2
Nozdrza Célestine owionęła kusząca woń świeżo zaparzonej mięty. Mrugając ospale, wysunęła głowę spod kołdry i zobaczyła Marie. Przyjaciółka była już ubrana do wyjścia; stała przy kuchence, odcedzała liście i nalewała napar do dwóch filiżanek.
- Dzień dobry. Ty już na nogach? Która jest godzina? - Zaspana Célestine podniosła się i przetarła oczy.
- Dochodzi dziesiąta.
- Jest już tak późno? Powinnaś była mnie obudzić.
- Sama wstałam kilka minut temu, mam dziś popołudniową zmianę. Nie ma nic piękniejszego niż po przebudzeniu podrzemać jeszcze chwilkę w łóżku. Lubisz napar z mięty, prawda? Niestety nie mogę ci zaproponować kawy. Tydzień temu wymieniłam talon na kawę na flakonik perfum. Cóż, zarobki kelnerki nie wystarczają na luksusowe życie.
- Herbata w zupełności mi wystarczy.
Célestine w pośpiechu wygramoliła się z łóżka, wsunęła stopy w pantofle i nałożyła należący do Marie niebieski szlafrok w jasnoczerwone maki. Najciszej jak tylko potrafiła, udała się po schodkach do łazienki z nadzieją, że żaden z lokatorów nie zobaczy jej w tym stroju i z nieuczesanymi włosami. Przez wąskie okienko do wnętrza obskurnego przybytku wpadało zimne powietrze. Smród ekskrementów i zgniłych jaj przyprawiał ją o mdłości. Tamtego ranka musiała jej wystarczyć pobieżna toaleta, zwłaszcza że z zardzewiałego kranu do pożółkłej umywalki leciała jedynie wąska strużka wody.
Tymczasem Marie wsypała ciastka migdałowe do miseczki i napaliła w piecyku, a mieszkanko na poddaszu wypełniło się błogim ciepłem.
Po kilku łykach mięty Célestine poczuła się bardziej rześko.
- Uwielbiam wszystko, co słodkie - powiedziała Marie, wsunąwszy do ust całe ciastko. - Czasami goście zamiast napiwku dają mi papierosy. Wymieniam je później na czekoladę albo inne słodycze. Nie lubię tytoniu. Czy ty wiesz, co na czarnym rynku można dostać za paczkę papierosów? - zapytała, nie oczekując odpowiedzi. - No ale umieram z ciekawości. Co z Albertem?
Célestine obojętnie wzruszyła ramionami.
- Rozstałam się z nim.
Marie rozdziawiła usta i wlepiła w nią wzrok.
- Co zrobiłaś? Ale... Przecież dopiero co się pobraliście.
- Nie, na szczęście do tego nie doszło. Maman zmarła na godzinę przed zaślubinami. Ogromnie nas to wszystkich zaskoczyło, była przecież zdrowa jak ryba.
- To straszne! Ale co masz na myśli, mówiąc "na szczęście"? Przecież w liście opowiadałaś mi o narzeczonym z takim zachwytem. Przecież był przystojny, miał ciemne włosy, stalowoniebieskie oczy...
- A jakie znaczenie ma wygląd! Kilka dni po śmierci maman Albert chciał ponownie zorganizować ceremonię. Gdy powiedziałam mu, że potrzebuję czasu na żałobę i nie w głowie mi radosne świętowanie, nazwał mnie sentymentalnym głuptasem. Pod jego wpływem zrezygnowałam z pracy w urzędzie gminy. Twierdził, że mam poświęcić mój czas wyłącznie jemu. - Célestine z pogardą zacisnęła usta i rozkruszyła w dłoni ciastko migdałowe. - Albert chciał mi narzucić, w co mam się ubierać, jak mówić i z kim przestawać. Ciągle mówił o tym, jak w przyszłości mam prowadzić jego dom i rodzić jego dzieci, ani razu nie zapytawszy mnie, jak ja wyobrażam sobie wspólne życie. I zamiast mnie wspierać podczas pogrzebu maman, poszedł na urodziny przyjaciela. Właściwie to wcale nie paliłam się do ślubu, ale nie chciałam rozczarować maman. Tak bardzo marzyła, żebym znów miała u boku kogoś, kto się mną zaopiekuje po tym, co... Wiesz przecież, po tym, co się stało z tatą i Pierre'em... - Zagryzła dolną wargę i zamilkła. Duszkiem opróżniła filiżankę, jakby chciała utopić wszystkie smutne wspomnienia naraz.
- Albert odziedziczy ogromny majątek - dała pod rozwagę Marie i zamoczyła ciastko w herbacie, błądząc gdzieś myślami.
- Jego pieniądze nie mają dla mnie znaczenia - odparła Célestine. - Jaką mają wartość, skoro mnie nie kochał? Upatrywał we mnie wyłącznie trofeum, coś, czym mógł się pochwalić... Jak nowym peugeotem dwieście dwa.
Marie, przeżuwając miękkie ciastko, z dezaprobatą pokręciła głową.
- Célestine, najważniejsze dla nas, kobiet, jest przecież to, żeby znaleźć żywiciela. W każdym razie ja mogłabym na niejedno przymknąć oko, jeśli mężczyzna miałby pieniądze. Ale nigdy nie znalazłam takowego na tej mojej wsi zabitej deskami. Między innymi dlatego przyjechałam do Paryża. Wojna zabrała wielu mężczyzn, wybór jest ograniczony.
- Nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć. Wolę być sama - oznajmiła ze zdecydowaniem Célestine.
- Poczekaj, aż spotkasz tego właściwego, wtedy zmienisz zdanie. - Marie zebrała naczynia, zaniosła je do zlewozmywaka, wsypała do niego łyżkę sody i zalała gorącą wodą. Célestine nie chciała ciągnąć rozmowy. Nie miała ochoty wdawać się w spory pierwszego dnia w Paryżu. Najwyraźniej ona i przyjaciółka miały rozbieżne wyobrażenia na temat tego, jakie cechy powinien posiadać mężczyzna. Sięgnęła po ścierkę w kratę i wytarła talerze oraz filiżanki.
- Może zrobimy coś wspólnie? - zaproponowała Marie. - Muszę być w pracy dopiero o czwartej. Na co miałabyś ochotę?
- Najpierw chciałabym wysłać telegram do wuja i ciotki z informacją, że szczęśliwie dojechałam. A potem? Sama nie wiem...
- A więc co ty na to, żebyśmy wybrały się do domu towarowego Lafayette i poprosiły ekspedientkę, żeby pokazała nam najnowsze modele pończoch? Jeśli w drodze nie będziemy przystawały przed każdą witryną, to w kwadrans dotrzemy na boulevard Haussmann.
Po tym, jak Célestine nadała telegram w urzędzie pocztowym, razem z Marie poszły na plac de Clichy, na środku którego, na kamiennym cokole, stała grupa figur wykonanych z brązu. W tym miejscu zbiegało się pięć ulic, więc tuż obok bez ustanku przemykały auta, motorowery i rowery. Wśród pojazdów wlokła się furmanka. Woźnica w jednej ręce trzymał cugle, a w drugiej - papierosa. Célestine z wahaniem zatrzymała się na krawężniku i chwyciła dłoń Marie, szukając pomocy. Razem poczekały, aż stojący na podeście policjant stanowczym gestem zatrzyma ruch i pozwoli pieszym przekroczyć ulicę. Gdy przechodziły na drugą stronę boulevard de Batignolles, funkcjonariusz gwizdnął za nimi, a Marie w odpowiedzi radośnie mu pomachała.
- Nie masz się czego obawiać, ma ch?re. W pierwszych dniach spędzonych w tym mieście też się bałam przejść na drugą stronę. Wierz mi, szybko przyzwyczaisz się do ruchu ulicznego - obiecała. Célestine żywiła nadzieję, że przyjaciółka będzie miała rację.
Zimny jesienny wiatr owionął ich twarze, sprawiając, że dziewczęta przeszył dreszcz. Na rue de Clichy przyspieszyły kroku. Przed jednym ze sklepów na rogu rue de Milan stała kolejka ludzi chcących wymienić kartki żywnościowe na masło, mleko, olej, makaron, kawę, cukier i mąkę. Były to podstawowe artykuły spożywcze, które nadal, dwa lata po wycofaniu się Niemców, racjonowano. Jakież to było błogosławieństwo, że wuj i ciotka wciąż prowadzili w Gen?ts sklep wielobranżowy należący niegdyś do jej dziadków, pomyślała z wdzięcznością i nostalgią Célestine. Dzięki niemu podczas wojny rodzina miała pod dostatkiem jedzenia, w przeciwieństwie do wielu innych ludzi, po których i dziś z daleka widać było niedostatek.
Ze zdziwieniem doszła do wniosku, że wiele osób wokół niej było bardzo dobrze ubranych. Spodziewała się, że paryżanie będą nosili inny rodzaj garderoby niż mieszkańcy normandzkich wiosek na wybrzeżu, mimo to zaskoczyła ją elegancja, którą ujrzała. A to dlatego, że od początku wojny we wrześniu 1939 roku w całej Francji brakowało nie tylko pożywienia, lecz także materiałów. Wyrafinowane stroje oraz zadawanie szyku i tak odgrywało mniejszą rolę w mieście niż na wsi, więc stare wojskowe płaszcze często przerabiano na kostiumy, garnitury na spódnice, a kamizelki na czapki. Jej matka również sama szyła dla siebie skromne sukienki, ale używała do tego wyłącznie szlachetnych materiałów i zawsze zwracała uwagę na dobry krój. Ojciec jej najstarszej przyjaciółki handlował suknem, dzięki czemu Laurianne Dufour miała dostęp do resztek najwyższej jakości, z których mogła coś wyczarować.
Niektórzy paryscy spacerowicze, których napotkała Célestine, z pewnością musieli wydać majątek na to, jak wyglądali. Starannie pomalowane i ufryzowane kobiety dumnie kroczyły po chodnikach w butach na wysokich obcasach, w obszytych futrem płaszczach i z kolorystycznie dopasowanymi torebkami. Towarzyszący im mężczyźni ubrani byli w sięgające kolan palta z najdelikatniejszej wełny, a dopełnienie ich garderoby stanowiły kapelusze z szerokimi rondami oraz skórzane rękawiczki. Jak dotąd Célestine widziała takie obrazki jedynie z daleka, gdy bogaci ludzie z miasta latem przyjeżdżali na normandzkie wybrzeże.
Jednak poza pięknem jej uwagę przykuwała także bieda. Co i rusz dostrzegała mężczyzn i kobiety w obdartych kurtkach, dziurawych butach, o bladej skórze. Na ich twarzach malowały się głód i cierpienie, z którymi nie uporali się jeszcze od zakończenia wojny. Ludzie ci chodzili zgarbieni i prawie nie podnosili wzroku.
Pewna młoda kobieta o zmęczonych oczach i z opadającymi na czoło kosmykami włosów wystającymi spod zacerowanej chustki ciągnęła za rękę małego chłopczyka. Dziecko ciągle kaszlało i wycierało nos rękawem. Czy była to jedna z tych młodych kobiet, którym po wymarszu okupantów ogolono głowy i które prowadzono ulicami Paryża? Czy jej przewinienie polegało na tym, że zakochała się w niemieckim żołnierzu i się z nim zadawała? Célestine bardzo dobrze pamiętała publikowane w gazetach zdjęcia, które oglądała z wściekłością w sercu i ze łzami w oczach. Od tamtego czasu minęły niespełna dwa lata.
Pod kioskiem stała grupa weteranów wojennych. Jeden z mężczyzn nie miał nogi, inny - ręki. Żołnierz z przepaską na oku wziął solidny łyk piwa i podał butelkę kompanom. Nagle oczyma wyobraźni Célestine zobaczyła dwóch mężczyzn w mundurach - pierwszy z nich miał dopiero dwadzieścia lat, drugi był dwa razy starszy. Pomachali do niej radośnie, a potem oddalili się, z plecakami na ramionach, aż osnuła ich mgła i zniknęli w nicości...
- Jesteśmy na miejscu. - Słowa Marie zmusiły ją do powrotu do rzeczywistości. Z trudem udało jej się stłumić napływające do oczu łzy. Nie, nie będzie myślała o przeszłości. Była w Paryżu i właśnie rozpoczynała nowy etap życia.
Z walącym sercem Célestine przeszła przez wysokie szklane drzwi, za którymi ubrany w ciemnoszarą liberię portier witał klientów i wskazywał im drogę do konkretnych działów. Zaparło jej dech w piersi. Nagle znalazła się w świecie, który nie miał nic wspólnego z tym na zewnątrz. Nigdy wcześniej nie przekroczyła progu budynku o tak gigantycznych rozmiarach, nigdy nie widziała takiego przepychu.
Całe wnętrze utrzymane było w kolorach piaskowca oraz złota, a wysokie kolumny i rozpięte ponad nimi łuki przypominały salę teatralną. Jednak ludzie stojący za balustradami nie oglądali przedstawienia, lecz w pośpiechu żwawo się uwijali, dokonując zakupów. Célestine powędrowała wzrokiem przez trzy piętra, aż do wysokiej szklanej kopuły, przez którą wpadało bladoniebieskie światło dzienne. W blasku setek, jeśli nie tysiąca żarówek ta świątynia luksusu i zbytku promieniowała jasnym, ciepłym płomieniem.
- Czy to nie jest fantastyczne miejsce? Pojedźmy windą aż na samą górę! A na dół zejdziemy po schodach - zaproponowała Marie i zdecydowanym ruchem chwyciła przyjaciółkę za rękę, po czym pociągnęła ją za sobą.
Odkrywały piętro po piętrze. Różne działy podzielono na wiele pojedynczych sklepów, a każdy z nich był wyposażony w regały, szafki z szufladami, lustra w złotych ramach i ozdoby z kwiatów. Célestine miała wrażenie, jakby podróżowała dookoła świata. Nie mogła się napatrzeć na filigranową chińską porcelanę w niebieskie smoki i ptaki, na przepięknie kolorowe orientalne dywany, poprzetykany złotą nitką batyst z Indii, ręcznie plecione kapelusze z Ameryki Południowej i najznakomitsze rękawiczki z włoskiej skóry z jelenia. W szklanych witrynach o miano najbardziej błyszczącego precjoza rywalizowały ze sobą diamentowe kolie, srebrne imbryki i ramki na zdjęcia.
Po szerokich schodach zeszły na drugie piętro. Marie bez zastanowienia udała się do działu z pończochami. Célestine była zdumiona cierpliwością, z jaką drobna piegowata sprzedawczyni - niewiele starsza od niej - otwierała po kolei każdą szufladę i prezentowała im coraz to inną parę. Przecież nie wyglądały jak majętne klientki. Już na pierwszy rzut oka ich toporne zimowe płaszcze zdradzały, kim naprawdę były - dwiema niezamożnymi dziewczętami z prowincji. Célestine z wielkim namaszczeniem nasunęła na dłoń delikatną jak mgiełka nylonową pończochę i podziwiała szew cienki niczym pociągnięcie piórem.
- Oczywiście oferujemy też repasację, w razie gdyby zdarzył się paniom wypadek - wyjaśniła sprzedawczyni z czarującym uśmiechem i życzliwym spojrzeniem.
- Bardzo dziękujemy, mademoiselle. Moja przyjaciółka i ja musimy najpierw się naradzić, czy kupimy pończochy w kolorze perłowym czy szampańskim - oznajmiła Marie ze śmiertelnie poważną miną i ukradkiem uszczypnęła Célestine w ramię.
- Ale przecież nie stać nas na nie - odparła z przerażeniem Célestine, gdy tylko odeszły na tyle daleko, że sprzedawczyni ich nie słyszała.
- Oczywiście, że nie. To tylko przekomarzanie się. Chodzi o to, by udawać, że mamy do dyspozycji fortunę. I kto wie, jeśli uda nam się znaleźć mężczyzn naszych marzeń, to może będzie nas stać na tuziny takich pończoch?
Z pewną satysfakcją Célestine pomyślała o tym, że ledwie przed tygodniem rzuciła pierścionek zaręczynowy pod nogi człowieka, którego inne kobiety z pewnością określiłyby mężczyzną marzeń. Człowieka, który pewnego popołudnia powalił ją na podłogę kuchni, żeby wziąć to, co w jego opinii należało się mężowi. Twierdził, że od dawna byliby już małżeństwem, gdyby matka Célestine swoją śmiercią nie zrujnowała, jak to określił, ich ślubu. Jednak Célestine udaremniła jego zamiary, z całej siły gryząc go w dłoń. Na szczęście teraz Albert był daleko i pierwszego dnia w Paryżu nie chciała popadać w melancholię. Z wielką chęcią pozwoliła więc Marie zdecydować, jak horrendalnie drogie, ale tym piękniejsze rzeczy powinny jeszcze obejrzeć.
Niedługo później w głowie kręciło jej się od niezliczonych futrzanych etoli, skórzanych akcesoriów podróżnych i kryształowych żyrandoli, wiaderek do szampana i trufli. W dziale z perfumami na regałach mieniły się szklane buteleczki w finezyjnych kształtach, a wymyślne oświetlenie sprawiało, że każdy flakonik wyglądał jak wyszukane dzieło sztuki. Pomocne sprzedawczynie skrapiały nadgarstki dziewcząt najnowszymi zapachami sezonu. Célestine z fascynacją wdychała esencje mamiące węch kwiatowymi czy też pikantnymi nutami.
Po przeszło czterech godzinach oglądania i podziwiania czuła się oszołomiona i z trudem wytrzymywała ból stóp. Cieszyła się, gdy w końcu ruszyły w drogę powrotną do domu. Mnogość wrażeń sprawiła, że czuła się wyczerpana. Z kolei Marie wydawała się nad wyraz radosna i wzięła przyjaciółkę pod rękę.
- Z tobą u boku chodzenie po sklepach sprawia jeszcze więcej frajdy, Célestine. Następnym razem wybierzemy się do Printemps, to tylko kilka kroków od galerii Lafayette. A potem do Bon Marché na lewym brzegu Sekwany, to najstarszy dom towarowy w Paryżu. W dziale obuwia pracuje niesłychanie szarmancki sprzedawca. Potem koniecznie musimy pójść do Samaritaine...
- Marie, dość. Już teraz całkiem kręci mi się w głowie! Poza tym planuję zostać w Paryżu na dłużej. Domy towarowe nie uciekną.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki