PROLOG
Czerwiec 1794 roku
Charity zamknęła oczy i wystawiła twarz do słońca. Żar lał się z bezchmurnego błękitnego nieba, a wysoko nad ziemią wesoło trylował skowronek. Lekki wiatr igrał z jej rozpuszczonymi włosami.
Zupełnie jak w raju, pomyślała, ale gdy uniosła powieki, zobaczyła tylko okoliczne pola, a w oddali, na drugim brzegu rzeki, jeszcze przed pasem kopiastych wzgórz na wschodzie, wieś Saltby. Surowa czworoboczna wieża kościoła górowała nad kilkoma zagrodami.
Stanowczo byłoby lepiej, gdyby nie musiała tam wrócić.
Potrząsnęła głową i wyzywająco wysunęła do przodu podbródek. Poczuła ciężar długich włosów, które opadły jej na plecy. Należało je związać i schować pod czepkiem, zanim dotrą z Jenny do wsi, tymczasem jednak miło było je rozpuścić. Dawały cudowne poczucie swobody.
Usłyszała chichot.
- Boże, Charity, są takie gęste, że na pewno nie zdążą wyschnąć, nim dojdziemy do Saltby - zauważyła przyjaciółka i odsunęła jej kilka jasnych pukli z szyi.
- Mimo wszystko było warto. - Charity wzięła Jenny pod ramię. - Chodźmy. Trzeba wracać do domu.
Ruszyły głęboką doliną, rozmawiając i beztrosko kołysząc czepkami trzymanymi za tasiemki. Dopiero gdy pokonały następny zakręt, zobaczyły, że przed nimi coś się dzieje.
- Niebiosa, nie wiedziałam, że dzisiaj ktoś tu będzie - powiedziała Jenny.
Na płaskim terenie przy strumyku odbywało się strzyżenie owiec. Okolona kamiennymi murkami zagroda była ich pełna. Pasterze pędzili grupę zwierząt do wody, by zmyć im tłuszcz z runa. Pośrodku całego tego zamieszania, na głazie, stała czarno ubrana znajoma postać. Mężczyzna uniósł ręce ku niebu, a w dłoni trzymał książkę. Charity wiedziała, że to Biblia. Mężczyzna recytował ustępy z Ewangelii, ale strzygący nie zwracali na niego większej uwagi, pochłonięci pracą, którą chcieli skończyć przed zmrokiem.
- Niebiosa, to twój ojciec - syknęła Jenny.
- Tak - przyznała kwaśno Charity. - Phineas ma się za nowe wcielenie Wesleya i naucza bezbożników. Zawróćmy, zanim nas zauważy. Pójdziemy dłuższą drogą, przez wzgórze.
- Za późno.
Czarno ubrany mężczyzna zeskoczył z zaimprowizowanej ambony i coś krzycząc, zbliżał się do nich wielkimi krokami. Nie było rady. Dziewczęta przystanęły i na niego poczekały.
- A dokąd to się wybieracie?! - zapytał ostro.
Odpowiedziała mu Jenny.
- Wracamy do domu, panie Weston. Byłyśmy w odwiedzinach u starej pani Crawshaw, zaniosłyśmy jej koszyk z jedzeniem. Jej syn służy teraz w wojsku i nie ma kto się nią zaopiekować, więc pani Weston uznała...
Phineas jej nie słuchał. Spoglądał gniewnie na dziewczęta, twarz pokryły mu czerwone plamy.
- Chodzicie po wsi bez chust na ramionach i z rozpuszczonymi włosami niczym...! - Urwał oburzony.
- Było tak gorąco, że w powrotnej drodze przystanęłyśmy w ustronnym miejscu, żeby się wykąpać - oznajmiła Charity, spoglądając wyzywająco na ojca. - Robiłyśmy to wiele razy.
- Tak, ale już nie jesteście dziećmi. Macie po czternaście lat i powinnyście wiedzieć, że Pan krzywym okiem patrzy na kobiety obnażające się w tak bezwstydny sposób.
- Nie zamierzałyśmy nikomu się pokazywać - odparła. - Zanim dojdziemy do Saltby, włosy nam wyschną, a nawet jeśli nie, to schowamy je pod czepkami. - Czuła na sobie przeszywający wzrok ojca i widziała ślinę na jego wargach, gdy cedził słowa.
- Chcesz narzucać się tym wszystkim mężczyznom jak zwykła dziewka!
- Nie, zamierzałyśmy iść inną drogą... - Urwała, bo Phineas szybko ją dopadł i chwycił za nadgarstek.
- Puść mnie! - zawołała.
- Bóg mi świadkiem, że próbowałem cię nauczyć skromności, ale nic z tego nie wyszło. "Po uczynkach można poznać dziecię, czy jego charakter jest czysty i prawy". Twój charakter też można poznać.
- Przecież nie zrobiłyśmy niczego złego.
- Już ja was nauczę unosić się pychą.
Próbował schwytać Jenny, ale Charity uczepiła się rękawa ojca i go odciągnęła.
- Uciekaj do domu! - zawołała do przyjaciółki, a widząc jej wahanie, krzyknęła jeszcze: - Dla mnie nic nie możesz zrobić, ratuj siebie!
- A sobie uciekaj! - wrzasnął Phineas za biegnącą dziewczyną. - Nie ukryjesz się przed gniewem Pana, Jennifer Howe. Ogłoszę to wszem wobec z ambony w najbliższą niedzielę!
- Tego nie zrobisz, ojcze! - zaprotestowała Charity, usiłując się uwolnić. - Pójdziesz do pani Howe, ona da ci trzy gwinee na fundusz parafialny i na tym sprawa się skończy.
- Ośmielasz się krytykować moją służbę Panu?!
Wydęła wargi.
- Zbyt wiele razy widziałam, jak kilka sztuk srebra może złagodzić twoje święte oburzenie.
Zmarszczył czoło.
- Wyrodna córka!
- To my swoją pracą służyłyśmy Panu - odpaliła. - Wspomagałyśmy ubogich, z czego pożytek jest większy niż z twoich nauk, które do nich kierujesz.
Phineas wskazał wolną ręką ludzi krzątających się nad strumieniem.
- Wykorzystałaś to jako pretekst, aby przyjść tutaj i narzucać się tym mężczyznom. Znam waszą przewrotność i zepsucie, dziewczęta. - Wsunął jej rękę we włosy, a gdy zacisnął pięść, Charity krzyknęła. - Wiesz, że mieszasz mężczyznom w głowach tym... tym bogactwem złota, prawda? To próżność, dziewczyno, słyszysz mnie? Próżność! "Obrzydłe dla Pana są serca przewrotne".
- Puść mnie!
- Najpierw musisz się przekonać, kim stają się ci, którzy szydzą z Pana i jego sług.
Nie zwracając uwagi na krzyki córki, zaczął ją ciągnąć za sobą w stronę pasterzy strzygących owce. Mężczyźni popatrzyli ku niemu nieufnie, niektórzy mrucząc gniewnie pod nosem, ale nikt nie odważył się głośno zaprotestować. Phineas dowlókł Charity do głazu, z którego wcześniej przemawiał, i zmusił ją, by usiadła.
- Jacobie, podejdź tu i ją przytrzymaj.
- Nie, wielebny, nie...
Phineas odwrócił się ku niemu z twarzą pełną pogardy.
- Ośmielasz się sprzeciwiać słudze bożemu?
Jacob podszedł i ujął Charity za ramiona.
- Przepraszam, panienko.
Nie wiadomo, czy usłyszała to jego bąknięcie, bo głośno szlochała. Phineas prawie wyrywał jej włosy razem z cebulkami. Usłyszała jego grzmiący głos:
- Eliasie, przynieś mi nożyce.
- Nieeee!
Krzyczała, płakała, błagała, ale bez skutku. Raz po raz słyszała chrzęst nożyc, a przy każdej garści obciętych włosów Phineas recytował werset z Biblii.
Nie trwało to długo, więcej czasu zajęłoby pasterzowi ostrzyżenie owcy. Charity poczuła, jak lekka stała się nagle jej głowa, a skóra na szczycie zaczęła ją palić od słońca. Jacob ją puścił, ale się nie ruszyła. Siedziała na skale, już nie płakała, a jedynie tępo wpatrywała się w ziemię.
Phineas się cofnął.
- A Bóg powiedział: "Karcenia dziecku nie żałuj, gdy rózgą uderzysz - nie umrze".
Jego słowa padły w próżnię. Mężczyźni przestępowali z nogi na nogę i nie bardzo wiedzieli, co ze sobą począć. Skowronek odleciał i nawet owce przestały beczeć.
Charity wolno podniosła się na nogi. Rozejrzała się dookoła. Niebo wciąż tworzyło nad jej głową błękitne sklepienie, wzgórza wyglądały tak samo jak przedtem, a jednak wszystko się zmieniło, jakby jej świat się oddalił, a ona patrzyła na tę scenę z dystansu, jak beznamiętny obserwator. Zerknęła na ojca. Na gniewnej twarzy nadal miał czerwone plamy i ciężko oddychał. Stał z ramionami opuszczonymi wzdłuż ciała, a w dłoni wciąż trzymał nożyce.
- Przecież nie jestem dzieckiem - powiedziała wolno. - Już nie. Ostatni raz pozwoliłam ci tknąć się palcem.
Z tymi słowami odwróciła się i odeszła, zostawiając u jego stóp swoje włosy - długie, jedwabiste i gęste pasma, które wyglądały niczym złociste runo.