Prezent dla Gośki
Nienawidzę wychodzić z domu w sobotę do południa, kiedy wreszcie mogłabym wyleżeć się, wyleniuchować, zwalczając w ten sposób przyszłe zmarszczki i wory pod oczami. Niemniej zawsze wychodzę z domu w sobotę do południa. Bo kiedy znajdę lepszą porę na połażenie po sklepach? Kiedy wracam ze szkoły, mam akurat tyle siły, żeby kupić coś na chybcika w markecie po drodze. A tej soboty koniecznie musiałam kupić prezent dla Gośki, która jutro urządza urodziny. Dwudzieste siódme. Jest ode mnie starsza o dwa lata, więc mnie przyjemniej balować na jej urodzinach niż jej na moich.
Ale poza wiekiem Gośka miała w życiu więcej szczęścia ode mnie. Mieszka w domu z ogrodem i basenem, i tarasem, i biznesmenem, i złotą kartą kredytową. Ledwie otworzy oczy, widzi wokół siebie to, co inni ludzie widzą, kiedy zamkną oczy i pomarzą. Ale narzeka. W okolicach dwudziestki słowo "orgazm" występowało w jej słowniku częściej niż w filmach Woody'ego Allena, teraz zastąpiła je słowem "horror". "Wiesz - dzwoni do mnie na przykład - Berniemu całkiem odbiło! Jacuzzi ma być bez cyburatora! Horror!". Wyjaśniam, że jej mąż jest Bernard, czyli Berni. Co to jest cyburator, nie wyjaśniam, bo nie wiem. Albo: "Horror, Do! (Nazywa mnie Do, jak moja rodzina. To jeszcze z dzieciństwa.) Berni zabiera mnie na sylwestra do Rosji! Kuligiem przez zaśnieżoną tajgę, kiedy na Florydzie takie cudowne upały!". Na kilometr jedzie od jej wyrzekań kiepskim teatrem i nie daje sobie przetłumaczyć. "Kiedy byłam biedna jak mysz kościelna, mówiłam to, co wypada. Teraz mówię, co mi się podoba". Rzecz w tym, że ona nigdy nie mówiła tego, co wypada. Występuje u niej organiczna niezdolność do takiego zachowania.
Ale nie to jest u Gośki najgorsze. Najgorsze jest to, że uparła się, żeby mnie wydać za mąż. Jak sięgnę pamięcią, próbowała mnie swatać ze wszystkimi dostępnymi facetami. Z wyjątkiem Marka, mojego byłego męża. Z tym wyswatałam się sama, czego Gośka nie omieszkała mi wytknąć w stosownym czasie. "Nigdy mu nie dowierzałam!" - oznajmiła, choć piała hymny pochwalne na jego cześć. Podówczas doskonale ją rozumiałam. Marek nie miał brwi zrastających się nad nosem, ale poza tym mógłby stanowić kanon męskiej urody. Barczysty brunet o stalowym spojrzeniu, metr osiemdziesiąt i śnieżnobiałe zęby. Czym mógł podbić nieuleczalną optymistkę, jaką jestem, jeżeli nie najszczerszym uśmiechem świata? Zresztą identyczny szczery uśmiech miał, gdy mi oznajmiał, że odchodzi z Marzeną.
Gośka wyswatała mnie również z Sebkiem, z którym spotykam się od czasu do czasu. Zbyt rzadko, żeby mogło to znaczyć coś poważnego, a zbyt często, żeby to mogło nic nie znaczyć. Jutro idziemy razem na jej urodziny. Jednakże prezenty dla Gośki tradycyjnie kupuję sama, od lat. To cała skomplikowana ceremonia. Nie da się kupić byle czego komuś, kto wszystko już ma. Byle co także. Z braku funduszy staram się wykręcić nieszablonowością. W zeszłym roku kupiłam Gośce na bazarze gipsowego amorka. To znaczy wyglądał jak gipsowy - taki biały, pozłacany - ale chyba nie był wcale gipsowy, tylko, o dziwo, z całkiem solidnego materiału. Pierwsze, co Gośka zrobiła, to wypuściła go z rąk, a on przetrzymał upadek bez najmniejszego uszczerbku.
Planowałam, że powiesi go sobie w narożniku sypialni, pod sufitem, żeby mierzył z pozłacanego łuku w jej okrągłe łóżko (naprawdę okrągłe, nie kłamię!). Miało się to nazywać "Miłość na okrągło". Ale wylądował w ogrodzie na zegarze słonecznym. Bernard, czyli Berni, kazał go jakoś tam przyśrubować do tarczy zegara i teraz amorek zamiast frunąć stoi na jednej nodze, pokazując strzałą godziny. Nazwali to "Miłość czasami". Są siedem lat po ślubie.
Na początku jednak, kiedy kupuję dla niej ten urodzinowy prezent, zawsze idę na łatwiznę. Zaglądam do najwykwintniejszego sklepu w mieście i myślę sobie, że gdybym miała więcej pieniędzy, nie musiałabym wysilać się na nieszablonowość. Kupiłabym największy flakon perfum i kazała go dostarczyć tirem wystrojonym kwiatami. Otóż to! Gdybym miała kasę, umiałabym być jeszcze bardziej nieszablonowa niż teraz.
Najwykwintniejszy sklep w mieście nazywa się z lekka bez sensu Moulin Rouge Shop i mieści się przy Starym Rynku w starym centrum miasta. Obecnie mamy już nowe centrum. Za mojego dzieciństwa stare centrum było przytułkiem dla meneli, unosił się w nim fetor przetrawionego alkoholu, a rozsądny człowiek nie zapuszczał się tam po zmroku. Dzisiaj Stary Rynek jest odrestaurowany w stylu "nowa przedsiębiorczość". Latarnie stylizowane na gazowe, kwietniki, kolorowe kamienice i zakaz ruchu kołowego.
W Moulin Rouge Shop od progu tak pachnie, że nieprzyzwyczajonego może zabić. A jeżeli przeżyje, wystarczy, żeby zerknął na ceny. Też trup. Więc nie zerkałam na ceny, tylko na pewniaka przeszłam wzdłuż wszystkich tych błyszczących półek, lad, kas, pomiędzy którymi firmowe panienki w krótkich majtkach jeżdżą na wrotkach. I patrzą ci na ręce, jakby cię znały z listów gończych publikowanych w prasie. Już ukradła czy dopiero ma zamiar? Nienawidzę tego, więc zawsze podchodzę do lady, za którą stoi najbardziej ekskluzywna ekspedientka. Ta jest szkolona, żeby doradzić, potrzeć ci po przegubie szklanym koreczkiem, pokonwersować i w ogóle. Tym razem ekspedientka składała się ze znudzonej miny, dekoltu i rzęs. Chyba klejone z trzech warstw na upalne dni, żeby ocieniały twarz.
Zerknęłam z miną koneserki za jej plecy, gdzie na półkach stały, Chryste, jakie perfumy, w jakich wymyślnych kształtach i wymyślnych cenach! Wskazałam palcem na flakon jak kryształowe bonzai tej najlepszej firmy, wiecie. Nie mogę powiedzieć, jakiej, ale sami się domyślicie. Z rajskim ptakiem.
- Ten? - Obróciła się znudzona z rzęsami. - To raczej nie dla pani.
Normalnie mnie zatkało. Sama wiedziałam, że to nie dla mnie, i nie wiem, co mnie podkusiło do oglądania tego nieszczęsnego flakonu, ale żeby powiedzieć coś takiego człowiekowi w oczy?! Na dodatek będąc ekspedientką, czyli osobą, dla której klient to drugi pracodawca?! Naprawdę nie ubieram się byle jak, nie myślcie. Nie stać mnie może na krótką serię u Cardina, nawet na pewno mnie nie stać, ale nie wyglądam na nędzarkę. W moim zawodzie to niedopuszczalne. Wystarczy trochę zaniedbać się w ubiorze, a już na szkolnej wycieczce przewodnik zwraca się po instrukcje do najlepiej ubranej uczennicy. A tymczasem ta klejona do mnie: "To raczej nie dla pani!". Takim piskliwym głosikiem sadystki erotycznej.
- Co pani ma na myśli, proszę mi wyjaśnić - powiedziałam zimno.
Zreflektowała się, pomyślała i powiada z drwiącym uśmieszkiem:
- Nie będzie w pani guście. Tak mi się zdaje.
- Proszę pozwolić, że sama ocenię, co jest w moim guście. Proszę podać to, o co proszę. Tak będzie najprościej proszę.
Zawsze, jak się zdenerwuję, przesadzam ze słowem "proszę". Wydaje mi się, że ono podkreśla wyniosłość, tymczasem brzmi, jakbym się jąkała. Ale nie mogę tego z siebie wykorzenić. Kiedyś w czasie sprzeczki krzyknęłam do Sebka: "Proszę mi proszę proszę!". Sama nie wiem, o co mi chodziło, ale musiałam być zirytowana do ostateczności.
Ta z rzęsami podała mi flakon i od tej pory nie spuszczała go z oczu. Ja przestałam istnieć dla niej, zrobiłam się przezroczysta. Kiedy podnosiłam dłoń z flakonem, jej wzrok podnosił się, kiedy opuszczałam ją, jej wzrok się opuszczał. Dla eksperymentu postawiłam flakon na ladzie i szybko przesunęłam dłonie w drugą stronę, ku torebce. Urzęsiony wzrok pozostał przy flakonie, jakby źrenice przymarzły do kryształu. Wcale się nie dziwię. Gdybym stłukła to cacko, szef potrąciłby jej miesięczną pensję. Ale zaraz sobie uprzytomniłam, że mnie poszłaby na to konto pensja kwartalna, więc oddałam perfumy czym prędzej.
- Wiedziałam, że pani nie weźmie! - ucieszyła się ekspedientka, uśmiechnięta złośliwie od kolczyka do kolczyka. Kolczyki w cenie mojej pensji miesięcznej.
Choć mogłabym już na dobrą sprawę odejść, w tej sytuacji nie mogłam. Moja cześć została nadszarpnięta. Wypatrzyłam sobie flakon tańszy o 127 złotych. Nawet opłacenie tej różnicy byłoby dla mnie nieuzasadnioną rozrzutnością, niemniej musiałam godnie odegrać swoją rolę do końca.
Stałam nad okazanymi mi perfumami i udawałam rozległe zainteresowanie. Ta z rzęsami znów patrzyła na flakon, ale już bardziej drwiąco, z luzem.
A gdybym tak zatkała jej twarz i kupiła to paskudztwo? - pomyślałam w desperacji. Ale zaraz pomyślałam: Opanuj się, proszę, wiesz, jaka czeka cię za to pokuta? Makaron z wody do końca miesiąca, bo nic innego do jedzenia w domu nie masz! A jest dopiero dwunasty, proszę bardzo.
Spojrzałam w bok, gdzie daleko za wielkimi oknami wystawowymi Moulin Rouge Shopu świeciło przecudne majowe słońce i znowu pomyślałam: Nie stać cię, żeby dla honoru pojeść trochę makaronu? Przecież lubisz spaghetti, a to niemal spaghetti, tyle że bez sosu. Z tego zacietrzewienia już prawie byłam zdecydowana, kiedy oprzytomniałam. A skąd weźmiesz pieniądze? Masz w torebce w sam raz na korek i etykietkę. Oczywiście zawsze jeszcze pozostawał mi tak zwany wariant Winnony Ryder. Wchodzę dyskretnie za ladę, a wychodzę ze sklepu na bezczelnego. Niestety, ten wariant w swoim klasycznym kształcie ma to do siebie, że wybiega za tobą ochroniarz. A na koszty postępowania sądowego też mnie nie stać. Niektórzy z biedy kradną, inni z biedy są uczciwi. Widocznie to mój przypadek.
Oddałam tej z rzęsami flakon, nie zważając na jej niemądry uśmieszek.
- Perfumy powinny być banderolowane jak alkohol - powiedziałam. - Inaczej człowiek nie ma za grosz pewności, że to nie podróbka.
Wyobraziłam sobie perfumy Chanel nr 5, które Marilyn Monroe ubierała do snu, pędzone w piwnicy na zardzewiałej aparaturze, i pożałowałam tego bon motu. Ale ta zza lady zatrzepotała rzęsami, jakby odfruwała. Widocznie takiego spostrzeżenia nie zaserwowała jej żadna klientka. Nie miała pojęcia, czy to żarty, czy serio, i formalnie ją zamurowało.
- Niech pani się nie głowi nad tym, co mówię - pocieszyłam ją nonszalancko. - To raczej nie dla pani.
I wyszłam z Moulin Rouge Shopu jak królowa angielska od Harrodsa. Chociaż za nią, zdaje mi się, wynoszą jednak zakupy.
A u mnie Gośka nadal nie miała swojego prezentu.
Szłam wzdłuż rynku, zerkając na wystawy. Księgarnię mogłam swobodnie skreślić. Nie miałam pojęcia, do czego Gośce przydałaby się książka. Mieli w gabinecie regał z tomami o jednakowych złoconych grzbietach, żadna normalna książka do tego wystroju nie pasowała, a jeszcze połowa to były atrapy. Same grzbiety, za nimi barek. Tam dopiero stały ekskluzywne edycje!
Odpadało też coś do ubrania. Kiedyś wysadziłam się na sweterek i tydzień później zobaczyłam, jak gosposia rwie go na szmaty. To nie była, broń Boże, wielkopańska pogarda Gośki. Gosposia po prostu się pomyliła. Bogata przyjaciółka jest przekleństwem. Zawadza i nie przydaje się do niczego, jeżeli ktoś - jak dajmy na to ja - nie uznaje pożyczania pieniędzy. Czasami odpala mi coś ojciec, ale to nie jest klasyczne pożyczanie. Mój papcio jest neurologiem z prywatną praktyką, kochanym i kochającym rodzicem jedynaczki, więc nie ma na kogo wydawać, póki nie dorobi się wnuka. Co, mam wrażenie, prędko nie nastąpi. Ech, życie! Najłatwiej kupowało mi się prezenty dla Gośki, kiedy jeszcze biegałyśmy po tym samym podwórku i huśtałyśmy się na tym samym trzepaku. Dlaczego przeminąłeś, trzepaku przy śmietniku, gdy nie ma cię kto zastąpić?
Zapomniałam wam jeszcze powiedzieć, że osobny problem to prezenty od Gośki. Pół biedy, kiedy daje mi kredkę do oczu Bukcharra, ale w zeszłym roku dostałam od niej telefon komórkowy, który miał książkę telefoniczną ze zdjęciami i w ogóle prawie że arie śpiewał.
- Nie mogę go przyjąć, Gośka - orzekłam. - Nie stawiaj mnie w takiej sytuacji. To jest stanowczo za drogie. Chyba że chcesz mnie zarżnąć przy rewanżu.
- Za drogi? - Gośka na to. - To zapytaj mnie, ile kosztował.
- No ile?
- Nie wiem. Rozumiesz? Nie mam pojęcia. Kupiłam go nie dlatego, że kosztował mało albo dużo, ale dlatego, że jest taki cudowny i pasuje do ciebie jak ulał. O co ty mnie w ogóle posądzasz? O kupowanie za pieniądze?
Wzięłam ten telefon. Logika nie jest mocną stroną Gośki, ale ma dobre serce. Przynajmniej dla mnie.
W bocznej uliczce przy Starym Rynku upatrzyłam porcelanowy wazon do układania ikebany, wielki, w formie karaweli pod żaglami. Gośka uwielbia takie kiczowate bibeloty. Ale karawela okazała się niewiele tańsza od pierwszej wyprawy Kolumba, poza tym mnie nie miało się zwrócić w indiańskim złocie.
Już miałam zmienić tereny handlowe, kiedy stało się coś, co sprawiło, że ugięły się pode mną kolana. Krew odpłynęła mi z twarzy, uszy zapłonęły mi żywym ogniem, serce wpadło w nerwowe staccato, stało się ze mną wszystko, co możecie sobie wyobrazić na podstawie romansów książkowych, filmowych i każdych innych.
To był on!
Wpadłam na niego za rogiem, jak wpada się na znajomego, na pijaka, na sprzedawcę baloników, tak całkiem po prostu. Był brunetem o gęstych brwiach zrośniętych nad nosem. Jego zarost był jednodniowy, a nawet bardziej. Miał co najmniej metr osiemdziesiąt dwa, szerokie bary i być może stalowe spojrzenie, choć tego akurat nie widziałam, gdyż stał bokiem. A właściwie pochylał się bokiem. To było najgorsze.
Nie to, że pochylał się, ale to, w jakim celu się pochylał.
Nie ku mnie, zsuwając na czoło ciemne okulary. Nie siedział w fordzie harrisonie i nie pytał, jak dojechać gdzieś, gdzie on nie wiedział, jak dojechać, a ja ewentualnie mogłabym wiedzieć. Pochylał się, a właściwie przyklękał na jedno kolano nie przede mną.
Klękał przed siedzącym na składanym stołeczku facetem, który stawiał nogę na drewniany, umazany czarną pastą podnóżek. W dłoni zaś mojego ideału mężczyzny dostrzegłam szczoteczkę ze sztywnym włosiem i uchwytem na pięć palców.
Tak, owszem, dobrze zrozumieliście.
Mój wyśniony, wymarzony książę był czyścibutem. Takim zwyczajnym czyścibutem, który czyści cudze buty w celach zarobkowych. Chyba zresztą nie ma innych czyścibutów, prawda? Bardziej eleganckich, rzutkich zawodowo, z wyższą pozycją społeczną. Patrzyłam na niego z rozdziawionymi ustami, stojąc na środku chodnika, i dopiero teraz rozumiałam naprawdę, do końca, do serdecznego bólu, co ma na myśli Gośka, wołając: "Horror!".