Mężczyzna bez twarzy - Catherine Ryan Howard

Kup ebooka

35.90 zł
29.80 zł (25,13 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jim nie był w sta­nie myśleć o niczym innym, odkąd dowie­dział się o ist­nie­niu książki. Czuł się tak, jakby wokół niego pło­nął pier­ścień ognia, który z każdą mija­jącą sekundą zbli­żał się, gro­żąc spa­le­niem go war­stwa po war­stwie. Naj­pierw ubra­nie, potem skóra, by w końcu pozba­wić Jima życia. Jeśli ogień go dosię­gnie, pozosta­nie po nim jedy­nie popiół i wszyst­kie sekrety wyjdą na jaw.

Musiał uga­sić ogień. Natych­miast.

Ale o co tak naprawdę cho­dziło? Czym była ta książka? Dla­czego Eve­lyn ją napi­sała i dla­czego wła­śnie teraz? W życiu Jima nic się nie zmie­niło. Nikt nie zapu­kał do drzwi jego domu. Jeśli chciała usta­lić toż­sa­mość mor­dercy, to Jim już znał zakoń­cze­nie: nie udało się jej.

Tyle że jemu to nie wystar­czało. Musiał wie­dzieć, czym Eve Black zapeł­niła strony swo­jej książki, co robiła przez te osiem­na­ście lat, odkąd widział ją po raz ostatni, gdy stała u szczytu scho­dów, i co opo­wie­działa światu o tam­tej nocy.

Kiedy jedna z kasje­rek zapy­tała go, czy wszystko w porządku - był zaru­mie­niony, pocił się i jej zda­niem wyglą­dał na cho­rego - Jim dostrzegł dla sie­bie szansę. Prze­ka­zał Steve'owi przez krót­ko­fa­lówkę, że wraca do domu z powo­dów zdro­wot­nych i od razu się roz­łą­czył, nie dając prze­ło­żo­nemu oka­zji do zrzę­dze­nia. Odbił kartę ewi­den­cji czasu pracy i szyb­kim kro­kiem ruszył do samo­chodu na par­king dla pra­cow­ni­ków.

Ale nie wró­cił do domu. Poje­chał do mia­sta.

Na Patrick Street znaj­do­wała się księ­gar­nia sieci Water­sto­nes. Odwie­dził ją może dwa razy, ale pamię­tał, że była duża, a budy­nek, w któ­rym się mie­ściła, cią­gnął się aż do Paul Street.

Choć Jim nie czuł zagro­że­nia, nie chciał przy­cią­gać nie­po­trzeb­nej uwagi. Nie ryzy­ko­wałby kupna książki w cen­trum han­dlo­wym, gdzie pra­co­wał, ani w małej księ­garni, w któ­rej sprze­dawca praw­do­po­dob­nie pamięta każ­dego klienta i to, co kupił. Zakup inter­ne­towy pozo­sta­wiłby ślad i trzeba byłoby pocze­kać na dostawę.

A Jim potrze­bo­wał książki natych­miast.

Zatrzy­mał się na wie­lo­po­zio­mo­wym par­kingu na Paul Street i pod­szedł do tyl­nego wej­ścia księ­garni. Miał na sobie płaszcz, żeby ukryć mun­dur ochro­nia­rza. Gdy zamknął za sobą drzwi, szum ulicy ucichł, a on został owi­nięty koko­nem ciszy panu­ją­cej w pomiesz­cze­niu.

W środku było trzech, czte­rech klien­tów i facet w T-shir­cie, który ukła­dał książki na regale w rogu. Zbyt cicho. Nie grało nawet radio.

Jim powoli, ale z deter­mi­na­cją, ruszył na front sklepu. Sta­rał się wyglą­dać jak typowy klient. Tu pod­niósł książkę, tam podzi­wiał okładkę, czy­tał tek­sty na odwro­cie, odkła­dał na półkę. Zatrzy­mał się, żeby spraw­dzić ofertę spe­cjalną. W końcu przej­rzał pudełko z wiel­kim napi­sem OSTAT­NIA SZANSA NA ZAKUP.

Męż­czy­znę bez twa­rzy zna­lazł przy głów­nym wej­ściu.

Egzem­pla­rze leżały na oddziel­nym stole, usta­wione po kilka w stosy, które two­rzyły pół­kole. Jeden egzem­plarz stał pośrodku na szkla­nej pod­stawce. Odręczny napis na kartce gło­sił: "Histo­ria naj­słyn­niej­szej zbrodni w Cork, opo­wie­dziana przez jedyną oca­lałą".

Jim chwy­cił książkę i poło­żył dłoń na okładce, jakby chciał poczuć, jaki wpływ na jego przy­szłość będzie miała ta powieść.

Czy opi­sy­wała te wszyst­kie złe rze­czy, które zro­bił, te wszyst­kie złe rze­czy, które potem zosta­wił za sobą? Sta­no­wiła dla niego pew­nego rodzaju zagro­że­nie, ow­szem, ale pomysł prze­czytania jej, przy­po­mnie­nia sobie dni chwały...

Cóż to by była za wspa­niała roz­rywka.

- Wła­śnie dzi­siaj przy­szła. - Po dru­giej stro­nie sto­lika, metr przed Jimem, stał sze­roko uśmiech­nięty męż­czy­zna po czter­dzie­stce, ubrany na luzie. Pla­kietka infor­mo­wała, że ma na imię Kevin. - Nawia­sem mówiąc, świetna lek­tura, jeśli ma się mocne nerwy. Nie­sa­mo­wite, że to wszystko wyda­rzyło się w tym mie­ście.

- Już pan prze­czy­tał? - zapy­tał Jim.

- Tak, skoń­czy­łem parę mie­sięcy temu. Dosta­jemy egzem­pla­rze sygnalne.

- I co? Odna­la­zła mor­dercę?

- Cóż, i tak, i nie. Trudno powie­dzieć...

Wcale nie. Jim wciąż był na wol­no­ści, wciąż nikt go nie roz­po­znał. Zasta­na­wiał się, czy nie popro­sić Kevina o roz­wi­nię­cie tematu, ale doszedł do wnio­sku, że ich roz­mowa już trwała dłu­żej, niż powinna. W tym momen­cie do księ­garni weszły dwie nasto­latki w szkol­nych mun­dur­kach, przy­cią­ga­jąc uwagę sprze­dawcy gło­śnym śmie­chem i roz­mową. Jim sko­rzy­stał z oka­zji, wziął egzem­plarz i odszedł.

Kasa znaj­do­wała się pośrodku sklepu. Po dro­dze Jim wziął kolejną książkę mniej wię­cej tego samego for­matu, co Męż­czy­zna bez twa­rzy. Okładka przed­sta­wiała rząd róż­no­ko­lo­ro­wych pla­żo­wych dom­ków pod błę­kit­nym nie­bem. Przy kasie chwy­cił też pierw­szą z brzegu kartkę z napi­sem WSZYST­KIEGO NAJ­LEP­SZEGO.

Kasjerka była młoda, pre­ten­sjo­nalna, typ stu­dentki. Taka, która dokład­nie przy­gląda się każ­dej pozy­cji, zanim zeska­nuje kod kre­skowy.

- Dość przy­pad­kowy wybór - powie­działa cierpko.

Nie wty­kaj nosa w nie swoje sprawy, miał ochotę odwark­nąć Jim.

- Cóż, nie jestem pewien, co przy­pad­nie do gustu mojej żonie. Ma uro­dziny - odpo­wie­dział.

- Dla­tego... - Dziew­czyna spoj­rzała na dwie cał­ko­wi­cie róż­niące się od sie­bie okładki - woli się pan zabez­pie­czyć?

- Coś w tym stylu.

- Mogę pomóc panu coś wybrać...

- Nie, dzię­kuję. Pozo­stanę przy tych dwóch pozy­cjach.

Pla­no­wał wyjść tymi samymi drzwiami, któ­rymi wszedł, ale teraz stał przy nich Kevin i porząd­ko­wał regały, więc Jim odwró­cił się na pię­cie i ruszył w stronę głów­nego wyj­ścia.

Opusz­cza­jąc księ­gar­nię, zauwa­żył, że cała witryna jest wypeł­niona egzem­pla­rzami Męż­czy­zny bez twa­rzy.

Za nimi, na czer­wo­nej fil­co­wej tablicy, przy­pięto wycinki ze sta­rych gazet.

"Potworne mor­der­stwo w Blac­krock".

"Garda pro­wa­dzi spe­cjalną ope­ra­cję, żeby schwy­tać Męż­czy­znę bez twa­rzy".

"Czte­ro­oso­bowa rodzina zamor­do­wana w sza­leń­czym ataku na Pas­sage West".

Ostatni nagłó­wek zawie­rał błąd. Praw­do­po­dob­nie pocho­dził z poran­nego wyda­nia gazety, gdy infor­ma­cje doty­czące oglę­dzin domu na Bally's Line były w sta­nie rów­nie total­nego cha­osu jak samo miej­sce zbrodni.

W tam­tym domu zgi­nęły trzy osoby.

Dla­tego teraz poja­wił się pro­blem.

Po dotar­ciu na par­king Jim wsiadł do samo­chodu i zamknął drzwi. Celowo zatrzy­mał się w odle­głym rogu, z dala od wind, auto­ma­tów płat­ni­czych i naj­więk­szego ruchu. Wycią­gnął z torby obie książki i zamie­nił obwo­luty.

Tak na wszelki wypa­dek.

Otwo­rzył Męż­czy­znę bez twa­rzy i zna­lazł frag­ment, na któ­rym prze­rwał mu Steve.

Roz­siadł się wygod­nie i zaczął czy­tać.

W każdy week­end, prze­rwę świą­teczną czy waka­cje wra­ca­łam do Spa­nish Point, do życia z Bunią, tak jak wraca się do wła­snego łóżka po cięż­kim dniu. Sta­ra­łam się nie myśleć o jej sza­rze­ją­cej skó­rze, coraz głęb­szych zmarszcz­kach i drżą­cym gło­sie oraz o wielu innych rze­czach, które mnie przy­tła­czały.

Bab­cia zmarła we śnie, w święto Wnie­bo­wzię­cia Naj­święt­szej Maryi Panny w 2010 roku, w wieku osiem­dzie­się­ciu czte­rech lat. Pamię­tam, jak zna­la­złam ją rano. Zimna skóra przed­ra­mie­nia od razu zdra­dziła, że nie było już sensu wzy­wać pomocy. Wspo­mnie­nia z następ­nych tygo­dni to frag­men­ta­ryczne obrazy.

Ni­gdy tak naprawdę nie opła­ki­wa­łam śmierci rodzi­ców i sio­stry, a przy­naj­mniej nie w taki spo­sób, który pozwala prze­pra­co­wać ból i ruszyć naprzód, mimo jego odczu­wa­nia. W tam­tym okre­sie opła­ki­wa­łam całą czwórkę. Było tak, jakby płyty tek­to­niczne mojego życia prze­su­nęły się, two­rząc głę­boką otchłań, do któ­rej wpa­dły wszyst­kie uczu­cia zwią­zane z żałobą. Zosta­łam sama z całej rodziny i tra­ci­łam grunt pod nogami. Pro­blem pole­gał na tym, że nauczy­łam się tak dobrze uda­wać, że nikt tego nie dostrze­gał.

Skoń­czy­łam stu­dia z dosko­na­łymi wyni­kami. Kolega z uczelni stał się moim chło­pa­kiem, cho­ciaż nie pamię­tam, jak do tego doszło. Co wię­cej, prak­tycz­nie nic o mnie nie wie­dział. Mnó­stwo czasu spę­dza­łam na spo­tka­niach w zbyt oświe­tlo­nych gabi­ne­tach z zaku­rzo­nymi żalu­zjami, pod­pi­su­jąc pod­su­wane mi raz za razem doku­menty z przy­kle­jo­nymi do nich małymi kolo­ro­wymi znacz­ni­kami, zupeł­nie nie­pa­su­ją­cymi do mojego ponu­rego zada­nia: przej­mo­wa­nia wła­sno­ści moich bli­skich, ponie­waż ich prze­ży­łam.

Tłu­mi­łam wszystko w sobie i po jakimś cza­sie te uczu­cia prze­stały mnie para­li­żo­wać.

Mia­łam wtedy dwa­dzie­ścia jeden lat.

Po skoń­cze­niu col­lege'u byłam zagu­biona. Stu­dio­wa­nie pole­gało na odha­cza­niu z listy kolej­nych zadań, podob­nie jak pod­czas robie­nia zaku­pów. Iść na zaję­cia. Ukoń­czyć pro­jekt. Przy­go­to­wać się do egza­minu. Przez cztery lata wszystko, co musia­łam robić, to posu­wać się naprzód w nauce. Teraz trzeba było samemu wyzna­czać wła­sne cele i oka­zało się, że sobie z tym nie radzę. W ciągu następ­nych sze­ściu mrocz­nych mie­sięcy cał­ko­wi­cie się roz­pa­dłam. Uda­wa­łam, że ist­nieję. Stra­ci­łam chło­paka, kilku ostat­nich przy­ja­ciół i za dużo kilo­gra­mów. Dokład­nie w tej kolej­no­ści. Funk­cjo­no­wa­łam niczym zepsuta wska­zówka kom­pasu, która nie potrafi popraw­nie wska­zać odpo­wied­niego kie­runku. Cóż, prawdę mówiąc, nawet nie sta­ra­łam się go odna­leźć. Zde­cy­do­wa­nie łatwiej było nie patrzeć, odpu­ścić i pozwo­lić sobie zejść na dno. Zresztą dokąd mia­łam podą­żać, skoro stra­ci­łam całą rodzinę?

Szybka sprze­daż domu babci w Cork spra­wiła, że nie cią­żyła na mnie pre­sja finan­sowa. W związku z tym, gdy moi kole­dzy z kie­runku podej­mo­wali pierw­sze eks­cy­tu­jące prace i dosta­wali się na staże, ja wynaj­mo­wa­łam gów­nianą kawa­lerkę przy Moun­tjoy Squ­are i egzy­sto­wa­łam. Moje życie stało się tak miał­kie, że sąsie­dzi nie mieli oka­zji mnie poznać. W nocy nie spa­łam, a w ciągu dnia snu­łam się bez życia. Nawet nie wiem, na czym mijały mi godziny, czas po pro­stu pły­nął, a ja nie mia­łam nic, żad­nych wspo­mnień.

Po mie­sią­cach takiego impasu nie mogłam już wypie­rać myśli, że na mój umysł wpływa coś wię­cej niż tylko żal po stra­cie. Poszłam do leka­rza, który wysłał mnie do tera­peutki, ale nie mogłam się zmu­sić, żeby wyznać jej praw­dziwy powód mojego cier­pie­nia. Każ­dego tygo­dnia mówi­łam tylko tyle, żeby wypi­sała mi kolejną receptę. Nie byłam pewna, czy pigułki dzia­łają, a jed­no­cze­śnie bałam się, że mają na mnie wpływ. Mimo wszystko nie chcia­łam dowie­dzieć się, czy to, co wyda­wało się dnem, tak naprawdę było nim zale­d­wie w poło­wie, więc kon­ty­nu­owa­łam tera­pię i bra­łam leki z nadzieją, że poczuję się lepiej.

I rze­czy­wi­ście w końcu coś zaczęło się zmie­niać.

Prze­sy­pia­łam noce, co przy­wró­ciło ostrość moim dniom. A to spra­wiało, że w ciągu dnia byłam nie­spo­kojna, roz­trzę­siona, ale nie mia­łam z kim się spo­ty­kać i dokąd pójść. Dla­tego zaczę­łam regu­lar­nie spa­ce­ro­wać po ścież­kach oka­la­ją­cych Zatokę Dubliń­ską. Zazwy­czaj wycho­dzi­łam około ósmej rano i prze­bi­ja­łam się przez tłum ludzi zmie­rza­ją­cych do cen­trum. Po pew­nym cza­sie tłum się prze­rze­dzał, a ja czu­łam się wolna, wpa­tru­jąc się w pro­mie­nie wscho­dzą­cego słońca, odbi­ja­jące się od tafli wody tuż pod moimi sto­pami. Moja trasa pro­wa­dziła zwy­kle na pół­noc mia­sta, wzdłuż brzegu, do dziel­nicy Clon­tarf, ale cza­sami szłam aż do Howth Head, a potem kie­ro­wa­łam się na połu­dnie i spa­ce­ro­wa­łam w pobliżu rzeki, koń­cząc podróż wiele godzin od startu w Dao Laogha­ire na przed­mie­ściach Dublina. Tam wsia­da­łam do auto­busu numer 46A i prze­sy­pia­łam całą drogę powrotną.

W ponure i desz­czowe dni nie mia­łam ochoty na spa­cery, więc musia­łam zna­leźć cie­płe i suche miej­sce, do któ­rego mogła­bym pójść, byle tylko nie sie­dzieć w miesz­ka­niu. Padło na biblio­tekę, naj­więk­szą, jaką udało mi się zna­leźć, w samym cen­trum mia­sta. Prze­wi­jało się przez nią wystar­cza­jąco dużo ludzi, żeby czuć się ano­ni­mowo i poru­szać wśród nich nie­zau­wa­żona, o ile nie nie­wi­doczna. Sia­da­łam w kącie i wiele razy prze­bie­ga­łam wzro­kiem tę samą stronę książki przy akom­pa­nia­men­cie kro­pli desz­czu ude­rza­ją­cych o szyby, które paro­wały od cie­płych odde­chów czy­tel­ni­ków. Po jakimś cza­sie potra­fi­łam już zatra­cić się w książce, którą wcze­śniej trak­to­wa­łam jak rekwi­zyt. Znowu mogłam się sku­pić. Wkrótce zaczę­łam wypo­ży­czać książki do domu, żeby czy­tać je wie­czo­rami lub zabie­rać ze sobą na spa­cery. Potem zain­te­re­so­wa­łam się goto­wa­niem: przy­go­to­wy­wa­łam łatwe, peł­no­war­to­ściowe posiłki. W końcu zadba­łam o sie­bie i o prze­strzeń, w któ­rej żyłam. Nie zda­wa­łam sobie z tego sprawy, ale robi­łam dokład­nie to, co kie­dyś poka­zała mi Bunia: pro­wa­dzi­łam pro­ste, ciche życie, które poma­gało zale­czyć rany. Wtedy, na Spa­nish Point, myśla­łam, że się ukry­wamy.

Nie jestem w sta­nie stwier­dzić, kiedy mgła w mojej gło­wie znik­nęła na dobre, ale gdy to się stało, natych­miast kupi­łam notat­nik i zestaw ołów­ków, ponie­waż dosko­nale wie­dzia­łam, co należy zro­bić: wyko­rzy­stać szansę.

Jeśli wydaje ci się, że już czy­ta­łeś te słowa, to praw­do­po­dob­nie masz rację i wiesz, co zro­bi­łam póź­niej.

We wrze­śniu 2014 roku roz­po­czę­łam stu­dia magi­ster­skie na kie­runku pisa­nie twór­cze na John's Col­lege w Dubli­nie. Wybra­łam ten uni­wer­sy­tet nie tylko dla­tego, że dzie­ka­nat zaak­cep­to­wał mój wnio­sek, ale rów­nież z powodu potwor­nej zbrodni, któ­rej widmo cią­żyło na kam­pu­sie. Kilka lat wcze­śniej na ścieżce bie­gną­cej wzdłuż Wiel­kiego Kanału zaata­ko­wano pięć stu­den­tek pierw­szego roku, które wra­cały do aka­de­mika po noc­nym wypa­dzie na mia­sto. Pozo­sta­wiono je nie­przy­tomne w wodzie i uto­nęły. Męż­czy­zna bez twa­rzy rze­czy­wi­ście przez jakiś czas poja­wiał się na nagłów­kach gazet, ale to Zabójca z kanału był na ustach wszyst­kich i to o nim powsta­wały filmy doku­men­talne, blogi i ostat­nio, wiele lat po tych wyda­rze­niach, pod­ca­sty. (Nie­dawno oka­zało się, że mor­derca ponow­nie działa. Zabił trzy osoby zwią­zane z St John's, a w momen­cie pisa­nia tej książki kraj obie­gła wia­do­mość o kolej­nej pró­bie mor­der­stwa). Wyszłam z zało­że­nia, że to jedyny uni­wer­sy­tet w Irlan­dii, który już zmaga się z demo­nem, o wiele bar­dziej osła­wio­nym niż ten nawie­dza­jący mnie. Mia­łam nadzieję, że nikt nie będzie zwra­cał na mnie uwagi i pytał, czy jestem "Dziew­czyną, która miesz­kała w miej­scu, gdzie...".

Od zawsze chcia­łam pisać. Nie wie­dzia­łam co, w jakim stylu i dla kogo, ale odkąd wyrwa­łam się z mroku, myśla­łam o tym coraz inten­syw­niej i w końcu pod­ję­łam decy­zję: nauczę się to robić i coś stwo­rzę. Po gło­wie cho­dziła mi myśl o mrocz­nej i pokrę­co­nej powie­ści napi­sa­nej pod pseu­do­ni­mem, dzięki czemu mogła­bym ano­ni­mowo prze­lać swoje cier­pie­nie na papier. Co prawda, ta ścieżka kariery była naje­żona nie­bez­pie­czeń­stwami, ale byłam sil­niej­sza i gotowa, żeby znowu uda­wać. Bo prze­cież na tym polega fik­cja lite­racka, prawda?

No cóż, nie według naszego wykła­dowcy, popu­lar­nego pisa­rza Jona­thana Eglina, któ­rego debiu­tancką powieść Esen­cja­li­sta nomi­no­wano do nagrody Bookera. Powie­dział nam to na pierw­szych zaję­ciach. Fik­cja lite­racka działa tylko wtedy, gdy jest skon­stru­owana jak krata, zza któ­rej padają pro­mie­nie prawdy abso­lut­nej. To miał być nasz cel, nie­za­leż­nie od tego, jaki gatu­nek lite­racki wybie­rzemy. Przez następne mie­siące zdzie­rał z nas maski i budo­wane przez lata poczu­cie wła­snej toż­sa­mo­ści, dopóki nie sta­li­śmy się cał­ko­wi­cie nadzy i nie zaczę­li­śmy prze­le­wać wła­snych odczuć pro­sto na papier.

Bro­ni­łam się tak długo, jak mogłam. W tam­tym momen­cie byłam prze­ko­nana, że jeśli tylko napi­szę słowa, które prze­czy­ta­li­ście we wstę­pie tej książki: "Mia­łam dwa­na­ście lat, kiedy pewien męż­czy­zna wła­mał się do naszego domu i zamor­do­wał moją matkę, ojca i sio­strę Annę, która już na zawsze pozo­sta­nie sied­mio­latką", stracę resztki gruntu pod nogami i ni­gdy nie wrócę z cze­lu­ści. Dla­tego pisa­łam krót­kie opo­wia­da­nia o szczę­śli­wych i kocha­ją­cych się rodzi­nach. Pocie­szał mnie sam pro­ces two­rze­nia tych rodzin. Czu­łam się tak, jak­bym pod­czas pisa­nia odwie­dzała ich i spraw­dzała, jak się mie­wają.

Zbli­żał się ter­min odda­nia prac. Zda­łam sobie z tego sprawę dzień przed, po połu­dniu. Ogar­nęło mnie wiel­kie prze­ra­że­nie: na następny ranek musia­łam napi­sać dwa tysiące słów na ocenę i kom­plet­nie o tym zapo­mnia­łam. Sie­dzia­łam w biblio­tece do póź­nych godzin wie­czor­nych, ale tylko wpa­try­wa­łam się w miga­jący kur­sor na ekra­nie. Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo pró­bo­wa­łam, słowa po pro­stu nie chciały przyjść mi do głowy. W końcu wró­ci­łam do domu ciem­nymi, mokrymi uli­cami i zaszy­łam się w sypialni, wpa­tru­jąc się bez­rad­nie w pustą, białą prze­strzeń na ekra­nie.

Wybiła pół­noc i zegar na wyświe­tla­czu poka­zał nową datę: 21 marca. Uro­dziny Anny. Koń­czy­łaby dwa­dzie­ścia jeden lat.

W tym momen­cie słowa same przy­szły do głowy. Zde­cy­do­wa­łam, że napi­szę wła­śnie o niej, zmie­nia­jąc imiona. Nie był to naj­lep­szy pomysł, ale w tam­tej chwili mar­twi­łam się jedy­nie o to, żeby wyjść z twór­czego impasu. Zaczę­łam pisać. "Mia­łam dwa­na­ście lat, kiedy pewien męż­czy­zna wła­mał się do naszego domu i zamor­do­wał moją matkę, ojca i sio­strę Annę, która już na zawsze pozo­sta­nie sied­mio­latką...".

Eglin nie dał się nabrać. Mój tekst miał w sobie to coś, pewną suro­wość, któ­rej w żad­nych z moich poprzed­nich prac nie było. Wysła­łam mu pracę wcze­snym ran­kiem, a pół godziny potem dosta­łam mejl z prośbą o przyj­ście do jego biura, kiedy tylko dotrę na uczel­nię. Idąc kory­ta­rzem wydziału sztuki, przy­go­to­wy­wa­łam się na to, że zaprze­czę wszyst­kiemu, ale Eglin nawet nie zapy­tał. Znał prawdę.

I nama­wiał mnie na publi­ka­cję tek­stu.

Pamię­tam, że nie wie­dzia­łam, od czego zacząć, jak powie­dzieć, dla­czego to ni­gdy się nie wyda­rzy.

- Eve, mogła­byś pomóc go zła­pać - rzekł bar­dzo cicho pro­fe­sor.

Te słowa zmie­niły wszystko.

Mia­łam wra­że­nie, że rzu­cam się z klifu. W noc przed tym, zanim moja praca ujrzała świa­tło dzienne, śni­łam o Annie wypeł­za­ją­cej z morza niczym hisz­pań­scy mary­na­rze, któ­rych wyobra­ża­łam sobie, będąc dziec­kiem. Wyglą­dała jak ban­shee1. Szła w moją stronę ze szpo­nia­stymi, gni­ją­cymi pal­cami. Jej blond włosy były roz­czo­chrane i splą­tane przez wodo­ro­sty. Krzy­czała, że jej nie ochro­ni­łam. Wtedy zro­zu­mia­łam, że chro­nie­nie samej sie­bie ozna­cza też chro­nie­nie mor­dercy. Nie zdo­łam zwró­cić życia człon­kom mojej rodziny, ale może uda mi się spra­wić, że zabójca zapłaci za to, że mi ich ode­brał.

Mój tekst uka­zał się na stro­nie inter­ne­to­wej "Irish Timesa" o czwar­tej rano ostat­niego dnia maja 2015 roku. Wer­sja dru­ko­wana wyszła tego samego ranka kilka godzin póź­niej. Wie­czo­rem byłam już na ustach wszyst­kich. Zaczęło się od mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Na kilku popu­lar­nych kon­tach poja­wił się link do mojej pracy. Potem udo­stęp­niali go już sami obser­wu­jący. Się­gnęła po niego rów­nież gazeta z Wiel­kiej Bry­ta­nii, a potem mie­sięcz­nik ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wyglą­dało na to, że cały świat zasta­na­wiał się, co się stało z dziew­czyną, która prze­żyła naj­bru­tal­niej­szy i ostatni atak Męż­czy­zny bez twa­rzy. A opi­nia publiczna łak­nęła coraz wię­cej.

Nie­ustra­szeni dzien­ni­ka­rze zna­leźli moje dane kon­tak­towe na por­talu stu­denc­kim, więc posy­pały się zapro­sze­nia do udziału w audy­cjach radio­wych i pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych. Nie byłam jesz­cze gotowa na opo­wia­da­nie w pro­gra­mach na żywo o tym, co się stało, ale chcia­łam jakoś wyko­rzy­stać tę szansę. Eglin skon­tak­to­wał mnie ze swoją redak­torką z Ive­agh Press, która zachę­ciła mnie do roz­wi­nię­cia arty­kułu w książkę. Powie­działa, że jeśli to zro­bię, opu­bli­kuje ją. To wła­śnie tę książkę trzy­ma­cie teraz w dło­niach.

Jesz­cze kilka tygo­dni wcze­śniej napi­sa­nie książki o histo­rii mojej rodziny byłoby zupeł­nie nie do pomy­śle­nia, ale gdy praca ujrzała świa­tło dzienne, coś się we mnie zmie­niło.

W ciągu kilku godzin od publi­ka­cji w inter­ne­cie poja­wiły się arty­kuły na temat mojego tek­stu. Dosta­wa­łam do nich linki od kole­gów z roku. Byli pod­eks­cy­to­wani, że jedno z nich naro­biło takiego szumu sło­wem pisa­nym i jak się zda­wało nie­świa­domi mojego bólu, kry­ją­cego się za całą tą histo­rią. Na początku wszystko igno­ro­wa­łam. Kon­se­kwent­nie uni­ka­łam czy­ta­nia cze­go­kol­wiek o spra­wie Męż­czy­zny bez twa­rzy. Przez lata, które upły­nęły od tam­tej nocy, ni­gdy nie wcho­dzi­łam w temat głę­biej niż ogólny zarys tego, co zro­bił mojej rodzi­nie i już to wyda­wało się okropne. Nie chcia­łam, żeby nie­wy­raźne kształty ofiar wyostrzyły się, bo nie była­bym w sta­nie wyrzu­cić ich obrazu z głowy.

Ale w końcu cie­ka­wość wzięła górę. Kli­ka­łam w linki i prze­glą­da­łam arty­kuły, szybko je prze­wi­ja­jąc.

Zatrzy­mało mnie mro­żące krew w żyłach zda­nie w czwar­tym lub pią­tym arty­kule.

"Pod jedną z podu­szek na kana­pie zna­le­ziono linę i nóż".

Prze­wi­nę­łam na dół i prze­czy­ta­łam cały aka­pit od początku. Dwa tygo­dnie wcze­śniej Gardaí poja­wili się w kom­plek­sie apar­ta­men­tow­ców, ponie­waż jedna z loka­to­rek, samot­nie miesz­ka­jąca kobieta, zna­la­zła linę i nóż pod poduszką na kana­pie w swoim salo­nie. Odkryła je pod­czas coty­go­dnio­wego odku­rza­nia. Według jej rela­cji wcze­śniej tych rze­czy tam nie było i o ile jej wia­domo, nikt obcy nie prze­by­wał u niej w miesz­ka­niu w ciągu ostat­niego tygo­dnia. Natych­miast powia­do­miła o zna­le­zi­sku naj­bliż­szy komi­sa­riat. Funk­cjo­na­riu­sze doszli do wnio­sku, że te rze­czy pozo­sta­wił Męż­czy­zna bez twa­rzy, przy­go­to­wu­jąc się do zbrodni.

Krew zaszu­miała mi w uszach, bo ja też pew­nego razu zna­la­złam linę i nóż pod poduszką na kana­pie.

Nikomu o tym nie powie­dzia­łam.

Odkry­łam je na krótko przed ata­kiem, może kilka dni wcze­śniej. Opie­ko­wa­łam się Anną przez pół godziny, bo mama wyszła zro­bić zakupy. Sio­stra namó­wiła mnie, żeby­śmy zagrały w grę. Nie do końca pamię­tam, o co w niej cho­dziło, ale musia­ły­śmy uło­żyć na pod­ło­dze stos z podu­szek. Kiedy pod­nio­słam ostat­nią z kanapy, wśród zagu­bio­nych gumek do wło­sów, okru­chów her­bat­ni­ków i lepią­cych się mie­dzia­ków zoba­czy­łam ple­cioną nie­bie­ską linę, zawią­zaną błysz­czącą taśmą i nóż mniej wię­cej dłu­go­ści książki w twar­dej opra­wie, z grubą, pla­sti­kową, żółtą ręko­je­ścią, przy­po­mi­na­jący zabawki marki Fisher Price. Ostrze było ząb­ko­wane i wyglą­dało na sta­ran­nie wyczysz­czone lub w ogóle nie­uży­wane.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Jim był na patrolu. Stał z wysoko pod­nie­sioną głową i się roz­glą­dał. Zatknął kciuki za pas, do któ­rego miał przy­wie­szone tele­fon, krót­ko­fa­lówkę i spo­rych roz­mia­rów latarkę. Pod wpły­wem cię­żaru skó­rzany pas opadł na bio­dra, więc męż­czy­zna był zmu­szony iść zama­szy­stym kro­kiem, ale lubił to. A kiedy wra­cał do domu i zdej­mo­wał pas, czuł się nie­swojo.

Sklep został otwarty zale­d­wie pół godziny temu, więc per­so­nelu wciąż było wię­cej niż klien­tów. Jim minął dział ze sprzę­tem domo­wym, prze­szedł przez dział odzieży dam­skiej i w końcu dotarł do działu spo­żyw­czego. Tutaj przy­naj­mniej był jakiś ruch. Grupka dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nich męż­czyzn w gar­ni­tu­rach śmi­gała mię­dzy alej­kami w poszu­ki­wa­niu owsia­nego mleka i pacz­ko­wa­nych zdro­wych sała­tek, jakby byli w trak­cie zada­nia mają­cego na celu budo­wa­nie rela­cji w zespole.

Jim wpa­try­wał się w ich twa­rze, gdy go mijali, dosko­nale wie­dząc, że przy­ciąga ich uwagę.

Potem udał się do wej­ścia, skąd widział resztę cen­trum han­dlo­wego i przez kilka minut obser­wo­wał wcho­dzą­cych i wycho­dzą­cych. Następ­nie spraw­dził sta­ran­nie usta­wione we wnęce wózki i zatrzy­mał się przy pojem­ni­kach z owi­nię­tymi w folię bukie­tami kwia­tów. Nachy­lił się, żeby je pową­chać, ale poczuł coś mdlą­cego i che­micz­nego.

Z jed­nego z pojem­ni­ków wycie­kała woda. Jim odpiął krót­ko­fa­lówkę i wci­snął przy­cisk.

- Przy kwia­tach trzeba posprzą­tać. Praw­do­po­dob­nie jeden z pojem­ni­ków jest nie­szczelny. Odbiór.

Przez trza­ski i zakłó­ce­nia usły­szał znu­dzony głos.

- Zgło­sze­nie przy­jęte, Jim.

O tej porze lubił zer­k­nąć na nagłówki gazet, więc ruszył w stronę odpo­wied­niego sto­iska. Zanim do niego dotarł, kątem oka dostrzegł, że po pra­wej, jakieś pięć metrów od niego, ktoś kuca za obro­to­wym sto­ja­kiem z kart­kami uro­dzi­no­wymi.

Jim nie zare­ago­wał, przy­naj­mniej z pozoru. Dalej szedł w swoją stronę, po czym sta­nął w takim miej­scu, żeby mógł obser­wo­wać inte­re­su­jący go obszar. Chwy­cił jakąś gazetę i roz­ło­żył ją przed twa­rzą. Przez chwilę patrzył na pierw­szą stronę, a potem uniósł wzrok.

Kobieta. Ubrana odpo­wied­nio do pory dnia. Roz­pięty trencz, duża skó­rzana torba zawie­szona na zgię­ciu łok­cia oraz sty­lowe, ale funk­cjo­nalne buty. Udrę­czony wyraz twa­rzy. Młoda pro­fe­sjo­na­listka w swoim zawo­dzie, zała­twia­jąca sprawy z dłu­giej listy rze­czy do zro­bie­nia przed pój­ściem do pracy, gdzie cze­kają ją kolejne obo­wiązki - a może takie chciała spra­wiać wra­że­nie. Ści­skała coś pod lewą pachą. Jim przy­pusz­czał, że to książka.

Dźwięk gongu prze­rwał lekką muzykę graną w tle i bez­na­miętny głos wezwał kogoś o imie­niu Marissa do działu z kwia­tami: "Marissa pro­szona o podej­ście do działu z kwia­tami. Marissa do działu z kwia­tami".

Obser­wo­wana kobieta wybrała jedną z kar­tek i przy­glą­dała się jej, jakby nie widziała w życiu nic bar­dziej inte­re­su­ją­cego.

Jim cały czas trzy­mał gazetę przed sobą. Gdyby kobieta spoj­rzała w jego stronę, zoba­czy­łaby siwe włosy i dło­nie nazna­czone pla­mami wątro­bo­wymi, ale na pewno nie iden­ty­fi­ka­tor z czer­wo­nym napi­sem OCHRONA, przy­pięty do kie­szeni koszuli.

Książka wyśli­zgnęła się spod jej pachy i z pla­śnię­ciem upa­dła na pod­łogę. Kobieta nachy­liła się, żeby ją pod­nieść...

Męż­czy­zna bez twa­rzy - gło­sił żółty napis na czar­nej, lśnią­cej okładce.

Kiedy pod­nio­sła książkę, Jim dostrzegł te same trzy słowa na grzbie­cie.

Krew natych­miast zadud­niła mu w uszach, a jego głowę wypeł­nił biały szum. Wszystko razem ukła­dało się w mono­tonny rytm:

Męż­czy­zna bez twa­rzy, męż­czy­zna bez twa­rzy, męż­czy­zna bez twa­rzy.

Miał świa­do­mość, że kobieta na niego patrzy, a on wygląda tak, jakby bez­czel­nie się jej przy­glą­dał. Ale nie mógł ode­rwać wzroku od książki. Stał jak wro­śnięty w pod­łogę, ogłu­szony coraz gło­śniej­szym ryt­mem, który był nie do znie­sie­nia.

MĘŻ­CZY­ZNA BEZ TWA­RZY, MĘŻ­CZY­ZNA BEZ TWA­RZY, MĘŻ­CZY­ZNA BEZ TWA­RZY.

Kobieta zmarsz­czyła brwi i poma­sze­ro­wała do kasy.

Jim nie postą­pił według stan­dar­dów i nie poszedł za nią, żeby spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście zapłaci za książkę. Ruszył w prze­ciw­nym kie­runku, w stronę alejki, gdzie znaj­do­wały się arty­kuły papier­ni­cze, nie­wielki wybór zaba­wek i książki.

To bele­try­styka, prze­ko­ny­wał sie­bie. Na pewno.

A jeśli się mylił?

Nie musiał długo szu­kać. Eks­po­zy­cja zaj­mo­wała aż trzy półki. Dostawa pew­nie przy­szła w nocy, a książka musiała być nowa, praw­do­po­dob­nie wła­śnie została wydana. Pod­szedł bli­żej, żeby zoba­czyć nazwi­sko autora...

Eve Black.

Zapa­mię­tał ją jako dwu­na­sto­let­nią dziew­czynkę, która stała w różo­wej koszuli noc­nej u szczytu scho­dów i wpa­try­wała się w pół­mrok. "Tata?", zapy­tała nie­pew­nie.

Nie. To nie­moż­liwe.

A jed­nak. Okładka zdra­dzała wszystko.

Męż­czy­zna bez twa­rzy. W poszu­ki­wa­niu prawdy.

Jim poczuł nagły przy­pływ gorąca. Jego policzki poczer­wie­niały, trzę­sły mu się ręce, bo despe­racko pra­gnął się­gnąć po książkę, cho­ciaż instynkt pró­bo­wał go od tego odwieść.

"Nie rób tego", powie­dział do sie­bie, wycią­ga­jąc rękę i bio­rąc książkę z półki.

Twarda okładka była gładka i błysz­cząca. Dotknął opusz­kami pal­ców liter skła­da­ją­cych się na tytuł i poczuł je na swo­jej skó­rze.

Męż­czy­zna bez twa­rzy.

Jego dru­gie imię.

Nadane mu przez prasę.

Nikt nie wie­dział, że należy do poczci­wego Jima.

Obró­cił książkę w dło­niach.

"Poja­wił się nocą w jej domu. Kiedy go opusz­czał, tylko ona pozo­stała przy życiu... Eve Black, jedyna oca­lała z ostat­niego i naj­bru­tal­niej­szego ataku Męż­czy­zny bez twa­rzy zagłę­bia się w prze­szłość potwora, który ter­ro­ry­zo­wał mia­sto Cork, w poszu­ki­wa­niu odpo­wie­dzi i pró­buje usta­lić toż­sa­mość mor­dercy".

Po tych wszyst­kich latach...

Pie­przona dziwka.

Jim otwo­rzył książkę. Jej grzbiet zatrzesz­czał niczym łamana kość.

Wstęp

"Dziew­czyna, która..."

Kiedy się spo­ty­kamy, praw­do­po­dob­nie przed­sta­wiam się jako Eve­lyn i mówię: "Miło cię poznać". Prze­kła­dam kie­li­szek do dru­giej ręki i potrzą­sam twoją wycią­gniętą dło­nią, lecz mój ruch jest nie­zdarny i kro­ple bia­łego wina opry­skują nas oboje. Prze­pra­szam i rumie­nię się ze wstydu. Ty machasz ręką i mówisz, że wszystko w porządku, nic się nie stało, naprawdę, ale rzu­casz okiem na swoją koszulę, którą praw­do­po­dob­nie na tę oka­zję odda­łeś do pralni, ukrad­kiem sza­cu­jąc straty. Pytasz, czym się zaj­muję, a ja nie jestem pewna, czy jestem roz­cza­ro­wana, czy zado­wo­lona, że ta roz­mowa potrwa dłu­żej. Odpo­wia­dam: "Ach, tym i owym" i odbi­jam pyta­nie. Teraz to ty odpo­wia­dasz, a ja z grzecz­no­ści udaję zain­te­re­so­wa­nie. Potem zapada cisza. Bra­kuje nam pomy­słów. W końcu korzy­stamy z ostat­niej moż­li­wo­ści: "Skąd znasz...?". Każde opo­wiada, jak poznało gospo­da­rza i szu­kamy wspól­nych zna­jo­mych. Praw­do­po­dob­nie udaje nam się kilku zna­leźć. Dublin to małe mia­sto. Chwy­tamy się innych tema­tów: liczba gości dzi­siej­szego wie­czoru, bar­dzo popu­larny pod­cast, Bre­xit. W pokoju robi się coraz cie­plej i gło­śniej. Ludzie, któ­rych nie znam, ocie­rają się o mnie, ale praw­dzi­wym źró­dłem mojego nie­po­koju, cze­goś, co spo­wo­duje wystą­pie­nie czer­wo­nych plam na mojej szyi, jest fakt, że w każ­dej chwili to do cie­bie dotrze, unie­siesz głowę, zmarsz­czysz brwi, spoj­rzysz na mnie, naprawdę na mnie spoj­rzysz i zapy­tasz: "Chwila, czy to ty jesteś tą dziew­czyną, która...?".

Zawsze towa­rzy­szy mi ta obawa, gdy poznaję nową osobę.

Tak, jestem tą dziew­czyną, która...

Mia­łam dwa­na­ście lat, kiedy pewien męż­czy­zna wła­mał się do naszego domu i zamor­do­wał moją matkę, ojca i sio­strę Annę, która już na zawsze pozo­sta­nie sied­mio­latką. Sły­sza­łam dziwne i nie­ja­sne dźwięki, które, jak się potem okaże, były krzy­kami gwał­co­nej i mor­do­wa­nej matki oraz duszo­nej sio­stry. Zakrwa­wione, poła­mane i posi­nia­czone ciało ojca leżało u pod­nóża scho­dów. Wydaje mi się, że odparł pierw­szy atak i pró­bo­wał doczoł­gać się do tele­fonu w kuchni, żeby zadzwo­nić po pomoc. Ja prze­ży­łam dzięki sła­bemu pęche­rzowi i puszce napoju poma­rań­czo­wego, którą prze­my­ci­łam do swo­jego pokoju i wypi­łam na godzinę przed pój­ściem spać. Kilka minut przed wej­ściem intruza na górę obu­dzi­łam się za potrzebą fizjo­lo­giczną. Sie­dzia­łam w łazience, kiedy to wszystko się zaczęło. Zamek był mar­nej jako­ści i nie mia­łam żad­nej drogi ucieczki. Gdyby zabójca pró­bo­wał otwo­rzyć drzwi, ja też stra­ci­ła­bym życie. Z jakie­goś powodu tego nie zro­bił.

Byli­śmy ostat­nią rodziną, którą zaata­ko­wał ten czło­wiek, ale nie pierw­szą. Popeł­nił pięć zbrodni w ciągu dwóch lat. Prasa nadała mu przy­do­mek Męż­czy­zny bez twa­rzy, ponie­waż - jak twier­dzili dzien­ni­ka­rze - Gardaí nic na niego nie mieli. Oprócz poje­dyn­czego przy­padku, kiedy pew­nej nocy ktoś mijał go samo­cho­dem i zauwa­żył na pobo­czu w świe­tle reflek­to­rów, nikt ni­gdy nie widział mor­dercy. Nosił komi­niarkę i cza­sem świe­cił ofia­rom pro­sto w oczy latarką, więc żadna z oca­la­łych osób nie potra­fiła podać przy­dat­nego opisu sprawcy. Uży­wał pre­zer­wa­tyw, a na miej­scach zbrodni nie pozo­sta­wiał żad­nych wło­sów ani odci­sków pal­ców. Zawsze pamię­tał o zabra­niu swo­jej broni - noża, a w póź­niej­szym cza­sie pisto­letu. Jedyne, co zna­leźli poli­cjanci, to strzępy ple­cio­nej nie­bie­skiej liny, którą krę­po­wał ofiary. Nie­stety, mate­riał nie oka­zał się pomocny. Sprawca mówił dziw­nym, chra­pli­wym szep­tem, co unie­moż­li­wiało usta­le­nie praw­dzi­wego tem­bru jego głosu. Wszyst­kie zbrod­nie popeł­niał w obrę­bie Cork, naj­bar­dziej wysu­nię­tego na połu­dnie i naj­więk­szego hrab­stwa w Irlan­dii. Spraw­nie się po nim poru­szał, ata­ku­jąc zarówno w Fer­moy, mie­ście odda­lo­nym o czter­dzie­ści kilo­me­trów od Cork, sto­licy hrab­stwa, jak i w Blac­krock, czyli na jej przed­mie­ściach.

Minęło pra­wie dwa­dzie­ścia lat. Mor­derca pozo­staje na wol­no­ści, a mnie bar­dzo bra­kuje rodziny i czuję nie­mal fan­to­mowy ból. Ich nie­obec­ność w moim życiu, tra­gizm ich losów, ból, który musieli cier­pieć, jest cią­głym dzwo­nie­niem w moich uszach, sma­kiem w moich ustach, swę­dze­niem na skó­rze. Jest zawsze i wszę­dzie. Nie potra­fię spra­wić, żeby to ode­szło. Czas nie ule­czył ran, gorzej, spo­wo­do­wał, że wdała się w nie gan­grena. Mając trzy­dzie­ści lat, uświa­da­miam sobie roz­miar mojej straty w znacz­nie szer­szym kon­tek­ście, niż gdy byłam dwu­na­sto­latką. A odpo­wie­dzialny za nią potwór wciąż cho­dzi na wol­no­ści, wciąż nie został ziden­ty­fi­ko­wany. Może nawet spę­dza czas ze swoją rodziną. Ten cał­kiem praw­do­po­dobny sce­na­riusz dopro­wa­dza mnie do takiego szału, że w gor­sze dni nie potra­fię sku­pić się na niczym innym. Nie­kiedy żałuję, że mor­derca mnie też nie pozba­wił życia.

Ale ty dopiero co pozna­łeś mnie na impre­zie bożo­na­ro­dze­nio­wej. Albo na ślu­bie. Lub na pre­mie­rze jakiejś książki. Nie znam cię, lecz zdaję sobie sprawę, że nie wie­dział­byś, jak zare­ago­wać, gdy­bym powie­działa to wszystko na głos w odpo­wie­dzi na twoje pyta­nie. Jestem dziew­czyną, która...? Udaję zdzi­wie­nie. Dziew­czyną, która co? Po ilu drin­kach już jesteś?

Przez te wszyst­kie lata zdą­ży­łam nabrać wprawy. Doj­dziesz do wnio­sku, że się pomy­li­łeś. Roz­mowa zmieni kie­ru­nek.

A ja dalej będę zma­gać się ze swoim brze­mie­niem. Dopóki wystar­czy mi sił.

Po ataku moja jedyna żyjąca bab­cia - Colette, matka ojca - zabrała mnie do miej­sca o nazwie Spa­nish Point na wybrzeżu atlan­tyc­kim Irlan­dii. Poje­cha­ły­śmy w poło­wie paź­dzier­nika, gdy ostatni maru­de­rzy pako­wali swoje rze­czy, i wpro­wa­dzi­ły­śmy się do nie­wiel­kiego, bie­lo­nego domku, który - jak prze­ka­zała mi bab­cia - stał tam jesz­cze zanim nastą­pił wielki głód. Przed naszym przy­jaz­dem drzwi odma­lo­wano na jaskra­wo­czer­wony kolor i za każ­dym razem, kiedy na nie patrzy­łam, wyobra­ża­łam sobie krew spły­wa­jącą z jasnych ścian sypialni.

Prze­by­wa­ły­śmy tam trzy tygo­dnie, zanim do mnie dotarło, że pogrzeby musiały się już odbyć.

Domek stał na wąskim skrawku terenu, mię­dzy nad­brzeżną drogą i pozor­nie bez­kre­snym morzem, któ­rego wody wzbu­rzone przez gwał­towne wia­try odbi­jały się od jedy­nej prze­szkody w pro­mie­niu tysięcy kilo­me­trów. Nasze poło­że­nie nie wyda­wało się pewne. W nocy, gdy leża­łam w łóżku, słu­cha­łam grzmotu fal i mar­twi­łam się, że następna roz­bije domek, a to, co z nas zosta­nie, zabie­rze odpływ.

Nie poma­gał fakt, że obszar nazwano Spa­nish Point z racji tego, że w 1588 roku dwa statki nale­żące do hisz­pań­skiej armady roz­biły się na tym cyplu. Według opo­wie­ści miej­sco­wych mary­na­rze, któ­rzy nie zato­nęli, zostali stra­ceni, spa­leni i pocho­wani w maso­wym gro­bie o nazwie Tuama na Spa­in­ne­ach, czyli hisz­pań­ski gro­bo­wiec. Pod­czas zimo­wych mie­sięcy, kiedy noc zapa­dała szybko, szłam na plażę po zmroku i wyobra­ża­łam sobie, że duchy tych męż­czyzn wycho­dzą z wody. Wyglą­dali jak połą­cze­nie egip­skich mumii i hol­ly­wo­odz­kich pira­tów. Zawsze szli pro­sto na mnie.

Życie na Spa­nish Point mijało na bole­śnie pro­stych czyn­no­ściach. Nie mia­ły­śmy tele­wi­zora ani kom­pu­tera, nie pamię­tam też, żeby w domu były jakieś gazety. Bab­cia, którą nazy­wa­łam Bunią, przez kilka poran­nych godzin słu­chała radia, ale tylko sta­cji nada­ją­cych tra­dy­cyjną irlandzką muzykę, bez przerw na wia­do­mo­ści. Od czasu do czasu dzwo­nił tele­fon sta­cjo­narny, ale wtedy Bunia wypra­szała mnie do dru­giego pokoju - albo na dwór, jeśli pozwa­lała na to pogoda - i roz­ma­wiała szep­tem z osobą znaj­du­jącą się po dru­giej stro­nie linii. W ciągu pierw­szych tygo­dni i mie­sięcy naszego pobytu na Spa­nish Point tele­fon dzwo­nił czę­sto, ale póź­niej połą­cze­nia stały się tak rzad­kie, że na dźwięk prze­ni­kli­wego dzwonka obie pod­ska­ki­wa­ły­śmy i patrzy­ły­śmy na sie­bie spa­ni­ko­wane, jakby wła­śnie włą­czył się alarm poża­rowy, o któ­rego ist­nie­niu nie mia­ły­śmy poję­cia.

Przez pierw­szy rok pra­wie każdy dzień spę­dza­ły­śmy tak samo. W pełni anga­żo­wa­ły­śmy się w codzienne obo­wiązki, żeby powstrzy­mać nara­sta­jące poczu­cie żalu. Wszyst­kie posiłki przy­go­to­wy­wa­ły­śmy i spo­ży­wa­ły­śmy powoli, a potem nad­cho­dził czas mycia naczyń. Przy odpo­wied­nim nasta­wie­niu nawet naj­prost­sze śnia­da­nie skła­da­jące się z tostów z jaj­kami potra­fiło nam zająć dobrą godzinę. Przed połu­dniem sprzą­ta­ły­śmy i robi­ły­śmy pra­nie, co bab­cia nazy­wała po pro­stu "pracą". Po obie­dzie długo spa­ce­ro­wa­ły­śmy po plaży i wra­ca­ły­śmy głodne na kola­cję. Wie­czo­rami Bunia roz­pa­lała ogień w kominku. Sie­dzia­ły­śmy w ciszy, czy­ta­jąc książki, aż pło­mień doga­sał, po czym razem spraw­dza­ły­śmy, czy drzwi są zamknięte i szły­śmy do swo­ich sypialni.

Dopiero kiedy byłam w łóżku, sama, w ciem­no­ści, mogłam odpu­ścić i pozwo­lić, by zawład­nęły mną emo­cje. Smu­tek, żal, zamęt pochła­niały mnie niczym wyso­kie fale oce­anu. Dosko­nale wie­dzia­łam, że bez względu na to, jak bab­cia pró­bo­wała roz­pro­szyć moje myśli, cze­kały one na mnie pod koniec dnia. Każ­dej nocy pła­ka­łam aż do zaśnię­cia i śni­łam o roz­kła­da­ją­cych się w zabło­co­nych gro­bach zwło­kach. W szcze­gól­no­ści Anny, która pró­buje wydo­stać się z ciem­nej otchłani i wró­cić do mnie.

Ni­gdy nie roz­ma­wia­ły­śmy o tym, co się wyda­rzyło. Bab­cia nawet nie wypo­wia­dała ich imion. Cza­sem sły­sza­łam, jak cicho łka przez sen, a raz byłam świad­kiem, jak prze­glą­dała pudło ze sta­rymi zdję­ciami nale­żące do mamy. Po jej pomarsz­czo­nych policz­kach spły­wały łzy. Drę­czyło mnie mnó­stwo pytań na temat tego, co się stało, ale nie śmia­łam ich zadać. Nie chcia­łam jesz­cze bar­dziej zasmu­cać Buni. Przy­pusz­cza­łam, że zaszy­ły­śmy się w tym domku, ponie­waż mor­derca wciąż był na wol­no­ści i praw­do­po­dob­nie już wie­dział, że ktoś prze­żył atak. Cza­sem, będąc w pół­śnie, widzia­łam go sto­ją­cego przy moim łóżku. Wyglą­dał jak zabójca z hor­roru: cały we krwi i z sza­leń­stwem w oczach. Nie­kiedy wbi­jał we mnie nóż, wtedy budzi­łam się i zda­wa­łam sobie sprawę, że to był tylko wytwór mojej wyobraźni.

Raz w tygo­dniu szły­śmy z bab­cią do pobli­skiego mia­steczka, żeby wymie­nić książki w biblio­tece i zro­bić zakupy spo­żyw­cze. Nie spusz­czała mnie z oczu i pole­ciła, żebym przed­sta­wiała się peł­nym imie­niem: Eve­lyn, a nie Eve. Rok póź­niej, kiedy zaczy­na­łam naukę w szkole śred­niej, przy­ję­łam nazwi­sko panień­skie Buni, która wydała mi dal­sze instruk­cje. Mia­łam mówić, że moi rodzice zgi­nęli w wypadku samo­cho­do­wym i że jestem jedy­naczką, ale tylko jeśli ktoś naprawdę będzie dopy­ty­wał. "Sama się nie wychy­laj", powie­działa. Do dziś kie­ruję się tą złotą zasadą.

Nie sprze­ci­wia­łam się babci. Chcia­łam przy­po­mi­nać inne dziew­czyny z mojej klasy. Zało­ży­łam, że to, co czuję - jakby moje wnętrz­no­ści były jedną wielką otwartą raną, a ciało cienką sko­rupą, która ją ukrywa - zosta­nie już ze mną na zawsze, a jeśli dam coś po sobie poznać, to tylko pogor­szę sprawę. Świet­nie uda­wa­łam, że wszystko w porządku, ale cią­gle musia­łam uwa­żać, żeby nie prze­kro­czyć cien­kiej gra­nicy i się nie zała­mać.

Uda­wa­łam przez wszyst­kie lata szkolne, pod­czas matury i przez cztery lata spę­dzone na uni­wer­sy­te­cie w Gal­way, gdzie stu­dio­wa­łam biz­nes. Wybra­łam ten kie­ru­nek, ponie­waż był prze­wi­dy­walny. Uwiel­bia­łam czy­tać i pisać, więc przez długi czas zasta­na­wia­łam się nad sztuką, lite­ra­turą lub pisa­niem twór­czym. W końcu doszłam do wnio­sku, że nie dam rady dys­ku­to­wać na semi­na­riach o trau­mie, żalu lub prze­mocy w gro­nie obcych ludzi. W kon­se­kwen­cji nie zali­czy­ła­bym roku. Bazy danych i mate­ma­tyka wyda­wały się bez­piecz­niej­szą moż­li­wo­ścią.

Nie śni­łam już o roz­kła­da­ją­cych się zwło­kach i zabój­cach z nożami, ale zaczę­łam się drę­czyć poszu­ki­wa­niem w tłu­mie kobiety, która wyglą­da­łaby tak, jak wyobra­ża­łam sobie swoją sio­strę w przy­szło­ści. Czyli w zasa­dzie kogoś, kto przy­po­mi­nałby mnie, gdy mia­łam szes­na­ście lat, bo był to mój jedyny punkt odnie­sie­nia. Ni­gdy nie zna­la­złam odpo­wied­niej kan­dy­datki.

- Dobra?

Jim z gło­śnym hukiem zamknął książkę. Obok niego stał Steve O'Reilly, kie­row­nik sklepu. Opie­rał się o regał, z zało­żo­nymi rękami i wyra­zem wyż­szo­ści na twa­rzy, sta­no­wią­cym jego znak fir­mowy.

W gło­wie Jima pobrzmie­wało echo nie­dawno prze­czy­ta­nych słów. "Mia­łam dwa­na­ście lat...", "...męż­czy­zna wła­mał się do naszego domu...", "...zamor­do­wał moją matkę, ojca i sio­strę...", "Zamek był mar­nej jako­ści...", "Z jakie­goś powodu tego nie zro­bił".

- Nie dla mnie - zdo­łał wydu­sić po chwili i odło­żył książkę na półkę, korzy­sta­jąc z oka­zji, żeby wziąć głę­boki oddech i zwil­żyć usta języ­kiem.

Jego palce zosta­wiły smugi na błysz­czą­cej, czar­nej okładce.

- Czyżby? - Steve uniósł brwi. - Nie oszu­kasz mnie, Jim. Byłeś wyraź­nie zaczy­tany.

Steve miał dwa­dzie­ścia sześć lat, nosił poły­skliwe gar­ni­tury, a jego rzed­nące włosy pokry­wała gruba war­stwa żelu, ale jakimś cudem w swoim mnie­ma­niu był kimś, a Jim nikim. Naj­więk­szym wyzwa­niem dla Jima było powstrzy­my­wa­nie chęci wypro­wa­dze­nia dzie­ciaka z błędu.

Odwró­cił się i spoj­rzał prze­ło­żo­nemu w oczy. Przy­jął taką samą postawę, krzy­żu­jąc ramiona na klatce pier­sio­wej i opie­ra­jąc się lekko o regał. Pro­sty trik, który zawsze wpra­wia ludzi w kon­ster­na­cję. A następ­nie przy­brał cał­ko­wi­cie neu­tralny wyraz twa­rzy.

- Masz do mnie jakąś sprawę, Steve?

Młod­szy męż­czy­zna prze­niósł cię­żar ciała na drugą nogę.

- Tak. Pamię­taj, że jesteś w pracy. To nie biblio­teka. - Się­gnął po ten sam egzem­plarz książki, który przed chwilą odło­żył Jim. - Męż­czy­zna bez twa­rzy? Co ty wypra­wiasz? Pró­bu­jesz wró­cić myślami do cza­sów swo­jej świet­no­ści? A, nie. Cze­kaj. W prze­szło­ści sie­dzia­łeś za biur­kiem, nie ści­ga­łeś prze­stęp­ców.

Steve otwo­rzył książkę na wkładce zdję­cio­wej. Papier był biel­szy, grub­szy i lśniący.

Foto­gra­fia po lewej przed­sta­wiała duży dom jed­no­ro­dzinny i rodzi­ców z dwójką małych dzieci pozu­ją­cych przy cho­ince.

Na zdję­ciu po pra­wej wid­niał szkic wyko­nany ołów­kiem.

Ten szkic.

Steve stuk­nął w kartkę.

- Tak, tak. Sły­sza­łem o tym.

Jim patrzył na szkic do góry nogami, ale natych­miast go roz­po­znał. Przed­sta­wiał okrą­głą, mię­si­stą twarz męż­czy­zny o małych, głę­boko osa­dzo­nych oczach. Miał na gło­wie coś, co wyglą­dało jak gruba weł­niana czapka, którą nacią­gnął na brwi. Por­tret wyko­nano pod lek­kim kątem, jakby męż­czy­zna usły­szał od arty­sty, żeby odro­binę odwró­cił głowę w lewo.

Rysu­nek zaj­mo­wał dwie trze­cie strony, a pod nim znaj­do­wał się krótki pod­pis. Praw­do­po­dob­nie mówił o tym, że por­tret stwo­rzono na pod­sta­wie zeznań świadka, który prze­jeż­dżał samo­cho­dem obok domu O'Sul­li­va­nów na Bally's Lane, nie­opo­dal Car­ri­ga­line w hrab­stwie Cork, we wcze­snych godzi­nach ran­nych, czter­na­stego stycz­nia roku dwa tysiące. Kobieta dostrze­gła w świe­tle reflek­to­rów męż­czy­znę na pobo­czu. "Skra­dał się", stwier­dziła. To był jedyny raz, kiedy widziano mor­dercę o pseu­do­ni­mie Męż­czy­zna bez twa­rzy.

Jim o to zadbał.

Tam­tej nocy, gdy cze­kał w ciem­no­ściach, był prze­ko­nany, że usły­szy sil­nik nad­jeż­dża­ją­cego samo­chodu, zanim przed­nie reflek­tory oświe­tlą pobo­cze, ale auto pro­wa­dzone przez Cla­ire Bar­din - miesz­ka­jącą we Fran­cji Irlandkę, która przy­je­chała do domu na święta - poja­wiło się zni­kąd. Kobieta nagle wyje­chała zza zakrętu, a on bez­myśl­nie spoj­rzał pro­sto w snop świa­tła. W tam­tym momen­cie poczuł zimny powiew. Po upły­wie sekundy znowu stał w ciem­no­ści, spięty i zde­ter­mi­no­wany, w jego orga­ni­zmie buzo­wała adre­na­lina.

Szkic był zaska­ku­jąco trafny, mimo że Bar­din nie spo­tkała się z poli­cyj­nym rysow­ni­kiem w noc zda­rze­nia. Poja­wiła się w komi­sa­ria­cie Garda pół roku póź­niej, przy oka­zji przy­jazdu do Cork na ślub sio­stry. Prze­czy­tała arty­kuł w gaze­cie o ataku i zdała sobie sprawę, że data i miej­sce zga­dzają się z dziw­nym spo­tka­niem z męż­czy­zną na pobo­czu.

Dzień po tym, jak zoba­czył por­tret w gaze­cie, Jim zaczął tre­ningi na base­nie, dzięki czemu jego twarz wyszczu­plała, wyostrzyła się linia szczęki i uwy­dat­niły kości policz­kowe.

Ale te cho­lerne oczy i uszy. Szcze­gól­nie oczy. Nie zmie­niały się wraz z inten­syw­nymi tre­nin­gami i wie­kiem. Nawet ope­ra­cja pla­styczna nie mogła zmie­nić ich umiej­sco­wie­nia w czaszce, roz­stawu czy innych cech cha­rak­te­ry­stycz­nych.

A Cla­ire Bar­din bar­dzo dobrze je zapa­mię­tała.

Powrót do teraź­niej­szo­ści. Steve zmarsz­czył brwi, wpa­tru­jąc się w szkic.

- Wra­caj do pracy, Jim. - Zamknął książkę i wsa­dził ją pod pachę. - Idę na prze­rwę. Nie chcę wię­cej widzieć, jak się obi­jasz.