Meteor czyli My (,) Angel - Yachu Yovo

Kup ebooka

10.50 zł

-
Proszę czekać

Yachu Yovo

Meteor czyli My (,) Angel

Copyright ? Yachu Yovo 2017

Copyright ? Wydawnictwo Red Book 2017

Lublin 2017

Wydanie 1.

ISBN: 978-83-65714-07-7

Projekt okładki:

Anna Bącik

Korekta:

Grupa Korektos

(Autor nie wyraził zgody na wprowadzenie w treści większości zmian mających na celu poprawę strony stylistycznej i językowej dzieła.)

Skład i Redakcja:

Red Book

Wydawca:

Wydawnictwo Red Book

Elizówka 39c 21-003 Ciecierzyn

www.redbook.com.pl

Druk:

PrintGroup Szczecin

DĘBOWE KRONIKI

Tego dnia zostałem powołany do istnienia.

Zdębiałem.

Czytam decyzję powołania i nie wierzę własnym oczom:

"PARADISE APPLE"

Cholera, co to?

Wczytałem się w instrukcję:

"Gratulujemy! Właśnie zostałeś/-aś stworzony/-a/-e*) (niepotrzebne skreślić) przez Najwyższego. Nie wiemy, co prawda, do czego służyć będziesz, ale życzymy powodzenia. Kod genetyczny znajduje się w osobnym opakowaniu - należy wsypać go do głębokiego naczynia, zalać odrobiną wody i wypić."

Sięgnąłem po drugie opakowanie: "Rajska Jabłoń". "Szkoda, że nie miłorząb", zadrwiłem.

Czytam dalej, odręcznie napisane:

"A oto pierwsze zadanie: mamy wśród nas pewną żmiję - wije się, kręci, jątrzy - chcemy się jej pozbyć, zatem Twoim zadaniem będzie oczarować pierwszego kobieta (ważne: nie mylić z pierwszą mężczyzną) i sprawić, by zjadł owoc Twojego żywota. Jak się postarasz, postaramy się i my. Powiemy, że to żmija i w ten sposób pozbędziemy się gada. Za dobrze wykonane zadanie - nagroda: będziesz mógł wybrać istnienie w postaci przez Ciebie wybranej. Do dzieła!"

Tak oto znalazłem się w centrum Rajskiego Ogrodu. Ogrodzili mnie wysokim płotem i przywiesili tabliczkę z napisem: "Danger - ryzyko banicji!" Że co, że z bani można dostać?

Zapuściwszy korzenie w miejscu najlepiej oświetlonym, obmyślałem strategię. Pierwsze lata minęły mi na doskonaleniu źle dobranej metody - działania urokiem osobistym oraz "po owocach mnie poznają". Uroku byłem pozbawion owoce zaś pierwsze jakieś takie niewydarzone były. W końcu wpadłem na pomysł, by pozbyć się jakoś tabliczki. Poprosiłem znajomego dzięcioła, by wygrawerował: "Rajskie jabłko - Niebo również w gębie". Następnie zabrałem się za kształtowanie tkanki mięśniowej. Skłony w przód, w tył, w bok, podskoki na jednym korzeniu, jaskółka. Byłem gibki, nie ma co. Codzienne kąpiele błotne, maseczki z odchodów przelatujących ptaków. Moje życie nabierało soków i czułem z dnia na dzień coraz bardziej, że mozolnie zbliżam się do celu.

Mozolnie.

Kobiet, mimo moich wysiłków, zdawał się nie zwracać na mnie żadnej uwagi, zajęty kokietowaniem mężczyzny, której nie w głowie były głupoty. Mężczyzna - z natury pragmatyczna i rzeczowa, zajęta gotowaniem, praniem, sprzątaniem ("Pierdolę taki raj" - mamrotała pod nosem całe dnie) - nie miała czasu na pierdoły, a na propozycje wyuzdanego seksu odpowiadała znaczącym gestem - pukając się w czoło. Że niby ją głowa boli.

Pewnego dnia kobiet - w końcu - sforsował ogrodzenie i znaleźliśmy się sam na sam. Target oparł się o mój twardy i sprężysty pień plecami, poczułem ciarki w korzeniu głównym. Niewiele myśląc i korzystając z chwili nieuwagi, uderzyłem go mocno, ale z wyczuciem, w okolicę tylnego otworu wylotowego, smyrając jednocześnie listkami za uszkami. Odwrócił się w moją stronę z pełnym nierozładowanego napięcia seksualnego uśmiechem i... wiedziałem już, że jest mój, że misja lada chwila - dzień, rok, czy dekada - zostanie zakończona, że w końcu dopnę swego - kobieta, he he he. Kobiet wspiął się jak ciota po pniu na najniższą z gałęzi, objął mnie lubieżnie i... W tym momencie rzuciłem w jego kierunku jabłkiem. Ślamazara - nie złapał. Jabłko, o dziwo, nie spadło, idealnie wkomponowało się w dwa pozostałe, przednie, kobieta. Kobiet chwycił je oburącz, oglądał ze zdziwieniem, przyłożył znów do dwóch pozostałych jego własnych, wybuchając śmiechem. "Weź to do buzi!!!" - wrzeszczałem ile sił szumem gałęzi. Na nic, zabawa wydawała się nie mieć końca.

Wszystkiemu z dołu, przyglądał się padalec, który w końcu - znudzony - zagrzebał się w liściach i uciął komara. "Teraz, albo za sto lat!" - pomyślałem i zatrząsłem się sobą z całych sił. Jabłko spadło pierwsze, kobiet - lotem koszącym - poszybował drugi. Idealnie jedynkami ryjąc w jabłko. Kobiet wstał oszołomiony, pluł, charczał spod gardła niekulturalnie, pozbywając się resztek niechcianego pokarmu. Na próżno - odciski zębów jednoznacznie wskazywały winowajcę.

Leżący opodal padalec nie spodziewał się nadchodzącej burzy.

Zagrzmiało, zerwał się wiatr, w oka mgnieniu zjawili się aniołowie śledczy, zabezpieczając miejsce zbrodni i - przede wszystkim - ślady, ogłuszając profilaktycznie padalca badylem i unosząc za plecami kciuki do góry, w moim kierunku. Odwróciłem koronę i radośnie podziwiałem zbierające się czarne chmury, pogwizdując radośnie.

- To nie jest tak, jak myślicie! - wołał kobiet wniebogłosy w kierunku śledczych. - To przez ciebie! - krzyczał w kierunku kręcącej głową mężczyzny.

- I po Raju... - westchnęła towarzyszka kobieta.

Zjawił się i Wszechmogący, zaintrygowany zamieszaniem. Spojrzał na dowody zbrodni, na sprawcę, na budzącego się do świadomości padalca i wymownym gestem wskazał wszystkim kierunek wygnania.

- Won! - rzekł rzeczowo i wszechmocą swoją zamienił role.

Kobieta wbiła (!) - tym razem już z premedytacją - kły w zakazany owoc, narażając się na gniew władzy.

- No co? - rzekła - i tak już po ptokach.

- Rajskich - dodała na wyjście.

Ze szczęścia puściły mi zwieracze i trysnąłem sokiem.

* * *

Aha, nie poinformowałem was jaką wybrałem postać. Postać godną mych oczekiwań i marzeń: dębu. Po długotrwałych negocjacjach ("Dąb?! Porąbało cię?", "A co?! Miłorząb?") dostałem kod na marzenie. Wyegzekwować swoje prawa też trzeba umieć.

Z początku było ciemno. Długo trwało, nim zdołałem przebić się przez warstwy zalegającej ziemi. Wystawiłem głowę - ledwie jedno zielone źdźbło ku słońcu - gdy w tym momencie wypróżnił się na nią przebiegający tyranozaur. Miło z jego strony. Nieoczekiwany nawóz jedynie przyspieszył mój wzrost. Kolejne lata mijały mi na forsowaniu kolejnych warstw nie do końca strawionych organicznych odpadów.

Było mi ciepło.

Podrosłem nieco. Środowisko było zupełnie odmienne od rajskiego - duszno, parno, pełno wywyższających się paproci oraz pałętających się bez celu grupek dinozaurów. Schyłek epoki. Dekadencja.

Przyjrzałem się sobie. Nie, nie byłem szczytem moich marzeń. Karłowaty podrostek, krzew ledwie wśród bujnej flory. "Korona mi z głowy nie spadnie", pomyślałem i postanowiłem rosnąć nadal.

Co jakiś czas przebiegał jakiś początkujący, zastraszony ogólnie panującym terrorem ssak. Czasem jakiś naćpany gad roślinożerca padał swym ogromnym, obleśnym cielskiem u mych stóp i w skocznych drgawkach konał. I ten rodzaj nawozu okazywał się wielce przydatny mojej wegetacji.

Dojrzewałem beztrosko.

Pewnego, słonecznego poranka niebo przeszył świst, było wielkie buuum! i po epoce, he he he.

Mijały wieki i życie budziło się z powybuchowego marazmu. Wokół zaczęły panować żarłoczne wiewiórki i inne podrzędne ssaki.

W tym czasie podrosłem już nieco. Ba, moja kora nawet się nieco postarzała, tu i ówdzie pojawiły się pierwsze zmarszczki, na których likwidację było za wcześnie - lifting nie był jeszcze w modzie.

Któregoś wieczora wdrapali się na mnie ONI - od razu ich poznałem. Co prawda ich obecne ciała dalekie były od formy, jaką prezentowali na początku - w Raju: wystające kły, pazury miast zadbanych paznokci i te ogony. Zapewne ich rajskie ciała czekały nadal w ośrodku dla deportowanych z Raju na bardziej stosowną chwilę oraz na wyrównanie inteligencji z wyglądem.

Oni uwili sobie rodzinne gniazdko na najwyższej z gałęzi i całymi dniami uprawiali nudny seks - non stop w jednej, karkołomnej pozycji. Faktycznie, Najwyższy przykazał im, by się rozmnażali, ale widać zapomniał dodać, ile razy...

Rozmnażali się kilkadziesiąt razy dziennie. Patrzyłem na to bezwstydnym wzrokiem i nocą brudziłem runo leśne dębowymi wydzielinami.

Dojrzewałem.

Miałem ich serdecznie dość. Nie mogłem doczekać się chwili, kiedy zejdą ze mnie.

W końcu zeszli.

Poczułem się troszkę samotny. W końcu wiele nas łączyło...

Rozmyślając nad swoim dalszym losem, nie spostrzegłem, jak tuż obok wyrosła ona - młodzieńcze moje przekleństwo. Dorodny dąb rodzaju żeńskiego. Spojrzeliśmy na siebie. Zawstydzeni młodzieńczym, acz pełnym pożądania już spojrzeniem, odwróciliśmy korony. Zaczęliśmy nocami tęsknic do siebie, mniej lub bardziej mokro śnic o sobie nocami. Nasze gałęzie podrosły i... dotknęliśmy się. Eksplodowałem latami skrywaną namiętnością i wydzielinami fizjologicznymi. Ryknęła ze śmiechu:

- He he he, chłop jak dąb, jaja jak żołędzie!

Spojrzałem na żołędzie. Oblałem się rumieńcem i natychmiast obmyśliłem słodka zemstę za poniżenie.

Odciąłem jej dopływ wody do systemu korzennego i z nieskrywana satysfakcja przyglądałem się, jak powoli zamienia się w mumię.

Mumia padła jak kłoda.

Zająłem się żołędziami. Z roku na rok coraz lepiej mi szło. Dużo trenowałem. Rzucałem się na każde drewno rodzaju żeńskiego, stając się powoli mistrzem uwodzenia i wyuzdanego seksu. Brzoza (zgrabna blondynka), osika (a fuj!), czeremcha, nawet dorastającej jarzębinie nie przepuściłem.

Gdy nagle zjawiła się ona - sekwoja kanadyjska. Smukła, doświadczona życiem, gibka, zwinna piękność. Potrząsnęła zalotnie koroną, pewna siebie, wydawałoby się niedostępna. Poczułem, jak moje korzenie mają się bardzo ku niej, jak drążą pospiesznie podziemne korytarze, ryjąc bez skrupułów matkę Ziemię. Podniecenie ogarnęło moje całe jestestwo, gałęzie wprost rwały się do niej. Stała niewzruszona, kołysząc się namiętnie na boki przy ledwie wyczuwalnym podmuchu wiatru. Każdy jej ruch przyprawiał mnie o szaleństwo. Niewzruszona, ale tylko na pierwszy rzut oka, jako że mój wrodzony sejsmograf wyczul delikatne drgania z jej strony.

Korzeń dotarł celu. Zerwał się wiatr. Kołysaliśmy się rytmicznie na wszystkie strony, ściśnięci namiętnym uściskiem drewnianych kochanków. Jej odchyloną ku tyłowi koronę smagał wiatr i deszcz, deszcz i wiatr - na przemian. Oburzone zwierzęta odwracały głowy ze wstydu, kret wydłubał sobie oczy, przecierając je ze zdumienia. A myśmy tańczyli. Raz szybciej, raz wolniej. Mokrzy deszczem i spoceni bujną wegetacją. Nagle poczułem przeszywający ból - od korony po same korzonki. "I po ptokach" - pomyślałem.

Nie - szczęśliwie to był jedynie piorun.

W ułamku sekundy wróciłem do niej. Uśmiechnęła się jedynie zalotnie, smagając mnie swymi gałęziami po plecach. Nasz akt przemienił się w szalejącą burze - wiatr ucichł, wyszło słonce, myśmy nadal bujali się we wszystkie strony, szybciej, szybciej, szybciej... Jacyś pierwotni namaścili nas już na święte drzewa (he he he). Wokół cicho, bezwietrznie, a my kołyszemy się w rytm szalejącego wiatru rozkoszy. Szybciej, coraz szybciej! Poczuliśmy oboje, ze wkraczamy z powrotem do Raju, mijając po drodze siódme niebo.

Wkroczyliśmy.

Wilcy zawyli, księżyc wyjrzał zza obłoków.

Nasze kołysanie trwało jeszcze dobra chwile.

Wolniej, wolniej, coraz wolniej...

Ja wiem, że nasz związek nie miał przyszłości - wystarczy wyobrazić sobie żołędzie upstrzone igłami, czy też szyszki w czapeczkach. Haszyszki... Może właśnie dlatego tak długo trwał? Może dlatego nie traciliśmy czasu na durne kłótnie, sprzeczki, dąsy? Wystarczało jedno spojrzenie, gest, a korzeń rwał się do niej bez opamiętania; z wiatrem czy bez, za dnia czy nocą - oddawaliśmy się obopólnej rozkoszy...

Po paru wiekach opuściła mnie sekwoja. Dostała wizę i tyle ją widziałem. Płakaliśmy oboje, dzielnie trzymając pion; ryczał cały las, pierwotni ciosali kamienie pod ołtarz.

Zostałem jednoosobowym świętym gajem. Co miesiąc, przy pełni księżyca, pierwotni zbierali się i zarzynali kolejne dziewice, rżnąc je najpierw mniej rytualnie.

Watahy wilków uczyły się śpiewu operowego.

Skręcało mnie całego.

Pierwotnych przegonił człek co nieco już sapiens. W gałęziach zadomowiło się ptaszysko. Inaczej wyobrażałem sobie orła, ale cóż - "każdy orzeł jak może" - zacytowałem z pamięci klasyczną sentencję przyszłości. Człek zaczął rozmyślać, jak tu oskubać mnie z liści i podkręcić żołędzie. "O nie, nie, nie" - pomyślałem i wziąłem korzenie za pas. Ruszyłem truchtem na północ, wykorzystując chwilę nieuwagi człowieka, czy też upojenia zepsutym wywarem z ogólnie dostępnych (jeszcze) ziół.

Czmychnąłem na bosaka. Bezszelestnie. Nikt się nie zorientował. Nie miał prawa. Na odchodne dorzuciłem im do wywaru nieco chomikowanych latami grzybków.

Na północy trafiłem do salonu tatuażu, jakaś banda nieokrzesanych Wandalów wyryła mi w korze: "Bylem tu" i "Love plastikowe".

Im dalej biegłem na północ, tym bardziej było mi zimno i tym bardziej oddalałem się od znienawidzonego równika (też mi myśl). Dębów mego rodzaju było coraz więcej i coraz częściej spotykałem się z oznakami kompletnej ignorancji podstawowych zasad gościnności z ich strony. Zapewne moja legenda dotarła i tu. Nic sobie z tego nie robiąc, sunąłem naprzód. Zmęczony dotarłem na skraj pierwotnej puszczy. Zapuściłem korzenie. Uciąłem gałęzią komara.

Było mi dobrze.

Nie na długo jednak.

Z puszczy wypadł na mnie napruty lisek, goniony przez niedźwiedzicę ryczącą wniebogłosy, że gwałcić to sobie on może przepiórki, a nie ją. Lisek nie wyrobił na zakręcie i przypieprzył łbem w mój pień. Padł jak trup. Niedźwiedzica obeszła go w koło, przewróciła łapą na plecy, obwąchała (a - wiadomo - niedźwiedź Litwin miąs nieświeżych nie jada), odwróciła łeb z niesmakiem i pobiegła w podskokach do swego barłogu. "Rusałka" - przyszło mi na myśl. Liskowi zaś na myśl przyszło co innego. Skołowany, zakrwawiony, zaczął mieć majaki. Ludzkim głosem jął prawić o zbliżającej się za stuleci parę ogromnej bitwie, o zastępach PCK wyrzynających w pień współbraci w wierze itp. Nie żebym wierzył we wróżby czy inne przepowiednie, ale podskórnie czułem, że tym razem oberwaniec może mieć rację. "Czas spieprzać" - dodałem sobie otuchy i ruszyłem znów. Nie wiedząc za bardzo, w która stronę się udać, krążyłem w tę i z powrotem, ryjąc korzeniami pierwszy na tych ziemiach system rowów melioracyjnych.

Nagle u mych korzeni pojawił się znajomy z sylwetki gościu ze skrzydełkami. Wyjął z kieszeni dwa kamienie. Sprawnym i wyćwiczonym gestem uderzył jeden o drugi i wykrzesał snop iskier. Po chwil czuć było swąd palących się liści. Skrzydlaty sprawiał wrażenie, że czeka na kogoś, zaciągając się niebieskawym dymem. Faktycznie, z zagajnika wynurzyła się postać z nocnikiem na głowie i w obszernym, płóciennym płaszczu ozdobionym czarnym krzyżem. Patrol PCK z epoki czarno-białego obrazu. Rozmowa się nie kleiła - typowe powitania typu: co tam w domu? jak żona? dzieci? - nie miały z oczywistych powodów racji bytu. O samochodach tez za bardzo nie mogli pogaworzyć - jeden miał skrzydła, drugi pojazd o śmiesznej mocy 1KN (konia naturalnego). Od razu zatem przeszli do konkretów. Zostałem naocznym świadkiem narodzin starszej siostry Świeckiej Tradycji - Korupcji. Doszło do szemranej transakcji. Wymienili się gestami na pożegnanie i skrzydlaty się ulotnił. Woj przejrzał otrzymane papiery - akt własności Inflantów, bon na implant i projekt wznowionego Mustanga. Zaklął pod nosem, schował papiery za stalową pazuchę i potruchtał na pole - bitwa właśnie się rozpoczynała.

Zerknąłem na pole. Nuuuda. Piechurzy, rycerze, konie, woje, sekwoje... Sekwoje?!!! Aż uniosłem się na korzeniu, by lepiej widzieć. Tak, to ona. Poznałem ją w ostatniej, tuż przed ścięciem dokonanym niezawodną ręką hrabiego von Stihla. Przebyła mile morskie, lądowe, kilka łokci, parę stóp... i dup. Bywa i tak.

Kto wygrał, nie wiem. Gdy Słońce chyliło się ku zachodowi (cóż, i Słońce cywilizacyjne inklinacje miewa), podążyłem za nim. Na Wyspy.

Na Wyspach, jak to na Wyspach - wszystko na odwrót, a wegetacja kwitnie. Osiedliłem się incognito w sadzie. Nie było to trudne - w pamięci miałem jeszcze kod na jabłoń. Znajomy dzięcioł wystukał go sprawnie na korze i popadłem w letarg, umęczony podróżą. Z nudów zacząłem eksperymentować z jabłkami. Nieoczekiwanie pewnego pięknego dnia do eksperymentu przyłączył się nieświadom doniosłości badań miejscowy alchemik-przygłup. Właśnie byłem w trakcie sprawdzania, czy spadające jabłko jest w stanie wywołać trzęsienie ziemi, jednocześnie badając częstotliwość wydawanych przy tym dźwięków, gdy na końcu trajektorii półtonowego jabłka pojawiła się głowa. Tak oto niechcący zostałem anonimowym współautorem teorii ciążenia, bo przygłup od uderzenia jabłkiem nagle rozum uzyskał i stał się światowej sławy naukowcem znanym pod nazwiskiem New Age albo Półton... Kto by to spamiętał.

Na Wyspach źle mi było - sami lewacy, popieprzony system monetarny i miar. Ruszyłem na Kontynent.

I tak sobie tkwię od jakiegoś czasu u stóp gór, Świętokrzyskich Gór. Choć piździ niemiłosiernie, nie narzekam. W sumie zasłużyłem sobie na tę emeryturę.

Aha, i nie przedstawiłem się - Bartłomiej jestem...