PROLOG
Drętwiał
na dnie półzatopionej tratwy, tracąc resztki ciepła. Czarne,
skłębione niebo stygło. Mimo opuchniętych, zaropiałych powiek,
podświadomie wypatrywał świtu. Ta historia kiedyś się zaczęła, miała
jakiś początek. Nie pamiętał już tego. Teraz przypuszczał, że czeka
na pomoc, która przyjdzie wraz z brzaskiem, z pierwszym promieniem
dnia. Zapadał w sen, budził się, znów przysypiał, aż do ponownego
zachłyśnięcia się wodą z dna tratwy, wtedy kaszlał, rzęził, dźwigał
się na łokciach, by odzyskać oddech. Nogi bezwiednie podkulał pod
brodę, uciskając brzuch, tak uspokajał powtarzające się konwulsje.
Dawno wyrzygał ostatnie spleśniałe suchary. Już kilka razy umierał,
ale nie do końca; nie udawało się. Nie umiał tego zrozumieć,
wiedział, jak łatwo jest odebrać człowiekowi życie. Miał w tym pewne
doświadczenie. Teraz zdawało się ono bezużyteczne.
Wzmagający
się szum, narastający łoskot załamujących się fal mógł się śnić
jeszcze z poprzedniego sztormu, albo też zapowiadał na jawie groźbę
rozbicia się o nadbrzeżne skały. Brakowało jeszcze potrącania tratwy
przez żarłacze... Coś się jednak działo nowego. Fale przestawały
unosić go ponad horyzont, którego i tak od dawna nie widział, opadały
i rosły łagodniej, usypiająco, uśmierzając chwilami ból, ale nie
dotkliwe zimno. Kołysały monotonnie, traciły siły, jak on. Ten sen,
choć nie jego, był inny, nadciągał z innego morza.
Z wysiłkiem uniósł głowę, zaczerpnął powietrza, rozkaszlał się. Wody w tratwie przybywało. W ustach czuł sączącą się z warg i poranionej
twarzy krew. Miała gorzki smak wkurwionego oceanu, który od tygodni
wymierzał mu zasłużoną karę. Z dnia na dzień tracił wiarę w sens
takiego trwania, mimo wszystko wciąż modlił się o jeszcze, o jeszcze... i skomlał o miłosierdzie. Głównie we śnie albo wtedy, gdy
był na skraju świadomości, gdy kojarzył, co ma na sumieniu, więc i kara, jak domniemywał, zwielokrotniała. Jej wymierzanie wydłużało się
nieprzypadkowo. Ospałość żywiołu, chwilowa chyba, dawała szansę nie
tyle na odzyskanie sił, ile na zdobycie czasu na odejście w następne
bezczucie, w kolejny letarg. Albo na powrót tych, z którymi lepiej
dawał sobie radę, bo nawet i z taką załogą wracała nadzieja. Niby
każdego z nich znał, jednak tu na tratwie zdawali się inni.
Najczęściej milczeli, głównie o tym, co tak bardzo bolało i nie
potrzebowało słów. Piotr oblepiony wapiennym pyłem z kamieniołomów
pojawił się po pierwszym tygodniu dryfowania. Były jeszcze suchary,
resztka czekolady i puszki z wodą. Tratwa nie przeciekała. To on
znalazł apteczkę, pomógł założyć usztywniające łupki na złamaną nogę,
a nawet złowił rybę, którą zjedli na surowo, w milczeniu. Na koniec
zapytał: "Dlaczego wówczas nie skoczyłeś?" i ulotnił się,
nie czekając na odpowiedź. Po kilkunastu dniach powrócił z Benem.
Chwilę wspólnie moczyli nogi w zbierającej się na dnie tratwy wodzie.
Z tym że Ben nie miał już stóp, od kolan zwisały mu bezkrwawe strzępy
porozrywanych przez rekiny łydek, fragmenty piszczeli; był krótszy
niż przed wypadnięciem z jachtu i mamrotał pod nosem: "Zepchnąłeś
mnie za burtę, gdy jeszcze żyłem".
Czy
ja go wyrzuciłem? Przez chwilę skupiał myśli, nad którymi nie
panował, pojawiały się, przeplatały i gasły; zsuwał się w kolejny
majak. Unosił się ponad oceanem, tratwa malała, a wokół rósł pusty
bezkres. Cudze już myśli wirowały nad przestrzenią, słyszał skargi
kogoś porzuconego na lądzie, powtarzające się jak echo nieznane dotąd
nad wodami, niemożliwe, więc to musi się tylko zdawać...
Mógłby
zsunąć się z tratwy, porzucić ją i utonąć. Uciec od tej udręki, od
przyjmowania kary. Nie był pewien, ile jeszcze wytrzyma, nie wszystko
o sobie wiedział, nie każdą z przekroczonych granicę rozumiał, choć
kilka już razy układał, porządkował swoje-cudze zawłaszczone
życiorysy. Może i jeden z nich już odpokutował, choćby ten
najdawniejszy. Z bałaganiarskiego rachunku wynikało, że na każdego z siebie miał po tygodniu przemyśleń na tratwie. Na każdego? Ostatnio
wszyscy razem siedzieli, kiwali się na boki i balansowali w rytm fal.
Na zmianę czerpali wodę, jakby specjalnie chcieli przedłużyć
oceaniczny czyściec. Ich już nie było, chociaż wracali i udawali, że
są.
Oddzielający
od mroku świt tylko mami nadzieją, bo wraz z nim zobaczy nowe
jątrzące się rany, poczuje smród owrzodzonych kończyn i powróci
świadomość, że to jeszcze nie koniec. Zasłużył na więcej. Za każdą ze
swych ról. Za sztrandowanie jachtu i poranienie załogi, za karkołomną
ucieczkę wprost do więzienia na wyspie, za udział w ostatecznie
przegranej wojnie, za udawanie zamordowanego, za porzucenie
przyjaciół. I nie tylko za to. Nie wierzył już, że morze rozgrzesza,
bo nie czyniło lepszym. Nawet wtedy, gdy beznamiętnie waliło na
odlew, nie czyniło sprawiedliwości. Gdy udawało, że potrafi więcej,
zdawało się bardziej bezrozumne. Jakby porzucone przez Boga, który
zwątpił w dobroć siły naginającej karki. Nie tych, którzy się
pogubili, ale takich jak on, świadomych co robili, jak i po co.
Poczuł skurcz gardła na pulsującą myśl, że grzeszy teraz jeszcze
bardziej i tej tułaczki nie będzie końca. Z wolna kolejny raz jakby
odzyskiwał świadomość, odczuwał, że tonąca tratwa drży teraz jego
drżeniem, że to nie drgawki rozfalowanej wody potrząsają jego ciałem,
które odczuwało, że coś się zbliża, nadchodzi, krąży nad nim i czeka.
Dniało.
Tylko dniało, zbliżał się brzask, chyba... Podpełzł do burty,
zdrowszą ręką chwycił za linki pływaka, nogą zaparł się o śliskie dno
tratwy, wychylił głowę. Było cicho, przeraźliwie bezszelestnie, jakby
przed ogłoszeniem wyroku, kiedy sąd już włożył na powrót okulary,
spojrzał w oczy oskarżonemu i szykował się do jego skazania. Fale na
ten czas zupełnie zamarły, struchlały.
Ta
historia miała przecież początek...
KAPSZTAD
Reda
migotała nerwową arytmią - topowe i rufowe światła statków
wznosiły się i opadały nieregularnie wraz z sunącymi od oceanu
falami. Jednostki stojące w Zatoce Stołowej bliżej afrykańskiego lądu
doznawały innej niespokojnej inicjacji wskutek odbitych od skalistego
brzegu mas wzburzonej wody. Fale nakładały się, spiętrzały, kołysząc
frachtowcami na uwięzi, a te lawirowały na wypuszczonych z dużym
zapasem łańcuchach kotwicznych. Przy windach czuwały wachty,
nawigatorzy co kwadrans robili namiary, sprawdzając położenie
jednostek, by w porę zapobiec dryfowaniu i zderzeniu z sąsiadami,
których tej nocy, w podobnym położeniu, znalazło się kilkudziesięciu.
Chwilami dmuchało i od lądu, wiatr spływał po zboczach Góry Stołowej,
fale zaś przeciwnie, szły z dużym posztormowym rozkołysem z północno-zachodniego Atlantyku. "No i ten prąd od południa
jeszcze się tu dodatkowo wtrynił...", Piotr Framuga zaklął pod
nosem. Oglądane nocą przez lornetkę nabrzeża Kapsztadu, jak i całe
miasto, zdawały się, mimo odległości kilku mil, na wyciągnięcie ręki.
Wabiły jaskrawo oświetlone keje i Sea Point Promenade. Nieco wyżej
dostrzegł niewyraźne światła namierników, wskazujące wejście do
portu. Ponad nimi rosły piętra ruchomych arterii ulic, drgające
smugami samochodowych reflektorów, które pięły się gdzieś w górę, w gęstniejący mrok i ciągnącą od wschodu mżawkę. Ląd milczał wyciszony
nadciągającą z gór wilgocią. Niebo zasnute coraz gęstszymi chmurami
powoli osuwało się nad miastem, nabrzeża przygasły, jedynie latarnia
morska wysyłała jeszcze czytelne sygnały.
Przedwczoraj
oznaczyli z Benedyktem na mapie miejsce nocnego lądowania. Za dnia
wszystko wydawało się proste, miasto olśniewało kolorami i przyrodą
zapowiadającą afrykańską egzotykę, której nie znali, choć w kilku
portach marokańskich i tunezyjskich schodzili już na ląd, odwiedzali
jednak głównie pasaże handlowe i tanie tawerny. Piotr wprawdzie, od
kiedy postanowił, że osiądzie na Przylądku Dobrej Nadziei, naczytał
się trochę Afryki, mniemał, że znajdzie tam znacznie więcej niż w mieście nad Odrą; poczuje wreszcie przestrzeń i wolność, której nie
dało mu kilkuletnie rybaczenie na statkach łowczych floty rybackiej.
Pływał po rzekomo bezkresnych wodach wielkich oceanów zamknięty w klatce statku-bazy i wracał zawsze - z coraz większym oporem -
do innej klatki na lądzie. Od kilku lat śmierdział rybą, jak wszyscy,
no może poza kapitanem i oficerami. Elektryków i cieślę też pędzono w razie potrzeby do oprawiania przyjmowanych z trawlerów ładunków, więc
on i Benek moczyli już ręce w nadpsutej brei morszczukowych tusz.
Później gnał do agregatów, by nadzorować usuwanie awarii w zasilaniu
zamrażarek, a Benek do swej pakamery i skrzypiec. Piotr sądził nawet,
że "między rybami" stracił węch, na lądzie nie odróżniał
zapachów. Wyraźniej za to słyszał, nawet bzyczenie komara czy muchy.
Nie znał jednak dźwięków Czarnego Lądu, który polubił zanim jeszcze
poznał. Na redzie w Świnoujściu, pewnej letniej nocy, włączyli w kabinie radio. I wtedy pierwszy raz usłyszał Afrykę -
tajemniczą, przejmującą, grającą w różnych tonacjach, również tych,
które nie były mu obce. Liznął trochę muzyki, no nie tyle co Benek
Ożóg (najbardziej zwariowany we flocie łowczej skrzypek bez dyplomu),
ale czuł ją, grał czasami na gitarze w duecie z przyjacielem, nie
tylko bluesa. Właśnie tamtej świnoujskiej nocy wyruszył na swe
pierwsze safari: usłyszał odgłosy zwierząt, odległy śmiech hien,
bulgot zezłoszczonego lwa, groźne trąbienie słoni, ostrzegawczy ich
ryk i przeciągłe wysokie dźwięki w jednostajnych akordach złości, a potem strzał, ciężki upadek cielska oraz odtrąbioną z dala rezygnację
oddalającego się stada. Czuł gorączkę nocy i nagłe lodowacenie
zawarte w spazmatycznym oddechu, bólu i cichnącym charkocie
umierającego, a w końcu milczącą już agonię zastrzelonego zwierzęcia.
Po niej przejmującą chwilę ciszy przechodzącą w nokturn złożony z niewyobrażalnych melodii afrykańskich cykad. Monotonia tej obojętnej
już nocnej gry sawanny w cyklach opadających i wznoszących się tonów
wskazywała, że przecież nic się nie stało, to był tylko słoń. Poczuł
wtedy ostry zapach, woń i smród tych wszystkich dzikich zwierząt z radiowego reportażu; niewyobrażalnej nocy, tajemniczej upalnej
przestrzeni, która grała pewnie nie tylko po zmierzchu, i nie tylko
tak strasznie, bo i przygodą, i wolnością, no nie dla słoni...
Później znów trafił na zabijanie w Śniegach
Kilimandżaro
Hemingwaya, jednakże sprawiedliwsze, bo zrównoważone ranami
odniesionymi przez myśliwego, a hieny stawały się tam zwiastunami
nadchodzącej śmierci człowieka. W tej historii otworzył się przed
Piotrem inny urok afrykańskiego lądu, utwierdzając go w przeświadczeniu, że pora sprawdzić, jak jest naprawdę, choć nie
wątpił, że Czarny Ląd przyjmie go z otwartymi ramionami.
Tej
nocy musieli opuścić potajemnie statek, zanim jednostka popłynie w stronę Georgii Południowej. Tak zaplanowali z Benkiem jeszcze w Lagos, gdy stary po otrzymaniu szyfrogramu od armatora zakazał
schodzenia na ląd.
- Bo
w kraju wojna! Oddajemy cumy, wypierdalamy do Kapsztadu. Tam
odlichtunek na redzie, zabieramy z trawlerów skrzynki z rybami, gnamy
na południe po kryla i wracamy bronić ojczyzny!
Kapitan
powiedział jeszcze więcej, zwłaszcza nieco później, gdy po dyskusji z chiefem i ochmistrzem miał czerwony łeb, a oni coraz bardziej bladzi
stukali do kabiny radiooficera, by nadal próbował połączyć się z krajem, który zamilkł i ogłuchł na nawoływania z morza; okazał się
niemotą.
- Po
cholerę żeś odbierał od konsula depeszę, co? - awanturował się
pierwszy. - Mogłeś poczekać, nie? No mogłeś, kurwa! A co? I jak
teraz? To ja przysięgnę, że zalakowana koperta wypadła ci za burtę
zanim ją otwarłeś, no? Wszyscy przysięgniemy, tak chłopaki? -
zwrócił się do siedzących w mesie marynarzy, którzy nadal czekali, aż
stary ich oświeci i znajdzie sposób na wszystko, jak zawsze przecież.
- Ja
też poświadczę, ja też - akcentował z powagą w głosie starszy
motorzysta dźwigający od lat brzemię odpowiedzialności za ideowy
poziom i moralność załogi.
