Mężczyzna o tysiącu twarzy - Sonia Kronlund

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Gdy miałam dwadzieścia parę lat, pierwszy chłopak, z którym się związałam, ukrył magnetofon w moim salonie, między grzejnikiem a ścianą. Pod swoją nieobecność nagrywał wszystko, co się tam działo. Potem odsłuchiwał nagrania, czyli moje rozmowy z przelotnymi gośćmi albo przez telefon, i robił do nich drobne aluzje. Jeśli mówiłam coś o nim lub o naszej relacji, nawiązywał do tego, zadając różne pytania i podając szczegóły, które mnie przerażały. Skąd wiedział, co powiedziałam? To był obłęd. Ciągnęło się to przez wiele miesięcy. W końcu wyznał mi prawdę, a ja wpadłam w panikę. Zerwałam z nim.

Kilka lat później wyjechałam do Londynu, by zamieszkać z młodym Anglikiem zatrudnionym w branży wydawniczej. Był to najbardziej brytyjski z Brytyjczyków, jak z Asteriksa: zadzierał nosa, zaprawiał wrzątek chmurką mleka, a do spania wkładał szlafmycę. Pewnego dnia dowiedziałam się, że od dłuższego czasu nigdzie nie pracuje, bo w istocie jest Amerykaninem bez wizy. Rano szedł do biblioteki, a wieczorem udawał, że wraca z roboty. Tym razem przestraszyłam się jeszcze bardziej. Myślałam, że którejś nocy mnie zamorduje, jeśli poinformuję go o swoim odkryciu. Nie pisnęłam ani słowa. Obserwowałam przez parę dni, jak wychodzi i wraca, pije swoją herbatkę i zagryza - a jakże - totalnie brytyjskimi scone'ami, czyli przypominającymi bułeczki półkruchymi ciastkami. Zaczęłam go podpytywać o jego zajęcie. Odpowiadał wymijająco. Z czasem musiał się domyślić, że wiem. Nie porozmawialiśmy o tym. Odeszłam.

Tak działo się również później. Mężczyźni, których kochałam, bywali często oszustami i manipulantami. To przygnębiające, ale widać tacy są w moim typie. Ta kuriozalna skłonność dopadała mnie także w pracy. Najbardziej interesowali mnie krętacze, hochsztaplerzy i inni szarlatani. Dlatego, gdy zgłosiła się do mnie Marianne i poznałam historię jej i Ricarda, stwierdziłam, że to, co mi opowiedziała, dotyczy też moich osobistych, pokręconych, niekończących się poszukiwań. A fakt, że człowiek ten nigdy nie stanął na mojej drodze i nie figuruję dziś na liście jego ofiar, uważam za zwykły przypadek.

Czternastego listopada 2015 roku, po długiej nocy zamachów w Bataclanie i w ogródkach paryskich kawiarni, około szóstej rano Marianne widzi, jak jej partner Alexandre szykuje się w pośpiechu, żeby pojechać do Szpitala Louis-Mourier w Colombes, gdzie pracuje jako lekarz specjalista, chirurg klatki piersiowej. Para trzydziestolatków mieszka w Paryżu, w pobliżu kanału Saint-Martin. Dzielą duże, białe mieszkanie z kolorowymi półkami; Marianne kupiła je i gruntownie wyremontowała dwa lata wcześniej. Jest ilustratorką, jada głównie żywność ekologiczną, odwiedza kina nad kanałem i ważne wystawy. Do zamachów doszło w pobliżu ich domu. Oboje są w szoku. Czują, że to dotyczy także ich, że są na celowniku. Wychodząc, Alexandre wie, że czeka go ciężki dzień. W nocy ordynator pozwolił mu się wyspać, ale ranni nie mogą dłużej czekać na operacje.

Gdy wieczorem wraca do domu, Marianne widzi, że jest przybity i ma ponurą minę. Opada na kanapę, milczący i wyczerpany. Powinni iść na umówiony już dawno aperitif u sąsiadów, ale Alexandre nie ma siły. Marianne delikatnie go namawia, żeby się trochę rozerwał; przekonuje, że wyjście dobrze mu zrobi. On w końcu się zgadza. Nie może jednak zapomnieć o całym minionym dniu, opowiada więc o tym, co widział i przeżył. Sąsiedzi - Djamila i Olivier - nigdy nie zapomną, jak tamtego wieczoru wszyscy zalewali się łzami, gdy Alexandre opisywał podziurawionych przez kule, okaleczonych lub sparaliżowanych pacjentów, których operował. Są wstrząśnięci, gdy mówi o rannej w Bataclanie dziewczynie, której nie zdołał uratować; zmarła na stole operacyjnym. I o trudnym doświadczeniu, jakim było poinformowanie o tym jej ojca, gdyż nijak nie mógł znaleźć odpowiednich słów...

Djamilę i Oliviera uderzają prostota i skromność Alexandre'a. Zrobił swoje, nic poza tym; nie podkreśla swoich zasług. W młodości pomagał ofiarom wojen jako członek organizacji Lekarze bez Granic i to wtedy nauczył się, jak twierdzi, odpowiednich gestów oraz dystansu. Po raz pierwszy o tym wspomina, głównie o swoim pobycie w Sudanie. Nie chwali się, nie popada w przesadę. Ale to właśnie dzięki tym doświadczeniom mógł dziś dostrzec pewną wstrząsającą prawdę o swoich pacjentach: część kul, które wydobył z ich ciał, nie pochodziła z broni terrorystów, lecz policjantów.

Djamila i Olivier czują wdzięczność. Przez cały dzień w odrętwieniu tkwili przed telewizorem, oglądając w kółko relacje z ataków, a kładą się spać niemal dumni, bo okazuje się, że znają jedną z nielicznych osób, które stanęły na wysokości zadania w tych fatalnych okolicznościach.

Gdy Marianne analizuje swój związek z Alexandre'em, czas spędzony z nim w apartamencie przy wąskiej, ukwieconej uliczce, gdzie nadal mieszka, gdy rozmawia o tym z sąsiadami, którzy teraz wspierają ją z całych sił, uznaje ten wieczór za jeden z najbardziej oszałamiających momentów w swoim życiu.

Bo nic z tego, o czym mówił Alexandre, nie jest prawdą. Teraz Marianne to wie. Alexandre nigdy nie przekroczył progu tamtego szpitala. Nie jest lekarzem. Nie ma nawet na imię Alexandre.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki