Metanoia - Zbigniew Kosiorowski

Kup ebooka

37.50 zł
30.00 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Drętwiał na dnie półzatopionej tratwy, tracąc resztki ciepła. Czarne, skłębione niebo stygło. Mimo opuchniętych, zaropiałych powiek, podświadomie wypatrywał świtu. Ta historia kiedyś się zaczęła, miała jakiś początek. Nie pamiętał już tego. Teraz przypuszczał, że czeka na pomoc, która przyjdzie wraz z brzaskiem, z pierwszym promieniem dnia. Zapadał w sen, budził się, znów przysypiał, aż do ponownego zachłyśnięcia się wodą z dna tratwy, wtedy kaszlał, rzęził, dźwigał się na łokciach, by odzyskać oddech. Nogi bezwiednie podkulał pod brodę, uciskając brzuch, tak uspokajał powtarzające się konwulsje. Dawno wyrzygał ostatnie spleśniałe suchary. Już kilka razy umierał, ale nie do końca; nie udawało się. Nie umiał tego zrozumieć, wiedział, jak łatwo jest odebrać człowiekowi życie. Miał w tym pewne doświadczenie. Teraz zdawało się ono bezużyteczne.

Wzmagający się szum, narastający łoskot załamujących się fal mógł się śnić jeszcze z poprzedniego sztormu, albo też zapowiadał na jawie groźbę rozbicia się o nadbrzeżne skały. Brakowało jeszcze potrącania tratwy przez żarłacze... Coś się jednak działo nowego. Fale przestawały unosić go ponad horyzont, którego i tak od dawna nie widział, opadały i rosły łagodniej, usypiająco, uśmierzając chwilami ból, ale nie dotkliwe zimno. Kołysały monotonnie, traciły siły, jak on. Ten sen, choć nie jego, był inny, nadciągał z innego morza.

Z wysiłkiem uniósł głowę, zaczerpnął powietrza, rozkaszlał się. Wody w tratwie przybywało. W ustach czuł sączącą się z warg i poranionej twarzy krew. Miała gorzki smak wkurwionego oceanu, który od tygodni wymierzał mu zasłużoną karę. Z dnia na dzień tracił wiarę w sens takiego trwania, mimo wszystko wciąż modlił się o jeszcze, o jeszcze... i skomlał o miłosierdzie. Głównie we śnie albo wtedy, gdy był na skraju świadomości, gdy kojarzył, co ma na sumieniu, więc i kara, jak domniemywał, zwielokrotniała. Jej wymierzanie wydłużało się nieprzypadkowo. Ospałość żywiołu, chwilowa chyba, dawała szansę nie tyle na odzyskanie sił, ile na zdobycie czasu na odejście w następne bezczucie, w kolejny letarg. Albo na powrót tych, z którymi lepiej dawał sobie radę, bo nawet i z taką załogą wracała nadzieja. Niby każdego z nich znał, jednak tu na tratwie zdawali się inni. Najczęściej milczeli, głównie o tym, co tak bardzo bolało i nie potrzebowało słów. Piotr oblepiony wapiennym pyłem z kamieniołomów pojawił się po pierwszym tygodniu dryfowania. Były jeszcze suchary, resztka czekolady i puszki z wodą. Tratwa nie przeciekała. To on znalazł apteczkę, pomógł założyć usztywniające łupki na złamaną nogę, a nawet złowił rybę, którą zjedli na surowo, w milczeniu. Na koniec zapytał: "Dlaczego wówczas nie skoczyłeś?" i ulotnił się, nie czekając na odpowiedź. Po kilkunastu dniach powrócił z Benem. Chwilę wspólnie moczyli nogi w zbierającej się na dnie tratwy wodzie. Z tym że Ben nie miał już stóp, od kolan zwisały mu bezkrwawe strzępy porozrywanych przez rekiny łydek, fragmenty piszczeli; był krótszy niż przed wypadnięciem z jachtu i mamrotał pod nosem: "Zepchnąłeś mnie za burtę, gdy jeszcze żyłem".

Czy ja go wyrzuciłem? Przez chwilę skupiał myśli, nad którymi nie panował, pojawiały się, przeplatały i gasły; zsuwał się w kolejny majak. Unosił się ponad oceanem, tratwa malała, a wokół rósł pusty bezkres. Cudze już myśli wirowały nad przestrzenią, słyszał skargi kogoś porzuconego na lądzie, powtarzające się jak echo nieznane dotąd nad wodami, niemożliwe, więc to musi się tylko zdawać...

Mógłby zsunąć się z tratwy, porzucić ją i utonąć. Uciec od tej udręki, od przyjmowania kary. Nie był pewien, ile jeszcze wytrzyma, nie wszystko o sobie wiedział, nie każdą z przekroczonych granicę rozumiał, choć kilka już razy układał, porządkował swoje-cudze zawłaszczone życiorysy. Może i jeden z nich już odpokutował, choćby ten najdawniejszy. Z bałaganiarskiego rachunku wynikało, że na każdego z siebie miał po tygodniu przemyśleń na tratwie. Na każdego? Ostatnio wszyscy razem siedzieli, kiwali się na boki i balansowali w rytm fal. Na zmianę czerpali wodę, jakby specjalnie chcieli przedłużyć oceaniczny czyściec. Ich już nie było, chociaż wracali i udawali, że są.

Oddzielający od mroku świt tylko mami nadzieją, bo wraz z nim zobaczy nowe jątrzące się rany, poczuje smród owrzodzonych kończyn i powróci świadomość, że to jeszcze nie koniec. Zasłużył na więcej. Za każdą ze swych ról. Za sztrandowanie jachtu i poranienie załogi, za karkołomną ucieczkę wprost do więzienia na wyspie, za udział w ostatecznie przegranej wojnie, za udawanie zamordowanego, za porzucenie przyjaciół. I nie tylko za to. Nie wierzył już, że morze rozgrzesza, bo nie czyniło lepszym. Nawet wtedy, gdy beznamiętnie waliło na odlew, nie czyniło sprawiedliwości. Gdy udawało, że potrafi więcej, zdawało się bardziej bezrozumne. Jakby porzucone przez Boga, który zwątpił w dobroć siły naginającej karki. Nie tych, którzy się pogubili, ale takich jak on, świadomych co robili, jak i po co. Poczuł skurcz gardła na pulsującą myśl, że grzeszy teraz jeszcze bardziej i tej tułaczki nie będzie końca. Z wolna kolejny raz jakby odzyskiwał świadomość, odczuwał, że tonąca tratwa drży teraz jego drżeniem, że to nie drgawki rozfalowanej wody potrząsają jego ciałem, które odczuwało, że coś się zbliża, nadchodzi, krąży nad nim i czeka.

Dniało. Tylko dniało, zbliżał się brzask, chyba... Podpełzł do burty, zdrowszą ręką chwycił za linki pływaka, nogą zaparł się o śliskie dno tratwy, wychylił głowę. Było cicho, przeraźliwie bezszelestnie, jakby przed ogłoszeniem wyroku, kiedy sąd już włożył na powrót okulary, spojrzał w oczy oskarżonemu i szykował się do jego skazania. Fale na ten czas zupełnie zamarły, struchlały.

Ta historia miała przecież początek...

KAPSZTAD

Reda migotała nerwową arytmią - topowe i rufowe światła statków wznosiły się i opadały nieregularnie wraz z sunącymi od oceanu falami. Jednostki stojące w Zatoce Stołowej bliżej afrykańskiego lądu doznawały innej niespokojnej inicjacji wskutek odbitych od skalistego brzegu mas wzburzonej wody. Fale nakładały się, spiętrzały, kołysząc frachtowcami na uwięzi, a te lawirowały na wypuszczonych z dużym zapasem łańcuchach kotwicznych. Przy windach czuwały wachty, nawigatorzy co kwadrans robili namiary, sprawdzając położenie jednostek, by w porę zapobiec dryfowaniu i zderzeniu z sąsiadami, których tej nocy, w podobnym położeniu, znalazło się kilkudziesięciu. Chwilami dmuchało i od lądu, wiatr spływał po zboczach Góry Stołowej, fale zaś przeciwnie, szły z dużym posztormowym rozkołysem z północno-zachodniego Atlantyku. "No i ten prąd od południa jeszcze się tu dodatkowo wtrynił...", Piotr Framuga zaklął pod nosem. Oglądane nocą przez lornetkę nabrzeża Kapsztadu, jak i całe miasto, zdawały się, mimo odległości kilku mil, na wyciągnięcie ręki. Wabiły jaskrawo oświetlone keje i Sea Point Promenade. Nieco wyżej dostrzegł niewyraźne światła namierników, wskazujące wejście do portu. Ponad nimi rosły piętra ruchomych arterii ulic, drgające smugami samochodowych reflektorów, które pięły się gdzieś w górę, w gęstniejący mrok i ciągnącą od wschodu mżawkę. Ląd milczał wyciszony nadciągającą z gór wilgocią. Niebo zasnute coraz gęstszymi chmurami powoli osuwało się nad miastem, nabrzeża przygasły, jedynie latarnia morska wysyłała jeszcze czytelne sygnały.

