Mgła. Jakub Tyszkiewicz. Tom 4 - Marcin Ciszewski

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Ko­lumna je­chała szybko, wła­ści­wie poza gra­nicą bez­pie­czeń­stwa.

Trzy opan­ce­rzone to­yoty land­cru­iser, dwa mer­ce­desy vito z bla­sza­nymi nad­wo­ziami bez okien i za­my­ka­jąca po­chód nie­zgrabna cię­ża­rówka sa­per­ska. Trzy­dzie­stu lu­dzi, dwa­dzie­ścia cztery pi­sto­lety ma­szy­nowe, dwa ka­ra­biny snaj­per­skie, dwie śru­towe strzelby, kil­ka­dzie­siąt gra­na­tów hu­kowo-bły­sko­wych, ta­ran do roz­bi­ja­nia drzwi. Mi­ga­jące na da­chach bomby zdmu­chi­wały opie­sza­łych, igno­ru­jąc wy­sy­łane w ich kie­runku ży­cze­nia wszyst­kiego naj­gor­szego. War­szaw­ska ulica spie­szyła się po swo­jemu, war­szaw­ska ulica miała gdzieś po­śpiech po­li­cyj­nej ko­lumny.

Na sie­dze­niu pa­sa­żera pro­wa­dzą­cej te­re­nówki sie­dział po­tężny, ogo­rzały fa­cet. Jego twarz wy­glą­dała jak wy­cio­sana z ka­mie­nia przez rze­mieśl­nika ma­ją­cego kło­poty ze wzro­kiem i ko­or­dy­na­cją ru­chów. Po­li­cyjny mun­dur po­lowy i ka­mi­zelka ku­lo­od­porna, które on­giś le­d­wie do­pi­nały się na im­po­nu­ją­cej klatce pier­sio­wej, te­raz nie­mal z niej zwi­sały. W pra­wym uchu wpa­tru­ją­cego się we wska­za­nia sys­temu GPS męż­czy­zny tkwiła słu­chawka, przed ustami wi­siał nie­wielki mi­kro­fon cy­fro­wego sys­temu łącz­no­ści. Tylną ka­napę zaj­mo­wało dwóch ope­ra­to­rów AT w peł­nym umun­du­ro­wa­niu tak­tycz­nym. Wy­tłu­mione pi­sto­lety ma­szy­nowe spo­czy­wały obok, za­bez­pie­czone, ale go­towe do uży­cia.

Ko­lumna mi­nęła skrzy­żo­wa­nie z Wał­brzy­ską, po czym nie­mal nie zwal­nia­jąc, wje­chała na wia­dukt pro­wa­dzący w stronę Ur­sy­nowa. Po kil­ku­set me­trach skrę­ciła w prawo, igno­ru­jąc czer­wone świa­tło oraz wzbu­dza­jąc po­płoch i wście­kłość kie­row­ców, znu­żo­nych ca­ło­dzienną pracą i ma­rzą­cych już tylko o ko­la­cji w do­mo­wych pie­le­szach i obej­rze­niu ulu­bio­nego me­czu w ulu­bio­nej te­le­wi­zji.

- Wol­niej - po­wie­dział nad­ko­mi­sarz Sta­ni­sław Krzep­tow­ski, na­dal wpa­tru­jąc się w ekran na­wi­ga­cji sa­te­li­tar­nej. Pierś uno­siła się w rytm rów­nego, spo­koj­nego od­de­chu. Zbli­ża­jąca się ak­cja nie przy­spie­szała tętna na­wet o ude­rze­nie. Krzep­tow­ski od dawna my­ślał o czymś in­nym. Przez całą dobę my­ślał o czymś in­nym. - W prawo.

Kie­rowca zdjął nogę z gazu, zje­chał na prawy pas, a po­tem skrę­cił w boczną uliczkę. Reszta sa­mo­cho­dów po­dą­żyła jego śla­dem.

***

Au­kcja nie we­szła jesz­cze w naj­waż­niej­szą fazę, mimo to każdy zna­jący się na rze­czy by­wa­lec mógłby za­ry­zy­ko­wać twier­dze­nie, że ju­trzej­sze ga­zety będą pi­sać wy­łącz­nie o wiel­kim suk­ce­sie. Kil­ka­dzie­siąt ele­gancko ubra­nych osób spra­wiało wra­że­nie za­chwy­co­nych, choć więk­sza część tylko uda­wała. Główna bo­ha­terka wie­czoru - uro­dziwa, uta­len­to­wana i, co go­rzej, ma­jąca na kon­cie dłu­gie pa­smo suk­ce­sów - bu­dziła za­równo po­dziw, jak i za­wiść, choć tej ostat­niej było bez po­rów­na­nia wię­cej. Gład­kie roz­mowy, wy­szu­kane kom­ple­menty i sta­ran­nie skon­stru­owane zło­śli­wo­ści sta­no­wiły dla He­leny Be­re­zo­wiec ide­alną oprawę. Długa czarna suk­nia o kosz­tow­nie pro­stym kroju pod­kre­ślała pro­por­cjo­nalną fi­gurę, eks­po­nu­jąc wą­ską ta­lię i szczu­płe, choć silne ra­miona.

Na ścia­nach i szta­lu­gach umiesz­czono kil­ka­na­ście dys­kret­nie oświe­tlo­nych prac, na­ma­lo­wa­nych z ogrom­nym ta­len­tem, na­wią­zu­ją­cych sty­li­stycz­nie do twór­czo­ści Zdzi­sława Bek­siń­skiego, które miały mu po­chle­biać i za­ra­zem wcho­dzić w po­le­mikę za po­mocą nie­po­wta­rzal­nych po­cią­gnięć pędzla, za­chwy­ca­ją­cych ko­ne­se­rów na ca­łym świe­cie.

Po­środku sali znaj­do­wało się pod­wyż­sze­nie, któ­rego cen­tralne miej­sce zaj­mo­wały szta­lugi z "Nocą w mie­ście świa­teł", naj­now­szym dzie­łem, ze spo­kojną pew­no­ścią sie­bie zno­szą­cym dzie­siątki po­żą­dli­wych spoj­rzeń go­ści.

Kla­syczne te­maty wy­gry­wane przez kwar­tet smycz­kowy sta­no­wiły tło do­sko­nałe dla lu­dzi i ob­ra­zów.

He­lena ba­wiła się kie­lisz­kiem wina, od­po­wia­dała z życz­li­wym uśmie­chem na po­wi­ta­nia i za­czepki, ści­skała dło­nie, dla każ­dego miała kilka uprzej­mych zdań.

Obok ma­larki stał Jo­na­than Le­ster, siwy sześć­dzie­się­cio­la­tek wy­glą­da­jący i za­cho­wu­jący się jak ary­sto­krata. Pra­wie dzie­sięć lat temu jako pierw­szy z licz­nej grupy mię­dzy­na­ro­do­wych han­dla­rzy dzie­łami sztuki zo­rien­to­wał się, jak bar­dzo ta za­mknięta w so­bie, piękna ko­bieta prze­wyż­sza wszyst­kich współ­cze­snych kon­ku­ren­tów ta­len­tem, pra­co­wi­to­ścią i ma­lar­skim warsz­ta­tem. Za­pro­sił ją wraz z mę­żem na ko­la­cję; dwie go­dziny póź­niej zo­stał jej agen­tem, co oka­zało się naj­lep­szym po­su­nię­ciem w jego dłu­gim, bo­ga­tym w wy­da­rze­nia ży­ciu. Ona ma­lo­wała, on sprze­da­wał. Sta­no­wili parę ide­alną. Dzięki jej kre­atyw­no­ści i jego biz­ne­so­wym umie­jęt­no­ściom krąg wiel­bi­cieli i chęt­nych do wy­da­wa­nia ogrom­nych sum ko­lek­cjo­ne­rów rósł wy­kład­ni­czo z każ­dym ko­lej­nym ob­ra­zem.

Miej­sce u boku gwiazdy wie­czoru zaj­mo­wał także Ja­kub Tysz­kie­wicz. Męż­czy­zna wy­glą­dał na za­ko­cha­nego w sto­ją­cej obok ko­bie­cie. Nie od­zy­wał się, ob­ser­wo­wał oto­cze­nie, ba­dał, nie mo­gąc po­zbyć się obrzy­dze­nia dla swych za­wo­do­wych na­wy­ków, które sa­mo­kry­tycz­nie brał ra­czej za fik­sa­cje i dzi­wac­twa. W le­wej dłoni trzy­mał kie­li­szek szam­pana, ale ktoś uważ­nie go ob­ser­wu­jący za­uwa­żyłby, że ilość dom per­ri­gnon po­zo­staje na nie­zmien­nym po­zio­mie, a prze­cho­dzący obok kel­ne­rzy od­pra­wiani są krót­kim ru­chem dłoni.

Le­ster ujął dłoń He­leny i spoj­rzał na Ja­kuba.

- Mogę po­rwać żonę na kilka chwil? - za­py­tał po an­giel­sku z sil­nym ak­cen­tem z po­łu­dnia wy­spy. Uśmie­chał się przy tym uśmie­chem, za po­mocą któ­rego z ła­two­ścią otwie­rał serca i port­fele moż­nych tego świata.

- Ależ oczy­wi­ście - od­parł Tysz­kie­wicz uprzej­mie. Jego an­gielsz­czyź­nie da­leko było do per­fek­cji, co w ogóle go nie mar­twiło.

Le­ster ski­nął głową. He­lena od­sta­wiła kie­li­szek na tacę pod­sta­wioną przez po­ja­wia­ją­cego się jak spod ziemi kel­nera, po czym oboje we­szli na pod­wyż­sze­nie. Le­ster wziął do ręki mi­kro­fon i stuk­nął weń dwa razy, upew­nia­jąc się, że bę­dzie sły­szany. Każdy gest spra­wiał wra­że­nie prze­my­śla­nego. Jo­na­than Le­ster nie zwykł zo­sta­wiać ni­czego przy­pad­kowi, zwłasz­cza gdy w grę wcho­dziły duże pie­nią­dze. Gwar roz­mów ucichł, za­pa­dło pełne ner­wo­wego na­pię­cia mil­cze­nie.

- Do­bri wie­cziór. Dro­dzi gosz­czie, dro­dzi przi­ja­cziele, wi­tam was bar­dzio ser­decz­nie - po­wie­dział.

Tłum za­re­ago­wał śmie­chem i okla­skami.

Mar­szand uśmiech­nął się ni­czym zręczny pre­sti­di­gi­ta­tor, świa­dom, że przy­ku­wa­jący uwagę wstęp w du­żej mie­rze bę­dzie sta­no­wił o suk­ce­sie roz­po­czy­na­ją­cej się au­kcji.

- Po­zwól­cie jed­nak, że będę mó­wił ję­zy­kiem, w któ­rym co­kol­wiek ro­zu­miem... - kon­ty­nu­ował po an­giel­sku. Pu­blicz­ność za­re­ago­wała ko­lej­nym wy­bu­chem śmie­chu. - Dro­dzy pań­stwo, mam przy­jem­ność za­ko­mu­ni­ko­wać, że roz­po­czy­namy sprze­daż naj­now­szego ob­razu na­szej wspa­nia­łej ar­tystki, na­szej dro­giej He­leny, pod ty­tu­łem "Noc w mie­ście świa­teł"...

(brawa)

- ...co ozna­cza, że je­stem cał­ko­wi­cie otwarty na przyj­mo­wa­nie do­wol­nie du­żych kwot uszczk­nię­tych z wa­szych kont ban­ko­wych...

Okla­ski i wy­buch śmie­chu.

Kil­ka­na­ście osób wy­jęło smart­fony. Nie­wielu za­cho­wało obo­jętne miny. Za­czy­nał się czas dra­pież­ni­ków, wiel­kich pie­nię­dzy i szyb­kiego re­fleksu. Zwy­cięzca bę­dzie tylko je­den.

Ja­kub do­strzegł, że He­lena na niego pa­trzy. Zmru­żył oczy i wy­krzy­wił usta w le­d­wie do­strze­gal­nym gry­ma­sie. Ona zro­zu­miała. Uśmiech­nęła się cał­kiem otwar­cie, choć tylko do niego. Po­czuł zna­jomy dreszcz, taki sam jak wtedy, gdy przed wielu laty zo­ba­czył ją po raz pierw­szy. Pod­niósł kie­li­szek w nie­mym to­a­ście. Po­dzię­ko­wała. Byli umó­wieni na wie­czór i na noc. Ta­kie chwile ostat­nio nie zda­rzały się czę­sto.

Le­ster po­wol­nym ru­chem wy­jął smart­fon, przez chwilę z po­zorną bez­rad­no­ścią szu­kał w kie­sze­niach oku­la­rów, w końcu zna­lazł je, za­ło­żył, pod­niósł apa­rat do oczu. Przy­glą­dał mu się czas ja­kiś, jakby nie mo­gąc uwie­rzyć w to, co wi­dzi. Po­to­czył wzro­kiem po sali z te­atralną dez­apro­batą.

- Jest już pierw­sza oferta. Mój Boże, tylko na to was stać? - za­py­tał te­atral­nym szep­tem.

Śmiech prze­biegł przez salę.

- O, jest i druga. I trze­cia... Szybko! Ale po­przed­nim ra­zem by­li­ście zde­cy­do­wa­nie szybsi...

He­lena po­now­nie spoj­rzała na Ja­kuba. Tylko on wie­dział, ile wy­siłku kosz­to­wała ją obo­wią­zu­jąca w tym miej­scu uprzejma non­sza­lan­cja. W głębi du­szy była cho­dzą­cym wła­snymi ścież­kami od­lud­kiem, nie­na­wi­dzą­cym blich­tru, fał­szu i sztucz­no­ści. Pa­so­wała do tego świata jesz­cze mniej, niż jej mąż pa­so­wał do sztyw­nych re­guł obo­wią­zu­ją­cych pod­czas mi­ni­ste­rial­nych na­rad.

W tłu­mie stał męż­czy­zna, na któ­rego nikt nie zwra­cał uwagi, choć ele­gan­cji jego stroju da­leko było do kroju i sznytu więk­szo­ści gar­ni­tu­rów obec­nych na sali. Na­zy­wał się Piotr Ko­muda. Tłum nie zaj­mo­wał się nim, on rów­nież nie zaj­mo­wał się tłu­mem. Pa­trzył tylko na jedną osobę. Po­świę­cał jej całą uwagę.

Nie ob­cho­dził go nikt poza He­leną Be­re­zo­wiec.

***

Skrę­ca­jąc, ko­lumna zwol­niła nie­mal do zera, po­tem nieco przy­spie­szyła. Pi­ro­tech­niczna cię­ża­rówka, "beczka", za­ko­ły­sała się na nie­rów­no­ściach i dziu­rach w as­fal­cie. Mi­ga­jące na da­chach bomby zga­sły jak na ko­mendę. Pro­wa­dząca te­re­nówka za­cho­wy­wała się ni­czym ogar, czujna i spięta, go­towa rzu­cić się w po­ścig za umy­ka­jącą zwie­rzyną.

W końcu drogę za­ta­ra­so­wała za­trza­śnięta na głu­cho par­kin­gowa brama. Wozy sta­nęły.

Krzep­tow­ski przez chwilę pa­trzył na dzie­się­cio­pię­trowy blok, który zda­wał się roz­sa­dzać przed­nią szybę auta. Ele­wa­cja, po­pstrzona su­szą­cym się na bal­ko­nach pra­niem i an­te­nami sa­te­li­tar­nymi, miała w so­bie coś od­py­cha­ją­cego. Trzeci alarm w ciągu ty­go­dnia. Naj­praw­do­po­dob­niej trzeci fał­szywy alarm w ciągu ty­go­dnia. In­for­ma­tor, po raz ko­lejny, okaże się gra­ją­cym we wła­sną grę zła­ma­nym ku­ta­sem, ni­czym wię­cej.

Wes­tchnął. Po­my­ślał o wy­chu­dłym, znisz­czo­nym, le­d­wie trzy­ma­ją­cym się ży­cia ciele swo­jej żony. I jej udrę­czo­nych, smut­nych oczach.

Wtedy za­dzwo­niła ko­mórka.

***

Le­ster pod­niósł do góry smart­fon. Miał po­ważną minę. Czas kon­tro­lo­wa­nego luzu do­biegł końca.

- Stop - oznaj­mił. - Au­kcja za­mknięta. "Noc w mie­ście świa­teł" zo­stała sprze­dana. Na­bywca za chwilę otrzyma po­twier­dze­nie za­war­cia trans­ak­cji. For­mal­no­ści do­ko­namy na­za­jutrz w moim war­szaw­skim biu­rze. Na ra­zie chciał­bym za­ko­mu­ni­ko­wać, że za­sad­ni­cza część dzi­siej­szego wie­czoru zo­stała za­koń­czona. W związku z po­wyż­szym bar jest już otwarty.

Oszczędne brawa. Kilka sta­ran­nie skry­wa­nych prze­kleństw. Prze­grani ły­pali po so­bie, sta­ra­jąc się dojść, któ­remu z nich udało się tym ra­zem za­ro­bić dużo pie­nię­dzy. Po­mi­ja­jąc war­tość ar­ty­styczną, mimo wy­so­kich cen za­kupu wszyst­kie bez wy­jątku ob­razy He­leny szybko zy­ski­wały na war­to­ści i oka­zy­wały się znacz­nie lep­szymi lo­ka­tami ka­pi­tału niż złoto czy udziały w agre­syw­nych fun­du­szach in­we­sty­cyj­nych.

Ma­larka szep­nęła coś do Le­stera, po czym, na­dal z uprzej­mym uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy, ze­szła z pod­wyż­sze­nia. Mimo wie­lo­let­niej obec­no­ści na rynku han­dlu dzie­łami sztuki na­dal ze zdzi­wie­niem przyj­mo­wała do wia­do­mo­ści fakt, że w ciągu kwa­dransa stała się bo­gat­sza o sumę, na którą do­brze za­ra­bia­jąca sto­łeczna ro­dzina mu­sia­łaby pra­co­wać przez trzy lata - i to od­li­czyw­szy pięt­na­sto­pro­cen­tową pro­wi­zję agenta. Na­uczyła się z tym żyć, choć w głębi du­cha uwa­żała, że ma do czy­nie­nia z ja­kimś ro­dza­jem cudu. Albo cho­ler­nej pa­ra­noi, w któ­rej za­nu­rzał się świat.

Ja­kub wy­cią­gnął przed sie­bie kie­li­szek.

- Gra­tu­luję - po­wie­dział. Był z niej na­prawdę dumny, ale jed­no­cze­śnie w dole brzu­cha czuł coś, czego nie umiał na­zwać. Na­wet nie pró­bo­wał; bał się, co bę­dzie, gdy mu się uda. Na­uczył się z tym żyć.

- Za­wsze so­bie obie­cuję, że to ostatni raz - wes­tchnęła zmę­czona, roz­glą­da­jąc się za kel­ne­rem.

Tysz­kie­wicz tym ra­zem po­zwo­lił so­bie na ma­leńki łyk szam­pana. Tru­nek zro­bił się już cał­ko­wi­cie cie­pły i po­zba­wiony gazu. W grun­cie rze­czy sma­ko­wał jak za­pra­wiony spi­ry­tu­sem zwie­trzały sok z wi­no­gron.

- Mu­sisz prze­stać ma­lo­wać ob­razy, na wi­dok któ­rych twój agent do­staje amoku.

- Jo­na­than chce, że­bym w przy­szłym mie­siącu po­je­chała do Lon­dynu. "Noc" ku­pił ja­kiś obrzy­dli­wie bo­gaty spe­ku­lant gieł­dowy.

Tysz­kie­wicz pod­niósł brew. Jego szczu­pła twarz po­sza­rzała nieco.

- Z tobą w pa­kie­cie? - za­py­tał. My­ślał o tym, co zda­rzy się dziś wie­czo­rem w ich sy­pialni. Jesz­cze przed chwilą był pe­wien. Te­raz wiara pa­ro­wała.

- Fa­cet ko­niecz­nie chce mnie po­znać.

- Mam co­raz sil­niej­szą kon­ku­ren­cję.

He­lena prze­krzy­wiła głowę i spoj­rzała mu pro­sto w oczy. Znał to spoj­rze­nie. Zwy­kle po nim kłó­cili się lub ko­chali jak wa­riaci.

W dole brzu­cha na­dal bo­lało, może na­wet bar­dziej.

Już chciał po­wie­dzieć coś, czego być może póź­niej by ża­ło­wał, kiedy z kie­szeni ma­ry­narki do­biegł gło­śny riff "Smoke on the wa­ter". Nowe te­le­fony za­stę­po­wały stare, ale dzwo­nek po­zo­sta­wał nie­zmien­nie ten sam. Tysz­kie­wi­cza ba­wiła iry­ta­cja róż­nych na­dę­tych urzęd­ni­ków, gdy pod­czas na­rad za­po­mi­nał wy­ci­szyć ko­mórkę. Poza tym lu­bił ten nu­mer i ten ze­spół. Miał wszyst­kie płyty; sa­mo­cho­dowy ze­staw na­gła­śnia­jący czę­sto dud­nił w rytm "Made In Ja­pan", "Ma­chine Head" czy "Burn".

Wy­cią­gnął te­le­fon i spoj­rzał na wy­świe­tlacz.

- Prze­pra­szam - mruk­nął, pod­no­sząc apa­rat do ucha.

- Ja­sne. - He­lena wzięła kie­li­szek. Al­ko­hol przy­niósł nie­mal na­tych­mia­stową ulgę. Ża­ło­wała, że nie po­my­ślała o tym wcze­śniej.

- Tysz­kie­wicz.

- Do­bry wie­czór, sze­fie - po­wie­dział miękki, kul­tu­ralny alt. Kika do­wo­dziła skle­pi­kiem na wie­czor­nej zmia­nie. Sześć lat pracy w Biu­rze, ner­wów, kry­zy­sów, świata wy­peł­nio­nego prze­mocą i bru­dem nie zdo­łało za­bić w tej mło­dej ko­bie­cie we­wnętrz­nej po­gody. - Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam...

- Mów.

- Znowu ode­zwał się in­for­ma­tor. Po­dał ad­res.

- Przy­ślij.

- Już wy­sy­łam. Nad­ko­mi­sarz ru­szył pięć mi­nut temu.

- Dzięki.

Roz­łą­czył się.

- Idziesz? - za­py­tała He­lena. Dłoń z kie­lisz­kiem drżała lekko.

- Prze­pra­szam - od­parł, choć wcale nie było mu przy­kro. - To na­prawdę ważne.

Po­ca­ło­wał ją, nie pa­trząc w oczy, po czym za­czął prze­py­chać się przez tłum. Nie za­uwa­żył fa­ceta w nie­pa­su­ją­cym do oto­cze­nia gar­ni­tu­rze ani mod­nie ubra­nej ak­torki pre­ten­du­ją­cej do roli gwiazdy dru­go­rzęd­nego se­rialu. Wy­szedł, nie zwra­ca­jąc uwagi na dwóch wy­go­lo­nych na łyso ochro­nia­rzy, któ­rzy nie zwra­cali uwagi na niego. Usły­szał pik­nię­cie SMS-a. Wy­brał nu­mer, który miał na pul­pi­cie ozna­czony nu­me­rem dwa.

- Cześć Kuba - usły­szał. Głos Krzep­tow­skiego brzmiał ni­czym pa­pier ścierny szo­ru­jący po me­talu. Niż­szy i niż­szy każ­dego dnia.

- In­for­ma­tor był pe­wien?

- Wtedy też był pe­wien.

- Nie wcho­dzi­cie beze mnie.

- Mamy lek­kie spóź­nie­nie. Po­dobno on za­raz może so­bie pójść.

- Je­stem nie­da­leko. Zdążę. Gdyby coś, dzwoń.

- Przy­ją­łem.

Ja­kub wrzu­cił te­le­fon do kie­szeni. Paź­dzier­ni­kowy wiatr we­pchnął mu pod ma­ry­narkę kłąb wil­goci i garść igieł chłodu. Szyb­kim kro­kiem prze­ciął ja­sno oświe­tlony par­king, za­pchany wy­pa­sio­nymi au­tami. Pstryk­nął pi­lo­tem, vo­lvo bły­snęło świa­tłami. Wsiadł, przez okno wy­rzu­cił bombę na dach i za­pa­lił sil­nik. Włą­czył się do ru­chu, wy­mu­sza­jąc pierw­szeń­stwo na au­to­bu­sie, który za po­mocą klak­sonu ob­rzu­cił go blu­zgami. Miał kilka mi­nut, by prze­je­chać dzie­sięć ki­lo­me­trów w wie­czor­nych kor­kach. Wes­tchnął, włą­czył sy­renę i do­dał gazu.

***

He­lena na­dal uśmie­chała się miło, Le­ster roz­da­wał wi­zy­tówki, ści­skał dło­nie i po­kle­py­wał po ple­cach. Ak­torka wy­piła dwoma hau­stami wino, o wiele za gło­śno od­sta­wiła pu­sty kie­li­szek na tacę, wzięła pełny, po czym po­de­szła do He­leny. Czuła szum w gło­wie, gdzieś na spo­dzie czaszki ko­ła­tała myśl, że wy­głupi się i naj­praw­do­po­dob­niej za­szko­dzi swej, i tak nie­zbyt im­po­nu­jąco roz­wi­ja­ją­cej się ka­rie­rze, ale nie­wiele mo­gła na to po­ra­dzić. Od po­czątku tej po­ro­nio­nej im­prezy czuła tylko na­ra­sta­jące dresz­cze - zimne i go­rące na prze­mian. Młody pro­du­cent te­le­wi­zyjny, z któ­rym tu przy­szła i któ­remu wcze­śniej kilka razy udo­stęp­niła swe na­dal młode i za­dbane ciało, po pię­ciu mi­nu­tach prze­stał na­wet na nią pa­trzeć, z wi­docz­nym po­żą­da­niem przy­glą­da­jąc się gwieź­dzie wie­czoru.

Na­wet jest, kurwa, wyż­sza, po­my­ślała, sta­jąc na­prze­ciwko au­torki "Nocy w mie­ście świa­teł". Z wy­sił­kiem wy­krzy­wiła usta w czymś w ro­dzaju uśmie­chu.

- Do­brze po­szło, nie? - za­py­tała, za­sta­na­wia­jąc się, czy beł­ko­cze. Myśl nie­po­dzie­wa­nie wy­dała jej się śmieszna. Na­wa­lona jak sto­doła ak­to­reczka na wer­ni­sażu ce­sa­rzo­wej eu­ro­pej­skiego ma­lar­stwa, ubaw, kurwa, po pa­chy, nie? Czy może au­kcji. Wer­ni­sażu czy au­kcji?

W czar­nych oczach He­leny bły­snęło obrzy­dze­nie.

- Do­bry wie­czór - od­parła.

Ak­torka gwał­tow­nie po­chy­liła się do przodu. Za­war­tość kie­liszka po­szy­bo­wała w po­wie­trzu, a po­tem roz­pry­snęła się w oko­li­cach de­koltu ma­larki z ab­sur­dal­nie gło­śnym pla­śnię­ciem.

- Aku­rat star­czy ci na pral­nię - rzu­ciła, po czym za­częła hi­ste­rycz­nie chi­cho­tać.

He­lena, ośle­piona kro­plą, która wpa­dła jej w ką­cik pra­wego oka, cof­nęła się gwał­tow­nie. Przy boku na­past­niczki jak spod ziemi wy­rósł ochro­niarz, zła­pał ko­bietę i, chi­cho­czącą w pi­jac­kiej czkawce, wy­pro­wa­dził z sali. Spra­gnieni sen­sa­cji go­ście wy­cią­gali szyje, by do­strzec, co się stało.

- Pie­przona idiotka. - He­lena po­czuła obrzy­dliwe zimno spły­wa­jące wzdłuż ciała. Oko pie­kło ją na równi z na­ra­sta­jącą w żo­łądku wście­kło­ścią. - Prze­pra­szam na chwilę.

Szyb­kim kro­kiem wy­szła z sali. Z hu­kiem za­trza­snęła za sobą drzwi to­a­lety.

Pu­sto. Mar­mu­rowe ściany lśniły czy­sto­ścią, każdy krok od­bi­jał się krót­kim, nie­przy­jem­nym echem. He­lena ze zło­ścią wy­rwała z po­jem­nika kilka pa­pie­ro­wych ręcz­ni­ków. Plama na sukni się­gała pępka. Wino za­częło wy­sy­chać, two­rząc na skó­rze cienką, lepką sko­rupę. Gdy była małą dziew­czynką, star­szy ko­lega za­brał jej za­bawkę, kop­nął w kostkę, a po­tem ob­rzu­cił prze­kleń­stwami. Pa­mięta, że pła­kała z bez­sil­nej zło­ści; nie z po­wodu ulu­bio­nej lalki, tylko na­ru­sze­nia oso­bi­stej prze­strzeni i upo­ko­rze­nia. Po­czu­cia bez­siły wo­bec agre­sji. Od tam­tego czasu mi­nęło trzy­dzie­ści lat, a wra­że­nie było rów­nie wy­raźne co kie­dyś.

Pie­przona pinda.

W to­rebce za­wi­bro­wała ko­mórka. He­lena przyj­rzała się ob­ra­zowi w lu­strze. Nie po­do­bał jej się. W oczach lśnił gniew, zbyt duży i zbyt au­ten­tyczny. Usta za­ci­snęły się, a broda drgała lekko. Twarz wy­dłu­żyła się, na­bie­ra­jąc dziw­nie bez­myśl­nego wy­razu.

Się­gnęła do to­rebki. MMS z nie­zna­nego nu­meru. Na ogół od­rzu­cała po­łą­cze­nia, któ­rych źró­deł nie znała. Sta­rała się prze­strze­gać za­sady chro­nie­nia pry­wat­no­ści. Tym ra­zem jed­nak in­tu­icja ją za­wio­dła.

Otwo­rzyła plik, przez chwilę wpa­try­wała się w niego, a po­tem za­kryła usta dło­nią. Wpa­dła do pierw­szej z brzegu ka­biny. Le­d­wie zdą­żyła z otwar­ciem klapy se­desu. Chyba ni­gdy w ży­ciu nie wy­mio­to­wała tak gwał­tow­nie.

***

Ja­kub za­je­chał na par­king przed blo­kiem na Ur­sy­no­wie kwa­drans po eki­pie Krzep­tow­skiego. W cza­sie jazdy zdo­łał za­ło­żyć na sie­bie ka­mi­zelkę ku­lo­od­porną i przy­pa­sać broń. Dwie mi­nuty przed do­tar­ciem na miej­sce wy­łą­czył świa­tła, bombę i sy­renę. Za­trzy­mał się na sa­mym końcu, tuż za beczką.

Krzep­tow­ski, gó­ru­jąc o pół głowy nad naj­wyż­szym z ope­ra­to­rów, stał ukryty za jed­nym z va­nów i wy­da­wał po­le­ce­nia Goź­dzi­kowi. Obok sa­mo­chodu pi­ro­tech­nicz­nego Ol­brycht po­ma­gał za­ło­żyć pan­cerz ochronny Si­ko­rze. Wo­kół gro­ma­dzili się pierwsi ga­pie; sępy czu­jące pa­dlinę, a może tylko nudę blo­ko­wi­ska, od­pę­dzane przez dwóch nieco zdez­o­rien­to­wa­nych gli­nia­rzy z pre­wen­cji.

- Sta­tus? - za­py­tał Tysz­kie­wicz.

- Przed klatką je­den snaj­per, drugi tam. - Goź­dzik wska­zał na są­siedni blok. - Ma wi­dok na wska­zane miesz­ka­nie, ale gówno wi­dzi. Za­słony...

- Co do­kład­nie po­wie­dział in­for­ma­tor?

- Po­dał ad­res. - Wzru­szył ra­mio­nami Krzep­tow­ski. - W środku ma być je­den lub dwóch. In­for­ma­tor nie był pe­wien.

- A czego był pe­wien?

- Że tam ktoś jest.

Tysz­kie­wicz spoj­rzał na Goź­dzika.

- Mi­kro­fon? Pod­czer­wień?

- Przez mi­kro­fon sły­chać tylko ja­kiś pier­do­lony tu­recki se­rial. - Do­wódca sek­cji AT po­dra­pał się za uchem. - Pod­czer­wień nie daje rady przez za­słony.

- Czyli gówno wiemy.

Krzep­tow­ski spoj­rzał po­nad gło­wami roz­mów­ców na blok. Chciał mieć to jak naj­szyb­ciej za sobą.

- In­for­ma­tor twier­dzi, że tym ra­zem tra­fiamy - za­chro­bo­tał Krzep­tow­ski.

- Trzeci raz to sły­szę.

Mil­cze­nie. Ja­kub przyj­rzał się Goź­dzi­kowi, a po­tem Krzep­tow­skiemu. Nie po­wi­nien tego ro­bić. Ża­den z nich nie mógł ani nie chciał wy­rę­czyć go w pod­ję­ciu de­cy­zji.

- Które pię­tro? - za­py­tał.

- Siódme.

- To­po­gra­fia?

- Od windy ko­ry­tarz w lewo, trze­cie drzwi. Nie ma kraty. Da się po­dejść po ci­chu. Jak za­cznę wci­skać ka­merę, na­ro­bię ha­łasu.

Tysz­kie­wicz na­gle po­czuł cię­żar wi­szą­cego na nim opo­rzą­dze­nia. Było mu zimno. Lu­dzi gro­ma­dziło się co­raz wię­cej. Za­je­chał ko­lejny ra­dio­wóz pre­wen­cji. Par­king za­czy­nał przy­po­mi­nać ja­kiś cho­lerny te­atr chwilę przed pre­mierą se­zonu. Dys­kre­cja i tak od po­czątku ilu­zo­ryczna, za­czy­nała być cał­ko­witą fik­cją. Za chwilę je­dy­nym sen­sow­nym ru­chem bę­dzie od­wrót.

- Do­bra. Wcho­dzimy. Naj­wy­żej za­pła­cimy za drzwi.

Goź­dzik pod­niósł dłoń.

- My wcho­dzimy. Ge­ne­ra­ło­wie zo­stają na ty­łach.

Tysz­kie­wicz uśmiech­nął się.

- A gdzie sza­cu­nek dla star­szych stop­niem?

Goź­dzik nie tru­dził się, by od­po­wie­dzieć. Mach­nął na swo­ich lu­dzi i ru­szył w kie­runku klatki scho­do­wej.

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki