Mężczyzna, którego kochałam - Mateusz Gostyński

Kup ebooka

44.99 zł
36.89 zł (36,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Chcia­ła­bym móc po­wie­dzieć, że ca­łko­wi­cie kie­ru­ję swo­imi ra­cjo­nal­ny­mi de­cy­zja­mi, i sko­ro tak, to w pe­łni od­po­wia­dam za ich na­stęp­stwa. Jed­nak praw­da jest taka, że, jak ka­żdy czło­wiek, je­stem ule­pio­na z tego, co prze­ży­łam, cze­go do­świad­czy­łam, i to na mnie wpły­wa nie­ustan­nie.

W moim przy­pad­ku źró­dło nie­wła­ści­wych wy­bo­rów i ich skut­ków było poza mną, gdy jesz­cze nie mia­łam w tym żad­ne­go udzia­łu, bo nie było mnie wte­dy na świe­cie. Prze­szło­ść za­wsze na mnie wpły­wa­ła i na­dal wpły­wa. Do­pa­da mnie nie­ustan­nie.

Za­częło się to w domu ro­dzin­nym. Mam do dziś w gło­wie jed­no ze wspo­mnień, któ­re, nie wie­dzieć cze­mu, szcze­gól­nie za­pa­dło mi w pa­mi­ęć. Jed­no jest pew­ne, to wy­da­rze­nie mia­ło wpływ na to, co zda­rzy­ło się pó­źniej.

By­łam wte­dy małą dziew­czyn­ką, je­de­na­sto-, może dwu­na­sto­let­nią. By­łam drob­na i ni­ska, co nie po­ma­ga­ło mi w przyj­mo­wa­niu cio­sów, w prze­no­śni i do­słow­nie.

***

Sie­dzę na łó­żku w swo­im po­ko­ju spo­koj­nie i ci­cho, jak­bym chcia­ła zo­stać nie­zau­wa­żo­na. Dla mnie ci­sza jest po­dwój­nie cen­na - ozna­cza, że nic się nie dzie­je, i w zwi­ąz­ku z tym nie mu­szę ra­to­wać mat­ki przed śmier­dzącym al­ko­ho­lem oj­cem. Ale może też kryć za­gro­że­nie, być ci­szą przed bu­rzą, ko­lej­ną bur­dą, wrza­ska­mi, awan­tu­rą. Okre­sy spo­ko­ju w moim domu są krót­kie.

Z mo­je­go do­świad­cze­nia wy­ni­ka, że to tyl­ko kwe­stia cza­su, kie­dy roz­pęta się pie­kło. Krzy­żu­ję nogi i za­ci­skam moc­no pi­ęści. Je­stem go­to­wa ko­lej­ny raz ko­goś przed kimś bro­nić. Tyl­ko jesz­cze nie wiem, czy mat­ki przed oj­cem, czy ojca przed sa­mym sobą.

Naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest to, że cze­go bym nie zro­bi­ła, to i tak osta­tecz­nie je­stem wszyst­kie­mu win­na. Oni za ka­żdym ra­zem znaj­du­ją spo­sób, żeby prze­kie­ro­wać na mnie oska­rże­nie za ich re­la­cję i pa­to­lo­gię. Może to dziw­ne, ale sama też ob­wi­niam się za to, co dzie­je się w domu. To ja po­win­nam za­dbać o do­bry hu­mor ro­dzi­ców i ich wza­jem­ne sto­sun­ki, jed­nak nie za­wsze mi to wy­cho­dzi. Cza­sa­mi nie­świa­do­mie coś psu­ję...

Na­gle sły­szę, jak coś ude­rza o zie­mię w dru­gim po­ko­ju. Po chwi­li do­cho­dzi do mnie krzyk mat­ki. Za­częło się. Chcę za­re­ago­wać od razu, za­dzwo­nić po po­moc, ale je­stem spa­ra­li­żo­wa­na stra­chem. Po­trze­bu­ję chwi­li, żeby ze­brać się w so­bie i wy­ko­nać ten pierw­szy krok. Za­nim to ro­bię, sły­szę tłu­kące się szkło.

Wiem, że jest źle i że to ostat­ni mo­ment, żeby co­kol­wiek zro­bić. Wbie­gam do po­ko­ju dzien­ne­go. Oj­ciec trzy­ma za wło­sy mat­kę zgi­ętą wpół nad drew­nia­ną podło­gą po­kry­tą reszt­ka­mi roz­bi­tej bu­tel­ki i roz­la­ne­go al­ko­ho­lu. Bie­rze za­mach, by ją ude­rzyć. Chcę we­jść mi­ędzy nich, po­wstrzy­mać cios, ale dzia­łam na zwol­nio­nych ob­ro­tach.

To moja ko­lej­na po­ra­żka.

- Na­wet nie pró­buj! - wrzesz­czy na mnie, wy­do­by­wa­jąc z sie­bie nie krzyk, a be­łkot.

Spo­glądam na mat­kę, wi­dzę, że tra­ci przy­tom­no­ść. Mu­szę coś zro­bić, mu­szę. Nie czu­ję już żad­ne­go stra­chu i je­stem go­to­wa na karę za moje złe za­cho­wa­nie.

Oj­ciec bie­rze ko­lej­ny za­mach, a ja idę pro­sto na jego pi­ęść. Czu­ję ból, ale prze­sta­ję się czuć win­na. Robi się ciem­no, ci­cho i przy­jem­nie.

Rozdział 2

Adam zno­wu wy­je­chał, ale tym ra­zem ła­twiej mi będzie bez nie­go, bo nie zo­sta­nę z Tom­kiem sama. W ko­ńcu mój brat gno­jek zna­la­zł czas dla sio­stry, a nie tyl­ko na im­pre­zy i dziew­czy­ny. W su­mie ka­żdy wiek ma swo­je pra­wa. Ja cie­szę się z mo­jej ro­dzi­ny, a Łu­kasz z nowo po­zna­nych lu­dzi. Nie­wa­żne, że często o mnie nie pa­mi­ęta, wa­żne, że nie za­po­mniał.

Je­stem pod­eks­cy­to­wa­na jak małe dziec­ko. Daw­no się nie wi­dzie­li­śmy i od­li­czam czas do po­ja­wie­nia się bra­ta. Cho­dzę z Tom­kiem po po­ko­ju i ra­do­śnie nucę pod no­sem pio­sen­kę, le­cącą aku­rat w ra­diu. Na­wet nie wiem, kie­dy Łu­kasz sta­je za nami i za­czy­na się nam przy­glądać.

- Trzy razy tak - mówi, bi­jąc bra­wo i bez­czel­nie mnie prze­drze­źnia­jąc.

Pod­cho­dzę do nie­go, wie­szam mu się u szyi i przy­tu­lam go. Jest moim bra­tem, ale przez wi­ęk­szo­ść ży­cia mu mat­ko­wa­łam. Zaj­mo­wa­łam się nim od naj­młod­szych lat, a na­sza więź jest naj­sil­niej­sza na świe­cie. Od­da­ła­bym za nie­go ży­cie i on za mnie rów­nież.

Sia­da przy ku­chen­nej wy­spie i opie­ra się łok­cia­mi o blat. Na pew­no jest głod­ny, w ko­ńcu jaz­da po­ci­ągiem do War­sza­wy za­jęła mu do­brych kil­ka go­dzin. Szy­ku­ję mu śnia­da­nie.

- Opo­wia­daj, sio­stra, co u was sły­chać - mówi, je­dząc. - Adam zno­wu w tra­sie?

- Nie­ste­ty - od­po­wia­dam i spusz­czam smut­no gło­wę.

- Roz­ch­murz się - uśmie­cha się. Przy­naj­mniej ja te­raz je­stem - mówi.

Spo­glądam na ze­ga­rek.

- Jesz­cze przez całe pięć mi­nut -za­uwa­żam i po­pędzam wzro­kiem go, żeby za­czął się zbie­rać na za­jęcia.

- Do­bra, zro­zu­mia­łem - re­agu­je na moją minę. Nie je­stem tu mile wi­dzia­ny - żar­tu­je.

- Mogę cię za­wie­źć - pro­po­nu­ję.

- Ktoś już po mnie je­dzie - od­po­wia­da i uśmie­cha się do mnie.

Nie ko­ńczy śnia­da­nia, tyl­ko ubie­ra się i ru­sza do drzwi. Spo­glądam przez okno w kuch­ni na pod­jazd. W sa­mo­cho­dzie cze­ka na nie­go ja­kaś dziew­czy­na. Je­stem za­do­wo­lo­na, bo wi­dzę z da­le­ka jego sze­ro­ki uśmiech i to, jak się cie­szy na spo­tka­nie z tą mło­dą ko­bie­tą.

Wy­kła­dy na uczel­ni po­trwa­ją pew­nie do wie­czo­ra, więc mam czas przy­go­to­wać dla nas ogląda­nie fil­mu. Szy­ku­ję mały ta­lerz prze­kąsek. Kła­dę dwa koce na ka­na­pie. Przez resz­tę cza­su do jego po­wro­tu zaj­mu­ję się wy­my­śla­niem ko­lej­nych za­baw dla Tom­ka.

W ko­ńcu wra­ca - punk­tu­al­nie, o umó­wio­nej go­dzi­nie, bez mi­nu­ty spó­źnie­nia. Do­słow­nie je­stem w szo­ku. Nie za­po­mniał o sa­mot­nej sio­strze sie­dzącej w domu. Wcho­dzi i od razu zaj­mu­je miej­sce na ka­na­pie. Na­kry­wa się ko­cem i pa­trzy na mnie.

- Dłu­go ka­żesz na sie­bie cze­kać? - pyta uśmiech­ni­ęty.

Idę do nie­go, a po­mi­ędzy nami sa­dzam Tom­ka. Bio­rę w dłoń pi­lo­ta i wy­bie­ram film. Łu­kasz wy­ry­wa mi urządze­nie i sam za­czy­na szu­kać se­an­su dla nas. Je­ste­śmy jak ty­po­we ro­dze­ństwo, prze­ko­ma­rza­my się, ale ko­cha­my nad ży­cie.

W ko­ńcu znaj­du­je coś, co oboj­gu nam się po­do­ba, film ak­cji. Co do mnie, nie­wa­żne, co będzie­my oglądać, naj­wa­żniej­sze, że ja­kiś czas spędzi­my ra­zem. Łu­kasz na­ci­ska przy­cisk i włącza film.

- Po­cze­kaj! - mó­wię gło­śno.

- Na co? - pyta, za­trzy­mu­jąc trans­mi­sję.

- Świa­tło - wska­zu­ję na kon­takt.

Wy­łączam lam­pę i wra­cam do Łu­ka­sza. Za ka­na­pą nad ja­dal­nia­nym sto­łem wi­dzę ja­kieś czer­wo­ne świa­te­łko. De­li­kat­nie miga co kil­ka se­kund. Ni­g­dy wcze­śniej tego nie wi­dzia­łam. Idę kie­ro­wa­na nie­wi­dzial­ną siłą do sto­łu. Wcho­dzę na krze­sło i za­czy­nam przy­glądać się lam­pie.

- Co ty ro­bisz?! - pyta zdzi­wio­ny Łu­kasz.

- Coś tam jest - od­po­wia­dam.

Wi­dzę w jego oczach prze­ra­że­nie. Jak­by się bał, że po­stra­da­łam zmy­sły. Sio­stra wdra­pu­je się bez po­wo­du na krze­sło, a pó­źniej na stół. Po­mi­mo obaw pod­cho­dzi i mi po­ma­ga.

- Wi­dzisz? - wska­zu­ję na źró­dło czer­wo­ne­go świa­tła.

- Yyy - jąka się przez chwi­lę. Tak - przy­zna­je.

Nie wiem, co to, ale na pew­no nie po­win­no tego tu być.

- Po­pil­nuj Tom­ka - mó­wię do Łu­ka­sza.

Idę do ga­ra­żu zna­le­źć coś do od­kręce­nia tej pie­przo­nej lam­py. W skrzyn­ce z na­rzędzia­mi znaj­du­ję śru­bo­kręt i wra­cam do bra­ta. Zno­wu wcho­dzę na stół i za­czy­nam od­kręcać ko­lej­ne śrub­ki, aż w ko­ńcu zdej­mu­ję po­kry­wę lam­py.

Wy­pa­da z niej coś dziw­ne­go. W pierw­szej chwi­li nie wiem, co to jest. Pod su­fi­tem wisi ja­kieś urządze­nie podłączo­ne do prądu.

- Co to, kur­wa, jest?! - mó­wię do bra­ta, jed­no­cze­śnie wście­kła i prze­ra­żo­na.

Wi­dzę po nim, że tak jak ja, nie ma po­jęcia, do cze­go to coś słu­ży, ale ja już wiem, kto może mi coś o tym po­wie­dzieć. Ko­mór­ką ro­bię zdjęcie. Za­nim jed­nak wy­ślę tę wia­do­mo­ść, mu­szę się do­brze za­sta­no­wić, czy je­stem tego pew­na. Od tego może nie być już od­wro­tu.

W ko­ńcu de­cy­du­ję się i na­ci­skam ten pie­przo­ny przy­cisk. Wi­dzę jak sta­tus wia­do­mo­ści zmie­nia się na "do­star­czo­ny", a pó­źniej na "od­czy­ta­no". Po chwi­li po­ja­wia­ją się trzy krop­ki. Moje zdjęcie opa­trzo­ne pod­pi­sem: "Mo­żesz mi to, kur­wa, wy­ja­śnić?" wisi na gó­rze cza­tu. Trzy krop­ki zni­ka­ją, sły­szę dźwi­ęk i te­le­fon wi­bru­je mi w ręku.

Pew­nie będzie mi tłu­ma­czył, że to nic ta­kie­go. Nie po­win­nam się tym przej­mo­wać, albo że nie wie, co to jest. Od­czy­tu­ję ją w ko­ńcu i wi­dzę. "Ka­me­ra, po­roz­ma­wia­my, jak wró­cę".

Bez­czel­ny gnój, na­wet nie pró­bo­wał wy­my­ślić ja­kie­goś sen­sow­ne­go kłam­stwa. Mówi o tym, jak­by to było nic, a tym­cza­sem on zwy­czaj­nie pod­glądał mnie bez mo­jej zgo­dy. Nie ma do mnie za grosz za­ufa­nia. W jed­nej chwi­li to ma­łże­ństwo oka­zu­je się inne, niż sądzi­łam. Czu­ję ogar­nia­jącą mnie zło­ść i nie po­tra­fię jej opa­no­wać.

- Co się sta­ło? - pyta Łu­kasz, wpa­tru­jąc się we mnie.

- To ka­me­ra, kur­wa, je­ba­na ka­me­ra! - od­po­wia­dam i czu­ję, jak łzy za­czy­na­ją mi pły­nąć po po­licz­kach.

- Kto ją za­mon­to­wał? - pyta brat.

- Jak to kto? - od­po­wia­dam - Adam.

- Po co mia­łby to ro­bić?

- Nie wiem - mó­wię, za­ła­mu­jąc ręce.

Po raz ko­lej­ny czu­ję, jak­bym tra­ci­ła kon­tro­lę nad wła­snym ży­ciem. My­śla­łam, że na­resz­cie je­stem pa­nią mo­je­go losu, ale naj­wi­docz­niej ni­g­dy tak nie było. Moje ma­łże­ństwo jest fa­łszem.

Ten gnój nie ma żad­ne­go ra­cjo­nal­ne­go po­wo­du na uspra­wie­dli­wie­nie tej sy­tu­acji. Nie wiem, w co po­gry­wa, ale na pew­no się do­wiem. Nie po­zwo­lę tej spra­wy za­mie­ść pod dy­wan. On so­bie sie­dzi spo­koj­nie w de­le­ga­cji i Bóg je­den wie, co robi, a ma czel­no­ść spraw­dzać mnie, pod­czas gdy ja zaj­mu­ję się do­mem i na­szym sy­nem.

Chcia­ła­bym, żeby te­raz był obok, ale by­naj­mniej nie po to, żeby się z nim ko­chać.

Rozdział 6

Tak jak wspo­mnia­łam, na po­cząt­ku nie tyl­ko Adam za­ra­biał na dom, ja rów­nież mia­łam do­cho­dy. Pro­wa­dzi­łam fir­mę. Tyle że moja pra­ca w dzie­wi­ęćdzie­si­ęciu pro­cen­tach po­le­ga­ła na sie­dze­niu z te­le­fo­nem w dło­ni. Cie­szy­ło mnie to, bo dzi­ęki temu mo­głam spędzić wi­ęcej cza­su z syn­kiem i zaj­mo­wać się do­mem.

Dzie­si­ęć pro­cent mo­je­go ży­cia przed­si­ębior­cy zaj­mo­wa­ły tar­gi, kon­fe­ren­cje i szko­le­nia. W tym cza­sie to Adam pil­no­wał na­sze­go do­byt­ku i ma­łej ro­dzi­ny. Ja dzi­ęki ta­kie­mu ukła­do­wi mo­głam spo­koj­nie sku­pić się na roz­wo­ju, nie mar­twi­ąc o to, co za­sta­nę po po­wro­cie do domu.

***

Z nie­szczęsnej im­pre­zy z Ka­ro­li­ną wró­ci­łam dość pó­źno i za­sta­łam mo­ich chło­pa­ków śpi­ących. Po ci­chu przy­go­to­wa­łam się do spa­nia, po­ło­ży­łam obok i też za­snęłam. Nie wiem cze­mu, ale od po­wro­tu czu­łam całą sobą, że wszyst­ko mi­ędzy nami się uło­ży i będzie jak daw­niej. Chcę dać nam szan­sę.

Bu­dzę się rano i wi­dzę naj­pi­ęk­niej­szą rzecz na świe­cie, czy­li syn­ka spo­koj­nie śpi­ące­go w swo­im łó­żecz­ku. Śpi głębo­ko i pew­nie jesz­cze so­bie po­śpi. Od­wra­cam się na łó­żku i spo­glądam na Ada­ma. Do­pie­ro wte­dy do­strze­gam, że on też nie śpi i mi się przy­gląda.

De­li­kat­nie za­czy­na prze­su­wać dło­nią po moim po­licz­ku. Jego do­tyk na­dal na mnie dzia­ła, a reszt­ki żalu zni­ka­ją. Czu­ję jak przez moje cia­ło prze­cho­dzi przy­jem­ny prąd i na chwi­lę mnie pa­ra­li­żu­je. Wszyst­ko za­sty­ga w cza­sie.

Zbli­ża się do mnie po­wo­li, nie­zgrab­nie. Za­my­kam oczy, a on ca­łu­je mnie na­mi­ęt­nie w usta. Nie prze­sta­je, jest za­chłan­ny, jak­by cały wie­czór cze­kał, aż w ko­ńcu wró­cę do domu. Chy­ba też dała mu się we zna­ki at­mos­fe­ra mi­ędzy nami.

Jego dłoń za­czy­na wędro­wać ni­żej i ni­żej. W ko­ńcu znaj­du­je się pod de­li­kat­ną ko­ron­ko­wą tka­ni­ną pi­ża­my. Su­nie nią po moim brzu­chu, a ja spi­nam się co­raz bar­dziej, aż w ko­ńcu chwy­ta pew­nie za pie­rś i ści­ska. Mój od­dech za­czy­na przy­spie­szać. Czu­ję, jak po­wo­li ro­śnie we mnie po­żąda­nie.

Nie prze­sta­jąc mnie ca­ło­wać, wcho­dzi na mnie. Od­ry­wam się od jego ust na chwi­lę i zer­kam, czy sy­nek śpi. Ca­łu­je moją szy­ję. Po­zo­sta­wia na niej ślad swo­ich zębów i śli­ny.

- Spo­koj­nie, nie obu­dzi się - szep­cze.

Jego po­ca­łun­ki scho­dzą co­raz ni­żej i ni­żej. Jest już w oko­li­cach brzu­cha, kie­dy gwa­łtow­nie roz­chy­la moje nogi, by zna­le­źć się mi­ędzy nimi. Przy­ci­ąga mnie do sie­bie moc­no. Przy­gry­zam war­gę, ocze­ku­jąc na to, co ma na­de­jść.

Od­chy­la dół mo­jej bie­li­zny, a po chwi­li czu­ję, jak de­li­kat­nie mu­ska mnie języ­kiem. Ro­bię się co­raz bar­dziej mo­kra i chęt­na na nie­go. Kła­dę dłoń na czub­ku jego gło­wy i przy­ci­skam do sie­bie. Za­czy­na mnie do­ty­kać. Po­wo­li wsu­wa we mnie pal­ce, jest de­li­kat­ny, ale przy tym pew­ny tego, co robi.

To zde­cy­do­wa­nie za mało. Je­stem na­pa­lo­na i do tego oba­wiam się, że ktoś może nam prze­rwać, a chcę go w so­bie po­czuć. Jest zdzi­wio­ny, kie­dy go od­py­cham. A ja ob­ra­cam się do nie­go ple­ca­mi.

Po­tra­fię so­bie wy­obra­zić jego wy­raz twa­rzy, jak opusz­czam majt­ki do ko­lan. Po­chy­lam się i opie­ram łok­cia­mi o łó­żko. Wy­gi­nam ple­cy w łuk i cze­kam. Na szczęście nie każe mi dłu­go tego ro­bić. Jest już za mną. Prze­je­żdża pe­ni­sem w górę i w dół, aż w ko­ńcu wsu­wa go we mnie pew­nie i moc­no.

Przy­gry­zam po­ściel, żeby nie za­cząć jęczeć. Jest per­fek­cyj­nie, nie chcę, żeby prze­sta­wał. Łó­żko za­czy­na prze­su­wać się po podło­dze, aż w ko­ńcu ude­rza o ścia­nę, co pew­nie sły­chać we wszyst­kich po­miesz­cze­niach w domu. Nie mamy zbyt dużo cza­su. Od­wra­cam się do nie­go.

- Szyb­ciej - dy­szę.

Za­czy­na przy­spie­szać. Dźwi­ęk obi­ja­nych o sie­bie ciał robi się co­raz gło­śniej­szy. Za­czy­nam się cała na­pi­nać i tra­cę kon­tro­lę nad cia­łem i umy­słem. Od­pły­wam w pe­łnię roz­ko­szy, a on w ko­ńcu opa­da, ko­ńcząc we mnie.

Ucie­kam do ła­zien­ki. Nie mamy zbyt wie­le cza­su, nim wszy­scy się obu­dzą. Chcę do­pro­wa­dzić roz­trze­pa­ne wło­sy do ładu i samą sie­bie do po­rząd­ku w sen­sie fi­zycz­nym i emo­cjo­nal­nym. Wcho­dzę pod prysz­nic, a on już jest za mną.

Za­cho­dzi mnie od tyłu i za­sy­pu­je moje cia­ło ko­lej­ny­mi po­ca­łun­ka­mi. Czu­ję, że zno­wu robi się twar­dy. Od­wra­cam się do nie­go i ca­łu­ję go w usta. Pa­trzę mu pro­sto w oczy. Wi­dzę to, co wi­dzia­łam w nim wcze­śniej. Wró­cił mój Adam.

- Pó­źniej - mó­wię, ma­jąc na my­śli jego erek­cję.

Nie jest za­do­wo­lo­ny, ale się go­dzi. Bie­rze­my prysz­nic i je­ste­śmy go­to­wi do ze­jścia na dół. Za­sta­na­wiam się, co przy­nie­sie ten dzień. Wcho­dzi­my do sa­lo­nu. Wi­dać po mnie, że je­stem za­do­wo­lo­na, Adam wy­gląda po­dob­nie.

Wszy­scy już na nas cze­ka­ją na dole, więc wła­ści­wie ob­ser­wu­ją nas od pierw­sze­go kro­ku na scho­dach. Te­ścio­wa mu­sia­ła zo­ba­czyć, że się po­go­dzi­li­śmy, bo jej mina jest nie­tęga, a pew­nie już się cie­szy­ła, że się mnie po­zbędzie.

Pod­cho­dzę i sia­dam przy sto­le ze wszyst­ki­mi. Dzień za­czy­na­my od kawy. Wszyst­ko wy­gląda tak, jak­by wresz­cie mia­ło wy­jść na pro­stą. Na­wet mama Ada­ma jest dla mnie mil­sza. Może jed­nak znaj­dzie się ja­kaś rada na tok­sycz­ną re­la­cję z te­ścio­wą. Praw­dę mó­wi­ąc, męczy mnie to, że nie mo­że­my mieć nor­mal­ne­go kon­tak­tu. Je­stem dla niej wro­giem z sa­me­go roz­da­nia, bo prze­cież nie zro­bi­łam jej w ży­ciu nic złe­go.

Mam wra­że­nie, że gdy oczy­ści się at­mos­fe­ra mi­ędzy nami, to wszyst­ko wró­ci do po­rząd­ku. Naj­gor­szym do­rad­cą jest wkur­wio­na te­ścio­wa szep­cząca sy­no­wi na ucho same złe rze­czy. Za wszel­ką cenę chcę, żeby było nor­mal­nie, dla sie­bie, dziec­ka i Ada­ma.

Po śnia­da­niu wy­cho­dzi­my wszy­scy do ogro­du. Choć jest po­czątek wio­sny, ter­mo­metr wska­zu­je już lato. Sło­ńce przy­grze­wa. Na chwi­lę opusz­czam ta­ras. Chcę spraw­dzić, jak mają się moje kwia­ty. Mam na­dzie­ję, że kwit­ną, w prze­ci­wie­ństwie do mo­je­go ma­łże­ństwa.

Cho­dzę od grząd­ki do grząd­ki. W pew­nym mo­men­cie czu­ję czy­jąś obec­no­ść za ple­ca­mi. Od­wra­cam się...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział 4

W tam­tym cza­sie przy­ja­źni­łam się z Ka­ro­li­ną. Z po­cząt­ku nie mia­ła do­bre­go ży­cia. Po­cho­dzi­ła z ro­dzi­ny, dla któ­rej na­wet przy­miot­nik "pa­to­lo­gicz­na" by­łby zde­cy­do­wa­nie za ła­god­ny. Nie od­wró­ci­ła się jed­nak od ro­dzi­ców i sta­ra­ła się ich wspie­rać, zwłasz­cza fi­nan­so­wo.

Mia­ła w ży­ciu szczęście, a może tyl­ko po­tra­fi­ła do­brze kal­ku­lo­wać. Wku­pi­ła się w za­mo­żną ro­dzi­nę i że­ro­wa­ła na niej. Pusz­cza­li pła­zem jej wy­bry­ki, a ja, głu­pia, przy ka­żdym ko­lej­nym in­cy­den­cie ją kry­łam. Nie zna­ła gra­nic. Zdra­dy, nar­ko­ty­ki, al­ko­hol, to tyl­ko nie­któ­re z jej wy­stęp­ków. Jej mąż nie wie­dział, że przed ślu­bem za­ra­bia­ła dupą.

Ka­ro­li­na była ni­ską, oty­łą bru­net­ką. Mie­rzy­ła metr sze­śćdzie­si­ąt, może mniej, przy wa­dze stu dzie­si­ęciu ki­lo­gra­mów. Kom­plek­sy za­le­wa­ła li­tra­mi al­ko­ho­lu. My­śla­łam, że mnie wspie­ra, słu­cha i ro­zu­mie, lecz przy pierw­szym moim po­tkni­ęciu w ży­ciu od­wró­ci­ła się jako pierw­sza.

Ka­żda im­pre­za z nią wy­gląda­ła do­kład­nie tak samo. Wy­pi­ja­ła czte­ry razy wi­ęcej ode mnie. Może to z po­wo­du nad­wa­gi mia­ła tak moc­ną gło­wę. To samo do­ty­czy­ło nar­ko­ty­ków. Jak sy­pa­ła pro­szek, to wiel­ko­ści kop­ca kre­ta, jak ćpa­ła, to kil­ka dni.

W pew­nym mo­men­cie za­częło mnie męczyć wiecz­ne jej kry­cie przed mężem. Mu­sia­łam szu­kać jej w trak­cie im­pre­zy, gdy tym­cza­sem ona po pro­stu ro­bi­ła la­skę nowo po­zna­ne­mu fa­ce­to­wi. Pew­nie kosz­to­wa­ło go to co naj­wy­żej jed­ną kre­skę. Lu­bi­ła ko­ńczyć im­pre­zy nie­przy­tom­na na podło­dze i trze­ba ją było z niej zbie­rać.

***

Bu­dzę się rano wy­spa­na, choć nie ca­łkiem spo­koj­na. Emo­cje we mnie zdąży­ły już opa­ść, ale nie czuj­no­ść. Wy­ja­śnie­nia Ada­ma to zde­cy­do­wa­nie za mało. Niech­by przy­naj­mniej do­trzy­mał sło­wa, że to był ostat­ni raz.

Scho­dzę na dół, nim Adam się obu­dzi. Po­mi­mo tej ca­łej at­mos­fe­ry, nie mam za­mia­ru zo­sta­wiać go­ści sa­mym so­bie. Jest jesz­cze bar­dzo wcze­śnie, więc na pew­no nie jesz­cze śpią. Nie mam za wie­le cza­su przed obu­dze­niem się To­mu­sia, któ­ry ze­rwie na rów­ne nogi jego tatę. Będę mu­sia­ła się nim za­jąć. Mu­szę się po­spie­szyć.

Za­czy­nam ro­bić śnia­da­nie, gdy na­gle otwie­ra­ją się drzwi. Kogo nie­sie o tej po­rze? Wy­cho­dzę zo­ba­czyć, co się dzie­je w przed­po­ko­ju, a tam te­ścio­wa uwie­szo­na na Prze­my­sła­wie. Do­brze, że Adam tego nie wi­dzi.

Są kom­plet­nie pi­ja­ni i za­cho­wu­ją się tak, jak­by nie prze­szka­dza­ła im cu­dza obec­no­ść. Coś tu­taj musi być na rze­czy, nie wci­sną mi kitu. Ale też nie mam za­mia­ru zni­żać się do po­zio­mu te­ścio­wej i wtrącać się w nie swo­je ży­cie.

Ab­sur­dom nie ma ko­ńca. Krzysz­tof scho­dzi na dół i za­cho­wu­je się jak­by ni­g­dy nic. Ist­ny dom wa­ria­tów. Trze­ba stąd wiać. Gdy sły­szę dźwi­ęk SMS-a w moim te­le­fo­nie, to może być rów­nie do­brze Opatrz­no­ść Boża, jak i dia­beł wo­ła­jący mnie z pie­kła. Po­trze­bu­ję chwi­li od­de­chu. To Ka­ro­li­na do mnie na­pi­sa­ła - chce mnie wy­ci­ągnąć na im­pre­zę. Nie pa­mi­ętam na­wet, kie­dy ostat­ni raz gdzie­kol­wiek wy­cho­dzi­łam sama, ale te­raz chęt­nie i bez na­my­słu się uma­wiam.

Gdy po­ja­wia się Adam z na­szym syn­kiem na rękach, te­ścio­wa ucie­ka na górę. Prze­my­sław bez­czel­nie wita się z moim te­ściem i mężem. Oni nie mają żad­nych skru­pu­łów, a ja czu­ję się, jak­bym zna­la­zła się w sit­co­mie.

Po­mi­mo tego wszyst­kie­go po­sta­na­wiam do­ko­ńczyć przy­go­to­wy­wa­nie śnia­da­nia, cho­ćby po to, żeby Krzysz­tof nie sie­dział głod­ny przy sto­le. Dzi­ęki temu będę mo­gła choć na chwi­lę uciec od tego fa­łszu.

Te­ścio­wa wra­ca, kie­dy śnia­da­nie jest już na sto­le. Od niej i od Prze­my­sła­wa czuć woń al­ko­ho­lu. Nie wiem, czy tyl­ko ja to za­uwa­żam, a inni od­wra­ca­ją wzrok, ale tak nie po­win­no być. Cała w emo­cjach wsta­ję od sto­łu i ogła­szam:

- Wy­cho­dzę dzi­siaj.

Wiem, że Adam po tym, co zro­bił, nie zgło­si sprze­ci­wu. Tak będzie przez kil­ka ko­lej­nych dni, a pó­źniej, kie­dy po­czu­cie winy wy­pa­ru­je, wszyst­ko wró­ci do nor­my.

- Ty się na to go­dzisz?! - pyta obu­rzo­na te­ścio­wa.

Adam nie od­po­wia­da. Ja nie mam za­mia­ru się z nią kłó­cić, ale kil­ka słów ci­śnie mi się na usta. Wolę jed­nak, żeby w mo­jej ro­dzi­nie była zgo­da, więc po­zo­sta­wię je dla sie­bie. Chcąc nie chcąc, będę mu­sia­ła zna­le­źć ja­kiś spo­sób po­ro­zu­mie­nia z Da­nu­tą. Co by się nie dzia­ło, to za­wsze jest mat­ka Ada­ma. Tego nie da się zmie­nić.

***

Wie­czo­rem wszy­scy sie­dzi­my na dole przy sto­le i na­dal za­cho­wu­je­my się, jak­by wszyst­ko było w po­rząd­ku. Te­ścio­wa na pew­no ko­men­tu­je moje wy­jście i sączy jad Ada­mo­wi do ucha, cho­ciaż ona jako ostat­nia po­win­na za­bie­rać głos w mo­jej spra­wie. Nie ro­bię nic złe­go, to zwy­kłe wy­jście z ko­le­żan­ka­mi. Tak na­praw­dę wma­wiam to so­bie, bo mimo wszyst­ko czu­ję się win­na. Może to głu­pie, ale nie chcę zo­sta­wiać Tom­ka i Ada­ma sa­mych.

Mój mąż jest na mnie wście­kły, ale robi do­brą minę do złej gry. Od za­wsze umiał po­wści­ągać emo­cje. Jest też mało roz­mow­ny, wszyst­ko trze­ba z nie­go wy­ci­ągać. Może gdy­by oka­zał wi­ęcej za­in­te­re­so­wa­nia i się ode­zwał, to bym zo­sta­ła. Na­wet je­śli wo­la­ła­bym od­po­cząć od tego wszyst­kie­go.

Mam przy­go­to­wa­ny per­fek­cyj­ny ma­ki­jaż i wy­bra­ną kiec­kę na wie­czór. I przy­po­mi­na mi się, ja­kie to za­je­bi­ste uczu­cie do­brze wy­glądać. Kie­dy scho­dzę po scho­dach, w ca­łym domu sły­chać stuk mo­ich szpi­lek o drew­nia­ne stop­ni­ce.

Czu­ję, jak na mnie pa­trzą. Pod­cho­dzę do męża i ca­łu­ję go w po­li­czek. Resz­tę go­ści igno­ru­ję.

- Nie cze­kaj­cie na mnie, wró­cę pó­źno - mó­wię i ru­szam do drzwi.

Za ple­ca­mi sły­szę zrzędze­nie te­ścio­wej i sło­wa te­ścia w mo­jej obro­nie. Nie pa­trzę na nich, choć mnie to kor­ci. Po­wie­dzia­łam "a", mu­szę po­wie­dzieć "b". Zro­bić, co za­pla­no­wa­łam.

Pod do­mem wsia­dam do cze­ka­jącej na mnie ta­ry­fy i jadę do klu­bu. Ka­ro­li­na za­pro­si­ła mnie do lo­ka­lu w cen­trum War­sza­wy, jej ulu­bio­ne­go, nie­da­le­ko Sta­dio­nu Na­ro­do­we­go. Jej im­pre­za na pew­no po­trwa, aż do gra­ne­go o czwar­tej nad ra­nem "Snu o War­sza­wie". Ja nie mam za­mia­ru za­ba­wić tam tak dłu­go.

Tak­sów­ka pod­je­żdża na po­stój. Otwie­ram drzwi i wy­sia­dam. Wcho­dzę po scho­dach - ko­le­żan­ki cze­ka­ją w środ­ku. Po prze­jściu przez se­lek­cję i ochro­nę tra­fiam do win­dy. Jadę nią na dru­gie pi­ętro i lądu­ję w środ­ku pie­kła.

Nie uro­dzi­łam się wczo­raj. Wiem, że nar­ko­ty­ki w war­szaw­skich klu­bach to nor­ma, ale nie prze­szka­dza mi to. Wiem też, że Ka­ro­li­nie się to po­do­ba. Szu­kam ich wzro­kiem na pierw­szej. Tam ich nie ma, albo nie umiem ich zna­le­źć.

Znaj­du­ję je w naj­dal­szym za­ka­mar­ku ko­lej­nej sali. Tak jak my­śla­łam, Ka­ro­li­na z resz­tą dziew­czyn sie­dzi scho­wa­na gdzieś w cie­niu. Jak­by wsty­dzi­ła się tego, co robi. Idę do nich, od­zy­sku­jąc przy tym pew­no­ść sie­bie, nad­wy­rężo­ną ostat­nio przez męża.

Pod­cho­dzę i sia­dam po­mi­ędzy nimi. Nie znam wszyst­kich, ale od razu włączam się do roz­mo­wy.

Rozdział 3

Mo­żna po­wie­dzieć, że w tam­tym mo­men­cie miał fart. Nie było go obok, dzi­ęki temu pierw­sza fala mo­jej wście­kło­ści na nie­go zdąży­ła opa­ść przed jego po­wro­tem. W gło­wie ukła­da­łam so­bie ró­żne sce­na­riu­sze, co zro­bię jego po­wro­cie, jed­nak wszyst­kie oka­za­ły się do bani. Cie­ka­we, czy na­sza hi­sto­ria da­lej po­to­czy­ła­by się tak samo, gdy­by wte­dy był przy mnie. Może spe­cjal­nie w od­da­le­niu prze­cze­kał mo­ment mo­je­go za­sko­cze­nia?

Od tam­te­go cza­su nie by­łam sobą. Naj­pierw te dziw­ne spoj­rze­nia, pó­źniej ka­me­ra. Co mnie jesz­cze cze­ka? Cho­dzi­łam przy­bi­ta, zdo­ło­wa­na emo­cja­mi. Czu­łam spa­dek ener­gii, ale mu­sia­łam być sil­na dla syn­ka i taka wła­śnie by­łam. W ko­ńcu nad­sze­dł dzień po­wro­tu męża z de­le­ga­cji.

Dzi­siaj Adam wra­ca do domu, ale to nie je­dy­na z mo­ich trosk. Oprócz tego mają nas od­wie­dzić te­ścio­wie. I o ile teść ni­g­dy nie stwa­rzał mi pro­ble­mów, to nie­ste­ty nie mogę po­wie­dzieć tego sa­me­go o mat­ce Ada­ma.

Da­nu­cie mo­żna po­zaz­dro­ścić fi­gu­ry. Jest wy­so­ka, ma wci­ęcie w ta­lii i nie­złe kszta­łty. No, ale nie­ste­ty nie mo­żna mieć wszyst­kie­go, więc pa­trząc na jej twarz, mo­żna moc­no się zdzi­wić, a na­wet prze­ra­zić.

Wy­ko­rzy­stu­je wszyst­kich, ale nikt nie po­tra­fi jej tego otwar­cie za­rzu­cić. Ci­ągle sta­ra się być w cen­trum uwa­gi. Wszyst­kich kon­tro­lu­je, a do tego jest cho­ler­nie za­zdro­sna. W mo­men­cie, gdy, jak mówi, ode­bra­łam jej Ada­ma, jej za­zdro­ść po­szy­bo­wa­ła w ko­smos. Krót­ko mó­wi­ąc, nie lu­bi­my się.

Cze­kam na nie­go od rana. Tak na­praw­dę nie dał zna­ku ży­cia i nie wiem, o któ­rej wró­ci. Już nie je­stem na nie­go tak zła jak wte­dy, kie­dy od­kry­łam ka­me­rę. Ale nie po­tra­fię się ni­czym za­jąć. Tyl­ko Tom­ka nie za­nie­dbu­ję.

Dzi­siaj nie jest tak jak po ka­żdej de­le­ga­cji męża. Nie cze­kam z ko­la­cją i uśmie­chem. Na­wet nie za bar­dzo chcę, żeby wra­cał. Wiem, że mat­ka we­źmie jego stro­nę i będę ska­za­na na ich zło­śli­wo­ści. Teść na pew­no oka­że się neu­tral­ny. Będę mu­sia­ła wy­ja­śnić spra­wę ka­me­ry, nim wszy­scy zwa­lą się nam na gło­wę. Zresz­tą uwa­żam, że to idio­tycz­ny po­my­sł, żeby w ta­kiej sy­tu­acji przy­je­żdża­li w od­wie­dzi­ny ra­zem z no­co­wa­niem.

Za oknem jest już ciem­no, kie­dy na pod­jazd wje­żdża sa­mo­chód. Zry­wam się mo­men­tal­nie, w pe­łnej go­to­wo­ści. Obej­mu­ję się ra­mio­na­mi i stu­kam nogą, zde­ner­wo­wa­na.

Sły­szę ko­lej­ne auto par­ku­jące przed do­mem. Czy­żby zga­da­li się i przy­je­cha­li ra­zem? Ten gno­jek praw­do­po­dob­nie ce­lo­wo to zro­bił. Wie, że mat­ka będzie mu wtó­ro­wać we wszyst­kim, co po­wie, i że za­wsze będzie prze­ciw­ko mnie. A jesz­cze nie­daw­no od niej ucie­kał. Pie­przo­ny hi­po­kry­ta...

Otwie­ra­ją się drzwi i wcho­dzą wszy­scy do domu. Wi­dzę z da­le­ka par­szy­wą minę Da­nu­ty, obok niej idzie Krzysz­tof i uśmie­cha się do mnie szcze­rze, a za nimi Adam. Pierw­szy raz wi­dzę na twa­rzy męża szy­der­czy uśmiech, tak jak­by był dum­ny z tego, co zro­bił.

Za­czy­nam się za­sta­na­wiać, co ja tu­taj w ogó­le ro­bię. To nie jest czło­wiek, za któ­re­go wy­szłam. Jest zu­pe­łnie inny niż kie­dyś, a może wła­śnie te­raz do­pie­ro po­ka­zu­je swo­ją praw­dzi­wą twarz.

- Cze­ść, Ewuś - mówi teść, przy­tu­la mnie i ca­łu­je w po­li­czek.

Te­ścio­wa ły­pie tyl­ko na mnie i prze­cho­dzi obok. Mój mąż, cho­ciaż już nie wiem, czy na­dal jest mój, za­cho­wu­je się, jak­by nie było mnie w po­ko­ju. Od razu sia­da przy ku­chen­nej wy­spie i przy­gląda mi się. Czu­ję na so­bie jego spoj­rze­nie, chłod­ne i pe­łne od­ra­zy.

- Gdzie je­dze­nie? - rzu­ca wkur­wio­ny.

- No wła­śnie, Ewa, chy­ba nie będziesz nas tu trzy­mać o gło­dzie - wtrąca się te­ścio­wa.

- A tam! Nie to jest naj­wa­żniej­sze - mówi teść i ma­cha ręką.

Naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest to, że Adam za­cho­wu­je się, jak­by nic się nie sta­ło, jak­bym to ja była temu wszyst­kie­mu win­na. Nie wiem, jak mam się za­cho­wać. Spo­glądam na wi­szącą pod su­fi­tem ka­me­rę, a pó­źniej na Ada­ma.

Wi­dzę, jak wsta­je i idzie w moją stro­nę. Pod­cho­dzi bli­sko, bar­dzo bli­sko, ale nic nie mówi. Cze­ka, aż za­cznę roz­mo­wę.

- Co to jest? - py­tam go, choć już prze­cież mi na to od­po­wie­dział.

- Ka­me­ra, już mó­wi­łem - po­wta­rza, na­dal bez żad­nej skru­chy.

Wi­dzę, jak te­ścio­wa przy­gląda się nam i chło­nie ka­żde sło­wo. Pew­nie w du­chu na­pa­wa się kon­flik­tem.

- Dla­cze­go, co ja ci ta­kie­go zro­bi­łam? - py­tam roz­ża­lo­na.

- To dla two­je­go bez­pie­cze­ństwa...

- Bez­pie­cze­ństwa? Na­praw­dę? - dzi­wię się.

- Tak - wzdy­cha gło­śno. - Od ja­kie­goś cza­su do­cho­dzą mnie słu­chy, od sąsia­dów i zna­jo­mych, że dziw­nie się za­cho­wu­jesz...

- Ja się dziw­nie za­cho­wu­ję? - wy­bu­cham nie­kon­tro­lo­wa­nym śmie­chem. - To oni od ja­kie­goś cza­su trak­tu­ją mnie jak trędo­wa­tą. Na mój wi­dok od­wra­ca­ją wzrok, i za­cho­wu­ją się, jak­bym coś złe­go zro­bi­ła, coś, o czym nie mam po­jęcia - wy­ja­śniam i łzy lecą mi ciur­kiem.

- Wi­dzisz, wła­śnie o tym mó­wię. - Wy­pusz­cza gło­śno po­wie­trze. - Boję się, że mo­żesz so­bie coś zro­bić.

- Masz mnie za wa­riat­kę, tak? - ogar­nia mnie zło­ść. - Jak mo­głeś coś ta­kie­go wy­my­ślić?

- Zwy­czaj­nie się o cie­bie mar­twię - od­po­wia­da.

Nie mogę wy­trzy­mać na­po­ru emo­cji. Ru­szam do przed­po­ko­ju i wy­cho­dzę przed dom. Bez bu­tów. Na­wet nie czu­ję, że sto­ję boso na zim­nej ko­st­ce bru­ko­wej. Ogar­nia mnie po­czu­cie pust­ki, jak­by ktoś ode­brał mi całą ra­do­ść z ży­cia.

Na­wet nie wiem, kie­dy pod dom pod­je­żdża ko­lej­ne auto. Znam je. Na­le­ży do przy­ja­cie­la ojca Ada­ma, Prze­my­sła­wa. Nie wiem, co tu­taj robi, ale za­wsze był u nas mile wi­dzia­ny. Adam zna go od dziec­ka. Uwa­ża za przy­bra­ne­go wuj­ka.

Prze­mek wy­sia­da z auta i pod­cho­dzi do mnie. Ca­łu­je mnie w po­li­czek, śli­ni­ąc przy tym. Ogar­nia mnie dziw­na od­ra­za. Być może prze­sa­dzam, ale jego za­cho­wa­nie nie jest nor­mal­ne.

- Przy­je­cha­łem na gril­la - mówi do mnie.

- Ja­kie­go gril­la? - py­tam zdzi­wio­na.

- Za­pro­si­ła mnie Da­nu­ta - wy­ja­śnia.

Nie ro­zu­miem, dla­cze­go te­ścio­wa mia­ła­by go za­pro­sić, i to wła­śnie dziś. Nie mam jed­nak cza­su się nad tym za­sta­na­wiać. Wy­star­czą mi wła­sne pro­ble­my. Wpusz­czam go do domu, ale sama nie wcho­dzę. Mu­szę chwi­lę ochło­nąć.

Do­cie­ra do mnie, że nie mogę tak po pro­stu ode­jść. Nie tak zo­sta­łam wy­cho­wa­na. Mu­szę spró­bo­wać do­jść do po­ro­zu­mie­nia z Ada­mem, dla sie­bie i dla na­sze­go syn­ka. Wy­cie­ram łzy w rękaw i wcho­dzę do środ­ka.

Po­ka­zu­ję Ada­mo­wi wzro­kiem scho­dy. Wcho­dzę pierw­sza na górę. Mąż idzie za mną. Obo­je zmie­rza­my do sy­pial­ni. Nie chcę za­ła­twiać na­szych pro­ble­mów przy wszyst­kich. Wolę to zro­bić za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi.

Sia­dam na łó­żku, Adam obok mnie.

- Nie mu­sia­łeś tego ro­bić, ze mną jest wszyst­ko w po­rząd­ku - mó­wię.

- Prze­pra­szam - od­po­wia­da, a ja czu­ję w nim wresz­cie skru­chę. - Da­łem się prze­ko­nać lu­dziom, że z Tobą coś jest nie tak, ale nie chcia­łem, że­byś so­bie coś zro­bi­ła - po­wta­rza to, co mó­wił wcze­śniej.

- To je­dy­na ka­me­ra w domu? - py­tam, pa­trząc mu pro­sto w oczy.

- Tak - za­pew­nia od razu.

- Ma jesz­cze dzi­siaj znik­nąć i to raz na za­wsze - mó­wię, a on kiwa gło­wą na znak zgo­dy. - Adam - wzdy­cham. - Ostat­ni raz ci od­pusz­czam. Nie mogę być z kimś, kto mi nie ufa - mó­wię i wsta­ję z łó­żka.

Wra­ca­my na dół do sa­lo­nu. Te­ścio­wie roz­ma­wia­ją z Prze­my­sła­wem. At­mos­fe­ra jest na­pi­ęta. Po­wie­trze wo­kół wy­da­je się ci­ężkie, czuć ko­lej­ną awan­tu­rę. Na nasz wi­dok za­czy­na­ją szep­tać.

Bio­rę Tom­ka na ręce, bo w tym wszyst­kim nikt na nie­go na­wet nie pa­trzy. Od­cho­dzę da­le­ko, żeby nie sły­szeć ich roz­mo­wy. Adam pod­cho­dzi do nas też nie­za­in­te­re­so­wa­ny dys­ku­sją.

Wiem, że coś jest nie tak. To wi­dać na pierw­szy rzut oka. Te­ścio­wa jest hi­po­kryt­ką. Za­rzu­ca mi wie­le rze­czy, a sama ma spo­ro za usza­mi. Nie pa­trzy­my na nich, aż do chwi­li, kie­dy sły­szę za­my­ka­jące się drzwi. W po­ko­ju zo­stał tyl­ko oj­ciec Ada­ma.

Pod­cho­dzi­my do nie­go. Cze­ka­my obo­je pod­mi­no­wa­ni, ocze­ku­jąc ko­lej­nej bom­by. Ale za­miast tego mówi:

- Mama po­szła z Prze­my­sła­wem na gril­la. - I znu­dzo­ny zie­wa.

- A ty? - pyta Adam.

- Ja je­stem zmęczo­ny - od­po­wia­da i idzie na górę do po­ko­ju go­ścin­ne­go.

Na­wet nie mamy szan­sy za­dać mu wi­ęcej py­tań. My też idzie­my do sy­pial­ni. Te­mat ka­mer za­mkni­ęty, a ja chcę, by wszyst­ko jak naj­szyb­ciej wró­ci­ło do nor­my.

Le­żąc w łó­żku, nie po­tra­fię za­trzy­mać pędzących w gło­wie my­śli. Nie wiem, czy Adam też to za­uwa­żył, ale sy­tu­acja jest dziw­na.

- Nie za­sta­na­wia cię to, że two­ja mama zo­sta­wi­ła ojca sa­me­go i po­szła na im­pre­zę z jego przy­ja­cie­lem? - py­tam.

- Nie, prze­cież to Prze­my­sław - od­po­wia­da.

Wbi­jam wzrok w su­fit. Na­dal nie za­sy­piam. Ma ra­cję, tak było za­wsze. Ale czy jest w po­rząd­ku? Nie sądzę.

***

Przy­po­mi­nam so­bie pew­ne lato. Nie by­li­śmy jesz­cze wte­dy ma­łże­ństwem. Do­pie­ro co po­zna­łam Ada­ma i mie­li­śmy spędzić week­end z jego ro­dzi­ca­mi i ich przy­ja­ció­łmi. Plan wy­jaz­du do dom­ku let­ni­sko­we­go mnie za­chwy­cił. Na­sza re­la­cja do­pie­ro się za­czy­na­ła, wszyst­ko było dla mnie nowe i cie­ka­we. Chcia­łam do­brze wy­pa­ść i uzy­skać ak­cep­ta­cję bli­skich Ada­ma.

W pi­ątek z sa­me­go rana pa­ku­je­my się do sa­mo­cho­du i ru­sza­my w tra­sę. Cze­ka nas do­bre kil­ka go­dzin jaz­dy do celu. Adam nie chce się spó­źnić i wca­le mu się nie dzi­wię. Też nie mam za­mia­ru ze­psuć pierw­sze­go wra­że­nia.

Po kil­ku go­dzi­nach do­je­żdża­my do drew­nia­ne­go dom­ku w le­sie. Mi­ja­my bra­mę wjaz­do­wą i pod­je­żdża­my na pod­jazd przed we­jściem. Na we­ran­dzie sie­dzą dwie ko­bie­ty i dwóch mężczyzn. Roz­po­zna­ję od razu Da­nu­tę i Krzysz­to­fa, ro­dzi­ców Ada­ma, bo wcze­śniej wi­dzia­łam ich na zdjęciach.

Pod­cho­dzi­my. Mat­ka Ada­ma nie prze­ry­wa roz­mo­wy, co wy­da­je mi się nie­uprzej­me. Nic nie mó­wię, nie re­agu­ję.

- Mamo, tato - mówi Adam i spo­gląda na ro­dzi­ców. - Po­znaj­cie Ewę.

Krzysz­tof pod­no­si się z krze­sła. Pod­cho­dzi i mnie przy­tu­la, a mnie robi się od razu cie­plej na ser­cu. Mat­ka Ada­ma się nie wita, od­wra­ca się na pi­ęcie i zni­ka w domu. Tak samo mało wy­lew­nie zo­sta­ję przy­wi­ta­na przez ich przy­ja­ciół. Za­cho­wa­nie mat­ki jest dla mnie od po­cząt­ku dzi­wacz­ne, cham­skie i nie­mi­łe. Żad­ne­go go­ścia bym tak nie po­trak­to­wa­ła.

Może tu­taj pa­nu­ją inne za­sa­dy i mu­szę się do­sto­so­wać? Da­nu­ta wra­ca do sto­łu, w roz­mo­wach prze­krzy­ku­je wszyst­kich i sta­ra się sku­pić na so­bie uwa­gę. Nie in­te­re­su­je jej, co mamy jej z Ada­mem do po­wie­dze­nia, a to prze­cież jej je­dy­ny syn!

W ko­ńcu nie tyl­ko ja mam jej do­syć, ta­kże Adam i jego oj­ciec. Prze­my­sław i jego żona roz­ma­wia­ją z nią na­dal, z aniel­ską cier­pli­wo­ścią. Ca­łkiem miło czu­ję się w to­wa­rzy­stwie Krzysz­to­fa. Obec­no­ść Da­nu­ty mnie do­łu­je.

Po wy­pi­ciu kawy do­łącza do nas żona Prze­my­sła­wa.

Oj­ciec Ada­ma częstu­je nas na­lew­ką do­mo­wej ro­bo­ty. Je­den kie­li­szek, dru­gi, trze­ci, ko­lej­ny, aż w ko­ńcu za­kręci­ło mi się w gło­wie. At­mos­fe­ra wo­kół nas się roz­lu­źni­ła, a stres przed po­zna­niem ro­dzi­ców Ada­ma w ko­ńcu zni­ka. Wszy­scy je­ste­śmy w do­brym hu­mo­rze. W ca­łym domu sły­chać śmiech i gło­śne roz­mo­wy.

- Mu­szę się prze­wie­trzyć - szep­czę Ada­mo­wi do ucha.

Idę do drzwi, zo­sta­wiam za sobą wszyst­kich ba­wi­ących się w naj­lep­sze. Na­ci­skam na klam­kę i już je­stem na dwo­rze. Idę po ta­ra­sie w kie­run­ku drew­nia­nej ba­rier­ki i opie­ram się o nią. Gdzie się po­dzia­li Da­nu­ta i Prze­my­sław? Sta­ram się ich wy­pa­trzeć.

Ni­g­dzie ich nie wi­dać. Po­sta­na­wiam się prze­jść. Scho­dzę po scho­dach i idę w lewo wzdłuż ścia­ny domu. Kie­dy wy­cho­dzę za róg, dębie­ję - Da­nu­ta obści­sku­je się z Prze­my­sła­wem. Co­fam się o krok i cho­wam. W skro­niach mi pul­su­je. Wkle­jo­na ple­ca­mi w ścia­nę domu pró­bu­ję się uspo­ko­ić. Adam nie może się o tym do­wie­dzieć.

Cze­kam jesz­cze kil­ka mi­nut, nim wró­cę do domu. Do­cie­ra do mnie, jak wy­gląda­ją ukła­dy w tej ro­dzi­nie. Same po­zo­ry, blef i oszu­stwo. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że da­le­ko pada ja­błko od ja­bło­ni.

Rozdział 1

Bu­dzę się pod wpły­wem naj­przy­jem­niej­sze­go do­ty­ku, jaki może so­bie wy­obra­zić ko­bie­ta. Dłoń syn­ka lądu­je na mo­jej szyi, mały przy­tu­la się do mnie moc­no. Dzi­ęki ta­kim po­ran­kom wiem, że de­cy­zja o pra­cy z domu na wła­sny ra­chu­nek była jed­ną z naj­lep­szych w ży­ciu.

Mam wszyst­ko, cze­go mi po­trze­ba, ko­cha­jące­go męża i zdro­we­go syn­ka. Mi­nu­sem są je­dy­nie częste roz­łąki, ci­ągłe roz­jaz­dy Ada­ma, przez któ­re wci­ąż się mi­ja­my. Ale też dzi­ęki temu czas, któ­ry spędza­my ra­zem, jest szcze­gól­nie cen­ny.

Dzi­siaj je­stem w domu sama. Od rana wi­szę na te­le­fo­nie, co nie jest ła­twe przy roz­bry­ka­nym dwu­lat­ku. Cho­dzę mi­ędzy ogro­dem i kuch­nią, i sta­ram się, oprócz pra­cy, za­jąć się też do­mem. Od­kąd To­muś jest z nami, na­uczy­łam się być wie­lo­za­da­nio­wa: ple­wię chwa­sty i go­tu­ję śnia­da­nie, cały czas z ma­łym na bio­drze.

Tak wy­gląda­ją na­sze po­ran­ki. Sy­nek jest bar­dzo ab­sor­bu­jącym dziec­kiem, ale to do­brze. Dzi­ęki temu nie mam cza­su na przej­mo­wa­nie się przy­ziem­ny­mi spra­wa­mi. Dla mnie ist­nie­ją tyl­ko obo­wi­ąz­ki i przy­jem­no­ści, przy czym pierw­sze­ństwo daję tym pierw­szym.

W ko­ńcu mogę ode­tchnąć. Z dumą z po­wo­du pra­co­wi­cie spędzo­ne­go po­ran­ka sto­ję so­bie przy pło­cie i spo­glądam na dro­gę. Z da­le­ka wi­dzę nad­cho­dzącą sąsiad­kę Ba­się. Miesz­ka kil­ka do­mów da­lej. Mo­żna po­wie­dzieć, że je­ste­śmy ko­le­żan­ka­mi. Co ja­kiś czas spo­ty­ka­my się z nią i jej mężem.

Pa­trzy na mnie z da­le­ka. Na jej twa­rzy po­ja­wia się ja­kiś dziw­ny gry­mas. Gdy pod­cho­dzi bli­żej, ła­pię z nią kon­takt wzro­ko­wy i uśmie­cham się.

- Hej, Ba­sia! - mó­wię. Nie od­po­wia­da, jak­by nie usły­sza­ła. - Hej, Ba­sia! - po­wta­rzam gło­śniej, ale tym ra­zem też nie od­po­wia­da.

Do­strze­gam w jej twa­rzy jak­by po­gar­dę, ale to bez sen­su - nie zro­bi­łam nic złe­go! A może mi się wy­da­je ta jej po­gar­da, może jed­nak mnie nie sły­sza­ła, ma gor­szy dzień albo po pro­stu się za­my­śli­ła. Nie­dłu­go się to wy­ja­śni.

Spo­glądam na ze­ga­rek. Zbli­ża się po­łud­nie. Adam ma dzi­siaj wró­cić z de­le­ga­cji, po­wi­nien zje­ść po­rząd­ną ko­la­cję. Sta­ram się dbać o na­sze ma­łże­ństwo, więc jego po­wro­ty są dla mnie cza­sem wy­jąt­ko­wym i za ka­żdym ra­zem sta­ram się utwier­dzić go w prze­ko­na­niu, że ma do kogo i do cze­go wra­cać.

- Po­je­dzie­my na za­ku­py? - py­tam Tom­ka wi­szące­go na moim bio­drze.

- Zia­ku­pi! - od­po­wia­da z en­tu­zja­zmem.

Tak jak sto­imy, pa­ku­ję nas do auta. Wio­sna w tym roku przy­szła wcze­śnie. Mi­jam ko­lej­ne domy, aż w ko­ńcu do­je­żdża­my pod su­per­mar­ket. Wy­ci­ągam syn­ka z fo­te­li­ka, bio­rę skle­po­wy wó­zek i wsa­dzam do nie­go dzie­cia­ka. Pcham go przed sobą, au­to­ma­tycz­ne drzwi się otwie­ra­ją.

Te za­ku­py mia­ły być nor­mal­ne, ta­kie jak za­wsze, ale od po­cząt­ku coś mi w nich nie pa­su­je. Mam wra­że­nie, jak­by ka­żdy mi­ja­ny czło­wiek nam się przy­glądał. Czu­ję się osa­czo­na. Cho­ler­nie mi to prze­szka­dza. Co za pa­ra­no­ja? Dla­cze­go ci wszy­scy lu­dzie mie­li­by mi się przy­glądać? Prze­cież wi­ęk­szo­ści z nich nie znam!

W ko­ńcu wi­dzę zna­jo­mą twarz i mam na­dzie­ję, że po­pra­wi mi hu­mor. To Da­rek, sąsiad, je­den z naj­lep­szych ko­le­gów męża. Pod nie­obec­no­ść Ada­ma często mi po­ma­ga, gdy po­trze­bu­ję męskiej ręki w pra­cach przy domu. Te­raz mnie nie za­uwa­ża, po­chy­lo­ny nad skrzyn­ką wa­rzyw.

- A ty co, przy­ja­ciół nie po­zna­jesz? - rzu­cam, kle­pi­ąc go w ple­cy.

- Masz tu­pet - od­po­wia­da, kręcąc gło­wą, i od­cho­dzi.

Co jest gra­ne? Nic z tego nie ro­zu­miem! Tak samo jak tej sy­tu­acji z Ba­sią. Ale te­raz już wiem, że to nie jest przy­pa­dek. Tyl­ko na­dal nie mam po­jęcia, o co cho­dzi. Nie zro­bi­łam nic, żeby za­słu­żyć so­bie na ta­kie ich za­cho­wa­nie.

Po tym, co zo­ba­czy­łam i co po­czu­łam, trud­no jest mi się sku­pić na za­ku­pach. W mo­jej gło­wie pędzą my­śli, ogar­nia mnie po­czu­cie winy za­szcze­pio­ne przez ojca pi­ja­ka. I choć wiem, że nie zro­bi­łam nic złe­go, to i tak wsty­dzę się tego, za co mnie lu­dzie ob­wi­nia­ją.

Chcę jak naj­szyb­ciej stąd wy­jść. To­mu­sio­wi chy­ba udzie­la się mój na­strój, bo za­czy­na pła­kać. Do­pie­ro te­raz od­czu­wam brak Ada­ma. Po­trze­bu­ję go, a jego przy mnie nie ma. Wiem, że nie robi tego ce­lo­wo, ale zwy­czaj­nie po ludz­ku chcia­ła­bym go te­raz mieć obok.

Zmu­szam się do do­ko­ńcze­nia tych pie­przo­nych za­ku­pów. Uspo­ka­jam sie­bie i syn­ka. Źle się czu­ję, ale to bez zna­cze­nia. Mam za za­da­nie miło przy­wi­tać męża po jego po­wro­cie. Ja się nie li­czę. Li­czy się ro­dzi­na jako ca­ło­ść i moja w tym gło­wa, że­by­śmy nią po­zo­sta­li na za­wsze. Ko­ńczę za­ku­py w eks­pre­so­wym tem­pie, by­le­by wy­jść stąd jak naj­szyb­ciej.

Wy­pe­łniam wó­zek rze­cza­mi po brze­gi i w ko­ńcu zmie­rzam do kasy. Mój na­strój dia­me­tral­nie się ró­żni od po­god­ne­go na­stro­ju po­ran­ka. Nie uśmie­cham się już, sto­ję w ko­lej­ce do kasy ze wzro­kiem wbi­tym w podło­gę. W ułam­ku chwi­li tra­cę pew­no­ść sie­bie, wy­pra­co­wa­ną la­ta­mi. To się wpraw­dzie nie trzy­ma kupy, ale w tym mo­men­cie tak mam.

Ka­sjer­ka prze­su­wa ko­lej­ne pro­duk­ty za ta­śmę. Robi się tam z nich stos, aż w ko­ńcu za­czy­na bra­ko­wać miej­sca. My­śla­mi je­stem jed­nak gdzie in­dziej i na to nie re­agu­ję.

- Prze­pra­szam! - sły­szę pod­nie­sio­ny głos ka­sjer­ki.

Wy­ry­wa mnie z za­du­my. Wresz­cie pa­ku­ję za­ku­py w tor­by, aż w ko­ńcu lądu­ją w wóz­ku i od­cho­dzę.

- Wy­pa­da­ło­by jesz­cze za­pła­cić! - przy­wo­łu­je mnie.

Ro­bię się cała czer­wo­na. Jesz­cze ni­g­dy mi się to nie zda­rzy­ło.

- Kar­tą będzie - od­po­wia­dam po ci­chu.

- Słu­cham? - pyta, nie sły­sząc tego, co po­wie­dzia­łam.

- Kar­tą będzie - po­wta­rzam ciut gło­śniej.

Tym ra­zem mnie sły­szy. Po­da­je mi ter­mi­nal z kwo­tą na wy­świe­tla­czu. Przy­kła­dam kar­tę i od­cho­dzę. Nie spo­glądam za sie­bie, uni­kam kon­tak­tu wzro­ko­we­go z mi­ja­ny­mi lu­dźmi. Czu­ję się cho­ler­nie źle. Czu­ję się win­na...

***

Po po­wro­cie do domu za­jęłam się wszyst­kim, czym tyl­ko mo­głam, głów­nie po­rząd­ka­mi. Zro­bi­ło się tak czy­sto, jak daw­no nie było. Mu­sia­łam czy­mś za­jąć gło­wę, żeby w ko­ńcu prze­stać my­śleć i nie ob­wi­niać się o nie wia­do­mo co.

Z kuch­ni do­cho­dzi za­pach je­dze­nia. Znad garn­ków spo­glądam co ja­kiś czas w kie­run­ku syn­ka sie­dzące­go na krze­se­łku przy ku­chen­nym bla­cie. Jest dla mnie wszyst­kim, tak jak Adam. W ko­ńcu sły­szę, jak otwie­ra­ją się drzwi. Bu­dzi się we mnie eks­cy­ta­cja, pro­ble­my mo­men­tal­nie zni­ka­ją. Te­raz już wszyst­ko będzie do­brze.

Sły­szę, jak mąż ści­ąga buty w przed­po­ko­ju i idzie do kuch­ni. Nie od­ry­wam się od go­to­wa­nia. W ko­ńcu czu­ję, jak obej­mu­je mnie w ta­lii i de­li­kat­nie ca­łu­je w szy­ję. Sto­imy tak przez chwi­lę, nie mó­wi­ąc nic. Tak jak­by­śmy się sobą na­pa­wa­li.

- Na­resz­cie je­steś - szep­czę.

Pusz­cza mnie i do­pie­ro wte­dy pod­cho­dzi do Tom­ka. Ca­łu­je go w czo­ło. Sia­da obok nie­go na ho­ke­rze i za­czy­na mnie ob­ser­wo­wać. Wy­gląda, jak­by coś gry­zło go od środ­ka, jak­by chciał o coś za­py­tać, ale się po­wstrzy­mu­je. W ko­ńcu wzdy­cha gło­śno i mówi:

- Coś się sta­ło?

- Nie. - Pod­ska­ku­ję ze stra­chu, że zła­pie mnie na kłam­stwie. - Dla­cze­go py­tasz?

- Wy­da­wa­ło mi się, kie­dy roz­ma­wia­li­śmy wcześ­niej, że je­steś przy­bi­ta - tłu­ma­czy i bacz­nie ob­ser­wu­je moją re­ak­cję.

- By­łam zmęczo­na, wiesz, jak To­muś po­tra­fi dać się cza­sem we zna­ki - ser­wu­ję mu wy­my­ślo­ne na po­cze­ka­niu kłam­stwo.

- Aha.

Nie drąży da­lej. Za­sia­da­my do ko­la­cji. To chwi­la, na któ­rą cze­ka­łam. Je­ste­śmy ra­zem, aż do na­stęp­nej de­le­ga­cji Ada­ma. Nie mam za­mia­ru zmar­no­wać cho­ćby se­kun­dy na uża­la­nie się nad sobą.

- Wi­dzia­łaś może Dar­ka? - pyta, pod­no­sząc na mnie wzrok znad ta­le­rza.

- Spo­tka­łam go na za­ku­pach - od­po­wia­dam, a moje cia­ło za­czy­na dy­go­tać.

Pod­no­szę lamp­kę wina do góry i mo­men­tal­nie ją upusz­czam na zie­mię. Zo­sta­wia po so­bie małą czer­wo­ną ka­łu­żę. Je­stem ura­to­wa­na od wy­ja­śnień przez wła­sną nie­zdar­no­ść. Wy­cho­dzę do spi­żar­ni wzi­ąć mop i szyb­ko myję podło­gę. Kie­dy sia­dam z po­wro­tem, Adam nie wra­ca do swo­je­go py­ta­nia.

Ko­ńczy­my po­si­łek i prze­cho­dzi­my do co­dzien­nych za­jęć, pi­ęk­nych w swo­jej zwy­czaj­no­ści i pro­sto­cie. Kąpię Tom­ka i kła­dę go spać do łó­żecz­ka sto­jące­go obok na­sze­go łó­żka. Kie­dy za­sy­pia, mamy coś, cze­go pra­gnęłam przez cały czas, kie­dy nie było Ada­ma - na­szą wspól­ną chwi­lę.

Wcho­dzę po­wo­li na łó­żko. Na czwo­ra­ka zbli­żam się do męża. Po­wo­li sunę pier­sia­mi i brzu­chem po jego klat­ce pier­sio­wej. Spo­glądam mu przez chwi­lę w oczy. Czu­ję jego dłoń na twa­rzy, jak od­gar­nia mi wło­sy. Uśmie­cha się, a ja przy­gry­zam de­li­kat­nie dol­ną war­gę. W ko­ńcu ca­łu­ję go na­mi­ęt­nie w usta. Ko­cham go.

Rozdział 5

Wi­ęk­szo­ść ko­biet sie­dzących z nami, w tym Ka­ro­li­na, to mężat­ki. Nie jest to dla nich prze­szko­dą w do­brej za­ba­wie. Nie czu­ję się win­na, będąc tu­taj. W ko­ńcu nie ro­bię ni­cze­go złe­go. Mam swo­je za­sa­dy i nie za­mie­rzam ich ła­mać, by wku­pić się w to­wa­rzy­stwo.

Ka­ro­li­na pró­bu­je zła­pać ze mną kon­takt wzro­ko­wy. Do­sko­na­le wiem, o co jej cho­dzi, więc sta­ram się nie pa­trzeć jej w oczy. W ko­ńcu jed­nak mi się nie uda­je. Wska­zu­je gło­wą w kie­run­ku to­a­le­ty.

- Idziesz? - pyta.

Wzru­szam ra­mio­na­mi. W ko­ńcu mogę im po­to­wa­rzy­szyć. Oprócz nas idą jesz­cze dwie dziew­czy­ny. Do to­a­let pro­wa­dzi kręty ko­ry­tarz, któ­re­go pil­nu­je ochro­niarz. Kie­dy prze­cho­dzi­my obok nie­go, uśmie­cha­my się, a Ka­ro­li­na rzu­ca mu za­lot­ne spoj­rze­nie. Nie wiem, czy mężczy­zna się jej od­wza­jem­nia, czy się z niej śmie­je, jest zbyt ciem­no.

Wcho­dzi­my do ostat­niej ka­bi­ny we czte­ry. Je­ste­śmy ści­śni­ęte jak sar­dyn­ki w pusz­ce. Ja­koś uda­je się nam za­mknąć drzwi na za­mek.

Ka­ro­li­na wyj­mu­je te­le­fon i kar­tę z kie­sze­ni. Za­czy­na cze­goś szu­kać w to­reb­ce, do­sko­na­le wiem, cze­go. W ko­ńcu ra­do­śnie wy­ci­ąga wo­re­czek fo­lio­wy z bia­łą za­war­to­ścią. Wy­sy­pu­je na ekran te­le­fo­nu je­den duży ka­wa­łek ko­ka­iny. Za­czy­na go roz­drab­niać, a pó­źniej dzie­lić. Co ja­kiś czas ktoś ła­pie za klam­kę, ale nie na­chal­nie. Za­cho­wu­je­my się spo­koj­nie.

Są czte­ry gru­be na pa­lec kre­ski.

Po­dzie­li­ła na nas wszyst­kie, ale ja nie chcę. Spo­glądam na nią kar­cącym wzro­kiem, a ona się kre­ty­ńsko uśmie­cha. De­ner­wu­ję się. Ka­ro­li­na do­sko­na­le wie, że nie chcę, ale i tak za ka­żdym ra­zem mnie kusi.

- Ktoś ma zwij­kę? - pyta.

Jed­na z dziew­czyn po­da­je jej stu­zło­to­wy bank­not. Ka­ro­li­na skręca go w cia­sny ru­lo­nik i wkła­da so­bie do nosa. Na­chy­la się nad ko­mór­ką i gło­śno wci­ąga pro­szek. Pod­no­si gło­wę do góry i za­ty­ka dziur­kę, żeby nie wy­pa­dł z niej nar­ko­tyk. Po­da­je bank­not da­lej. Ko­lej­na z dziew­czyn robi to samo i sy­tu­acja się po­wta­rza, aż w ko­ńcu zo­sta­je jed­na tyl­ko kre­ska i zwij­ka tra­fia do mnie.

- Nie chcę, prze­cież wiesz - mó­wię do Ka­ro­li­ny.

- To po co tu z nami przy­la­złaś? - pyta obu­rzo­na.

- Dla to­wa­rzy­stwa? - od­po­wia­dam py­ta­niem na py­ta­nie, prze­wra­ca­jąc ocza­mi i gło­śno wzdy­cha­jąc.

- Nie bądź cipą - od­zy­wa się aro­ganc­ko, jak­by to mia­ło mnie zła­mać.

Sły­szę gło­śne wa­le­nie do drzwi, tak gło­śne, że o mało bank­not nie wy­pa­da mi z ręki.

- No, da­waj! - krzy­czy.

- Wy­ła­zić, nie ma tu ćpa­nia - wrzesz­czy ochro­niarz za drzwia­mi.

Wi­dzę, jak Ka­ro­li­na za­czy­na się go­to­wać. Pa­trzy na mnie z na­ga­ną, jak­bym zro­bi­ła jej nie wiem jaką krzyw­dę.

- Da­waj! - po­wta­rza.

- Nie! - od­po­wia­dam sta­now­czo.

Wy­ry­wa mi z dło­ni bank­not i sama na­chy­la się nad ko­lej­ną por­cją nar­ko­ty­ków, a po­tem wci­ąga je jak do­brej ja­ko­ści od­ku­rzacz. Wy­cie­ra nos, ukry­wa­jąc do­wo­dy zbrod­ni. Strząsa reszt­kę prosz­ku z te­le­fo­nu na zie­mię i cho­wa go do kie­sze­ni ra­zem z bank­no­tem i kar­tą. Otwie­ra­my w ko­ńcu drzwi. Stoi tam ki­pi­ący ze zło­ści ochro­niarz.

- Wie­cie, że nie ma tu­taj ćpa­nia? - pyta.

- Ale my tu­taj wca­le nie ćpa­ły­śmy - od­po­wia­da Ka­ro­li­na.

Za­czy­na ro­bić do nie­go ma­śla­ne oczy. On spo­gląda na nią i kręci gło­wą. Chwi­lę się za­sta­na­wia. Praw­do­po­dob­nie nad tym, czy nas wy­rzu­cić, czy nie.

- Si­ka­ły­ście tam we czte­ry?

- Tak, same się bo­imy. - Ka­ro­li­na chi­cho­cze. - Wie pan, ile tu jest nie­bez­piecz­nych typ­ków, któ­rzy tyl­ko cze­ka­ją na taką oka­zję? - do­da­je, gła­dząc go po ra­mie­niu.

Wi­dzę, jak spo­gląda w dół na jej pal­ce. Jego spoj­rze­nie bar­dzo wy­mow­nie mówi, "za­bierz tę rękę, albo ci ją zła­mię". Ona jed­nak so­bie z tego nic nie robi. Ochro­niarz się cofa.

- Jak was jesz­cze raz tu zo­ba­czę z tym skła­dzie, wy­la­tu­je­cie - mówi, gro­żąc nam pal­cem.

Od­cho­dzi­my, a cała sy­tu­acja jest dla mnie sy­gna­łem, że naj­le­piej będzie, je­śli nie zo­sta­nę z nimi do rana. Czu­ję się dziw­nie bez dziec­ka i Ada­ma. W ko­ńcu je­stem z lu­dźmi, ale czu­ję się sa­mot­na. Tęsk­no­ta za ro­dzi­ną jest sil­niej­sza ode mnie, choć pró­bu­ję ją zdu­sić.

Wra­ca­my do loży, a dziew­czy­nom wca­le nie jest wstyd. Ja zaś od­czu­wam za­że­no­wa­nie i nie je­stem z sie­bie dum­na z tego, co się przed chwi­lą wy­da­rzy­ło, choć by­łam je­dy­ną "nie­prak­ty­ku­jącą". One cie­szą się, opo­wia­da­jąc resz­cie zna­jo­mych na­szą przy­go­dę z ochro­nia­rzem.

Al­ko­hol leje się stru­mie­nia­mi. Wy­pi­łam dwa drin­ki i nie czu­ję się pi­ja­na. Dziew­czy­ny cho­dzą na par­kiet i ko­kie­tu­ją ko­lej­nych fa­ce­tów. Tęsk­no­ta za do­mem sta­je się nie do wy­trzy­ma­nia. Co chwi­lę spraw­dzam te­le­fon. Mam na­dzie­ję, że zo­ba­czę tam nie­ode­bra­ne po­łącze­nie albo wia­do­mo­ść od Ada­ma.

Nie wiem, czy o mnie my­śli, czy mar­twi się, jak de­kla­ro­wał, uspra­wie­dli­wia­jąc obec­no­ść ka­me­ry w na­szym domu. Może to tyl­ko taka jego poza i ma mnie po pro­stu głębo­ko w czte­rech li­te­rach, a gra do­bre­go, ukry­wa­jąc swo­ją praw­dzi­wą twarz.

Źle się czu­ję. Mój do­bry na­strój sta­cza się po rów­ni po­chy­łej, aż w ko­ńcu wali o zie­mię i roz­trza­sku­je się. Ser­ce mi ło­mo­cze ze stre­su. Ob­le­wa mnie zim­ny pot. Za chwi­lę zwy­mio­tu­ję albo ze­mdle­ję. Wsta­ję z loży, na któ­rej już prak­tycz­nie nikt nie sie­dzi, i idę w kie­run­ku to­a­le­ty.

Mi­jam ko­lej­ny raz ochro­nia­rza. Czu­ję na so­bie jego wzrok. Prze­cho­dzę obok i od razu tra­fiam pod zlew. Opie­ram się o nie­go i spo­glądam w lu­stro. Je­stem upior­nie bla­da. Sto­ję tak chwi­lę, aż uda­je mi się uspo­ko­ić. Gło­śno od­dy­cham.

W lu­strze wi­dzę, jak otwie­ra­ją się drzwi to­a­le­ty, a z ka­bi­ny wy­cho­dzi moja przy­ja­ció­łka. Pew­nie po­trze­bo­wa­ła ko­lej­nej daw­ki ko­ka­iny... Pod­no­si dłoń do twa­rzy. Sądzę, że wy­trze nos, ale ona wy­cie­ra kąci­ki ust. W ogó­le mnie nie za­uwa­ża, prze­cho­dzi obok. Chwi­lę po niej wy­cho­dzi z ka­bi­ny ja­kiś fa­cet i bez że­na­dy za­pi­na spodnie. Już wszyst­ko ja­sne. To w zu­pe­łno­ści wy­star­czy na ten wie­czór.

Wra­cam i ko­lej­nym gwo­ździem do im­pre­zo­wej trum­ny jest obec­no­ść fa­ce­tów w loży. Chcę po­de­jść i się po­że­gnać, kie­dy czu­ję w kie­sze­ni wi­bra­cję te­le­fo­nu. Wy­ci­ągam go i czu­ję ulgę - dzwo­ni Adam. Chce, że­bym wró­ci­ła do domu, do nie­go i dziec­ka. Może wresz­cie po­sze­dł po ro­zum do gło­wy i pra­gnie, żeby mi­ędzy nami się uło­ży­ło. Nie że­gnam się więc z nimi i od razu idę do wy­jścia. Przed klu­bem ła­pię pierw­szą lep­szą tak­sów­kę i ru­szam w dro­gę po­wrot­ną do domu.

Sia­dam wy­god­nie na tyl­nej ka­na­pie sa­mo­cho­du. Je­stem spo­koj­na. Po złym sa­mo­po­czu­ciu, ja­kie do­pa­dło mnie w klu­bie, nie ma śla­du. Od cza­su do cza­su war­to jest się na­ocz­nie prze­ko­nać, dla­cze­go od­pu­ści­ło się ta­kie eska­pa­dy, żeby za nimi nie tęsk­nić.