Mesjasz i trzecia Świątynia - Paweł Lisicki

Kup ebooka

32.99 zł
28.70 zł (25,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Nie ma chyba innej równie niezwykłej zagadki, a mówiąc językiem nieco bardziej klasycznym, tajemnicy, jak przedziwne pojawienie się, a następnie rozprzestrzenienie nowej teologii chrześcijańskiego syjonizmu. W przeciwieństwie do wielu innych nurtów współczesnego myślenia religijnego ma ona nie tylko znaczenie dla wąskich kręgów intelektualistów, ale także dla całego świata. Więcej  - chrześcijański syjonizm, a więc przekonanie, że zadaniem chrześcijan jest wspieranie państwa Izrael, bo jego powodzenie jest koniecznym warunkiem zstąpienia na świat Mesjasza, które to wydarzenie ma zresztą zostać poprzedzone przyjściem Antychrysta i wielką katastrofą, prawdziwym Armagedonem, wydaje się obecnie jedyną politycznie znaczącą formą chrześcijaństwa. Chrześcijańscy syjoniści mają obecnie co najmniej taki wpływ na politykę światową, jak papieski Rzym na średniowieczne państwa. Przesądzając o tym, kto zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, największego światowego imperium, pośrednio wpływają na najważniejsze polityczne decyzje nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale też na całym świecie.

Wiem, że czytelnicy tych słów pokiwają teraz zdumieni głowami i uznają, że autor, czyli ja, nazbyt się rozgorączkował i popadł w dziwny stan ekscytacji własnym tematem. Faktycznie, rzecz wydaje się dość osobliwa: nieznana szerzej w Polsce (a może całkiem Polakom nieznana, opieram się tu na własnym doświadczeniu wyciągniętym z wielu rozmów, kiedy to wspominając o potędze chrześcijańskich syjonistów w USA, natrafiałem na zaskoczenie, jakby moi rozmówcy chcieli powiedzieć  - czy ten człowiek, który nam to mówi, jest trzeźwy?) ideologia (bo tak należałoby nazwać chrześcijański syjonizm) miałaby być aż tak znacząca? Jak to możliwe? Przecież jej wyznawcy z USA, powiedzmy około 50 milionów protestantów, są niczym w porównaniu do grubo ponad miliarda katolików. Jednak niech liczby nas nie zwiodą. Mniejsza, ale dobrze zorganizowana i mająca własny program wspólnota jest nieporównywalnie bardziej potężna niż wspólnota amorficzna, wewnętrznie sparaliżowana.

A więc tak: bez dwóch zdań chrześcijański syjonizm stał się, czy to komuś się podoba, czy nie, najważniejszą, powiedzmy chrześcijańską, ideologią zachodniego świata. Takie zdziwienie  - nigdy żeśmy nie słyszeli o tym zwierzęciu  - może wynikać jedynie z niewiedzy. Każdy, kto przeczytał moją poprzednią książkę Mit starszych braci w wierze, zauważy bowiem, że poglądy, które tu teraz opisuję, przypisując je większości amerykańskich protestantów, pokrewne są nowej, katolickiej, posoborowej formie rozumienia judaizmu.

W tym sensie można uznać, że Jan Paweł II był swego rodzaju prekursorem katolickiego syjonizmu, a jego gesty i wystąpienia były katolicką wersją tego, co znacząca część protestantów w USA głosiła już od dawna. Polski papież wprowadził do nauczania Kościoła kluczowe punkty, tak ważne dla chrześcijańskich syjonistów. Po pierwsze, wskazywał, choć nie zawsze jasno, że Izrael pozostaje narodem wybranym, po drugie, utrzymywał całkiem wyraźnie, że Stare Przymierze nadal obowiązuje. Po trzecie, wielokrotnie potępiał wszelką formę antysemityzmu, nie próbując go nigdy definiować, a w końcowym okresie pontyfikatu zrównał antysemityzm z antyjudaizmem. Nie doszedł wprawdzie do kolejnego równania, na którym tak bardzo zależało jego żydowskim partnerom dialogicznym, a mianowicie do stwierdzenia, że w dzisiejszych czasach to antysyjonizm, a więc niechęć i krytyka polityki państwowej Izraela, jest tożsamy z antysemityzmem, jednak w ten sposób łatwo można interpretować niektóre jego gesty, jak choćby częste określanie współczesnych sobie Żydów starszymi braćmi w wierze.

Uwaga: nie wymyśliłem tego sam. Dokładnie do takich samych wniosków  - Jan Paweł II był prekursorem katolickiego syjonizmu  - doszedł Gavin D'Costa, autor eseju pod wielce znaczącym tytułem Nowy katolicki syjonizm, opublikowanego we wrześniu 2019 roku. Jego zdaniem nadszedł czas, by syjonizm stał się częścią oficjalnego nauczania Kościoła. Autor zwraca uwagę, że najważniejszym przełomem dla budowy ideologii katolickiego syjonizmu było wystąpienie polskiego papieża w Moguncji, w listopadzie 1980 roku. Pełna zgoda. Pisałem o tym kilka lat temu w Dogmacie i tiarze, gdzie wskazywałem, że przewrót teologiczny Jana Pawła II przeszedł w Polsce kompletnie bez echa. Uznanie, że przymierze Mojżeszowe nigdy nie zostało naruszone, że obowiązuje ono nadal, nie tylko zostało włączone do Katechizmu Kościoła katolickiego, ale też stanowi najbardziej radykalne zaprzeczenie nauk Nowego Testamentu (w szczególności Listu do Hebrajczyków) od wieków. Zostało też podtrzymane przez następców polskiego papieża.

Benedykt XVI w 2006 roku w rzymskiej synagodze mówił, że "życzliwość Boga Przymierza zawsze towarzyszyła Żydom, dając im siłę do przezwyciężenia prób". Trudno nie zgodzić się z D'Costą, który pisał, że według Benedykta współczesny, rabiniczny judaizm stanowi kontynuację wiary biblijnego ludu Izraela. Tego samego nauczał Franciszek w Evangelii gaudium, ogłaszając, że Przymierze ludu żydowskiego z Bogiem nigdy nie zostało skończone. W ten sposób błąd Jana Pawła II na dobre zagościł w oficjalnej doktrynie Rzymu i stał się podstawą dla budowy katolickiego syjonizmu.

Do tego należy dodać wiele innych niejasnych, dwuznacznych, ale zawsze dających się "odpowiednio" interpretować deklaracji różnych watykańskich gremiów. Z nich wszystkich wynika, twierdzi D'Costa, że Kościół jest na progu przyjęcia tezy, iż Żydzi mają wieczne prawo do Ziemi Izraela w oparciu o biblijne obietnice, a rolą katolików, ba, moralnym obowiązkiem i powinnością, jest udzielanie Żydom i państwu Izrael wszelkiego możliwego wsparcia. Każda krytyka takiego postępowania jest formą antysyjonizmu, a więc antyjudaizmu, a więc antysemityzmu, który jest największym (a być może jedynym) grzechem dziejów.

Kluczem do zrozumienia tej nieustannej uległości wobec żydowskiej wizji historii  - dzieje cywilizacji chrześcijańskiej to zapis nieustannych prześladowań, opresji, dyskryminacji, niesprawiedliwości i ucisku niewinnych Żydów przez chrześcijan  - był papieski meaculpizm. Nie ma wątpliwości, że w ten sposób polski papież co najmniej otworzył drogę dla swoistej syntezy posoborowego katolicyzmu i syjonizmu: jeśli moralnym zadaniem chrześcijan miało być zwalczanie wszelkiej formy antysemityzmu i skoro to sami Żydzi decydują o tym, na czym on polega, i skoro większość z nich twierdzi, że antysemityzm wyraża się dziś w krytyce państwa Izrael, to łatwo zauważyć, że taki byłby też praktyczny efekt wielkiej papieskiej zmiany. Podważając konieczność nawrócenia  - jak napisałem, w żadnej ze znanych publicznie wypowiedzi papieskich nie sposób znaleźć ani jednego stwierdzenia, które dałoby się interpretować jako wezwanie do przyjęcia wiary katolickiej przez Żydów  - i nauczając, iż Żydów nadal łączy z Bogiem przymierze Mojżesza, Jan Paweł (a potem jego czcigodni następcy na tronie Piotrowym) faktycznie zdawał się dopuszczać koncepcję dwóch równoległych dróg do zbawienia. Pośrednio mogło to prowadzić, co widać u wielu katolickich autorów, do uznania syjonizmu. To logiczne. Jeśli jedyną i najważniejszą formą istnienia ludu żydowskiego w dzisiejszym świecie stało się państwo Izrael, to dialog z judaizmem, do którego papież wzywał mocno i jednoznacznie, musiał pociągać za sobą nie tylko uznanie tej państwowości, ale także, w sytuacji konfliktu między Izraelem a innymi państwami, opowiedzenie się po jego stronie.

Najważniejsza różnica między kiełkującym dopiero katolickim syjonizmem Jana Pawła a jego rozwiniętą wersją ewangelikalną miała charakter teologiczny. Po pierwsze, polski papież nie uznawał dziwacznej, ewangelikalnej doktryny "porwania do nieba" chrześcijan tuż przed nadejściem Armagedonu, kiedy to na ziemi pozostaną niewierni i Żydzi. Po drugie, nie sposób znaleźć u niego uznania dla zbawczej funkcji obecnego państwa Izrael. Po trzecie, polski papież nie wypowiadał się na tak ważny dla ewangelikanów temat przyjścia Antychrysta i nie ma w jego wypowiedziach śladu typowego dla protestantów chiliazmu, a więc przekonania, że po pokonaniu Antychrysta Chrystus założy tysiącletnie królestwo. Po czwarte, nie głosił, że zajmując ziemię Palestyny, Izrael wypełnia Bożą obietnicę. Ostatni punkt nie jest jasny. Czy twierdząc, że Przymierze z Żydami nadal obowiązuje, nie przyjmuje się, że mają oni prawo do obiecanej Abrahamowi ziemi?

W praktyce zatem różnice między nową teologią judaizmu posoborowych papieży a chrześcijańskim syjonizmem amerykańskich ewangelikanów nie są aż tak wielkie. I jedni, i drudzy przecież odrzucają dawne przekonanie, że to Kościół jest jedynym prawdziwym Izraelem, że zabicie Mesjasza pozbawiło Żydów prawa do bycia narodem wybranym, że nie mają oni przeto prawa do Ziemi Izraela i że w związku z tym judaizm jest religią fałszywą, a jego wyznawcy, jeśli tylko nie znajdują się w stanie nieprzezwyciężonej niewiedzy, o czym wie tylko sam Bóg, podlegają potępieniu. Tak katoliccy wyznawcy dialogizmu (inaczej  - neomoderniści), jak również ewangelikalni sympatycy syjonizmu powtarzają przecież na każdym kroku, że, jak to ujął Matt Schlapp, jeden z organizatorów CPAC, największego konserwatywnego kongresu w USA, na którym regularnie pojawia się Donald Trump (to ta sama konferencja, na której prezydent USA znalazł w marcu 2025 roku dla polskiego prezydenta Andrzeja Dudy raptem osiem minut na spotkanie), "jesteśmy po stronie Izraela i narodu żydowskiego". Ten sam Schlapp,wraz ze swoją żoną Mercedes Schlapp, są twórcami centrum zwalczania antysemityzmu, razem z izraelskim ministrem Amichaiem Chiklim.

Pod tym względem nie może być żadnych niejasności: amerykańskie poparcie dla Izraela nie wynika z pragmatycznych powodów. Nie jest efektem rachunku zysków i strat, ale w prawdziwym tego słowa znaczeniu wyznaniem wiary. Tego od współczesnych chrześcijan oczekują żydowscy partnerzy dialogu i dlatego ci pierwsi muszą nieustannie składać odpowiednie wyznanie wiary. Uznanie dla Izraela i opowiadanie się po jego stronie nie jest zwykłą deklaracją polityczną i nie opisuje jedynie sympatii, ale stało się w prawdziwym tego słowa znaczeniu wyznaniem wiary, przypominającym albo muzułmańską szahadę ("Nie ma bóstwa oprócz Boga jedynego, a Mahomet jest Jego prorokiem"), albo żydowskie Szema Jisrael ("Słuchaj, Jisraelu  - Haszem jest naszym Bogiem, Haszem jest Jedyny"). Chrześcijanie syjoniści wyznają: Błogosławmy państwo Izrael, bo tak gromadzimy sobie skarb i w niebie, i na ziemi.

W swojej ciekawej i szczegółowej książce opisującej historię chrześcijańskiego syjonizmu (On The Road to Armageddon. How Ewangelicals Became Israel's Best Friend) Timothy P. Weber pisze: "Ponad jedna trzecia tych Amerykanów, którzy popierają Izrael, twierdzi, że robią to dlatego, ponieważ Biblia naucza, że Żydzi muszą posiadać swoje własne państwo w Ziemi Świętej, zanim nastąpi powrót Jezusa" (lok. 48). Daje to liczbę kilkudziesięciu milionów i to, co ważne, nie biernych sympatyków, ale, odwrotnie, gorących, aktywnych popleczników. Wielu z nich, a na pewno dotyczy to pastorów, żyje w stanie mesjańskiego uniesienia.

Weber dostrzega to, co dostrzegają również wszyscy inni obserwatorzy: "Po założeniu państwa Izrael w 1948 roku i jego ekspansji po wojnie sześciodniowej dyspensacjonaliści agresywnie promowali swoje idee, mając pewność, że proroctwo biblijne zostało wypełnione w taki sposób, że wszyscy mogli to zobaczyć. W latach siedemdziesiątych dyspensacjonaliści przebili się do kultury masowej. Stało się tak dzięki bestsellerom książkowym, częstym występom medialnym i doskonale zorganizowanej kampanii politycznej, promującej i chroniącej interesy Izraela" (lok. 106). Pojawia się tu pierwsze zagadkowe słowo, które w uszach polskiego czytelnika brzmi egzotycznie  - dyspensacjonaliści. Najkrócej mówiąc, jest to odłam protestantyzmu, powstały w XIX wieku w Wielkiej Brytanii, który wyróżnia się dosłownym odczytywaniem Biblii i, co z punktu widzenia mojej książki najważniejsze, uznaje Kościół i Izrael za dwie całkiem odrębne, niezależne od siebie wielkości. Nazwa pochodzi od słowa dyspensacja  - okres, w którym Bóg działa w pewien charakterystyczny, osobny sposób. Otóż ci tajemniczy dyspensacjonaliści wszyscy są chrześcijańskimi syjonistami i, co większość czytelników przyjmie z niedowierzaniem, to oni mają największy wpływ na obecną amerykańską politykę wobec Izraela i szerzej  - całego Bliskiego Wschodu.

Ich znaczenie niepomiernie wzrosło od lat siedemdziesiątych XX wieku. Z jednej strony potęga Izraela wzmacniała pozycję polityczną chrześcijańskich syjonistów, z drugiej strony ze wzrostu ich wpływów najwięcej korzystał właśnie Izrael. Była to symbioza niemal doskonała. Wprawdzie chrześcijańscy syjoniści jako protestanci jeszcze na początku XX wieku prowadzili misje wśród Żydów, jednak w ostatnich latach praktycznie tę aktywność zarzucili. Chrześcijańscy syjoniści nie tylko bronią państwa Izrael, ale są zwolennikami Wielkiego Izraela, co sprawia, że ich najbliższymi sojusznikami są przedstawiciele żydowskiej, skrajnej religijnej prawicy.

Chrześcijańscy syjoniści twierdzą, że Biblia zawiera osobno dwa plany Boże. Jeden odnosi się do ziemskiego narodu, Izraela, a drugi opisuje przeznaczenie narodu niebiańskiego, Kościoła. Rozdział stał się widoczny, gdy Żydzi odrzucili Jezusa jako swojego Mesjasza. W efekcie Bóg zawiesił swój plan wobec Izraela i w międzyczasie powołał do istnienia nowy, tym razem niebiański lud - Kościół. W ten sposób "bieg czasu został przerwany. Powstała wielka wyrwa" (lok. 218). W istocie, zauważa Weber, oznaczało to, że Kościół chrześcijański istniał poza planem prorockim i nie odnosiły się do niego żadne proroctwa. Chrześcijanin należał wyłącznie do nieba. Gdy jakakolwiek wspólnota chrześcijańska próbowała zastępować Izrael, zdradzała Boga i odrzucała Boży plan. Co więcej, zwolennicy tej teologii sądzą, że dopiero gdy prawdziwi chrześcijanie zostaną porwani do nieba przez Chrystusa, będzie mógł się zacząć siedemdziesiąty tydzień (nawiązanie do proroctwa Daniela). Chodzi o tydzień lat, o czas eschatologiczny, ostatni okres przed paruzją. Tezy te wydają się tak aberracyjne, że wielu czytelników zachodzi zapewne w głowę, w jaki sposób można je było wyprowadzić z Pisma Świętego. Ci, którzy się nad tym zastanawiają, nie rozumieją charyzmatycznego sposobu odczytania Słowa Bożego.

Weber sądzi, że źródłem historycznego zwycięstwa idei dyspensacjonalistycznych w USA było przywiązanie uczniów Johna Nelsona Darby'ego, a więc twórcy ruchu, który nauczał w latach trzydziestych XIX wieku w Irlandii, do literalizmu biblijnego. "Prawdopodobnie najważniejszym powodem rosnącej aprobaty ewangelikanów była niezłomna lojalność dyspensacjonalistów i ich obrona Biblii" (lok.410). W czasie, gdy w Stanach Zjednoczonych wzrastały wpływy darwinizmu i szerzył się importowany z Niemiec liberalizm, podważający Boże natchnienie Biblii, dyspensacjonaliści trwali twardo przy jej dosłownym rozumieniu. Amerykańscy protestanci szukali oparcia w czymś stałym i niezmiennym. Widzieli rosnący sceptycyzm, który charakteryzował społeczeństwo świeckie, dostrzegali, że wielu pastorów ulega liberalnym prądom oświecenia. W ten sposób rosło znaczenie teologii Darby'ego.

W 1908 roku pastor Cyrus Scofield wydaje w Oxford University Press książkę zatytułowaną The Scofield Reference Bible. W 1917 roku pojawia się na rynku jej druga edycja. Robi ona w USA prawdziwą furorę. Śmiało można powiedzieć, że to ona formuje od tego czasu myślenie, wiarę i rozumienie ogółu amerykańskich protestantów. Autor komentarzy, wielebny Scofield, utrzymywał, że chrześcijanie żyją pod koniec "czasów pogan". Obejmowały one "długi okres od babilońskiej niewoli Judy za czasów króla Nabuchodonozora do destrukcji światowego imperium pogan wraz z przyjściem Pana chwały" (lok. 853). Miało ono nastąpić lada chwila. Powstanie państwa Izrael w 1948 roku dowodziło, że te proroctwa się wypełniają.

W ten sposób uruchomiony został na nowo mesjański czas. Chrześcijańscy syjoniści twierdzili, że najlepsze czasy dla Żydów dopiero nadejdą wraz z budową przez nich tysiącletniego królestwa. Miało to być wprawdzie zwycięstwo pełne goryczy: okres od porwania chrześcijan do nieba do zstąpienia Jezusa i ustanowienia królestwa miał być czasem najgorszego prześladowania Żydów. "Zanim cały Izrael zostanie zbawiony, większość Żydów zostanie zniszczona" (lok. 1733). Nadchodzący okres wielkiego ucisku dyspensacjonaliści nazywali za Johnem Nelsonem Darbym "czasem ucisku Jakuba" (Jr 30, 7). Ogólnie opisywali go, czerpiąc garściami z najbardziej mrocznych fragmentów proroctw tak Starego, jak i Nowego Testamentu.

Pierwotnie Antychryst, walcząc o opanowanie świata, będzie występował po stronie Izraela. Gdy uda się mu osiągnąć cel, zmieni swój stosunek do Żydów i będzie się domagał kultu w świątyni żydowskiej. Gdy napotka opór, przystąpi do wielkich prześladowań. Według Hala Lindseya, jednego z najbardziej popularnych kaznodziejów ewangelikalnych, "niezliczony tłum Żydów zginie, włączając 144 000 ewangelistów. Będzie to prześladowanie znacznie gorsze od tego, jakie zgotował Hitler" (lok. 2050). W tym momencie pojawi się ze swymi świętymi Jezus. "Reszta Żydów przywita Go jako swego Zbawcę i króla, a następnie razem z nim ustanowi na nowo królestwo Dawida i oczyści świątynię, ogłaszając początek tysiącletniego królestwa" (lok. 2060).

Drugą cezurą dziejów po 1948 roku był rok 1967. Dla większości chrześcijańskich syjonistów wojna sześciodniowa była prawdziwym cudem. John F. Walvoord, przewodniczący jednej z najbardziej wpływowych uczelni protestanckich, Dallas Theological Seminary, sądził, że zdobycie Jerozolimy w 1967 roku przez wojska izraelskie to "jedno z najbardziej znaczących przypadków spełnienia proroctwa biblijnego od czasów zniszczenia Jerozolimy w 70 roku po Chr." (lok. 2528). Tuż po zwycięstwie Izraela wielu znanych protestanckich kaznodziejów wierzyło, że cykl eschatologicznych zdarzeń przypadnie na lata osiemdziesiąte XX wieku. Gdy to nie nastąpiło, krok po kroku zaczęli przesuwać datę.

W tym samym czasie zaczęli twierdzić, że niezbędnym warunkiem końca musi być odbudowa świątyni jerozolimskiej. Żeby to osiągnąć, Izrael musi zdobyć całkowitą i bezwzględną kontrolę nad własną ziemią. Chrześcijańscy syjoniści powtarzają zatem tezy premiera Izraela Binjamina Netanjahu. Łączy ich wspólna egzegeza Starego Testamentu: "Nasze roszczenie do tej ziemi oparte jest na największym i bezspornym dokumencie w całym stworzonym świecie   - Świętej Biblii. To Biblia dała nam prawo do tej ziemi. To w oparciu o Biblię świat chrześcijański i ogromna większość społeczności międzynarodowej uznała nasze prawo do niej"  - mówił Netanjahu (lok. 3013).

Chrześcijańscy syjoniści często odwiedzają Izrael, podobnie jak często zapraszają do USA żydowskich rabinów. Przy czym nie chodzi o pielgrzymki. Są to raczej wielotysięczne "wyprawy turystyczne", mające wielce osobliwy program. Jak pisała Grace Halsell, dziennikarka, która wybrała się w podróż do Izraela wraz z pastorem Jerrym Falwellem, jednym z najbardziej znanych przywódców chrześcijańskich syjonistów, podczas drogi praktycznie nie zajmowano się ani przypominaniem życia, ani nauk Jezusa. Znacznie więcej uwagi poświęcało się dyskusjom o prawie Izraela do walki z Palestyńczykami. Spotykano się z urzędnikami rządowymi, z wysokiej rangi oficerami, w tym z generałami, z liderami politycznymi, jak Menachem Begin czy Szimon Peres. Pastor Falwell zapraszał na bankiety najważniejszych izraelskich przywódców. W swoim programowym wystąpieniu mówił: "Gdy wraca się do faraonów, cezarów, Adolfa Hitlera i Związku Sowieckiego, to wszyscy ci, którzy ośmielili się dotknąć gałki w oku Boga  - Izraela  - zostali ukarani przez Boga. Ameryka jest pobłogosławiona, ponieważ pobłogosławiła Izrael". To prawdziwa kwintesencja nauk pastorów syjonistycznych. Przy czym owo błogosławienie ma ściśle doczesny, polityczny i materialny wymiar. Błogosławić Izrael nie oznacza modlić się o jego nawrócenie i troszczyć się o dostęp Żydów do prawdy o Chrystusie. Błogosławić to znaczy urządzać zbiórki, gromadzić pieniądze, wywierać presję na polityków, a wszystko to po to, żeby rosła polityczna, doczesna potęga Izraela. "Myślę, że jeśli Izrael upadnie, Ameryka upadnie wraz z nim", mówił kiedy indziej Jerry Falwell. "Myślę, że to jest kluczowe. Myślę, że przyszłość świata zależy od istnienia i sukcesu państwa Izraela". Nieskończona jest wręcz liczba takich wyznań.

Ilekroć zatem ktoś próbuje wskazywać na popełniane przez armię izraelską przestępstwa na ludności cywilnej, tylekroć trzeba takiemu śmiałkowi przypominać, że działa wbrew woli Bożej. Błogosławić Izrael znaczy przyjmować całkowicie bezkrytycznie jego stanowisko w każdej konfliktowej sprawie. Nie bada się i nie śledzi tego, co naprawdę robią politycy żydowscy, przyjmuje się z definicji, że mają oni rację. Błogosławienie to inaczej polityczny i ideologiczny aktywizm na rzecz Izraela, a ściślej, na rzecz izraelskiej prawicy narodowo-religijnej. Obie grupy  - chrześcijańscy syjoniści i żydowscy syjoniści religijni  - traktują Biblię jako przede wszystkim instrument służący podbojowi i ekspansji terytorialnej. Trzeba dbać o maksymalne poszerzenie potęgi Izraela. Arabowie muszą albo całkiem zniknąć, albo przynajmniej ich pozycja ma zostać skrajnie osłabiona.

Bez tego przecież nie można doprowadzić do rzeczy najważniejszej: powstania Trzeciej Świątyni w miejscu, gdzie stoi Kopuła na Skale, meczet Omara i meczet Al-Aksa. Izrael musi być tak potężny, by nie bał się dokonać tego ostatniego aktu, najważniejszego z punktu widzenia chrześcijańskich syjonistów. Zdają sobie oni sprawę z potencjalnych reperkusji, a więc wybuchu wojny na śmierć i życie z całym światem arabskim, dlatego próbują się do tego przygotować. Wspierają te reżimy arabskie, które będą zachowywały neutralność i gotowi są zaatakować tych, których uznają za potencjalne zagrożenie. Przede wszystkim jednak dążą do radykalnego ograniczenia arabskiej obecności w samym Izraelu i Jerozolimie. Gdy to się uda, gdy Gaza i Jerozolima oraz Zachodni Brzeg staną się w pełni żydowskie, będzie można przystąpić do budowy.

Całość tej ideologii robi wrażenie, jakby była to pułapka zastawiona na Boga. Błogosławieństwo dane Abrahamowi przestaje być łaską, ale, tak jak w systemie katolickiego modernizmu, okazuje się nieodwołalną koniecznością. Bóg nie może się już z tych słów wycofać, choćby potomstwo Abrahama okazywało Mu niewierność. Łaska niepostrzeżenie staje się koniecznością. Niby jest to dar Boga, ale w wersji chrześcijańskich syjonistów jest on nieodwołalny, nie do cofnięcia, nie do odebrania.

Nie jest łatwo to wszystko zrozumieć. Wielu polskich czytelników będzie zapewne po przeczytaniu tej książki zaskoczonych. Podsumujmy.

Po pierwsze, czy to możliwe, będą pytać, że we współczesnym świecie, który, jak są przekonani, podlega radykalnej sekularyzacji, dechrystianizacji itd., itp., religia może odgrywać tak znaczącą rolę, jak próbuję to pokazać? O ile jeszcze zgodzą się, że ma ona duże znaczenie dla społeczeństw, ładnie to ujmując, rozwijających się, to jak można twierdzić, co właśnie robię, że decyduje ona o polityce największego i najbardziej nowoczesnego supermocarstwa XXI wieku? Cóż, nic nie poradzę, że dokładnie tak jest. Chrześcijańscy syjoniści, kilkadziesiąt milionów amerykańskich wyborców, którzy są jednym z filarów zwycięstwa Donalda Trumpa, istnieją naprawdę i naprawdę mają ogromne wpływy. Jak to pogodzić z przyjętą podczas Soboru Watykańskiego II fatalną w skutkach koncepcją radykalnego rozdziału polityki i religii? Czyżby goniąc uporczywie za "udzisiejszeniem" (aggiornamento), Kościół katolicki ścigał chimerę? Czyżby cała koncepcja radykalnej autonomii polityki wobec religii, tak zachwalana przez ogół katolickich teologów i biskupów, była tylko humbugiem, sprytnym hasłem skutecznie eliminującym katolików z udziału w życiu politycznym? Na to niestety wygląda.

Po drugie, jak można zrozumieć, że niewielka grupa Żydów z Chabad Lubawicz (statystycznie rzecz biorąc, to 0,29 proc. populacji USA), wyznająca skrajne rasowe teorie, ma tak przemożny wpływ na najważniejszych amerykańskich polityków? Na czym polega znaczenie tej grupy i jej doktryna? Dlaczego regularnie pojawia się na ich spotkaniach Donald Trump i jak to możliwe, że ich zwolennikiem był Ronald Reagan? O specjalnych stosunkach z sektą tego drugiego już pisałem. A co do pierwszego, obecnego prezydenta, to nic nie pokazuje lepiej znaczenia żydowskiej wspólnoty niż to, że 24 października 2024, tuż przed wyborami, Donald Trump pojechał na grób Menachema Mendela Schneersona, tzw. Ofel, przy którym to spotkał się z rabinami, pomodlił z nimi, wkładając na głowę kipę, i poprosił o błogosławieństwo. Jak donosił nowojorski "The Forward", w okręgu wyborczym Crown Heights, gdzie mieści się światowe centrum Chabad--Lubawicz, Trump otrzymał 65 procent głosów.

Po trzecie, kim są w Polsce kompletnie nieznani chrześcijańscy syjoniści, a więc chrześcijanie, których głównym celem działania jest wspieranie polityki Izraela? Co jest źródłem ich doktryny? Skąd ona się wzięła?

Po czwarte, jak należy rozumieć sam syjonizm? Przecież nie chodzi tu po prostu o ruch, który wcześniej dążył do powstania państwa Izrael, a teraz koncentruje się na jego trwaniu i rozszerzeniu. Czym jest syjonizm religijny i, w szczególności, mesjański? Jak to możliwe, że wielu izraelskich polityków, a także żydowskich rabinów, nazywa Palestyńczyków zwierzętami i chwali zabijanie kobiet i dzieci? Dlaczego konflikt, w którym racje są co najmniej podzielone, przedstawiany jest przez większość izraelskich i amerykańskich polityków jako starcie "światła i ciemności, prawdy i kłamstwa, cywilizacji przeciw morderczemu barbarzyństwu"? (cytat za nowym ambasadorem Izraela w USA Yechielem Leiterem).

Po piąte, dlaczego dla tych różnych ruchów i sekt tak duże znaczenie mają czasy ostateczne, apokaliptyczne wizje i niejasne biblijne metafory? Przecież w naszym racjonalistycznym społeczeństwie już dawno nie powinno być dla nich miejsca. A może ulegamy złudzeniu? Może to, co wydaje się nam często przezwyciężone i nieistotne, stanowi prawdziwy motor dziejów, a my, zachodni chrześcijanie, daliśmy się ogłupić i oślepić tym, którzy wieszczyli koniec historii i zwycięstwo globalnego liberalizmu. Może to wyobrażenia na temat Antychrysta napędzają najgłębsze konflikty światowe?

Po szóste, czym jest ruch na rzecz Trzeciej Świątyni i dlaczego w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat to, co było traktowane jako dziwactwo i osobliwość, stało się tak istotnym ideologicznie czynnikiem dla całego życia żydowskiego? Wzgórze Świątynne, na którym stoją dwa meczety, zaczyna w związku z tym przypominać prawdziwą beczkę prochu, pod którą raz za razem ktoś podkłada lont. Czym miałaby być taka świątynia?

Po siódme, kim są noachidzi, nie-Żydzi, którzy porzucili chrześcijaństwo i poddali się pod opiekę żydowskich rabinów, mesjanistycznych syjonistów? Nie da się ukryć, to jedna z najszybciej rozwijających się wspólnot religijnych w ostatnich czasach. Jaki wpływ na jej rozwój ma coraz częstsze poszukiwanie żydowskich korzeni chrześcijaństwa w sektach protestanckich oraz dialog z judaizmem w Kościele katolickim?

Wszystko to, jak sądzę, są istotne pytania. Postaram się na nie po kolei odpowiedzieć. Żeby to zrobić, trzeba sięgnąć do źródeł, do wypowiedzi i książek różnych bohaterów zdarzeń. Poza tym trzeba pokazać, jak różne odrębne ruchy i wspólnoty współpracują ze sobą i jak zrodzone w jednym miejscu idee zapładniają umysły członków innych grup. Poza tym należy pamiętać, że często to, co wydaje się nam naturalnie rozdzielone  - polityka i teologia choćby  - w umysłach bohaterów tej książki jest ściśle ze sobą splecione. W Polsce, zdaję sobie z tego sprawę, wiele z poruszanych przeze mnie kwestii robi wrażenie egzotycznych. Nie zmienia to postaci rzeczy, że są one jak najbardziej istotne. I to nie tylko dla polityki, ale też dla religii, przede wszystkim dla Kościoła katolickiego.

Jak doszło do tego, że wskutek niezwykłego, można by wręcz powiedzieć niemal alchemicznego eksperymentu, tylu chrześcijan zaczęło głosić kult świeckiego Izraela? Czy taka postawa w ogóle da się pogodzić z wiarą w Chrystusa, Pana i Króla? Co jest źródłem tego niezwykłego stopu chrześcijaństwa i syjonizmu? Być może dobrym punktem wyjścia do zrozumienia tego nowego podejścia będzie opis żydowskich oczekiwań wobec nowego chrześcijaństwa. Te są, jak można się spodziewać, różne. W wersji najbardziej radykalnej, powiedzmy tradycyjnej, polegają one (oczekiwania) po prostu na nadziei anihilacji. Najlepsze chrześcijaństwo to takie, którego nie będzie. Jednak wśród żydowskich starszych braci są też umysły bardziej otwarte, serca mniej zatwardziałe, ludzie mieniący się przyjaciółmi i braćmi chrześcijan.

Rozdział pierwszy. Koszerne chrześcijaństwo i jego stronnicy

Rabin pełen troski

Muszę przyznać, że tempo, w jakim amerykański rabin Shmuley Boteach, do niedawna postać całkiem w Polsce nieznana, zdobywa rozpoznawalność, musi robić wrażenie. W styczniu 2025 roku pojawił się na zdjęciach z prezydentem Andrzejem Dudą jego żoną Agatą (uwaga, rabin zamieścił fotografię na swoim x-ie i podpisał ją następująco: Prezydent Duda i jego żydowska żona Agata w #Auschwitz80), obok kardynała Grzegorza Rysia i biskupa Romana Pindela (podpis: z moimi braćmi z katolickiego kleru  -#AuschwitzLiberation80) oraz udzielił dłuższego wywiadu telewizji Republika. To zresztą od spotkania z Michałem Rachoniem kilka miesięcy temu, kiedy to redaktor Rachoń zapytany przez rabina, jak jego telewizja odnosi się do wojny Izraela z Palestyńczykami, ogłosił, że jest to wojna dobra ze złem i że całym sercem wspiera Izrael (reprezentujący dziejowe dobro), zaczął się tryumfalny pochód jednego z dziesięciu najbardziej znanych rabinów w USA (tak określił go tygodnik "Newsweek") przez Polskę albo wręcz, to opis "Washington Post", "najbardziej popularnego rabina Ameryki".

W międzyczasie jeszcze Shmuley Boteach zdążył wygłosić wykład otwierający pierwsze Polsko-Amerykańskie Forum w USA  - Polish American Inauguration Events 2025. Za swoje słowa zebrał rzęsiste brawa: nic dziwnego, skoro poza opowieścią o tym, jak wspaniała jest Polska i jak bardzo stoi po stronie Izraela, powiedział to, co każdego Polaka może łapać za serce: "Gdy Żydzi mówią, że Polacy są antysemitami, pytam, kto był największym człowiekiem, zrodzonym przez rzymski Kościół katolicki w ciągu ostatnich pięciuset lat? Kto był tym, który kompletnie zmienił najbardziej wpływową instytucję w dziejach świata  - rzymski katolicyzm? Najdłużej istniejącą instytucję w historii świata  - kto zmienił całkowicie stosunek do Żydów, stosunek do Izraela? To był Polak, a jego imię to Jan Paweł II. Był jednym z największych ludzi, jacy kiedykolwiek żyli". Muszę zresztą przyznać, że rabin jest doskonałym mówcą, świetnie nawiązującym kontakt z salą. Gesty, modulacja głosu, frazy zdradzają mistrza. Wie dobrze, czego oczekuje publiczność i którą strunę należy poruszyć, żeby wywołać efekt. Dlatego zresztą w swoim przemówieniu do Polaków tak często mówił o Polsce jako wzorze wiary, chwalił polską, katolicką religijność oraz wskazywał na Polskę jako ostoję wolności. Cóż może być piękniejszego niż te pochwały wiary w Boga, religii i wolności i to jeszcze z ust żydowskiego rabina? Ręce same składają się do oklasków.

A jednak w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu. Ba, po dokładniejszym przyjrzeniu może się nawet okazać, że łyżka stanie się solidną warząchwią, a miód nabierze smaku goryczy. Nie bardzo na przykład rozumiem, w jaki sposób rabin Shmuley godzi swoją fascynację wolnością i katolicyzmem z trwającą od lat kampanią nienawiści wobec amerykańskiej dziennikarki Candace Owens, która, tak się akurat złożyło, przyjęła katolicyzm w kwietniu 2024. Wstępując do wspólnoty Kościoła katolickiego, Owens napisała na X: "Niedawno podjęłam decyzję o powrocie do domu. Jest oczywiście o wiele więcej rzeczy, które wpłynęły na tę decyzję i którymi zamierzam się podzielić w przyszłości. Ale na razie chwała Bogu za Jego delikatne, ale nieustępliwe prowadzenie mojego serca ku Prawdzie". Już wcześniej była znana ze sprzeciwu wobec ideologii Black Lives Matter, mimo że sama jest czarna, oraz z walki przeciw genderystom, aborcji i polityce migracyjnej administracji Bidena. Mimo tego i mimo że była gwiazdą portalu Daily Wire, który założyła z żydowskim konserwatystą Benem Shapiro, Owens musiała z portalu odejść w marcu 2024. Powodem była jej krytyka polityki Izraela  - oskarżyła rząd Binjamina Netanjahu o dokonywanie ludobójstwa na Palestyńczykach, a także to, co wielu żydowskich publicystów uznało za nazbyt ostentacyjny katolicyzm.

"Chrystus jest Królem" mową nienawiści?

Pod koniec marca 2025 roku w Ameryce, a przede wszystkim na amerykańskich portalach społecznościowych, wybuchła wielka awantura. Jedna z tzw. organizacji non-profit opublikowała specjalny raport, którego autorzy uznali, że popularne wśród wielu katolickich blogerów hasło "Chrystus jest Królem" ma... charakter antysemicki i jest przejawem mowy nienawiści. Największym zaskoczeniem nie była jednak sama teza, ale to, że wśród autorów raportu znalazł się znany kanadyjski pisarz i psycholog, od lat ostry krytyk poprawności politycznej i obrońca wolności słowa Jordan Peterson. Również w Polsce kilka jego książek było prawdziwymi bestsellerami. Na celowniku tropicieli antysemityzmu, wśród nich Petersona, znalazło się kilku najbardziej popularnych, katolickich publicystów, na czele z Candace Owens.

Równo rok temu Amerykanka straciła pracę w Daily Wire, jednym z największych konserwatywnych portali w USA. Powodem były oskarżenia o antysemityzm. Czy sygnowany przez Petersona raport  - jak się okazało jednym z jego sponsorów jest sławna Liga przeciw Defamacji (ADL), radykalna żydowska organizacja wyspecjalizowana w napaściach na każdego, kto nie dość entuzjastycznie chwali działania państwa Izrael i ośmiela się opisywać wpływy diaspory żydowskiej w USA  - to presja na zamknięcie kanału popularnej gwiazdy? A może to atak na zaplecze Donalda Trumpa? Candace Owens w ciągu roku zdobyła ponad cztery miliony subskrybentów na YouTube, a niektóre jej filmy obejrzało ponad pięć milionów widzów!

Przypomnę, że słowa "Chrystus jest Królem" zaczęły się regularnie pojawiać na jej koncie w portalu X w związku z nawróceniem na katolicyzm. Tłumaczyła to wtedy tak: "Chrystus jest Królem staje się światowym trendem. Zakusy mediów, które chciały ponownie Go ukrzyżować, spaliły na panewce" - pisała na platformie X. Wiele wskazuje na to, że wśród tych, których najbardziej oburzyło jej nawrócenie i hasło byli też koledzy z Daily Wire. Jeden z nich, Jeremy Boreing, zapytał najpierw: "Dlaczego mówienie Chrystus to Król jest antysemickie?", po czym odpowiedział, nawet nie siląc się na jakąkolwiek argumentację - zauważył portal pch24.pl: "Z tego samego powodu, z którego wszystko staje się antysemickie - jeżeli jest użyte w celu wyrażenia antysemityzmu". Następnie podał osobliwą analogię: "To tak, jakby zapytać, dlaczego łopata stała się narzędziem zbrodni? Ponieważ została użyta do popełnienia morderstwa". Wkrótce po tym Owens zniknęła z Daily Wire. Wiele wskazuje zatem na to, że właśnie pozornie niewinne hasło "Chrystus jest Królem" było kroplą, która w oczach żydowskich współpracowników dziennikarki z portalu przelała czarę goryczy.

Teraz, mniej więcej rok po jej odejściu, w marcu 2025 roku pojawił się specjalny raport, przygotowany przez The Network Contagion Research Institute (NCRI), organizację non-profit założoną przez żydowskiego intelektualistę Joela Finkelsteina, wcześniej aktywistę ADL, w którym to jego autorzy stwierdzili, że słowa "Chrystus jest Królem" są "używane jako broń przez politycznych ekstremistów". Hasłem posługują się ci, twierdzą autorzy raportu, którzy chcą wspierać "wykluczające i nienawistne narracje". Oskarżenia te idealnie pasują do wcześniejszych. To dokładne powtórzenie zarzutów żydowskich rabinów, którzy krytykowali Owens.

Kolejny cytat: "Ekstremiści w Ameryce zaczęli wypaczać znaczenie tej frazy i posługiwać się nią jak zaszyfrowanym symbolem... aby zdestabilizować amerykańską politykę, podżegać do konfliktów w obrębie społeczeństwa obywatelskiego i wspierać nienawiść w stosunku do mniejszości". Na pierwszym miejscu wśród napiętnowanych w ten sposób ekstremistów znalazła się, powtórzę, Candace Owens, w nie najgorszym zresztą towarzystwie - obok "byłego biskupa katolickiego" Josepha Stricklanda (faktycznie Joseph Strickland nadal jest biskupem, choć na emeryturze) oraz dwóch innych, amerykańskich komentatorów konserwatywnych - Jacka Posobca i Nicka Fuentesa. Wszyscy oni, wynika z raportu, używają słów "Chrystus jest Królem" jako emblematu i sztandaru, pod którym gromadzą się antysemici.

Tym, co szokuje, jest fakt, że jednym ze współautorów opracowania okazał się niezwykle popularny kanadyjski psycholog Jordan Peterson. Jak to możliwe, że człowiek tak zasłużony w walce z opresją politycznej poprawności podpisał się pod tekstem, w którym określenie "Chrystus jest Królem" zostaje uznane za przejaw mowy nienawiści? Dokładnie o to zapytali go Candace Owens (niemal siedem milionów followersów na portalu X na koniec marca 2025) i inny popularny, katolicki konserwatywny autor Jack Posobiec (ponad trzy miliony followersów na platformie X pod koniec marca 2025). Ta pierwsza wskazała, że NCRI - organizacja, która przygotowała raport - jest partnerem ADL. To ADL znana jest z brutalnych kampanii medialnych i nagonek, zamykających usta krytykom Izraela.

W odpowiedzi Peterson stwierdził, że "Owens reprezentuje podejście faryzejskie. Głośno mówi o swoim przywiązaniu do Chrystusa tylko po to, by podwyższyć sobie upragnioną pozycję. W jej oburzeniu nie chodzi o to, by głosić prawdę z dachów domów, budować mosty lub pokój, ale by niszczyć". Doprawdy, dziwne to słowa. Pomijam drobiazg  - czy używanie w negatywnym kontekście określenia "faryzeizm" nie czyni aby z doktora Petersona również nieświadomego antysemity? Ważniejsze jest to, że znany Kanadyjczyk zachowuje się, jakby nie wiedział i nie rozumiał, w czym uczestniczy: takie raporty zwykle służą jako sygnał do rozpoczęcia kampanii nienawiści i usuwania niewygodnych osób z przestrzeni publicznej. Opatrzenie Candace Owens czy Jacka Posobca łatką "antysemitów" przez "instytucję naukową" autoryzowaną przez symbol wolności słowa, bo taki wizerunek zbudował sobie Peterson, wygląda jak przygotowanie do szerszej operacji.

Jedynym deklarującym wiarę chrześcijańską autorem opracowania - większość stanowią eksperci żydowscy - był chrześcijański syjonista, wielebny Johnnie Moore. Nie tylko zresztą podpisał się pod tym studium, ale także, jak zauważył portal lifesitenews.com, aktywnie bronił swoich ustaleń. "Wyznanie "Chrystus jest Królem" zostało porwane przez antysemickich ekstremistów, by manipulować chrześcijanami" - twierdził w jednym ze swoich wpisów.

Idąc za logiką wielebnego Moore'a i pozostałych, można się zastanawiać, czy w ogóle istnieje taka formuła wiary chrześcijańskiej, która nie może zostać przejęta przez wrogie siły i użyta przez antysemitów. Skoro według niektórych chrześcijańskich i żydowskich autorów - wspomnę tu choćby Gregory'ego Bauma i Rosemary Radford - chrześcijaństwo z samej zasady ma w siebie wbudowany komponent antysemicki, to należałoby w ogóle zakazać jakichkolwiek oznak publicznego kultu Chrystusa. Z żydowskiego punktu widzenia Chrystus nie mógł być istotą boską, a więc jeśli chrześcijanie widzą w Nim osobę boską i jeszcze to publicznie wyznają, to pośrednio przynajmniej i nieświadomie sprzeciwiają się Żydom i mają w sobie nieuświadomiony antysemityzm.

Czy antysemickie nie jest twierdzenie "Chrystus prawdziwie zmartwychwstał"? Czy nie należałoby zakazać śpiewu starożytnego hymnu (notabene wciąż obecnego na falach radia Watykan) Christus vincit, Christus regnat, Christus imperat? Czy w słowach "Chrystus Wodzem, Chrystus Królem.  - Chrystus, Chrystus Władcą" nie kryje się ukryte ostrze antysemityzmu? Jako żywo oznaczają one, że Chrystus jest władcą i królem również nad Izraelem i w ogóle nad całym światem. Z pewnością dla rabina Shmuleya byłyby to słowa nie do przyjęcia. Podobnie zresztą, jak dla wielu modernistycznych katolików - czyż nie są one przejawem katolickiego triumfalizmu? Czy nie żyjemy w świecie, w którym Chrystus może się przejawiać wyłącznie pod postacią cierpiącego sługi? Może On być przecież tylko słabym i pozbawionym mocy niewolnikiem - wersja chrześcijańskich modernistów, albo żydowskim nacjonalistą  - wersja żydowskich przyjaciół chrześcijaństwa. No więc skąd te buńczuczne słowa? Jakim prawem chrześcijanie chcą narzucać innym, kto ma być królem i władcą? Dlaczego zamiast bić się w piersi za dwa tysiące lat nieustannych prześladowań, które doprowadziły do Holocaustu, największej zbrodni w dziejach ludzkości, pojawiają się wciąż katolicy, którzy twierdzą, że Chrystus jest Królem? Toż to imperializm i triumfalizm.

Owens napisała, że raport "został sfinansowany przez Żydów, aby wywołać wśród chrześcijan wojnę podczas Wielkiego Postu". Z kolei Posobiec sądzi, że celem jest doprowadzenie do podziału wśród dotychczasowych zwolenników Donalda Trumpa i tym samym jego osłabienie. To prawda, że to w dużym stopniu dzięki takim publicystom jak Owens czy Posobiec, a także inny krytyk raportu, Michael Matt z tradycjonalistycznego "The Remnant", Trump zdobył głosy milionów konserwatywnych katolików. Dość powiedzieć, że specjalny program Owens poświęcony rodzinie Kamali Harris przed wyborami, gdzie pokazała liczne fałszerstwa ówczesnej kandydatki demokratów, obejrzało kilka milionów Amerykanów.

Tym, co nie budzi wątpliwości, jest fakt, że NCRI otrzymała ponad milion dolarów od Izraela na stowarzyszenie, którego celem jest wsparcie dla tego państwa na amerykańskich uczelniach. Według danych z 2021 roku (ostatnie dostępne publicznie) NCRI była też wspierana przez Fundację na rzecz Otwartego Społeczeństwa George'a Sorosa. Jeśli do tego dodać stałą współpracę z ADL, można uznać, że atak na znanych katolickich blogerów jest kolejną odsłoną wojny kulturowej, jaką wiele środowisk żydowskich toczy z tymi grupami wyznawców Chrystusa, które nie podporządkowały się doktrynie chrześcijańskiego syjonizmu. Hasło "Chrystus jest Królem" to właśnie znak niepodległości i niezależności wobec tych żydowskich grup i dlatego budzi ono ich wrogość. Z ich punktu widzenia wcale nie jest ono niewinne.

Kryje się przecież za nim przeświadczenie, że Chrystus nie tylko króluje w niebiosach - co nawet specjalnie żydowskim i chrześcijańskim syjonistom nie musiałoby przeszkadzać, zgodnie z zasadą: nie spierajmy się o to, co i tak jest nie do udowodnienia - ale także na ziemi. I tu pojawia się problem. Według żydowskich religijnych syjonistów na ziemi, a już na pewno na Ziemi Izraela, może panować tylko naród żydowski i żadnego uzurpatora w postaci Chrystusa sobie tam nie życzą. Wprawdzie hasło to głoszone jest przez Amerykanów, ściślej, amerykańskich katolików, jednak, o czym żydowscy eksperci od walki z nienawiścią doskonale wiedzą, gdyby nie daj Boże przeniknęło ono do opinii publicznej, mogłoby to pociągać za sobą redefinicję stosunków USA-Izrael. Z tego samego założenia wychodzą chrześcijańscy syjoniści. Zgodnie z ich doktryną Chrystus przebywa obecnie w niebie i o żadnym panowaniu na ziemi nie myśli. Czeka grzecznie na swój moment, kiedy to wskutek budowy świątyni przez Izrael znowu zacznie biec czas święty. Dla jednych zatem i drugich hasło, głoszone przez niektórych znanych katolickich blogerów, jest wyjątkowo niewygodne.

Przepis na namiętność

Jednym z pierwszych, którzy wezwali do wyrzucenia Owens z portalu Daily Wire, był - oprócz rabina Michaela Barclaya, który nie mógł znieść podważania tezy o wyjątkowości cierpienia żydowskiego - nie kto inny, jak rabin Shmuley. Jak widać, rabin jest za pełną wolnością słowa, pod warunkiem, że nie krytykuje się Izraela. Pozbycie się dziennikarki z Daily Wire rabinowi nie wystarczyło - tym bardziej że Owens szybko założyła własną stronę na YouTube, gdzie ma obecnie ponad cztery miliony subskrybentów. Rabin złożył na nią w sierpniu 2024 doniesienie do FBI (najwyraźniej nie wstydził się użycia do walki z dziennikarką służb specjalnych Bidena). Ostatnio zaatakował inną gwiazdę mediów amerykańskich i brytyjskich, Piersa Morgana, za to, że ten śmiał rozmawiać w swoim programie z czarną Amerykanką. Rabin nazywa ją skrajną antysemitką, oskarża o sympatie prohitlerowskie, o nienawiść do Żydów i o co tylko się da, usiłując się pozbyć znanej publicystki z przestrzeni publicznej.

Owens nie daje za wygraną - w dyskusjach z rabinem Shmuleyem wielokrotnie zapędziła go w kozi róg, wykazując, delikatnie to ujmując, nieustanne mijanie się z prawdą swego oponenta. Czarna dziennikarka wskazywała też na bliskie związki rabina Shmuleya z grupą Chabad Lubawicz i pytała go o to, jak może wspierać rasistowskie teorie Menachema Mendela Schneersona, nieżyjącego przywódcy duchowego sekty, tzw. siódmego rebe. Faktycznie, rabin Shmuley nazywał Schneersona swoim "mentorem" i mimo że teraz jego więzi z Chabad się rozluźniły, wcześniej był jednym z misjonarzy ruchu.

Dodatkowo Owens dostrzegła, że jej prześladowca prowadzi dość osobliwą działalność handlową. Jak przypomniał portal nczas.info, Shmuley w 1999 roku wydał książkę Koszerny seks: Przepis na namiętność i intymność, która okazała się bestsellerem. Zdaniem rabina "namiętne uprawianie miłości... prowadzi do intymności". Inne wypowiedzi oraz aktywność Shmuleya rozwijają jego rozumienie miłości i intymności. Rabin twierdzi m.in., że "pary powinny uprawiać najbrudniejszy seks", a to oznacza, że jest zwolennikiem rozmaitych gadżetów erotycznych. Dlatego, przypomina portal, sam Shmuley jest prezesem sklepu z koszernymi artykułami seksualnymi, który założyła jego córka. Co można nabyć w sklepie rabina Shmuleya oraz jego córki? - pyta portal. Dla przykładu, w lutym 2024 roku "The Jerusalem Post" opisywał, że Shmuley "ogłosił właśnie wypuszczenie na rynek najnowszego produktu swojej firmy: lubrykantu, który jest nie tylko koszerny, ale także wyprodukowany w Izraelu".

Wkrótce potem jego biznes skrytykowała Owens: "Bezbożny rabin Shmuley promuje teraz stronę internetową, która sprzedaje wibratory i korki analne w imieniu jego córki i nazwała ich działalność "brudną" (nieczystą/sprośną). W odpowiedzi Shmuley nazwał Owens antysemitką. Zapytał też, czy dziennikarka nie "powiedziała tak, ponieważ (zabawki erotyczne) zostały wyprodukowane w Izraelu?". Komentarz portalu nczas.info: "Okazało się, że krytyka sprzedaży korków analnych, dildosów, wibratorów i wielu innych przedmiotów jest antysemityzmem, jeśli tylko zostaną one nazwane koszernymi i są wyprodukowane w Izraelu".

Trudno zatem się dziwić, że zdjęciowe sesje rabina z polskimi hierarchami i politykami, a także jego medialna aktywność mogą nieco zaskakiwać. Pytanie redaktora naczelnego "Najwyższego Czasu" Tomasza Sommera wydaje się celne: "Czy polscy biskupi, w tym słynny Ryś, naprawdę nie wiedzą, czym się zajmuje rabin Shmuley? (...)?".

Sommer dostrzega istotny problem: rzeczywiście, polscy politycy, dziennikarze i przede wszystkim hierarchowie znaleźli sobie dziwnego przyjaciela. Piszę "przede wszystkim", bo mimo deklarowanej sympatii i ciągłych pochlebstw pod adresem papieża Polaka za to, że ten zdestruował tradycyjną naukę rzymskiego katolicyzmu, rabin Shmuley jest także autorem książki Koszerny Jezus, w której to wyłożył swoje rozumienie Kościoła, znaczenie Jezusa, a także rolę, jaką powinni odgrywać współcześnie chrześcijanie. Szczerze mówiąc, pojawiają się tam tezy na tyle przewrotne i, z punktu widzenia chrześcijańskiego, bluźniercze, że wspólne fotografowanie się z nim polskich biskupów staje się nie tylko dziwaczne czy niestosowne, ale wręcz obrazoburcze. Czyżby żaden z nich nie zapoznał się z twórczością żydowskiego brata w dialogu?

Jezus może być koszerny

W książce o dość osobliwym tytule Koszerny Jezus rabin Shmuley Boteach wielokrotnie podkreśla, że jest przyjacielem chrześcijaństwa, że darzy chrześcijan szacunkiem, ba, twierdzi, że swoje dzieło sprezentował nawet papieżowi Benedyktowi XVI. Rabin docenia zmiany, jakie zaszły w nauczaniu chrześcijańskim. "Kościół katolicki jest dzisiaj wielkim przyjacielem ludu żydowskiego. W maju 2010 roku jako gość Watykanu spotkałem papieża Benedykta; jego ciepło i szacunek do mnie jako rabina były czymś oczywistym. Ewangelikalni chrześcijanie są wśród najbardziej stanowczych zwolenników państwa Izrael". Co się tyczy Watykanu, rabin podkreśla kluczowe znaczenie najpierw pontyfikatu Jana XXIII, a następnie Jana Pawła II, który to w jego mniemaniu dokonał w nauczaniu katolickim prawdziwego przewrotu. Chwali także późniejszych papieży  - Benedykta i Franciszka. Bardzo to miłe i sympatyczne, chociaż im bardziej rabin chwali współczesnych papieży, tym śmielej przeciwstawia ich wcześniejszym.

Już na samym wstępie swojej książki twierdzi bowiem, że "aż do epoki nowożytnej chrześcijańska historia przepełniona jest fizyczną przemocą i dyskryminacją". Mało to, trzeba przyznać, pochlebna ocena. Jak to pogodzić z peanami na cześć samego Jezusa? Czy to możliwe, że założył On Kościół, skoro ten od początku, według autora, prześladował Żydów? W żaden sposób. Rabin Shmuley, idąc tu krok w krok za tezami liberalnej protestanckiej egzegezy z XIX wieku oraz innych żydowskich badaczy już głównie z wieku XX, ogłasza, że Jezus i chrześcijaństwo to faktycznie dwie całkiem osobne, odrębne, niemające ze sobą nic wspólnego wielkości. "Od samego początku, gdy tylko chrześcijaństwo oddzieliło się od judaizmu, by rozwinąć swoją własną tożsamość, Jezusa pozbawiono celowo jego żydowskości, tak jak Samsona jego siły. Chrześcijanie zaciemnili ideę Jezusa Żyda, woląc widzieć w Nim innowatora, który jednocześnie przekraczał judaizm i doprowadził do jego wypełnienia". Ach ci okropni chrześcijanie. Kim oni byli? Kto tak niegodziwie potraktował Jezusa? Kto odebrał Mu żydowskość i oderwał od judaizmu? Na to pytanie czytelnicy zdobędą odpowiedź w książce.

Teologia zastępstwa jako zło

Muszę przyznać, że przynajmniej w jednej sprawie rabin Shmuley nie mija się z prawdą, choć nie jestem pewien, czy akurat mu na tym zależało. Otóż pisze on: "Przez wieki, gdy powoli przemieniał się On w bóstwo i dokonywana w Jego imieniu wobec Żydów przemoc narastała, zaczęli oni widzieć w Nim źródło bezwzględnego prześladowania, najwyższy przykład herezji". Jak w przypadku innych holocaustianistów  - posługuję się tu określeniem, którego znaczenie wyjaśniam dokładnie w książce Krew na naszych rękach?  - także nowy uczestnik dialogu z polskimi biskupami jest przekonany, że dzieje chrześcijaństwa to zapis nieustannych prześladowań i wrogości. Nie przychodzi mu do głowy, że taka wizja jest całkowicie sprzeczna z logiką: w jaki to niby sposób coraz bardziej prześladowani Żydzi nie tylko przetrwali w chrześcijańskiej, przednowożytnej Europie, ale dodatkowo byli w stanie zachować swoją kulturę, religię i obyczaje? Ba, jak to możliwe, że przechowali nawet te elementy własnej tożsamości, które miały wrogi wobec chrześcijaństwa charakter?

Rabin sądzi, że źródłem zła była "teologia zastępstwa, głęboko antysemickie przekonanie, że Bóg odrzucił Żydów, gdy ci odrzucili Jezusa, i zastąpił ich chrześcijanami". Tyle że ta teologia, przedstawiona tu w sposób karykaturalny, z pewnością nie była "głęboko antysemicka", została bowiem przekazana przez samych Żydów, pierwszych wyznawców Chrystusa. Shmuley rzutuje na świat żydowski z I wieku po Chr. swoją wizję dzisiejszego postfaryzejskiego, talmudycznego judaizmu, nie zauważając, że spór o to, kto należy do Izraela, na czym polega prawdziwa pobożność, kim jest Bóg i jak wypełnia swoje obietnice, dzieliła wówczas Żydów między sobą.

Co jeszcze ważniejsze, nie pamięta, że wrogość do chrześcijaństwa była niejako zakodowana w samej strukturze żydowskiej religii. A mimo to i mimo wiedzy wśród wielu chrześcijan na temat wrogich fragmentów Talmudu Żydzi byli w niektórych chrześcijańskich państwach tolerowani, a ich życie religijne było chronione przez Kościół.

Niezależnie jednak od tych wad rozumowania zdobywamy od niego na temat relacji Żydów do chrześcijan autentyczne świadectwo, jakże różne od lukrowanych, słodkich, sentymentalnych wspomnień wielu katolickich uczestników dialogu, na czele z Janem Pawłem II. "Dorastając w ortodoksyjnej żydowskiej rodzinie, żywiłem wielką antypatię do Jezusa. Samo wspomnienie jego imienia przypominało mi o cierpieniach, jakich z rąk chrześcijan przez dwa tysiące lat doznawały żydowskie wspólnoty: prześladowania, wymuszone konwersje, wygnania, inkwizycje, fałszywe oskarżenia, poniżenia, wygnanie ekonomiczne, opodatkowania, pogromy, stereotypy, gettoizacja i systematyczna eksterminacja". Ta litania żalów i wyrzutów sama jest, gdyby tylko rabin zdobył się na odrobinę dystansu, niczym innym, jak właśnie przejawem uprzedzeń i urojeń.

Całe dzieje okazują się jednym wielkim pasmem udręk, prześladowań, okrucieństw, podłości i upokorzeń, jakich to od chrześcijan doznali Żydzi. A wszystko to ma usprawiedliwić skrajną, uporczywą wrogość wobec Jezusa: "W moim sąsiedztwie nawet nie wspominaliśmy jego imienia. Mówiliśmy "Joszke", hebrajska gra słów, a niektóre dzieci, zamiast mówić "Jezus Chrystus", przedrzeźniały "ser i skórka" ["czizes chraist" zamieniały na "cziis and krust"]. Rabin pisze, i są to najbardziej autentyczne fragmenty książki, że w synagogach praktycznie o Chrystusie nie wspominano, a jeśli już, to rabini używali maksymalnie neutralnej frazy "założyciel chrześcijaństwa".

Pod postacią Hamana

Ta wrogość ma bardzo głębokie korzenie  - pisałem o tym w książce Krew na naszych rękach? Przyznaje to też kilku żydowskich historyków. Na przykład według znanego izraelskiego badacza Izraela Yuvala Harariego, profesora historii żydowskiej z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, to właśnie o Jezusie myśleli Żydzi przez wieki, gdy dawali upust swemu gniewowi, sprawując różne rytuały podczas święta Purim. "Gdy Żydzi mówią Haman, to w głębi duszy myślą o Jezusie" - powiedział na niedawnej konferencji historycznej zorganizowanej w lutym 2025 roku w Jerozolimie izraelski badacz. "Nasza nienawiść do niego jest faktycznie projekcją - lub może lepiej powiedzieć sublimacją - naszych uczuć do Jezusa". Może to wyjaśnić, twierdził profesor Yuval, obyczaj, zgodnie z którym podczas święta Purim dokonywano zagłuszania imienia Hamana za pomocą grzechotek. "W ten sposób - sądzi Yuval - antychrześcijańskie emocje znajdowały swoje ujście. Było to głośne, lecz ukryte".

Dowodem na to, że mówiąc o Hamanie, Żydzi myśleli o Jezusie, jest, według profesora Yuvala, dekret cesarza Teodozjusza II z V w. po Chr., zakazujący palenia kukły Hamana. "Z pewnością taki zakaz nie mógłby zostać wydany, gdyby nie było dobrych podstaw dla wiary, że faktycznie celem był Jezus" - to znowu opinia profesora Yuvala. Większość Żydów sądzi, że Haman został powieszony w żydowskim miesiącu adar - na ten okres przypadają zwyczajowo obchody święta Purim. Jest to jednak pomyłka. Kalkulacje oparte na przybliżonych datach, jakie można wyprowadzić z Księgi Estery, wskazują na to, że do powieszenia Hamana doszło 11 miesięcy wcześniej, podczas świąt Paschy. "Dokładnie w tym czasie został ukrzyżowany Jezus".

Nazwa Purim wywodzi się od hebrajskiego słowa oznaczającego rzucanie losów - to z kolei nawiązanie do fragmentu opowieści z Księgi Estery, kiedy to arcywróg Żydów, pragnący ich zagłady na dworze perskim, wyciąga los, aby w ten sposób wybrać dzień, w którym zrealizuje swoją antyżydowską intrygę. Żydowski historyk pokazał, że temat rzucania losów pojawia się też w Nowym Testamencie, w związku z ukrzyżowaniem Jezusa: "Gdy Go ukrzyżowali, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy. (Mt 27, 35). Według Yuvala nie jest to przypadek.

Wniosek z tych różnych badań jest prosty: w tradycji żydowskiej Jezus z Nazaretu odgrywał rolę modelowego nikczemnika. Ze względu na faktyczną dysproporcję sił Żydzi nie mogli całkiem otwarcie okazywać swej wrogości - musieli ją maskować i zaszyfrowywać, posługiwać się szyderstwem i przedrzeźnianiem.

Na miarę XXI wieku

To nastawienie może jednak ulec zmianie, dowodzi rabin i pokazuje, jak to może się stać: trzeba, mianowicie, zdjąć z Jezusa wszystkie zewnętrzne warstwy, które nałożyli na niego wyznawcy przez wieki, aż dotrze się do prawdziwej, autentycznej postaci Jezusa Żyda, Jezusa, którego Żydom ukradziono, Jezusa, który był po prostu jednym z wielu żydowskich bohaterów walki z Rzymem, z obcą przemocą. Taki nowy Jezus, niechrześcijański, niekatolicki, ba, antychrześcijański i antykatolicki, może zostać przyjęty na łono judaizmu i stać się, w tej nowej, przetworzonej postaci, symbolem dialogu i porozumienia z chrześcijanami. Będzie to prawdziwy Jezus na miarę XXI wieku, znak porozumienia i bliskości między chrześcijaństwem a judaizmem.

Wystarczy jedynie, że chrześcijanie zaakceptują tę nad wyraz zbawienną i słuszną terapię, którą gotów jest im zafundować rabin Shmuley. Że zobaczą, iż Jezus był "mądrym i uczonym rabinem, który gardził Rzymianami ze względu na ich okrucieństwo wobec jego braci Izraelitów, który odważnie walczył z Rzymianami i ostatecznie został zamordowany, próbując zrzucić rzymskie jarzmo opresji". Jezus jako zelota, a więc żydowski, antyrzymski powstaniec, nie jest oczywiście żadnym oryginalnym odkryciem rabina. Pierwszym, który próbował skonstruować taką postać, był już w XVIII wieku niejaki Reimarus, po nim zaś drogą tą szło wielu innych racjonalistycznych badaczy. Ostatnio największy rozgłos w tym przycinaniu i karykaturowaniu Jezusa zdobyła, wydana również po polsku, książka Rezy Aslana Zelota. Życie i czasy Jezusa z Nazaretu. O ile jednak Aslan chciał stworzyć Jezusa, który odpowiadałby na zapotrzebowania muzułmanów, to rabin Shmuley, podobnie jak wielu innych żydowskich "przyjaciół" chrześcijan i uczestników dialogu z Kościołem, przedstawia wersję judaistyczną. "Tak bardzo kochał Jezus swój naród, tak głęboko wierzył w swoją mesjańską misję, aby zdobyć dla Żydów niezależność od Rzymu, że chciał cierpieć i umrzeć, aby zakończyć rzymskie panowanie i odnowić żydowską suwerenność w starożytnym Izraelu".

Prekursor syjonizmu

Brzmi znajomo? Oczywiście. Jezus, jakiego nam proponuje rabin Shmuley, to nikt inny, jak wczesna wersja, poprzednik, prorok żydowskiego syjonizmu, ideologiczny krewny dzisiejszego premiera Izraela i innych żydowskich, nacjonalistycznych ugrupowań. W tym sensie Binjamin Netanjahu czy może jeszcze bardziej Itamar Ben-Gewir albo Izrael Katz są wykonawcami testamentu Jezusa, żydowskiego samozwańczego mesjasza, który chciał zbudować silne, żydowskie państwo, lecz upadł pod ciosami rzymskich ciemiężycieli.

Współcześni żydowscy syjoniści i Jezus taki, jakim go widzi rabin Shmuley, są takimi samymi żydowskimi patriotami, właściwie nacjonalistami. Jeden przyświeca im cel, jedna napędza ich wizja: budowy silnego, potężnego, zdolnego narzucać swoją wolę światu izraelskiego imperium. Zaraz, zaraz, naiwny katolicki czytelnik złapie się zapewne za głowę, ale jak to się ma do Ewangelii, do Nowego Testamentu, do królestwa Bożego, które nie jest z tego świata, do miłości nieprzyjaciół, do Jezusa jako jedynego umiłowanego Syna Bożego? Ano nijak się ma. Bowiem "wiara, że jakikolwiek człowiek jest Bogiem, była ohydą dla judaizmu i to stanowisko też przyjmował Jezus". A więc skąd się wziął Jezus, którego czci Kościół? Z jednego wielkiego oszustwa i przekrętu. "Transformacja Jezusa z gorącego patrioty Izraela w zaprzysięgłego przeciwnika narodu żydowskiego stanowi jeden z największych aktów świadomego morderstwa w całej historii ludzkości". Brr, naprawdę, robi się gorąco. Ktoś musiał tego dokonać. Ktoś musiał stać za tym dziejowym zabójstwem, zamachem na Jezusa Żyda, antyrzymskiego nacjonalistę, Jezusa starożytnego pioniera syjonizmu. Kim była ta niecna postać? Kto się ośmielił dokonać tego wyłudzenia? Rabin Shmuley nie trzyma nas na szczęście długo w niepewności i szybko odkrywa karty.

Wina Pawła

Odpowiedzialnym za tę niesłychaną, największą dziejową kradzież i kłamstwo jest nie kto inny, jak apostoł Paweł: "Apostoł Paweł bezpośrednio odpowiada za wprowadzenie tych elementów [wiary chrześcijańskiej] lata po śmierci Jezusa. Paweł nigdy nie spotkał Jezusa, a Jezus z pewnością nigdy nie uznałby aktywności Pawła i dokonanych przez niego upiększeń. A więc to Paweł rozwinął idee i postawy, które doprowadziły ludzi do tego, by widzieć w Jezusie założyciela i centrum nowej religii zdefiniowanej w opozycji do judaizmu".

Wszystko to, co pisze rabin Shmuley, jest najzwyczajniej w świecie, w sensie historycznym, nieprawdą. Pierwotne chrześcijaństwo nie uformowało się w opozycji do judaizmu rabinicznego, ale, odwrotnie, stanowiło kontynuację judaizmu biblijnego. To judaizm rabina Shmuleya uformował się w opozycji do wcześniejszego od niego chrześcijaństwa. Święty Paweł nie był oszustem i fałszerzem, ale wiernym przekazicielem tej samej nauki, którą objawił Jezus i którą wiernie przekazywali wszyscy apostołowie. Pozostaje prawdziwą zagadką, jak to możliwe, że ci, którzy mają się za ich współczesnych następców, a więc katoliccy biskupi, mogą uznawać w rabinie Shmuleyu właściwego partnera dla dialogu, mimo że jego ataki na Pawła i Jana oraz przedstawiany przez niego obraz Jezusa powinny wywołać ich sprzeciw, potępienie i odrzucenie.

Faryzeusz i powstaniec

Czyż nazywanie Pawła oszustem może być tolerowane i uznawane przez katolików za przejaw szacunku do religii chrześcijańskiej? Tego nie da się zrozumieć i usprawiedliwić. Nie da się? Ależ się da! Wystarczy tylko przywołać od czasu do czasu obecne w książce rabina zaklęcia i usprawiedliwienie gotowe. Przecież pisze kilka razy, że "głęboko szanuje wiarę chrześcijańską moich chrześcijańskich braci i sióstr i stara się ją wzmocnić". No naprawdę, nawet mnie, przyzwyczajonego od lat do podobnych fiku-miku i innych erystycznych zabawek, słowa rabina zaskoczyły. W porównaniu z innymi uczestnikami dialogu osiągnął on, muszę przyznać, niebywały wręcz poziom obłudy.

Twierdzić, że szanuje się wiarę chrześcijańską, jednocześnie uznając ją za przejaw oszustwa - toż to rekord świata. A najlepsze jest to, że nie przeszkadza to rabinowi mówić o "nowej erze braterstwa żydowsko-chrześcijańskiego", jeśli tylko chrześcijanie wyzbędą się tych historycznych nieprawd, uznając Jezusa za tego, kim według rabina naprawdę był. Oto ten wielki, dziejowy deal, który chrześcijanom, a więc także katolikom, katolickim biskupom proponuje najbardziej popularny rabin Ameryki: przestańcie wierzyć w Jezusa jako Syna Bożego, wyrzeknijcie się Go jako Chrystusa, dostrzeżcie w Pawle oszusta, a wtedy czeka was era braterstwa. Wtedy będziecie mogli wypełnić przypisaną wam rolę sług Izraela. To się nazywa epokowa wizja: "pokornie przedstawiam czytelnikom wszystkich wyznań ten odnowiony obraz Jezusa z Nazaretu, Jezusa żydowskiego i koszernego", pisze rabin. Pokora - a to ci dopiero. Jest takie powiedzenie - koń by się uśmiał. Sytuacja, w której żydowski autor bezczelnie oskarża apostoła o oszustwo i twierdzi, że chrześcijaństwo musi się pozbyć wiary w Chrystusa, nazywając tę postawę pokorą  - naprawdę, zapiera dech w piersiach.

Odnowiony obraz Jezusa ma się nijak do obrazu znanego chrześcijanom z Ewangelii. "Inspiruje on bojaźliwych Żydów, by przezwyciężyli strach przed Rzymem. Wszem i wobec głosi wezwanie do broni, grupując wokół siebie oddanych i zaangażowanych sympatyków". Jezus, twierdzi rabin Shmuley, głosi pochwałę walki zbrojnej, nakazuje swoim zwolennikom gromadzić miecze, za pomocą których mają zdobyć świątynię. W ten sposób wierzy, że wywoła masowe powstanie przeciw Rzymianom. Zgodnie z tą wizją nie różni się wiele od innych żydowskich powstańców. Jest wcześniejszą kopią późniejszych wodzów - Szymona bar Giory, Jana z Gishali, Eleazara czy wreszcie Bar Kochby. Poza tym jest także, jakżeby mogło być inaczej, faryzeuszem, który "bez poparcia swoich kolegów rabinów nie może mieć nadziei na zdobycie zaufania ludu".

Rabini są po jego stronie, jednak gotowi będą uznać jego roszczenie mesjańskie, jeśli pogrąży Rzymian. Jezus jest gotowy do działania, ale "zanim uda się mu wywołać rewoltę, rzymscy centurioni nagle go łapią na żądanie najwyższego kapłana". Powstanie zostaje stłumione w zarodku. Jezus ginie z rąk Rzymian, jeszcze jeden nieudany powstaniec przeciw krwawym, okrutnym rządom pogan. Po jego śmierci uczniowie, których liczba systematycznie spada, badają jego nauki i oddają się studiom Tory. "Nadal pragną wolności i gardzą władzą Rzymian. Agenci Rzymu nastają na nich, gdyż są uczniami pariasa". Wydaje się, że dziedzictwo rabina Jezusa, antyrzymskiego powstańca nie zostanie podjęte.

Oszust wchodzi do gry

I wtedy, pisze rabin Shmuley, zjawia się on, czyli Paweł. Opowiada, że w drodze do Damaszku, gdzie chciał prześladować uczniów rabina Jezusa, doznał wizji. Doświadczenie zmieniło go i zaczyna głosić naukę  - niby w imieniu Jezusa, naprawdę całkiem nową. "Sugeruje, że rabin Jezus był wprost istotą boską, dosłownie synem Bożym. Obcy przypisuje śmierci rabina znaczenie, jakiego nigdy nie podejrzewali autentyczni zwolennicy". Gdy słyszą o tym, że Jezus był Synem Bożym, że umarł za grzechy ludzkości, że Tora nie jest wieczna, to ci wierni Prawu Żydzi wyganiają go. Obcy nie daje za wygraną i idzie ze swoją dziwaczną nauką do pogan, którzy łatwo dają się przekonać do opowieści o człowieku-Bogu. "Nie mamy żadnego powodu, by wierzyć, że Jezus myślał o sobie jako o istocie boskiej. Jako Żyd z pewnością uznawałby jakąkolwiek podobną interpretację za bluźnierstwo". Jednak w świadomości pogan, inaczej niż w żydowskiej, to, co boskie, mieszało się z tym, co ludzkie. "Pojawienie się Jezusa jako istoty boskiej było imitacją gnostyckich i pogańskich wierzeń. Nastąpiło to dekady po jego śmierci".

W ten sposób powstaje pierwotny Kościół - tworzy go grupa niedokształconych pogan, którzy liznęli co nieco z judaizmu, zwiedzionych przez obcego oszusta, Pawła. Ledwo ona powstała, musi zmierzyć się ze skutkami powstania żydowskiego, które wybuchło w 66 roku po Chr. i zostało ostatecznie stłumione siedem lat później. Liderzy nowej sekty chrześcijańskiej piszą na nowo całą historię rabina Jezusa  - żeby zapewnić swojemu ruchowi przyszłość, odcinają się od żydowskich korzeni, przekształcając nauczyciela w poganina. Dokonują też nowej redakcji swoich świętych ksiąg, czyniąc z rabina wroga Żydów i przyjaciela Rzymu. Perfidia chrześcijan, sugeruje rabin Shmuley, nie ma sobie równej. Bo jak inaczej nazwać to, że Nowy Testament przedstawia Rzymian jako życzliwych widzów, podczas gdy dokonali oni "masakry populacji żydowskiej z brutalnością, która być może niewiele ustępowała Holocaustowi".

Między Rzymem a Trzecią Rzeszą

Rzymianie okazują się zatem prekursorami Hitlera, a pierwsi chrześcijanie ich dwulicowymi pomocnikami. Czytelnik zapewne przeciera ze zdumienia oczy. I dobrze. Nie jest łatwo przenikać głębie rozważań dialogistów. A to kolejny kwiatek: "Sam Piłat był masowym mordercą. Nie wspominać o tym wyraźnie, to jak pisać historię Polski od 1939 do 1945 bez wspomnienia o nazistach". Niezwykła jest ta łatwość, z jaką rabin potrafi powiązać dowolne zdarzenia i osoby historii, byle tylko służyło to jego wizji narodu żydowskiego: nieskalanej ofiary nieustannych prześladowań obcych mocy. W tym celu trzeba też zdemonizować Piłata. Rzymski namiestnik staje się figurą zapowiadającą hitlerowców, a Ewangelie, które przedstawiają go jako urzędnika pełnego skrupułów i wahań, zamieniają się w propagandową fikcję godną ...Josepha Goebbelsa. "Wszyscy najważniejsi historycy tamtych czasów zgadzają się, że Piłat był sadystycznym masowym mordercą, który rozkoszował się swoją autokratyczną władzą".

Oto w największym skrócie historia początków Kościoła według rabina Shmuleya, piewcy Jana Pawła II, wielkiego przyjaciela nowego chrześcijaństwa i szanowanego uczestnika dialogu z polskimi biskupami. Doprawdy, nie ma takiej niedorzeczności, której amerykański rabin by nie powiedział, byle tylko dopasować Jezusa do roli prekursora współczesnego ideologa syjonizmu. Nie jest to zresztą aż tak trudne, zważywszy na dość osobliwy obraz Żydów i Rzymian, jaki próbuje namalować amerykański przyjaciel chrześcijan: "Rzymianie czcili podbój; ich poeci i oratorzy wychwalali sztukę prowadzenia wojen. Żydzi szanowali sprawiedliwość, a ich prorocy głosili ostateczną erę wiecznego pokoju". Nieprawdopodobne, że tego rodzaju opowieści ktoś może brać na poważnie. Wszystko jest tu odwrócone do góry nogami, wszystko załgane i wypaczone. Wszystko służy jednemu celowi: wyniesieniu Żydów i poniżeniu pogan. Na każdej niemal stronie książki można odnaleźć ten sam uporczywy ton pychy, narodowej, żydowskiej wyższości i towarzyszący mu nieustannie zestaw pretensji, oskarżeń, kalumnii wobec innych.

Pisałem już, że rabin Shmuley nie jest oryginalny. Pod wieloma względami jego pisarstwo przypomina twórczość Julesa Isaaca, pierwszego po II wojnie światowej żydowskiego autora, który zaczął głosić tezę o związku Holocaustu z Nowym Testamentem i który nawrócił na tę nową wizję katolickich teologów, być może też papieży. Obu autorów łączy ta sama pogarda dla faktów, ta sama łatwość rzucania oszczerstw i ten sam histeryczno-sentymentalny styl (powiedzmy styl ckliwie dwubiegunowy), w którym to na przemian przeplatają się deklaracje przyjaźni i szacunku do chrześcijan z najbardziej paskudnymi oskarżeniami. "Antysemickie twierdzenie, że Żydzi zabili Jezusa, stało się źródłem, z którego wypłynął chrześcijański antysemityzm, a jego korzeniem jest sam tekst Ewangelii". Pięknie. Okazuje się, że prawdziwym źródłem krwiożerczego antysemityzmu są... Ewangelie. To one nakręcały przez tysiąclecia nienawiść, to one uzasadniały prześladowania i wrogość. To one, fałszywe pisma, oszukańcze i podżegające do gwałtu. "Do czasów Holocaustu Hitlera dwa tysiące lat chrześcijańskiej nienawiści do Żydów ułatwiły Europejczykom odwracanie wzroku, a nawet aktywną pomoc nazistom w masowym masakrowaniu Żydów". A jednocześnie deklaracje szacunku do chrześcijaństwa.

Rozprawa z Piotrem

O ile rabin Shmuley stara się odzyskać dla judaizmu rabinicznego Jezusa, o tyle nie waha się rozprawić z jego uczniami. Toż to były nędzne kreatury, chciałoby się zawołać, czytając książkę amerykańskiego rabina. "Wydaje się czymś niemożliwym, że bezczelny tchórz, co do którego sam Jezus wiedział, że będzie kłamał na temat ich relacji, ma być traktowany poważnie, gdy później oskarża Żydów o to, że zabili Jezusa". Gdyby ktoś pytał, o kogo chodzi, to śpieszę z odpowiedzią  - o świętego Piotra. Okropny typ, nieprawdaż?

"Wydaje się, że Piotr używa Żydów jako kozła ofiarnego, ukrywając własną słabość, gdy nie ochronił swego mistrza". Brr. Tchórz, łgarz, pokrętny intrygant, zręcznie zrzucający odpowiedzialność na swoich rodaków  - kilkoma pociągnięciami pędzla (ściślej, kilkoma kliknięciami w klawiaturę komputera) amerykański przyjaciel chrześcijan kreśli sylwetkę Księcia Apostołów. "Tylko świadomie ignorując ustalone fakty na temat śmierci Jezusa, Piotr mógł rozpowszechniać swoje antysemickie fałszerstwa".

Co ciekawe, rabin Shmuley nie poszedł drogą różnych chrześcijańskich teologów, którzy z maniackim zacięciem od lat próbują rehabilitować innego z Dwunastu, Judasza. Nie, w krótkich żołnierskich słowach nowy przyjaciel polskich biskupów napisał, że "niemal każdy szczegół w historii Judasza wskazuje na to, że został wymyślony po śmierci Jezusa i przekształcony w poręczne narzędzie do wykorzystania antysemityzmu, by zdefiniować i promować chrześcijaństwo". Niektóre z tez rabina Shmuleya mają wręcz charakter humorystyczny: "Rabini nigdy nie prześladowaliby Jezusa za to, że przepowiadał zniszczenie świątyni". Ależ nigdy. W ogóle rabini w starożytności niespecjalnie się przejmowali świątynią i jej losem. A to, że ktoś miałby coś przeciw kultowi świątynnemu? Bagatela. Nie, nie ma wątpliwości, można przeczytać, iż rabini widzieli w Jezusie jednego ze swego grona. "Rabini nie mieli jakiegokolwiek problemu z Jezusem".

Najgorszy, przeklęty oszust

Wspomniałem już, że dialogiczny partner polskich biskupów szczególną niechęcią obdarza świętego Pawła. W porównaniu z niegodziwością Apostoła Narodów nawet drobne podłostki Księcia Apostołów zdają się niemal niewinne. To Paweł zredefiniował nauczanie i postać Jezusa. A skoro tak, to trzeba go pokazać takim, jakim był. A więc po pierwsze, jawi się apostoł jako patologiczny wręcz kłamca. "Po pierwsze, nie jest prawdopodobne, by Paweł był faryzeuszem lub by studiował u Gamaliela, największego faryzejskiego nauczyciela tamtych czasów". Dlaczego zatem Paweł o tym wspomina? Bo buduje sobie fałszywą tożsamość, próbując zdobyć nieco uznania i splendoru. W języku służb nazywa się to tworzeniem legendy.

Rabin Shmuley raz-dwa rozprawia się z oszustem. Dowody? Proszę bardzo: "Gdy Paweł cytuje hebrajską Biblię, w swych pismach używa tłumaczenia greckiej Septuaginty, a nie hebrajskiego". O Boże, czy ten człowiek w ogóle rozumie, co pisze? Czy można wygadywać takie rzeczy i nie płonąć wstydem? W jaki to niby sposób Paweł miałby, pisząc do mówiących po grecku Żydów i nie-Żydów, cytować "hebrajską Biblię", a nie Septuagintę, której autorytet od dwóch wieków co najmniej uznawał cały świat żydowski i pogański? Więcej: rabin Shmuley pisze, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego (a może naprawdę tego nie wie), że Septuaginta jest w wielu przypadkach o wiele wcześniejszym zapisem Biblii niż hebrajski!

Tymczasem według rabina Paweł jest ignorantem, nieukiem, fałszerzem, blagierem. "Paweł przekręca cytaty z Biblii i nadaje im szalbierskie znaczenie". No kto by pomyślał! Aż to głupi są ci chrześcijanie, którzy przez dwa tysiące lat dali się wodzić za nos spryciarzowi z Tarsu, dopóki jego machinacji nie przejrzał na wylot rabin Shmuley. "Można się wzdrygnąć na myśl, że chrześcijanie przez tysiąclecia szli za nauczaniem Pawła, opartym na błędnym przekładzie bardzo jednoznacznych wersetów biblijnych, wbrew wyraźnemu nauczaniu Jezusa". A to ci dopiero! Prawdziwa komedia pomyłek. Ignorant Paweł nie zrozumiał tego, co czytał, i korzystając z błędnych przekładów, stworzył potwora, to jest chrześcijaństwo, chociaż, wróć, pardon, nie potwora, ale religię, do której rabin Shmuley żywi szacunek, szczególnie że zmienił ją całkowicie Jan Paweł II, a ewangelikalni pastorzy konsekwentnie opowiadają się po stronie Izraela.

Ale żeby nie było tak łatwo, rabin nie jest gotów usprawiedliwić Pawła. Niewiedza? Ignorancja? Niezrozumienie? Gdzież tam. Powiedzmy to wyraźnie, a wielbiciel dialogu z Kościołem nam w tym pomoże: Paweł podszywał się pod Żyda, podszywał się pod faryzeusza. Nie tylko niewiedza, ale po prostu oszustwo. Jeśli kogoś reprezentował, to nie arcykapłana, ale Rzym. Być może od początku był agentem rzymskich służb specjalnych, których celem było przechwycenie kontroli nad kiełkującym chrześcijaństwem po to, by uczynić z nowej religii poręczne narzędzie do walki z judaizmem? "Paweł odwraca niemal wszystkie nauki Jezusa, mówiąc, że Jezus przyszedł zmienić judaizm i obalić prawo, podczas gdy sam Jezus mówi (Mt 5, 18), że każdy przepis Tory musi być ściśle przestrzegany". Któż mógł tak bardzo się mylić? Być może zatem Paweł nie był Żydem z urodzenia, ale konwertytą. A wiadomo przecież, że prozelitom ufać za bardzo nie można, należy czekać do czwartego pokolenia, żeby starli z siebie pokost pogaństwa.

Co ze słowami apostoła, który pisze o sobie, że pochodzi z pokolenia Beniamina? Absurd, z triumfem krzyczy rabin, bo w jego czasach pokolenie Beniamina było nie do rozpoznania. Kolejny to przykład nowej egzegezy: ależ właśnie, jak pokazuje Nowy Testament i inne, współczesne mu pisma żydowskie, w rodach żydowskich przechowywana była pamięć o genealogii i o przynależności do poszczególnych plemion. Kto by się jednak przejmował takimi drobiazgami. Przecież trzeba jakoś uzasadnić tezę, że chrześcijaństwo stanowi oszustwo. A więc proszę bardzo: jest zlecenie, jest wykonanie. "Jego rodzice w Tarsie byli poganami, a on sam został konwertytą i następnie podróżował do Ziemi Świętej, gdzie znalazł zatrudnienie w służbie arcykapłana". Te mądrości rabin zaczerpnął od innego żydowskiego znawcy, również wielkiego przyjaciela chrześcijaństwa, Hayma Maccoby'ego, który to konsekwentnie odrzucał żydowskość Pawła i przekonywał każdego, kto tylko chciał go słuchać, że cała opowieść o nawróceniu pod Damaszkiem i wszystkie dane biograficzne w Listach to szwindel. W nagrodę za tę działalność został profesorem w Centre for Jewish Studies, na Uniwersytecie w Leeds.

Dzięki Maccoby'emu rabin Shmuley sporządza portret psychologiczny Pawła: fanatyk, blagier, obsesjonat, zręczny, lecz niestabilny, skłonny do maniakalnych skrajności. Idealnie nadawał się do powierzonej mu przez Rzymian misji: "Jezus przyszedł, by wzniecić powstanie przeciw Rzymowi, Paweł, obywatel rzymski, uwalnia Rzymian od zarzutu zabicia Jezusa i zamiast tego obciąża Żydów". W ten sposób powstaje chrześcijaństwo założone przez Pawła, który nie wstydził się przyznawać do nieuczciwości. "Stworzył on mit Jezusa, który istnieje do dzisiaj". Kim zatem był przede wszystkim apostoł? Nieprawdopodobnym łgarzem, dwulicowym intrygantem, manipulatorem, zeligiem. Przed każdym udawał kogoś innego niż był w rzeczywistości, a wszystko po to, by wciągnąć naiwnych do swojej antyżydowskiej sekty.

Tu warto przypomnieć stare porzekadło o tym, że skrajności lubią się przyciągać. Żydowski rabin bowiem, nie zdając sobie z tego sprawy, idzie w tym nieustannym atakowaniu świętego Pawła drogą wytyczoną przez Fryderyka Nietzschego, którego to, skądinąd niesłusznie, wzięli sobie na sztandary jako patrona niemieccy naziści. A to ci ambaras, nieprawda? Otóż Nietzsche także mniemał, że źródłem upadku jest święty Paweł. To on odwrócił, zniekształcił nauki Jezusa. "Gdy punkt ciężkości przeniesie się nie w życie, lecz w "zaświat" - w nicość - to odbiera się życiu w ogóle wagę. Wielkie kłamstwo o nieśmiertelności osobowej niszczy wszelki rozum, wszelką naturę w instynkcie, wszystko, co jest w instynktach popierające życie, poręczającego przyszłość, budzi odtąd nieufność" (Antychryst ?, ??). I to zrobił apostoł. Wprowadził naukę o zmartwychwstaniu i sądzie, o osobowej nieśmiertelności. Z tym wszystkim, utrzymywał Nietzsche, Jezus nie miał nic wspólnego. W efekcie święty Paweł odrzucił sens ludzkiej działalności w "tym świecie", a idący za nim chrześcijanie zaczęli oczekiwać nadejścia "tamtego świata", "królestwa niebieskiego". W oczach niemieckiego nihilisty (zresztą, również w oczach czerpiącego od niego te mądrości późniejszego Führera III Rzeszy), o ile dla Jezusa można jeszcze znaleźć usprawiedliwienie, o tyle Paweł okazał się prawdziwą zakałą. Wypisz, wymaluj tezy amerykańskiego przyjaciela chrześcijaństwa!

Agentura imperium

Duża część książki rabina Shmuleya to zapis nieustannych, powtarzających się, maniakalnych (tu posłużę się jego własnym określeniem) ataków na wielkiego męczennika Kościoła. Czasem antypawłowy animusz sprawia, że rabin bezpośrednio zaprzecza danym Ewangelii. "Gdy Jezus żył, nigdy nie nauczał, że wolno spożywać niekoszerne jedzenie". Co w takim razie z przekazem świętego Marka (Mk 7, 14 -19): "Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: "Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumiejcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!". Gdy się oddalił od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o to przysłowie. Odpowiedział im: "I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi do człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka i na zewnątrz się wydala". Tak uznał wszystkie potrawy za czyste". Myślę, że czytelnik będzie już sam potrafił rozwikłać zagadkę. Tak, nie ma wątpliwości, cały ten opis to późniejsza redakcja. Podobnie wymysłem jest przecież opowieść z Dziejów (rozdział dziesiąty) o nakazie spożywania wszystkich potraw. Chodziło o to, tłumaczy rabin, że Piotr "porzuca ścisły nakaz Jezusa, by spożywać koszerną żywność i słuchać się prawa Mojżesza, i zaczyna żyć jak poganin". Ach ten Piotr, chciałoby się zawołać.

Nie ma zatem wątpliwości, dowodzi nasz żydowski przyjaciel, że pierwsi uczniowie Jezusa, po krótkim okresie trzymania się jego nauk i przestrzegania zasad judaizmu, pod wpływem przebiegłego Pawła zdradzili swojego mistrza i podporządkowali się imperialnym interesom Rzymu. Ogólnie Kościół był od początku organizacją skupiającą agentów Rzymu. A co z męczennikami?  - zapyta zszokowany czytelnik? A co ma być? Też zostali wymyśleni. Wszystko to sprytna propaganda. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Skoro założyciel sekty, czyli Paweł, łgał jak pies, to i jego następcy robili to samo. Wykonywali posłusznie rozkazy cesarzy, czego dowodem jest podporządkowanie się Konstantynowi, gdy ten kazał chrześcijanom porzucić świętowanie szabatu i uczynić dniem świętym niedzielę. Tak, rabin to naprawdę pisze! Naprawdę wierzy (a przynajmniej pisze, jakby wierzył) w to, że chrześcijanie zaczęli świętować pierwszy dzień tygodnia dopiero wskutek rozkazu Konstantyna.

I dodaje, co można uznać za jego dziejowy wkład w badania nad chrześcijaństwem, że innym przykładem przejęcia rzymskich obyczajów było wprowadzenie aureoli nad portretami świętych  - "szczególnie w prawosławiu Jezus i święci przedstawiani są z aureolą, słoneczną aureolą".

Głębokie bluźnierstwa

Całe nauczanie chrześcijańskie na temat tego, iż Królestwo Jezusa nie jest z tego świata, zostaje przez rabina odrzucone. "Jeśli Jezus żyłby w nazistowskich Niemczech i w latach 1940 -1945 skoncentrowałby swoje nauczanie wyłącznie na kwestiach wiary, pomijając zupełnie komory gazowe i blitzkrieg, [wszystko] co działo się wokół niego, to czy można byłoby go uznać za uczciwego przywódcę?". W ten niezbyt subtelny sposób rabin Shmuley kolejny raz zrównuje imperium rzymskie i nazistowską Trzecią Rzeszę, wiekopomne dokonanie w dialogu z chrześcijanami. Nie należy się jednak dziwić: skoro Ewangelie zostały skonstruowane przez fałszerzy, którzy z Jezusa zrobili wroga Żydów i antysemitę (taki jest, jak widać, przekaz chrześcijańskich świętych ksiąg), to i ówczesny Rzym może być bliski państwu Hitlera.

Co z tego wszystkiego wynika dla relacji chrześcijańsko- -żydowskich? Niech żywi nie tracą nadziei. Mimo gorzkich słów pod adresem Pawła (sam sobie, oszust jeden, na nie zasłużył) rabin życzliwie wskazuje przyszłość. Wystarczy, że porzuci się głupie przekonanie, iż Jezus kazał kochać swoich wrogów  - niemożliwe przecież, żeby domagał się miłości do takich nikczemników, jak szejk Nasrallah czy Ahmadineżad  - i zastąpi je miłością do Żydów, a chrześcijaństwo odzyska swój moralny autorytet.

Podobnie chrześcijanie muszą pozbyć się wiary w jego boskość, co tylko im wyjdzie na dobre: "Bóg nie jest człowiekiem. Nie jest ludzki. Dla Żydów to jedno zdanie kończy dyskusję. Sprawa zamknięta". To jednak są drobiazgi, chociaż rabin i tu wykazuje się niezwykłą precyzją teologiczną: Bóg nie może być żywą osobą, twierdzi, bo "jeśli zaczniemy myśleć o Bogu w ten sposób, jego tożsamość będzie niestabilna". Niezłe, nieprawdaż? Tak, uspokajam, ten argument jest skierowany przeciw chrześcijanom, bo Żydzi mogą myśleć o Bogu jako osobie, a stabilność tożsamości zapewnia Mu stałe wspieranie Izraela. Bóg jest Bogiem tak długo, jak wspiera państwo Izrael. Wręcz można powiedzieć, że Bóg jest pierwszym i wzorcowym syjonistą.

Nie mniej interesujące są inne odkrycia rabina: "Wprowadzając Boga w ciało człowieka [chodzi o Wcielenie], Bóg zostaje zredukowany do poziomu skończonego świata". Dlatego "dla Żydów nazywanie Jezusa Bogiem jest czymś głęboko bluźnierczym". No proszę, kto by pomyślał? Czyli chrześcijaństwo to bałwochwalstwo? Tak, taki byłby logiczny wniosek, jednak nie można od rabina wymagać logiki. Poza tym, wydaje się, chrześcijanie, których ma na myśli i których szanuje, nie obstają wcale przy boskości Jezusa. Nie razi ich też sposób, w jaki rabin Shmuley przedstawia narodziny Jezusa z Dziewicy, twierdząc, że doszło do "zapłodnienia przez bóstwo", co jest wyobrażeniem całkowicie pogańskim.

Ach ci chrześcijanie: wyznają bluźnierczą wiarę w Syna Bożego, utrzymują, że Bóg obcował cieleśnie z kobietą. "Niepokalane Poczęcie to kolejny powód, dla którego Żydzi nie mogą uważać Jezusa za Boga. Tak jak człowiek nie może być Bogiem, tak kobieta nie może mieć dziecka Boga". Troszkę się znowu w tym wypadku rabin zagalopował, bo wszystko wskazuje na to, iż pomieszały mu się dogmaty - o narodzinach z Dziewicy z Niepokalanym Poczęciem tejże Dziewicy  - jednak to naprawdę bagatela. Z tą samą gracją, z jaką rozprawił się z wiarą w boskość Jezusa i w narodziny z Dziewicy, rabin odrzuca wiarę w Trójcę: "Teologia żydowska nie może uznać tajemniczego podziału Boga na trzy części". Hm, na trzy części może i nie może, ale na dziesięć postaci, tak jak to proponuje żydowska kabała, najwyraźniej może.

Powrót świątyni

Wiem, że czytelnik już jest nieco znużony opisami kolejnych akrobatycznych popisów rabina. A więc ad rem. Ostatecznie okazuje się, że trzeba wierzyć w pojawienie się Trzeciej Świątyni i przywrócenie żydowskiego sytemu ofiarniczego. Jeśli ta powstanie i jeśli zaczną być w niej na nowo składane ofiary, "za jednym zamachem chrześcijaństwo stanie się czymś przestarzałym". Wówczas to poganie poddają się duchowemu przewodnictwu Żydów. Nie tylko duchowemu. "Poganie będą pomagali Żydom w sprawach wojennych". Chociaż książka powstała przed epoką Donalda Trumpa, to łatwo zauważyć, iż rabin okazał się tu prorokiem: czyż takim właśnie dobrym poganinem, pomagającym Izraelowi w kwestiach militarnych, nie jest zwolennik odbudowy Trzeciej Świątyni, a więc nowy sekretarz obrony USA Pete Hegseth? Należy on najwyraźniej do tej rosnącej grupy chrześcijan, tak protestantów, jak i katolików, którzy rozumieją, że "może istnieć jednocześnie więcej niż jedna prawda".

To oni, dobrzy poganie, uznają coraz wyraźniej żydowskość Jezusa, usuwając z niej chrystologiczne zniekształcenia, i podejmują jego testament budowy Wielkiego Izraela. To oni są obrońcami judeo-chrześcijańskich wartości. Porzucają niebiańską postać całkiem oddzieloną od ludzkiego doświadczenia i wybierają Jezusa syjonistę, obrońcę Izraela z krwi i kości.

Na tym polega pozytywne przesłanie amerykańskiego rabina: "Żydzi i chrześcijanie mają tak dużo wspólnego, że musimy zjednoczyć się wokół naszych demokratycznych wartości, bronić atakowane państwo Izrael i uczestniczyć w jednolitym froncie, który chce nas pokonać". Nie ma wątpliwości, że gdyby Jezus narodził się dziś, to wstąpiłby natychmiast do Izraelskich Sił Obronnych, do IDF i poszedł walczyć w obronie żydowskich osadników.

I tak dobijamy do celu: być dziś chrześcijaninem i wyznawać wiarę chrześcijańską nie jest niczym innym, jak angażowaniem się na rzecz Izraela. Można to robić bezpośrednio, zaciągając się do broniącej państwa Izrael armii, można też okazywać swoją wiarę poprzez datki. Wierność żydowskiemu Jezusowi to wierność państwu Izrael.

W ten sposób chrześcijanie wrócą do judeo-chrześcijańskich wartości, na których to zbudowana jest nasza cywilizacja  - dowodzi rabin. Koszerny Jezus tak, niekoszerny Paweł nie  - to recepta na przyszłość.

Wiara chrześcijańska musi się odrodzić i wrócić do korzeni, a więc do zaangażowania na rzecz potęgi ziemskiego Izraela  - i to jest najważniejsza część posłania rabina Shmuleya Boteacha, która z pewnością może zostać podjęta przez dzisiejszy Kościół katolicki, uformowany na przekonaniu, iż Izrael pozostaje narodem wybranym, a zawarte z Żydami i Mojżeszem przez Boga przymierze nadal obowiązuje.

Podróż do Rzymu

Te tezy rabin powtarza w swoim manifeście, opublikowanym w lutym 2025 roku na blogu prowadzonym na stronie "The Times of Israel", w związku z podróżą do Rzymu, gdy miał odwiedzić ciężko chorego papieża Franciszka. Tytuł jest wprawdzie dość enigmatyczny: Papież Franciszek, Żydzi i Ziemia Święta: wezwanie do jasności i pojednania. O co chodzi z tą jasnością i pojednaniem? Jaki może być cel podróży do Rzymu pogromcy świętego Pawła i Piotra? Tekst zaczyna się od zwyczajowego połechtania watykańskiej próżności i sowitej porcji pochwał pod adresem ciężko chorego (w lutym mogło się zdawać  - umierającego) papieża: "Jego wkład w dialog międzyreligijny, szczególnie ze wspólnotą żydowską, był znaczący, tak jak jego wysiłki, by wspierać pokój, sprawiedliwość i pojednanie".

Okazuje się, że rabin zna osobiście Franciszka: "Spotkałem go za pośrednictwem mojego drogiego przyjaciela Gary'ego Kruppa z Fundacji Pave the Way". Fundacja zajmuje się poprawieniem relacji Kościoła i środowisk żydowskich, a sam Krupp cieszył się uznaniem Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka. W tekście rabin stwierdza, że chociaż Franciszek podążał szlakiem swoich poprzedników, co się tyczy relacji z judaizmem, to w jego wypowiedziach dało się odczuć pewien dystans do państwa Izrael. Rabin przybywa do Rzymu, by Franciszek mógł na łożu śmierci pokajać się za dotychczasowy brak entuzjazmu: "To może być stosowny czas dla papieża Franciszka, by wyjaśnić swoje stanowisko w stosunku do Izraela, przedstawić publiczną deklarację, potwierdzając biblijną prawdę: że Bóg dał Izrael ludowi żydowskiemu jako dziedzictwo na wieczność. Takie oświadczenie mogłoby znacząco wpłynąć na docenienie jego dziedzictwa i posłużyć jako most porozumienia między Kościołem katolickim, Izraelem i w ogóle społecznością żydowską".

Muszę przyznać, że rabinowi nie sposób odmówić bezczelności. Człowiek, który w swojej książce podeptał najważniejsze prawdy chrześcijańskiej wiary, a z wielkich apostołów zrobił niegodziwców i łgarzy, jedzie do umierającego, jak sądzi, Franciszka, żeby w tych ostatnich godzinach życia wyszarpać z niego wyznanie syjonizmu. Samo wszakże już to, że podobny pomysł przyszedł rabinowi do głowy, że nie tylko nie widzi w nim nic niestosownego  - a przecież wielu mogłoby to się skojarzyć z zachowaniem sępów lub hien  - ale wręcz chwali się nim, doskonale pokazuje, do jakiego upadku i poniżenia doprowadzili w relacjach z Żydami ostatni papieże. Katolicki meaculpizm, fatalne dziedzictwo Jana Pawła, do którego zresztą rabin się odwołuje, okraszając swój manifest wspomnieniem o "długiej historii prześladowań", sprawia, że żadne żądanie wobec Kościoła nie wydaje się przesadne i nie na miejscu. Sadomasochistyczna teologia przeprosin nie zna ograniczeń. Dlatego rabin nie waha się krytykować Franciszka za krytykę izraelskiej polityki wobec Palestyńczyków, a szczególnie za podtrzymywanie koncepcji dwóch państw  - żydowskiego i palestyńskiego - jako sposobu na rozwiązanie obecnego konfliktu.

Ta koncepcja to zmora dla wszystkich żydowskich radykałów. Państwo ma być jedno i tylko żydowskie. Jak wykłada to rabin Shmuley - a jest to stała i niezmienna doktryna żydowskich religijnych syjonistów, w pełni przejęta przez ich chrześcijańskich popleczników - "Tora jasno naucza: Bóg przyrzekł ziemię potomkom Abrahama, Izaaka i Jakuba, a naród żydowski jest legalnym dziedzicem tego Bożego daru". Nie ma tu żadnych wątpliwości. Nie chodzi o żadne dziedzictwo duchowe, jak chciał tego łgarz Paweł. Chociaż zaraz, zaraz, na użytek tego manifestu, czytałem to raz za razem, Paweł awansował do autorytetu! Bowiem, jak wywodzi rabin, doktrynę mówiącą o absolutnym prawie własności ziemi dla Żydów głosi "Biblia hebrajska, tak jak Nowy Testament, Ewangelie synoptyczne i Listy świętego Pawła". Nieprawdopodobne! On naprawdę to napisał! Człowiek, który ze świętego Pawła zrobił oszusta, bo w jego listach słusznie dostrzegł odrzucenie żydowskiego nacjonalizmu, na użytek tegoż właśnie nacjonalizmu na chwilę mianował Pawła świętym i ogłosił, że w swoich listach apostoł był rzecznikiem... syjonizmu. Powiedzieć, że to hucpa, to nic nie powiedzieć. Nie ma lepszego przykładu bałwochwalczego, dwulicowego, pokrętnego i kłamliwego kultu ziemi i krwi niż ten, jakim jest twórczość i działalność rabina. To ci dopiero: Nowy Testament jako oparcie dla żydowskich osadników.

Ten tekst byłby groteskowy, gdyby nie siła, jaka stoi za rabinem  - siła jego żydowskich sympatyków oraz ewangelikalnych chrześcijan z USA, którzy to "od dawna jasno mówią o niezbywalnym prawie Izraela do ziemi". Pora na Franciszka. Pora, żeby przeszedł z pozycji nieśmiałego sympatyka judaizmu, który walczy z antysemityzmem w każdej postaci i wyznaje winy, na pozycję chrześcijańskiego syjonisty pełną gębą. Na wszelki wypadek, gdyby Franciszek, spoczywając na łożu śmierci, nie był w stanie przygotować odpowiedniego wyznania, rabin ma dla niego już gotowe: "Ojciec Święty i Kościół powszechny w zgodzie z wiecznymi i niezmiennymi prawdami zawartymi w Biblii uznaje Ziemię Świętą za wieczny dar, dany przez Boga dzieciom Izraela. Ojciec Święty potwierdza następnie swoją niewzruszoną wiarę, że lud żydowski, któremu Bóg powierzył ziemię na wieczne dziedzictwo, zawsze będzie zachowywał prawa, godność i równość obecnych mieszkańców i rezydentów Ziemi Świętej zgodnie z nauką Biblii o obcych mieszkających w Izraelu (ger toszaw)".

Można by zapytać, jaką moc mają obietnice kogoś, kto wielokrotnie pokazał swój stosunek do prawdy. Nawet w tym oświadczeniu, które chce włożyć w usta Franciszka rabin, widać ten sam podstęp. Papież ma ogłosić niezbywalność żydowskiego prawa do Ziemi Izraela, w zamian dostając obietnicę, że mieszkający tam nie-Żydzi będą traktowani jako obcy rezydenci, z prawami, jakie im przyznaje Biblia. Pięknie. Rabin jednak nie dodaje, że według znaczącej grupy żydowskich komentatorów warunkiem przyznania takich praw jest to, by ów obcy rezydent czy mieszkaniec Izraela, ger toszaw, nie był bałwochwalcą, podczas gdy chrześcijan ta sama grupa uznaje właśnie, co sam rabin wyłożył w swojej książce, za bałwochwalców. Niezłe, nieprawdaż? Najbardziej groteskowe zdają się te zdania, w których rabin tłumaczy, jak ważne jest ogłoszenie tej nauki teraz, ze względu... na stan zdrowia Franciszka. A więc módlmy się o zdrowie Franciszka, ale przede wszystkim módlmy się o to, by złożył przed wyzionięciem ducha stosowne wyznanie, które to na pewno przyczyni się do wzrostu znaczenia Izraela i ułatwi pacyfikacyjną, wręcz ludobójczą politykę premiera Binjamina Netanjahu. Amen.

Nie ma wątpliwości, że te słowa z "The Times of Israel" nie są tylko prywatną opinią jednego z popularnych rabinów, ale powszechną postawą "starszych braci w wierze" katolików. Dla nich wszystkich dobra i prawdziwa historia Kościoła zaczyna się wraz z Soborem Watykańskim II, a ściślej z deklaracją Nostra aetate, która jest prawdziwym kamieniem węgielnym nowego Kościoła, Kościoła przepraszającego, bijącego się w piersi, wyznającego swoje winy. Wszystko, co było wcześniej, jest złe i niegodziwe. Jak wykrzykiwał podczas pewnej konferencji rabin David Rosen: całe wcześniejsze nauczanie chrześcijaństwa przygotowało grunt dla Holocaustu. Co więc teraz mają zrobić chrześcijanie? Muszą podążać dalej, konsekwentnie drogą Jana XXIII i Jana Pawła II. To zaś oznacza, że Kościół katolicki powinien przyjąć i głosić "biblijne" prawo Izraela do ziemi. Katolicki nieśmiały syjonizm Jana Pawła II powinien przekształcić się w chrześcijański syjonizm, a Kościół winien stać się poręcznym narzędziem polityki izraelskiej. W końcu byłaby to właściwa forma odpłaty i rekompensaty za dwadzieścia wieków prześladowań i opresji. Meaculpizm ma wydać owoce  - a z tych najważniejszym będzie poparcie dla budowy silnego państwa Izrael. Czego nie zrobili jego poprzednicy, może zrobić Franciszek. To ostatni moment, ostatnia chwila, kiedy raz na zawsze może zrównać wierność Kościołowi z wiernością żydowskiemu nacjonalizmowi.

Theodor Herzl spotyka Piusa X

Żeby zrozumieć głębię upadku posoborowego katolicyzmu, wystarczy przypomnieć, co podczas spotkania z Theodorem Herzlem, pierwszym ideologiem nowego państwa żydowskiego, jednym z ojców syjonizmu, skądinąd ateistą, mówił papież, święty Pius X. Do spotkania doszło 26 stycznia 1904 roku. Przywódca ruchu syjonistycznego odwiedził Watykan, mając nadzieję, że przekona papieża do projektu odbudowy państwa Izrael. Opis rozmowy pochodzi z dzienników Herzla. Spotkanie zostało zorganizowane przez austriackiego hrabiego Bertholda Dominika Lippaya, portrecistę papieskiego, i trwało 25 minut.

Jak pisał Herzl, papież przyjął go, stojąc, i "wyciągnął rękę [na przywitanie], której nie pocałowałem. Lippay powiedział mi, że muszę to zrobić, ale nie zrobiłem". Jest początek XX wieku. Do Rzymu i do cieszącego się powszechnym autorytetem papieża Piusa, który ma jeszcze wpływ na ówczesne rządy, na pewno na cesarza Austro-Węgier i pośrednio na cara Rosji, przybywa żydowski publicysta. Teoretycznie powinno zależeć mu na wsparciu i teoretycznie powinien uszanować obowiązujący wówczas zwyczaj. Nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby przecież, że całując papieską dłoń, wyraz szacunku dla urzędu, Herzl nawrócił się na chrześcijaństwo. A jednak nie wykonuje tego gestu: zbyt mocna jest w nim wrogość do Kościoła.

Mimo to spotkanie rozpoczyna się w życzliwej atmosferze. Po krótkiej kurtuazyjnej wymianie zdań pojawiło się to, co najważniejsze, czyli prośba, by Pius poparł ruch syjonistyczny. Odpowiedź: "Nie możemy popierać tego ruchu. Nie moglibyśmy przeszkodzić Żydom w wyjeździe do Jerozolimy, ale nigdy nie będziemy ich w tym wspierać. Jeśli ziemia Jerozolimy nie była zawsze świętą, to została uświęcona przez życie Jezusa Chrystusa. Nie mogę powiedzieć niczego innego jako głowa Kościoła. Żydzi nie uznali naszego Pana, dlatego my nie możemy uznać narodu żydowskiego". Herzl komentuje, że ta postawa Ojca Świętego mogła być rezultatem braku pocałowania ręki. Byłby to jeszcze jeden dowód żydowskich stereotypów i antychrześcijańskich uprzedzeń. Czy autor Państwa żydowskiego mógł poważnie myśleć, że gdyby pocałował dłoń Piusa, to ten zacząłby wspierać ruch syjonistyczny?

Tak czy inaczej papież stwierdził, że "Jerozolima nie może się dostać w ręce Żydów". Herzl próbował go przekonać, że byłoby to jednak lepsze rozwiązanie niż obecne, czyli pozostawianie miasta pod władzą turecką. Pius zgodził się, że to nie jest najlepsze, ale uznał, że Kościół "musi z tym żyć". Dodał od razu: "Nie możemy popierać przejęcia świętych miejsc przez Żydów". Kiedy Herzl próbował przekonywać, że nie chodzi tu o kwestie religijne, papież odpowiedział, że jako głowa Kościoła nie może od nich abstrahować. "Są dwie możliwości" - stwierdził. "Albo Żydzi będą trzymali się swojej wiary i będą oczekiwali Mesjasza, który dla nas już przyszedł. W takim wypadku będą zaprzeczali boskości Jezusa i nie możemy im pomagać. Albo podążą tam bez żadnej religii, a wówczas jeszcze mniej możemy temu sprzyjać". Naprawdę, gdy dzisiaj katolik czyta te słowa, nawet biorąc pod uwagę to, że zostały one zapisane przez osobę papieżowi i Kościołowi nieprzychylną, jak Theodor Herzl, musi odczuwać dumę i radość. Tak, święty Pius, całkiem inaczej niż jego posoborowi następcy, wciąż mówił i zachowywał się jak wikariusz Chrystusa na ziemi. Nie udawał, nie szukał wybiegów, jasno przedstawiał katolicki, nadprzyrodzony punkt widzenia.

A teraz najważniejszy punkt argumentacji papieskiej: "Religia żydowska jest podstawą naszej własnej; ale została ona zastąpiona przez nauczanie Chrystusa i nie możemy przyznać jej już dalszej ważności. Żydzi powinni być pierwszymi, którzy uznają Jezusa Chrystusa, nie zrobili tego aż do tego dnia". Niesamowicie mocne i jasne słowa. Czy któryś z czytelników może sobie wyobrazić, żeby takie rozumienie - powszechne rozumienie katolickie wypowiedziane przez papieża Piusa X, wyniesionego na ołtarze w latach pięćdziesiątych XX wieku - mogło się pojawić u którejkolwiek postaci współczesnego Kościoła? Który z dziesiątek tysięcy teologów, z sześciu tysięcy biskupów i arcybiskupów, z ponad dwustu kardynałów śmiałby dziś powiedzieć, że nauczanie Chrystusa zastąpiło religię żydowską? Który z papieży, od Jana XXIII zaczynając, powiedziałby, że Żydzi powinni jako pierwsi uznać Chrystusa i nie zrobili tego aż do dziś? W Micie starszych braci w wierze pokazałem, jak za pomocą karkołomnych sztuczek i zawikłanej sofistyki Jan Paweł II robił wszystko, co możliwe (i co niemożliwe), byle tylko przejść do porządku dziennego nad tym banalnym faktem: współcześni wyznawcy judaizmu, ogół Żydów po śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa, nie uznał w nim Mesjasza, nie oddał Mu należnej czci, a powinni byli być pierwszymi!

Święty Pius X wolny był jeszcze od koszmarnej choroby meaculpizmu, która niczym rak toczy Kościół od czasów po II wojnie światowej, kiedy to katolicy, a ściślej mówiąc katolicka hierarchia dała sobie wmówić winę za masowe mordowanie Żydów popełnione przez Hitlera i jego narodowosocjalistyczny reżim. Kiedy zatem w odpowiedzi na słowa Piusa Herzl stwierdził, iż "terror i prześladowania być może nie były dobrym sposobem oświecenia Żydów", papież nie położył uszu po sobie i nie zaczął bić się w piersi Kościoła, ale z godnością odparł (nawet Herzl pisał, że w prostocie tych słów było coś wielkiego): "Nasz Pan przyszedł bez mocy. Był ubogi. Przyszedł w pokoju. Nikogo nie prześladował. On był prześladowany. Był porzucony nawet przez apostołów. Dopiero później jego wielkość została uznana. Potrzeba było trzech wieków rozwoju Kościoła. Żydzi zatem mieli czas, aby uznać jego boskość bez żadnego nacisku. Ale nie zrobili tego aż do dziś". Uderza czystość i moc tych słów. W odpowiedzi na żydowskie żale i zarzuty - jak widać niezależnie od doświadczeń II wojny światowej, zawsze takie same - papież stwierdza prosty, zapoznany przez współczesnych fakt: przez kilka wieków nikt nie przymuszał Żydów do nawrócenia. Ba, Pius mógłby dodać, że w tym okresie judaizm był religią prawnie uznaną w Rzymie i że był to czas, w którym to Żydzi na różne sposoby prześladowali chrześcijan. Nieważne. To, co istotne, wybrzmiało. To, co konieczne, zostało powiedziane.

Nie mniej ciekawa jest dalsza wymiana zdań. Jak łatwo zrozumieć, Herzl nie ustępował. Dowodził, że Żydzi są uciskani i że dlatego muszą mieć własną ziemię. Pius: "Czy to musi być Jerozolima?". Na co Herzl: "Nie domagamy się Jerozolimy, ale Palestyny, tylko świeckiej ziemi". Święty papież nie ustępował: "Nie możemy być za tym". Herzl się nie poddawał i jak wielu innych przed nim próbował wywierać presję moralną. "Czy Wasza Świątobliwość zna sytuację Żydów?"  - w domyśle, czy papież wie, w jak strasznym położeniu się oni znajdują?

Pius znowu nie dał się zbić z pantałyku. Mógłby odpowiedzieć, że co się tyczy położenia Żydów na początku XX wieku, to pod wieloma względami było ono nieporównanie lepsze niż sytuacja niższych warstw ludności chrześcijańskiej, katolickiej. Ale papież wybrał inną formę, odwołał się do swoich własnych doświadczeń: "Tak, znam z czasów Mantui (był tam biskupem). Żydzi tam mieszkają. Zawsze jestem z nimi w dobrych relacjach. Poprzedniego wieczoru dwóch Żydów było u mnie. Mimo wszystko są też inne relacje niż tylko religijne: stosunki grzecznościowe, filantropia. Nie odbieramy tego Żydom. Faktycznie, modlimy się także za nich: aby ich umysły zostały oświecone. Dokładnie dziś Kościół świętuje pamiątkę dnia, w którym niewierzący, na drodze do Damaszku, cudownie nawrócił się do prawdziwej wiary. I tak, jeśli przybędziecie do Palestyny i osiedlicie tam swój lud, będziemy mieli kościoły i księży gotowych, żeby was chrzcić".

Z każdym zdaniem papieża dzisiejszemu czytelnikowi zapiera dech. Dziś każde niemal jego zdanie brzmi jak herezja, jak faux pas, jak błąd nie do wybaczenia. W kościelnej, posoborowej, dialogicznej nowomowie, wykastrowanej skutecznie ze słów i zwrotów, takich jak "niewierny", "nawrócony na prawdziwą wiarę", "kościoły, które mają chrzcić nawróconych niewiernych", nie ma dla takiego dialogu miejsca. Tym bardziej musi szokować prostota i jasność słów Piusa. Owszem, relacje grzeczności, pomoc humanitarna, jak najbardziej. Ale nigdy kosztem wiary i religii!

Nie będę dalej opisywał tej rozmowy, po tym jak przybrała ona bardziej towarzyski charakter, kiedy do dwójki rozmawiających dołączył hrabia Lippay. "Co się tyczy kluczowej sprawy, powtórzył [papież], Non possumus!". Opis spotkania Herzl kończy opowieścią o tym, jak na pożegnanie jedynie uścisnął papieską rękę, i refleksjami nad znaczeniem gestów czci i szacunku, jak pocałunek dłoni czy papieskich pantofli, wyraźnie wzbudzającymi jego lekceważenie i niechęć.

Mniejsza z uwagami Herzla na temat tych drobnych aktów czci. Żydowski publicysta jest na wskroś człowiekiem demokratycznym, nierozumiejącym w ogóle znaczenia owych pocałunków czy ukłonów. Dla niego są one tylko przesadą, niepotrzebnym dodatkiem. Wbijają w pychę tego, który je przyjmuje, poniżają tego, który je składa. Nie rozumie, że właśnie te gesty miały charakter symboliczny, że dla katolika Ojciec Święty był - zanim posoborowi papieże zdemokratyzowali obyczaje i przyjęli egalitarny styl bycia  - obrazem Chrystusa na ziemi. Pocałunek dłoni czy pantofla był formą uniżenia i pokory nie wobec prywatnej osoby papieża, ale w stosunku do samego Chrystusa i jego widzialnej głowy na Ziemi.

Nie to jednak było w tym dialogu najważniejsze. Pokazuje on pierwotny i nieskażony jeszcze meaculpizmem i holocaustianizmem stosunek papiestwa do judaizmu i do syjonistów. Dziś role się odwróciły. Dziś to żydowski rabin, autor książki, w której niemal na każdej stronie obsmarowuje apostołów i czyni z naszego Pana żydowskiego powstańca, ośmiela się jechać do Rzymu, by przed śmiercią narzucić papieżowi syjonistyczne wyznanie wiary i chwali się tym zamiarem na łamach "The Times of Israel". Dziś przekonanie, że Żydzi pozostają narodem wybranym, że Bóg dał im na zawsze nie tylko Jerozolimę, ale także całą ziemię dawnego Izraela, stało się wyznaniem wiary większości amerykańskich protestantów i coraz większej rzeszy katolików.

Meczety i muzułmański upór

Rabin Shmuley nie ma wątpliwości, że jego przesłanie jest w pełni aprobowane przez amerykańskich ewangelikanów, i najprawdopodobniej ma rację. Mimo że książka, którą tu opisuję, została wydana kilkanaście lat temu i mimo że długo była ona na liście bestsellerów, nie spotkałem żadnej ewangelikalnej (a swoją drogą także żadnej katolickiej) krytyki zawartych w niej tez. Przeciwnie: głoszona przez rabina Shmuleya koncepcja odbudowy Trzeciej Świątyni, która to przecież jest żywym zaprzeczeniem nauki świętego Pawła, wydaje się wśród chrześcijańskich syjonistów niezwykle popularna. Tak jakby większe znaczenie miała dla nich ideologia syjonizmu od bardzo wyraźnych przestróg apostoła: "Jestem bowiem o was zazdrosny Boską zazdrością. Poślubiłem was przecież jednemu mężowi, by was przedstawić Chrystusowi jako czystą dziewicę. Obawiam się jednak, ażeby nie były odwiedzione umysły wasze od prostoty i czystości wobec Chrystusa w taki sposób, jak w swojej chytrości wąż uwiódł Ewę. Jeśli bowiem przychodzi ktoś i głosi wam innego Jezusa, jakiegośmy wam nie głosili, lub bierzecie innego ducha, któregoście nie otrzymali, albo inną Ewangelię, nie tę, którąście przyjęli  - znosicie to spokojnie" (2 Kor 11, 1 -4).

Podobnych fragmentów, w których to apostoł pokazuje, że jego nauka na temat Jezusa jest od początku niezmienna, można znaleźć więcej. Tak jak jak podobnych wyrzutów. Aż boję się pomyśleć, jak zareagowałby święty Paweł na współczesne umizgi ludzi, nazywających siebie chrześcijanami, do nauczycieli judaizmu. Co by powiedział, widząc tych wszystkich głosicieli "innego Jezusa i innego ducha, i innej Ewangelii"? Jakkolwiek wiele słów apostoła bym jednak przytoczył, nie zmieni to w niczym obecnego stanowiska ogromnej liczby pastorów i biskupów. Nie doczekam się krytyki i potępienia roszczeń, które są kpiną z chrześcijaństwa. Żeby była jasność  - słowa najbardziej popularnego rabina w USA to zapis powszechnych oczekiwań syjonistycznych rabinów. Chcą oni, by chrześcijanie wspierali politycznie Izrael, bronili go przed krytyką i dążyli do odbudowy Trzeciej Świątyni. Powstanie Trzeciej Świątyni jest, wydaje się, wspólnym celem różnych grup żydowskich, zaczynając od Chabad Lubawicz, przez Instytut Trzeciej Świątyni, do innych ugrupowań fundamentalistycznych w Izraelu. A teraz największe zaskoczenie: dokładnie tego samego domaga się większość amerykańskich protestantów i rosnąca liczba katolików, na czele z zawodowymi dialogistami.

Nie przeszkadza im to, że ów postulat ma wywrotowy, można powiedzieć prawdziwie rewolucyjny charakter. Trzecia Świątynia musiałaby się pojawić na Wzgórzu Świątynnym, gdzie stoją dwa meczety - Kopuła na Skale (meczet Omara) i Al-Aksa. Nie sposób sobie wyobrazić pojawienia się tam nowej budowli bez wcześniejszego zburzenia dwóch muzułmańskich konstrukcji, co musiałoby prowadzić do wojny z całym światem arabskim, a w konsekwencji może do III wojny światowej. Czasem nawet się zastanawiam, czy to Opatrzność nie dopuściła tego, by tam się one znalazły? Meczety stoją tam, gdzie dwa tysiące lat temu stała świątynia żydowska zbudowana przez Heroda w miejscu, w którym wcześniej Bóg nakazał Salomonowi zbudować pierwszy Przybytek. Nie da się zbudować nowej, Trzeciej Świątyni, nie burząc meczetów. Boję się pomyśleć, co by było, gdyby w tym miejscu znajdowały się nie meczety, ale miejsca kultu chrześcijańskiego. Czy obserwując postępowanie chrześcijan, tak katolików sparaliżowanych meaculpizmem, dialogizmem i holocaustianizmem, jak i ewangelikanów, zwolenników Wielkiego Izraela, da się uniknąć wniosku, że gdyby to wzgórze znajdowało się pod kontrolą współczesnych wyznawców Chrystusa, to zostałoby ono już dawno przekazane Żydom? Jeśli stałby tam kościół chrześcijański, czy to bazylika katolicka, czy zbór protestancki, dawno już zostałby oddany, mniemam, żydowskim starszym braciom i byłby to wspaniały gest ekspiacji za tysiąclecia niegodziwości, z pewnością wychwalany pod niebiosa przez całą niezależną, postępową i liberalną prasę.

Jednak zamiast płaczliwych i bijących się w piersi katolików lub wspierających ich protestantów z USA żydowscy syjoniści mają przeciwko sobie bitnych i bojowo nastawionych muzułmanów, co oznacza, że proste przejęcie terenu nie wchodzi w grę. Nie wydaje się też możliwe, żeby Żydom udała się w stosunku do muzułmanów ta operacja, która przyniosła tak dobre owoce w relacjach z chrześcijanami, a więc skuteczne rozbudzenie poczucia winy, wstydu za przeszłość, z czego wynika ciągła potrzeba przeprosin i kajania się. Wprawdzie od czasu do czasu żydowscy przywódcy próbują wzbudzić poczucie winy także wśród muzułmanów, ale z marnym skutkiem. Naprawdę, nie można im odmówić zręczności. I tak choćby dowodzą, że największym zbrodniarzem wojennym podczas II wojny światowej był nie kto inny, jak wielki mufti Jerozolimy, co ma obciążyć winą za Holocaust, a więc za największą dziejową zbrodnię, ogół muzułmanów. W ten sposób można by się od nich domagać, by w ramach rekompensaty oddali Żydom Wzgórze Świątynne. Jednak operacja narzucania poczucia winy, tak skutecznie przeprowadzona w stosunku do chrześcijan, a w szczególności katolików, niezbyt się udaje w samym Izraelu wobec muzułmanów. Ostatnim, który próbował sprzedać tę opowieść światu, był premier Izraela Binjamin Netanjahu. Podczas przemówienia na 37. Światowym Kongresie Syjonistycznym izraelski premier pokazał, co naprawdę potrafi. Otóż według niego początkowo Adolf Hitler planował jedynie masowe przesiedlenia Żydów. Miał wszakże zmienić zdanie, dowodził izraelski premier, pod wpływem wielkiego muftiego Jerozolimy Al-Hadżdża Amina al-Husajniego, czyli jednego z najważniejszych przywódców duchowych świata arabskiego.

Mufti poleciał do Berlina. "Jeśli ich wydalisz, wszyscy przyjadą do Jerozolimy" - powiedział Hitlerowi. "To co z nimi zrobić?" - zapytał Hitler? "Spalić" - przedstawił odpowiedź muftiego Netanjahu. Według niego to właśnie stało się przyczyną Holocaustu. To wydarzenie - zdaniem premiera Izraela - ma też tłumaczyć nienawiść Palestyńczyków do Żydów.

W takich momentach może się zdawać, że nawet słowo hucpa, bezczelność, jakby nieco wypłowiało, straciło treść i moc. Zgodnie z tą wizją historii Hitler był właściwie niewinnym ignorantem, który to dopiero po spotkaniu muftiego zdecydował się na dokonanie masowego mordu na Żydach. Biedaczek Hitler, faktycznie, aż chciałoby się westchnąć, słuchając premiera Izraela. Że też dał się zwieść muftiemu, postaci prawdziwie niegodziwej, podłej, krwiożerczej, ohydnej. No bo jak inaczej nazwać postępowanie człowieka, który sprzedał Führerowi ideę spalenia Żydów? To ci dopiero gałgan i łotr, ten mufti!

Niebywałe, że tego rodzaju historie premier Izraela może opowiadać z miedzianym czołem, całkowicie lekceważąc prawdę historyczną. Ale czegóż to się nie robi dla słusznego celu. Tym zaś jest od lat pognębienie Palestyńczyków, z których Izrael skutecznie zrobił pariasów i obywateli drugiej kategorii, oraz przejęcie od nich ziemi. A bez ziemi nie można zbudować świątyni. Przemyślenia premiera Netanjahu mają jednak ograniczony skutek. Nie wywołają u Palestyńczyków masowej potrzeby pokuty i bicia się w piersi, jak to było w wypadku chrześcijan, którzy podobnymi tyradami - to Kościół odpowiada za Holocaust - zostali rozbrojeni i wewnętrznie skolonizowani. Nie, w wypadku Arabów hagada premiera Netanjahu nie jest specjalnie efektywna, raczej szybko została zdemaskowana jako kolejny przykład dwulicowości i obłudy.

Faktycznie, co się tyczy historii, to premier Izraela robi wrażenie człowieka zdolnego zaiste do powiedzenia wszystkiego. O ile jednak jego sądy chrześcijanie traktują poważnie, po Arabach spływają one jak woda po kaczce. Ot, prosty przykład: gdy przed laty papież Benedykt XVI postanowił wydać drugi tom swego Jezusa z Nazaretu, w którym ograniczył winę za śmierć Jezusa do żydowskich arcykapłanów i arystokratów, wyłączając z odpowiedzialności faryzeuszy i ogół ludu, to właśnie reakcja premiera Izraela, pozytywna i życzliwa, stała się dla zachodnich mediów, a także dla Watykanu, swego rodzaju nihil obstat. Przypomnę, że w 2011 roku premier Netanjahu specjalnie podziękował papieżowi Benedyktowi XVI za oczyszczenie Żydów z zarzutów zabicia Jezusa. W liście do papieża szef izraelskiego rządu wyraził wdzięczność za odrzucenie przez Benedykta XVI - w jego najnowszej książce - "fałszywych oskarżeń, które służyły za podstawę do szerzenia przez stulecia nienawiści wobec Żydów". Netanjahu dodał, że "jasność i odwaga" wykazana przez papieża wzmocni relacje między Żydami a chrześcijanami i ułatwi życie w pokoju przyszłym pokoleniom. Zadowolenie ze słów Benedykta wyraził wówczas również Światowy Kongres Żydów. Skądinąd komiczny był nawet sposób wydania tej książki: Watykan, jeszcze zanim wyszła ona w całości, postarał się o przeciek do mediów odpowiednich fragmentów, tak aby z góry już zapewnić papieżowi życzliwość izraelskiego premiera-historyka.

"Najpierw zapytajmy jednak: Kim właściwie byli oskarżyciele? Kto nalegał na wydanie na Jezusa wyroku śmierci?" - pytał w ujawnionych przez media fragmentach Jezusa z Nazaretu Benedykt. I odpowiadał: "W odpowiedziach Ewangelii zachodzą tu różnice, nad którymi musimy się zastanowić. Według Jana są to po prostu "Żydzi". Jednak to określenie absolutnie nie oznacza u Jana  - jak dzisiejszy czytelnik byłby może skłonny myśleć - narodu izraelskiego jako takiego, tym bardziej nie ma ono też charakteru "rasistowskiego" - wyjaśnił papież". Nieważne już, na ile te interpretacje Benedykta są słuszne, a na ile odpowiadają wymogom politycznej poprawności - o problemie z niektórymi wypowiedziami Benedykta pisałem w Kto zabił Jezusa?, w trzecim wydaniu książki. Ważniejsze, że w ogóle komuś wpadł do głowy pomysł, by przed oficjalną publikacją akurat te cytaty ujawnić, czekając na reakcję władz Izraela.

Czy z tego wszystkiego wynika, że władzom Izraela uda się wciągnąć do projektu odbudowy Trzeciej Świątyni nie tylko ewangelikalnych chrześcijan z USA, ale również katolików rzymskich z całego świata? Skoro nawet papieże, pisząc o śmierci Zbawiciela i założyciela Kościoła, wolą wcześniej się zabezpieczyć i zdobyć przychylność żydowskich polityków, nie można wykluczyć, że któryś z następców Benedykta i Jana Pawła II postanowi ogłosić wielką zbiórkę na jej odbudowę. Wprawdzie sam Pan Jezus zapowiedział, że ze świątyni nie zostanie kamień na kamieniu i że to wierni członkowie Kościoła są nową świątynią, ale jakie to ma znaczenie dla współczesnych znawców mętnych nauk i sprzecznych w sobie interpretacji? Żadnego. Dlatego nie da się z góry wykluczyć, że ktoś na taki pomysł wpadnie i że któryś z następców Piotra faktycznie ogłosi, iż obowiązkiem katolików jest udzielanie wsparcia budowie Trzeciej Świątyni. Byłby to piękny przykład ekumenizmu w praktyce. Podzielonych chrześcijan połączyłaby budowa żydowskiej świątyni. Skoro z coraz większą mocą angażują się w nią amerykańscy protestanci, to czy dołączenie do nich katolików nie byłoby wspaniałym wyrazem ducha ekumenizmu i dialogu, o którym tyle mówili ostatni papieże?