może nie na parkiecie giełdowym, ale parkiet w Lustrach znał
nas dobrze. Z czasem rzygaliśmy już wszystkimi imprezowniami - od
Centrum po Pragę. Przerzuciliśmy się na modne knajpki, miejsca, w których warto być, trzeba się pokazać. My... albo Konrad nas przerzucił.
Ileż to on się ubiadolił, że na kluby jesteśmy za starzy, że nie wypada,
że nie te lata, zupełnie jakbyśmy nad grobem stali. Moja praca sprzyjała
zmianie trybu życia na ten bardziej snobistyczny. Eventy i imprezy z gwiazdami, producentami wszelkiej maści, influencerzy, prezesi znanych
marek. W pewnym momencie z trybu "klubowiczka" przeszłam w tryb
"burżuj".
Nawet jeśli nie było mnie na coś stać, kombinowałam tak, żeby wszyscy
myśleli, że mnie stać. Nie mogłam odstawać. Nie wypadało. Turbodroga
torebka? Przywiozłam z Turcji za ułamek ceny. Niby podróba - albo, jak
się teraz ładnie mówi: replika - a i tak wydałam chore pieniądze. Na
tureckim bazarze sprawdzałam każdy suwak, pasek, logowanie i podszewkę,
wszystko miało być jak w oryginale. Było, a torebka nie kosztowała
pięćdziesięciu kafli, tylko nędzny tysiąc. I tak dużo, ale niedużo, bo
torba była nie do odróżnienia od oryginału. Dobrze wiedziałam, że to
obciach, ale nie stać mnie było na oryginał, a pożyczka na głupi gadżet
wydawała mi się jeszcze głupszym pomysłem.
Karola z biura co chwilę zaciągała kredo: a to na louboutiny, a to na
hermesy. Birkin lśnił w rękach lasek aspirujących nie tylko do miana
korposzczura i biurwy, ale do przyszłych celebrytek. Karola na ciuchy i dodatki przemieliła kasę, za którą mogła kupić dobre mieszkanie. Ale
dobre mieszkanie nie dałoby jej tego, co dało jej logo. Logo wprowadziło
ją na salony. Karolina, szara myszka, która dzięki stabilnej pracy w agencji miała zdolność kredytową, mieszkała kątem u kuzynki, ale
ubierała się jak gwiazda z pierwszych stron gazet.
Dzięki branżowym imprezom poznała majętnych, znanych ludzi. Małymi
kroczkami, błyskiem marką tudzież mocno wyeksponowanymi cyckami
przyciągała do siebie samców z wyższych sfer. W końcu trafiła na
idealnego kandydata, który spłacił jej kredyty. CEO jednej ze znanych
drogerii może nie był wybitnie przystojny i elokwentny, ale nie żałował
grosza na swoją nową wybrankę. I tak Karola z zadłużonej biurwy
awansowała na narzeczoną ważniaka. Metka działa cuda!
Teraz Karolina już nie organizuje współprac dla instagramerek - teraz
Karola sama została instastar. Ma mnóstwo followersów, a narzeczony
opłacił jej biznes. Niegdyś szara myszka, dziś znawczyni mody, ma własną
markę szyjąca dresy, dwa razy w miesiącu odpoczywa na Bali lub w Meksyku. Chwali się kolejnymi prezentami od firm i faceta. Wspaniałe
życie. Tylko raz, przez przypadek i po pijaku, dodała storkę, na której
wali w nocha, a następnie szarpie się ze swoim kochasiem. Kafelek szybo
wykasowała i wróciła do pełnego błyskotek życia. Ale długów nie ma.
I ja długów mieć nie chciałam, ale nie chciałam też odstawać. A więc
była torebka z Turcji i były wakacje za granicą. To nic, że wyjazdy
kupowałam, kiedy trafiła się okazja albo jakieś last minute. Był
botoks. Usta też zrobiłam. To akurat nie było takie drogie. Luksus
dostępny dla wszystkich. Niby tego nie potrzebowałam, ale tego wymagał
ode mnie mój świat. Coś za coś.
Zupełnie jak z Karolą. Może i dostawała wpierdol, ale za to żyła w przeszklonym domu pod Warszawą. Każdy dokonywał swoich wyborów. Czymże
były moje sztuczne rzęsy w porównaniu z tym, co robili inni? Niczym. I tak to sobie właśnie tłumaczyłam. Byłam poniekąd szczęśliwa w tym swoim
świecie. Ludzie mnie lubili. Pracowałam na sto dwadzieścia procent,
balowałam na sto trzydzieści. Byłam wszędzie, gdzie wypadało się
pokazać. Niczego mi nie brakowało.
No może czasami miałam chwile zwątpienia. Wskakiwałam w dresy i nieumalowana szłam do parku, by poczytać książkę, ale Konrad szybko
sprowadzał mnie na ziemię. Opierdzielał mnie, że nie jestem jakimś
słoikiem z Podlasia, żeby łazić nieogarnięta. A co, jeśli zobaczy mnie
ktoś z biura albo rozpozna jakiś klient? Wstyd! Muszę trzymać poziom.
Jeszcze przepadnie mi awans. Albo dziewczyny z pracy będą obrabiać mi
dupę. Wygląd. Pozory.
Bywały dni, że mnie to wkurzało, ale najczęściej byłam dumna z tego, kim
jestem i gdzie jestem. Sama na wszystko zapracowałam. Do pracy
wchodziłam jak gwiazda, w slow motion. Dobre ciuchy z Moliera 2,
rozwiany włos, nienaganny makijaż, szpilki zawsze wyższe niż środkowy
palec. Żadne kaczuszki! Koturny tylko na wakacjach. Szpilka i koniec!
Dawno temu, jeszcze przy jednym z pierwszych eventów, który organizowała
moja firma, spotkałam pewną znaną aktorkę, ambasadorkę kurewsko drogich
kremów, dla których robiliśmy imprezę. Tak, dla kremów.
Kiedy pod koniec bieganiny usiadłam zmęczona z drinkiem, zmierzyła mnie
wzrokiem i powiedziała:
- Pamiętaj, dziecko, szpilki zawsze wyższe niż środkowy palec, choćby ci
miały nogi odpaść. Wszyscy wokół mają wiedzieć, kto tu jest górą. To ty
pokazujesz im środkowy palec. Ta szpilka to taka alegoria. Ma być
większa niż ich mniemanie o sobie. Pierdol ich. Ty tu rządzisz. Szpilka
to symbol.
Okej, może baba trochę pieprzyła trzy po trzy po darmowych drinkach, ale
coś w tym było. Swoimi szpilkami pokazywałam wszystkim fakulca. Czułam
się kimś lepszym. Im droższe i wyższe szpilki, tym pewniej się czułam.
Byłam kimś. Bywałam, gdzie trzeba.
Konrad z domu wyniósł umiejętność bywania i bycia. Zabierał mnie tylko
do elitarnych miejsc, mimo że najczęściej to ja musiałam płacić. No ale
zaciskałam zęby i płaciłam. Coś za coś. Ekskluzywność, luksus,
hermetyczność. Chcesz taki być? Musisz tak żyć, a w końcu taki się
staniesz. Tacy byliśmy. Tylko Kaśka czasem się buntowała. Lubiła pójść
czasem w tango. Tak po prostacku. Ale nawet ona umiała stwarzać pozory.
Najebka? Proszę bardzo, ale tylko w dobrym miejscu i drogim alkoholem. I najlepiej, jak trafił się frajer, który za to wszystko zapłaci.
Zazwyczaj się trafiał. Kaśka miała gadane. Umiała oczarować. Zawsze
wystylizowana jak na bal. Jak to mówią - najebana, ale dama.
Nigdy nie byłam zazdrosna o ich kumplowanie się. Kaśka zawsze
powtarzała, że Konrad jest dla niej jak brat, a Konrad powtarzał, że
Kaśka jest dla niego jak siostra. Czasami miałam wrażenie, że Kaśka jest
zazdrosna o nasz związek, bo byliśmy ze sobą już tyle lat, a ona
zaliczała kolejnych facetów. Z żadnym nie umiała być dłużej niż kilka
miesięcy. Zupełnie jak Konrad i jego biznesy. Bez kitu, naprawdę byli
jak rodzeństwo!
Coś w tym było. Było. Do pamiętnego maja.
Pierwszy maja, Święto Pracy, o iro-kurwa-nio. Ledwie otworzyłam oczy i już wybuchło! Koniec świata! E-mail. Agencja splajtowała. Że, kurwa, co?
Jak to? Tak po prostu koniec? To niemożliwe. Jakieś jaja. Chyba im się z pierwszym kwietnia pomyliło. Obudziłam Konrada. Ale Konrad stwierdził,
że to jakiś głupi żart. Zresztą przecież i tak ostatnio narzekałam na tę
robotę, to może znak, żebym ją zmieniła. Przekręcił się na drugi bok i wrócił do spania. W końcu zaczął się długi weekend.
Łatwo mu powiedzieć! Całe dorosłe życie tkwię w tej robocie. Przecież ja
nic innego nie potrafię! Nie jestem nim, nie skaczę z kwiatka na
kwiatek. A może to faktycznie głupi żart? Pójdę tam po weekendzie i wszystkiego się dowiem. Nie ma co panikować. Wieczorem byłam umówiona na
drinka ze starymi znajomymi ze studiów. Zapiję smuteczki, a potem
pomyślę, co dalej. Tak, to musi być jakaś pomyłka.
Wieczorem wzięłam taksę i pojechałam do centrum na drinka. Konrad umówił
się z kolegami. Oboje mieliśmy wrócić późno. Tylko że mi te drinki jakoś
nie szły. Z tyłu głowy ciągle miałam poranną wiadomość. Agencja
splajtowała? Przecież to niemożliwe. Influencer marketing to żyła złota!
Tego nie da się spierdolić. To nie może upaść. W firmie nie było żadnych
plotek, przesłanek. Nic.
To musiał być żart, ale e-mail przyszedł z oficjalnego konta. Ktoś się
włamał? Nikt z firmy nawet nie zadzwonił. No, oprócz Ewki. Ewka
zadzwoniła i pytała, o co chodzi. Ale co mogłam jej powiedzieć? Reszta
wybyła gdzieś na długi weekend. Mieli w dupie pracę i odbieranie
e-maili. Tylko ja, jak zwykle obowiązkowa, z telefonem zawsze przy
dupie, z ręką na pulsie, pracowałam nawet przez sen. Do przełożonego nie
dzwoniłam, bo wiem, jak bardzo się wkurwia, kiedy ktoś niepokoi go w dni
wolne. Artur pracuje od tej do tej i tyle. Koniec. Elo. Nie ma go dla
nikogo. Jakoś muszę wytrzymać do końca wolnego i na pewno wszystko się
wyjaśni.
Ale drinki nie szły. Chwilę po dziewiątej zamówiłam uberka i wróciłam do
mieszkania. To nie był mój dzień...
To zdecydowanie nie był mój dzień. Kurwa.
Drzwi otworzyłam cicho. W środku dość głośno grała muzyka. Konrad też
już wrócił? Widocznie i on nie miał dziś weny na spotkania towarzyskie.
Może i lepiej. Odpalimy Netflixa, otworzymy piwko, zagrzebiemy się pod
kocem i ten dzień skończy się przyjemniej, niż zaczął. O tak! Tego mi
potrzeba. Potrzebuję uwalić się na kanapie i nic nie robić. O niczym nie
myśleć. Jakaś głupia komedia będzie idealna. Francuska! Albo byle jaka.
Zdjęłam kurtkę. Zrzuciłam trampki i... adidasy Kaśki? Kaśka u nas? W sumie
możemy posiedzieć we trójkę. Jeszcze lepiej! Będzie weselej. W salonie
ich nie ma. Pewnie palą na balkonie. Pójdę do sypialni, przebiorę się w wygodne dresy i zalegniemy razem na kanapie. Otworzyłam drzwi do
sypialni, myśląc o tym, czy mamy w lodówce piwo i...
- Kurwa!
- Kurwa! - odpowiedzieli chórem Kaśka i Konrad, którzy gzili się w naszej... kurwa, w mojej pościeli!
- Kurwa! - powtórzyłam, a potem wszystko działo się jak w filmie. Kaśka
i Konrad w pośpiechu naciągali majtki na dupy. Zasłaniali się kołdrą,
jakbym ich nigdy nie widziała goło. Rzeczywiście byli jak rodzeństwo.
Szkoda tylko, że rodem z kategorii na PornHubie.
- To nie tak, jak myślisz. To nie tak, jak wygląda. To wszystko nie tak!
Tak, kurwa, nie tak. Wszystko jest nie tak.
Moje idealne życie runęło niczym domek z kart. Wszystko pamiętam jak
przez mgłę. Płacz Kaśki. Błagania Konrada. Rzeczy Konrada wywalałam w amoku na klatkę schodową, przez okno w sypialni. Darłam wspólne zdjęcia,
które stały na komodzie. Wystawiłam oboje tych... tych... zdrajców za drzwi.
Bluzgałam ich tak, że nawet nie wiem, skąd znałam takie słowa.
Amok.
Impuls.
Złość.
Wkurwienie.
Bezradność.
Koniec mojego idealnego świata.
Rozdział 3
Koniec świata! Jestem na końcu świata! Obudziłam się grubo po dziesiątej
w zakurzonym domku na końcu świata. Z kacem. Miałam wypić trochę wina i skończyła mi się butelka. Rozduszony zimny burger też nie był najlepszym
wyborem na kolację. W brzuchu przelewała mi się wczorajsza rozpusta i uświadomiłam sobie, że nie mam nic na śniadanie. Gdzie się podziała
zawsze zorganizowana Justyna?
Zrezygnowana poczłapałam do łazienki. Wzięłam chłodny prysznic, podczas
którego myślałam o moich wieczornych rozmyślaniach. Nic mądrego nie
wymyśliłam, bo i co można wymyślić, kiedy wali się świat? Konrad został
w wynajmowanym mieszkaniu, ja byłam tutaj. Będę się resetować. I tak nie
mam do czego wracać. Pogoda za oknem zachęcała do spaceru. Przejdę się
po jakieś pieczywo, a potem na długi spacer po lesie. Brzmi dobrze! Ten
dzień będzie dobry!
- Kurwa! Spłuczka nie działa! W dodatku gadam sama do siebie!
Spłukałam kibelek wiaderkiem i postanowiłam, że nic nie zepsuje mi tych
kilku dni odpoczynku. Jestem twarda! Jestem Justyna Largus i nigdy się
nie poddaję! Nawet jak mnie zepsuta spłuczka atakuje!
Ogarnęłam się, przynajmniej z grubsza, i wyszłam przywitać nowy dzień.
To będzie dobry dzień! Nawet jakby się zepsuły wszystkie spłuczki
świata! Spokojnym krokiem szłam dróżką z mojego domku czarownicy, który
stał sobie w cieniu lasu. Do wsi nie było daleko, ale wystarczająco
daleko, żeby mieć święty spokój. Po chwili byłam już na ulicy i zastanawiałam się, gdzie tu jest jakiś sklep.
Postanowiłam kierować się do "centrum", tam na pewno coś znajdę. Mimo to
na horyzoncie nie widziałam żadnego miejsca, w którym mogłabym kupić
cholerną bułkę. Za to pod drzewem widziałam dziwnego gościa. Ciarki mnie
przeszły. Chłopak na oko w moim wieku stał pod dużym dębem, gapił się na
mnie jak zahipnotyzowany i skubał ziarnka słonecznika, plując łupinkami
przed siebie. Jakiś taki dziwny. Udałam, że go nie widzę, i przemknęłam
ze spuszczoną głową.
- Panienko! - usłyszałam za plecami. - Panienko! Zgubiła się?
Zrozumiałam, że ta "panienka" to byłam ja. Odwróciłam się, ale nikogo
nie zobaczyłam.
- Panienko, pomóc?
Dopiero teraz zobaczyłam, że za drewnianym płotkiem stoi starsza
kobieta.
- Dzień dobry. Szukam sklepu... - Nie dokończyłam, bo starsza pani mi
przerwała:
- Dziecinko, tutaj u nas nie ma sklepu. Znaczy jest, ale obwoźny, a on
już dzisiaj był. Rano był, teraz to już nic. A co potrzeba? Może pomogę?
Bo tak na większe zakupy to najlepiej do Krasnobrodu. A obwoźny to koło
dziewiątej lata, trzeba pilnować. Zimą to i później, w lecie jest nieraz
przed czasem. Ale to też zależy. Kwiaty plewię. Zobacz, kochana, jakie
tu mam lilie! Synowa mi przywiozła. Jak zakwitną, to całą wieś
zapachnią! Tutaj białe, a te bliżej płotu chyba bardziej kremowe, to się
okaże, jak zakwitną. A tutaj... - Kobieta nie przerywała swojej opowieści,
a mnie burczało w brzuchu. Nie byłam w stanie jej zastopować, strzelała
słowami jak z karabinu. W końcu udało mi się zadać pytanie:
- To po bułki też trzeba do Krasnobrodu?
- Po bułki to nie wiem, ale chleb tu mają za tym dużym drzewem. Dobry,
na zakwasie. Dla turystów pieką. Pani też turystka? Tam w budce mają.
Trzy kroki. A do chleba mogę dać pomidora. O, tutaj mam. Swojskie. Pani
skosztuje. - Urwała rumianego pomidora, wytarła o fartuch i podała mi
przez płot, ciągle gadając.
Zjadłam. Faktycznie pyszny. Słodki. Bez chemii. Pachnący słońcem.
- Masz, dziecko, jeszcze trzy. Jak posmakują, to możesz wrócić, pókiś na
wczasach. Sprzedam tanio. Jajka też mogę sprzedać. Kurki mam swoje.
Panienka pewnie takich w mieście nie jadła.
Tej babie usta się chyba nie zamykają. W dodatku działa jak dobry
dealer, pierwsza działka za darmo, kolejne już płatne. Dałaby sobie radę
w korporacji. Tak mnie zamotała, że kupiłam od niej dziesięć jajek, do
tego trochę szczypiorku, wzięłam też pomidory. Starowinka - po tym, jak
powiedziałam, że nie mam ze sobą podstawowych produktów - dorzuciła mi
gratis trochę soli i łyżkę masła zawiniętą w woreczek. Nawet
sympatyczna. W Warszawie to i wpierdolu bym za darmo nie dostała.
Właściwie to poprawiła mi humor tym swoim gadaniem i nazywaniem mnie raz
panią, a raz panienką.
Po dłuższej pogawędce - a raczej słuchaniu, co Pani Gaduła ma do
powiedzenia - ruszyłam do budki z chlebem dla turystów. Udało mi się
kupić jeszcze ciepły żytni chleb. Do tego dżem jagodowy. I butelkę soku
malinowego. I słoik smalcu. Wszystko swojskie! Pachnące! Po tych
zakupach mój spacer przerodził się w szybki marsz. Byłam już tak głodna,
że po drodze skubałam chleb. Boże, jaki on dobry! Żadnej chemii, żadnego
syfu! Ten koniec świata to jakiś raj!
W domu znalazłam patelnię, która chyba pamiętała wojnę, i to pierwszą.
Zrobiłam tonę jajecznicy. Do tego pomidory od Pani Gaduły, woda z sokiem, a na deser dżem wyjadany palcem ze słoika. Królewskie śniadanie!
W warszawskiej knajpce zabuliłabym za taki zestaw jak za złoto.
Znalazłam jakiś stary koc. Wyniosłam go przed dom. Wyłożyłam się na nim
jak długa. Leżałam tak, dłubiąc palcem w słoiku z dżemem, i patrzyłam na
mój domek czarownicy. Tak, domek czarownicy pasuje idealnie! Stara
chałupa na końcu wsi, pod lasem, z dachem do naprawy i z zepsutą
spłuczką.
Dopiero się zorientowałam, że od wczoraj nie korzystałam z telefonu.
Zasięgu brak, internetu brak, a mnie jakoś to nie przeszkadzało. Chyba
zwariowałam do reszty! Obok słoika zaczęła kręcić się osa. Położyłam jej
trochę powideł na trawie i obserwowałam, jak owad je śniadanie razem ze
mną.
Poczułam spokój. Nic nie muszę. Leżę tu, na trawie. Świat się zatrzymał.
Patrzę, jak osa walczy z lepkimi jagodami. Oblizuję palec i myślę sobie,
że weekend tutaj - to za mało. Zostanę na tydzień. Albo dwa.
Z lasu dobiegają śpiewy ptaków, których nazw nie znam. Od strony wsi
słyszę, jak szczeka pies. Sosny szumią przyjemnie i roznoszą zapach
żywicy. Sosnowy aromat to zapach polskiego lata. Jest mi przyjemnie.
Jestem najedzona. Mogę jeść dżem palcem i Konrad nie powie, że to
obleśne. Może i obleśne, ale tak właśnie lubię. Zawsze lubiłam.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo zmienił mnie związek z tym
człowiekiem. To obleśne, tamto wieśniackie, tego nie rób, tam nie idź.
Jak mogłam być ślepa przez tyle lat?
A Kaśka? Taka sama! Z tym się nie zadawaj, tamta to wieśniara, botoks
sobie zrób, bo ci lwia zmarszczka wyłazi. Srotoks, nie botoks. Ale mnie
namówiła. Zrobiłam ze trzy razy. Wydawało mi się, że tak trzeba, że
wszyscy teraz robią. Usta też kilka razy napompowałam. Po co? Po co ja
tak słuchałam tych... tych... zdrajców! Teraz leżę w trawie, mam brudne
stopy, brudny palec. I jest mi dobrze z samą sobą.
Nie mogłam jednak przeleżeć tak do wieczora. Rozsądek podpowiadał, że
muszę jechać na zakupy. Zebrałam się niespiesznie. Wsadziłam klapki.
Związałam niedbale włosy i pojechałam po zapasy.
Po drodze miałam okazję przyjrzeć się okolicy. Do mojego domku
prowadziła polna droga. Niedługa. Do szosy było rzut kamieniem, ale
miejsce było ustronne, spokojne, nierzucające się w oczy. Nikt nie
zaglądał mi na podwórko. Nikt nie widział, że jem dżem palcem, że karmię
osy. Do głównej - i właściwie jedynej - ulicy w Guciowie poprzyklejano
domki. Trochę starych, trochę nowszych. Taki misz-masz. Remiza,
zabytkowa wiejska zagroda, przed którą stał autobus z turystami. Co
chwilę tabliczki z napisami "wolne pokoje". A jakie mają być? Szybkie?
Jechałam i śmiałam się do siebie. Już dawno nie śmiałam się tak
szczerze, w dodatku tylko w swoim towarzystwie. Słońce wprowadzało mnie
w wakacyjny nastrój. Po lewej stronie turyści wlekli do wody długie
kajaki. Też muszę popływać! Zmęczyć się! Spocić! I być obleśną, a nie
tylko szpilki, drinki i szpanerska torba ze szpanerskim logo.
Minęłam jeszcze drewniany zajazd, z którego pachniało tak ładnie, że
postanowiłam tu zajrzeć w drodze powrotnej. Dwa kolejne skrzyżowania i oto byłam w Krasnobrodzie. Po prawej rozciągał się zalew. Na plaży roiło
się od ludzi. Małe, czyste miasteczko oblegane przez przyjezdnych. W moim Guciowie jest lepiej. Spokojniej.
Ha! W moim Guciowie! Jedna noc i już jest mój! Rozbawiła mnie ta myśl.
Wychodząc z auta na parkingu marketu, zdałam sobie sprawę, że nie
zrobiłam listy zakupów. Zawsze robię zakupy z apką. A, walić to! Kupię
to, na co będę miała ochotę.
Kłapnęłam drzwiami i poszłam do sklepu. Papier toaletowy, makaron, jakiś
sos w słoiku na czarną godzinę, oliwki, sól, przyprawy, dwie zgrzewki
wody, trochę nabiału... Zgarniałam z półek zapasy jak na wojnę. Przy półce
z chemią wzięłam zestaw płynów, ściereczek i pianek do sprzątania.
Pomyślałam, że skoro mam zostać trochę dłużej, to warto posprzątać ten
kilkuletni syf.
Ze sklepu wyszłam obładowana jak wielbłąd. Ale miałam wszystko, czego
mogłam potrzebować w ciągu kilku najbliższych dni. Chleb kupię na
miejscu. Warzywa i jajka od Pani Gaduły. Załadowałam tobołki i ruszyłam
w drogę powrotną.
Tak jak sobie obiecałam, wstąpiłam do zajazdu na obiad. Pstrąg był
większy od talerza! Nie śmierdział mułem, pachniał za to roztopionym
masłem i ziołami. Surówki najlepsze, jakie kiedykolwiek jadłam!
Ziemniaczków nie dokończyłam, nie miałam tyle miejsca. Za tak niską cenę
spodziewałam się malutkiej porcji, tymczasem dostałam iście królewski
obiad!
Postanowiłam, że po powrocie i rozpakowaniu zakupów przyda mi się dobry
spacer. Ja, człowiek dieta, i takie obżarstwo? To do mnie niepodobne!
Nie dość, że obładowana jak wielbłąd, to jeszcze nażarta jak świnia!
Spokojnie dojechałam do domu. Po wyładowaniu sprawunków marzyłam o tym,
żeby zalec na trawie na krótką sjestę, ale wciąż byłam tą obowiązkową
Justyną, która jeśli coś postanowi, to robi. Postanowiłam iść na spacer?
A więc pójdę!
Nie znałam okolicy, więc to nie mogła być jakaś wielka wędrówka. Zresztą
nawet mi się nie chciało nabijać kroków. Serduszko aplikacji musiało być
zamknięte każdego dnia, bo inaczej czułam, że nie dopełniłam wszystkich
obowiązków. W najbliższym czasie zero obowiązków. Zero stresu. Zero
zamkniętych serduszek na krokomierzu. Idę na spacer. Najpierw obejrzę
własne podwórko, a potem przejdę się ścieżką do lasu za domem.
Dom jak dom. Trochę zawalisko, ale dało się tu powakacjować. Ciekawa
odmiana po pięciogwiazdkowych hotelach. Dwa okna z przodu, dwa z tyłu,
po jednym po bokach. Dach błagający o naprawę. Drewniane ściany. Wielka
sosna niemal opierająca się o dach. Kawałek zarośniętego ogrodu tuż obok
i las ciągnący się za podwórkiem. Domek czarownicy otulony niemal ze
wszystkich stron dzikim lasem przywodził na myśl baśniowe opowieści.
Sosnowy uścisk trzymał chatę bardzo mocno i tylko polna droga prowadząca
do ulicy łączyła baśń z rzeczywistością.
- Z tym ogródkiem przydałoby się coś zrobić - gadałam do siebie. -
Przynajmniej wyrwać te chwasty. Albo skosić. Tylko czym? Gdyby pod
oknami posadzić malwy, byłoby jak w bajce.
Malwy się sadzi czy sieje? Nie miałam pojęcia! Ale przecież na
wszystkich filmach wiejskie krajobrazy obfitowały w te kwiaty. Malwy
przy płocie, pod okiennicami. Czasami słoneczniki i jakieś małe
kwiatuszki, których nazw nawet nie znałam. Jedyne rośliny, które w życiu
miałam, to zioła z marketu. Uśmiercałam je - niechcący! - najdalej po
dwóch tygodniach.
Zarośnięty dawny ogródek ciągnął się wzdłuż przedniej ściany i zawijał
przy lewej ścianie domu. Zaraz za kuchennym oknem rosła dziwacznie
powykręcana sosna, wyglądała jak upiór. Przy ścianie zamiast bajecznie
kolorowych malw swoje eldorado miały wysokie pokrzywy i osty. Za tym
poletkiem chwastów rosły gęste krzaki, dodatkowo otoczone kłującymi
jeżynami. Na krzakach swoje macki obwieszały równie nieprzyjemny w dotyku dziki chmiel i poplątane pnącza dzikiego wina.
- Szkoda, że nie da się z tego zrobić wina. Albo piwa. - Parsknęłam
śmiechem, gdy zaczęłam rozmyślać nad zarośniętym podwórkiem. Kawałek
przestrzeni za domem był pokryty nawet ładną trawą. Chyba ktoś kosił to
miejsce od czasu do czasu. To tutaj wylegiwałam się na kocu, patrząc na
osę i otwarte drzwi do mojego domku.
Przy prawej ścianie ciągnęła się dróżka od wsi do mojego podwórka. A za
niewielkim podwórkiem las wyciągał do mnie swoje ręce i mówił "chodź do
mnie". No to poszłam.
Ach, ten zapach sosen! Wciąż nie mogłam przestać się zachwycać. Wszędzie
leżały igły i szyszki. Dosłownie po kilku krokach natknęłam się na
drogę. Postanowiłam, że pójdę nią prosto, to może się nie zgubię. Szłam,
rozglądając się na boki. Las, las i jeszcze raz las, bez końca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki