Mężczyzna w masce - Sarah Mallory

Kup ebooka

16.99 zł
13.93 zł (12,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Czerwiec 1794 roku

Charity zamknęła oczy i wystawiła twarz do słońca. Żar lał się z bezchmurnego błękitnego nieba, a wysoko nad ziemią wesoło trylował skowronek. Lekki wiatr igrał z jej rozpuszczonymi włosami.

Zupełnie jak w raju, pomyślała, ale gdy uniosła powieki, zobaczyła tylko okoliczne pola, a w oddali, na drugim brzegu rzeki, jeszcze przed pasem kopiastych wzgórz na wschodzie, wieś Saltby. Surowa czworoboczna wieża kościoła górowała nad kilkoma zagrodami.

Stanowczo byłoby lepiej, gdyby nie musiała tam wrócić.

Potrząsnęła głową i wyzywająco wysunęła do przodu podbródek. Poczuła ciężar długich włosów, które opadły jej na plecy. Należało je związać i schować pod czepkiem, zanim dotrą z Jenny do wsi, tymczasem jednak miło było je rozpuścić. Dawały cudowne poczucie swobody.

Usłyszała chichot.

- Boże, Charity, są takie gęste, że na pewno nie zdążą wyschnąć, nim dojdziemy do Saltby - zauważyła przyjaciółka i odsunęła jej kilka jasnych pukli z szyi.

- Mimo wszystko było warto. - Charity wzięła Jenny pod ramię. - Chodźmy. Trzeba wracać do domu.

Ruszyły głęboką doliną, rozmawiając i beztrosko kołysząc czepkami trzymanymi za tasiemki. Dopiero gdy pokonały następny zakręt, zobaczyły, że przed nimi coś się dzieje.

- Niebiosa, nie wiedziałam, że dzisiaj ktoś tu będzie - powiedziała Jenny.

Na płaskim terenie przy strumyku odbywało się strzyżenie owiec. Okolona kamiennymi murkami zagroda była ich pełna. Pasterze pędzili grupę zwierząt do wody, by zmyć im tłuszcz z runa. Pośrodku całego tego zamieszania, na głazie, stała czarno ubrana znajoma postać. Mężczyzna uniósł ręce ku niebu, a w dłoni trzymał książkę. Charity wiedziała, że to Biblia. Mężczyzna recytował ustępy z Ewangelii, ale strzygący nie zwracali na niego większej uwagi, pochłonięci pracą, którą chcieli skończyć przed zmrokiem.

- Niebiosa, to twój ojciec - syknęła Jenny.

- Tak - przyznała kwaśno Charity. - Phineas ma się za nowe wcielenie Wesleya i naucza bezbożników. Zawróćmy, zanim nas zauważy. Pójdziemy dłuższą drogą, przez wzgórze.

- Za późno.

Czarno ubrany mężczyzna zeskoczył z zaimprowizowanej ambony i coś krzycząc, zbliżał się do nich wielkimi krokami. Nie było rady. Dziewczęta przystanęły i na niego poczekały.

- A dokąd to się wybieracie?! - zapytał ostro.

Odpowiedziała mu Jenny.

- Wracamy do domu, panie Weston. Byłyśmy w odwiedzinach u starej pani Crawshaw, zaniosłyśmy jej koszyk z jedzeniem. Jej syn służy teraz w wojsku i nie ma kto się nią zaopiekować, więc pani Weston uznała...

Phineas jej nie słuchał. Spoglądał gniewnie na dziewczęta, twarz pokryły mu czerwone plamy.

- Chodzicie po wsi bez chust na ramionach i z rozpuszczonymi włosami niczym...! - Urwał oburzony.

- Było tak gorąco, że w powrotnej drodze przystanęłyśmy w ustronnym miejscu, żeby się wykąpać - oznajmiła Charity, spoglądając wyzywająco na ojca. - Robiłyśmy to wiele razy.

- Tak, ale już nie jesteście dziećmi. Macie po czternaście lat i powinnyście wiedzieć, że Pan krzywym okiem patrzy na kobiety obnażające się w tak bezwstydny sposób.

- Nie zamierzałyśmy nikomu się pokazywać - odparła. - Zanim dojdziemy do Saltby, włosy nam wyschną, a nawet jeśli nie, to schowamy je pod czepkami. - Czuła na sobie przeszywający wzrok ojca i widziała ślinę na jego wargach, gdy cedził słowa.

- Chcesz narzucać się tym wszystkim mężczyznom jak zwykła dziewka!

- Nie, zamierzałyśmy iść inną drogą... - Urwała, bo Phineas szybko ją dopadł i chwycił za nadgarstek.

- Puść mnie! - zawołała.

- Bóg mi świadkiem, że próbowałem cię nauczyć skromności, ale nic z tego nie wyszło. "Po uczynkach można poznać dziecię, czy jego charakter jest czysty i prawy". Twój charakter też można poznać.

- Przecież nie zrobiłyśmy niczego złego.

- Już ja was nauczę unosić się pychą.

Próbował schwytać Jenny, ale Charity uczepiła się rękawa ojca i go odciągnęła.

- Uciekaj do domu! - zawołała do przyjaciółki, a widząc jej wahanie, krzyknęła jeszcze: - Dla mnie nic nie możesz zrobić, ratuj siebie!

- A sobie uciekaj! - wrzasnął Phineas za biegnącą dziewczyną. - Nie ukryjesz się przed gniewem Pana, Jennifer Howe. Ogłoszę to wszem wobec z ambony w najbliższą niedzielę!

- Tego nie zrobisz, ojcze! - zaprotestowała Charity, usiłując się uwolnić. - Pójdziesz do pani Howe, ona da ci trzy gwinee na fundusz parafialny i na tym sprawa się skończy.

- Ośmielasz się krytykować moją służbę Panu?!

Wydęła wargi.

- Zbyt wiele razy widziałam, jak kilka sztuk srebra może złagodzić twoje święte oburzenie.

Zmarszczył czoło.

- Wyrodna córka!

- To my swoją pracą służyłyśmy Panu - odpaliła. - Wspomagałyśmy ubogich, z czego pożytek jest większy niż z twoich nauk, które do nich kierujesz.

Phineas wskazał wolną ręką ludzi krzątających się nad strumieniem.

- Wykorzystałaś to jako pretekst, aby przyjść tutaj i narzucać się tym mężczyznom. Znam waszą przewrotność i zepsucie, dziewczęta. - Wsunął jej rękę we włosy, a gdy zacisnął pięść, Charity krzyknęła. - Wiesz, że mieszasz mężczyznom w głowach tym... tym bogactwem złota, prawda? To próżność, dziewczyno, słyszysz mnie? Próżność! "Obrzydłe dla Pana są serca przewrotne".

- Puść mnie!

- Najpierw musisz się przekonać, kim stają się ci, którzy szydzą z Pana i jego sług.

Nie zwracając uwagi na krzyki córki, zaczął ją ciągnąć za sobą w stronę pasterzy strzygących owce. Mężczyźni popatrzyli ku niemu nieufnie, niektórzy mrucząc gniewnie pod nosem, ale nikt nie odważył się głośno zaprotestować. Phineas dowlókł Charity do głazu, z którego wcześniej przemawiał, i zmusił ją, by usiadła.

- Jacobie, podejdź tu i ją przytrzymaj.

- Nie, wielebny, nie...

Phineas odwrócił się ku niemu z twarzą pełną pogardy.

- Ośmielasz się sprzeciwiać słudze bożemu?

Jacob podszedł i ujął Charity za ramiona.

- Przepraszam, panienko.

Nie wiadomo, czy usłyszała to jego bąknięcie, bo głośno szlochała. Phineas prawie wyrywał jej włosy razem z cebulkami. Usłyszała jego grzmiący głos:

- Eliasie, przynieś mi nożyce.

- Nieeee!

Krzyczała, płakała, błagała, ale bez skutku. Raz po raz słyszała chrzęst nożyc, a przy każdej garści obciętych włosów Phineas recytował werset z Biblii.

Nie trwało to długo, więcej czasu zajęłoby pasterzowi ostrzyżenie owcy. Charity poczuła, jak lekka stała się nagle jej głowa, a skóra na szczycie zaczęła ją palić od słońca. Jacob ją puścił, ale się nie ruszyła. Siedziała na skale, już nie płakała, a jedynie tępo wpatrywała się w ziemię.

Phineas się cofnął.

- A Bóg powiedział: "Karcenia dziecku nie żałuj, gdy rózgą uderzysz - nie umrze".

Jego słowa padły w próżnię. Mężczyźni przestępowali z nogi na nogę i nie bardzo wiedzieli, co ze sobą począć. Skowronek odleciał i nawet owce przestały beczeć.

Charity wolno podniosła się na nogi. Rozejrzała się dookoła. Niebo wciąż tworzyło nad jej głową błękitne sklepienie, wzgórza wyglądały tak samo jak przedtem, a jednak wszystko się zmieniło, jakby jej świat się oddalił, a ona patrzyła na tę scenę z dystansu, jak beznamiętny obserwator. Zerknęła na ojca. Na gniewnej twarzy nadal miał czerwone plamy i ciężko oddychał. Stał z ramionami opuszczonymi wzdłuż ciała, a w dłoni wciąż trzymał nożyce.

- Przecież nie jestem dzieckiem - powiedziała wolno. - Już nie. Ostatni raz pozwoliłam ci tknąć się palcem.

Z tymi słowami odwróciła się i odeszła, zostawiając u jego stóp swoje włosy - długie, jedwabiste i gęste pasma, które wyglądały niczym złociste runo.