1
Zegarki
Sąd Boży cofnie się w czasie jeszcze bardziej, aż do mojego grzechu pierworodnego. Ale ja nie mam tego luksusu. Muszę uzyskać twój werdykt znacznie wcześniej.
Pamiętasz, powiedziałam, że ciebie nie będę okłamywać, prawda?
Ale zobaczysz, jak okłamuję inne osoby.
Zapewniam cię, że nigdy nie widziałeś czegoś podobnego.
Cofnijmy się w czasie.
Wystarczy o piętnaście godzin.
Nie będzie jeszcze krwi ani zimna, jedynie niepewność i zadanie do wykonania.
Poprawiam się na siedzeniu.
Niby to BMW, ale tyłek mam płaski jak segregator, który nosiłam do szkoły. Szkoły, która zresztą wciąż stoi spacerkiem od miejsca, gdzie zaparkowałam.
Kusi mnie, żeby wysiąść i rozprostować nogi, ale to zbyt duże ryzyko. Zadowalam się opuszczeniem szyby i wyciągnięciem ręki.
Obracam nią szybko parę razy, zanim deszcz przemoczy kurtkę, i sięgam po lornetkę.
Port w Gijón rozpościera się przed okularem lornetki jak metalowe Lego. Pięćdziesięciokrotne powiększenie pozwala odczytać tablice rejestracyjne dźwigów, które poruszają się powoli. Ciężarówek, które odjeżdżają załadowane kontenerami w wyblakłych kolorach. A nawet ogromnych frachtowców.
Powietrze cuchnie mieszanką soli i oleju napędowego. Ten charakterystyczny zapach w dzieciństwie nazywaliśmy marón.
Wciska się wszędzie. Przenika ubrania, skórę, pamięć.
Zawsze mi przypomina, że jestem zbyt blisko swojej przeszłości.
Napełniam płuca. Nie cierpię pracować tak blisko domu.
Ulice Gijón przechowują zbyt wiele wspomnień, zbyt wiele tu twarzy, które mogłyby mnie rozpoznać, nawet po dwóch dekadach. Twarze ludzi, którzy widzieli, jak dorastam, którzy schlebiali mojemu ojcu, zanim więzienie sprawiło, że wszystkie szyje się odwracały, gdy przechodziliśmy obok.
Ale Barón nalegał.
- Tylko ty możesz to zrobić, Evo Ramos - powiedział mi z uśmiechem, który nigdy nie sięga jego oczu, z tym wyrachowanym grymasem przypominającym mi Edwarda G. Robinsona w Koralowej wyspie.
Nie nazywam się Eva Ramos.
Ty będziesz mnie tak nazywać.
Dlaczego?
Ponieważ tak wyglądałaby moja nieistniejąca wizytówka:
EVA RAMOS
Zawodowa kłamczyni
Nie proś mnie o referencje
Eva Ramos to moja ulubiona tożsamość.
Jednak dziś nie mogę nią być.
Dziś muszę wymyślić sobie inną.
Opuszczam lornetkę i przyglądam się swojemu odbiciu w lusterku wstecznym. Czas poćwiczyć. Moja twarz to czyste płótno, które jest gotowe stać się tym, kim potrzebuję być.
- Dzień dobry, jestem Martínez z ochrony portu - mówię niskim głosem, utwardzając spółgłoski i napinając szczękę, jakbym od lat wydawała rozkazy.
Nie, zbyt sztywno. Zmieniam ton, wygładzam krawędzie.
- Dzień dobry, Martínez, ochrona portu. - Tym razem mówię łagodniej, uwydatniając mój asturyjski akcent. Zwykle jest ledwie wyczuwalny, niczym północny wietrzyk, ale teraz sprawiam, że wieje mocniej. - Muszę sprawdzić dokumentację.
Lepiej, ale jeszcze nie jestem przekonana. Postać nie do końca do mnie pasuje.
Zbyt apodyktyczna?
Najpierw muszę emanować pewnością siebie, żeby potem, kiedy mnie nakryją, wiarygodnie się załamać. Muszę ponieść porażkę, ale w dobrym stylu. Żeby szybko mnie nakryli i żebym przyznała, że jestem tu, aby ułatwić wymianę towarów.
Wiem, co sobie myślisz. Ja też tak uważam.
Próbuję raz jeszcze, teraz zmieniając akcent na andaluzyjski, którego używałam w czasie tamtego zadania w Maladze, kiedy musiałam się dostać do tamtego magazynu.
- Dobry, mają panowie zezwolenie na tę strefę? - Uśmiecham się lekko, ćwicząc minę fałszywej uprzejmości, która mówi: "Mogę być twoją przyjaciółką albo twoim największym koszmarem".
Potrząsam głową. Z funkcjonariuszem portu to nie przejdzie. Nazbyt oczywiste, nawet jak na tych prostaków, którzy mi się dziś trafili. Zmieniam strategię, koryguję postawę.
- Carolina Vega z Logistyki Atlantyku - mówię profesjonalnym tonem, modulując głos, aby brzmiał trochę nosowo, jak te dyrektorki przeniesione z Madrytu, wiecznie przeziębione. - Chodzi o transport 7756177H.
Ta wersja podoba mi się bardziej. Pasuje do mnie jak ulał. Przyjmuję inną pozę, ćwicząc, jak będę trzymała wyimaginowaną teczkę z tą udawaną pewnością siebie kogoś, kto posługuje się danymi, których nie rozumie. Jak zmarszczę brwi wobec nieprawidłowości w papierach - ten gest irytującej skuteczności. Jak po nieuniknionej konfrontacji przyznam się z udawaną nerwowością.
Odległy ryk syreny sprawia, że się wzdrygam.
Patrzę na zegarek.
To tani żółty Casio. Mam go od lat. Ostatni prezent od ojca. Zdejmuję go tylko wtedy, kiedy to konieczne. Mam etui z innymi zegarkami, które zakładam w zależności od postaci, jaką odgrywam. Dyrektorka bez wyobraźni: platynowy Rolex Datejust. Nieśmiała, biedna nauczycielka: kwarcowy Viceroy z paskiem ze skóry syntetycznej.
Carolina Vega pracuje w porcie, więc mogę zostawić żółty Casio, który wskazuje, że zostało mi jeszcze pół godziny.
Trzydzieści minut, żeby dopracować Carolinę Vegę, żeby zapamiętać każdy szczegół z jej wymyślonego życia, każdą modulację głosu. To strzelanie z armaty do muchy, bo potrzebuję tej postaci ledwie na chwilę, ale nigdy nie lubiłam pozostawiać niczego przypadkowi.
Dreszcz przebiega mi po plecach.
Nie z powodu pogody.
To przez Gijón.
To przez to, że jestem tak blisko dzielnicy, w której dorastałam, gdzie mój ojciec po raz pierwszy zabrał mnie do kina Robledo, które już zamknęli. Gdzie moja matka wciąż mieszka z Pablem.
Pablo. Mój brat. Tak blisko, a tak daleko.
"Skup się, Eva. Nie jesteś tu po to, żeby się roztkliwiać. Prezentem za porażkę jest kulka w łeb".
Znowu podnoszę lornetkę. W porcie dalej trwa bezwzględna rutyna. Ja dalej ćwiczę, powtarzając każdy gest, każdą modulację, każde kłamstwo, które może uratować mi życie.
W doku numer sześć panuje zwodniczy spokój. Przez ostatnią godzinę wjechały tam trzy białe furgonetki, dwie wyjechały. Żadna nie jest tą, na którą czekam.
Poprawiam ostrość lornetki, żeby lepiej widzieć. Grupa dokerów wyładowuje skrzynie z małego frachtowca, a brygadzista sprawdza dokumenty. Nic szczególnego. Oprócz...
Spinam się. Wśród pracowników doku rozpoznaję Ramira, kuzyna sąsiadki z szóstego piętra.
Kiedyś podpisał mi się na szkolnym segregatorze, o którym ci wcześniej wspominałam. Umieścił swoje imię i uśmiechniętą buźkę obok zdjęcia Kirka Camerona wyciętego z "Súper Pop". Później się tego wstydził, więc pod spodem dorysował kutasa - tak dla równowagi.
Nie jest nikim ważnym, jedynie twarzą z przeszłości, której nie powinno tu być, nie teraz. Przesuwam lornetkę. Między kontenerami pojawia się Domingo, dawny kolega mojego ojca. Nie mogą mnie widzieć, lecz sama ich obecność powoduje, że ściska mnie w gardle.
Opuszczam lornetkę i zapadam się w fotel. Ja pierdolę. To tak, jakby cała dzielnica postanowiła stawić się na moje dzisiejsze zadanie. Ten zbieg okoliczności sprawia, że robi mi się niedobrze.
Obliczam odległość. Będę musiała przejść pięćdziesiąt metrów do wejścia do doku numer sześć. Oni będą w odległości osiemdziesięciu metrów.
Nie ma mowy, żeby mnie rozpoznali.
Ale... A jeśli...?
Czuję narastający ucisk w piersi, jakby ktoś przygniótł mnie betonową płytą. Oddycham głęboko, próbuję się uspokoić. Zamykam na chwilę oczy i myślę o Ingrid Bergman całującej Cary'ego Granta w piwnicy willi w Osławionej. Zawsze uśmiecham się na myśl, jak Grant fatalnie całował.
Brrrrrrr.
W kieszeni marynarki wibruje telefon.
Uporczywe brzęczenie, które ucina moje myśli jak nożem. Ignoruję je. Wibruje znowu. Nabieram powietrza, starając się utrzymać koncentrację na porcie, na misji, na Carolinie Vedze i jej nosowym akcencie, na tym, jak nauczyłabym Cary'ego Granta całować, gdybym miała taką okazję.
Kolejne wibracje.
- Szlag - mamroczę. - Nigdy nie odpuszcza.
Kładę telefon na siedzeniu ekranem do dołu, żeby nie widzieć twarzy, która towarzyszy imieniu.
Na niewiele się to zdaje.
Jeśli nie odbiorę, poczucie winy będzie mnie dręczyć przez wiele godzin. Pablowi mogło się pogorszyć. To może być coś pilnego.
Port wciąż żyje swoim życiem, nieświadomy mojego dylematu. Kontenery poruszają się niczym pionki na gigantycznej planszy. Operacja jest w toku. Carolina Vega czeka cierpliwie, aż się w nią wcielę.
- Nie teraz - szepczę.
Przesuwam palcem po ekranie i odrzucam połączenie. Cisza powraca do samochodu niczym błogosławieństwo.
Chowam telefon z większą siłą niż to konieczne. Poprawiam sobie kurtkę, prostując ramiona. Znowu jestem Evą Ramos, profesjonalistką, kłamczynią, tą, która obserwuje port, czekając na odpowiedni moment, żeby stać się inną osobą.
Telefon wydaje kolejne brzęczenie, tym razem krótki podwójny dźwięk. Esemes. Ignoruję go.
Ponownie podnoszę lornetkę. Port kontynuuje swój mechaniczny taniec, nieświadomy moich małych dramatów. Telefon kolejny raz wibruje w kieszeni, uporczywie niczym zduszony krzyk. Wzdycham. Marisol nie podda się tak łatwo.
Gwałtownym ruchem wyjmuję telefon i na niego patrzę. Trzy nieodebrane połączenia i teraz czwarte przychodzące. Na zdjęciu matka wpatruje się we mnie tym oskarżycielskim spojrzeniem, które doprowadziła do perfekcji po śmierci taty.
- Nie teraz - mamroczę ponownie, lecz mój palec zdradza moją determinację i przesuwa się po ekranie.
- Eva? Dlaczego, do cholery, nie odbierasz? - Głos matki brzmi ochryple, jakby właśnie krzyczała.
Przyciskam telefon do ucha i zamykam oczy. Jedna część mnie chce zapytać o Pabla, dowiedzieć się, czy dobrze się czuje, czy czegoś mu potrzeba. Druga część, ta profesjonalna, wie, że nie mogę sobie pozwolić na takie roztargnienie.
- Jestem w pracy - odpowiadam oschle. - Co się stało?
- Ty zawsze jesteś w pracy - odparowuje tym tonem, w którym pogarda miesza się z potrzebą. - Twój brat...
Nie jestem w stanie usłyszeć, co się dzieje z Pablem. Moje oczy wychwytują ruch w doku numer sześć. Czarna furgonetka, nie biała. Zatrzymuje się tuż przy magazynie siedemdziesiąt jeden.
- Muszę kończyć - przerywam jej.
- Ani mi się waż! Pablo jest...!
Przerywam połączenie. Wyrzuty sumienia przez chwilę gryzą mi żołądek, ale spycham je na dół, w miejsce, gdzie przechowuję wszystkie winy, między śledzioną a wątrobą. Jak mówił Bogart w Sokole maltańskim: "Nieważne, po której stronie prawa stoisz, liczy się to, czy możesz wykonać zadanie".
"Dzięki, Bogart. Ty zawsze wiesz, co powiedzieć".
Wyłączam telefon. Czegokolwiek Pablo potrzebuje, to będzie musiało zaczekać. Teraz najważniejsze to wcielić się w Carolinę Vegę i upewnić, że mnie nie zabiją.
- Przykro mi, mały - szepczę w przestrzeń, myśląc o bracie. - Później się tobą zajmę.
Znowu skupiam się na porcie. Czarna furgonetka nadal stoi przy magazynie, intruz w morzu białych i szarych pojazdów. Wysiadają z niej dwaj mężczyźni i rozglądają się z naturalnością uczestnika programu "First Dates". Ten wyższy ma na sobie kurtkę, która ledwie zasłania broń. Ten drugi, niziutki i zdenerwowany, ciągle zerka na zegarek.
Poprawiam ostrość lornetki, żeby przyjrzeć się ich twarzom.
Rozpoznaję Gato Delgado. Wiedziałam, że tu będzie, chociaż nie powinien tu być. To robota dla pionków, a nie dla szefów. Coś w jego zachowaniu mnie niepokoi. Nie jest to mieszanka ostrożności i arogancji. Tę widziałam u niego setki razy.
Chodzi o coś więcej.
Coś, co mnie przeraża.
Dreszcz przebiega mi po plecach. Nie z powodu zimna ani wiatru wciskających się przez opuszczoną nieco szybę. To coś innego. To takie uczucie, które pnie ci się po karku, kiedy wiesz, że coś jest nie tak, tylko nie wiesz co.
Mężczyźni zamieniają kilka słów. Ten niziutki wskazuje w kierunku rogu magazynu, ale nie mogę dojrzeć tego miejsca. Mój żołądek się kurczy. To powinna być prosta operacja: obserwować, zidentyfikować uczestników, a później podejść jako Carolina Vega, żeby ułatwić wymianę.
Rutyna.
"Ha".
Zdaje się, jakby cały port wstrzymywał oddech. Mewy milczą. Nawet odgłos fal uderzających o doki jest przytłumiony. To wszystko fatalnie wróży.
Pocieram skronie, starając się odgonić złe myśli. Intuicja to cenne narzędzie w mojej pracy, ale może być także pułapką. Strach skutkuje błędami, a błędy skutkują trupami.
Wkładam lornetkę do pokrowca i pokrywa zamyka się z głuchym trzaskiem. Dźwięk sprawia, że się wzdrygam, jakby to był wystrzał, który rozpoczyna bieg w stronę katastrofy.
Oto i oni. Kolejna furgonetka nadjeżdża z lewej do doku numer sześć, poruszając się irytująco powoli. Jest biała z wyblakłym logo przedsiębiorstwa przetwórstwa rybnego, które od czasu powstania nie sprzedało ani jednej soli.
- Do dzieła - mamroczę.
Ostatni raz patrzę na siebie w lusterku wstecznym. Nie jestem już Evą Ramos. W moich oczach jest teraz ten błysk skuteczności, moje usta zaciskają się w profesjonalną linię. Carolina Vega przejęła kontrolę.
Poprawiam bluzkę, zapinam czarną kurtkę i sprawdzam, czy z klapy zwisa fałszywy identyfikator. Idealny. Tak idealny, że sama uwierzyłabym w jego autentyczność.
Barón zawsze dba o takie szczegóły.
Furgonetka zatrzymuje się przy magazynie, kilka metrów od tej czarnej. Dwaj faceci, których obserwowałam, spinają się jak psy, które zwąchują obcego na swoim terenie. Z pojazdu wysiadają trzy osoby: dwaj korpulentni mężczyźni i szczupła kobieta ze związanymi włosami i w zielonym dresie Adindasa. Tak, dobrze napisałam.
Marga Sánchez. Kolejna szefowa. Kolejny problem.
To też sygnał dla mnie. Oddycham głęboko i liczę do trzech, jak nauczył mnie ojciec.
"Nigdy nie pozwól, żeby zobaczyli twój strach, mała. Nigdy".
Z siedzenia pasażera biorę podkładkę z klipsem (z fałszywymi zezwoleniami na transport) i trzymam ją niczym tarczę. Przeglądam się w lusterku wstecznym. Makijaż trochę mnie oszpeca i dodaje mi parę lat do trzydziestu, które mam. Wszystko w porządku.
Wysiadam z samochodu z tą udawaną pewnością siebie, którą doskonaliłam całymi latami.
Przestało padać.
Marón atakuje moje nozdrza. Sól i olej napędowy z nutami zagrożenia. Moje kroki w butach roboczych odbijają się echem od mokrego popękanego asfaltu, kiedy zmierzam w stronę doku numer sześć, gdzie pięć nieznanych osób czeka na szóstą, która nie istnieje.
Z tych sześciu tylko dwie wyjdą z tego żywe.