Przedmowa
Wstęp
Prolog
Oddycham głęboko i próbuję znaleźć rytm, podczas gdy mój pierwszy
przeciwnik na ringu mieszanych sztuk walki, olbrzym Ron Waterman, z całej siły wali w moją głowę swoimi wielkimi jak bochny chleba
pięściami.
Przy moich 193 centymetrach wzrostu i masie ciała oscylującej zazwyczaj
w okolicach 100 kilogramów, raczej nikomu nie przyszłoby do głowy nazwać
mnie "mikrusem", a mimo to swoje najważniejsze walki toczyłem z większymi od siebie. Patrząc na historię klanu Gracie, nie tylko nie
było to niczym niezwykłym, ale wręcz pożądanym, kiedy więc zaproponowano
mi walkę z facetem cięższym ode mnie o ponad 20 kilogramów, nie mogłem
odmówić. Przecież właśnie to było sednem istnienia jiu-jitsu -?aby
ludzie o drobnej budowie ciała mogli się obronić przed każdym,
niezależnie od jego rozmiarów. Mój dziadek Carlos i jego młodsi bracia,
Oswaldo, Gast?o Jr, George i Hélio, nigdy nie ważyli więcej niż 65
kilogramów. Nie wiem, jak to jest w twoim przypadku, ale widok drobnego
gościa, który pokonuje znacznie większego przeciwnika, niezmiennie robi
na mnie ogromne wrażenie!
Wiem, że jestem tu z powodu wyznaczonego mi zadania -?kontynuowania
misji naszego klanu, polegającej na udowadnianiu światu, że BJJ
deklasuje wszystkie pozostałe sztuki walki. Każdy wojownik z rodu Gracie
przede mną pchał ten sport tak wysoko ku szczytowi, jak to było możliwe,
broniąc honoru naszej rodziny, co wymagało doprowadzenia techniki do
poziomu nieosiągalnego dla większości śmiertelników, by następnie
rozpocząć kolejny, modelowy już niemal, etap sportowej kariery Gracie:
MMA. O tym, że pewnego dnia wejdę po raz pierwszy do oktagonu,
wiedziałem już jako mały dzieciak. Nie żebym miał w tej kwestii
cokolwiek do powiedzenia.
Ta walka to mój portal pomiędzy dobrze znaną i ujarzmioną krainą
jiu-jitsu a brutalnym światem mieszanych sztuk walki. Ale znalezienie
się w tym miejscu wcale nie było łatwe, bo nikt nie chciał ze mną
walczyć! I to nawet pomimo tego, że -?w przeciwieństwie do wielu innych
zawodników -?moje umiejętności walki w stójce nie są zbyt imponujące.
Wchodząc na ring, wiedziałem więc, że muszę sprowadzić tego olbrzyma do
parteru -?do mojego królestwa, w którym nikt nie jest w stanie mnie
pokonać. Na szczęście Waterman również woli parter, ponieważ wywodzi się
z zapasów, a nie boksu.
Mój rywal nie zamierza tracić czasu i już na samym początku rzuca się,
żeby mnie obalić. Pozwalam mu na to i chwilę później tkwi w mojej
gardzie (w BJJ tak nazywamy pozycję, w której leżysz na plecach i zaplatasz nogi na tułowiu leżącego na tobie przeciwnika). Co prawda cały
czas szaleńczo macha rękami, ale niewiele z jego ciosów dociera do celu.
Jednak te, które trafiają, są niczym walnięcie młotem między oczy. Jak
dobrze, że przewidziałem taką sytuację i przygotowywałem się do niej w taki sposób, że trzymałem sparingpartnerów w gardzie, a oni dosłownie
robili wszystko, aby mnie znokautować. Po którymś z kolejnych cepów
Watermana mam wrażenie, że mój mózg zaczyna obijać się o kości czaszki.
Pomimo wielu treningów tak naprawdę jeszcze nigdy nie byłem w podobnej
sytuacji. W BJJ nie wygrywa ten, kto lepiej/mocniej/celniej uderzy
przeciwnika, ale w MMA niemal wszystko jest dozwolone. Można kopać i uderzać w górną częścią ciała, używając do tego nie tylko pięści, ale i łokci (w zasadzie możesz wszystko, poza gryzieniem przeciwnika i wydłubywaniem mu oczu). Rękawice bardziej przypominają te, które
dzieciaki zakładają na rower, i prawie w ogóle nie amortyzują ciosów.
Nawet przypadkowe trafienie łokciem w twarz rywala rozcina jego skórę
niczym skalpel wnikający w arbuz.
W przeciwieństwie do przypominających rozważną partię szachów walk na
macie, w ringu czy oktagonie coś tak luksusowego jak czas nie istnieje -
muszę działać na pełnych obrotach dosłownie od sekundy, w której sędzia
wydaje komendę rozpoczynającą starcie. Nie możesz z niczym zwlekać ani
zastanawiać się nad obraniem takiej czy innej strategii, ponieważ
ograniczają cię krótkie rundy.
* * *
Kilka dni przed walką coś mnie dopadło, może zatrucie pokarmowe, może
nerwy, do dziś nie mam pojęcia. A może szok termiczny, bo walka odbywała
się w Kanadzie i tego przenikliwego zimna nie zapomnę do końca życia. W każdym razie robiłem, co mogłem, aby moje nastawienie przed walką było
takie jak zawsze: pełne spokoju i opanowania. No dobra, byłem trochę zestresowany, ponieważ czekał mnie debiut w MMA, na dodatek z gościem nie tylko o wiele większym ode mnie, ale i specjalizującym się w innej sztuce walki.
Cokolwiek mi było, spowodowało biegunkę, przez którą straciłem cztery
kilogramy masy ciała. Na dwa dni przed wyznaczoną datą wciąż nie
wiedziałem, czy dam radę walczyć, ale moje kiszki w końcu się uspokoiły
i dostaliśmy zielone światło. Jednak wchodząc na ring, byłem cieniem
samego siebie, naprawdę mało brakowało, bym ledwo trzymał się na nogach.
Jak już wspomniałem, w stójce nie miałem się czym pochwalić -?moje
umiejętności były bardzo ograniczone, a wyprowadzane przeze mnie ciosy
co najwyżej poprawne. Kiedy pierwszy raz zeszliśmy do parteru, mojemu
rywalowi udało się skontrolować mnie w pozycji bocznej (co jest bardzo
niekorzystne dla zawodnika znajdującego się na dole, w tym przypadku -
mnie). Jeśli przeciwnik jest dobry w tworzeniu przestrzeni pomiędzy
waszymi ciałami, może wyrwać się z twojej gardy lub całkiem ci uciec,
zwłaszcza jeśli rozluźnisz chwyt lub pozycję. Utrata przewagi, jaką daje
garda, to duże ryzyko, ponieważ stanowi świetny punkt wyjścia do wielu
skutecznych technik (takich jak dźwignie na staw łokciowy czy barkowy,
trójkąty, gilotyny i przetoczenia), z których każda może zakończyć się
poddaniem.
Próbuję zapiąć nogi wokół talii Watermana. Nasze ciała są niemal jak
zrośnięte. To dobrze, im mniej dam mu luzu, tym mniej szkód może mi
wyrządzić, ponieważ odbieram mu w ten sposób jakąkolwiek przestrzeń do
działania. Przyciągam do siebie jego potężną głowę, a następnie, zwinnie
niczym małpa, zmieniam pozycję i błyskawicznie próbuję założyć mu
balachę, dźwignię prostą na staw łokciowy (wygląda to tak, jakby chciało
się przeciwnikowi zgiąć rękę w drugą stronę).
Ten skurczybyk jest tak silny, że wstaje razem ze mną, wciąż uczepionym
jego ciała. Potrząsa nim, i mną przy okazji, niczym pies otrzepujący się
po wyjściu z wody, po czym rzuca mną o ring. Nie mam czasu nawet
mrugnąć, bo natychmiast zwala się na mnie niby wyburzany wieżowiec.
Ponownie próbuję złapać jego rękę i założyć dźwignię. Podczas walki na
zasadach brazylijskiego jiu-jitsu, wykluczających możliwość uderzania
rękami, mogę cierpliwie wypracować dogodną pozycję, ale w takim
szaleńczym tyglu, pod ogromną presją, jest to znacznie trudniejsze,
ponieważ przeciwnik wykorzystuje każdą sposobność do wyprowadzenia
ciosu. Właśnie teraz ma taką okazję. Pięść olbrzyma spada niczym meteor
i ułamek sekundy później moje ucho eksploduje bólem. Ale to nie koniec,
moje ciało drży pod kolejnymi uderzeniami. Zaczynam też odczuwać coraz
większe zmęczenie, wydaje mi się nawet, że ono trwa już od dłuższego
czasu, a przecież minęło dopiero kilkanaście sekund -?zadziwiające, jak
czas potrafi zwolnić w takich ekstremalnych momentach.
Staram się uniknąć urazu lub nie dopuścić do tego, by ten kolos
zakończył walkę jakimś przypadkowym ciosem. W końcu jednak jego prawa
pięść ponownie trafia z piekielną siłą w moją głowę. Trudno o bardziej
wyraźny sygnał, że muszę zmienić taktykę. Z drugiej strony, pomimo
oszołomienia, pamiętam o głównej zasadzie: nie zmieniaj strategii, którą
przygotowałeś na tę walkę, poczekaj, musisz tylko wypracować sobie
odpowiednią pozycję.
Chwilę później Waterman wciska się między moje uda, po czym popełnia
błąd, zbyt wyraźnie szykując się do zadania kolejnego ciosu -?to idealna
okazja do przejęcia inicjatywy. Zwinnym ruchem przesuwam wyżej nogi i zaciskam je, zakleszczając jego prawą rękę i szyję, tak że jego głowa
odchyla się w lewo. Jednocześnie łapię go za prawą rękę i przyciągam ją
ku sobie. Szybko dociera do niego, że zaraz wyłamię mu rękę ze stawu, i czuję, jak odklepuje.
To koniec. Wygrałem. Natychmiast zwalniam chwyt i podrywam się na nogi,
pozostawiając zdezorientowanego Watermana na kolanach. Olbrzym masuje
nadwyrężony nadgarstek i próbuje zrozumieć, co się właśnie do cholery
stało. Jakim cudem ten wężowaty Brazylijczyk zdołał tak błyskawicznie
zmienić go z morderczego wojownika w proszącego o łaskę nowicjusza?
Walczę nie tylko dla siebie, ale dla rodziny Gracie. Reprezentowanie jej
po raz pierwszy na ringu, z moim ojcem, wujkiem Rilionem oraz kuzynami
Renzo i Igorem w narożniku, to niesamowite uczucie.
To właśnie oni wpadają teraz na ring, podnoszą mnie i niosą na swoich
barkach, emanując spontaniczną i szczerą radością, spod której przebija
niewidoczna dla postronnych widzów ulga -?licząca 80 lat tradycja
rodziny Gracie nie została zaprzepaszczona. Zdaję sobie sprawę, że u pewnych członków naszej rodziny, którzy są związani ze światem sportów
walki, ulga miesza się z zazdrością, ale jestem przekonany, że w tej
chwili cieszą się, iż to właśnie ja jestem mistrzem, ktoś młody, pełen
energii i najwyraźniej na fali. Przez tę krótką chwilę możemy być jedną
wielką, szczęśliwą, dysfunkcyjną rodziną, co jest niemal tak samo dobre,
jak świadomość, że stało się to dzięki mojemu zwycięstwu.
Rozdział 1. Wczesne lata
Rozdział 2. Jiu-jitsu jako sztuka życia
Rozdział 3. Kieruj swoim życiem albo życie pokieruje tobą: cel i nawyki
Zasada pięciu sekund
Odliczanie od pięciu do zera działa jak mentalny wyzwalacz. Za każdym
razem, gdy skutecznie stosujesz zasadę pięciu sekund, nie tylko zbliżasz
się do wyrobienia nawyku, ale także budujesz poczucie własnej wartości.
Mel Robbins to mówczyni motywacyjna i autorka zasady pięciu sekund,
która głosi, że masz mniej niż pięć sekund na podjęcie działania, zanim
umysł przejmie kontrolę i zacznie wymyślać wymówki.
Prawda o sieciach społecznościowych
TikTok, YouTube i inne serwisy, dla których liczą się tylko kliknięcia
oraz przykucie naszej uwagi, oferują treści, które są szybkie, kolorowe,
pozornie dramatyczne, stworzone wyłącznie w celu stymulacji mózgu, a nie
zmuszania go do wysiłku. Tymczasem mózg potrzebuje pozytywnych bodźców i koncentracji oraz lubi, gdy stawia się przed nim wyzwania. To jeden z powodów, dla których gram w szachy. Duża część tego, co dzieje się dziś
w internecie, została tak opracowana, aby przyswajanie treści nie
wymagało większego wysiłku umysłowego, przez co łatwo możemy zniknąć w króliczej norze, bez końca i bez sensu przewijając strony, nie czując
konieczności skoncentrowania się.
Dopamina, o czym już wcześniej wspomnieliśmy, to substancja chemiczna
wywołująca dobre samopoczucie. Zarówno ten, jak i wszystkie pozostałe
hormony odpowiedzialne za nasz nastrój, podobnie jak mechanizm
odpowiadający za ich uwalnianie w odpowiedzi na polubienie lub
pochwalenie naszego wpisu czy zdjęcia stronie internetowej, są doskonale
znane wszystkim tym inteligentnym nerdom z Doliny Krzemowej, którzy
zaprojektowali sieci społecznościowe. Każdy "lajk", który dostajesz na
Instagramie lub Facebooku -?czy to od znajomego czy też zupełnie
nieznajomej osoby, która cię "obserwuje" -?to bodziec, w wyniku którego
mózg dostaje zastrzyk dopaminy. Platformy społecznościowe są tak
zaprojektowane, aby zasysać twoją uwagę i pochłaniać twój czas, a jednocześnie zbierać informacje na twój temat, jak choćby preferencje
przeglądania. Coraz więcej ludzi uzależnia się nieświadomie od tych
małych błyskawicznie działających dawek dopaminowego uznania, ponieważ
zaczynają je odbierać jako potwierdzenie, że są "lubiani". Szukają więc
kolejnych okazji, a gdy w końcu ich mózgi pławią się w dopaminie,
zaczynają lepiej reagować na wyświetlane co chwilę reklamy, które
algorytmy precyzyjnie dopasowały do tego, jakie przeglądają strony i w co klikają, podsuwając produkty, którymi są zainteresowani. Pozornie
wszyscy wygrywają -?i reklamodawcy, i właściciele tych społecznościowych
monstrów, i... właśnie, co z nami? Co z tymi wszystkimi uzależnionymi od
cyfrowej dopaminy ludźmi? Większość z nich prędzej czy później dociera
do punktu, w którym liczba lajków i pochwał spada, co wywołuje w nich
uczucie pustki, odrzucenia i niepewności.
Ciekawe jest to, że wielu byłych pracowników Mety (dawniej Facebooka)
oraz firm technologicznych związanych z rynkiem mediów społecznościowych
otwarcie mówi, że nie chcą, aby ich dzieci korzystały z tych platform,
prawda? Najłatwiejszym sposobem na odrzucenie ciemnej strony mocy
reprezentowanej przez media społecznościowe jest wprowadzenie do swojego
życia nowych, pozytywnych nawyków -?taka zamiana sprawi, że nie będziemy
tęsknić za tym sztucznym poczuciem szczęścia.
Nigdy wcześniej dzieci nie były wystawione na tak przytłaczający
nadmiar bodźców, czego dowodem jest gwałtowny wzrost problemów
związanych ze zdrowiem psychicznym wśród najmłodszych. Jonathan Haidt w swojej książce Niespokojne pokolenie stawia tezę, że są one skutkiem
coraz częstszego i dłuższego korzystania z portali społecznościowych.
Nie powinniśmy dorastać zbyt szybko, ale z drugiej strony szczęśliwe
dziecko to takie, które jest zajęte pokonywaniem interesujących go
fizycznych lub umysłowych wyzwań. To na pewno nie jest przypadek
leniwego dzieciaka spędzającego większość wolnego czasu na graniu w najnowszą wersję Call of Duty czy wrzucaniu swoich zdjęć do sieci.
Jednak ofiarami cyberprzemocy lub cyfrowo-dopaminowego nałogu są nie
tylko dzieci, ale także, o czym doskonale wiemy, ich rodzice -?dorośli.
Zdjęcia, które publikują, często nie są prawdziwym obrazem
rzeczywistości. To ich wizje na swój temat, fantazje z wymazanymi
oznakami prawdziwego wieku, wygładzonymi zmarszczkami powstałymi od
zmartwień i śmiechu, które są przecież tym, co nas definiuje, naszym
prawdziwym obliczem.
Nauka bycia obecnym
Życie toczy się bardzo szybko; nie mogę uwierzyć, że w chwili, gdy piszę
te słowa, mam już 43 lata. Spośród wszystkich mądrych cytatów na temat
czasu jednym z moich ulubionych jest ten pochodzący od starożytnego
filozofa, Heraklita z Efezu: "Czas to gra, w którą najpiękniej grają
dzieci". Co miał na myśli? Kiedy jesteśmy dziećmi, nie myślimy o jutrze
i wydaje nam się, że mamy przed sobą całą wieczność. Dzieci postrzegają
czas w zupełnie inny sposób niż my, dorośli. Nam zabawa chwilą
przychodzi z dużo większym trudem, ponieważ uważamy to za marnowanie
czasu, który powinniśmy przeznaczyć na inne cele. Dzieci natomiast, nie
znając innego życia i wierząc, że mają nieograniczoną ilość czasu, żyją
"tu i teraz", w stanie ciekawości i radości. Są jak gąbki -?chłoną
doświadczenia i zachwycają się wszystkim tym, co my, dorośli, uważamy za
mniej ważne okruchy codzienności, jak ładna pogoda, tęcza, radość z jazdy na rowerze lub nawiązanie nowej przyjaźni -?rzeczy, na które nie
zwracamy uwagi, ponieważ wciąż się gdzieś spieszymy. Brak nieustannie
tykającego "zegara" to zresztą powód, dla którego dzieci są również
bardziej spontaniczne. Ich kora przedczołowa -?część mózgu, która
odpowiada za odczuwanie upływu czasu, samokontrolę i przetwarzanie
emocji -?rozwija się najpóźniej z całego mózgu. Dzieci całkiem nieźle
radzą sobie również ze zmianami i z tym, że coś może być dalekie od
doskonałości -?i są w tym dużo lepsze, niż nam się wydaje, po prostu
znajdują rozwiązanie "problemu" zamiast go rozdmuchiwać. Moim zdaniem
jest wiele rzeczy, których moglibyśmy się nauczyć od swoich młodszych
"ja", na przykład tego, jak dbać o odporność psychiczną i rozwijać
zdolność do zachwycania się drobiazgami.