Jeśli przyjmiemy zaawansowaną technologię w jakiejkolwiek formie,
zaczniemy szukać wymówek i usprawiedliwień uzasadniających korzystanie z niej. Jest aż nadto okazji, by zejść na złą drogę i stoczyć się ze
śliskiego zbocza. Wierni butlerowcy, musimy być cały czas czujni i silni! Utworzona przez Imperatora Komisja Ortodoksji jest zbyt
pobłażliwa. Jeśli pozwolimy maszynom wykonywać za nas choćby prace
fizyczne, wkrótce ponownie staną się naszymi panami.
Wzywam wszystkich moich wiernych zwolenników na wszystkich światach
Imperium, by wymogli na przywódcach planet podpisanie mojego
antytechnologicznego apelu. Jeśli któryś z nich odmówi, butlerowcy - i Bóg - będą wiedzieli, kim jest. Nikt się nie ukryje.
- Manford Torondo, dekret obywatelski
Co za idiotyzm! Nie wiem, czy mam się śmiać z szaleństwa butlerowców,
czy rozpaczać nad przyszłością naszego gatunku. Czego jeszcze zażądają
ci fanatycy? Całkowitego odrzucenia technologii medycznej? Zakażą
używania ognia i oświadczą, że koło jest zbyt niebezpieczne? Mamy zacząć
wegetować w lasach i na polach?
Dość tego. Oto zarządzenie Venport Holdings: Żaden należący do VenHold
statek towarowy ani pasażerski nie będzie kursował na planety, które
podpiszą się pod antytechnologicznym apelem Manforda Torondo. Nie
będziemy dostarczali towarów ani przewozili pasażerów na żaden świat,
który podziela te niebezpieczne, barbarzyńskie przekonania, nie będziemy
z nim utrzymywać żadnej łączności ani prowadzić interesów.
Wybierzcie, czy wolicie pławić się w blasku cywilizacji, czy kulić się
ze strachu w mrokach prymitywizmu. Zdecydujcie się.
- directeur Josef Venport, oficjalne obwieszczenie handlowe
Ilekroć zażegnam jeden kryzys, pojawia się następny, niczym uporczywie
odrastający chwast. Co mam robić, Rodericku? Zewsząd walą mi się na
głowę problemy!
Rozwiązałem szkołę zgromadzenia żeńskiego na Rossaku, gdyż podejrzewano
siostry o posiadanie zakazanych komputerów, ale nie udało mi się tego
udowodnić, wskutek czego wyszedłem na głupca. I to po tym, co się
przydarzyło naszej drogiej siostrze Annie podczas pobytu u nich... Jakiż
straszny wstyd! Czy kiedykolwiek stanie się na powrót sobą?
Kiedy wyszła na jaw zdrada lekarzy Akademii Suka, ich też prawie
zniszczyłem. Pomimo ich rzekomego najwyższego warunkowania i pomimo
tego, że zmusiłem ich do pracy pod ścisłą kontrolą, nadal im nie ufam.
Niestety przy moich licznych dolegliwościach nie mam wyboru i muszę
pozwalać, by się mną opiekowali.
Manford Torondo naciska, bym przyjął te butlerowskie bzdury i spełniał
wszelkie jego kaprysy, a tymczasem Josef Venport domaga się czegoś zgoła
przeciwnego. Obaj są szaleńcami, ale jeśli zignoruję Manforda Torondo,
może zebrać wściekłe, dyszące żądzą zniszczenia tłumy. A jeśli nie
ugłaskam Venporta, cała nasza gospodarka stanie się jego zakładniczką.
Czuję się jak człowiek uwiązany między dwoma saluskimi bykami, które
ciągną w przeciwne strony! Jestem trzecim Corrinem zasiadającym na
tronie Imperium od pokonania myślących maszyn - dlaczego tak trudno jest
skłonić moich poddanych, żeby mnie słuchali? Pomóż mi podjąć decyzję,
drogi bracie. Jak zawsze, cenię twoje rady ponad wszystkie inne.
- prywatny list Imperatora Salvadora Corrino do księcia Rodericka
Jakie znaczenie mają wszystkie nasze osiągnięcia, jeśli nas nie
przetrwają?
- dyrektor Gilbertus Albans, archiwa Szkoły Mentatów
Wspaniała
Szkoła Mentatów była jego dziełem, poczynając od powziętego przed
siedemdziesięcioma laty pomysłu jej utworzenia, przez wybór tego miejsca
na odludnych bagnach Lampadasa, po wielu absolwentów, których
wykształcił w ciągu tych lat. Cicho, skutecznie i z determinacją
Gilbertus Albans zmieniał oblicze ludzkiej cywilizacji.
Nie pozwoli ani Imperatorowi Salvadorowi Corrino, ani fanatycznie
przeciwstawiającym się technologii butlerowcom odebrać mu tego.
Podczas niemal dwustu lat sztucznie wydłużonego życia Gilbertus nauczył
się sztuki przetrwania. Zdając sobie sprawę, że kontrowersyjne i charyzmatyczne postaci nie żyją zbyt długo, odgrywał swoją publiczną
rolę bardzo ostrożnie - był cichy, starał się nie zwracać na siebie
uwagi, a nawet zawierał sojusze, które budziły w nim niesmak, gdyż
według jego przewidywań pomagało to Szkole Mentatów w osiągnięciu
nadrzędnych celów.
Mentaci - ludzie o umysłach tak uporządkowanych, że mogli działać jak
komputery w reakcyjnym społeczeństwie, które piętnowało wszystko, co
choćby odlegle kojarzyło się z myślącymi maszynami. Nawet jego studenci
nie wiedzieli, że Gilbertus w tajemnicy wykorzystywał jedyne w swoim
rodzaju przygotowanie, mądrość i doświadczenie swego mentora, cieszącego
się złą sławą robota Erazma. Obawiał się, że nawet jego najbardziej
oddanych studentów odrzuciłaby sama wzmianka o tym. Niemniej po latach
doskonałej pracy absolwenci Szkoły Mentatów zaczęli się stawać niezbędni
w domach szlachty w całym Imperium.
Mimo to w tych niebezpiecznych czasach każda wątpliwość czy choćby
podejrzenie mogły doprowadzić do zagłady szkoły. Wiedział, co się stało
ze zgromadzeniem żeńskim na Rossaku. Gdyby popełnił najdrobniejszy błąd
i ujawnił swoją tożsamość...
Siedząc w swoim gabinecie w głównym budynku akademii, zerknął na
chronometr. Tego dnia miał przybyć wojskowym transportowcem z uzgodnioną
wizytą brat Imperatora, Roderick Corrino, żeby się upewnić, że pod
opieką Szkoły Mentatów ich siostra jest bezpieczna. Jakiś czas temu
Gilbertus obiecał Corrinom, że jego surowe metody nauczania pomogą
cierpiącej na uraz psychiczny dziewczynie odzyskać zdrowie, a nawet
rozkwitnąć. Ale ludzki umysł był złożony, a uszkodzenie mózgu, którego
doznała wskutek zażycia rossackiej trucizny, było niewymierne i nie
nasuwał się żaden oczywisty sposób leczenia. Albans miał nadzieję, że
Roderick Corrino to rozumie.
Przed wyjściem na korytarz przywdział wytworną karminową szatę
dyrektora. Już wcześniej zadbał o swą charakteryzację - dodanie siwizny
włosom, zmarszczek skórze - by ukryć młodzieńczy wygląd. Teraz spieszył
się, wiedząc, że wojskowy prom przybędzie o czasie. Musiał przypilnować,
żeby Anna była gotowa do odegrania przedstawienia przed swym bratem.
Wyszedł z budynku i ocienił dłonią oczy. Powietrze było jasne, ale
przesycone wilgocią; zdawało się, że każda kropelka wisi przed oczami
jak szkło powiększające. Budynki szkolne, które unosiły się na wodzie
przy brzegu ciemnego, błotnistego jeziora, połączone były drewnianymi
pomostami. Pierwotnie siedziba szkoły zakotwiczona była dalej, ale po
kłopotach z agresywnymi stworzeniami wodnymi cały kompleks przeniesiono
w lepiej zabezpieczone miejsce.
Szkołę tworzyła mieszanina dawnych oraz nowych budynków, z kopułami i tarasami widokowymi, które wyglądały okazalej. Pomiędzy domami
studentów, salami wykładowymi, laboratoriami, budynkami medytacji i bibliotekami biegły wzniesione na różnych poziomach mosty. Cały zespół
otaczały wysokie mury obronne wzmocnione ukrytą siecią dryfową,
zaawansowaną, umieszczoną pod wodą elektroniką i strażnicami.
Inne części Lampadasa były sielskie i przyjemne, natomiast to jezioro i otaczające je bagna, pełne niebezpieczeństw i drapieżników, ukazywały
groźne oblicze planety. Kiedy rektor szedł w stronę obserwatorium, z bagna dobiegł bulgot i otoczył go rój kąsających much. Nie było to
przepełniające spokojem otoczenie, w którym studenci mogliby rozwijać
zdolności umysłowe pogrążeni w trwającej godzinami medytacji. Gilbertus
wybrał to niegościnne miejsce celowo. Wierzył, że czyhające wokół
zagrożenia i odosobnienie pomogą się skupić stanowiącym elitę kandydatom
na mentatów.
Pomimo zabezpieczeń przeciw wrogim siłom natury wcale nie czuł się
pewnie. Z niepokojem myślał o tym, co mogą zrobić coraz bardziej
nieprzewidywalni butlerowcy. Wprawdzie wyposażone w nowoczesną broń
wojsko mogłoby łatwo zniszczyć szkołę, bombardując ją z powietrza lub z przestrzeni kosmicznej, a ci występujący przeciw technologii fanatycy
nigdy by takiej nie użyli, ale dzięki przytłaczającej liczbie mogli
dokonać ogromnego spustoszenia, czego już nieraz dowiedli, wzniecając
rozruchy na wielu światach Imperium. Gilbertus musiał balansować na
cienkiej linii.
Z pozoru butlerowcy z entuzjazmem przyjmowali podstawowe założenie, na
którym opierało się kształcenie mentatów, a mianowicie, że ludzie
potrafią to samo, co myślące maszyny, a nawet więcej. Ich beznogi
przywódca Manford Torondo często wykorzystywał dla swoich celów
mentackie obliczenia i strategie, ale odnosił się podejrzliwie do
jakiejkolwiek otwartej wymiany poglądów w czasie ożywionych dyskusji,
jakie prowadzili studenci. W jednym z semestrów Albans wystawił szkołę
na wielkie niebezpieczeństwo, kiedy zasugerował podczas prowadzonej w ramach ćwiczeń debaty, że być może myślące maszyny nie były aż tak
straszne, jak przedstawia to butlerowska propaganda. Wywołało to tak
gwałtowną reakcję, że szkoła i on sam ledwie wyszli z tego cało. Dostał
nauczkę. Od tamtej pory milczał, żeby przypadkiem znowu kogoś nie
rozwścieczyć.
Kiedy szedł w stronę budynków gospodarczych, jeden z pracowników
administracyjnych niższego szczebla powiadomił go przez radio, że prom
podchodzi do lądowania. Gilbertus dotknął słuchawki w uchu.
- Dziękuję - powiedział. - Przyprowadzę Annę Corrino na lądowisko.
Miał nadzieję, że jest to jeden z jej lepszych dni, że myśli jasno i będzie mogła porozmawiać z bratem, nie gubiąc się w umysłowym
labiryncie.
Dach najwyższego budynku szkoły służył za obserwatorium, z którego
studenci mogli nocą badać gołym okiem wszechświat, liczyć gwiazdy i w ramach ćwiczeń zapamiętywać ich niezliczone układy. Za dnia nie było tam
nikogo oprócz Anny Corrino oglądającej otoczenie.
Młoda kobieta miała wzrok utkwiony w krajobraz. Na wschodzie gąszcz
nabagnowców tworzył przeszkodę nie do pokonania, na południu podróż
utrudniały moczary, grzęzawiska i stojąca woda, od północy i zachodu
oblewało szkołę duże i płytkie błotniste jezioro.
Gilbertus podszedł do Anny.
- Przybywa twój brat - oznajmił. - Ucieszy się ze spotkania z tobą.
Zignorowała go, choć lekkie drgnięcie policzka i mrugnięcia powiedziały
mu, że zdaje sobie sprawę z jego obecności. Obróciła się i spojrzała na
osuszony pas mokradła, który służył jako lądowisko dla promów i miejscowych niskolotów. Poprzednie lotnisko, na tratwie, zniszczyły
groźne stworzenia żyjące w jeziorze i nie opłacało się go odbudowywać.
Grupa studentów pod kierunkiem Zendura, bliskiego współpracownika
Gilbertusa, oczyszczała ogniem z tępo zakończonych dysz specjalnych
aparatów fragment terenu na przyjęcie promu Rodericka Corrino.
Roślinność rosła tutaj tak szybko, że trzeba ją było wypalać przed każdą
oczekiwaną wizytą; w przerwach między nimi nie usuwano jej, ponieważ
Gilbertus nie chciał niezapowiedzianych gości, w szczególności Manforda
Torondo.
- Jak myślisz, ile much zabijają? - zapytała Anna, nie odrywając wzroku
od pracującej ekipy.
- Albo ile źdźbeł trawy - rzekł Gilbertus, wiedząc, że dla niej jest to
zabawa.
Anna zastanawiała się chwilę.
- Gdybym znała powierzchnię mokradła, jaką zajmuje lądowisko, mogłabym
obliczyć prawdopodobne występowanie źdźbeł trawy - powiedziała. - A wiedząc, jaka jest ilość trawy, mogłabym oszacować, ile może w niej żyć
much.
- I pająków, które je zjadają - podsunął Gilbertus, starając się, by
zachowała trzeźwy umysł.
- Mogę sporządzić projekcję kaskadową na podstawie łańcucha pokarmowego.
- Szczupłe ramiona Anny drgnęły, a jej usta ułożyły się w lekki uśmiech,
kiedy się odwróciła, by po raz pierwszy tego dnia spojrzeć na niego. -
Ale to nie ma żadnego znaczenia, nieprawdaż? Trawa odrośnie, muchy
powrócą, pająki znowu będą je zjadać i mokradło odzyska swoje
terytorium... do następnego oczyszczenia.
- Idę powitać prom twojego brata. Przyłączysz się do mnie?
Anna zastanawiała się.
- Wolę zostać tutaj i obserwować - odparła.
- Książę Roderick nie może się doczekać spotkania z tobą.
- Jest dobrym bratem. Porozmawiam z nim... ale najpierw potrzebuję czasu,
żeby uporządkować myśli. Kiedy go tutaj przyprowadzisz, będę gotowa. Nie
chcę go zawieść.
"Ani ja" - pomyślał Gilbertus.
Po oczyszczeniu lądowiska studenci stłumili pożar traw, po czym zgrabili
zwęglone rośliny. Chociaż w powietrzu unosił się wciąż zapach wilgotnej
spalenizny, dla Gilbertusa był on przyjemniejszy niż wyziewy docierające
zwykle z bagna.
Kiedy prom wylądował, dyrektor ruszył przez ciąg prowizorycznych kładek
na spotkanie księcia Rodericka. Na kadłubie małego dyplomatycznego
statku widniał złoty lew, herb rodu Corrinów, ale nie była to
jarmarcznie przyozdobiona jednostka. Przywiózł ją na Lampadasa wojskowy
zaginacz przestrzeni. Wyłoniły się z niej tylko dwie osoby, bez
jakiejkolwiek świty, i zeszły po schodkach.
Wysokim, wyprostowanym mężczyzną był książę Roderick, przystojny blondyn
o patrycjuszowskich rysach Corrinów. W przebłysku mentackiej pamięci
Gilbertus ujrzał dane szlachcica: młodszy brat Imperatora miał żonę
(Hadithę), syna (Javicca) i trzy córki (Tikyę, Wissomę i Nanthę). Znany
ze spokojnego usposobienia i przenikliwego umysłu, Roderick doradzał w większości spraw Imperatorowi, a Salvador na ogół go słuchał. Wszystko
wskazywało na to, że woli być doradcą niż władcą.
Zaskoczeniem dla Albansa była starsza kobieta, która towarzyszyła
księciu - lady Orenna, zwana Imperatorową Dziewicą, ponieważ była
wprawdzie żoną Imperatora Julesa Corrino, ale nie urodziła mu dzieci (i podobno nigdy nie dzieliła z nim łoża). Każde z potomków Imperatora
Julesa - Salvador, Roderick i Anna - miało inną matkę, a wszystkie były
nałożnicami.
Mentacki przegląd danych przebiegł tak szybko, że goście nie zauważyli
ani chwili przerwy. Gilbertus stanął przed nimi.
- Panie, pani, witajcie w Szkole Mentatów - powiedział. - Właśnie
rozmawiałem z Anną. Przygotowuje się na przyjęcie was.
Roderick kiwnął szybko głową.
- Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł się przyjrzeć poczynionym przez
nią postępom.
Sprawiał wrażenie zawiedzionego, że siostra nie powitała ich osobiście.
- Jest tutaj bezpieczna, zadowolona i zrównoważona - rzekł Gilbertus. -
Pomaga jej ustalony porządek zajęć w naszej szkole. Przestrzegam jednak,
byście nie oczekiwali cudów.
Z ust lady Orenny nie schodził promienny uśmiech.
- Brakuje mi tej biednej dziewczyny, ale chcę dla niej wszystkiego
najlepszego - powiedziała. - Będę lepiej sypiała, gdy przekonam się na
własne oczy, że jest tutaj szczęśliwa.
Kiedy Gilbertus starał się dociec, dlaczego staruszka przyleciała na
Lampadasa, w jego umyśle wszystkie dane na jej temat ułożyły się w logiczny ciąg. Chociaż Orenna nie była matką Anny, wzięła młodą kobietę
pod swe skrzydła i łączył je szczególny związek. Anna zawsze była
lekkomyślna, łatwo wpadała w roztargnienie, stale miała huśtawkę emocji
i charakteryzowała się zupełnym brakiem zdrowego rozsądku. Rozczarowany
niesfornością dziewczyny, Salvador zesłał ją do szkoły zgromadzenia
żeńskiego na Rossaku, ale tam, zamiast naprawić jej umysł, uszkodzono go
jeszcze bardziej. A teraz była tutaj.
- Przekonasz się, pani, że jest zdrowa - rzekł Albans. - Mentackie
techniki dają największą szansę wyleczenia.
- Nasza wizyta będzie dość krótka - oznajmił rzeczowym tonem Roderick. -
Jesteśmy zdani na łaskę dowództwa naszego transportowca. Prom oddano do
naszej dyspozycji na specjalne życzenie Salvadora, ponieważ VenHold nie
obsługuje Lampadasa. Ten wojskowy zaginacz przestrzeni kończy misję
patrolową i musi wrócić na Salusę Secundusa.
W miarę upływu czasu waśń między występującymi przeciw technologii
butlerowcami a handlowym imperium VenHold przybierała na sile, a wzajemna antypatia mogła w każdej chwili przerodzić się w otwarty
konflikt. Imperator został wciągnięty w ten spór, wskutek czego
Roderick, zamiast skorzystać z bezpiecznego zaginacza przestrzeni
VenHold, prowadzonego przez tajemniczego i nieomylnego nawigatora,
zmuszony był przybyć tutaj nie tak niezawodnym wojskowym transportowcem.
Lady Orenna była wyraźnie niezadowolona, że będą musieli odlecieć tak
szybko.
- Przebyliśmy długą drogę, by odwiedzić Annę - powiedziała. - Nie lubię,
gdy się mnie pogania. Jesteśmy jej rodziną i Siły Zbrojne Imperium
powinny zmienić swój harmonogram dla naszej wygody.
Roderick potrząsnął głową i obniżył ton.
- Mnie też się to nie podoba, ale nie chcę zakłócać pracy wojska,
ponieważ musi ono sprawiać wrażenie silnej i solidnej instytucji. A nie
możemy ot tak, po prostu, zarekwirować statku handlowego VenHold i zmusić dyrektora Venporta, żeby wykonał nasze polecenie.
- A dlaczego nie? - parsknęła staruszka. - Wierny poddany powinien robić
to, czego sobie życzy Imperator, a nie na odwrót. Twój ojciec
rozprawiłby się z taką niesubordynacją.
- Pewnie tak - zgodził się z nią Roderick.
- Moja szkoła jest miejscem, w którym można uchronić Annę przed stresem
powodowanym napięciami politycznymi - rzekł Gilbertus.
Wiedział, że brat Rodericka jest słabym i niezdecydowanym władcą i że
łatwo daje się zastraszyć. Imperator Salvador nie był w stanie narzucić
swej woli ani magnatowi handlowemu, ani beznogiemu przywódcy
butlerowców.
Albans nauczył się jednak, że w tych pełnych niebezpiecznych zwarć
politycznych czasach lepiej zatrzymać swoje myśli dla siebie i zachować
neutralność. Taką samą ostrożność zalecał studentom, mówiąc, że idealny
mentat nigdy nie powinien być niczyim zwolennikiem ani komentatorem
wydarzeń, a jedynie narzędziem analizy, oferującym prognozy i wskazówki.
- Nie macie tutaj żadnych tarć politycznych? - mruknął Roderick. -
Pańska szkoła znajduje się zbyt blisko kwatery głównej butlerowców.
- Manford Torondo mieszka po drugiej stronie kontynentu, panie, i nie
toczy żadnych sporów ze Szkołą Mentatów. Prawdę mówiąc, niektórzy moi
studenci są zwolennikami tego ruchu. - "Na szczęście nie najlepsi". -
Uczymy ludzi umiejętności umysłowych, dzięki którym dorównują myślącym
maszynom - ciągnął. - Wszyscy absolwenci szkoły, którzy podejmują służbę
w Imperium, udowadniają, że komputery nie są potrzebne, więc Manford
patrzy na nas życzliwym okiem. Dlaczego mielibyśmy się martwić
butlerowcami?
- Faktycznie, dlaczego? - zawtórował mu Roderick, ale nie odpowiedział
na swoje pytanie.
Anna czekała na nich na tarasie obserwacyjnym, nadal patrząc na
rozpościerający się przed nią widok. Przez splątany gąszcz nabagnowców
przesuwała się meandrującymi kanałami grupa kandydatów na mentatów,
krocząc po niewidocznych kamieniach ukrytych tuż pod powierzchnią wody.
Mógł je odnaleźć każdy mentat, który zapamiętał, gdzie należy stawiać
stopy. Niektórzy studenci ześlizgiwali się z tej ścieżki.
Z tego, co widział Gilbertus, Anna nie ruszyła się z miejsca, odkąd ją
zostawił, ale jej zachowanie się zmieniło. Jej twarz była bardziej
ożywiona; księżniczka nie miała już tego beznamiętnego, utkwionego w jeden punkt spojrzenia, które wskazywało, że jest bez reszty skupiona na
jakimś szczególe albo pochłonięta zawiłymi obliczeniami. Na widok brata
i lady Orenny rozpromieniła się.
Orenna objęła dziewczynę.
- Dobrze wyglądasz, Anno! Wydajesz się dużo silniejsza.
Na twarzy Rodericka pojawił się wyraz ulgi, a nawet dumy.
- Dziękuję - szepnął do Gilbertusa.
- Mam dobry dzień - oznajmiła Anna. - Chciałam mieć taki podczas waszych
odwiedzin.
- Cieszę się, że jesteś bezpieczna - rzekł Roderick. - Wokół Szkoły
Mentatów jest wiele zagrożeń.
- Założyliśmy dodatkowe zabezpieczenia - powiedział Albans. - Potrafimy
ochronić twoją siostrę, panie, jak również naszych studentów.
Jakby na przekór jego słowom na bagiennym terenie zapanowało
zamieszanie. W miejscu, gdzie kandydaci na mentatów wybierali drogę po
podwodnych kamieniach, wynurzył się gwałtownie z rdzawej wody stwór o pokrytym kolcami grzbiecie, chwycił w długie szczęki najbliższą
studentkę i wciągnął ją w głębinę. Drapieżnik zniknął ze swą ofiarą
równie szybko jak promyk słońca odbijający się od falującej powierzchni.
Reszta studentów zbiła się w grupę, gotowa do obrony, ale bagienny smok
zdobył już posiłek i odpłynął.
- Jak możecie ochronić Annę? - krzyknęła lady Orenna z rozszerzonymi z przerażenia oczami. - Nie zdołaliście ochronić tej dziewczyny!
Gilbertus nie pozwolił sobie na okazanie emocji z powodu straty
studentki.
- Annie nie wolno wychodzić poza mury ani wypływać na jezioro - odparł.
- Macie moją osobistą gwarancję, że jest i będzie bezpieczna.
- A co w przypadku ataku z zewnątrz? - zapytał Roderick. - Anna byłaby
cenną zakładniczką.
- Jesteśmy małą szkołą, której celem jest doskonalenie ludzkiego umysłu
- rzekł na to Gilbertus. - Mentaci dla nikogo nie stanowią zagrożenia.
Roderick obdarzył go sceptycznym spojrzeniem.
- To fałszywa skromność, dyrektorze.
- Stwierdzam tylko fakt. Zrobiliśmy wiele projekcji i opracowaliśmy
metody obrony w każdym z prawdopodobnych scenariuszy. Tego właśnie uczy
się mentatów, panie.
Orenna pogładziła młodą kobietę po ramieniu.
- Musicie chronić waszą szkołę za wszelką cenę - powiedziała. - W osobie
Anny macie bezcenny skarb.
Gilbertus Albans kiwnął głową, ale - zamiast o Annie - myślał o bezcennej pamięci rdzeniowej Erazma, którą ukrył w szkole. Ochrona
ostatniego niezależnego robota wiązała się ze stałym ryzykiem, większym
niż jakiekolwiek, o których rozmawiał z gośćmi z rodziny Imperatora.
- Tak, wiele skarbów - rzekł.
Ślepa wiara w głupie ideały sprawia, że ludzie zachowują się w sposób
sprzeczny z własnym interesem. Mnie interesują tylko ludzie inteligentni
i postępujący racjonalnie.
- directeur Josef Venport, wewnętrzna notatka VenHold
Statek towarowy VenHold wyłonił się z zagiętej przestrzeni dokładnie
tam, gdzie przewidział nawigator, co było jeszcze jednym dowodem na to,
jak doskonali są jego zmutowani ludzie.
Josef Venport przyglądał się z położonego wysoko pokładu nawigacyjnego,
jak jego statek zbliża się do planety Baridge. W pobliżu zbiornika
nawigatora nie wolno było przebywać żadnym pasażerom i dopuszczano tam
nielicznych członków załogi, ale Josef mógł chodzić, gdzie chciał. Był
właścicielem floty kosmicznej, nadzorował proces tworzenia nawigatorów i zdominował handel między większością planet.
Jego prababka Norma Cenva przeistoczyła się w wyniku przesycenia gazem
przyprawowym w pierwszego nawigatora, a on stworzył setki innych,
ponieważ potrzebowała ich jego ogromna flota. Uruchomiło to kaskadę
potrzeb - aby tworzyć więcej nawigatorów, musiał mieć wielkie ilości
przyprawy, co wymagało rozszerzenia operacji wydobywczych na Arrakis... to
zaś zmuszało flotę kosmiczną VenHold do rekordowych inwestycji, a jego
do przysparzania kompanii krociowych zysków. Klocki te pasowały do
siebie jak fragmenty pięknej układanki.
Nie znosił, kiedy jakiś głupiec psuł tę układankę.
Statek leciał ku niczym niewyróżniającemu się Baridge, a po wejściu na
orbitę planety dostosował do niej swą pozycję.
Potrząsając głową, Josef odwrócił się do swojej żony Cioby.
- Wątpię, czy w ogóle wiedzą, że przybyliśmy. Jeśli ci barbarzyńcy tak
bardzo nienawidzą technologii, musieli się pozbyć skanerów dalekiego
zasięgu i urządzeń komunikacyjnych. - Prychnął z pogardą. - Może chodzą
w skórach zamiast ubrań.
Cioba była piękną, ciemnowłosą kobietą wykształconą na Rossaku przez
zgromadzenie żeńskie, zanim rozwiązał je Imperator.
- Być może Baridge podpisało się pod apelem Torondo, ale niekoniecznie
znaczy to, że odrzucono tu wszelką technologię - powiedziała spokojnym,
rozsądnym głosem. - Nawet ludzie, którzy deklarują poparcie dla żądań
butlerowców, mogą nie mieć ochoty na całkowitą zmianę swego stylu życia.
Gęste, rudawe wąsy Josefa najeżyły się, kiedy się do niej uśmiechnął.
- I właśnie dlatego zwyciężymy, moja droga. Można mieć zastrzeżenia
filozoficzne i być z nich dumnym, ale taka głęboka wiara szybko
przygasa, kiedy zaczyna się łączyć z niedogodnościami.
Na planecie widać było zwykły błękit wody, brązy i zielenie kontynentów
przezierające przez białe kłęby chmur. Zamieszkane światy były w pewien
sposób do siebie podobne, ale Josef zazgrzytał zębami, kiedy spojrzał na
ten, bo kojarzył mu się on z głupią decyzją jego przywódcy, dziekana
Kalifera.
Nie miał cierpliwości dla krótkowzrocznych ludzi, zwłaszcza kiedy byli u władzy.
- To sprawa niewarta zachodu - powiedział. - Niepotrzebnie straciliśmy
czas i paliwo, lecąc tutaj. Z chełpienia się nie ma żadnych zysków.
Cioba przysunęła się tak blisko, że dotknęła jego ramienia.
- Baridge zasługuje na to, by dać mu drugą szansę. Musisz przypomnieć
jego mieszkańcom, jaki jest koszt ich decyzji. Może dziekan Kalifer
przemyślał to do tej pory. - Pogładziła męża po gęstych włosach.
Ujął jej dłoń, po czym puścił.
- Ludzie często mnie zaskakują, ale zwykle nie jest to zaskoczenie
przyjemne.
Niespokojne słońce, wokół którego krążyło Baridge, było w okresie
szczytowego wzrostu aktywności. Wcześniej planeta znana była z kolorowych zórz, które pochłaniały i odbijały większą część
promieniowania słonecznego, ale mimo to grad naładowanych cząstek i tak
przenikał przez atmosferę i spadał na powierzchnię. Dla ochrony przed
nimi mieszkańcy używali specjalnych kremów, pokrywali okna warstwami
substancji, które filtrowały światło, pochłaniając szkodliwe pasma
widma, osłaniali ulice markizami. Satelity umieszczone na orbicie
Baridge mierzyły stopień aktywności słońca i ostrzegały obywateli, kiedy
powinni pozostać w domach. Dzięki nowoczesnym urządzeniom medycznym
leczono masowo występujące nowotwory skóry, a ludność spożywała duże
ilości melanżu, który wzmacniał układ odpornościowy.
W normalnych warunkach Baridge było dobrze przygotowane na stawienie
czoła zagrożeniom powodowanym przez zmiany cyklu słonecznego, ale
ostatnio dziekan Kalifer i jego rządząca koteria ulegli naciskom
barbarzyńskich fanatyków Manforda Torondo. Po przyjęciu apelu
butlerowców i potępieniu Venport Holdings Kalifer oświadczył, że jego
planeta będzie odtąd wolna od wszelkiej skażonej technologii.
W konsekwencji, zgodnie z danym słowem, Josef zerwał kontakty z planetą.
Przecież wcześniej dał jasno do zrozumienia całemu Imperium, że jego
statki nie będą dostarczać sprzętu, artykułów luksusowych, melanżu ani
jakichkolwiek innych towarów na żaden świat, który poprze apel
butlerowców. Tę lukę starały się wypełnić mniejsze przedsiębiorstwa
spedycyjne, ale dysponowały marnymi i przestarzałymi flotami, a przy tym
żadne nie miało nawigatorów, którzy przeprowadziliby bezpiecznie statki
przez zagiętą przestrzeń, wskutek czego traciły mnóstwo jednostek.
Josef zerknął na zbiornik, w którym znajdował się nawigator tego statku.
Przez opary gazu przyprawowego ledwie było widać zdeformowaną postać,
ale wiedział, że pierwotnie był to szpieg Royce Fayed, którego
schwytano, gdy próbował wykraść tajemnicę tworzenia nawigatorów. Josef
wspaniałomyślnie wyjawił mu ten sekret, zmuszając, by sam został
nawigatorem. Pod kierunkiem Normy Cenvy stał się, o dziwo, jednym z najlepszych. Teraz, kiedy przemiana dobiegła końca, był bardzo wdzięczny
za dar, który otrzymał.
- Dotarliśmy na Baridge - przemówił nawigator przez głośnik zbiornika.
Rozmowa z nawigatorami często sprawiała Josefowi trudność, ponieważ tak
rozwinięte mieli umysły.
- Tak, jesteśmy na Baridge - rzekł. Czy Fayed myślał, że nie wie, jaki
jest cel ich podróży?
- Odkryłem inny statek na orbicie. To nie jest jednostka handlowa.
Jedna z metalowych grodzi zamigotała i zamieniła się w okno
transmisyjne. Ukazał się w nim w dużym powiększeniu okręt na niskiej
orbicie, nie jednostka obecnych Sił Zbrojnych Imperium, lecz jeden ze
starych krążowników Armii Dżihadu, przejęty i wykorzystywany przez
barbarzyńców.
Josef zacisnął zęby, kiedy zobaczył, jak intruz rozjarzył się, pędząc w ich stronę.
- To jeden ze statków PółManforda - powiedział.
Przyglądał mu się uważnie, widział, jak jest najeżony bronią, ale nie
odczuwał najmniejszego niepokoju. Nie miał wątpliwości, że jego kapitan
okaże się arogantem o głębokiej wierze, za to zupełnie pozbawionym
rozsądku.
Cioba zmarszczyła brwi.
- Stanowi dla nas zagrożenie? - zapytała.
- Oczywiście, że nie.
Młody mężczyzna na mostku butlerowskiej jednostki przysłał komunikat.
- Do statku VenHold: Macie zakaz zbliżania się do Baridge. Ci ludzie
przysięgli, że nie będą korzystać z waszej przeklętej technologii.
Odlećcie albo zostaniecie zniszczeni.
- Szkoda w ogóle odpowiadać, mężu - powiedziała Cioba z westchnieniem. -
Nie można dyskutować z zelotami.
Chociaż Josef zgadzał się z nią, nie zdołał utrzymać języka za zębami.
Włączył nadajnik.
- To dziwne - przekazał. - Myślałem, że to VenHold nałożyło embargo na
tę planetę, nie odwrotnie. A jeszcze dziwniejsze jest to, że taki
zażarty butlerowiec lata skomplikowanym statkiem. Czy ta zaawansowana
technologia nie doprowadza cię do utraty kontroli nad pęcherzem?
Butlerowski kapitan racjonalizował sobie prawdopodobnie wykorzystywanie
technologii "dla większego dobra" albo twierdził, że dzięki używaniu jej
"w służbie świętej sprawy" jednostka nie należy do rzeczy niemożliwych
do przyjęcia.
Kiedy na ekranie ukazał się Josef, dowódca okrętu cofnął się, jakby
zobaczył węża.
- Demon Venport we własnej osobie! - wykrzyknął. - Dostałeś ostrzeżenie!
O dziwo, przerwał połączenie.
Cioba wskazała ruchem głowy okno transmisyjne.
- Uzbraja pociski - powiedziała.
- Całkiem możliwe, że Manford Torondo wyznaczył nagrodę za moją głowę.
Pomysł ten wydał mu się zarówno obraźliwy, jak i śmieszny.
Statek z epoki dżihadu otworzył bez ostrzeżenia ogień i zasypał ich
starymi pociskami burzącymi. Waliły one w udoskonaloną tarczę - inny
cudowny wynalazek Normy Cenvy - jednostki VenHold, nie czyniąc jej
żadnej szkody. Jej systemy obronne znacznie przewyższały wszystko, czym
dysponował wróg.
- Wpis w dzienniku pokładowym - powiedział Josef, zwracając się do
umieszczonych w ścianach nagrywarek. - Nie zaczęliśmy strzelać pierwsi.
Nie dopuściliśmy się żadnej prowokacji ani agresji. Zostaliśmy
zaatakowani bez powodu i jesteśmy zmuszeni się bronić. Zniszczcie ten
statek - przekazał na pokład artyleryjski, gdzie obsługa dział i wyrzutni znajdowała się już na stanowiskach. - Drażni mnie.
Oficer dowodzący spodziewał się tego rozkazu, więc natychmiast na
jednostkę butlerowców posypał się grad pocisków i rozerwał ją na
strzępy. Po paru sekundach było już po wszystkim. Josef ucieszył się, że
nie musi tracić więcej czasu.
Przyglądając się dogasającej na ekranie łunie, Cioba szepnęła:
- Powiedziałeś, zdaje mi się, że ten statek nie stanowi dla nas
zagrożenia.
- Dla nas nie, ale te dzikusy zagrażają samej cywilizacji. Uważam, że
ta kara im się należała. Są w pobliżu jeszcze inne statki? - zwrócił się
do nawigatora. - Towarowe, transportowce konkurencji?
- Nie - odparł Fayed.
- To dobrze, bo w tej sytuacji mieszkańcy Baridge powinni być bardziej
ulegli.
Wysłał na planetę komunikat zaadresowany bezpośrednio do dziekana
Kalifera. Zadbał, by wiadomość znalazła się w ogólnodostępnym paśmie.
Przypuszczał, że wielu rzekomo pobożnych butlerowców na Baridge wciąż
posiada nielegalne odbiorniki, chciał, żeby usłyszeli całą rozmowę.
Dziekan Kalifer odpowiedział od razu, co wskazywało, że obserwował ich
przylot. Prawdopodobnie wiedział też, że strzegący dostępu do planety
okręt butlerowców został zniszczony. Bardzo dobrze, to jeszcze jeden
powód dla dziekana, żeby nie robić trudności.
Na ekranie ukazał się Kalifer. Widać było, że się zgarbił i zwiesił nos,
jakby doszedł do wniosku, że stanął po niewłaściwej stronie. Mówił wolno
i z namaszczeniem, a zakończenie każdego zdania zabierało mu tyle czasu,
że Josefa zaczęło ogarniać zniecierpliwienie. Każdemu rozmówcy dziekana
Kalifera musiały się cisnąć na usta słowa: "Szybciej, człowieku".
- Ach, statek VenHold. Mieliśmy nadzieję, że zastanowicie się raz
jeszcze nad waszym embargiem. Jestem zaszczycony, że przybył pan tu
osobiście, dyrektorze Venporcie.
- Przybyłem osobiście, ale nie jestem zadowolony z tego, jak mnie
przyjęto. Powinniście mi podziękować za to, że te wściekłe psy nie będą
wam już więcej sprawiać kłopotów. - Mogło się okazać, że ta podróż nie
była jednak stratą czasu. Dawała przynajmniej Josefowi okazję, żeby
dopiec dziekanowi w obecności podsłuchujących ich rozmowę mieszkańców
Baridge. - Przywożę medykamenty, konkretnie leki na raka, i polimerowe
kremy, żebyście mieli czym się zabezpieczać przed promieniowaniem
słonecznym. Przywiozłem też zespół wybitnych lekarzy wykształconych w Akademii Suka. Specjalizują się w leczeniu zmian skórnych i różnych
nowotworów i pomogą waszej ludności.
- Dziękuję panu, dyrektorze! - Kalifer był tak podekscytowany, że słowa
te wypowiedział - dla odmiany - szybko.
Josef spojrzał na żonę. Był pewien, że dobrze wie, co on robi. Jej
biznesowe wyczucie i umiejętność wnikliwej obserwacji były dla niego
bezcennymi atutami.
- Mamy też duży ładunek melanżu, który - jak wiem - jest tutaj popularny
- rzekł Josef obojętnym tonem. - Baridge było dawniej ważnym klientem
VenHold i przykro by nam było przestać robić z wami interesy. Sprzedamy
wam tę dostawę z rabatem, żeby uczcić wznowienie kontaktów handlowych.
Kiedy Kalifer uśmiechnął się z ulgą, głos Josefa stwardniał.
- Jednak najpierw musicie odrzucić apel Manforda Torondo. Odtrąciliście
wszelką zaawansowaną technologię, ale teraz uświadomiliście sobie, jak
irracjonalna jest taka postawa. Jeśli pragniecie przywrócić kontakty
handlowe z VenHold i otrzymywać dostawy, włącznie z tym ładunkiem
przyprawy z Arrakis, musi pan publicznie wyrzec się butlerowców. -
Spojrzał dziekanowi Kaliferowi prosto w oczy.
Przywódca planety nie odzywał się przez długą chwilę.
- Ależ to niemożliwe, dyrektorze - rzekł w końcu. - Ludność zbuntowałaby
się, a przywódca Torondo srodze by się zemścił. Błagam o nieco bardziej
elastyczne podejście. Zapłacimy wyższą cenę, jeśli będzie pan nalegał.
- Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, ale mnie chodzi o coś innego
niż wyższe ceny - powiedział Josef. - Dla dobra ludzkości trzeba
skończyć z tym barbarzyńskim absurdem, a skończy się z nim dopiero
wtedy, kiedy takie planety jak Baridge wybiorą cywilizację i handel
zamiast fanatyzmu. - Skrzyżował ramiona na piersi. - To nie jest wybieg
w celu uzyskania przewagi w negocjacjach, dziekanie, tylko moja oferta.
Kalifer poszarzał na twarzy i zrzedła mu mina.
- Nie... nie mogę się na to zgodzić, dyrektorze. Obywatele Baridge nie
ustąpią.
- Jak pan sobie życzy, dziekanie - powiedział Josef obojętnie, chociaż
wszystko się w nim gotowało z wściekłości. - Panu pierwszemu
zaproponowałem mój ładunek, ale mogę go sprzedać na następnej planecie.
Wycofuję ofertę. Nie będzie dalszych dostaw, dopóki będzie pan trwał w uporze. Życzę powodzenia w radzeniu sobie ze skutkami burz słonecznych.
Cioba zakończyła połączenie. Josef stał z rozdętymi nozdrzami,
potrząsając głową i starając się uspokoić.
- Wkrótce zmienią zdanie - powiedziała. - Widziałam to w oczach
dziekana, w drgnięciu jego twarzy, słyszałam niepokój w jego głosie. Już
zaczyna ogarniać ich rozpacz.
- Ale jak szybko wyrzekną się swojej wiary? Nie mam ochoty dawać im bez
końca szansy. - Josef obrócił się do zbiornika nawigatora. - Lećmy na
następną planetę z naszej listy. Zobaczmy, co mają do powiedzenia jej
mieszkańcy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki