Menażeria ludzka - Gabriela Zapolska

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Żabusia

Była jasną blondynką, jasną jak słońce promienne... Drobna jej, maluchna buzia różowa i biała - śmiała się jakimś dziecinnym, naiwnym śmiechem, żłobiącym w pulchnych policzkach dwa rozkoszne dołki. Z całej jej postaci zdawała się wydzielać woń, właściwa różowym hyacyntom, a gdy ubrana w różowe "matinée", przesuwała się ze śmiechem z pokoju do pokoju - jakaś srebrna smuga znaczyła jej przejście, smuga, którą pozostawia po sobie wschodząca jutrzenka. Śmiała się ona zawsze, ta rozkoszna, jasnowłosa kobietka - śmiała się leżąc jeszcze w kołysce, potem u kratek konfesyonału - wreszcie u stopni ołtarza, gdy wlokła za sobą szumiący tren jedwabnej białej szaty. Śmiech powitał nawet krzyk jej córki - bo nawet w cierpieniach umiała coś zabawnego wynaleźć. Była bardzo pobożną i codzień prawie biegała do kościoła. Miała ładną książeczkę, oprawną w kość słoniową i zbrudzoną na kartkach, które czerniły się modlitwą "Za męża i rodzinę". To była jej świąteczna książka - na codzień miała wielkiego "Dunina", którego czytała, strzelając oczkami na lewo i prawo, lub przechylając główkę na atłasową kołdrę swego eleganckiego łóżka. Lubiła łakocie i miała pod poduszką kilka daktyli, które jadła, przebudziwszy się w nocy, chichocząc się jak szalona. Przepadała za wanilią i miała jej zawsze pełne kieszenie, lubiła grać w loteryjkę - przytem szachrowała dość zręcznie. Córkę swoją - małą, pucołowatą dziewczynkę, przezwała "Nabuchodonozorem" a męża "Rakiem". Siebie samą, jakkolwiek miała na chrzcie św. imię Zofii, nazywała "Żabusią". Często siadywała na dywanie i bawiła się z córką, przyczem następowała zwykle kłótnia o zabawki, które matka z córką wydzierały sobie wzajemnie... Mąż, dobry, poczciwy filister, urzędnik w jakiemś towarzystwie asekuracyjnem, pokręcał wąsa i uśmiechał się z zadowoleniem. - Dziecinna! ach! jaka dziecinna ta moja Żabusia! Ona, z krzykiem zrywała się z ziemi, siadała na kolanach męża i rozpoczynała śpiewać...

Jechał pan Za nim chłop A za nimi żydóweczki Pogubiły patyneczki...

Śpiewając, wyciągała z mężowskich kieszeni pieniądze i z powagą dawała mu dziesięć groszy. - Masz, Raku, na czarną kawę!... Resztę pieniędzy chowała do tualetki. I Rak poddawał się tej tyranii, jakkolwiek dziesięć groszy dziennie, nawet dla urzędnika w towarzystwie ubezpieczeń, chyba za mało!... Jakże się jednak sprzeciwić tej rozkosznej istocie, która z całą naiwnością patrzy mu w oczy i biały, pachnący karczek do pocałunków nadstawia? Brał Rak ową wytartą dziesiątkę i całował Żabusię, znajdując w tem wiele rozkoszy. Była więc bożyszczem całego domu. Kochał ją mąż, pomimo że tyranizowała go nieznacznie. Kochało dziecko, pomimo że wydzierała mu zabawki i wyrywała włosy, czesząc dwuletnią dziewczynkę a la Mikado. Kochały sługi, pomimo że grymasiła bezustannie i czasem całe ranki siedziała w kuchni. Nad wszystko jednak ubóstwiali ją rodzice. Tych dwoje starych ludzi w Żabusi swej widziało uosobienie cnót i doskonałości wszelakich. Żabusia - jedyne, wypieszczone dziecko, za wzór była wszystkim kobietom stawiana... I gdy co wieczór zgromadzano się dokoła stołu, oświeconego wiszącą lampą, Żabusia, wycinająca lalki z tektury lub lepiąca abażury, była punktem koncentrującym wszystkie spojrzenia. Ku niej zwracano się, uśmiechano, przesyłano pieszczotliwe słowa. Ona, różowa, biała, wesoła - poddawała się tym pieszczotom, tej wielkiej miłości, jaka ją otaczała, kąpiąc się niejako w cieple przywiązania i rozsiewając dokoła promienie szczęścia rodzinnego. Każdemu odwzajemniała się dobrem słowem, uśmiechem - a drażniąc Nabuchodonozora, głaskała dziecko po głowie; potrąciwszy sługę, uśmiechała się do niej, nazywając "poczciwą idyotką"... Nie - stanowczo, nikt nie mógł się na Żabusię gniewać, lecz przeciwnie, każdy musiał ją uwielbiać jak wcielenie dobroci, wdzięku i prostoty....

----------
Była ona uosobieniem kobiecości.

Miała tyle tkliwości w spojrzeniu, w głosie, w ruchach łaszącej się kotki, że rozkosz było patrzeć, gdy na paluszkach skradała się, aby uszczypać drzemiącego męża, lub nasypać pieprzu w otwartą buzię córki... Śmiała się potem rozkosznie i wdzięcznie przeginając, zasypywała pieszczotami przerażonego męża, lub skrzywioną dziecinę... mówiła przytem cieniuchnym głosikiem: - Nie gniewać się na Żabusię!... Więc mąż uśmiechał się do tego biało-różowego zjawiska, dziękując Bogu, że dziecinne usposobienie żony pozwoli mu nie lękać się o naruszenie z jej strony wierności małżeńskiej... I rzeczywiście - kręcąca się po domu z wesołą piosenką na ustach, ubijająca piankę w kuchni, przyszywająca guziki do mężowskiego palta lub nicująca krawaty, była uosobieniem kochającej żony i "milutkiej" kobiety. Miewała jednak chwile, w których przychodziły jej na myśl poważniejsze refleksye. Naprzykład po przeczytaniu "Pani Bovary" - zamknąwszy książkę, usiadła u nóg męża. W ręku trzymała kawałek newchatelu, lecz nie gryzła go, ale pogrążyła się w zadumie. Mąż, czytając "Kuryera", nie przerywał ciszy. - Wiesz, Raku - wyrzekła nareszcie - ta kobieta to zdradzała męża... niegodziwa, prawda? - Hm - odparł zagadnięty - jeżeli mąż był niedołęga... Lecz nie mógł dokończyć. Żabusia porwała się nagle jak szalona. - To nie upoważnia! - wołała - i ty, Raku, jesteś niedołęgą a przecież cię nie zdradzam!... - O - protestował mąż. - Niema... o! - upiec na rożnie taką kobietę... nic ją nie usprawiedliwia!... to potworne!... w dodatku pani Bovary miała dziecko, o takiego Nabuchodonozora!... I tu Żabusia, porzuciwszy ser, chwyciła w objęcia córkę, która głośnym krzykiem zaprotestowała przeciw temu gwałtowi. Rodzice tymczasem spoglądali po sobie. O! tak! - oni wychowali Żabusię w świętych, tradycyjnych przepisach cnoty i surowości. Ona wie, czem się brzydzić na świecie, co jest nikczemnością, fałszem i podłością... To anioł! Anioł domowego ogniska, który śmiechem swym troskę z czoła męża spędza, jest chlubą i podporą rodziców, troskliwą i czułą matką!... To anioł ta Żabusia, kręcąca się w tej chwili po pokoju z szelestem jedwabnego szlafroczka... Uosobienie wdzięku, miłości, niewinności, cnoty!... Nagle Żabusia zatrzymuje się w tańcu. Spogląda na zegar i, kołysząc się zwolna, podchodzi ku mężowi. - Żabusię głowa boli! - mówi, sadzając córkę na kolanach męża. - Żabusia pójdzie na spacer... - Będę ci towarzyszył... - woła mąż. - Niechcę! - protestuje z miluchnym dąsem - pójdę sama! Rak tu zostanie i będzie Nabuchodonozorowi cacka ustawiał!... - Ależ!... - No! sprzeciwiasz się? - Nie... tylko kawa!... - Pójdziesz jak wrócę... wtenczas dam ci dziesiątkę, inaczej, z czem Rak do cukierni pójdzie?... Mąż jeszcze próbuje opozycyi. - Żabusia tak chce! - woła młoda kobieta, uśmiechając się zalotnie - Żabusia bardzo prosi, główka ją tak boli!... Rodzice uważają za stosowne interweniować. - Ależ idź, drogie dziecię!... przejdź się! - mówi ojciec. - Pobladłaś, cierpisz widocznie - dodaje matka. I za chwilę przez pokój, w którym jest zgromadzona cała rodzina, przesuwa się Żabusia w nowym, sukiennym kostiumiku, okładanym szenszylami. Wygląda jak młodziuchne dziewczątko w tym obcisłym żakieciku, a nowe buciki skrzypią za każdym krokiem. Całuje ręce rodziców, mężowi nadstawia usta do pocałunku, córkę głaszcze po głowie i żegnana, obdarzona pieszczotami, staje jeszcze na progu, przesyłając pocałunki końcami palców, ubranych w duńską rękawiczkę. - Pa!... pa!... - woła - pa, Raku! pa, Nabuchodonozorze!... pa, mamusi i ojczusiowi... a niech Rózia za pół godziny samowar nastawi i po sucharki pójdzie!... pa!...

I cicho znika we drzwiach, pozostawiając po sobie gamę srebrzystego śmiechu i wspomnienie uosobienia niewinnego wdzięku kobiecego.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.