Przedwczoraj oznaczyli z Benedyktem na mapie miejsce nocnego lądowania. Za dnia wszystko wydawało się proste, miasto olśniewało kolorami i przyrodą zapowiadającą afrykańską egzotykę, której nie znali, choć w kilku portach marokańskich i tunezyjskich schodzili już na ląd, odwiedzali jednak głównie pasaże handlowe i tanie tawerny. Piotr wprawdzie, od kiedy postanowił, że osiądzie na Przylądku Dobrej Nadziei, naczytał się trochę Afryki, mniemał, że znajdzie tam znacznie więcej niż w mieście nad Odrą; poczuje wreszcie przestrzeń i wolność, której nie dało mu kilkuletnie rybaczenie na statkach łowczych floty rybackiej. Pływał po rzekomo bezkresnych wodach wielkich oceanów zamknięty w klatce statku-bazy i wracał zawsze - z coraz większym oporem - do innej klatki na lądzie. Od kilku lat śmierdział rybą, jak wszyscy, no może poza kapitanem i oficerami. Elektryków i cieślę też pędzono w razie potrzeby do oprawiania przyjmowanych z trawlerów ładunków, więc on i Benek moczyli już ręce w nadpsutej brei morszczukowych tusz. Później gnał do agregatów, by nadzorować usuwanie awarii w zasilaniu zamrażarek, a Benek do swej pakamery i skrzypiec. Piotr sądził nawet, że "między rybami" stracił węch, na lądzie nie odróżniał zapachów. Wyraźniej za to słyszał, nawet bzyczenie komara czy muchy. Nie znał jednak dźwięków Czarnego Lądu, który polubił zanim jeszcze poznał. Na redzie w Świnoujściu, pewnej letniej nocy, włączyli w kabinie radio. I wtedy pierwszy raz usłyszał Afrykę - tajemniczą, przejmującą, grającą w różnych tonacjach, również tych, które nie były mu obce. Liznął trochę muzyki, no nie tyle co Benek Ożóg (najbardziej zwariowany we flocie łowczej skrzypek bez dyplomu), ale czuł ją, grał czasami na gitarze w duecie z przyjacielem, nie tylko bluesa. Właśnie tamtej świnoujskiej nocy wyruszył na swe pierwsze safari: usłyszał odgłosy zwierząt, odległy śmiech hien, bulgot zezłoszczonego lwa, groźne trąbienie słoni, ostrzegawczy ich ryk i przeciągłe wysokie dźwięki w jednostajnych akordach złości, a potem strzał, ciężki upadek cielska oraz odtrąbioną z dala rezygnację oddalającego się stada. Czuł gorączkę nocy i nagłe lodowacenie zawarte w spazmatycznym oddechu, bólu i cichnącym charkocie umierającego, a w końcu milczącą już agonię zastrzelonego zwierzęcia. Po niej przejmującą chwilę ciszy przechodzącą w nokturn złożony z niewyobrażalnych melodii afrykańskich cykad. Monotonia tej obojętnej już nocnej gry sawanny w cyklach opadających i wznoszących się tonów wskazywała, że przecież nic się nie stało, to był tylko słoń. Poczuł wtedy ostry zapach, woń i smród tych wszystkich dzikich zwierząt z radiowego reportażu; niewyobrażalnej nocy, tajemniczej upalnej przestrzeni, która grała pewnie nie tylko po zmierzchu, i nie tylko tak strasznie, bo i przygodą, i wolnością, no nie dla słoni... Później znów trafił na zabijanie w Śniegach Kilimandżaro Hemingwaya, jednakże sprawiedliwsze, bo zrównoważone ranami odniesionymi przez myśliwego, a hieny stawały się tam zwiastunami nadchodzącej śmierci człowieka. W tej historii otworzył się przed Piotrem inny urok afrykańskiego lądu, utwierdzając go w przeświadczeniu, że pora sprawdzić, jak jest naprawdę, choć nie wątpił, że Czarny Ląd przyjmie go z otwartymi ramionami.

Tej nocy musieli opuścić potajemnie statek, zanim jednostka popłynie w stronę Georgii Południowej. Tak zaplanowali z Benkiem jeszcze w Lagos, gdy stary po otrzymaniu szyfrogramu od armatora zakazał schodzenia na ląd.

- Bo w kraju wojna! Oddajemy cumy, wypierdalamy do Kapsztadu. Tam odlichtunek na redzie, zabieramy z trawlerów skrzynki z rybami, gnamy na południe po kryla i wracamy bronić ojczyzny!

Kapitan powiedział jeszcze więcej, zwłaszcza nieco później, gdy po dyskusji z chiefem i ochmistrzem miał czerwony łeb, a oni coraz bardziej bladzi stukali do kabiny radiooficera, by nadal próbował połączyć się z krajem, który zamilkł i ogłuchł na nawoływania z morza; okazał się niemotą.

- Po cholerę żeś odbierał od konsula depeszę, co? - awanturował się pierwszy. - Mogłeś poczekać, nie? No mogłeś, kurwa! A co? I jak teraz? To ja przysięgnę, że zalakowana koperta wypadła ci za burtę zanim ją otwarłeś, no? Wszyscy przysięgniemy, tak chłopaki? - zwrócił się do siedzących w mesie marynarzy, którzy nadal czekali, aż stary ich oświeci i znajdzie sposób na wszystko, jak zawsze przecież.

- Ja też poświadczę, ja też - akcentował z powagą w głosie starszy motorzysta dźwigający od lat brzemię odpowiedzialności za ideowy poziom i moralność załogi.

- Rozkaz jest rozkaz! Przyjęty, odczytany, zejść nie ma, jutro walimy na południe. Nie mam ochoty trafić do mamra... - dodał cichnącym głosem kapitan ze wzrokiem utkwionym w motorzystę.

Wiedział, na kogo patrzy, na kolesia robiącego za trzech. Kandydat na czwartego mechanika, sekretarz pop i kapuś w jednym. O nim przynajmniej wiedział dużo, co do kilku innych raczej się domyślał. Nie zamierzał więc ryzykować. Przypuszczał, że kilku członków załogi miało ochotę zejść na ląd, by już nie wrócić na statek, a z dwoma poczynił nawet pewne ustalenia. Nastroje ogólnie były podłe, a teraz zrobią się jeszcze gorsze, pomyślał. Z ociąganiem szedł do kabiny, czując na plecach spojrzenia pełne niechęci, a może i wrogości. Zawiezie ich z powrotem i nikt się nie domyśli, jaki też fracht przemyci i tym razem do Szczecina, ile książek z paryskiej "Kultury" kolejny raz trafi do mieszkania Jerzego, a później dalej w głąb ukochanego kraju. Zatem pal licho popa; szkoda tylko, że załoga traci do niego zaufanie, "bo stary czuje cykor", niech tam...

Szli później na południe szybko. Spadali po gładkim oceanie najpierw trochę po pijanemu, a im bliżej Przylądka Dobrej Nadziei, tym bardziej tracili ducha. Załoga podzieliła się na frakcje w poprzek i na skos. Jedynie kapitan pozostał samotny, milczący, z dumnie uniesioną głową, bez wsparcia jakiejkolwiek z grup, no oczywiście poza cieślą i elektrykiem, którzy jednak izolowali się od reszty. Dyscyplinę diabli wzięli, zwłaszcza po ogłoszeniu przez ochmistrza, że bar wysechł, a statek jest suchy jak wiór. Mechanicy zaczęli kombinować, czy da się coś jeszcze napędzić, mimo braku cukru. Z instalacją nie było problemu, zawsze mieli ją pod ręką. Jednak śledzie w beczkach, a zwłaszcza zamrożone inne ryby w kartonach, nie kwalifikowały się nawet na zagrychę przy braku okowity. Najważniejszy zdawał się teraz właściwy towar, należało dopilnować, by ochmistrz zadbał o dobre zaopatrzenie w Kapsztadzie. Więc im bliżej było do brzegów RPA, tym większe rosły oczekiwania załogi wobec portowego agenta, który dostał przez radio aż cztery wersje ciągle poszerzanego zamówienia, głównie na alkohol. Podjęte w takiej atmosferze przez elektryka i cieślę przygotowania do dezercji umknęły uwadze nie tylko pokładowego bosmana zajętego reanimacją popa przygniecionego ciężarem złożonych gremialnie na jego pierś podań o skreślenie z listy wspierających wronę. Zdawało się, że nikt nie zwracał uwagi na coraz częstsze przesiadywanie Piotra i Benka w magazynku cieśli okrętowego, byli przecież u siebie. Raz czy dwa ktoś z maszyny zapukał, dopytując choć o garść cukru, i na tym kończyło się zainteresowanie frakcją "myślących zupełnie o czymś innym i grających na trudniejszych instrumentach". Uczynni zwykle koledzy z sekcji pokładowej, poutykani w kabinach, studiowali świerszczyki i nie zawracali cieśli głowy, czuli przed nim respekt, był ich przełożonym, nawet poważanym, jedynym, któremu dotąd nie nadano żadnej paskudnej ksywki. Podwładni, a miał ich siedmiu, mówili do niego z szacunkiem panie Ben-bosmanie. Nie oponował, przed laty uzyskał świadectwo bosmańskie i bywało, że zastępował starego wycirusa rybackiego, jakim był wąsiasty Aron, zdaje się starozakonny, energiczny i znający się na fachu bosman z certyfikatem doskonałości we wszystkim. Z wąsami jak u Franza Josepha i stęsknionymi Sisi w każdym porcie, bo panienki do niego lgnęły, na co się nie gniewał, ale dzielić się z innymi nie lubił. Bywało, że Benek zastępował Arona (oczywiście wyłącznie przy pracach pokładowych), ale w tym rejsie coś między nimi się popsuło, iskrzyło zupełnie po cichu; w spojrzeniach przelatywały błyskawice, każdy z nich wiedział swoje, więc jak mogło być inaczej. Piotr żartował, twierdząc, że to z powodu niezgodności charakterów. "Jak w małżeństwie", dodawał. Chodziło jednak o coś innego. Aron zapewne bał się konkurencji o wiele młodszego Benedykta, który był powszechnie lubiany, i czasem, niespodzianie dla zasiedziałej załogi, wyróżniany przez starego. "Wiadomo, Benek Ożóg, to lepszy gość, uczony po polibudzie", dogryzał ostatnio bosman. Aron policzył bowiem, że w czasie swej służby pod tym kapitanem, a pływał z nim siódmy sezon, raz czy dwa dostąpił zaproszenia do kapitańskiej kabiny, a Ożóg gościł u starego w każdym rejsie, zwłaszcza w dwóch ostatnich. Ba, starego ponoć widziano, jak kiedyś, bodaj w Hamburgu, wchodził do pakamery cieśli i siedział tam ponad kwadrans. Bez wyraźnej potrzeby, jak rzekomo podkreślał bosman w rozmowie z pokładowym magazynierem Frankiem i praktykantem pokładowym, raczej bezimiennym dla bosmana gołowąsem, ale zdaje się Jaśkiem, czy jakoś tak... Przysłuchiwał się im z uwagą (i zapewne z ukrycia) starszy steward zwany Wirażką. Ten pojawiał się wszędzie, gdzie działo się coś interesującego, i od początku rejsu bardzo zabiegał o przyjaźń Arona, ale bez wzajemności. Piotr nie uwierzył stewardowi, by bosman z takim charakterem mógł robić koło dupy staremu. "To nie w jego stylu", argumentował, ale napomknął o potrzebie zachowania ostrożności w wiadomych sprawach, co Benek raczej bagatelizował. Owszem, odczuwał nieco nadmierny nadzór bosmana nad wykonywanymi przez jego sekcję pracami, jednak uwagi przyjaciela skwitował dość wyraziście i pojednawczo: "Aron ma już taką naturę, żeby wszystko wiedzieć i na wszystko mieć baczenie". Nigdy przecież nie ścięli się na ostro w rozmowie, a poza tym, gdy śpiewał w mesie przy akompaniamencie Piotra, to bosman najczęściej im dolewał do szklanek i najgłośniej bił brawo, ot tak, od serca. I co z tego, że niby starozakonny, w jarmułce go widziano tylko raz jeden, o czym kto rozpowiadał, no kto? Oczywiście starszy steward Wirażka, tak? Ten, co go bosman przezwał, że pół dupy, pół ptaszka, a który zdradzał skłonności do plotkowania i coraz bardziej zaznaczał swój charakter wścibskiego wziernikowego, jak to określił starszy ochmistrz, dziwiący się, że choć to on odpowiada za "hotel", to nic nie wie o nowym nabytku wśród kelnerów. "Przyszedł se taki z ulicy, papiery miał od armatora z pieczątką i tyle o nim wiadomo. Gość znikąd", dodawał z przekąsem. Starszy steward wszakże bardzo się starał, a jako kelner-akrobata wspinał się na wyżyny knajpianego sznytu z pięknymi aforyzmami, lubianymi zwłaszcza przez załogę maszynową z drugim mechanikiem na czele.

Benedykt i Piotr nie zamierzali powracać do kraju, zwłaszcza obecnie, po ogłoszeniu stanu wojennego. Widzieli już zbyt wiele świata, by rezygnować z tej wolności, która zdawała się na wyciągnięcie ręki. W RPA mieli punkt zaczepienia. Kilka lat wcześniej w Kapsztadzie osiadł Pasza, kolega z klubu. Znalazł dobrą pracę, sprowadził rodzinę, gościł też Ludojada i jeszcze kogoś. Zapewniał, że takich specjalistów jak oni, inżynierów elektryków, szczególnie po politechnicznych studiach, poszukuje się na tym rynku stale. "A poza tym, pisał, jesteście biali, to i predysponowani do rzeczy wielkich". Najpierw sądzili, że z nich kpi. Później Piotr zaczął penetrować historię Afryki Południowej, osadnictwa białych i ich hegemonii, jak i wyzyskiwania tubylców. W dostępnych w bibliotece opracowaniach znajdował głównie prace o zbrodniach białych kapitalistów, szczególnie Niemców w Namibii, o podłych holenderskich i angielskich kolonialistach oraz paskudnym apartheidzie, któremu sprzeciwia się cały postępowy świat, a szczególnie przodujący w wolności obóz demoludów. W Ameryce biją Murzynów, w Afryce też, a u nas nie, aha! Taka zaprzeszła konstatacja już ich nie zadawalała. W Niemczech kupili mapy RPA i przewodniki po Kapsztadzie, obłożyli się reportażami żeglarzy, którzy opłynęli Przylądek Dobrej Nadziei; palcem na mapie rozpoznawali miejsca do lądowania.

W noc przed rzuceniem kotwicy w Zatoce Stołowej na redzie Kapsztadu, jeszcze w ubiegłym tygodniu, zajęli się sprawdzeniem pontonu i jego wyposażeniem, o które zadbał cieśla. Ponton wydawał się za ciężki, miał cztery odrębne komory powietrzne i mógł pomieścić kilka osób. Jego konstrukcja przypominała wojskowe desantowe pływadła komandosów w zgniłozielonym kolorze khaki. "Lepiej zabezpieczyć się na wszelki wypadek, objaśniał Benek, fala tego nie wywróci, a gość, który mi to i owo przehandlował od ruskich, powiedział, że nawet gdyby kto strzelał, to gówno zrobi, bo i na jednej komorze dopłynie się do celu, jak po sznurku!". Dwa plecaki załadowane rzeczami na dobry start, ekstra kamizelki ratunkowe nadmuchiwane sprężonym powietrzem, każda z odrębnego naboju umieszczonego w kołnierzu, dawały gwarancję, że ucieczka się uda. Od brzegu oddzielała ich przestrzeń około czterech mil zwykle spokojnego morza. Pogoda zmieniała się jednak z dnia na dzień, fale i wiatr rozhuśtały zatokę. Z kłopotami przyjęli ładunki ryb z dwóch trawlerów i przekazali na ich pokłady zaopatrzenie z kraju. Kosztem złamanego bomu, straconych kilku beczek ryb i fatalnie poranionego Benka, któremu stalowa lina rozharatała nogę po zerwaniu się z noku wysięgnika. Gdyby nie reakcja bosmana, który w porę rzucił się na ześlizgującego się z przechylonego pokładu cieślę i go ucapił za sztormiak, ten wypadłby za burtę. Na pomoc skoczył też steward, którego tam być nie powinno, ale Bogu dzięki się napatoczył i pomógł Aronowi. To nadzwyczajne i groźne w skutkach wydarzenie (utrata części ładunku) odnotowano w dzienniku z przywołaniem wszystkich okoliczności, świadków, z opisem akcji ratowniczej, a starszy oficer nadzorujący przeładunek własnoręcznie dopisał, że poszkodowany cieśla odniósł głęboką ranę nogi, wykrwawił się, ale nie stracił przytomności i został opatrzony w laboratorium. Opis zdarzenia nie budził wątpliwości, poza określeniem stanu cieśli, poszkodowanego wskutek dziwnego trafu zerwania się stalowej liny, nowo założonej, jak twierdził bosman w rozważaniach przy kolacji. "Bo kurwa, ta lina nie miała prawa pęknąć", dowodził.

Zejście ze statku przy tak rozhuśtanej zatoce stało pod znakiem zapytania. Piotr nie ukrywał zmartwienia, widział ranę na nodze Benka, nadal krwawiła przez owinięte bandaże. "Ale może jednak damy radę, co?", namawiał. Ostatecznie postanowił dać dyla choćby w pojedynkę, bodaj wpław, bo jeżeli nie dziś w nocy, to jutro na otwartym oceanie skoczy za burtę, ale już bez kamizelki ratunkowej, na zatracenie. Gdy to wykrzyczał, zobaczył w oczach rannego kolegi strach. Obydwaj byli dość pijani, agent z portu przywiózł na statek zamówioną aprowizację i wypita butelka rumu mogła podnieść animusz, ale tylko Piotra. Jego wola wyrażona z taką determinacją spowodowała, że Benek nie sprzeciwiał się decyzji przyjaciela, postanowił mu pomóc.

- Opuścimy nocą z rufy ponton i twój plecak, z żurawika, ty zjedziesz na linie, ja zostaję, bo w takim chwiejnym stanie walnę o burtę i odlecę, zanim dotrę na ponton. Nadaję się do szpitala. Widzisz przecież... - Benek nie kłamał. Z trudem utrzymywał równowagę. Bał się kolejnego omdlenia. Podczas wypadku mocno uderzył się w głowę i na chwilę utracił przytomność. Podejrzewał wstrząs mózgu.

Padać zaczęło, nim Piotr wymacał nogami obijający się o burtę ponton. Latarkę trzymał w zębach, mimo rękawiczek czuł wrzynającą się w dłonie linę. Mrok, deszcz i wiatr utrudniały eksperymentalny zjazd od strony otwartego morza, gdzie podmuchy i kołysanie statku rzucały nim o burtę. Walił o nią kilka razy plecami, amortyzując uderzenia nadmuchaną kamizelką, którą mógł przedziurawić, ale nie dbał o to, musiał jak najszybciej usiąść w pontonie i odbić od statku, by dać koledze czas na odcięcie lin, sklarowanie żurawika i uporządkowanie pokładu skąd nawiał. Wiosła były na swoim miejscu. Rzucił okiem w górę, nie widział jeszcze świateł statku, jedynie czarną stalową ścianę bazy. Bez większego trudu odbił od burty, co go niezmiernie zdziwiło, przecież fale szły od strony oceanu. Po kilkunastu pociągnięciach wiosłami oddalił się na tyle od jednostki, że zobaczył jej światła, był to moment przed uderzeniem ściany deszczu, w którym, już po paru minutach, stracił orientację. Ląd w tej nawałnicy zgasł, statki gdzieś się zatraciły w nocy i w ulewie, która szybko wypełniała ponton. W przytroczonym do ławeczki plecaku powinien znaleźć wpakowany tam przez Benka "trofiejny" noktowizor, zanim jednak włożył weń rękę, unosząca go fala zaczęła rosnąć i grzmieć, po czym musiała się załamać, a jej spieniony grzywacz przewrócił ponton. Znalazł się w wodzie.

Kolejny raz odzyskiwał świadomość. Migający z oddali niebieskawy odblask nie raził oczu, to nie było ostre światło lampy, za którym krył się przesłuchujący go drab. Narastający ból głowy, zdrętwiały kark, obolałe barki odczuwał coraz intensywniej wraz z każdym poruszeniem się, uniesieniem ręki czy nogi. Próba zaciśnięcia pięści nie udała się. Syknął z bólu, miał chyba pogruchotane knykcie prawej dłoni. Teraz już przypominał sobie jak to się stało. Paznokcie... Paznokcie wyrwano mu wcześniej, chyba wcześniej, bo dopiero potem w ruch poszła pałka, jak przypuszczał, no takie coś większe od młotka, na szczęście drewniane, na szczęście... Powoli zbierał myśli. Co było wczoraj? A wcześniej? Przez trzy doby... Chyba przez trzy, a może dwie? Tak, przez dwie, siedział w wilgotnej ciemnicy, na betonie, o wodzie i suchym chlebie, jeszcze bez przesłuchań i bicia, dojrzewał po laniu na plaży, czekano aż skruszeje? Nie wiedział kim są, kto go złapał i gdzie go osadzono. Najpierw tylko czekał. Nie doceniał jeszcze izolacji bez tortur. Nie spodziewał się ich przecież, to najokropniejsze dopiero miało przyjść. Odwiedzające go szczury już po dwóch dobach stanowiły właściwie atrakcję, urozmaicenie bytowania w ciemności i ciszy, słyszał jedynie ich piski, gdy dobierały się do okruchów chleba. Żaden nie ugryzł, choć po nim łaziły, zdawały się tłuste, odżywione. Nie czuł do nich wstrętu, poznał ich zwyczaje już na pierwszym statku rybackim, na który zamustrował przed laty, więc teraz było łatwiej. Próbował do nich mówić po angielsku, ale jakby nie znały tego języka, nie reagowały, ważne, że nie gryzły. W końcu doszedł do wniosku, że odwiedziny szczurów nie są przypadkowe, że oprawcy, bez względu na to kim są, mogą go tu trzymać tygodniami, jeśli nie zacznie krzyczeć z przerażenia, bólu i opędzać się od gryzoni. Po coś te szczury tu wpuszczono... To i krzyczał. Całą dobę. Z rana przyszli i po ciemku nałożyli mu cuchnący worek na głowę, wlekli korytarzami, nogi miał w kajdanach, w końcu rzucili na podłogę w jakimś pomieszczeniu. Wyczuwał pod bosymi stopami deski, słyszał szum wentylatora, ale zanim cokolwiek zobaczył, dostał kopa w nery, później w głowę. Dopiero, gdy wijąc się na podłodze, rzygnął, zdjęto mu kaptur. Później było już tylko gorzej.

Może to tylko sen, jakaś makabra albo co... Zdrową lewą ręką obmacał twarz, na lewe oko ledwie widział, było opuchnięte, wargi obrzmiałe. Przesunął językiem po zębach, wydawało się, że są wszystkie, a nawet więcej niż mieć powinien. Czy paznokcie odrastają? Obcęgi, którymi mu je wyrywano, zdawały się kowalskimi, widział takie kiedyś w kuźni na wsi. Więc... Uniósł z trudem głowę, niebieska żarówka świeciła od góry nad kratą, za którą otwierał się zimno oświetlony korytarz, to nie był jednak szpital, chyba... Więzienie? Przecież, że tak, to oczywiste, przesłuchują mnie, biją z wprawą, ale... Za kogo mnie mają? I kim oni są? Aha! Jestem ruskim szpiegiem, komandosem z misją porwania kogoś ważnego, mam na wyposażeniu supernoktowizor, nóż z kompasem, a kałacha pewnie zgubiłem, utopiłem przez przypadek, koledzy z oddziału desantowego też potonęli, bo przecież ponton był na sześć osób, tak? I znów w łeb, a potem kopa w nerki i kubeł wody na ocucenie. Zarzygany, unoszony za włosy do pionu, jeszcze półprzytomny zanim... Boże, już wiem... bolało, bo mówiłem, że to się stało inaczej niż zamierzałem, bo chodzi o to, że proszę o azyl, nawiałem z polskiego statku, w pojedynkę, ponton i noktowizor dał mi cieśla, on je kupił od ruskich za kilka butelek spirytusu, to on pakował wszystko do plecaków, ale został na pokładzie, gdyż podczas przeładunku lina zraniła mu nogę i... Jakiego przeładunku? No ryb przecież z trawlerów na bazę, a ja dałem dyla na ląd, to znaczy chciałem, żeby prosić o azyl, u nas wojna. Jaki tam ze mnie komandos, co? Stopień i numer jednostki? W wojsku nie służyłem, tylko tyle co na studenckim obozie wojskowym, w czołgach, w tym, no... Trzebiatowie, kurwa! To boli! Nie bijcie. Powiem wszystko, co wiem. Tak, noktowizor, jak pan mówi, jest wyprodukowany w ŁOOMPIE, w Leningradzie, to - ma pan rację - udoskonalona wersja PPN-2, lepsza od amerykańskich NYX-7, dają nam takie w SPECNAZIE. Stop! Proszę zaczekać, zaraz uściślę, koledzy z oddziału mieli jeszcze nowsze urządzenia, jakie? Nie pamiętam... O Boże! Zaczynał znów sobie przypominać. No tak, no tak, mimo to w ruch znów poszła pałka, tak, chyba wtedy, chyba, chyba... Wszystko chyba?

Z trudem przewrócił się na bok, czuł, że cały jest poobijany. Mógł wcześniej przyznać się do wszystkiego, ale nie wiedział do czego. Etapami przyswajał niedookreśloną konwencję konwersacji. Najpierw nie kojarzył, gdzie jest i dlaczego. Mgliście, ledwie, ledwie pamiętał powitanie na plaży w świetle reflektorów, ujadanie psów i wcelowane weń karabiny, bo zaraz dostał solidny łomot i stracił przytomność. To byli, jak sądził z nałożonym na łeb workiem, jacyś afrykanerzy, ichnia policja albo straż przybrzeżna. Ale dlaczego zasadzono się właśnie na niego na kapsztadzkiej plaży? RPA aż tak chroni dostępu do swoich zasobów diamentów, a może apartheidu, kpił jeszcze w ciemnicy, nim posadzono go przed oślepiającą lampą. Pierwszych pytań udawał, że nie rozumie, choć dobrze znał angielski. Nie pojmował ich sensu. Sądził, że znajduje się na policji w Kapsztadzie, a pytano go, po co i po kogo wylądował na wyspie. Zaśmiał się i wtedy dostał w tył głowy czymś innym niż zaciśnięty kułak. Zamroczony spadł z krzesła i ogarnął go strach, trząsł się jak w febrze, a facet zza lampy wrzeszczał i zaczął kląć po śląsku, co bardziej przerażało, niżby zakuto go w kajdany i przypalono rozżarzonym żelazem, czego i tak nie uniknął. Zakucia w kajdany i osadzenia kolejny raz w ciemnicy. Na podgrzewanie ogniem musiał jeszcze zaczekać albo zmądrzeć. W końcu poszedł po rozum do wystarczająco już obtłuczonej głowy i przyznał się do wszystkiego: do szpiegostwa na rzecz ZSRR, do dywersji, do misji opanowania ściśle tajnego więzienia na wyspie (?) i oswobodzenia najpilniej strzeżonego przez władze RPA więźnia, a nawet cieszył się, że akcja się nie powiodła, bo kumple komandosi pagibli.

Na korytarzu zaczynał się poranny ruch. Wkrótce apel, skonstatował. Znał już te zwyczaje, musiał zwlec się z koi i stanąć na widoku, by strażnicy mogli policzyć, czy się nie rozdwoił, albo zdematerializował, jak na agenta specnazu przystało. W tym wisielczym humorze, jaki go ostatnio nawiedzał, czuł się, oczywista, dumny z awansu, wyróżniony jak cholera, może zaproponują mu szpiegowanie na rzecz apartheidu, albo przekażą CIA, co też było możliwe, zwłaszcza że ostatnio na przesłuchaniu pojawił się Amerykanin, do którego mówiono pułkowniku, a nosił cywilne ciuchy. Coś było na rzeczy, bo po wizycie owego pułkownika przestano go tłuc. Domyślał się, że obecnie sprawdzają jego prawdomówność.

Z trudem stał przed kratą poobijany, obolały, ale jakoś lekki, nie wiedzieć czemu. Bo już wszystko wyśpiewał? Przecież plótł jak Piekarski na mękach... Oho! Uświadomił sobie, że i lżej mu się myśli, pewnie wskutek wytłuczenia z niego nadmiaru głupoty. Po drugiej stronie stanął strażnik i nieznany facet w lekarskim kitlu.

- Idziesz do łaźni, potem do lekarza. - Strażnik wskazał na cywila. - No i będziesz miał spacer - dodał z uśmiechem. Mogło to brzmieć dwuznacznie. Łaźnia i lekarz to było coś nowego, obiecującego. Bogu niech będą dzięki, ale dlaczego dopiero teraz, Panie Boże, dlaczego zwlekałeś?