Metoda Charlie - Elle Kennedy

Reflow text when sidebars are open.
Ktoś mógłby stwierdzić, że prowadzę podwójne życie
Nigdy nie umawiaj się na seks w samochodzie z futbolistą.
Tak zawsze powtarzała mi mama.
Dobra, ściemniam. Mama nigdy by czegoś takiego nie powiedziała. Jestem jednak stuprocentowo pewna, że nie pochwalałaby tego, co właśnie robię.
Czy raczej co mam zamiar zrobić.
Isaac Grant ma prawie dwa metry, jest niesamowicie umięśniony i ledwo mieści się na przednim siedzeniu swojego samochodu. Sportowego, rzecz jasna. Srebrne Porsche 911. Aż się oblizałam na jego widok, kiedy zajechałam na parking kampusu Hastings i go zobaczyłam. Ten samochód jest tak seksowny, że przyprawia mnie o dreszcze.
A może to jednak Isaac przyprawia mnie o dreszcze? Jego język w moich ustach muska mój powolnymi, sprawnymi ruchami. Koleś świetnie całuje. Jednocześnie jego palce poruszają się we mnie. W tym też jest świetny. Powoli zgina je tak, żeby trafić w ten najczulszy punkt, a przeszywająca mnie rozkosz sprawia, że zaciskam wokół nich mięśnie.
- Mmm, skarbie - mruczy prosto w moje usta. - Już nie mogę się doczekać, aż ściśniesz tak mojego fiuta.
Czuję w środku ciepło. Świntuszenie jest tak cholernie podniecające.
Moje mięśnie rzeczywiście zaciskają się na dźwięk jego słów, jakbym miała chwycić jego palce zanurzone we mnie. Z ust Issaca znów wyrywa się jęk pożądania. Bezwstydnie kręcę biodrami coraz mocniej, ale wygląda na to, że mój całkowity brak samokontroli zupełnie mu nie przeszkadza.
Zaczyna całować moją szyję, przyprawiając mnie o gęsią skórkę, a po chwili gorące dreszcze przeszywają mnie od góry do dołu - czuję jego penisa napierającego na moje udo. Długi, twardy drąg potwierdzający teorię mojej najlepszej przyjaciółki Faith, według której rozmiar dłoni faceta jest ściśle powiązany z rozmiarem tego, co ma w spodniach.
A skoro już mowa o Faith, to jestem jakieś dziesięć sekund od obłędnego orgazmu, kiedy w mgle naszych ciężkich oddechów rozlega się ostry dźwięk jej dzwonka w telefonie.
- Cholera - mamroczę, a moje biodra zastygają w bezruchu.
- Nie odbieraj - mruczy Isaac.
- Muszę.
Z ogromnym żalem przechylam się w stronę fotela pasażera, gdzie położyłam komórkę.
Faith Grierson jest jedyną osobą poinformowaną o tym, gdzie aktualnie przebywam. Jedyną osobą świadomą moich potajemnych schadzek, na które pozwalam sobie od czasu do czasu. Jasne, mogłabym spotkać się dziś z Isaakiem, nie informując o tym absolutnie nikogo. Oszczędziłabym sobie w ten sposób dobrodusznych złośliwości, które zapewne zaserwuje mi Faith. Ale gdyby się jednak okazało, że gwiazda uniwersyteckiej drużyny futbolowej przywdziewa w nocy maskę brutalnego mordercy, lepiej, żeby Faith wiedziała, gdzie mnie szukać. Ona nie jest z tych, którzy lubią oceniać.
- Nieee - jęczy zawiedziony Isaac, patrząc, jak moje palce zaciskają się na komórce.
- Przepraszam. To może być coś pilnego - rzucam i podnoszę telefon do ucha. - Hej, co tam?
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale wygląda na to, że mamy dziś spotkanie dotyczące dorocznej gali Delta Pi.
- Nie, nie mamy. Zebranie jest jutro.
- Taaa, ale widzisz, Charlotte - odpowiada Faith tym swoim charakterystycznym, beznamiętnym tonem. - Ja wiem, że zebranie jest jutro. Ty wiesz, że zebranie jest jutro. A kto nie wie, że jest jutro, i postanowił wmówić całej grupie, że to my się mylimy i spotkanie jest dziś?
- Pieprzona Agatha - warczę pod nosem.
- Pieprzona Agatha - przytakuje, a jej śmiech łaskocze mnie w ucho. - Powiedziałam jej, że jesteś już w drodze, więc lepiej się pospiesz, jeśli nie chcesz wysłuchiwać jutro dwugodzinnej tyrady o swojej niekompetencji.
- Uch. Niedługo będę. Dzięki za info.
Rozłączam się i klnę cicho pod nosem. Agatha Buckley-Ellis notorycznie odwala takie numery. Przewodnicząca stowarzyszenia Delta Pi, oddział Briar University, absolutnie nie jest w stanie przyznać się do żadnego błędu ani pomyłki. Zamiast tego okopuje się w bunkrach swojej nieomylności tak głęboko, że aż dziw, że nie dokopała się do innego stanu.
Spotkanie było na sto procent, niepodważalnie jutro. Mój grafik to nie Dziki Zachód, żaden wpis nie znajdzie się w nim bez należytego potwierdzenia. To chyba nie do końca jest coś, czym się powinnam chwalić, ale jeśli chodzi o mój grafik, to jestem totalnie pedantyczną psycholką.
Poza tym nigdy nie planujemy spotkań na piątki, bo wszystkie wiemy, że w piątki Sherise, prawa ręka Agathy, umawia się w swoim salonie fryzjerskim w Hastings na farbowanie siwych włosów. Sherise twierdzi, że zaczęła siwieć na skroniach jeszcze w liceum - podobno to u niej w rodzinie dziedziczne - ale Faith i ja podejrzewamy, że to jednak efekt wytrzymywania z Agathą. Nasza przewodnicząca jest w stanie wygenerować oszałamiającą ilość stresu dla najbliższego otoczenia.
- Bardzo cię przepraszam - zwracam się teraz do Isaaca. - Kompletnie zapomniałam o ważnym spotkaniu.
- Jesteś jakąś wysoko postawioną bizneswoman czy co?
- Nie, ale jestem w zarządzie stowarzyszenia studentek Delta Pi, więc muszę tam być.
Gapi się na mnie z niedowierzaniem. Szybki rzut oka w dół i widzę, że jego erekcja słabnie, chociaż muszę przyznać, że nawet w takim półstojącym stanie jest wciąż imponująca.
- W porządku? - pytam, zsiadając z niego. Fotel pasażera również jest dość ciasny, ale udaje mi się jakimś cudem wsunąć z powrotem białe koronkowe majtki i wygładzić na udach plisowaną spódniczkę.
Futbolista obok mnie nie przestaje się na mnie gapić.
- Bądź ze mną szczera.
- O co chodzi? - Przeczesuję palcami włosy i zakładam je za uszy.
- Czy ja jestem odpychający?
- Że co, proszę?
- Czy ja jestem odpychający? - powtarza przez zaciśnięte zęby, pocierając dwoma palcami grzbiet nosa. Na jego przedramieniu wyraźnie rysują się żyły. Najwyraźniej to dla niego trudny moment.
- Isaac... przed chwilą twoje palce były we mnie - przypominam mu.
- No właśnie, a teraz ode mnie uciekasz. To dlatego, że nie dałem ci orgazmu?
O mój Boże. Wiem, że śmiech nie jest odpowiednią reakcją w takich sytuacjach, ale obecnie coraz trudniej jest mi się powstrzymać. Wzbiera w moim gardle, próbując wyrwać się na wolność.
- To o to chodzi? - Chce wiedzieć.
- Nie - mówię z największą stanowczością, na jaką mnie stać. - Jeszcze kilka sekund i bym doszła, przysięgam.
- Na pewno?
- Absolutnie. Po prostu zapomniałam, że mam dziś to spotkanie.
- Czy ja jestem nieatrakcyjny?
Patrzę na niego z niedowierzaniem.
- Jesteś Isaakiem Grantem. No halo.
- Też mi się tak wydawało. Zazwyczaj wyrywam laski bez najmniejszego problemu, nawet nie muszę się starać. Wchodzę na imprezę i zaraz mam wokół siebie sto lasek gotowych pójść ze mną do domu. I nagle pojawia się jakaś jedna, która nie jest mną zainteresowana? Nagle rzuca mi teksty w stylu "Zaraz, czy ty ze mną flirtujesz? Sorry, ale mam już plany". - Z ust wyrywa mu się pomruk oburzenia. - Myślałem, że jestem Isaakiem Grantem!
- Och, skarbie. Czy ktoś ostatnio sprawił, że zacząłeś wątpić w siebie?
- Nie.
Ewidentnie kłamie. Ten przykład był zdecydowanie zbyt konkretny.
Nachylam się w jego stronę i poklepuję po wielkim bicepsie.
- Kimkolwiek jest ta dziewczyna, nie jest warta twoich nerwów. - Zamaszystym ruchem ręki wskazuję jego szeroką, muskularną sylwetkę. - Jesteś cholernym greckim bogiem. Twoje ciało jest... - Przez chwilę mam mroczki przed oczami i zaczynam pochylać się w jego stronę, jakbym chciała go pocałować. Otrząsam się jednak w ostatniej chwili. - Uwierz mi. Jesteś boski. I doskonale wiesz, co robić z palcami. Zapomnij o tej dziewczynie.
Posyła mi nieśmiały, pełen nadziei uśmiech.
- O tobie też mam zapomnieć?
- He?
- Powiedziałaś tak, kiedy umawialiśmy się wczoraj pod Coffee Hut, pamiętasz? Że spotkamy się dziś, a potem zapomnimy, że cokolwiek się wydarzyło.
- Będziemy udawać, że nic się nie wydarzyło - poprawiam.
Standardowy tekst, który serwuję facetom na przygodny seks. Jeśli spotkamy się kiedyś na kampusie, mamy udawać, że się nie znamy. Nie potrzebuję gromadki adoratorów podbiegających do mnie, żeby powspominać z zachwytem wspólną noc, kiedy jestem w towarzystwie moich sztywniackich sióstr z Delta Pi.
Aczkolwiek, mówiąc zupełnie szczerze, za nic się nie spodziewałam, że umówię się na przelotny numerek akurat z Isaakiem Grantem. Kiedy wczoraj zaczął ze mną flirtować w studenckiej kawiarni na terenie kampusu, z początku byłam gotowa go spławić. A jednak jakimś cudem udało mu się mnie przekonać. Nadal nie do końca jestem pewna, jak to osiągnął. Koleś nie ma powodów do zmartwień w zakresie siły uroku osobistego, bez dwóch zdań.
- Technicznie rzecz biorąc, nasze spotkanie nie liczy się jako numerek - oznajmia, poruszając brwiami. - Skoro żadne z nas nie doszło.
- Może i masz rację, ale to był mój jedyny wolny wieczór na najbliższe kilka tygodni, więc... - Nachylam się i cmokam go w policzek. - Ciąg dalszy nastąpi. A jeśli nie, to miło było cię poznać. Ale teraz naprawdę muszę już lecieć.
- Jedź ostrożnie!
- Będę, obiecuję.
Wyskakuję z Porsche i ruszam w stronę wysłużonego sedana, którego dostałam od mojej siostry Avy cztery lata temu, kiedy skończyła studia na Briar. Wszyscy w mojej rodzinie chodzili na ten uniwerek. Moja mama należała do Delta Pi, dlatego w sumie nie miałam wyboru i musiałam dołączyć do stowarzyszenia na pierwszym roku. Gdyby to ode mnie zależało, w ogóle nie zapisywałabym się do żadnego stowarzyszenia. Albo przynajmniej wybrała jakieś bardziej wyluzowane. Tymczasem jestem aktualnie zmuszona pędzić z Hastings do naszej siedziby, ponieważ nasza przewodnicząca jest tyranką.
Hastings, zlokalizowane zaledwie dziesięć minut jazdy od kampusu Briar, jest jednym z wielu miasteczek typowych dla Wschodniego Wybrzeża - z urokliwą ulicą główną, nietuzinkowymi sklepikami i historycznym rynkiem.
Spotkaliśmy się z Isaakiem na tyłach centrum seniora z racji tego, że punktualnie o szesnastej robi się tam kompletnie pusto - seniorzy z Hastings przemieszczają się do pobliskiej restauracji, żeby zdążyć na obiad w promocyjnej cenie. Isaac mieszka niedaleko, na jednej z tych porośniętych drzewami ulic z pięknymi rezydencjami, ale nie chciałam iść do jego domu, który dzieli z trzema innymi futbolistami. Nie mam ochoty nikomu się pokazywać.
Ktoś mógłby powiedzieć, że prowadzę podwójne życie.
No dobrze, niech będzie. Faith tak mówi.
Ale moja najlepsza przyjaciółka ma rację tylko połowicznie. Prowadzę nie podwójne życie, tylko po prostu bardzo, bardzo prywatne. Są pewne rozrywki, w których uczestniczę, ryzykowne sytuacje, które podejmuję i które nie są spójne z wizerunkiem mojej osoby, jaki staram się utrzymywać.
Dla mojej rodziny jestem pracowitą, odpowiedzialną Charlotte. Idealną córeczką, ukochaną siostrzyczką.
Dla moich sióstr ze stowarzyszenia jestem przedstawicielką kolejnego pokolenia mojej rodziny, silną, a jednocześnie powściągliwą, pewną siebie, ale jednocześnie skromną.
Rodzice mają być ze mnie dumni, a studentki pierwszego roku postrzegać mnie jako wzór do naśladowania. Jestem pewna, że bzykanie się z przystojnym futbolistą na opuszczonym parkingu nie jest dla kogoś takiego odpowiednią rozrywką.
Koniec końców to wszystko sprowadza się chyba do tego, że nie znoszę rozczarowywać innych. Na samą myśl dostaję wysypki. Jeśli chcę uniknąć tego druzgocącego uczucia, jakie wywołałby we mnie widok głębokiego rozczarowania w oczach mojej rodziny i przyjaciół, muszę bezwzględnie utrzymywać w sekrecie moje całkowicie nieodpowiednie zajęcia pozaszkolne.
W pośpiechu wracam do Briar, zwalniając tuż przed skrętem w jedną z szerokich ulic składających się na Greek Row. W przypadku większości domów konieczne jest parkowanie przy ulicy, ale siedziba Delta Pi mieści się na samym końcu i ma własny parking dla członkiń.
Nasz budynek jest też z pewnością najbardziej imponujący ze wszystkich w Greek Row. To okazała trzypiętrowa rezydencja z białymi kolumnami i bluszczem wijącym się po ceglanych murach. Aktualnie bluszcz nie ma już zielonej, soczystej barwy wiosny i lata, lecz mimo to brązowe pnącza ani myślą rozluźniać swój uścisk, nadal uparcie trzymając się cegieł.
Chwytam laptopa leżącego na fotelu pasażera i wbiegam po szerokich stopniach w stronę dwuskrzydłowych drzwi zdobionych kołatkami z lśniącego mosiądzu. Kołatki są tu dla zmyłki - żeby dostać się do środka, należy wstukać kod na bardzo współczesnej klawiaturze umocowanej na framudze. Nad frontowymi drzwiami pysznią się złote greckie litery symbolizujące nasze stowarzyszenie.
Delta Pi wprost emanuje elegancją i ekskluzywnością. Nie jesteśmy tu po to, żeby imprezować. Jesteśmy przyszłymi żonami senatorów i pierwszymi damami. W ostatnich dekadach wprawdzie zdecydowano, że możemy też być samodzielnymi polityczkami i kobietami sukcesu, ale "nie przesadzajmy z tym całym feminizmem, dziewczęta". Nadal mamy "poddawać się patriarchatowi". Agatha dosłownie zamieściła takie słowa w przysiędze, którą składałyśmy wszystkie na początku września.
Uch. Niemal słyszę jej protekcjonalny ton. Mam ochotę zrobić w tył zwrot i popędzić z powrotem do samochodu.
Zamiast tego biorę głęboki wdech i pogodzona ze swoim losem wstukuję kod otwierający drzwi wejściowe. Kiedy tylko przekraczam próg, dobiega mnie szum paplaniny dobiegający z jadalni.
Przyznam szczerze, że życie w mieszkaniu pełnym dziewczyn jest dla mnie męczące. Nie ma żadnej prywatności. Zero. Co oznacza, że nie mam najmniejszej szansy na to, żeby sprowadzić sobie tu kogoś na seks. Faceci mają całkowity zakaz wstępu na piętro. Patriarchat nie aprobuje nocowanek. Przyszłe żony liderów nie mogą marnować czasu na bzykanie napalonych studenciaków ani hipsterskich artystów. Imprez też nie urządzamy, to jest nie licząc "uczty" - uroczystej kolacji, którą organizujemy dwa razy do roku. Z elegancką porcelaną, cateringiem i koktajlowym dress code'em.
Podczas naszej ostatniej uczty Faith dokonała czynu zabronionego, czyli przemyciła do swojego pokoju chłopaka, z którym przyszła. Jedna ze sługusek Agathy nakryła ich, jak się miziali, i potem Faith musiała stawić się na spotkaniu z radą stowarzyszenia, na którym miała jej zostać wymierzona kara za tak obrzydliwy wyczyn.
Jako wiceprzewodnicząca do spraw finansów musiałam wziąć udział w tej koszmarnej naradzie. Głosowałam oczywiście przeciwko wpisaniu nagany do akt, ale zostałam przegłosowana przez resztę. Zasiadam w radzie pełnej żądnych krwi harpii.
Moje baletki stukają o drewnianą podłogę, kiedy biegnę przez foyer, mijając po drodze szerokie schody, wijące się spiralą na pierwsze piętro. Pomieszczenie wypełnia srebrzyste światło padające z kryształowego żyrandola. Nasz budynek wygląda równie nieskazitelnie wewnątrz, jak i na zewnątrz. Agatha rządzi żelazną ręką - nasza rozpiska domowych obowiązków nie podlega żadnym negocjacjom.
W jadalni znajduje się długi, mahoniowy stół, przy którym mieści się do trzydziestu osób. Korzystamy z niego przy okazji uroczystych kolacji i cotygodniowych zebrań. Tutaj również unoszą się nad nami kryształowe żyrandole. Na końcu pokoju znajdują się dwie pary dwuskrzydłowych, przeszklonych drzwi, które prowadzą na sporą werandę z wiklinowym kompletem mebli. Wszystko w tym domu wprost emanuje bogactwem rodem ze Wschodniego Wybrzeża.
Wchodzę do jadalni. Pozostałe dziewczyny siedzą już na swoich miejscach przy stole. Nasze stowarzyszenie liczy sobie około stu członkiń, ale w domu mieszka nas tylko trzydzieści pięć. Podczas zebrań spotyka się nas maksymalnie pięćdziesiąt.
Oczy wszystkich zebranych zwracają się w moją stronę. Agatha, nasza nieskazitelna przewodnicząca, unosi idealnie wyskubaną brew.
- Proszę, proszę, któż to zaszczycił nas swoją obecnością. - Jej głos aż ocieka sztuczną uprzejmością.
- Bardzo was przepraszam - odpowiadam. - Miałam to zapisane w kalendarzu na jutro.
Przyklejam do twarzy przepraszający uśmiech i ruszam w stronę swojego miejsca, obok naszej wiceprzewodniczącej, Sherise - przepięknej czarnoskórej dziewczyny o ciemnych, poważnych oczach i ustach, które krzywią się z dezaprobatą w związku z moim spóźnieniem. Członkinie rady naszego stowarzyszenia traktują swoje stanowiska bardzo poważnie.
Dziewczyny, dla których nie starczyło krzeseł, czyli głównie kandydatki na członkinie i studentki z pierwszego roku, podpierają ściany, jak zawsze podczas tego typu spotkań. Przypominają mi małe dzieci postawione do kąta.
Gdy tylko moje pośladki dotykają krzesła, pochylam się, żeby wyciągnąć laptopa z torby. Przez cały ten czas czuję na sobie świdrujące spojrzenie Agathy.
Kiedy podnoszę wzrok, Agatha przekrzywia głowę na bok i przygląda mi się uważnie, jakbym była robakiem, a ona zastanawiała się, czy mnie rozdeptać.
- Charlotte, moja droga, punktualność to jedna z kluczowych cnót członkiń Delta Pi. Wydawałoby się, że szczególnie w przypadku wiceprzewodniczącej do spraw finansów, do której powinnyśmy mieć największe zaufanie.
Największe? A to niby czemu? Co ja jestem, papież?
Jestem tylko skarbniczką. Przygotowuję coroczny budżet. Monitoruję wpływy i wydatki. Jeśli mam szczęście, zdarzy mi się czasem poprzeglądać księgi rachunkowe, ale nawet ja wiem, że moją rolę w stowarzyszeniu mógłby pełnić każdy, kto zna podstawowe działania matematyczne.
Jeszcze inna sprawa, że kompletnie nie zależało mi na tym stanowisku i pewnie nie przyczyniałabym się do powielania stereotypu o tym, że "Azjaci są najlepsi z matmy", gdyby nie to, że moja mama także była skarbniczką w tym samym stowarzyszeniu w swoich czasach studenckich. I bardzo chciała, żebym ja też zasiadała w radzie. Wprawdzie nie powiedziała mi tego wprost, ale wiedziałam, że wiele by to dla niej znaczyło, szczególnie że moja starsza siostra od początku mówiła jasno i wyraźnie, że nie ma najmniejszej ochoty bawić się w jakieś stowarzyszenia.
- Jasne. Postaram się lepiej zarządzać swoim grafikiem - mówię beznamiętnie, unikając spojrzenia Faith. Wiem, że zobaczyłabym w nim błysk rozbawienia.
Agatha mruży oczy, wyraźnie próbując rozstrzygnąć, czy to sarkazm, czy jednak nie. Najwyraźniej sądzi, że nie pokajałam się jeszcze wystarczająco mocno, ale ponieważ wszyscy wokół czekają na rozpoczęcie zebrania, kiwa tylko głową i rzuca krótko:
- Zaczynajmy zatem.
Zajmuje swoje miejsce u szczytu stołu i opiera splecione dłonie z nienagannym manicure'em na błyszczącym blacie. Na szyi ma sznur pereł.
Słowo daję, tylko Agatha Buckley-Ellis wpadłaby na pomysł założenia pereł na zebranie studenckiego stowarzyszenia. Całe jej życie kręci się wokół utrzymania nieskazitelnego wizerunku. Jej garderoba to zestaw starannie dobranych ubrań z wyższej półki - wszystkie, rzecz jasna, w pastelowych odcieniach i dopasowanych wzorach. Dziewczyna nigdy nie opuszcza pokoju bez pełnego makijażu i idealnie ułożonych włosów.
Mamy dziś do omówienia naszą Galę, coroczną imprezę organizowaną w styczniu na cześć byłych członkiń Delta Pi. Zazwyczaj wyłączam się, kiedy Samantha, nasza wiceprzewodnicząca do spraw eventów, zaczyna swoje tyrady, ale tak się akurat składa, że w tym roku jedną z honorowanych na gali absolwentek jest moja mama. Podczas gdy Samantha peroruje na temat listy gości i potencjalnych lokalizacji, w myślach przewracam oczami tak mocno, że grozi mi nadwyrężenie nerwu wzrokowego. Ta dziewczyna zawsze mówi tak śmiertelnie poważnym tonem, jakby organizacja imprez charytatywnych była wyzwaniem na miarę operacji na otwartym mózgu.
Przez następną godzinę głównie robię notatki, odzywając się jedynie, kiedy ktoś dopytuje, czy na pewno stać nas na to czy tamto. Kiedy spotkanie nareszcie dobiega końca, jestem jedną z pierwszych osób, które podrywają się ze swojego miejsca.
Faith chwyta mnie w korytarzu za ramię i zbliża twarz do mojego ucha. Jej ciemne loki podskakują, rozsiewając wokół zapach truskawkowego szamponu.
- Błagam, powiedz, że miałaś przynajmniej jeden orgazm, zanim wam przerwałam - szepcze.
Z rezygnacją opieram głowę na jej ramieniu.
- Nic z tego.
- Przepraszam. Strasznie mi głupio, że musiałam ci przerwać.
- Nie, coś ty. Przecież trułaby mi dupę do końca świata, gdybym przegapiła zebranie.
Kątem oka zauważam Blake Logan, która czeka na mnie w przestronnym foyer. Unoszę rękę, żeby jej pomachać, i zaraz zerkam na Faith.
- Muszę pogadać chwilę z Blake - wyjaśniam. - Ale potem może przyjdziesz do mnie do pokoju i coś sobie razem obejrzymy?
- Nie mogę. Idę do Fairview House spotkać się ze znajomymi z zajęć. Chcesz dołączyć?
- Nie, dzięki, nie mam już ochoty wychodzić.
- Nadal planujesz pojechać jutro do rodziców?
- Wyjeżdżam z samego rana - potakuję.
Rzuca mi znaczące spojrzenie.
- I tym razem wreszcie im powiesz?
- Taki jest plan - rzucam lekko.
Tyle że taki sam plan miałam również w zeszłym tygodniu. Tłukłam się dwie i pół godziny do mojego rodzinnego domu w Connecticut, a koniec końców stchórzyłam i nie wyjawiłam im prawdziwego powodu swojej wizyty. Po prostu zjadłam lunch z rodzicami, a potem wróciłam do Briar. Pięć godzin jazdy dla posiłku, który trwał może z godzinę. A ludzie twierdzą, że jestem inteligentna.
- Okej, w każdym razie, gdybyś potrzebowała moralnego wsparcia, wrzuć mnie na głośnomówiący, będę wysyłać ci przez telefon pozytywną energię - deklaruje Faith.
- Umowa stoi.
Przytula mnie mocno na pożegnanie i znika, a ja dołączam do Blake. Ta śliczna piegowata brunetka jest w tym roku moją Małą. Nigdy nie lubiłam tego określenia - przecież dziewczyna jest na pierwszym roku studiów, a nie w przedszkolu. Ale cóż, nie ma co walczyć z tradycjami. W Delta Pi organizuje się nawet całą "ceremonię przydziału". Jest na niej obrzydliwie słodko: są tematyczne prezenciki i przydługie wyjawianie, kto z kim zostanie połączony - zupełnie jakbyśmy byli rodzicami przekłuwającymi balony i sprawdzającymi, czy confetti w środku jest różowe, czy niebieskie.
Nie zmienia to faktu, że lubię być mentorką dla Małej. Moim tegorocznym zadaniem jest przeprowadzić ją przez meandry pierwszego roku, dlatego staramy się spotykać raz w tygodniu, żeby porozmawiać o celach, nauce albo czymkolwiek innym, co akurat chodzi jej po głowie.
- Hej, hej! - Ściskam jej ramię na powitanie.
Zauważam, że ma na ręku bransoletkę, którą dałam jej w prezencie na ceremonii przydziału. Jestem wzruszona, że zdecydowała się nosić ją na co dzień. Gładkie kamienie w morskim kolorze mają podobno pomagać w odnalezieniu jasności umysłu. W każdym razie tak twierdziła sprzedawczyni w sklepie ezoterycznym w Hastings. Ten drobiazg wydał mi się odpowiedni dla Blake, która podczas uroczystości przyjmowania jej w poczet Delta Pi przyznała mi, że nie ma pojęcia, co chce zrobić ze swoim życiem. Nadal nie wybrała sobie kierunku, co jest raczej normalne w przypadku pierwszorocznych, lecz Agatha oczekuje od wszystkich członkiń stowarzyszenia wyraźnie wyznaczonego celu, świetnej organizacji oraz planu przez duże P.
- Jak ci minął tydzień? - pytam.
Blake nie mieszka z nami - studenci pierwszego roku muszą mieszkać w akademikach - ale nowo przyjęte członkinie mają obowiązek stawiać się na wszystkich zebraniach. Ich nieobecność usprawiedliwiałaby tylko śmierć.
- W porządku, ale chciałabym pogadać z tobą o zajęciach z medioznawstwa. Może zjemy razem śniadanie w niedzielę... - Blake nagle podskakuje gwałtownie i sięga do kieszeni. - Przepraszam. Mam włączone wibracje. Ale się wystraszyłam!
Uśmiecham się szeroko, obserwując, jak wyciąga telefon. Zerka na ekran, przewraca oczami i wsuwa gładki, czarny aparat z powrotem do kieszeni.
- Kto to?
- Nikt ważny. A dokładniej ktoś, kto chciałby być ważny - poprawia się. Nie udaje mi się jednak wypytać ją o szczegóły, bo od razu rzuca: - To jak, niedziela? Mogę przyjechać tutaj albo możemy się spotkać w Carver Hall. Słyszałam, że mają fantastyczne omlety.
- To niech będzie Carver. Mam przynieść ze sobą laptopa? Będziemy przygotowywać rozbudowane listy?
Blake zaciska usta, próbując stłumić śmiech.
- Musisz wiedzieć, że ten twój orgazmiczny wyraz twarzy, który masz za każdym razem, kiedy mówisz o robieniu list, jest troszkę... przerażający.
- No wiem - wzdycham. - Będę się starała ukrywać swoje podniecenie.
Blake prycha.
- Chodź, odprowadzę cię - mówię.
Docieramy do głównego wejścia w tym samym momencie co Noelle i Veda, którym się wydawało, że uda im się wymknąć zupełnie niepostrzeżenie.
- Wybieracie się gdzieś? - pytam rozbawiona.
Obydwie jednocześnie obracają się w naszą stronę z poczuciem winy wypisanym na twarzach. Nie umyka mojej uwadze, że są ubrane w ciuchy, których Agatha zdecydowanie by nie zaaprobowała.
- W domu bractwa Sigma jest impreza... - Noelle zniża głos i nerwowo zerka przez ramię, żeby się upewnić, że naszej strażniczki nie ma w pobliżu.
Ciekawostka: niektóre uczelnie z Ligi Bluszczowej zniechęcają do udziału w imprezach stowarzyszeń studenckich albo otwarcie ich zakazują. A u nas, w Delta Pi, oddział Briar? Samo stowarzyszenie ich zakazuje.
Delta Pi uznawane jest za jedno z najlepszych stowarzyszeń pod względem działalności charytatywnej, przywództwa oraz osiągnięć akademickich. A także za absolutnie najnudniejsze.
Cóż, może i imprezowanie z akademickimi bractwami nie jest zalecane, ale nawet Agatha nie ma takiej siły, która byłaby w stanie zdusić w studentkach potrzebę zabawienia się od czasu do czasu.
- Idziecie z nami? - Noelle praktycznie szepcze, podczas gdy czujna Veda nie spuszcza wzroku ze schodów w obawie, że niespodziewanie pojawi się na nich Agatha.
- Nie, dzięki - odpowiadam tylko, a dziewczyny ulatniają się pospiesznie niczym uciekinierki.
Żegnam się z Blake i czekam chwilę w drzwiach, aby się upewnić, że bezpiecznie wsiadła do Ubera, a potem idę na górę do swojego pokoju. Na drugim piętrze wszystkie pokoje są kilkuosobowe, ale dziewczyny ze starszych roczników i członkinie rady mają pierwszeństwo w wyborze jednoosobowych pokoi na pierwszym piętrze. Szczęśliwie również należę do tego grona.
W korytarzu mijam Jię. Jia jest drugą, obok mnie, członkinią Delta Pi koreańskiego pochodzenia. Aczkolwiek nie jesteśmy jedynymi Azjatkami. Mimo wszystkich swoich paskudnych wad Agatha chętnie przyjmuje do stowarzyszenia dziewczyny o wszystkich kolorach skóry... o ile tylko idą za nimi duże pieniądze. Nasza wysoce poważana przewodnicząca nie jest rasistką, nic z tych rzeczy. Jest klasistką. Nie masz bogatej rodziny? Nawet nie próbuj do nas startować.
Zrzucam ze stóp baleriny i zamykam drzwi na klucz. Przynajmniej możemy mieć zamki w drzwiach. Chociaż był taki moment, że Agatha próbowała ich zakazać. Było to po tym, jak chłopak Fareedy zamknął się w jej pokoju i oznajmił, że nie wyjdzie, dopóki ona nie obieca mu, że jednak z nim nie zerwie. Musiałyśmy wzywać do niego straż pożarną, żeby wyważyli drzwi i wyciągnęli biednego idiotę.
Na szczęście wszystkie jednogłośnie wyśmiałyśmy Agathę, kiedy próbowała przeforsować pomysł z likwidacją zamków w drzwiach. Naprawdę miło było patrzeć, jak moje siostry z Delta Pi nareszcie buntują się przeciwko rozkazom królowej, przynajmniej jeśli w grę wchodzi naruszanie naszej prywatności.
Przebieram się w piżamę, daję nura pod grubą, białą kołdrę i zaczynam skrolować telefon. Jest dopiero wpół do dziesiątej, ale jutro czeka mnie wczesna pobudka w związku z wyjazdem do Hamden.
Na ekranie pojawia się kilka powiadomień z mojej aplikacji randkowej.
Dobra, niech będzie. To apka do sextingu. Randki? Kto niby ma na to czas? Mam cholernie napięty grafik. Tak to już jest, kiedy studiuje się STEM*. Poza tym aktualnie nie szukam faceta. Za dużo z nimi zachodu. Przekonałam się o tym przy okazji mojego ostatniego związku.
Mitch wymagał nieustannego wspierania, zapewniania o swoich uczuciach i łechtania jego ego. Miał swoje problemy. Nie osądzam, wszyscy mają jakieś nieprzepracowane tematy, ja też. Ale Mitch zasługiwał na dziewczynę, która dałaby mu o wiele więcej, niż ja byłam w stanie. Taką z większą dozą cierpliwości. Taką, która nie wystawiłaby go przez przypadek, zapominając kompletnie o randce dlatego, że utknęła w laboratorium do późnej nocy i straciła poczucie czasu. Taką, która nie ma wystrzelonego w kosmos, napędzanego stresem popędu seksualnego, który sprawia, że potrafi wparować do akademika i wskoczyć na fiuta bez słowa przywitania.
Jestem obecnie na takim etapie życia, że najbardziej odpowiadają mi jednorazowe spotkania i szybkie numerki. Problem polega na tym, że muszę też dbać o swoją reputację. Członkini Delta Pi nie może pod żadnym pozorem puszczać się na lewo i prawo z połową kampusu.
Na szczęście czasem wystarczy tylko trochę sextingu, żeby uspokoić libido.
Otwieram apkę i sprawdzam wiadomości. Od pewnego czasu piszę z jednym gościem, ale facet zupełnie nie umie w erotyczne rozmowy. Sprawdzam najnowszą wiadomość od niego i o mało nie wybucham śmiechem.
Jestem w pełni nabrzmiały i pulsuję na myśl o twojej muszelce.
Jakim cudem taki tekst miałby kogokolwiek podniecić?
Najwyższy czas znaleźć sobie nowego kolegę do rozmów.
Po dziesięciu minutach swipe'owania znajduję kilku kandydatów, ale żaden nie okazuje się moim matchem. W każdym razie jeszcze nie teraz. Pewnie miałabym o wiele więcej matchów, gdyby zdecydowała się zamieścić zdjęcie z widoczną twarzą. W opinii Faith większość facetów uważa, że profile bez zdjęcia twarzy to nie prawdziwi ludzie, tylko boty.
Trudno. Nie ma opcji, żebym pokazała swoją twarz na aplikacji erotycznej. Wrzuciłam na swój profil dwa zdjęcia: ujęcie sylwetki w bikini (bez głowy), zrobione w zeszłe lato podczas rodzinnych wakacji na Bahamach, i pozowane zdjęcie, na którym leżę na łóżku w fioletowej, koronkowej koszulce na ramiączkach i skąpych figach do kompletu.
Ta druga fotka jest ciut ryzykowna, ale przed jej wrzuceniem upewniłam się, że nie ma tam nic, co umożliwiłoby zidentyfikowanie mnie. Nawet jeśli kiedyś wyfrunie w bezkres internetu, nadal będzie po prostu zdjęciem anonimowej dziewczyny na najzwyklejszym łóżku. Nikła szansa, że ktoś powiąże je ze mną. A w każdym razie taki płynął wniosek z mojej Metody, której ufam bezgranicznie.
Faith nieustannie się z niej nabija, ale prawda jest taka, że gdyby chociaż raz jej spróbowała, na pewno zmieniłaby zdanie. Metoda jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. I tak, owszem, mam na laptopie cały oddzielny dokument ze szczegółowym opisem Metody, łącznie z tym, czy umieszczać swoje seksowne zdjęcia w aplikacji randkowej.
Jestem i zawsze będę nerdowatą pedantką.
A jednocześnie spotykam się na szybki seks z futbolistami na miejskich parkingach.
Jestem seksowną cebulą, jak to kiedyś stwierdziła Faith. Warstwa na warstwie.
Skroluję jeszcze trochę, przeglądając kolejne profile. Kilka nagich klat, całkiem miłych dla oka, ale żaden z tych kolesi nie podoba mi się z twarzy. Swipe'uję trochę na autopilocie, kiedy nagle apka serwuje mi coś niespodziewanego: nie jedną, tylko dwie nagie klaty na jednym zdjęciu.
Profil nazywa się LARS & B.
Okej. Macie moją uwagę.
Klikam "czytaj więcej", chociaż szczerze mówiąc, mniej czytam, a więcej się ślinię. Ci dwaj mają naprawdę niesamowicie wyrzeźbione ciała. Jestem w stanie policzyć wszystkie mięśnie brzucha.
Jeden z nich ma mocną opaleniznę i prawie zerowe owłosienie, nie licząc delikatnego meszku na rękach i nogach. Jest blondynem - wiem to, bo ma włosy do ramion, dokładnie do tego miejsca, gdzie zdjęcie jest ucięte. Podejrzewam typ Thora, biorąc pod uwagę wymiary, kolor skóry i stopień umięśnienia.
Drugi koleś też ma jasną skórę, a do tego lekko owłosioną klatę plus tę apetyczną, ciemną linię prowadzącą na południe, wprost do jego bokserek, opuszczonych tak nisko, że widzę też bosko zarysowane linie V poniżej brzucha.
Thor zresztą też ma to V.
Jedno V za drugim.
Nie mogę przestać się gapić. To centralnie najbardziej seksowne ciałka, jakie kiedykolwiek widziałam, co niestety oznacza prawdopodobnie, że twarze mają zupełnie do niczego. To niemożliwe, żeby genetyka była aż tak hojna.
Wstrzymuję oddech i przesuwam palcem do kolejnego zdjęcia, szykując się psychicznie na widok dwóch wyszczerzonych ogrów.
Nic z tego. Kolejne zdjęcie bez pokazanych twarzy. Tym razem blondyn solo. Ma na sobie szare spodnie dresowe. Kolejna dawka przyjemności, od której nie sposób oderwać wzroku.
Na trzeciej fotce widnieje ten drugi, w podartych dżinsach i obcisłej polówce odsłaniającej umięśnione ramiona.
Ich bio jest równie intrygujące.
Dwóch facetów, jeden profil. Dwa razy tyle uroku, ile kłopotów. Szukamy jednej dziewczyny, która lubi się podwójnie zabawić ;) Odezwij się, jeśli masz ochotę na troszkę perwersji.
Odezwij się, hm?
W sumie to jestem trochę perwersyjna. Ale...
Ale co? Przecież nie podpisuję własną krwią przysięgi, że spotkam się z nimi na żywo. Rozmowa w aplikacji do niczego nie zobowiązuje, w każdej chwili mogę usunąć ich profil, jeśli mi się znudzą. Nie zawieramy internetowego małżeństwa.
Z wahaniem trzymam palec nad ikonką serduszka. Oblizuję usta i... klikam.
I nic.
Tak się zajarałam, a nawet nie jesteśmy sparowani.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
* STEM - skrót od Science, Technology, Engineering, and Mathematics (nauka, technologia, inżynieria i matematyka). Ogólna nazwa kierunków studiów związanych z naukami ścisłymi i technicznymi - przyp. tłum.