- Rozkaz
jest rozkaz! Przyjęty, odczytany, zejść nie ma, jutro walimy na
południe. Nie mam ochoty trafić do mamra... - dodał cichnącym
głosem kapitan ze wzrokiem utkwionym w motorzystę.
Wiedział,
na kogo patrzy, na kolesia robiącego za trzech. Kandydat na czwartego
mechanika, sekretarz pop i kapuś w jednym. O nim przynajmniej
wiedział dużo, co do kilku innych raczej się domyślał. Nie zamierzał
więc ryzykować. Przypuszczał, że kilku członków załogi miało ochotę
zejść na ląd, by już nie wrócić na statek, a z dwoma poczynił nawet
pewne ustalenia. Nastroje ogólnie były podłe, a teraz zrobią się
jeszcze gorsze, pomyślał. Z ociąganiem szedł do kabiny, czując na
plecach spojrzenia pełne niechęci, a może i wrogości. Zawiezie ich z powrotem i nikt się nie domyśli, jaki też fracht przemyci i tym razem
do Szczecina, ile książek z paryskiej "Kultury" kolejny
raz trafi do mieszkania Jerzego, a później dalej w głąb ukochanego
kraju. Zatem pal licho popa; szkoda tylko, że załoga traci do niego
zaufanie, "bo stary czuje cykor", niech tam...
Szli
później na południe szybko. Spadali po gładkim oceanie najpierw
trochę po pijanemu, a im bliżej Przylądka Dobrej Nadziei, tym
bardziej tracili ducha. Załoga podzieliła się na frakcje w poprzek i na skos. Jedynie kapitan pozostał samotny, milczący, z dumnie
uniesioną głową, bez wsparcia jakiejkolwiek z grup, no oczywiście
poza cieślą i elektrykiem, którzy jednak izolowali się od reszty.
Dyscyplinę diabli wzięli, zwłaszcza po ogłoszeniu przez ochmistrza,
że bar wysechł, a statek jest suchy jak wiór. Mechanicy zaczęli
kombinować, czy da się coś jeszcze napędzić, mimo braku cukru. Z instalacją nie było problemu, zawsze mieli ją pod ręką. Jednak
śledzie w beczkach, a zwłaszcza zamrożone inne ryby w kartonach, nie
kwalifikowały się nawet na zagrychę przy braku okowity. Najważniejszy
zdawał się teraz właściwy towar, należało dopilnować, by ochmistrz
zadbał o dobre zaopatrzenie w Kapsztadzie. Więc im bliżej było do
brzegów RPA, tym większe rosły oczekiwania załogi wobec portowego
agenta, który dostał przez radio aż cztery wersje ciągle poszerzanego
zamówienia, głównie na alkohol. Podjęte w takiej atmosferze przez
elektryka i cieślę przygotowania do dezercji umknęły uwadze nie tylko
pokładowego bosmana zajętego reanimacją popa przygniecionego ciężarem
złożonych gremialnie na jego pierś podań o skreślenie z listy
wspierających wronę. Zdawało się, że nikt nie zwracał uwagi na coraz
częstsze przesiadywanie Piotra i Benka w magazynku cieśli okrętowego,
byli przecież u siebie. Raz czy dwa ktoś z maszyny zapukał, dopytując
choć o garść cukru, i na tym kończyło się zainteresowanie frakcją
"myślących zupełnie o czymś innym i grających na trudniejszych
instrumentach". Uczynni zwykle koledzy z sekcji pokładowej,
poutykani w kabinach, studiowali świerszczyki i nie zawracali cieśli
głowy, czuli przed nim respekt, był ich przełożonym, nawet poważanym,
jedynym, któremu dotąd nie nadano żadnej paskudnej ksywki. Podwładni,
a miał ich siedmiu, mówili do niego z szacunkiem panie Ben-bosmanie.
Nie oponował, przed laty uzyskał świadectwo bosmańskie i bywało, że
zastępował starego wycirusa rybackiego, jakim był wąsiasty Aron,
zdaje się starozakonny, energiczny i znający się na fachu bosman z certyfikatem doskonałości we wszystkim. Z wąsami jak u Franza Josepha
i stęsknionymi Sisi w każdym porcie, bo panienki do niego lgnęły, na
co się nie gniewał, ale dzielić się z innymi nie lubił. Bywało, że
Benek zastępował Arona (oczywiście wyłącznie przy pracach
pokładowych), ale w tym rejsie coś między nimi się popsuło, iskrzyło
zupełnie po cichu; w spojrzeniach przelatywały błyskawice, każdy z nich wiedział swoje, więc jak mogło być inaczej. Piotr żartował,
twierdząc, że to z powodu niezgodności charakterów. "Jak w małżeństwie", dodawał. Chodziło jednak o coś innego. Aron
zapewne bał się konkurencji o wiele młodszego Benedykta, który był
powszechnie lubiany, i czasem, niespodzianie dla zasiedziałej załogi,
wyróżniany przez starego. "Wiadomo, Benek Ożóg, to lepszy gość,
uczony po polibudzie", dogryzał ostatnio bosman. Aron policzył
bowiem, że w czasie swej służby pod tym kapitanem, a pływał z nim
siódmy sezon, raz czy dwa dostąpił zaproszenia do kapitańskiej
kabiny, a Ożóg gościł u starego w każdym rejsie, zwłaszcza w dwóch
ostatnich. Ba, starego ponoć widziano, jak kiedyś, bodaj w Hamburgu,
wchodził do pakamery cieśli i siedział tam ponad kwadrans. Bez
wyraźnej potrzeby, jak rzekomo podkreślał bosman w rozmowie z pokładowym magazynierem Frankiem i praktykantem pokładowym, raczej
bezimiennym dla bosmana gołowąsem, ale zdaje się Jaśkiem, czy jakoś
tak... Przysłuchiwał się im z uwagą (i zapewne z ukrycia) starszy
steward zwany Wirażką. Ten pojawiał się wszędzie, gdzie działo się
coś interesującego, i od początku rejsu bardzo zabiegał o przyjaźń
Arona, ale bez wzajemności. Piotr nie uwierzył stewardowi, by bosman
z takim charakterem mógł robić koło dupy staremu. "To nie w jego stylu", argumentował, ale napomknął o potrzebie zachowania
ostrożności w wiadomych sprawach, co Benek raczej bagatelizował.
Owszem, odczuwał nieco nadmierny nadzór bosmana nad wykonywanymi
przez jego sekcję pracami, jednak uwagi przyjaciela skwitował dość
wyraziście i pojednawczo: "Aron ma już taką naturę, żeby
wszystko wiedzieć i na wszystko mieć baczenie". Nigdy przecież
nie ścięli się na ostro w rozmowie, a poza tym, gdy śpiewał w mesie
przy akompaniamencie Piotra, to bosman najczęściej im dolewał do
szklanek i najgłośniej bił brawo, ot tak, od serca. I co z tego, że
niby starozakonny, w jarmułce go widziano tylko raz jeden, o czym kto
rozpowiadał, no kto? Oczywiście starszy steward Wirażka, tak? Ten, co
go bosman przezwał, że pół
dupy, pół ptaszka,
a który zdradzał skłonności do plotkowania i coraz bardziej zaznaczał
swój charakter wścibskiego wziernikowego, jak to określił starszy
ochmistrz, dziwiący się, że choć to on odpowiada za "hotel",
to nic nie wie o nowym nabytku wśród kelnerów. "Przyszedł se
taki z ulicy, papiery miał od armatora z pieczątką i tyle o nim
wiadomo. Gość znikąd", dodawał z przekąsem. Starszy steward
wszakże bardzo się starał, a jako kelner-akrobata wspinał się na
wyżyny knajpianego sznytu z pięknymi aforyzmami, lubianymi zwłaszcza
przez załogę maszynową z drugim mechanikiem na czele.
Benedykt
i Piotr nie zamierzali powracać do kraju, zwłaszcza obecnie, po
ogłoszeniu stanu wojennego. Widzieli już zbyt wiele świata, by
rezygnować z tej wolności, która zdawała się na wyciągnięcie ręki. W RPA mieli punkt zaczepienia. Kilka lat wcześniej w Kapsztadzie osiadł
Pasza, kolega z klubu. Znalazł dobrą pracę, sprowadził rodzinę,
gościł też Ludojada i jeszcze kogoś. Zapewniał, że takich
specjalistów jak oni, inżynierów elektryków, szczególnie po
politechnicznych studiach, poszukuje się na tym rynku stale. "A
poza tym, pisał, jesteście biali, to i predysponowani do rzeczy
wielkich". Najpierw sądzili, że z nich kpi. Później Piotr
zaczął penetrować historię Afryki Południowej, osadnictwa białych i ich hegemonii, jak i wyzyskiwania tubylców. W dostępnych w bibliotece
opracowaniach znajdował głównie prace o zbrodniach białych
kapitalistów, szczególnie Niemców w Namibii, o podłych holenderskich
i angielskich kolonialistach oraz paskudnym apartheidzie, któremu
sprzeciwia się cały postępowy świat, a szczególnie przodujący w wolności obóz demoludów. W Ameryce biją Murzynów, w Afryce też, a u
nas nie, aha! Taka zaprzeszła konstatacja już ich nie zadawalała. W Niemczech kupili mapy RPA i przewodniki po Kapsztadzie, obłożyli się
reportażami żeglarzy, którzy opłynęli Przylądek Dobrej Nadziei;
palcem na mapie rozpoznawali miejsca do lądowania.
W noc przed rzuceniem kotwicy w Zatoce Stołowej na redzie Kapsztadu,
jeszcze w ubiegłym tygodniu, zajęli się sprawdzeniem pontonu i jego
wyposażeniem, o które zadbał cieśla. Ponton wydawał się za ciężki,
miał cztery odrębne komory powietrzne i mógł pomieścić kilka osób.
Jego konstrukcja przypominała wojskowe desantowe pływadła komandosów
w zgniłozielonym kolorze khaki. "Lepiej zabezpieczyć się na
wszelki wypadek, objaśniał Benek, fala tego nie wywróci, a gość,
który mi to i owo przehandlował od ruskich, powiedział, że nawet
gdyby kto strzelał, to gówno zrobi, bo i na jednej komorze dopłynie
się do celu, jak po sznurku!". Dwa plecaki załadowane rzeczami
na dobry start, ekstra kamizelki ratunkowe nadmuchiwane sprężonym
powietrzem, każda z odrębnego naboju umieszczonego w kołnierzu,
dawały gwarancję, że ucieczka się uda. Od brzegu oddzielała ich
przestrzeń około czterech mil zwykle spokojnego morza. Pogoda
zmieniała się jednak z dnia na dzień, fale i wiatr rozhuśtały zatokę.
Z kłopotami przyjęli ładunki ryb z dwóch trawlerów i przekazali na
ich pokłady zaopatrzenie z kraju. Kosztem złamanego bomu, straconych
kilku beczek ryb i fatalnie poranionego Benka, któremu stalowa lina
rozharatała nogę po zerwaniu się z noku wysięgnika. Gdyby nie reakcja
bosmana, który w porę rzucił się na ześlizgującego się z przechylonego pokładu cieślę i go ucapił za sztormiak, ten wypadłby
za burtę. Na pomoc skoczył też steward, którego tam być nie powinno,
ale Bogu dzięki się napatoczył i pomógł Aronowi. To nadzwyczajne i groźne w skutkach wydarzenie (utrata części ładunku) odnotowano w dzienniku z przywołaniem wszystkich okoliczności, świadków, z opisem
akcji ratowniczej, a starszy oficer nadzorujący przeładunek
własnoręcznie dopisał, że poszkodowany cieśla odniósł głęboką ranę
nogi, wykrwawił się, ale nie stracił przytomności i został opatrzony
w laboratorium. Opis zdarzenia nie budził wątpliwości, poza
określeniem stanu cieśli, poszkodowanego wskutek dziwnego trafu
zerwania się stalowej liny, nowo założonej, jak twierdził bosman w rozważaniach przy kolacji. "Bo kurwa, ta lina nie miała prawa
pęknąć", dowodził.
Zejście
ze statku przy tak rozhuśtanej zatoce stało pod znakiem zapytania.
Piotr nie ukrywał zmartwienia, widział ranę na nodze Benka, nadal
krwawiła przez owinięte bandaże. "Ale może jednak damy radę,
co?", namawiał. Ostatecznie postanowił dać dyla choćby w pojedynkę, bodaj wpław, bo jeżeli nie dziś w nocy, to jutro na
otwartym oceanie skoczy za burtę, ale już bez kamizelki ratunkowej,
na zatracenie. Gdy to wykrzyczał, zobaczył w oczach rannego kolegi
strach. Obydwaj byli dość pijani, agent z portu przywiózł na statek
zamówioną aprowizację i wypita butelka rumu mogła podnieść animusz,
ale tylko Piotra. Jego wola wyrażona z taką determinacją spowodowała,
że Benek nie sprzeciwiał się decyzji przyjaciela, postanowił mu
pomóc.
- Opuścimy
nocą z rufy ponton i twój plecak, z żurawika, ty zjedziesz na linie,
ja zostaję, bo w takim chwiejnym stanie walnę o burtę i odlecę, zanim
dotrę na ponton. Nadaję się do szpitala. Widzisz przecież... -
Benek nie kłamał. Z trudem utrzymywał równowagę. Bał się kolejnego
omdlenia. Podczas wypadku mocno uderzył się w głowę i na chwilę
utracił przytomność. Podejrzewał wstrząs mózgu.
Padać
zaczęło, nim Piotr wymacał nogami obijający się o burtę ponton.
Latarkę trzymał w zębach, mimo rękawiczek czuł wrzynającą się w dłonie linę. Mrok, deszcz i wiatr utrudniały eksperymentalny zjazd od
strony otwartego morza, gdzie podmuchy i kołysanie statku rzucały nim
o burtę. Walił o nią kilka razy plecami, amortyzując uderzenia
nadmuchaną kamizelką, którą mógł przedziurawić, ale nie dbał o to,
musiał jak najszybciej usiąść w pontonie i odbić od statku, by dać
koledze czas na odcięcie lin, sklarowanie żurawika i uporządkowanie
pokładu skąd nawiał. Wiosła były na swoim miejscu. Rzucił okiem w górę, nie widział jeszcze świateł statku, jedynie czarną stalową
ścianę bazy. Bez większego trudu odbił od burty, co go niezmiernie
zdziwiło, przecież fale szły od strony oceanu. Po kilkunastu
pociągnięciach wiosłami oddalił się na tyle od jednostki, że zobaczył
jej światła, był to moment przed uderzeniem ściany deszczu, w którym,
już po paru minutach, stracił orientację. Ląd w tej nawałnicy zgasł,
statki gdzieś się zatraciły w nocy i w ulewie, która szybko
wypełniała ponton. W przytroczonym do ławeczki plecaku powinien
znaleźć wpakowany tam przez Benka "trofiejny" noktowizor,
zanim jednak włożył weń rękę, unosząca go fala zaczęła rosnąć i grzmieć, po czym musiała się załamać, a jej spieniony grzywacz
przewrócił ponton. Znalazł się w wodzie.
Kolejny
raz odzyskiwał świadomość. Migający z oddali niebieskawy odblask nie
raził oczu, to nie było ostre światło lampy, za którym krył się
przesłuchujący go drab. Narastający ból głowy, zdrętwiały kark,
obolałe barki odczuwał coraz intensywniej wraz z każdym poruszeniem
się, uniesieniem ręki czy nogi. Próba zaciśnięcia pięści nie udała
się. Syknął z bólu, miał chyba pogruchotane knykcie prawej dłoni.
Teraz już przypominał sobie jak to się stało. Paznokcie... Paznokcie
wyrwano mu wcześniej, chyba wcześniej, bo dopiero potem w ruch poszła
pałka, jak przypuszczał, no takie coś większe od młotka, na szczęście
drewniane, na szczęście... Powoli zbierał myśli. Co było wczoraj? A wcześniej? Przez trzy doby... Chyba przez trzy, a może dwie? Tak,
przez dwie, siedział w wilgotnej ciemnicy, na betonie, o wodzie i suchym chlebie, jeszcze bez przesłuchań i bicia, dojrzewał po laniu
na plaży, czekano aż skruszeje? Nie wiedział kim są, kto go złapał i gdzie go osadzono. Najpierw tylko czekał. Nie doceniał jeszcze
izolacji bez tortur. Nie spodziewał się ich przecież, to
najokropniejsze dopiero miało przyjść. Odwiedzające go szczury już po
dwóch dobach stanowiły właściwie atrakcję, urozmaicenie bytowania w ciemności i ciszy, słyszał jedynie ich piski, gdy dobierały się do
okruchów chleba. Żaden nie ugryzł, choć po nim łaziły, zdawały się
tłuste, odżywione. Nie czuł do nich wstrętu, poznał ich zwyczaje już
na pierwszym statku rybackim, na który zamustrował przed laty, więc
teraz było łatwiej. Próbował do nich mówić po angielsku, ale jakby
nie znały tego języka, nie reagowały, ważne, że nie gryzły. W końcu
doszedł do wniosku, że odwiedziny szczurów nie są przypadkowe, że
oprawcy, bez względu na to kim są, mogą go tu trzymać tygodniami,
jeśli nie zacznie krzyczeć z przerażenia, bólu i opędzać się od
gryzoni. Po coś te szczury tu wpuszczono... To i krzyczał. Całą dobę.
Z rana przyszli i po ciemku nałożyli mu cuchnący worek na głowę,
wlekli korytarzami, nogi miał w kajdanach, w końcu rzucili na podłogę
w jakimś pomieszczeniu. Wyczuwał pod bosymi stopami deski, słyszał
szum wentylatora, ale zanim cokolwiek zobaczył, dostał kopa w nery,
później w głowę. Dopiero, gdy wijąc się na podłodze, rzygnął, zdjęto
mu kaptur. Później było już tylko gorzej.
Może
to tylko sen, jakaś makabra albo co... Zdrową lewą ręką obmacał
twarz, na lewe oko ledwie widział, było opuchnięte, wargi obrzmiałe.
Przesunął językiem po zębach, wydawało się, że są wszystkie, a nawet
więcej niż mieć powinien. Czy paznokcie odrastają? Obcęgi, którymi mu
je wyrywano, zdawały się kowalskimi, widział takie kiedyś w kuźni na
wsi. Więc... Uniósł z trudem głowę, niebieska żarówka świeciła od
góry nad kratą, za którą otwierał się zimno oświetlony korytarz, to
nie był jednak szpital, chyba... Więzienie? Przecież, że tak, to
oczywiste, przesłuchują mnie, biją z wprawą, ale... Za kogo mnie
mają? I kim oni są? Aha! Jestem ruskim szpiegiem, komandosem z misją
porwania kogoś ważnego, mam na wyposażeniu supernoktowizor, nóż z kompasem, a kałacha pewnie zgubiłem, utopiłem przez przypadek,
koledzy z oddziału desantowego też potonęli, bo przecież ponton był
na sześć osób, tak? I znów w łeb, a potem kopa w nerki i kubeł wody
na ocucenie. Zarzygany, unoszony za włosy do pionu, jeszcze
półprzytomny zanim... Boże, już wiem... bolało, bo mówiłem, że to się
stało inaczej niż zamierzałem, bo chodzi o to, że proszę o azyl,
nawiałem z polskiego statku, w pojedynkę, ponton i noktowizor dał mi
cieśla, on je kupił od ruskich za kilka butelek spirytusu, to on
pakował wszystko do plecaków, ale został na pokładzie, gdyż podczas
przeładunku lina zraniła mu nogę i... Jakiego przeładunku? No ryb
przecież z trawlerów na bazę, a ja dałem dyla na ląd, to znaczy
chciałem, żeby prosić o azyl, u nas wojna. Jaki tam ze mnie komandos,
co? Stopień i numer jednostki? W wojsku nie służyłem, tylko tyle co
na studenckim obozie wojskowym, w czołgach, w tym, no...
Trzebiatowie, kurwa! To boli! Nie bijcie. Powiem wszystko, co wiem.
Tak, noktowizor, jak pan mówi, jest wyprodukowany w ŁOOMPIE, w Leningradzie, to - ma pan rację - udoskonalona wersja
PPN-2, lepsza od amerykańskich NYX-7, dają nam takie w SPECNAZIE.
Stop! Proszę zaczekać, zaraz uściślę, koledzy z oddziału mieli
jeszcze nowsze urządzenia, jakie? Nie pamiętam... O Boże! Zaczynał
znów sobie przypominać. No tak, no tak, mimo to w ruch znów poszła
pałka, tak, chyba wtedy, chyba, chyba... Wszystko chyba?
Z trudem przewrócił się na bok, czuł, że cały jest poobijany. Mógł
wcześniej przyznać się do wszystkiego, ale nie wiedział do czego.
Etapami przyswajał niedookreśloną konwencję konwersacji. Najpierw nie
kojarzył, gdzie jest i dlaczego. Mgliście, ledwie, ledwie pamiętał
powitanie na plaży w świetle reflektorów, ujadanie psów i wcelowane
weń karabiny, bo zaraz dostał solidny łomot i stracił przytomność. To
byli, jak sądził z nałożonym na łeb workiem, jacyś afrykanerzy,
ichnia policja albo straż przybrzeżna. Ale dlaczego zasadzono się
właśnie na niego na kapsztadzkiej plaży? RPA aż tak chroni dostępu do
swoich zasobów diamentów, a może apartheidu, kpił jeszcze w ciemnicy,
nim posadzono go przed oślepiającą lampą. Pierwszych pytań udawał, że
nie rozumie, choć dobrze znał angielski. Nie pojmował ich sensu.
Sądził, że znajduje się na policji w Kapsztadzie, a pytano go, po co
i po kogo wylądował na wyspie. Zaśmiał się i wtedy dostał w tył głowy
czymś innym niż zaciśnięty kułak. Zamroczony spadł z krzesła i ogarnął go strach, trząsł się jak w febrze, a facet zza lampy
wrzeszczał i zaczął kląć po śląsku, co bardziej przerażało, niżby
zakuto go w kajdany i przypalono rozżarzonym żelazem, czego i tak nie
uniknął. Zakucia w kajdany i osadzenia kolejny raz w ciemnicy. Na
podgrzewanie ogniem musiał jeszcze zaczekać albo zmądrzeć. W końcu
poszedł po rozum do wystarczająco już obtłuczonej głowy i przyznał
się do wszystkiego: do szpiegostwa na rzecz ZSRR, do dywersji, do
misji opanowania ściśle tajnego więzienia na wyspie (?) i oswobodzenia najpilniej strzeżonego przez władze RPA więźnia, a nawet
cieszył się, że akcja się nie powiodła, bo kumple komandosi pagibli.
Na
korytarzu zaczynał się poranny ruch. Wkrótce apel, skonstatował. Znał
już te zwyczaje, musiał zwlec się z koi i stanąć na widoku, by
strażnicy mogli policzyć, czy się nie rozdwoił, albo
zdematerializował, jak na agenta specnazu przystało. W tym wisielczym
humorze, jaki go ostatnio nawiedzał, czuł się, oczywista, dumny z awansu, wyróżniony jak cholera, może zaproponują mu szpiegowanie na
rzecz apartheidu, albo przekażą CIA, co też było możliwe, zwłaszcza
że ostatnio na przesłuchaniu pojawił się Amerykanin, do którego
mówiono pułkowniku, a nosił cywilne ciuchy. Coś było na rzeczy, bo po
wizycie owego pułkownika przestano go tłuc. Domyślał się, że obecnie
sprawdzają jego prawdomówność.
Z trudem stał przed kratą poobijany, obolały, ale jakoś lekki, nie
wiedzieć czemu. Bo już wszystko wyśpiewał? Przecież plótł jak
Piekarski na mękach... Oho! Uświadomił sobie, że i lżej mu się myśli,
pewnie wskutek wytłuczenia z niego nadmiaru głupoty. Po drugiej
stronie stanął strażnik i nieznany facet w lekarskim kitlu.
- Idziesz
do łaźni, potem do lekarza. - Strażnik wskazał na cywila. -
No i będziesz miał spacer - dodał z uśmiechem. Mogło to brzmieć
dwuznacznie. Łaźnia i lekarz to było coś nowego, obiecującego. Bogu
niech będą dzięki, ale dlaczego dopiero teraz, Panie Boże, dlaczego
zwlekałeś?