VITO BAMBINO/
MATEUSZ WOJCIECH DOPIERALSKI
W zachwycie nad codziennością
Jest jak pierwszy oddech świeżego powietrza po długiej podróży przez
ciemność - ożywczy, pełen życia, przynoszący obietnicę czegoś
niezwykłego. Czujemy, że świat jest pełen możliwości, że każdy krok,
każde słowo, każda myśl może prowadzić do odkrycia czegoś nowego, co
wzbogaci nasze życie. Ale zdarza się, że to, co nas oczarowało, co na
chwilę wyniosło nas ponad codzienność, nagle traci blask. Wtedy wkracza
rozczarowanie i kładzie się cieniem na naszych nadziejach,
przypominając, że nawet najpiękniejsze chwile przemijają, że zachwyt,
choć potężny, nie jest wieczny.
W tej delikatnej równowadze między zachwytem a rozczarowaniem kryje się
cała złożoność naszego istnienia. To w tych chwilach odkrywamy, jak
bardzo jesteśmy podatni na piękno i jak boleśnie odczuwamy jego utratę.
Ale mimo to wciąż szukamy tych chwil zachwytu, bo to one nadają sens
naszej podróży przez życie, przynosząc nadzieję, że za kolejnym zakrętem
drogi znów odnajdziemy coś, co na nowo nas oczaruje.
Zachwyt to emocja, która od razu skojarzyła mi się z tobą. I nawet nie
chodzi mi o to, że wybitna kompozytorka Katarzyna Gärtner uznała cię za
najbardziej utalentowanego muzyka młodego pokolenia, ale o to, z jakim
zachwytem wskakujesz na scenę.
Wow! To piękny komplement. Jej Małgośka rezonuje we mnie od dawna.
Co ostatnio wprawiło cię w zachwyt?
To ciekawe, bo niedawno na terapii miałem rozmowę na ten temat. Okazało
się, że najbardziej zachwycają mnie te najprostsze, codzienne momenty.
Na przykład kiedy urządzałem swoje urodziny. Zwykle nie zapraszam
nikogo, bo boję się, że nikt nie przyjdzie, więc mówię otwarcie, że będę
w ogrodzie grillował i jeśli ktoś chce, może wpaść, ale absolutnie nie
musi. To takie zabezpieczenie przed rozczarowaniem, żeby nie było mi
smutno, jeśli nikt nie przyjdzie, bo przecież nie zapraszałem. Ale
przyszli wszyscy, nawet więcej osób, niż się spodziewałem. To było dla
mnie ogromnie miłe, że każdy poświęcił mi ten dzień. Uwielbiam gotować
dla innych, więc przygotowałem sporo jedzenia, a wszyscy byli
zachwyceni. To właśnie takie momenty najbardziej cenię - kiedy stoję
przy grillu, patrzę na całą swoją rodzinę i cieleśnie czuję szczęście.
Jak to czujesz?
To ciekawe, bo pan psycholog też mnie o to pytał. Odpowiedziałem, że to
uczucie lekkości, jakby ciężar, który towarzyszy mi na co dzień, na
chwilę zniknął. I wtedy myślę: Ile można mieć szczęścia?! A potem
zastanawiam się, czy kiedyś przyjdzie rachunek za to szczęście. Mam
zdrowe dzieci, karierę jako aktor i wokalista, i czasem myślę, czy
przyjdzie moment, kiedy trzeba będzie za to zapłacić. Staram się trzymać
kurs i być dobrym człowiekiem, ale czasami wydaje mi się to
niesprawiedliwe, kiedy patrzę na świat i widzę, ile osób zmaga się z trudniejszym losem. Zastanawiam się, z czego to wynika. Mogę sobie
powiedzieć, że dużo pracuję na to, co mam, ale wiem, że wielu ludzi,
którym się nie udaje, też ciężko pracuje. I tutaj nie rozumiem, dlaczego
ja zostałem obdarzony taką ilością szczęścia.
Ale też wielu ludzi, którym - wydawałoby się - nic do szczęścia nie
brakuje, bo mają miłość, pieniądze, karierę, mają wszystko, nie jest
szczęśliwych.
Może to polega na tym, że potrafię odnaleźć szczęście w małych rzeczach,
co zaskakuje mnie samego.
I co cię cieszy?
Dawniej cieszyło mnie bycie rozpoznawalnym, ale życie to zweryfikowało.
Bycie znanym ma dwie strony medalu. Oczywiście doceniam to, ale kiedy na
koniec dnia zastanawiam się, co naprawdę daje mi energię, a co mnie
blokuje, to jeśli cokolwiek w domu jest nie tak, wszystkie te rzeczy
przestają mieć znaczenie. Mam wokół siebie ekipę, z którą działam od
dziesięciu lat i która zawsze mnie uziemia. To są ci sami ludzie, z którymi zaczynałem, nikt nie uległ iluzji sławy. Pomaga mi to pamiętać,
że płyty, koncerty - to wszystko jest tylko chwilowe.
Wielka sława to żart?
Książę błazna jest wart... Przez ostatnie dwa lata, kiedy wiele się
zmieniło w moim życiu, musiałem to sobie zweryfikować. Doszedłem do
wniosku, że jeśli miałbym zamienić to wszystko, by utrzymać szczęście
mojej rodziny, zrobiłbym to bez wahania. Co ciekawe, poszedłem na
terapię, bo poczułem, że jestem w nietypowej sytuacji, której nikt z moich przyjaciół do końca nie rozumie. Pomyślałem, że muszę porozmawiać
z kimś, kto zawodowo zajmuje się słuchaniem. Nie boję się takich
tematów, dużo pracuję nad sobą i tym, co dzieje się w moim wnętrzu.
Wiem, że teraz już nie jest wstydem pójść na terapię, nawet dla chłopaka
z osiedla jak ja. Kiedyś nikt by się nie wychylał, że poszedł do
psychologa. Pamiętam, że jak po raz pierwszy moje ziomy mówiły, że idą
na terapię, myślałem: "Ale cienias! Ziom, albo sobie radzisz, albo nie".
A potem sam poszedłem i trafiłem do bardzo fajnego typa.
Który umiał cię bezinwazyjnie otworzyć?
To nie jest tak, że u niego otwieram się bardziej. Ja ogólnie staram się
być otwarty, ale mamy ustaloną relację. On jest po to, żeby wysłuchać,
co mam do powiedzenia. Niekoniecznie mnie w tym utwierdzać, tylko
pozwolić o tym gadać. I ten deal mnie jara - to polega na tym, że my
sobie rozmawiamy i płacę za ten czas. A nie zawracam głowy przyjaciołom.
Nie od tego są.
W którym momencie w twoim życiu postanowiłeś pójść na terapię? Co się
wydarzyło?
Umarł mi tata, w zeszłym roku w maju. Nie miałem kiedy przeżyć żałoby,
tak do końca się rozlecieć. Jednocześnie wiedziałem, że nadchodzi drugie
dziecko, a już byłem tatą, i chciałem na jego przyjście być silny. Byłem
w takim stanie zawieszenia. A potem doszło do serii małych, irytujących
sytuacji, drobnych "fuck-upów", które zaczęły się kumulować. Na przykład
źle spojrzałem na rozpiskę i myślałem, że się spóźniam na spotkanie
zespołu w Katowicach, a okazało się, że byłem półtorej godziny
wcześniej. Ale o tym dowiedziałem się w drodze. I wkurwiłem się.
Wiedziałem, że jestem potrzebny w domu, a będę półtorej godziny
wcześniej w jakimś miejscu, gdzie nie powinienem być w ogóle. Do Katowic
jechałem w ciszy, myśląc: "Kurwa, nie, muszę z kimś pogadać, bo pęknę".
Zadzwoniłem do przyjaciela, który zna się na rzeczy, i poprosiłem, żeby
znalazł mi kogoś do pogadania. Wiedziałem, że mogę mu zaufać, bo jest
hipochondrykiem i na pewno zna dobrych terapeutów. Potrzebowałem kogoś,
kto pomoże mi zrozumieć, co się dzieje we mnie, kto pomoże mi przestać
tłumić emocje albo może odkryć, co tak naprawdę tłumię. Bo miewałem
momenty depresji scenicznej. Albo jeszcze gorzej - grając duże koncerty,
doświadczam ogromnego wzrostu dopaminy, a potem wracam do domu fizycznie
wykończony. Po trzech tygodniach grania niemal non stop moje ciało już
nie wie, gdzie jest góra, a gdzie dół. Staram się nadrabiać te
wyczerpujące momenty, ale czasem po prostu brakuje tych kilku dni
spokoju, żeby naładować baterie. A nie biorę żadnych dopalaczy. Ani
kokainy, ani amfetaminy, tylko zioło palę.
Może czasem trzeba zwolnić?
Z roku na rok staramy się grać mniej koncertów, bardziej je
selekcjonujemy.
Ale jak, skoro coraz bardziej cię chcą?!
I tu mam dysonans. Bo im bardziej rośnie zapotrzebowanie na mnie, tym
bardziej chcę zrobić ostatni album i wysiąść z tego pociągu. To trochę
jakby wisieć na balonie, który ciągnie mnie coraz wyżej, a ja
zastanawiam się, kiedy jest ten ostatni moment, żeby puścić sznurek i wylądować bezpiecznie, zamiast zginąć. Boję się, że jeśli teraz puszczę,
to coś pójdzie nie tak, a im dalej, tym trudniej to zrobić. W show-biznesie te scenariusze są często podobne, widzę to po innych -
Stanisław Sojka, Kora, Zbyszek Wodecki... Chciałbym ominąć tę chujową
część, o której wszyscy mówią: Nie pracujcie tyle, bądźcie więcej w domu, bo dzieci przestaną was poznawać. Staram się być świadomy, z ręką
na pulsie, żeby nie wpaść w ten schemat. W naszym zespole, mimo że gramy
razem już osiem lat, wciąż widzę szczęście w oczach chłopaków, kiedy się
spotykamy. To mnie cieszy, bo to znaczy, że jesteśmy tam całym sercem.
Ale zawsze najważniejsza będzie dla mnie rodzina.
Zbyszek Wodecki opowiadał mi kiedyś o czasach, kiedy przebojem była
Pszczółka Maja, a on grał tyle koncertów, że praktycznie nie było go w domu. Pewnego dnia drzwi otworzyła mu córeczka i zawołała z radością:
"Mamo, przyszedł ten pan, co śpiewa Pszczółkę Maję".
Ale przypał! No widzisz, to ja chciałbym tego uniknąć. Poznałem zresztą
Kasię Wodecką, córkę, przy projekcie Wodecki Twist. Mam bardzo duży
szacunek do tego projektu, bo to nie są łatwe materiały. O widzisz, ale
skoro rozmawiamy o zachwycie... Uwielbiam słuchać Wiktora Waligóry,
szczególnie jego wersji Nad wszystko uśmiech twój - słuchałem jej
chyba ze sto pięćdziesiąt razy. Jest coś niezwykłego w tej
interpretacji, co sprawia, że czuję wewnętrzny zachwyt.
A czym się wyraża ten twój zachwyt?
Myślę, że wyrażam go szczerym uśmiechem, takim, który pochodzi z głębi
duszy. Czasem chciałbym zamknąć te momenty w słoiku, żeby móc do nich
wracać, bo są dla mnie piękne i wyjątkowe. To chwile, w których nie ma
fajerwerków, tylko małe, symboliczne rzeczy - jak na przykład urodziny,
na które zaprosiłem kilku najbliższych przyjaciół. Co ciekawe, takie
małe rzeczy, jak ten grill, zachwycają mnie bardziej niż wielkie
wydarzenia, jak koncert Dawida Podsiadły na stadionie, gdzie było sto
tysięcy ludzi.
Ej...
Owszem, to było niesamowite, widzieć ludzi płaczących i piszczących, ale
kiedy widzę, jak moi znajomi, którzy nie widzieli się od roku,
rozmawiają ze sobą, jakby się wczoraj spotkali, to właśnie wtedy czuję,
że rodzina i przyjaźń są tym, co nas trzyma przy życiu. Często, kiedy w czwórkę leżymy z żoną i dziećmi w łóżku, czuję, że to są momenty, które
chciałbym zatrzymać na zawsze. I mówię o tym, że jeśli jakiś moment
miałbym zamknąć w słoiku, który otworzę, gdy będzie mi źle, bo wrócę do
pustego pokoju hotelowego, to właśnie ten, z nią i z dziećmi. Mimo
zmęczenia te momenty są dla mnie jak balsam, przypominają mi, co
naprawdę jest ważne w życiu. Przypominam sobie też sytuacje, które miały
miejsce na scenie, ale prawdziwe wzruszenie i zachwyt przynoszą mi te
małe, codzienne chwile, które mogę dzielić z bliskimi. Nawet w chwilach
trudnych, jak wtedy, gdy mój syn miał czterdziestostopniową gorączkę, a ja musiałem przejechać czterysta pięćdziesiąt kilometrów na koncert -
czułem, że sercem jestem z nim. Siedziałem z nim w szpitalu do
ostatniego momentu, potem szybko jechałem na koncert, były nawet jakieś
mandaty za prędkość. Zagrałem koncert, ale mnie na scenie nie było, było
tylko moje ciało, mój głos, a ja byłem głową przy dziecku i cały czas
patrzyłem, kiedy setlista się kończy. Zagraliśmy ostatni numer i w drogę. Jeszcze był fajny moment, bo mój Amar, z którym zakładałem zespół
Bitamina, bez słowa przytulił mnie mocno. Wiem, że to dla niego trudne,
on w ogóle nie jest cielesny, a jednak to zrobił. Jest dla mnie ważny,
syna po nim nazwałem. Fajnie było też u przyjaciela zobaczyć taki
progres, że on czuje, że ja teraz po prostu tego potrzebuję. To są te
momenty, które najbardziej cenię, które zostają mi w głowie i w sercu, a nie owacje czy zdobyta lub niezdobyta nagroda. W show-biznesie wszystko
jest powierzchowne, może dlatego jarają mnie te małe, prawdziwe chwile.
A jednak wpadasz na scenę z zachwytem i rozrabiasz na niej jak dzieciak!
Masz z tego frajdę.
No pewnie. Ale przez to, że byłem aktorem, właściwie nadal jestem, i znałem tę branżę, nauczyłem się, że w niej nic nie jest prawdziwe. Nic
nie jest na pewno, na zawsze. Ile razy miałem jakiś film, już w głowie
wydawałem pieniądze, które miałem na nim zarobić, a potem w ogóle nie
było filmu. I to spotkało mnie z kilkanaście razy. W końcu wyciągasz
wnioski, zwłaszcza gdy jesteś młodym aktorem, jeszcze studentem, i liczysz każdy grosz. Ile razy byłem już myślami gdzieś daleko, planując
niezwykłą podróż, a potem rzeczywistość brutalnie to weryfikowała. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że wszystko to jest iluzją i przypadkiem. Uświadomiłem sobie, że każdy koncert, na który przyszli
ludzie i zapłacili swoje ciężko zarobione pieniądze, nie jest czymś
oczywistym. Wtedy myślę sobie: Skoro już mamy to szczęście, i to nie
wiadomo skąd, to musi być coś więcej. Nasza praca i wysiłek, jasne, ale
musi być też timing, dobrzy ludzie wokół nas, jak Sanah czy Dawid,
którzy w odpowiednim momencie chcieli mi pomóc.
Wdzięczność?
Od ośmiu lat przed każdym koncertem robimy kółko, w którym przypominamy
sobie, że ta godzina, którą mamy na festiwalu, jest dla nas bezcenna.
Gdy mamy koncert klubowy, gramy dwie i pół godziny. Wchodząc na scenę,
od razu mówię, że nie będziemy udawać bisów. Mamy czterdzieści pięć
minut, więc nie chcę z tego wyciągać dwóch minut na udawanie, że
schodzimy, a potem wracamy. Mówię: "Pierdolmy to wszystko, grajmy od
początku do końca". To podejście przekłada się na cały zespół - mamy
wtedy tę radość dziecięcą, autentyczną, nieoszukaną. Bo dzieciak mówi
wprost, czy coś go cieszy, czy nie. Podobnie ja, jeśli widzę, że
publiczność nie reaguje, potrafię ich opierdolić. Mówię: "Słuchajcie, ja
tu żyły wypruwam, zaraz padnę, a wy śpicie, więc albo się wymieniamy
energią, albo nic z tego nie będzie". Siedemdziesiąt pięć procent naszej
publiczności to kobiety, które zawsze reagują emocjonalnie, ale
mężczyźni rzadko. I mówię na koncertach śmiało: "Panowie, weźcie
przykład ze swoich dziewczyn, bo one tańczą, a wy stoicie jak te kołki".
I to działa, bo na końcu koncertu wszyscy jesteśmy razem, przechodzimy
pewną terapię, gdzie każdy skacze, tańczy, robi ze mną pompę - i to jest
piękne. Mam tak, że zależy mi na tym, aby przez tę godzinę na scenie
stworzyć coś wyjątkowego, co pozwoli nam, choć na chwilę, zbliżyć się do
siebie - bez zbędnych świateł, fajerwerków i konfetti. Zawsze gdy nas
pytają na festiwalach, czy chcemy sztuczne ognie, konfetti, odpowiadamy:
"Nie, włączcie nam tylko światło i prąd, żeby była muzyka". Naszym
konfetti jest muzyka, którą gramy. To wszystko.
Opowiadałeś o filmach, w których nie zagrałeś, choć już w wyobraźni
widziałeś pieniądze na koncie. Zastanawiam się, czy jakieś produkcje się
odbyły, ale okazały rozczarowaniem.
Często dostaję propozycje ról, które na pierwszy rzut oka wydają się
obiecujące, ale potem okazują się rozczarowaniem. Pamiętam, jak miałem
zagrać Karola Wielkiego w kostiumowym filmie. Scenariusz opisywał epicką
scenę - Karol Wielki kroczy przez katedrę. W mojej głowie już widziałem
to monumentalne ujęcie, które miało być prawdziwą perłą tego filmu.
Dojeżdżamy na plan w Czechach, a tam zamiast katedry mała kapliczka.
Cała moja wizja legła w gruzach. Od tamtego momentu przestałem mieć
jakiekolwiek oczekiwania co do odbioru moich ról czy aktorstwa. Lubię
grać, ale nie znoszę oglądać siebie na ekranie. Może dlatego bliżej mi
do teatru - tam grasz tu i teraz, a nie oglądasz siebie z boku. To
uczucie, kiedy wszystko jest iluzją, nieznane do końca, nauczyło mnie,
by nie przywiązywać się zbytnio do wyobrażeń.
By zachwyt nie przeszedł w rozczarowanie?
Pamiętam wielkie zachwyty, które przerodziły się w rozczarowanie. Może
to sięga nawet dzieciństwa. Już wtedy, w wieku trzynastu, czternastu
lat, przeczytałem u Arystotelesa o złotym środku. Ta myśl trafiła do
mnie mocno, choć może za wcześnie jak na mój wiek. Wchłaniałem poważne
treści, jak Bukowskiego, który, choć cyniczny i nihilistyczny, miał w sobie coś szczerego. To była brutalna prawda o życiu, która, choć
autentyczna, niosła ze sobą ciężar rozczarowania.
Poważne lektury jak na nastolatka. Skąd taki wybór?
Pewnie z potrzeby. Nie miałem prostego dzieciństwa. Rodzina emigrantów w Niemczech, trochę na marginesie życia. Często nie jeździłem na szkolne
wycieczki, bo nie było na to pieniędzy. U nas nie zapraszało się nikogo
do domu, bo nie wiadomo było, w jakim stanie będzie tata - trzeźwy czy
jednak nie. Może dlatego dosyć szybko zbudowałem sobie grubą skórę -
nauczyłem się odpornie stawiać czoło światu. W Supermocach napisałem
wers, który to podsumowuje: "Ja z grubej skóry uszyty mam frak/Chcesz
burzyć ze mną mury, daj znać". W ogóle życie w Niemczech było pełne
kontrastów, które wywarły wpływ na moje postrzeganie świata. Polskie
dzieciaki w Niemczech miały własne, nieco inne niż niemieckie zasady
poruszania się po mieście. Być może to było coś więcej niż tylko różnice
kulturowe - w wielu polskich rodzinach tkwił cichy kompleks, jakiś
rodzaj niewyrażonego poczucia niższości. I choć my jako dzieci już go
tak nie odczuwaliśmy, dla naszych rodziców wciąż było to jednak obecne.
Mama do dziś unika odbierania telefonów z niemieckich numerów, bo boi
się, że zmiany przyniosą problemy. Mimo że płaci więcej za stare
rozwiązania, woli trzymać się tego, co zna, bo ma obawy przed
nowościami, mimo że mówi po niemiecku doskonale. Ale gdy pytasz o rozczarowania... Myślę, że najgłębiej przeżywałem te, kiedy byłem
zawiedziony sobą. To uczucie, kiedy powiesz coś głupiego albo popełnisz
błąd, który potem latami cię prześladuje - to naprawdę boli. Pamiętam
jedno takie rozczarowanie z dzieciństwa, kiedy spędzaliśmy wakacje w Odolanowie. Zawsze mieliśmy tam tę samą ekipę, a ja i moja starsza o dwa
lata siostra Marta bawiliśmy się z naszymi rówieśnikami. Był taki Jacek,
który był częścią tej paczki. Kiedy któregoś lata przyjechaliśmy do
Odolanowa, zadzwonił jak zwykle gotowy na wakacyjną zabawę. Pamiętam, że
wkładałem buty, ale kiedy wróciłem, jego już nie było. Dziś wiem, że to
był okres dojrzewania, że Jacek zaczął interesować się moją siostrą
bardziej niż wspólną zabawą. Ale wtedy to bolało - czułem, jakby coś się
skończyło, jakby nasza przyjaźń nagle przestała istnieć. Jacek złamał mi
serce, chciałem nawet wracać do Niemiec.
Urodziłeś się w Odolanowie?
Nie. Urodziłem się w Katowicach, dokładnie w Ligocie. Ale mam tam dużo
rodziny. Odolanów to małe miasteczko, ważne dla mnie miejsce. To tam
brałem ślub, tam leży moja babcia i pewnie moja mama będzie chciała tam
być pochowana. To miejsce jest skromne, proste, ale ma dla mnie ogromne
znaczenie. Wystarczy, że pojadę do Ostrowa Wielkopolskiego na stację
benzynową, a już w Odolanowie wiedzą, że przyjechałem - ktoś zawsze
doniesie, że kuzyn jest w mieście. Czasami bywa to męczące, ale
jednocześnie Odolanów mnie gruntuje. Jest moim schronieniem, miejscem,
gdzie mogę być sobą, gdzie prostota i szczerość są na porządku dziennym.
Nawet jeśli to miejsce się zmienia, a relacje z niektórymi stają się
bardziej formalne, to wciąż jest dla mnie azylem, gdzie mogę uciec od
zgiełku wielkiego świata i być po prostu Mateuszem, a nie Vito Bambino.
Choć część rodziny mówi do mnie Vito, a nie jak dawniej Ulek. To jest
głupie. Jaki Vito? Ja sobie to wymyśliłem. Przecież ja jestem Mateusz.
Skąd w ogóle ten Vito?
Długa historia: Miałem ksywę Denver, potem kolega zrobił z tego Den
Vito, potem na moment byłem tylko Vito. A kiedyś jakiś dzieciak na
internecie przeczytał źle "Bitamina". Bo tam było napisane "Vito
Bitamina". I jebło mu się coś. Przeczytał "Vito Bambino". Zacząłem się
śmiać. Ale mówię: "Jakie to adekwatne. Jakie w punkt". Miałem już żonę,
Sycylijkę. Cała Bitamina polega na tym, że ten wewnętrzny dzieciak to
jest nasza okładka z Bitaminy. Więc tam jest dużo tej dziecięcej
wolności. I mówię: "Vito Bambino. Ale mi to pasuje!". Więc odezwałem się
do tego dzieciaka i powiedziałem: "Słuchaj. Biorę to jako ksywę, bo
rezonuje we mnie bardzo". Ten dzieciak. Plus, że to zrobił dzieciak. Że
to jest błąd.
Ile miałeś lat, gdy wyjechaliście do Niemiec?
Dwa, ale co roku przyjeżdżałem na miesiąc na wakacje.
Czyli to były czasy, kiedy mnóstwo Polaków wybierało emigrację...
Całe moje osiedle było pełne Polaków, Ślązaków. Polonia na emigracji
żyje własnymi regułami. To jest ich mała Polska, ale z dzisiejszą Polską
mają mało wspólnego. Chcieliby, żeby wszystko w domu zostało
nienaruszone. Kiedy myślę o Polsce i Polonii, to widzę ogromny kontrast
między teraźniejszością a tym, jak bardzo niektórzy ludzie na Zachodzie
są mentalnie zakorzenieni w dawnych czasach. Mówię im, że Polska to
teraz progresywny kraj, przynajmniej w połowie, ale ta druga połowa
kraju, ta nowoczesna, jest już tak daleko na Zachodzie, że tamci zostali
gdzieś daleko w tyle. Przepisują mocno tradycyjne wartości,
chrześcijaństwo i katolicyzm, co oczywiście jest częścią naszej kultury,
ale mamy też LGBT, mamy Warszawę, która jest trzecim na świecie miastem
pod względem liczby wegańskich restauracji. Serio, to napisał nawet
Michelin Guide - najpierw Los Angeles, potem Berlin, a później
Warszawa. I choć sam nie jestem weganinem, to jara mnie fakt, że Polska
jest tak progresywna w tym temacie. A w Niemczech, gdybyś zapytał, wciąż
by powiedzieli: "Nie, w Polsce wszyscy jemy mięso". No nie, połowa
twoich rodaków jest już dawno dalej. Ale nie tylko Polonia ma ten
problem. W różnych społecznościach imigranckich, czy to Polonia,
Turkonia, Grekonia, zawsze widzi się te same schematy. Ludzie
niezależnie od narodowości mają wspólną tendencję do trzymania się tego,
co znają. Włosi, Grecy, Polacy - wszyscy pielęgnują swoje tradycje i chcą, aby ich ojczyste kraje pozostały takie, jakie pamiętają z dzieciństwa, nawet jeśli rzeczywistość już dawno się zmieniła. Często
idealizują wspomnienia - jaskrawe, wyidealizowane obrazy Polski czy
innych krajów, które w rzeczywistości już nie istnieją. W domach, na
osiedlach te wspomnienia są żywe, ale to, co dzieje się tu i teraz, jak
na przykład picie ojców czy kłótnie w blokach, często pozostaje
przemilczane. Polonia bywa cicha i skromna aż do momentu, gdy się
napije, a wtedy emocje wybuchają. To kontrastuje z otwartością Greków
czy Włochów, którzy z sercem na dłoni głośno wyrażają swoje emocje, choć
z nimi z kolei umawianie się na czas graniczy z cudem.
Popatrz, jaki masz tam przegląd kulturowy!
Zabawne jest, jak te narodowe cechy objawiają się w codziennych
sytuacjach. Ja na przykład zauważyłem, że Polacy, przynajmniej ci,
których znam, mają tendencję do bycia punktualnymi, podczas gdy moi
włoscy i greccy przyjaciele często mają z tym problem. Z drugiej strony
w relacjach rodzinnych i zawodowych każda społeczność imigrancka ma
własne reguły. W moim życiu, które prowadziłem między Polską a Niemcami,
zdarzały się śmieszne sytuacje związane z tym, że w każdym języku,
którym się posługuję, mam dziury, szczególnie jeśli chodzi o miesiące.
Do dziś myli mi się kolejność miesięcy, nie wiem, czy sierpień jest po
październiku czy przed. (śmiech)
Powiedziałeś, że w domu się nie przelewało. Byłeś czasem zazdrosny, że
koledzy mają więcej?
Pamiętam śmieszną sytuację, jak w Dźwirzynie miałem spodnie Adidasa, a kolega, którego tam poznałem, miał spodnie z czterema paskami.
Przyszedłem do taty i mówię: "Kurde, on ma pasek więcej!". Tata próbował
mi tłumaczyć, że to nie ma znaczenia, ale ja chciałem mieć takie same
spodnie jak on. Tata poszedł na targ, kupił mi ten ortalion (śmiech) i widział, jak bardzo mnie to uszczęśliwiło. Nie chodziło o wartość
materialną, tylko o to, by być jak ten kolega. To było takie dziecięce
pragnienie, bez przypisywania wartości do rzeczy.
A dziś, kiedy możesz sobie pozwolić na wszystko, rekompensujesz biedne
dzieciństwo?
Jeśli dorastasz bez pieniędzy, później naprawdę trudno jest odnaleźć się
w sytuacji, gdy nagle masz ich więcej. Oczywiście dzisiaj mogę sobie
pozwolić na wszystko, ale tego nie robię. Wydaje mi się, że poza
jedzeniem, na które wydajemy dużo, i z czego się bardzo cieszę, nie
podejmuję szalonych decyzji finansowych. Nie rekompensuję sobie braków z przeszłości, kupując rzeczy na pokaz. Lubię nagrywać w tym starym,
zaśmierdziałym PRL-owskim budynku, choć mógłbym wynająć najlepsze studio
w Warszawie. Ale co z tego, szukam innych wartości, więc tego się wciąż
uczę. Nie wychodzę z założenia, że zawsze będę milionerem. Dla mnie to
wszystko, co mam, jest jakimś dużym przypadkiem.
Może jesteś urodzony w czepku?
Ale jeśli tak, to nie chcę tego czepka, bo to nie fair. Chciałbym oddać
go komuś innemu, bo nie jest w porządku, że mam tyle szczęścia, podczas
gdy inni, z taką samą historią jak ja, nie dostali takiej szansy.
Przecież moi ziomkowie z Polonii też ciężko pracowali, też mieli
przejebane w domu, a jednak to mnie spotkało to wszystko. Zdaję sobie
sprawę, że pracowałem dużo, pisałem, ćwiczyłem, że moja kreatywność i otwarty umysł pomogły mi osiągnąć to, co mam. Ale z drugiej strony
dlaczego mój kolega Tomek nie dostał tej kreatywności, a jedynie większe
ciało? To jest coś, co trudno mi zrozumieć. Czasami czuję się
zdezorientowany tym, jak działa ten świat. Idę do sklepu, nawet
drogiego, i nagle dostaję rzeczy za darmo. Szef mówi, że mam wziąć, ale
ja przecież mam siano. Nie rozumiem, dlaczego teraz, gdy mam pieniądze,
nikt ich nie chce. To wszystko składa się na absurdalną rzeczywistość, w której żyjemy. Kiedyś, kiedy ich nie miałem, wyrzuciliby mnie ze sklepu.
Jak Julię Roberts w Pretty Woman? (śmiech)
Dokładnie! A teraz wchodzę i mam za darmo. Może myślą, że zrobię jakiś
post, że to promocja, ale sam fakt jest dla mnie absurdalny. W niektórych restauracjach dostałem coś za darmo, więc już do nich nie
wracam, choć jedzenie było boskie. Ale nie chcę ponownie znaleźć się w niekomfortowej dla mnie sytuacji, w której czuję, że mi się to nie
należy. To jest dla mnie trudne. Jestem ambasadorem Jaguara, jeżdżę
nowymi modelami, i pamiętam, jak kiedyś stoję na światłach, jarając się
tym autem, słuchając muzyki, i podjeżdża opel kadett. Kierowca, w wieku
mojego ojca, ma pełno sprzętu od malowania, też pali fajkę, słucha
muzyki. Spojrzał na moment, bez żadnej złośliwej miny, która mówi: "O,
pewnie fura tatusia", po prostu mnie zauważył. I wtedy miałem taką myśl:
"Chętnie bym wyskoczył i powiedział: Proszę pana, zamieńmy się autami,
bo ewidentnie pan tyrał całe życie, ja też, ale w innej branży, i to
jest, kurwa, nie fair".
W twojej branży też nie każdemu się udaje...
Fakt, ale czasem czuję, że jest to dla mnie zbyt dużo. Dlatego gdy
dostaję duże przelewy, od razu inwestuję w coś, ziemię czy mieszkanie,
bo nie chcę ich widzieć. Mam dziwne podejście do pieniędzy. Lubię też je
rozdawać.
Stoisz na ulicy i rozdajesz?
Aż tak nie. (śmiech) Lubię rozdawać pieniądze wśród zespołu, wśród
swoich ludzi, którzy mogą ich potrzebować. Powstrzymuje mnie tylko
świadomość, że gdybym rozdawał wszystko, moja rodzina nie miałaby nic.
Ale mam czasem taką myśl, że skoro spadło na mnie tyle szczęścia, to
może powinienem się nim dzielić, może w tym jest ta równowaga, której
szukam.
A może życie ma sens tylko wtedy, gdy dajesz coś z siebie innym?
To jest prawda. Największe momenty szczęścia, jakie mam, to nie te
związane z liczbą odsłon mojego utworu, ale te, gdy widzę, że moja praca
zmienia życie ludzi. Czasem dostaję wiadomości od ludzi, którzy byli na
krótko przed dramatycznymi decyzjami, i mówią, że moja muzyka ich
uratowała. To jest ta część pracy, która mnie najbardziej cieszy, a nie
to, że wyprzedały się koncerty w sekundę. To też powinno cieszyć, i oczywiście, że cieszy, ale bardziej cieszy mnie to, że mój zespół, który
jest na procencie, zarobi dużo i ich rodziny coś z tego będą miały.
Dlatego byłem tak zły na siebie po tych Fryderykach, że na moment dałem
temu jakąkolwiek wartość.
Co się stało?
Byłem zły na siebie, wypisałem się nawet ze ZPAV-u [Związek Producentów
Audio-Video], powiedziałem: "Nie oddaję żadnego numeru, niech się
pierdolą na zawsze". Jestem radykalny w tym, i to nie dlatego, że na
osiem nominacji nie dostałem nagrody, bo wcześniej też nie dostawałem,
ale dlatego, że na moment dałem tym fajerwerkom jakąś wartość.
A tu... rozczarowanie?
Mój psycholog powiedział mi: "Proszę pana, pan jest zły, bo tata nie
dostał tej nagrody. Bo to jest pana album o tacie, prawda? Niby to pana
album, ale w rzeczywistości to jeden wielki trybut dla niego". I to mnie
uderzyło, bo nagle zdałem sobie sprawę, że on ma rację. To nie chodziło
tylko o mnie. Tyle osób mogło się poczuć zawiedzionych, może nawet moja
mama, że tata nigdy nie dostał tego momentu, tej chwili chwały.
Wychowałem się w rodzinie, gdzie nie mówiło się rodzicom, kiedy gram w teatrze. Oni dowiadywali się od innych, że gram już szósty raz to samo
przedstawienie. Pytali: "Dlaczego nam nie powiedziałeś o premierze?". A ja nie chciałem nikogo rozczarować. Sam mogłem wziąć wszystko na klatę,
nawet gdyby poszło chujowo, ale rozczarować kogoś z bliskich? To byłoby
dla mnie trudne. Często myślę, że żyję życiem, którym mój tata powinien
był żyć. Miał fantastyczną duszę, ale musiał jeździć autobusem całe
życie, żeby nas utrzymać. Był introwertykiem, który potrzebował ludzi,
ale niekoniecznie chciał z nimi wchodzić w interakcje - wystarczyło, że
byli obok. Mój ojciec pił, jak wielu ojców, ale nigdy nie był agresywny,
co jest dużym plusem. Kiedy się upił, gadał o Bogu i innych sprawach,
ale zero agresji. Wielu moich kumpli miało ojców, którzy potrafili być
agresywni, a mój tata był inny. Myślę, że był artystą uwięzionym w ciele, które nie pasowało do jego duszy. Z czasem widzę, jak bardzo
jestem podobny do taty.
Może dlatego pił, że był niespełnionym muzykiem? Wciąż nosisz żal?
Kiedy byłem młodszy, nie odczuwałem tego jako żalu, raczej wstyd. Wiesz,
to był ten moment, kiedy w końcu dotarło do mnie, że tata ma problem.
Kiedy widzisz, że sytuacja jest podbramkowa, że albo się ogarnie, albo
będzie powoli umierał... Wtedy też zacząłem szukać zrozumienia, ale
bardziej dla siebie, żebym ja kiedyś, jeśli znajdę się na takim rozstaju
dróg, wybrał rodzinę. Staram się znaleźć dla niego empatię i zrozumienie, bo wiem, że alkoholizm to choroba, a nie wybór. Na swoim
albumie nazwałem go Jezusem z Katowic, bo tata naprawdę poświęcił się
dla mnie i mojej siostry. Nawet nie dla mamy, bo ich relacje były
trudne, ale dla nas - dla swoich dzieci. Zrobili wszystko, żebyśmy mieli
lepiej, żebyśmy mieli o jedno więcej, niż oni mieli. Moi rodzice
pochodzą z pokolenia, gdzie rozwody były rzadkością. To była inna
mentalność. Nawet wyjazd mamy do Niemiec był dla jej ojca wielkim
problemem. Do dzisiaj słyszymy zarzuty o "germanizowanie" dzieci, co
mnie strasznie wkurza. Chciałbym wysłać dziadka na księżyc za te
pierdoły, które wygaduje, a mama to wszystko bierze do siebie.
I co mówisz?
"Słuchasz tego starego dziada?" - pytam. Ja go kocham, bo to mój
dziadek, i ja to rozumiem. Kocham go, ale moja mama jeszcze nie nauczyła
się tego dystansu, nie wyrobiła sobie tej grubej skóry, żeby pomyśleć:
"Dobra, dziadu, przestań gadać bzdury". Bo wiesz, wszystko wyszło
najlepiej, jak mogło. Gdybyśmy zostali w Katowicach, to mój tata pewnie
by skończył w więzieniu, więc musieliśmy wyjechać. Ja z dziadkiem
rozmawiam inaczej. Śmieszne, ale jak jestem w pobliżu, to przy mamie nie
mówi takich rzeczy. Bo jak tylko zaczyna, to od razu mu mówię: "Dziadku,
pierdolisz takie farmazony, bo nie masz pojęcia, co myśmy przeżyli,
wyjeżdżając, nie znając ani słowa po niemiecku. Ty byś się nawet nie
odważył tego zrobić". I jak tak to odwrócę i przypomnę, co to znaczyło
być tam, nie mając nikogo, nie wiedząc, co cię czeka, to zaczyna
rozumieć.
W jakich momentach najbardziej brakuje ci ojca? Bo czuję, że brakuje.
Zauważyłem, że odkąd nie mogę już zadzwonić do taty, to ludzie zaczęli
dzwonić do mnie po rady. To fajne, ale też trudne. Kiedyś, jak naprawdę
nie wiedziałem, co zrobić, dzwoniłem do taty, a on zawsze miał jakieś
proste, przyziemne rozwiązanie. Często mówił coś takiego, co w dwóch
zdaniach stawiało sprawę w zupełnie innym świetle. Teraz widzę, że
stałem się dla innych taką ostatnią instancją - dzwonią do mnie, kiedy
już naprawdę coś się sypie. Nie dzwonią po pieniądze czy coś
materialnego, tylko raczej po doświadczenie, po jakąś mądrą radę. Nie
uważam się za supermądrego, ale jestem szczery, i myślę, że o to chodzi
- wiedzą, że u mnie dostaną szczerą odpowiedź.
Co jeszcze oprócz mądrości życiowej i empatii wyniosłeś z rodzinnego
domu?
Gdy patrzę teraz na swoje życie, widzę, że wszystko potoczyło się
inaczej, niż mogłem się spodziewać. Pamiętam, jak w dzieciństwie
dorastałem w skromnych warunkach. Dzieciaki wokół miały różne rzeczy -
jeden miał PlayStation, inny rolki, jeszcze ktoś inny motor. Ale mama
zawsze dbała o to, co najważniejsze. Prawdziwy, porządny garniak na
studniówkę, na której inni byli ubrani przypadkowo. Na osiemnaste
urodziny dostałem prawo jazdy, co było dla mnie jak zdobycie złotego
biletu. Miałem wtedy samochód, który otworzył przede mną nowe
możliwości. Od razu zacząłem pracować, rozwoziłem pizzę, zarabiając na
swoje potrzeby. Pracowałem od dwunastego roku życia, rozwożąc gazety,
podejmując się różnych zajęć, które pozwalały mi zarobić na swoje
marzenia. W tamtym czasie nie bałem się pracy, a dziś, nawet jako aktor,
który odniósł sukces, wiem, że jeśli trzeba, to wrócę do pracy
fizycznej. Bywały momenty, że grałem w filmach, a potem wracałem do
rozwożenia pizzy. To nauczyło mnie pokory. Teraz staram się przekazać te
wartości mojemu synowi. Kiedy zostawia jedzenie, tłumaczę mu, że
niektóre dzieci mają tylko szklankę wody i trochę ryżu na cały dzień.
Uczę go, że nic nie jest dane na zawsze, że wszystko może się zmienić w mgnieniu oka, jak to się stało w Ukrainie. Chcę, żeby miał świadomość,
że życie bywa nieprzewidywalne, i żeby nauczył się doceniać to, co ma. Z kolei dla mnie te trudne warunki, w których dorastałem, były jak szkoła
życia. Nauczyły mnie, jak radzić sobie z brakiem i jak szukać rozwiązań,
nawet gdy sytuacja wydaje się beznadziejna. Często potrafiłem odmawiać
sobie rzeczy, które chciałem, żeby nie pokazać słabości, żeby nie
przyznać się, że czegoś mi brakuje. Ale też nauczyłem się dzielić tym,
co mam, bo wiem, jak to jest, kiedy nie masz nic. Jednak najważniejszą
lekcją, jaką wyniosłem z dzieciństwa, było to, że życie to ciągłe
dążenie do czegoś więcej, a nie łatwe zadowalanie się tym, co jest. To
dzięki temu głodowi jestem dziś tu, gdzie jestem. Dla mnie ważna była
też lekcja, którą dostałem od mojego greckiego przyjaciela Janiego.
Grecy i Włosi mają coś wyjątkowego w swoim podejściu do życia i pieniędzy. Jani jest najbardziej uśmiechniętym człowiekiem, jakiego
znam, mimo że często, jak spojrzysz w ich papiery, to tam są same
kredyty, wszystko się ledwo trzyma kupy. Ale to w ogóle nie jest dla
nich ważne. Dla nich liczy się, żeby czerpać radość z każdego dnia,
cieszyć się małymi rzeczami i być razem. Jedzenie u nich zawsze jest na
środku stołu, każdy sobie dobiera, nikt nie dostaje swojej porcji - to
jest inny system, od którego sporo się nauczyłem. Mój tata był bardzo
grecki w wydawaniu pieniędzy, a może bardziej włoski. O, jest 12.34,
czyli 1234...
No i?
Kiedyś w zespole wymyśliliśmy sobie taki rytuał z godziną, że jak wybija
12.34, to sobie piszemy. I teraz, codziennie o tej godzinie, wszyscy
sobie przypominamy o tej jednej małej rzeczy, która nas łączy. To takie
głupie, a jednak ważne. I teraz mi piszą, co mnie bardzo cieszy, bo to
znaczy, że myślą o mnie i w tej jednej chwili jesteśmy razem, nawet
jeśli osobno.
W Polsce mówi się czasem, że ktoś "oniemiał z zachwytu". Znasz to
uczucie?
Kiedy urodził się mój syn, to było coś niesamowitego. Byłem przy obu
porodach. Drugi trwał tylko siedemnaście minut, a pierwszy sześć godzin.
Ale za każdym razem widziałem, przez co kobieta musi przejść, żeby
urodzić dziecko. Przy pierwszym porodzie mieliśmy taki krótki moment,
kiedy zniknął puls u naszego synka. Zabrali go na chwilę i nie
wiedziałem, czy wszystko jest w porządku. A moja żona, spocona i wyczerpana, leżała i pytała, co się dzieje. Nie wiedziałem, czy nasze
dziecko żyje. Widziałem tylko, że wszystko zrobiła najlepiej, jak mogła.
Potem, kiedy wszystko się uspokoiło, pojechałem po jakieś rzeczy do
domu. Kupiłem fajki i kawę, chociaż nie paliłem od roku. I jak tylko
wyszedłem ze sklepu, to nogi mi odmówiły posłuszeństwa. Płakałem, a jakaś kobieta podbiegła i zapytała, czy wszystko w porządku. A ja jej na
to, że tak, że właśnie urodził mi się syn, że to najlepszy dzień w moim
życiu, tylko, kurwa, nogi mi się ugięły. To było tak, jakby spadł ze
mnie ciężar, ten strach o moją żonę i syna. Te pierwsze tygodnie
praktycznie nie spałem, co chwilę sprawdzałem, czy syn oddycha, czy
wszystko jest w porządku. Byłem skrajnie zmęczony, ale też niesamowicie
szczęśliwy.
Trudno być ojcem, który ma zawód muzyka i wciąż musi być w drodze?
Moja żona daje mi pełną przestrzeń na ten mój muzyczny lot. Poznała
mnie, kiedy siedziałem przy niej, tworzyłem bity, a ona tylko mówiła:
"Jeśli ma taką potrzebę, niech to robi". To ogromne zrozumienie tego,
kim jestem i co robię. Zresztą jest przyjaciółką mojej siostry, więc
znała mnie już wcześniej. Jej tata opuścił rodzinę, gdy miała sześć lat,
ale teraz mają znowu kontakt. Trochę zadbałem o te relacje, żeby je
odbudować. Dla niej mój model rodziny, gdzie codziennie dzwonię do mamy,
był na początku absurdalny. Myślała, że jestem maminsynkiem. Ale ja jej
mówię: "Nie widziałaś Greków ani Włochów? Przecież to oni codziennie
siadają do obiadu z mamą!". Ona tego nie znała. Teraz jako matka chce
się tulić do naszych dzieci, bo nie miała tego w swoim dzieciństwie.
Widzi, że bliskość i więź rodzinna, którą budujemy, jest kluczowa, że
nasza czwórka jest najważniejsza, a reszta świata może się walić. Kiedy
pojechaliśmy pierwszy raz do Włoch, na tę Sycylię, dla niej to była
bardziej wakacyjna wizyta, bo znała już Sycylię, jeździli tam. Ale ja
pytałem: "Kogo tu odwiedzamy z rodziny?". A ona zdziwiona: "Ty chcesz
kogoś odwiedzić?". Dla mnie to normalne - jesteś w jakimś miejscu,
odwiedzasz rodzinę. Tak jak w Odolanowie, gdzie w pierwszej Żabce
wszyscy wiedzą, że przyjechałem. Lubię zwoływać stado, zwłaszcza
rodzinne.
Zainicjowałeś spotkania?
Na początku umówiłem się z jednym jej kuzynem, bo potrzebowałem zioła.
(śmiech) Dała mi numer do Ciccio - Francesco. Okazało się, że w rodzinie był trochę czarną owcą, kroczył swoją drogą, a wszyscy mówili:
"To tylko Ciccio". Ale mi przypadł do gustu najbardziej, codziennie z nim spędzałem czas. I nagle wszyscy się dowiedzieli, że Agi jest na
Sycylii. Przez to, że zaczęliśmy spędzać czas z Ciccio, cała rodzina się
zjechała. Teraz co roku, kiedy tam jesteśmy, widzę, że relacje w rodzinie się poprawiły, że zaczęli znowu ze sobą rozmawiać. Wiesz, to
było dla mnie ogromną dumą, że mogłem w jakiś sposób wpłynąć na te
relacje. Z kolei do mojego teścia, typowego Sycylijczyka, powiedziałem
prosto: "Słuchaj, nie ma zakładki, jaką dała ci twoja córka. Jak nie
przyjdziesz na spotkanie z wnukiem, to wypierdalasz". Bo widzę, że on
siedzi smutny, a ja jestem tutaj teraz szefem. "Nie rozczarujesz mojego
dziecka, bo dla mnie to jak strzał w łeb. Więc albo jesteś, albo cię nie
ma. Wybierz".
I co?
Jest świetnym dziadkiem, a do tego stał się lepszym ojcem. Nawet
potrafiłem mu napisać dzień po urodzinach jego córki: "Ziom, coś ci się
pomieszało, że nawet do niej nie napisałeś?". Na początku myślałem, że
się obrazi, ale kiedy wróciliśmy na Sycylię, okazało się, że on naprawdę
przemyślał te słowa. Był tam, popłakał się, rozmawiał z siostrą,
pokazywał jej tego esemesa i mówił, że mam rację. Zaczął nad tym
pracować, stara się teraz jak może, nadrabia stracone lata. I wiesz co?
Ja to szanuję. Dla mnie jego przeszłość to przeszłość. Nie znam go z tamtych lat, więc nie oceniam go na podstawie starych historii. Mogę
tylko powiedzieć, że teraz ma szansę być dobrym dziadkiem, a może nawet
odzyskać dzieci i wnuki, które mówią po włosku.
Twoja żona dogaduje się pewnie z nimi bez problemu?
Agi często jest smutna, że nie mówi po włosku, mimo że jest Sycylijką. A moja siostra mówi w siedmiu językach, czasem przy Agi aż głupio jej coś
powiedzieć, bo wie, że ją to boli. Dlatego zapiszę się na kurs włoskiego
z dziećmi, bo chcę zadbać o to, by miały kontakt z językiem i kulturą.
Ale nie mogę tego zrobić sam - potrzebuję wsparcia rodziny. Agi na
początku mówiła, że z jej ojcem nie da się rozmawiać, a ja wiedziałem,
że muszę zrobić to po swojemu. I widzę teraz, że to przynosi efekty, nie
tylko u Agi, ale i u całej rodziny. Te moje małe wojny przyniosły
zmiany, które teraz cieszą mnie najbardziej. To pokazuje, że warto
rozmawiać, warto słuchać się nawzajem, bo zawsze jest jakieś
rozwiązanie, nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Tylko trzeba pamiętać,
że jak się kochamy bezgranicznie, to nie musimy tego kwestionować.
Trzeba dbać o to, co mamy, mówić o tym na co dzień.
Często mówisz "kocham" żonie, dzieciom?
Powtarzam to swojemu synkowi tak często, że czasem mówi: "Tata, wiem,
daj spać, ja ciebie też kocham". Ale to dla mnie ważne - żeby wiedział,
że jest kochany. Zawsze miałem potrzebę mówienia "kocham cię", nawet
jeśli było to dla innych niezrozumiałe. Mówiłem to swoim ziomkom,
chociaż piętnaście lat temu to nie było normalne, żeby faceci mówili do
siebie takie rzeczy. Ale ja czułem, że to ważne, że chodzi o coś więcej
niż tylko słowa. Chciałem, żeby wiedzieli, że ich cenię jako ludzi, że
ich kocham, i nie bałem się tego powiedzieć. Nawet kiedy kłóciłem się z rodzicami, potrafiłem wyjść, trzaskając drzwiami, a potem wrócić tylko
po to, żeby powiedzieć: "Kurwa, pamiętajcie, że was kocham". I znowu
trzaskałem drzwiami. Chciałem, żeby wiedzieli, że mimo wszystkich sporów
i nieporozumień miłość jest najważniejsza. Myślę, że każdy konflikt
powinien kończyć się słowami "kocham cię". Czasem zastanawiam się, czy
mój ojciec na końcu wiedział, że pośród tych wszystkich zdań, w których
mówiłem mu, żeby o siebie dbał, żeby nie przegrał, że ma rodzinę,
wiedział, że dla mnie był absolutnym superbohaterem. Mam nadzieję, że
jeśli istnieje jakieś życie po śmierci, cokolwiek to jest, albo ten
moment tuż przed śmiercią, to on wiedział, że był dla mnie kimś
wyjątkowym. I że to, że nie wszystko robił idealnie, nie ma znaczenia,
bo nikt z nas nie jest idealny. Ja mam swoje zioło, każdy ma swoje
sposoby na tłumienie smutków. On tłumił alkoholem, ja tłumię ziołem. Nie
będę oceniał, co jest lepsze, co gorsze. Jego metoda była bardziej
dostępna, to fakt, ale każdy z nas ma swoje demony. Patrzę teraz na moją
mamę i widzę, jak bardzo się starała. Miała zimnych rodziców, a babcię
straciła wcześnie. My z siostrą byliśmy dla niej rekompensatą, miłością,
którą na nas wylewała. Może dlatego moja żona, Agi, teraz celebruje to,
że ma swoje dzieci, bo nie miała tego w domu. Dla mojego synka Amarka
jestem absolutnym superbohaterem. Ale kiedy naprawdę potrzebuje
instynktownej miłości, idzie do mamy. I to mnie cieszy, bo matki to
matki, nie ma co dyskutować. Zresztą wielokrotnie mówiłem Agi, że to, co
ona przeżyła w trakcie ciąży i porodu, to coś, czego ja nigdy nie
zrozumiem. To taka więź, której nie da się porównać z niczym innym.
Najważniejsze jest, żeby mówić, co się czuje, i dbać o to, co naprawdę
ważne - o miłość i bliskość w rodzinie.
Po co jest zachwyt?
Ukazuje nam bogactwo świata, również wewnętrznego. Wprawia nas w przyjemny stan odurzenia i oczarowania. To emanacja bezgranicznej
przyjemności. Chwilo, trwaj!
VITO BAMBINO/MATEUSZ WOJCIECH DOPIERALSKI
Niemiecki aktor i jedna z najjaśniejszych gwiazd polskiej sceny
muzycznej. Wpadł na nasz rynek jak burza z albumem Kawalerka zespołu
Bitamina, na którym swoim głosem oczarował tłumy. Singiel Dom rozbił
bank, windując Bitaminę i Vito na muzyczne szczyty. Artysta nie zwalnia
tempa również jako solista, dorzucając do swojego dorobku złotą płytę za
Pracownię. Podbija serca słuchaczy, pokazując, że w muzyce zawsze jest
miejsce na coś świeżego i szczerego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki