Rozdział 1
Natan Ellison Raymond Dunkle nie mógł sobie pozwolić na chwilę zwłoki.
Wypadł z laboratorium, jak zwykle spóźniony i nieco otępiały po wyczerpującej burzy mózgów, która miała go przybliżyć do przełomu w badaniach nad usprawnieniem napędu rakietowego. Jego hybrydowa toyota lawirowała wśród mnóstwa aut sunących wolno jezdnią. Starał się nie ulegać panice. Jechał na spotkanie, które miało przesądzić o całej jego przyszłości, więc nie mógł się spóźnić. Truchlał na myśl, że przyszła żona flirtuje teraz z innym facetem, bo mężczyzna, który był jej pisany, zbyt późno wyrwał się z pracy. Nie po raz pierwszy.
Ned zapanował nad zniecierpliwieniem i podjechał kilka metrów. Był mocno znużony mierną namiastką prywatnego życia, w którym jedynie uczestniczył Connor, jego starszy brat, oraz Wayne, kolega z laboratorium. Po odejściu z NASA Ned zatrudnił się w prywatnej firmie szukającej dla siebie miejsca na rynku podróży kosmicznych, a jego codzienność, wypełniona badaniami naukowymi oraz matematycznymi równaniami, trąciła monotonią. Ostatnio rozpadła się paczka znajomych regularnie grających w golfa. Randkowanie, od dawna niezbyt intensywne, osiągnęło poziom zera absolutnego. Przed trzema miesiącami Ned świętował trzydzieste drugie urodziny; uświadomił sobie wtedy, że nie ma własnego towarzystwa. Żadnych kumpli. Torcik w laboratorium, "Sto lat..." wymruczane niemrawo przez Wayne'a i szybki powrót do pracy.
Żenada.
Tamtego dnia Ned postanowił wszystko zmienić.
Dotarł szczęśliwie na nowojorskie przedmieście i jadąc ulicami Verily, rozglądał się za miejscem parkingowym. Nad rzeką Hudson był deptak z jasno oświetlonymi sklepami. Pasaż handlowy miał wyjątkowy urok i styl, którym wabił przechodniów, zachęcając do odwiedzin w przyjaznych, estetycznych wnętrzach. Connor wyśmiał Neda, gdy usłyszał o planowanym spotkaniu zapoznawczym, które swatki nazywały kalejdoskopem randkowym. Klienci biura matrymonialnego przybywali tłumnie i nawiązywali ciekawe kontakty. Starszy z braci Dunkle ani myślał poprzestać na jednej jedynej wybrance. Ned czuł się zdołowany, latami obserwując Connora, który randkował z rozmaitymi ciziami i nie zamierzał się ustatkować. Ten ustawiczny podryw i ciągłe rozstania wydawały się młodszemu z braci całkiem... jałowe.
Ned marzył o trwałej więzi z kobietą, o wspólnym życiu. Chętne, łatwe ćmy barowe oraz skakanie z kwiatka na kwiatek to nie jego klimaty. W małżeństwie znalazłby wszystko, za czym tęsknił: stabilizację, wygodę, erotyzm i poczucie bliskości. Gdy podjął decyzję, z żelazną konsekwencją zabierał się do jej urzeczywistniania. Ostatni pomysł nie był wyjątkiem. Po sześciu tygodniach wnikliwych badań i studiów teoretycznych przyszedł czas działania.
Ned zaparkował auto i wyłączył silnik. Ze schowka wyjął miętowy odświeżacz, psiknął sobie do paszczy, wytarł spocone dłonie o spodnie w kolorze khaki. Cholera jasna! W pośpiechu zapomniał zdjąć krótki biały kitel, od rana zalany kawą. Plama z przodu była nie do ukrycia. Napluł na palec i próbował ją sczyścić. Daremnie. Brązowy kleks stał się jeszcze bardziej widoczny. Może zdjąć fartuch? Wysunął ramię z rękawa. Bawełniana koszulka okazała się strasznie wygnieciona. Lepiej zostać w kitlu. Mniejsza z tym. Do diabła! I tak nie poleci na pannę zainteresowaną jedynie ciuchami i wyglądem zewnętrznym.
Poprawił okulary zsuwające się z nosa i spojrzał na swoje odbicie w lusterku wstecznym. Daremnie próbował szybko uzyskać zdrową opaleniznę. Przeklęty samoopalacz. Sezon rozgrywek golfowych nieprędko miał się rozpocząć, więc Ned z przerażeniem spoglądał na białawą skórę. Wiedział, że panie lubią ogorzałych, wysportowanych facetów, więc kupił w drogerii tubkę kremu i posmarował nim obficie twarz oraz ciało, ściśle trzymając się wskazówek na ulotce, lecz jego cera, zamiast uzyskać oliwkową barwę jak u niedawnego urlopowicza, przybrała jaskrawy kolor marchewki. Na próżno tarł skórę chusteczką, żeby pozbyć się niechcianego zabarwienia. Nie było chyba całkiem źle. Nagabywany Wayne obrzucił go roztargnionym spojrzeniem i pochwalił zmianę wizerunku, choć był tak zaabsorbowany testami rakietowych przyspieszeń, że nie przyjrzał się koledze z należytą uwagą.
Ned stłumił jęk, wysiadł z auta i pomaszerował do restauracji Kosmos. Szczęście w nieszczęściu, że spotkanie zapoznawcze nie odbywa się w nocnym klubie. Przyspieszył kroku i potykając się na nierównym chodniku, dotarł szybko do restauracji. Uderzyła go fala ciepłego powietrza przesyconego smakowitą wonią czosnku, pomidorów i świeżego chleba. W wystroju wnętrza dominowały stonowane barwy Toskanii, a przyćmione światło wydobywało z półmroku liczne stoliki w głównej sali. Na każdym stał minutnik. Goście spacerowali z kieliszkami i talerzami przekąsek w rękach.
Ned spochmurniał.
Najchętniej odwróciłby się na pięcie i zwiał, lecz z zasady łatwo się nie poddawał, więc po raz kolejny stawił czoło sytuacji. Nadeszła wiekopomna chwila!
- Mogę w czymś pomóc?
Spostrzegł pannę z listą na podkładce. Podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego.
- Tak. Ned Dunkle. Zgłosiłem udział w tym spotkaniu.
- Jasne. - Odhaczyła na liście jego nazwisko i wręczyła kartę wstępu. - Serdecznie witamy na randkowym kalejdoskopie biura matrymonialnego Happy Ending. Za chwilę rozpoczniemy spotkania. Zdąży pan zamówić drinka w barze. Na początek zapraszamy do stolika numer dziewięć. Randka trwa maksymalnie pięć minut. Oto lista uczestniczek. Jeżeli któraś przypadnie panu do gustu, proszę zakreślić w ankiecie odpowiednie nazwisko. Pod koniec spotkania pomożemy nawiązać kontakt osobom, które zwróciły na siebie uwagę.
- Doskonale. - Spoconą dłonią wziął kartę wstępu i lawirując w tłumie, dotarł do baru. Zewsząd dobiegały śmiechy i szmer rozmów. Czuł piżmową woń damskich perfum oraz silny męski zapach. Swój własny? Pochylił głowę i węszył przez chwilę. Aha, przesadził z wodą kolońską. Gdy zlewał się nią w domu, wydawała się bardzo przyjemna, ale teraz dusiły go cedrowe i drzewne nuty zachwalane na etykietce. Mniejsza z tym. Nikt się nie pokapuje.
Uległ nastrojowi i powiódł wokół spojrzeniem. Wtedy ją zobaczył.
Po prostu ideał.
Szła środkiem sali, emanując siłą i energią. Przystawała, by porozmawiać z gośćmi, przyciągała uwagę pań i panów. Piwne oczy o złocistym odcieniu zdominowały twarz otoczoną spadającymi na ramiona, falującymi włosami barwy karmelu. Różowe paznokcie pasowały do jaskrawej barwy markowego garnituru. Uwagę Neda przyciągnęły buty: różowe sandałki na niebotycznych obcasach ozdobione metalicznymi detalami. Srebrny pierścień na dużym palcu uwydatniał różowiutki lakier na paznokciach u nóg.
Z pewnością miał przed sobą dziewczynę zdolną poderwać każdego mężczyznę, który jej wpadnie w oko. Sama dyktowała warunki. Brzmiał mu w uszach jej śmiech z lekką chrypką, który przykuwał uwagę i zapierał dech w piersiach. Dźwięk był pełen życia, obiecywał dobrą zabawę. Ogarnęła go wielka tęsknota... Stłumił śmiech. Aha, marzenie ściętej głowy. Nie w tym życiu. Nawet gdyby ta piękność uczestniczyła w dzisiejszym randkowym kalejdoskopie, mógłby z nią spędzić zaledwie pięć minut. Dobre i to. Jeśli się uda, nie uzna tego popołudnia za bezpowrotnie stracone.
Z drugiej strony jednak kandydatka obdarzona wyłącznie urodą byłaby dla niego mało interesująca. Już to przerabiał i nie zamierzał powtarzać życiowej lekcji. Szkoda czasu.
Zabrzmiał dzwonek i wszyscy zajęli swoje miejsca.
Przedstawienie się zaczęło.
Ned pomknął ku stolikowi numer dziewięć, niosąc kieliszek napełniony młodym winem z beczki, za którym nie przepadał, lecz takie zamówienie barman mógł zrealizować łatwo i szybko. Gdyby Ned zażądał swego ulubionego drinka, musiałby długo konferować z barmanem. Przy stoliku numer dziewięć siedziała drobniutka blondynka, która dyskretnie otaksowała go spojrzeniem. Starał się nie pocierać twarzy, żeby nie przyciągać uwagi do marchewkowej karnacji.
Minutnik zaterkotał.
- Cześć, jestem Noemi.
Ned wziął głęboki oddech.
- Cześć, mam na imię Ned.
- Witaj, Ned. Czym się zajmujesz?
- Jestem inżynierem i konstruktorem. Projektuję maszyny latające.
- Aha, samoloty. Masz własny odrzutowiec, tak?
Ned pokręcił głową.
- Chodziło o rakiety.
Zafascynowana panna zrobiła wielkie oczy.
- Masz własną rakietę?
- Nie, nie! Buduję statki kosmiczne. Współtworzę prototyp. Nie mam własnej rakiety. Prowadzę badania naukowe.
- Rozumiem. - Noemi wydawała się rozczarowana. - Uwielbiam podróżować po świecie samolotami. Masz własny odrzutowiec?
Próbował się skupić, bo rozmowa błądziła po manowcach, choć nie minęła nawet minuta.
- Co proszę? Daruj. Chyba nie nadążam. Mam samochód.
Noemi od razu się ożywiła.
- Uwielbiam czadowe auta: lamborghini, ferrari, hammery. Widziałeś film Szybcy i wściekli? Bohaterowie jeżdżą tam wypasionymi furami.
- Nie. Umknął mi ten tytuł.
- Czujesz? Dziwny zapach, prawda? - Zmarszczyła nos i rozejrzała się po sali. - Zajeżdża wodą kolońską.
- Ktoś trochę przesadził.
- Ohyda. Mnie od takich gości całkiem odrzuca.
- Mnie też.
Ku rozpaczy Neda Noemi wróciła do poprzedniego tematu.
- Marka samochodu dużo mówi o właścicielu. Ludzie wciąż gadają o bzdurnych horoskopach, a nie zdają sobie sprawy, że wybór auta określa człowieka.
- Nie zdawałem sobie sprawy, że to jest takie ważne.
- Jakim autem jeździsz, Ned?
- Hybrydową toyotą z komisu. Wyjątkowo bezpieczny samochód. Pierwsze miejsce wśród aut tej klasy dostępnych w Ameryce. Ekologiczny. Zero dwutlenku węgla. Maksymalna wydajność, minimalne koszty.
Noemi westchnęła.
- Mnie spodobał się czerwony kabriolet mitsubishi eclipse. Nie potrafiłabym chodzić z facetem jeżdżącym tanią furką ani go szanować. Nie pasujemy do siebie, więc nic z tego nie będzie, zwłaszcza w łóżku. - Uśmiechnęła się promiennie. - Ale miło się z tobą gadało. Fajne spotkanko.
Rozmowa skończona.
Nieco roztrzęsiony Ned wstał i podszedł do następnego stolika. Wysoka brunetka w okularach, czekając na sygnał minutnika, otaksowała spojrzeniem kandydata.
- Mam na imię Sandra. Jestem nauczycielką w podstawówce. Rozwiedziona, bezdzietna, samodzielna.
Gdy skończyła zdanie, Ned się odprężył. Da radę. To były jego klimaty. Sensowna, prosta rozmowa jako sprawdzian, czy zaiskrzy między nimi.
- Cześć. Jestem Ned. Pracuję jako konstruktor statków kosmicznych. Nie stawałem dotąd na ślubnym kobiercu.
- Masz jakąś fobię?
Parsknął śmiechem, doceniał jej bezpośredniość i poczucie humoru, lecz szybko się zreflektował. Panna była śmiertelnie poważna.
- Tak. Zapewne. Każdy ma, nie sądzisz?
- Ja nie. Poplamiłeś ubranie.
Skulił się i zasłonił ramieniem brązowy kleks.
- Przepraszam. W ostatniej chwili wyrwałem się z laboratorium.
Wycelowała w niego palec wskazujący.
- Jesteś pracoholikiem.
Poprawił się na krześle.
- Rzeczywiście dużo pracuję, ale chciałbym to zmienić. A ty... lubisz swoją pracę?
- Nie bardzo. Minima programowe to parodia dydaktyki, u smarkaterii z szóstej klasy buzują hormony, więc trudno zapanować nad tymi dzieciakami, a na domiar złego władze chcą nam odebrać wszelkie przywileje.
- Współczuję. Myślałaś o zmianie zawodu?
- W czasie kryzysu? - Przyjrzała mu się z niedowierzaniem, jakby laboratoryjny kitel nagle stanął w ogniu. - Wykluczone. Trzeba sobie jakoś radzić z życiowymi trudnościami, więc postanowiłam wyrwać się z kieratu tanim kosztem. Za półtora roku chcę zajść w ciążę. Zyskam dwanaście miesięcy wolnego. Drugie dziecko urodzę po roku i dwóch miesiącach, więc rodzeństwo będzie chować się razem niemal jak rówieśnicy. Pracoholików skreślam od razu. Mój ojciec świata nie widział poza swoją robotą i rodzice się rozwiedli. Też jesteś samolubem?
- Proszę? Ależ skąd? Po założeniu rodziny nie będę tak harował. Chciałbym zapytać, czy...
- Daruj, Ned, lecz wolę nie ryzykować. Nasz czas się kończy, prawda?
Rozmowa skończona.
Przy stoliku numer jedenaście Ned przewrócił kieliszek rozmówczyni, plamiąc koktajlem jej śliczną czerwoną sukienkę. Stolik numer dwanaście zajmowała zawodowa modelka, która od razu skreśliła Neda, a potem zrobiła mu wykład o niebezpieczeństwach długotrwałego opalania grożącego rakiem skóry. Wysączył już kiepskie wino, ale nie miał czasu pójść po drugą kolejkę, bo ostrzegawcza pogadanka zajęła niemal całe pięć minut, a potem zaczął następną konfrontację, znacznie gorszą od poprzedniej.
Przy piętnastym stoliku wreszcie zapunktował na samym początku.
Debora miała śliczny uśmiech, długie rude włosy i mlecznobiałą cerę.
- Miło cię poznać, Ned - powiedziała. - Nawiązywanie znajomości to dziś poważny kłopot. Chwytamy się dziwnych sposobów, szukając miłego człowieka.
Ned odtajał trochę.
- Jasne, racja, choć trudno mi uwierzyć, że ty masz z tym problem.
Roześmiała się i lekko skłoniła głowę.
- Dzięki. Proponuję, żebyśmy darowali sobie zadawanie typowych, bezsensownych pytań. Wymyśliłam kilka zabawnych sposobów zbadania, jakie mamy osobowości.
- Popieram twórcze podejście do sprawy. - Ned czytywał prasę kobiecą, więc nieobce mu były takie ciekawostki. Rozwiązał dziesiątki quizów psychologicznych, które pokazywały, czego pragną kobiety i jakiego faceta potrzebują.
- Cudownie! - Debora wyjęła plik fiszek i obrzuciła go żartobliwym spojrzeniem. - Zaczynamy. Pierwsza randka. Co byś zaproponował, żeby mnie zachwycić?
Super. Łatwe zadanie. Z trudem skrył uśmieszek tryumfu.
- Zaplanowałbym wyprawę do centralnej biblioteki publicznej na Manhattanie, żeby się zorientować, jakie książki najbardziej cię interesują. Potem miły piknik w parku.
Piwne oczy wyrażały rozczarowanie.
- Aha. Wstęp do biblioteki jest darmowy, a piknik też nie wymaga większych nakładów. Żadnej limuzyny? Nie pomyślałeś o wyprawie do jednego z broadwayowskich teatrów? Mnie się marzy kolacja w obrotowej restauracji na szczycie jednego z wieżowców. Jesteś skąpy? Boisz się wydawać pieniądze na swoją dziewczynę?
O co jej chodzi?
W prasie kobiecej piszą, że facet powinien być oryginałem i romantykiem. Kasa nie imponuje kobiecie; ważna jest mądrość i oryginalna osobowość.
- Wybacz. Nie pomyślałem o tym. Następne zadanie?
Znów się ożywiła i spojrzała na kolejną fiszkę.
- Powiedz, co ci się we mnie najbardziej podoba.
Znał odpowiedź! Marie Claire wciąż o tym nawija.
- Śliczny uśmiech.
Naburmuszyła się.
- Wolne żarty, Ned! - Wydęła usta. - Wyciskam z siebie siódme poty w siłowni, a ty widzisz tylko moje zęby?
Szumiało mu w uszach. Był całkiem zbity z tropu. To jakiś koszmar. Gdy wziął sobie do serca dobre rady swego brata Connora i skomplementował figurę pewnej dziewczyny, chlusnęła mu drinkiem w twarz.
- Sądziłem, że panie złoszczą się, gdy faceci robią uwagi na temat ich sylwetki.
- Nie bądź śmieszny. - Przewróciła oczyma. - Wszystkie jesteśmy łase na takie pochwały.
Ned zakonotował sobie w głowie, że warto komplementować wygląd i cielesne atuty pięknych pań.
- Dasz mi kolejną szansę?
- Ostatnią. To najważniejsza sprawa. Jak byś mnie przeprosił, gdybyśmy się pokłócili?
Nareszcie! Mowy nie ma, żeby teraz dał plamę.
- Natychmiast powiedziałbym, że jest mi przykro, i postarałbym się wyjaśnić sprawę, żebyśmy więcej nie mieli takich problemów.
Proszę bardzo. Zastosował dobre rady Grazii, stawiając na jasny komunikat i szczerość, wyjątkowo cenioną przez kobiety.
Debora wcisnęła fiszki do torebki i przyjrzała się Nedowi.
- Cholera jasna! Co mi do tego, że jesteś zdołowany? Ważne są czyny, nie słowa. Dla mnie liczy się biżuteria. Wybacz, Ned, ale nie jesteś w moim typie.
Rozmowa skończona.
Gdy Ned dotarł do stolika numer dwadzieścia, był mocno poirytowany, zmęczony i odarty ze złudzeń. Na domiar złego chciało mu się pić. Większość kandydatek oceniała go po wyglądzie, stanie konta i banalnych męskich atrybutach, jemu zaś bardzo zależało na odrzuceniu takich plew. Tygodniami zaczytywał się w prasie kobiecej, a jednak oblał wszystkie pięciominutowe egzaminy.
Czekało go ostatnie spotkanie randkowego kalejdoskopu. Kobitka sprawiała przyjemne wrażenie, ale to już przerabiał. Nie da się nabrać. Tym razem błyskawiczna randka przebiegnie pod jego dyktando.
- Cześć. Mam na imię Bernadetta.
Pochylił się do przodu z łokciami opartymi o blat stołu i zmrużył oczy.
- Cześć. Jestem Ned. Kiedy zamierzasz wyjść za mąż i wydać na świat potomstwo?
Dziewczyna odsunęła się natychmiast. Sprawiała wrażenie zszokowanej, ale gotów był się założyć, że udaje. Wszystkie panie, z którymi dziś rozmawiał, miały ściśle określone plany.
- Trudno powiedzieć. Najpierw chciałabym pokochać właściwego człowieka. Potem można będzie pomyśleć o ślubie i dzieciach.
Aha. Dobra odpowiedź. Ned podbił stawkę.
- Kiedy? Za miesiąc? Może dwa? Przekroczyłaś trzydziestkę, a statystyka jest bezlitosna wobec trzydziestoparolatek oraz ich jajników. Wskaźniki płodności maleją, szanse na urodzenie zdrowego dziecka spadają o czterdzieści procent.
Czyżby jęknęła? Cytował tylko dane Glamour... lub Grazii. Nie pamiętał dokładnie, skąd je zaczerpnął. Pannie usta drżały, lecz nadal wpatrywała się w niego z uwagą.
- Mam tylko dwadzieścia dziewięć lat - szepnęła.
- A więc stoisz na rozdrożu. Jeśli pragniesz urodzić przynajmniej dwoje dzieci, radzę zrewidować życiowe plany. Chcesz mieć potomstwo, tak?
Kolejny cichy jęk.
- Owszem. Zawsze marzyłam o dzieciach.
Nareszcie trafił na dziewczynę, która wie, czego chce. Odprężył się.
- Ja też. Sądzę, że mamy identyczne podejście do życia. Nie powinienem od razu z tym wyskakiwać, ale dobrze nam idzie, więc proponuję wspólną kolację w piątkowy wieczór. Co ty na to?
Rozmowa skończona?
Kobieta przycisnęła drżącą dłoń do ust. Zamrugał powiekami. Skąd te łzy? Co jest grane?
Już miał o to zapytać, gdy kątem oka spostrzegł różową postać.
Wymarzona ślicznotka.
Z bliska wydała mu się jeszcze piękniejsza. Usta miała pokryte cieniutką warstwą błyszczyku. Pachniała drzewem sandałowym i cynamonem. Położyła dłoń na ramieniu Bernadetty i coś jej szepnęła do ucha. Panna kiwnęła głową, otarła załzawione oczy i wstała. Cudna ślicznotka poklepała ją po plecach, popchnęła we właściwym kierunku i odprowadziła spojrzeniem.
- Chwileczkę! Właśnie umawialiśmy się na randkę.
Wymarzona ślicznotka odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy.
Zamarł w bezruchu. Zatonął bezpowrotnie w piwnej głębi. Walczył o oddech pod naporem fal gorącego gniewu rozpalonej do białości elegantki w różowościach, która wystudiowanym gestem położyła dłonie na blacie stolika i pochyliła się lekko.
- Musimy porozmawiać.
Ned od razu się ożywił.
- Świetnie. Włączamy minutnik?
- Nie trzeba. Załatwię tylko kilka spraw, a potem utniemy sobie małą pogawędkę. Spotkamy się za dziesięć minut w knajpce po sąsiedzku.
Nie do wiary. Cudna ślicznotka się nim zainteresowała? Dziwił się, że tak bardzo jest napalona na szybką randkę, lecz pomimo wątpliwości gotów był z nią pójść, gdzie zechce. Miał nadzieję, że ten okropny wieczór skończy się całkiem przyjemnie.
- Powinienem wypełnić ankietę.
Ślicznotka zirytowała się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. Jak urzeczony wpatrywał się w jej twarz o wyrazistych rysach i gładkiej cerze. Urodziwa buzia wydawała się za duża w porównaniu ze szczuplutką sylwetką, lecz mimo to panna wyglądała niczym gwiazda filmowa. Przypominała młodą Julię Roberts: wysoka, smukła jak gazela; wyraziste kości policzkowe, gęste brwi, wielkie oczy.
- Nie potrzebujemy ankiety. Do zobaczenia w knajpce.
Wyprostowana odmaszerowała, stukając niebotycznymi obcasami różowych sandałków, i zniknęła w tłumie.
Ned zmiął kwestionariusz. Poza Bernadettą same porażki. Teraz marzył o randce z upragnioną ślicznotką. Po co komu stabilizacja, gdy są szanse na cudowną noc? Zdążył psiknąć sobie do paszczy miętowym odświeżaczem i przetrzeć chusteczką pomarańczową buźkę. Nadal łudził się, że zdoła jednak zapanować nad koszmarną opalenizną z tubki.
Opuścił restaurację i pomknął do sąsiedniej knajpki.