Jim nie był w stanie myśleć o niczym innym, odkąd dowiedział się o istnieniu książki. Czuł się tak, jakby wokół niego płonął pierścień
ognia, który z każdą mijającą sekundą zbliżał się, grożąc spaleniem go
warstwa po warstwie. Najpierw ubranie, potem skóra, by w końcu pozbawić
Jima życia. Jeśli ogień go dosięgnie, pozostanie po nim jedynie popiół i wszystkie sekrety wyjdą na jaw.
Musiał ugasić ogień. Natychmiast.
Ale o co tak naprawdę chodziło? Czym była ta książka? Dlaczego Evelyn ją
napisała i dlaczego właśnie teraz? W życiu Jima nic się nie zmieniło.
Nikt nie zapukał do drzwi jego domu. Jeśli chciała ustalić tożsamość
mordercy, to Jim już znał zakończenie: nie udało się jej.
Tyle że jemu to nie wystarczało. Musiał wiedzieć, czym Eve Black
zapełniła strony swojej książki, co robiła przez te osiemnaście lat,
odkąd widział ją po raz ostatni, gdy stała u szczytu schodów, i co
opowiedziała światu o tamtej nocy.
Kiedy jedna z kasjerek zapytała go, czy wszystko w porządku - był
zarumieniony, pocił się i jej zdaniem wyglądał na chorego - Jim
dostrzegł dla siebie szansę. Przekazał Steve'owi przez krótkofalówkę, że
wraca do domu z powodów zdrowotnych i od razu się rozłączył, nie dając
przełożonemu okazji do zrzędzenia. Odbił kartę ewidencji czasu pracy i szybkim krokiem ruszył do samochodu na parking dla pracowników.
Ale nie wrócił do domu. Pojechał do miasta.
Na Patrick Street znajdowała się księgarnia sieci Waterstones. Odwiedził
ją może dwa razy, ale pamiętał, że była duża, a budynek, w którym się
mieściła, ciągnął się aż do Paul Street.
Choć Jim nie czuł zagrożenia, nie chciał przyciągać niepotrzebnej uwagi.
Nie ryzykowałby kupna książki w centrum handlowym, gdzie pracował, ani w małej księgarni, w której sprzedawca prawdopodobnie pamięta każdego
klienta i to, co kupił. Zakup internetowy pozostawiłby ślad i trzeba
byłoby poczekać na dostawę.
A Jim potrzebował książki natychmiast.
Zatrzymał się na wielopoziomowym parkingu na Paul Street i podszedł do
tylnego wejścia księgarni. Miał na sobie płaszcz, żeby ukryć mundur
ochroniarza. Gdy zamknął za sobą drzwi, szum ulicy ucichł, a on został
owinięty kokonem ciszy panującej w pomieszczeniu.
W środku było trzech, czterech klientów i facet w T-shircie, który
układał książki na regale w rogu. Zbyt cicho. Nie grało nawet radio.
Jim powoli, ale z determinacją, ruszył na front sklepu. Starał się
wyglądać jak typowy klient. Tu podniósł książkę, tam podziwiał okładkę,
czytał teksty na odwrocie, odkładał na półkę. Zatrzymał się, żeby
sprawdzić ofertę specjalną. W końcu przejrzał pudełko z wielkim napisem
OSTATNIA SZANSA NA ZAKUP.
Mężczyznę bez twarzy znalazł przy głównym wejściu.
Egzemplarze leżały na oddzielnym stole, ustawione po kilka w stosy,
które tworzyły półkole. Jeden egzemplarz stał pośrodku na szklanej
podstawce. Odręczny napis na kartce głosił: "Historia najsłynniejszej
zbrodni w Cork, opowiedziana przez jedyną ocalałą".
Jim chwycił książkę i położył dłoń na okładce, jakby chciał poczuć, jaki
wpływ na jego przyszłość będzie miała ta powieść.
Czy opisywała te wszystkie złe rzeczy, które zrobił, te wszystkie złe
rzeczy, które potem zostawił za sobą? Stanowiła dla niego pewnego
rodzaju zagrożenie, owszem, ale pomysł przeczytania jej, przypomnienia
sobie dni chwały...
Cóż to by była za wspaniała rozrywka.
- Właśnie dzisiaj przyszła. - Po drugiej stronie stolika, metr przed
Jimem, stał szeroko uśmiechnięty mężczyzna po czterdziestce, ubrany na
luzie. Plakietka informowała, że ma na imię Kevin. - Nawiasem mówiąc,
świetna lektura, jeśli ma się mocne nerwy. Niesamowite, że to wszystko
wydarzyło się w tym mieście.
- Już pan przeczytał? - zapytał Jim.
- Tak, skończyłem parę miesięcy temu. Dostajemy egzemplarze sygnalne.
- I co? Odnalazła mordercę?
- Cóż, i tak, i nie. Trudno powiedzieć...
Wcale nie. Jim wciąż był na wolności, wciąż nikt go nie rozpoznał.
Zastanawiał się, czy nie poprosić Kevina o rozwinięcie tematu, ale
doszedł do wniosku, że ich rozmowa już trwała dłużej, niż powinna. W tym
momencie do księgarni weszły dwie nastolatki w szkolnych mundurkach,
przyciągając uwagę sprzedawcy głośnym śmiechem i rozmową. Jim skorzystał
z okazji, wziął egzemplarz i odszedł.
Kasa znajdowała się pośrodku sklepu. Po drodze Jim wziął kolejną książkę
mniej więcej tego samego formatu, co Mężczyzna bez twarzy. Okładka
przedstawiała rząd różnokolorowych plażowych domków pod błękitnym
niebem. Przy kasie chwycił też pierwszą z brzegu kartkę z napisem
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO.
Kasjerka była młoda, pretensjonalna, typ studentki. Taka, która
dokładnie przygląda się każdej pozycji, zanim zeskanuje kod kreskowy.
- Dość przypadkowy wybór - powiedziała cierpko.
Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy, miał ochotę odwarknąć Jim.
- Cóż, nie jestem pewien, co przypadnie do gustu mojej żonie. Ma
urodziny - odpowiedział.
- Dlatego... - Dziewczyna spojrzała na dwie całkowicie różniące się od
siebie okładki - woli się pan zabezpieczyć?
- Coś w tym stylu.
- Mogę pomóc panu coś wybrać...
- Nie, dziękuję. Pozostanę przy tych dwóch pozycjach.
Planował wyjść tymi samymi drzwiami, którymi wszedł, ale teraz stał przy
nich Kevin i porządkował regały, więc Jim odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę głównego wyjścia.
Opuszczając księgarnię, zauważył, że cała witryna jest wypełniona
egzemplarzami Mężczyzny bez twarzy.
Za nimi, na czerwonej filcowej tablicy, przypięto wycinki ze starych
gazet.
"Potworne morderstwo w Blackrock".
"Garda prowadzi specjalną operację, żeby schwytać Mężczyznę bez twarzy".
"Czteroosobowa rodzina zamordowana w szaleńczym ataku na Passage West".
Ostatni nagłówek zawierał błąd. Prawdopodobnie pochodził z porannego
wydania gazety, gdy informacje dotyczące oględzin domu na Bally's Line
były w stanie równie totalnego chaosu jak samo miejsce zbrodni.
W tamtym domu zginęły trzy osoby.
Dlatego teraz pojawił się problem.
Po dotarciu na parking Jim wsiadł do samochodu i zamknął drzwi. Celowo
zatrzymał się w odległym rogu, z dala od wind, automatów płatniczych i największego ruchu. Wyciągnął z torby obie książki i zamienił obwoluty.
Tak na wszelki wypadek.
Otworzył Mężczyznę bez twarzy i znalazł fragment, na którym przerwał
mu Steve.
Rozsiadł się wygodnie i zaczął czytać.
W każdy weekend, przerwę świąteczną czy wakacje wracałam do Spanish
Point, do życia z Bunią, tak jak wraca się do własnego łóżka po ciężkim
dniu. Starałam się nie myśleć o jej szarzejącej skórze, coraz głębszych
zmarszczkach i drżącym głosie oraz o wielu innych rzeczach, które mnie
przytłaczały.
Babcia zmarła we śnie, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w 2010 roku, w wieku osiemdziesięciu czterech lat. Pamiętam, jak znalazłam
ją rano. Zimna skóra przedramienia od razu zdradziła, że nie było już
sensu wzywać pomocy. Wspomnienia z następnych tygodni to fragmentaryczne
obrazy.
Nigdy tak naprawdę nie opłakiwałam śmierci rodziców i siostry, a przynajmniej nie w taki sposób, który pozwala przepracować ból i ruszyć
naprzód, mimo jego odczuwania. W tamtym okresie opłakiwałam całą
czwórkę. Było tak, jakby płyty tektoniczne mojego życia przesunęły się,
tworząc głęboką otchłań, do której wpadły wszystkie uczucia związane z żałobą. Zostałam sama z całej rodziny i traciłam grunt pod nogami.
Problem polegał na tym, że nauczyłam się tak dobrze udawać, że nikt tego
nie dostrzegał.
Skończyłam studia z doskonałymi wynikami. Kolega z uczelni stał się moim
chłopakiem, chociaż nie pamiętam, jak do tego doszło. Co więcej,
praktycznie nic o mnie nie wiedział. Mnóstwo czasu spędzałam na
spotkaniach w zbyt oświetlonych gabinetach z zakurzonymi żaluzjami,
podpisując podsuwane mi raz za razem dokumenty z przyklejonymi do nich
małymi kolorowymi znacznikami, zupełnie niepasującymi do mojego ponurego
zadania: przejmowania własności moich bliskich, ponieważ ich przeżyłam.
Tłumiłam wszystko w sobie i po jakimś czasie te uczucia przestały mnie
paraliżować.
Miałam wtedy dwadzieścia jeden lat.
Po skończeniu college'u byłam zagubiona. Studiowanie polegało na
odhaczaniu z listy kolejnych zadań, podobnie jak podczas robienia
zakupów. Iść na zajęcia. Ukończyć projekt. Przygotować się do egzaminu.
Przez cztery lata wszystko, co musiałam robić, to posuwać się naprzód w nauce. Teraz trzeba było samemu wyznaczać własne cele i okazało się, że
sobie z tym nie radzę. W ciągu następnych sześciu mrocznych miesięcy
całkowicie się rozpadłam. Udawałam, że istnieję. Straciłam chłopaka,
kilku ostatnich przyjaciół i za dużo kilogramów. Dokładnie w tej
kolejności. Funkcjonowałam niczym zepsuta wskazówka kompasu, która nie
potrafi poprawnie wskazać odpowiedniego kierunku. Cóż, prawdę mówiąc,
nawet nie starałam się go odnaleźć. Zdecydowanie łatwiej było nie
patrzeć, odpuścić i pozwolić sobie zejść na dno. Zresztą dokąd miałam
podążać, skoro straciłam całą rodzinę?
Szybka sprzedaż domu babci w Cork sprawiła, że nie ciążyła na mnie
presja finansowa. W związku z tym, gdy moi koledzy z kierunku
podejmowali pierwsze ekscytujące prace i dostawali się na staże, ja
wynajmowałam gównianą kawalerkę przy Mountjoy Square i egzystowałam.
Moje życie stało się tak miałkie, że sąsiedzi nie mieli okazji mnie
poznać. W nocy nie spałam, a w ciągu dnia snułam się bez życia. Nawet
nie wiem, na czym mijały mi godziny, czas po prostu płynął, a ja nie
miałam nic, żadnych wspomnień.
Po miesiącach takiego impasu nie mogłam już wypierać myśli, że na mój
umysł wpływa coś więcej niż tylko żal po stracie. Poszłam do lekarza,
który wysłał mnie do terapeutki, ale nie mogłam się zmusić, żeby wyznać
jej prawdziwy powód mojego cierpienia. Każdego tygodnia mówiłam tylko
tyle, żeby wypisała mi kolejną receptę. Nie byłam pewna, czy pigułki
działają, a jednocześnie bałam się, że mają na mnie wpływ. Mimo wszystko
nie chciałam dowiedzieć się, czy to, co wydawało się dnem, tak naprawdę
było nim zaledwie w połowie, więc kontynuowałam terapię i brałam leki z nadzieją, że poczuję się lepiej.
I rzeczywiście w końcu coś zaczęło się zmieniać.
Przesypiałam noce, co przywróciło ostrość moim dniom. A to sprawiało, że
w ciągu dnia byłam niespokojna, roztrzęsiona, ale nie miałam z kim się
spotykać i dokąd pójść. Dlatego zaczęłam regularnie spacerować po
ścieżkach okalających Zatokę Dublińską. Zazwyczaj wychodziłam około
ósmej rano i przebijałam się przez tłum ludzi zmierzających do centrum.
Po pewnym czasie tłum się przerzedzał, a ja czułam się wolna, wpatrując
się w promienie wschodzącego słońca, odbijające się od tafli wody tuż
pod moimi stopami. Moja trasa prowadziła zwykle na północ miasta, wzdłuż
brzegu, do dzielnicy Clontarf, ale czasami szłam aż do Howth Head, a potem kierowałam się na południe i spacerowałam w pobliżu rzeki, kończąc
podróż wiele godzin od startu w Dao Laoghaire na przedmieściach Dublina.
Tam wsiadałam do autobusu numer 46A i przesypiałam całą drogę powrotną.
W ponure i deszczowe dni nie miałam ochoty na spacery, więc musiałam
znaleźć ciepłe i suche miejsce, do którego mogłabym pójść, byle tylko
nie siedzieć w mieszkaniu. Padło na bibliotekę, największą, jaką udało
mi się znaleźć, w samym centrum miasta. Przewijało się przez nią
wystarczająco dużo ludzi, żeby czuć się anonimowo i poruszać wśród nich
niezauważona, o ile nie niewidoczna. Siadałam w kącie i wiele razy
przebiegałam wzrokiem tę samą stronę książki przy akompaniamencie kropli
deszczu uderzających o szyby, które parowały od ciepłych oddechów
czytelników. Po jakimś czasie potrafiłam już zatracić się w książce,
którą wcześniej traktowałam jak rekwizyt. Znowu mogłam się skupić.
Wkrótce zaczęłam wypożyczać książki do domu, żeby czytać je wieczorami
lub zabierać ze sobą na spacery. Potem zainteresowałam się gotowaniem:
przygotowywałam łatwe, pełnowartościowe posiłki. W końcu zadbałam o siebie i o przestrzeń, w której żyłam. Nie zdawałam sobie z tego sprawy,
ale robiłam dokładnie to, co kiedyś pokazała mi Bunia: prowadziłam
proste, ciche życie, które pomagało zaleczyć rany. Wtedy, na Spanish
Point, myślałam, że się ukrywamy.
Nie jestem w stanie stwierdzić, kiedy mgła w mojej głowie zniknęła na
dobre, ale gdy to się stało, natychmiast kupiłam notatnik i zestaw
ołówków, ponieważ doskonale wiedziałam, co należy zrobić: wykorzystać
szansę.
Jeśli wydaje ci się, że już czytałeś te słowa, to prawdopodobnie masz
rację i wiesz, co zrobiłam później.
We wrześniu 2014 roku rozpoczęłam studia magisterskie na kierunku
pisanie twórcze na John's College w Dublinie. Wybrałam ten uniwersytet
nie tylko dlatego, że dziekanat zaakceptował mój wniosek, ale również z powodu potwornej zbrodni, której widmo ciążyło na kampusie. Kilka lat
wcześniej na ścieżce biegnącej wzdłuż Wielkiego Kanału zaatakowano pięć
studentek pierwszego roku, które wracały do akademika po nocnym wypadzie
na miasto. Pozostawiono je nieprzytomne w wodzie i utonęły. Mężczyzna
bez twarzy rzeczywiście przez jakiś czas pojawiał się na nagłówkach
gazet, ale to Zabójca z kanału był na ustach wszystkich i to o nim
powstawały filmy dokumentalne, blogi i ostatnio, wiele lat po tych
wydarzeniach, podcasty. (Niedawno okazało się, że morderca ponownie
działa. Zabił trzy osoby związane z St John's, a w momencie pisania tej
książki kraj obiegła wiadomość o kolejnej próbie morderstwa). Wyszłam z założenia, że to jedyny uniwersytet w Irlandii, który już zmaga się z demonem, o wiele bardziej osławionym niż ten nawiedzający mnie. Miałam
nadzieję, że nikt nie będzie zwracał na mnie uwagi i pytał, czy jestem
"Dziewczyną, która mieszkała w miejscu, gdzie...".
Od zawsze chciałam pisać. Nie wiedziałam co, w jakim stylu i dla kogo,
ale odkąd wyrwałam się z mroku, myślałam o tym coraz intensywniej i w końcu podjęłam decyzję: nauczę się to robić i coś stworzę. Po głowie
chodziła mi myśl o mrocznej i pokręconej powieści napisanej pod
pseudonimem, dzięki czemu mogłabym anonimowo przelać swoje cierpienie na
papier. Co prawda, ta ścieżka kariery była najeżona niebezpieczeństwami,
ale byłam silniejsza i gotowa, żeby znowu udawać. Bo przecież na tym
polega fikcja literacka, prawda?
No cóż, nie według naszego wykładowcy, popularnego pisarza Jonathana
Eglina, którego debiutancką powieść Esencjalista nominowano do nagrody
Bookera. Powiedział nam to na pierwszych zajęciach. Fikcja literacka
działa tylko wtedy, gdy jest skonstruowana jak krata, zza której padają
promienie prawdy absolutnej. To miał być nasz cel, niezależnie od tego,
jaki gatunek literacki wybierzemy. Przez następne miesiące zdzierał z nas maski i budowane przez lata poczucie własnej tożsamości, dopóki nie
staliśmy się całkowicie nadzy i nie zaczęliśmy przelewać własnych odczuć
prosto na papier.
Broniłam się tak długo, jak mogłam. W tamtym momencie byłam przekonana,
że jeśli tylko napiszę słowa, które przeczytaliście we wstępie tej
książki: "Miałam dwanaście lat, kiedy pewien mężczyzna włamał się do
naszego domu i zamordował moją matkę, ojca i siostrę Annę, która już na
zawsze pozostanie siedmiolatką", stracę resztki gruntu pod nogami i nigdy nie wrócę z czeluści. Dlatego pisałam krótkie opowiadania o szczęśliwych i kochających się rodzinach. Pocieszał mnie sam proces
tworzenia tych rodzin. Czułam się tak, jakbym podczas pisania odwiedzała
ich i sprawdzała, jak się miewają.
Zbliżał się termin oddania prac. Zdałam sobie z tego sprawę dzień przed,
po południu. Ogarnęło mnie wielkie przerażenie: na następny ranek
musiałam napisać dwa tysiące słów na ocenę i kompletnie o tym
zapomniałam. Siedziałam w bibliotece do późnych godzin wieczornych, ale
tylko wpatrywałam się w migający kursor na ekranie. Niezależnie od tego,
jak bardzo próbowałam, słowa po prostu nie chciały przyjść mi do głowy.
W końcu wróciłam do domu ciemnymi, mokrymi ulicami i zaszyłam się w sypialni, wpatrując się bezradnie w pustą, białą przestrzeń na ekranie.
Wybiła północ i zegar na wyświetlaczu pokazał nową datę: 21 marca.
Urodziny Anny. Kończyłaby dwadzieścia jeden lat.
W tym momencie słowa same przyszły do głowy. Zdecydowałam, że napiszę
właśnie o niej, zmieniając imiona. Nie był to najlepszy pomysł, ale w tamtej chwili martwiłam się jedynie o to, żeby wyjść z twórczego impasu.
Zaczęłam pisać. "Miałam dwanaście lat, kiedy pewien mężczyzna włamał się
do naszego domu i zamordował moją matkę, ojca i siostrę Annę, która już
na zawsze pozostanie siedmiolatką...".
Eglin nie dał się nabrać. Mój tekst miał w sobie to coś, pewną surowość,
której w żadnych z moich poprzednich prac nie było. Wysłałam mu pracę
wczesnym rankiem, a pół godziny potem dostałam mejl z prośbą o przyjście
do jego biura, kiedy tylko dotrę na uczelnię. Idąc korytarzem wydziału
sztuki, przygotowywałam się na to, że zaprzeczę wszystkiemu, ale Eglin
nawet nie zapytał. Znał prawdę.
I namawiał mnie na publikację tekstu.
Pamiętam, że nie wiedziałam, od czego zacząć, jak powiedzieć, dlaczego
to nigdy się nie wydarzy.
- Eve, mogłabyś pomóc go złapać - rzekł bardzo cicho profesor.
Te słowa zmieniły wszystko.
Miałam wrażenie, że rzucam się z klifu. W noc przed tym, zanim moja
praca ujrzała światło dzienne, śniłam o Annie wypełzającej z morza
niczym hiszpańscy marynarze, których wyobrażałam sobie, będąc dzieckiem.
Wyglądała jak banshee1. Szła w moją stronę ze szponiastymi,
gnijącymi palcami. Jej blond włosy były rozczochrane i splątane przez
wodorosty. Krzyczała, że jej nie ochroniłam. Wtedy zrozumiałam, że
chronienie samej siebie oznacza też chronienie mordercy. Nie zdołam
zwrócić życia członkom mojej rodziny, ale może uda mi się sprawić, że
zabójca zapłaci za to, że mi ich odebrał.
Mój tekst ukazał się na stronie internetowej "Irish Timesa" o czwartej
rano ostatniego dnia maja 2015 roku. Wersja drukowana wyszła tego samego
ranka kilka godzin później. Wieczorem byłam już na ustach wszystkich.
Zaczęło się od mediów społecznościowych. Na kilku popularnych kontach
pojawił się link do mojej pracy. Potem udostępniali go już sami
obserwujący. Sięgnęła po niego również gazeta z Wielkiej Brytanii, a potem miesięcznik ze Stanów Zjednoczonych. Wyglądało na to, że cały
świat zastanawiał się, co się stało z dziewczyną, która przeżyła
najbrutalniejszy i ostatni atak Mężczyzny bez twarzy. A opinia publiczna
łaknęła coraz więcej.
Nieustraszeni dziennikarze znaleźli moje dane kontaktowe na portalu
studenckim, więc posypały się zaproszenia do udziału w audycjach
radiowych i programach telewizyjnych. Nie byłam jeszcze gotowa na
opowiadanie w programach na żywo o tym, co się stało, ale chciałam jakoś
wykorzystać tę szansę. Eglin skontaktował mnie ze swoją redaktorką z Iveagh Press, która zachęciła mnie do rozwinięcia artykułu w książkę.
Powiedziała, że jeśli to zrobię, opublikuje ją. To właśnie tę książkę
trzymacie teraz w dłoniach.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej napisanie książki o historii mojej
rodziny byłoby zupełnie nie do pomyślenia, ale gdy praca ujrzała światło
dzienne, coś się we mnie zmieniło.
W ciągu kilku godzin od publikacji w internecie pojawiły się artykuły na
temat mojego tekstu. Dostawałam do nich linki od kolegów z roku. Byli
podekscytowani, że jedno z nich narobiło takiego szumu słowem pisanym i jak się zdawało nieświadomi mojego bólu, kryjącego się za całą tą
historią. Na początku wszystko ignorowałam. Konsekwentnie unikałam
czytania czegokolwiek o sprawie Mężczyzny bez twarzy. Przez lata, które
upłynęły od tamtej nocy, nigdy nie wchodziłam w temat głębiej niż ogólny
zarys tego, co zrobił mojej rodzinie i już to wydawało się okropne. Nie
chciałam, żeby niewyraźne kształty ofiar wyostrzyły się, bo nie byłabym
w stanie wyrzucić ich obrazu z głowy.
Ale w końcu ciekawość wzięła górę. Klikałam w linki i przeglądałam
artykuły, szybko je przewijając.
Zatrzymało mnie mrożące krew w żyłach zdanie w czwartym lub piątym
artykule.
"Pod jedną z poduszek na kanapie znaleziono linę i nóż".
Przewinęłam na dół i przeczytałam cały akapit od początku. Dwa tygodnie
wcześniej Gardaí pojawili się w kompleksie apartamentowców, ponieważ
jedna z lokatorek, samotnie mieszkająca kobieta, znalazła linę i nóż pod
poduszką na kanapie w swoim salonie. Odkryła je podczas cotygodniowego
odkurzania. Według jej relacji wcześniej tych rzeczy tam nie było i o ile jej wiadomo, nikt obcy nie przebywał u niej w mieszkaniu w ciągu
ostatniego tygodnia. Natychmiast powiadomiła o znalezisku najbliższy
komisariat. Funkcjonariusze doszli do wniosku, że te rzeczy pozostawił
Mężczyzna bez twarzy, przygotowując się do zbrodni.
Krew zaszumiała mi w uszach, bo ja też pewnego razu znalazłam linę i nóż
pod poduszką na kanapie.
Nikomu o tym nie powiedziałam.
Odkryłam je na krótko przed atakiem, może kilka dni wcześniej.
Opiekowałam się Anną przez pół godziny, bo mama wyszła zrobić zakupy.
Siostra namówiła mnie, żebyśmy zagrały w grę. Nie do końca pamiętam, o co w niej chodziło, ale musiałyśmy ułożyć na podłodze stos z poduszek.
Kiedy podniosłam ostatnią z kanapy, wśród zagubionych gumek do włosów,
okruchów herbatników i lepiących się miedziaków zobaczyłam plecioną
niebieską linę, zawiązaną błyszczącą taśmą i nóż mniej więcej długości
książki w twardej oprawie, z grubą, plastikową, żółtą rękojeścią,
przypominający zabawki marki Fisher Price. Ostrze było ząbkowane i wyglądało na starannie wyczyszczone lub w ogóle nieużywane.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Jim był na patrolu. Stał z wysoko podniesioną głową i się rozglądał.
Zatknął kciuki za pas, do którego miał przywieszone telefon,
krótkofalówkę i sporych rozmiarów latarkę. Pod wpływem ciężaru skórzany
pas opadł na biodra, więc mężczyzna był zmuszony iść zamaszystym
krokiem, ale lubił to. A kiedy wracał do domu i zdejmował pas, czuł się
nieswojo.
Sklep został otwarty zaledwie pół godziny temu, więc personelu wciąż
było więcej niż klientów. Jim minął dział ze sprzętem domowym, przeszedł
przez dział odzieży damskiej i w końcu dotarł do działu spożywczego.
Tutaj przynajmniej był jakiś ruch. Grupka dwudziestokilkuletnich
mężczyzn w garniturach śmigała między alejkami w poszukiwaniu owsianego
mleka i paczkowanych zdrowych sałatek, jakby byli w trakcie zadania
mającego na celu budowanie relacji w zespole.
Jim wpatrywał się w ich twarze, gdy go mijali, doskonale wiedząc, że
przyciąga ich uwagę.
Potem udał się do wejścia, skąd widział resztę centrum handlowego i przez kilka minut obserwował wchodzących i wychodzących. Następnie
sprawdził starannie ustawione we wnęce wózki i zatrzymał się przy
pojemnikach z owiniętymi w folię bukietami kwiatów. Nachylił się, żeby
je powąchać, ale poczuł coś mdlącego i chemicznego.
Z jednego z pojemników wyciekała woda. Jim odpiął krótkofalówkę i wcisnął przycisk.
- Przy kwiatach trzeba posprzątać. Prawdopodobnie jeden z pojemników
jest nieszczelny. Odbiór.
Przez trzaski i zakłócenia usłyszał znudzony głos.
- Zgłoszenie przyjęte, Jim.
O tej porze lubił zerknąć na nagłówki gazet, więc ruszył w stronę
odpowiedniego stoiska. Zanim do niego dotarł, kątem oka dostrzegł, że po
prawej, jakieś pięć metrów od niego, ktoś kuca za obrotowym stojakiem z kartkami urodzinowymi.
Jim nie zareagował, przynajmniej z pozoru. Dalej szedł w swoją stronę,
po czym stanął w takim miejscu, żeby mógł obserwować interesujący go
obszar. Chwycił jakąś gazetę i rozłożył ją przed twarzą. Przez chwilę
patrzył na pierwszą stronę, a potem uniósł wzrok.
Kobieta. Ubrana odpowiednio do pory dnia. Rozpięty trencz, duża skórzana
torba zawieszona na zgięciu łokcia oraz stylowe, ale funkcjonalne buty.
Udręczony wyraz twarzy. Młoda profesjonalistka w swoim zawodzie,
załatwiająca sprawy z długiej listy rzeczy do zrobienia przed pójściem
do pracy, gdzie czekają ją kolejne obowiązki - a może takie chciała
sprawiać wrażenie. Ściskała coś pod lewą pachą. Jim przypuszczał, że to
książka.
Dźwięk gongu przerwał lekką muzykę graną w tle i beznamiętny głos wezwał
kogoś o imieniu Marissa do działu z kwiatami: "Marissa proszona o podejście do działu z kwiatami. Marissa do działu z kwiatami".
Obserwowana kobieta wybrała jedną z kartek i przyglądała się jej, jakby
nie widziała w życiu nic bardziej interesującego.
Jim cały czas trzymał gazetę przed sobą. Gdyby kobieta spojrzała w jego
stronę, zobaczyłaby siwe włosy i dłonie naznaczone plamami wątrobowymi,
ale na pewno nie identyfikator z czerwonym napisem OCHRONA, przypięty do
kieszeni koszuli.
Książka wyślizgnęła się spod jej pachy i z plaśnięciem upadła na
podłogę. Kobieta nachyliła się, żeby ją podnieść...
Mężczyzna bez twarzy - głosił żółty napis na czarnej, lśniącej
okładce.
Kiedy podniosła książkę, Jim dostrzegł te same trzy słowa na grzbiecie.
Krew natychmiast zadudniła mu w uszach, a jego głowę wypełnił biały
szum. Wszystko razem układało się w monotonny rytm:
Mężczyzna bez twarzy, mężczyzna bez twarzy, mężczyzna bez twarzy.
Miał świadomość, że kobieta na niego patrzy, a on wygląda tak, jakby
bezczelnie się jej przyglądał. Ale nie mógł oderwać wzroku od książki.
Stał jak wrośnięty w podłogę, ogłuszony coraz głośniejszym rytmem, który
był nie do zniesienia.
MĘŻCZYZNA BEZ TWARZY, MĘŻCZYZNA BEZ TWARZY, MĘŻCZYZNA BEZ TWARZY.
Kobieta zmarszczyła brwi i pomaszerowała do kasy.
Jim nie postąpił według standardów i nie poszedł za nią, żeby sprawdzić,
czy rzeczywiście zapłaci za książkę. Ruszył w przeciwnym kierunku, w stronę alejki, gdzie znajdowały się artykuły papiernicze, niewielki
wybór zabawek i książki.
To beletrystyka, przekonywał siebie. Na pewno.
A jeśli się mylił?
Nie musiał długo szukać. Ekspozycja zajmowała aż trzy półki. Dostawa
pewnie przyszła w nocy, a książka musiała być nowa, prawdopodobnie
właśnie została wydana. Podszedł bliżej, żeby zobaczyć nazwisko autora...
Eve Black.
Zapamiętał ją jako dwunastoletnią dziewczynkę, która stała w różowej
koszuli nocnej u szczytu schodów i wpatrywała się w półmrok. "Tata?",
zapytała niepewnie.
Nie. To niemożliwe.
A jednak. Okładka zdradzała wszystko.
Mężczyzna bez twarzy. W poszukiwaniu prawdy.
Jim poczuł nagły przypływ gorąca. Jego policzki poczerwieniały, trzęsły
mu się ręce, bo desperacko pragnął sięgnąć po książkę, chociaż instynkt
próbował go od tego odwieść.
"Nie rób tego", powiedział do siebie, wyciągając rękę i biorąc książkę z półki.
Twarda okładka była gładka i błyszcząca. Dotknął opuszkami palców liter
składających się na tytuł i poczuł je na swojej skórze.
Mężczyzna bez twarzy.
Jego drugie imię.
Nadane mu przez prasę.
Nikt nie wiedział, że należy do poczciwego Jima.
Obrócił książkę w dłoniach.
"Pojawił się nocą w jej domu. Kiedy go opuszczał, tylko ona pozostała
przy życiu... Eve Black, jedyna ocalała z ostatniego i najbrutalniejszego
ataku Mężczyzny bez twarzy zagłębia się w przeszłość potwora, który
terroryzował miasto Cork, w poszukiwaniu odpowiedzi i próbuje ustalić
tożsamość mordercy".
Po tych wszystkich latach...
Pieprzona dziwka.
Jim otworzył książkę. Jej grzbiet zatrzeszczał niczym łamana kość.
Wstęp
"Dziewczyna, która..."
Kiedy się spotykamy, prawdopodobnie przedstawiam się jako Evelyn i mówię: "Miło cię poznać". Przekładam kieliszek do drugiej ręki i potrząsam twoją wyciągniętą dłonią, lecz mój ruch jest niezdarny i krople białego wina opryskują nas oboje. Przepraszam i rumienię się ze
wstydu. Ty machasz ręką i mówisz, że wszystko w porządku, nic się nie
stało, naprawdę, ale rzucasz okiem na swoją koszulę, którą
prawdopodobnie na tę okazję oddałeś do pralni, ukradkiem szacując
straty. Pytasz, czym się zajmuję, a ja nie jestem pewna, czy jestem
rozczarowana, czy zadowolona, że ta rozmowa potrwa dłużej. Odpowiadam:
"Ach, tym i owym" i odbijam pytanie. Teraz to ty odpowiadasz, a ja z grzeczności udaję zainteresowanie. Potem zapada cisza. Brakuje nam
pomysłów. W końcu korzystamy z ostatniej możliwości: "Skąd znasz...?".
Każde opowiada, jak poznało gospodarza i szukamy wspólnych znajomych.
Prawdopodobnie udaje nam się kilku znaleźć. Dublin to małe miasto.
Chwytamy się innych tematów: liczba gości dzisiejszego wieczoru, bardzo
popularny podcast, Brexit. W pokoju robi się coraz cieplej i głośniej.
Ludzie, których nie znam, ocierają się o mnie, ale prawdziwym źródłem
mojego niepokoju, czegoś, co spowoduje wystąpienie czerwonych plam na
mojej szyi, jest fakt, że w każdej chwili to do ciebie dotrze, uniesiesz
głowę, zmarszczysz brwi, spojrzysz na mnie, naprawdę na mnie spojrzysz i zapytasz: "Chwila, czy to ty jesteś tą dziewczyną, która...?".
Zawsze towarzyszy mi ta obawa, gdy poznaję nową osobę.
Tak, jestem tą dziewczyną, która...
Miałam dwanaście lat, kiedy pewien mężczyzna włamał się do naszego domu
i zamordował moją matkę, ojca i siostrę Annę, która już na zawsze
pozostanie siedmiolatką. Słyszałam dziwne i niejasne dźwięki, które, jak
się potem okaże, były krzykami gwałconej i mordowanej matki oraz
duszonej siostry. Zakrwawione, połamane i posiniaczone ciało ojca leżało
u podnóża schodów. Wydaje mi się, że odparł pierwszy atak i próbował
doczołgać się do telefonu w kuchni, żeby zadzwonić po pomoc. Ja
przeżyłam dzięki słabemu pęcherzowi i puszce napoju pomarańczowego,
którą przemyciłam do swojego pokoju i wypiłam na godzinę przed pójściem
spać. Kilka minut przed wejściem intruza na górę obudziłam się za
potrzebą fizjologiczną. Siedziałam w łazience, kiedy to wszystko się
zaczęło. Zamek był marnej jakości i nie miałam żadnej drogi ucieczki.
Gdyby zabójca próbował otworzyć drzwi, ja też straciłabym życie. Z jakiegoś powodu tego nie zrobił.
Byliśmy ostatnią rodziną, którą zaatakował ten człowiek, ale nie
pierwszą. Popełnił pięć zbrodni w ciągu dwóch lat. Prasa nadała mu
przydomek Mężczyzny bez twarzy, ponieważ - jak twierdzili dziennikarze -
Gardaí nic na niego nie mieli. Oprócz pojedynczego przypadku, kiedy
pewnej nocy ktoś mijał go samochodem i zauważył na poboczu w świetle
reflektorów, nikt nigdy nie widział mordercy. Nosił kominiarkę i czasem
świecił ofiarom prosto w oczy latarką, więc żadna z ocalałych osób nie
potrafiła podać przydatnego opisu sprawcy. Używał prezerwatyw, a na
miejscach zbrodni nie pozostawiał żadnych włosów ani odcisków palców.
Zawsze pamiętał o zabraniu swojej broni - noża, a w późniejszym czasie
pistoletu. Jedyne, co znaleźli policjanci, to strzępy plecionej
niebieskiej liny, którą krępował ofiary. Niestety, materiał nie okazał
się pomocny. Sprawca mówił dziwnym, chrapliwym szeptem, co
uniemożliwiało ustalenie prawdziwego tembru jego głosu. Wszystkie
zbrodnie popełniał w obrębie Cork, najbardziej wysuniętego na południe i największego hrabstwa w Irlandii. Sprawnie się po nim poruszał, atakując
zarówno w Fermoy, mieście oddalonym o czterdzieści kilometrów od Cork,
stolicy hrabstwa, jak i w Blackrock, czyli na jej przedmieściach.
Minęło prawie dwadzieścia lat. Morderca pozostaje na wolności, a mnie
bardzo brakuje rodziny i czuję niemal fantomowy ból. Ich nieobecność w moim życiu, tragizm ich losów, ból, który musieli cierpieć, jest ciągłym
dzwonieniem w moich uszach, smakiem w moich ustach, swędzeniem na
skórze. Jest zawsze i wszędzie. Nie potrafię sprawić, żeby to odeszło.
Czas nie uleczył ran, gorzej, spowodował, że wdała się w nie gangrena.
Mając trzydzieści lat, uświadamiam sobie rozmiar mojej straty w znacznie
szerszym kontekście, niż gdy byłam dwunastolatką. A odpowiedzialny za
nią potwór wciąż chodzi na wolności, wciąż nie został zidentyfikowany.
Może nawet spędza czas ze swoją rodziną. Ten całkiem prawdopodobny
scenariusz doprowadza mnie do takiego szału, że w gorsze dni nie
potrafię skupić się na niczym innym. Niekiedy żałuję, że morderca mnie
też nie pozbawił życia.
Ale ty dopiero co poznałeś mnie na imprezie bożonarodzeniowej. Albo na
ślubie. Lub na premierze jakiejś książki. Nie znam cię, lecz zdaję sobie
sprawę, że nie wiedziałbyś, jak zareagować, gdybym powiedziała to
wszystko na głos w odpowiedzi na twoje pytanie. Jestem dziewczyną,
która...? Udaję zdziwienie. Dziewczyną, która co? Po ilu drinkach już
jesteś?
Przez te wszystkie lata zdążyłam nabrać wprawy. Dojdziesz do wniosku, że
się pomyliłeś. Rozmowa zmieni kierunek.
A ja dalej będę zmagać się ze swoim brzemieniem. Dopóki wystarczy mi
sił.
Po ataku moja jedyna żyjąca babcia - Colette, matka ojca - zabrała mnie
do miejsca o nazwie Spanish Point na wybrzeżu atlantyckim Irlandii.
Pojechałyśmy w połowie października, gdy ostatni maruderzy pakowali
swoje rzeczy, i wprowadziłyśmy się do niewielkiego, bielonego domku,
który - jak przekazała mi babcia - stał tam jeszcze zanim nastąpił
wielki głód. Przed naszym przyjazdem drzwi odmalowano na
jaskrawoczerwony kolor i za każdym razem, kiedy na nie patrzyłam,
wyobrażałam sobie krew spływającą z jasnych ścian sypialni.
Przebywałyśmy tam trzy tygodnie, zanim do mnie dotarło, że pogrzeby
musiały się już odbyć.
Domek stał na wąskim skrawku terenu, między nadbrzeżną drogą i pozornie
bezkresnym morzem, którego wody wzburzone przez gwałtowne wiatry
odbijały się od jedynej przeszkody w promieniu tysięcy kilometrów. Nasze
położenie nie wydawało się pewne. W nocy, gdy leżałam w łóżku, słuchałam
grzmotu fal i martwiłam się, że następna rozbije domek, a to, co z nas
zostanie, zabierze odpływ.
Nie pomagał fakt, że obszar nazwano Spanish Point z racji tego, że w 1588 roku dwa statki należące do hiszpańskiej armady rozbiły się na tym
cyplu. Według opowieści miejscowych marynarze, którzy nie zatonęli,
zostali straceni, spaleni i pochowani w masowym grobie o nazwie Tuama na
Spainneach, czyli hiszpański grobowiec. Podczas zimowych miesięcy, kiedy
noc zapadała szybko, szłam na plażę po zmroku i wyobrażałam sobie, że
duchy tych mężczyzn wychodzą z wody. Wyglądali jak połączenie egipskich
mumii i hollywoodzkich piratów. Zawsze szli prosto na mnie.
Życie na Spanish Point mijało na boleśnie prostych czynnościach. Nie
miałyśmy telewizora ani komputera, nie pamiętam też, żeby w domu były
jakieś gazety. Babcia, którą nazywałam Bunią, przez kilka porannych
godzin słuchała radia, ale tylko stacji nadających tradycyjną irlandzką
muzykę, bez przerw na wiadomości. Od czasu do czasu dzwonił telefon
stacjonarny, ale wtedy Bunia wypraszała mnie do drugiego pokoju - albo
na dwór, jeśli pozwalała na to pogoda - i rozmawiała szeptem z osobą
znajdującą się po drugiej stronie linii. W ciągu pierwszych tygodni i miesięcy naszego pobytu na Spanish Point telefon dzwonił często, ale
później połączenia stały się tak rzadkie, że na dźwięk przenikliwego
dzwonka obie podskakiwałyśmy i patrzyłyśmy na siebie spanikowane, jakby
właśnie włączył się alarm pożarowy, o którego istnieniu nie miałyśmy
pojęcia.
Przez pierwszy rok prawie każdy dzień spędzałyśmy tak samo. W pełni
angażowałyśmy się w codzienne obowiązki, żeby powstrzymać narastające
poczucie żalu. Wszystkie posiłki przygotowywałyśmy i spożywałyśmy
powoli, a potem nadchodził czas mycia naczyń. Przy odpowiednim
nastawieniu nawet najprostsze śniadanie składające się z tostów z jajkami potrafiło nam zająć dobrą godzinę. Przed południem sprzątałyśmy
i robiłyśmy pranie, co babcia nazywała po prostu "pracą". Po obiedzie
długo spacerowałyśmy po plaży i wracałyśmy głodne na kolację. Wieczorami
Bunia rozpalała ogień w kominku. Siedziałyśmy w ciszy, czytając książki,
aż płomień dogasał, po czym razem sprawdzałyśmy, czy drzwi są zamknięte
i szłyśmy do swoich sypialni.
Dopiero kiedy byłam w łóżku, sama, w ciemności, mogłam odpuścić i pozwolić, by zawładnęły mną emocje. Smutek, żal, zamęt pochłaniały mnie
niczym wysokie fale oceanu. Doskonale wiedziałam, że bez względu na to,
jak babcia próbowała rozproszyć moje myśli, czekały one na mnie pod
koniec dnia. Każdej nocy płakałam aż do zaśnięcia i śniłam o rozkładających się w zabłoconych grobach zwłokach. W szczególności Anny,
która próbuje wydostać się z ciemnej otchłani i wrócić do mnie.
Nigdy nie rozmawiałyśmy o tym, co się wydarzyło. Babcia nawet nie
wypowiadała ich imion. Czasem słyszałam, jak cicho łka przez sen, a raz
byłam świadkiem, jak przeglądała pudło ze starymi zdjęciami należące do
mamy. Po jej pomarszczonych policzkach spływały łzy. Dręczyło mnie
mnóstwo pytań na temat tego, co się stało, ale nie śmiałam ich zadać.
Nie chciałam jeszcze bardziej zasmucać Buni. Przypuszczałam, że
zaszyłyśmy się w tym domku, ponieważ morderca wciąż był na wolności i prawdopodobnie już wiedział, że ktoś przeżył atak. Czasem, będąc w półśnie, widziałam go stojącego przy moim łóżku. Wyglądał jak zabójca z horroru: cały we krwi i z szaleństwem w oczach. Niekiedy wbijał we mnie
nóż, wtedy budziłam się i zdawałam sobie sprawę, że to był tylko wytwór
mojej wyobraźni.
Raz w tygodniu szłyśmy z babcią do pobliskiego miasteczka, żeby wymienić
książki w bibliotece i zrobić zakupy spożywcze. Nie spuszczała mnie z oczu i poleciła, żebym przedstawiała się pełnym imieniem: Evelyn, a nie
Eve. Rok później, kiedy zaczynałam naukę w szkole średniej, przyjęłam
nazwisko panieńskie Buni, która wydała mi dalsze instrukcje. Miałam
mówić, że moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym i że jestem
jedynaczką, ale tylko jeśli ktoś naprawdę będzie dopytywał. "Sama się
nie wychylaj", powiedziała. Do dziś kieruję się tą złotą zasadą.
Nie sprzeciwiałam się babci. Chciałam przypominać inne dziewczyny z mojej klasy. Założyłam, że to, co czuję - jakby moje wnętrzności były
jedną wielką otwartą raną, a ciało cienką skorupą, która ją ukrywa -
zostanie już ze mną na zawsze, a jeśli dam coś po sobie poznać, to tylko
pogorszę sprawę. Świetnie udawałam, że wszystko w porządku, ale ciągle
musiałam uważać, żeby nie przekroczyć cienkiej granicy i się nie
załamać.
Udawałam przez wszystkie lata szkolne, podczas matury i przez cztery
lata spędzone na uniwersytecie w Galway, gdzie studiowałam biznes.
Wybrałam ten kierunek, ponieważ był przewidywalny. Uwielbiałam czytać i pisać, więc przez długi czas zastanawiałam się nad sztuką, literaturą
lub pisaniem twórczym. W końcu doszłam do wniosku, że nie dam rady
dyskutować na seminariach o traumie, żalu lub przemocy w gronie obcych
ludzi. W konsekwencji nie zaliczyłabym roku. Bazy danych i matematyka
wydawały się bezpieczniejszą możliwością.
Nie śniłam już o rozkładających się zwłokach i zabójcach z nożami, ale
zaczęłam się dręczyć poszukiwaniem w tłumie kobiety, która wyglądałaby
tak, jak wyobrażałam sobie swoją siostrę w przyszłości. Czyli w zasadzie
kogoś, kto przypominałby mnie, gdy miałam szesnaście lat, bo był to mój
jedyny punkt odniesienia. Nigdy nie znalazłam odpowiedniej kandydatki.
- Dobra?
Jim z głośnym hukiem zamknął książkę. Obok niego stał Steve O'Reilly,
kierownik sklepu. Opierał się o regał, z założonymi rękami i wyrazem
wyższości na twarzy, stanowiącym jego znak firmowy.
W głowie Jima pobrzmiewało echo niedawno przeczytanych słów. "Miałam
dwanaście lat...", "...mężczyzna włamał się do naszego domu...", "...zamordował
moją matkę, ojca i siostrę...", "Zamek był marnej jakości...", "Z jakiegoś
powodu tego nie zrobił".
- Nie dla mnie - zdołał wydusić po chwili i odłożył książkę na półkę,
korzystając z okazji, żeby wziąć głęboki oddech i zwilżyć usta językiem.
Jego palce zostawiły smugi na błyszczącej, czarnej okładce.
- Czyżby? - Steve uniósł brwi. - Nie oszukasz mnie, Jim. Byłeś wyraźnie
zaczytany.
Steve miał dwadzieścia sześć lat, nosił połyskliwe garnitury, a jego
rzednące włosy pokrywała gruba warstwa żelu, ale jakimś cudem w swoim
mniemaniu był kimś, a Jim nikim. Największym wyzwaniem dla Jima było
powstrzymywanie chęci wyprowadzenia dzieciaka z błędu.
Odwrócił się i spojrzał przełożonemu w oczy. Przyjął taką samą postawę,
krzyżując ramiona na klatce piersiowej i opierając się lekko o regał.
Prosty trik, który zawsze wprawia ludzi w konsternację. A następnie
przybrał całkowicie neutralny wyraz twarzy.
- Masz do mnie jakąś sprawę, Steve?
Młodszy mężczyzna przeniósł ciężar ciała na drugą nogę.
- Tak. Pamiętaj, że jesteś w pracy. To nie biblioteka. - Sięgnął po ten
sam egzemplarz książki, który przed chwilą odłożył Jim. - Mężczyzna bez
twarzy? Co ty wyprawiasz? Próbujesz wrócić myślami do czasów swojej
świetności? A, nie. Czekaj. W przeszłości siedziałeś za biurkiem, nie
ścigałeś przestępców.
Steve otworzył książkę na wkładce zdjęciowej. Papier był bielszy,
grubszy i lśniący.
Fotografia po lewej przedstawiała duży dom jednorodzinny i rodziców z dwójką małych dzieci pozujących przy choince.
Na zdjęciu po prawej widniał szkic wykonany ołówkiem.
Ten szkic.
Steve stuknął w kartkę.
- Tak, tak. Słyszałem o tym.
Jim patrzył na szkic do góry nogami, ale natychmiast go rozpoznał.
Przedstawiał okrągłą, mięsistą twarz mężczyzny o małych, głęboko
osadzonych oczach. Miał na głowie coś, co wyglądało jak gruba wełniana
czapka, którą naciągnął na brwi. Portret wykonano pod lekkim kątem,
jakby mężczyzna usłyszał od artysty, żeby odrobinę odwrócił głowę w lewo.
Rysunek zajmował dwie trzecie strony, a pod nim znajdował się krótki
podpis. Prawdopodobnie mówił o tym, że portret stworzono na podstawie
zeznań świadka, który przejeżdżał samochodem obok domu O'Sullivanów na
Bally's Lane, nieopodal Carrigaline w hrabstwie Cork, we wczesnych
godzinach rannych, czternastego stycznia roku dwa tysiące. Kobieta
dostrzegła w świetle reflektorów mężczyznę na poboczu. "Skradał się",
stwierdziła. To był jedyny raz, kiedy widziano mordercę o pseudonimie
Mężczyzna bez twarzy.
Jim o to zadbał.
Tamtej nocy, gdy czekał w ciemnościach, był przekonany, że usłyszy
silnik nadjeżdżającego samochodu, zanim przednie reflektory oświetlą
pobocze, ale auto prowadzone przez Claire Bardin - mieszkającą we
Francji Irlandkę, która przyjechała do domu na święta - pojawiło się
znikąd. Kobieta nagle wyjechała zza zakrętu, a on bezmyślnie spojrzał
prosto w snop światła. W tamtym momencie poczuł zimny powiew. Po upływie
sekundy znowu stał w ciemności, spięty i zdeterminowany, w jego
organizmie buzowała adrenalina.
Szkic był zaskakująco trafny, mimo że Bardin nie spotkała się z policyjnym rysownikiem w noc zdarzenia. Pojawiła się w komisariacie
Garda pół roku później, przy okazji przyjazdu do Cork na ślub siostry.
Przeczytała artykuł w gazecie o ataku i zdała sobie sprawę, że data i miejsce zgadzają się z dziwnym spotkaniem z mężczyzną na poboczu.
Dzień po tym, jak zobaczył portret w gazecie, Jim zaczął treningi na
basenie, dzięki czemu jego twarz wyszczuplała, wyostrzyła się linia
szczęki i uwydatniły kości policzkowe.
Ale te cholerne oczy i uszy. Szczególnie oczy. Nie zmieniały się wraz z intensywnymi treningami i wiekiem. Nawet operacja plastyczna nie mogła
zmienić ich umiejscowienia w czaszce, rozstawu czy innych cech
charakterystycznych.
A Claire Bardin bardzo dobrze je zapamiętała.
Powrót do teraźniejszości. Steve zmarszczył brwi, wpatrując się w szkic.
- Wracaj do pracy, Jim. - Zamknął książkę i wsadził ją pod pachę. - Idę
na przerwę. Nie chcę więcej widzieć, jak się obijasz.