Aymee
- Czekaj! - wrzasnął Shane, a ja zamarłam z ręką na klamce.
Wyskoczył z samochodu i otworzył mi drzwi, po czym wyciągnął w moją stronę dłoń. Zacisnęłam usta, powstrzymując uśmiech.
- Prawdziwy dżentelmen - szepnęłam pod nosem i z jego pomocą wysiadłam z auta.
- Dla ciebie mogę być każdym. Dżentelmenem, złym chłopcem wobec innych, ale dobrym dla ciebie, nawet okrutnym księciem i całym tym skrzydlatym Rhysem - wymruczał, pstryknął mnie w nos i pochylił się, jakby zamierzał mnie pocałować.
- Shane, mój tata jest w domu - wymamrotałam, kładąc mu dłonie na klacie.
Westchnął i chyba chciał przewrócić oczami, ale najwyraźniej się powstrzymał. Następnie wziął do jednej ręki mój plecak, a drugą splótł z moją i razem ruszyliśmy do domu. Nie zdążyliśmy wejść nawet po schodach, a w progu pojawił się tata.
- O, dobrze, że już jesteś. Muszę jeszcze wrócić do pracy, bo mam urwanie głowy.
Nagle Skittles zaczął się przeciskać między futryną i nogami taty. Kucnęłam, żeby nie zaczął na nas skakać.
- Cześć, Shane - dodał tata niezrażony tym, że prawie przewrócił się przez psa.
- Dzień dobry, panie Martin - odparł chłopak z uśmiechem i wyciągnął rękę w stronę mojego ojca w tym samym momencie, w którym Skittles uraczył mnie liźnięciem po twarzy i cichym piskiem.
- Cześć, przystojniaku. Stęskniłeś się za pańcią? - Podrapałam sierściucha za uchem i przeniosłam wzrok na tatę. - Byliście u weterynarza?
- Tak. Skittles może już normalnie chodzić na spacery, ale te pierwsze teraz nie powinny być za długie. Tylko jeśli z nim pójdziesz, to wiesz, w stronę centrum, tam gdzie są ludzie - powiedział stanowczym tonem, akcentując mocniej ostatnie zdanie.
Skinęłam głową i uśmiechnęłam się delikatnie. Chwilę później wsiadał do auta, rzucając jeszcze, że wróci dopiero koło ósmej i że Dalili też ma nie być do wieczoru.
Mogłabym sobie dać rękę uciąć, że dostrzegłam kątem oka, jak Shane się uśmiecha. A może mi się jednak tylko wydawało, bo gdy ojciec opuścił podjazd i zniknął z pola widzenia, chłopak się skrzywił i zaczął nerwowo podrygiwać nogą.
- A ze mną to nagle już nie chcesz się witać, co? - Spojrzał na Skittlesa z oczekiwaniem w oczach, mrużąc delikatnie powieki.
- To wciąż mój pies - rzuciłam z rozbawieniem, dając czworonogowi soczystego buziaka w pysk. - Wiadomo, że najpierw musi się nacieszyć mną.
- Już się sobą nacieszyliście - burknął Shane. - Skittles, nie chcesz skittleschrupka? - Wyciągnął z kieszeni smakołyk i pomachał ręką przed nosem psa.
Ale mój kochany Skittlesior nie dał się przekupić. Wiedziałam, że tak długie witanie się to nie jest jego normalna reakcja na mnie, ale przez ostatnie dwa tygodnie byliśmy nierozłączni, więc musiał sobie odbić tych kilka godzin, które spędziłam w szkole.
- Serio? Gardzisz przysmakami? - Shane autentycznie wyglądał na wzburzonego. - Dobra, żarty się skończyły. Nie chcesz mnie obślinić, to nie, ale oddaj mi moją dziewczynę.
Zrobił krok w moim kierunku i sięgnął ręką, na co Skittles warknął i zaszczekał, po czym mocniej do mnie przywarł i raz jeszcze polizał moją twarz.
- Ej! Rano się umawialiśmy na coś innego! Miałeś się ze mną nią dzielić, a nie samolubnie zabrać Aymee tylko dla siebie.
- Shane, czy ty jesteś zazdrosny o psa? - zapytałam, starając się zachować powagę.
Wydał z siebie dźwięk na pograniczu westchnienia i warknięcia, aż w końcu wymamrotał pod nosem chyba jakieś przekleństwo.
- Jestem o ciebie cholernie zazdrosny - powiedział głośno i wyraźnie, po czym wszedł do domu, rzucając przez ramię: - Nie zdzierżę dłużej tego widoku, więc poczekam w środku, aż się od siebie odkleicie.
Zaśmiałam się głośno, ale stłumiłam te dźwięki w futrze Skittlesa. Shane był totalnie uroczy taki zazdrosny i okłamałabym samą siebie, gdybym powiedziała, że nie lubiłam tej jego wersji zazdrośnika.
Chwilę później, gdy pies nacieszył się moją obecnością, weszliśmy do domu. Zwierzak natychmiast wbiegł do salonu i zaczął piszczeć, prosząc o uwagę Shane'a.
- Teraz nagle chcesz się witać, tak?
Oparłam się ramieniem o futrynę i podziwiałam, jak mój chłopak bawi się ze Skittlesem. A raczej delikatnie go przedrzeźnia.
Cóż, chyba nie istniał piękniejszy widok niż to.
- Długo będziesz tak stać i się przyglądać? - zapytał, odwracając do mnie głowę. - Sierściuch wygłaskany, a ja nadal jestem niedopieszczony.
Ponownie musiałam zacisnąć wargi, żeby się nie roześmiać, i ruszyłam w kierunku sofy. Chciałam usiąść obok chłopaka, ale złapał mnie za rękę i wciągnął na swoje kolana.
Zanim zdążyłam zrobić wdech, poczułam smak jego ust. Wplątałam mu dłonie we włosy, na co uraczył mnie przeciągłym pomrukiem zadowolenia i mocniej do siebie przyciągnął. Między naszymi ciałami nie było nawet cala przestrzeni.
Zrobiło mi się cholernie gorąco. Nie wiedziałam, czy to uczucie wywoływała bliskość Shane'a, czy może namiętność jego pocałunku. Nie zastanawiałam się nad tym jednak zbyt długo, bo gdy chłopak sunął rękami od moich kolan przez uda aż do bioder, zahaczając opuszkami palców o tyłek, prawie dostałam gorączki.
Czując jego dotyk na nagiej skórze w pasie, mimowolnie napięłam mięśnie. Musiałam jakoś powstrzymać ochotę poruszania biodrami i otarcia się o niego. Tak naprawdę chyba lekko spanikowałam.
Shane to wyczuł, bo zmienił pocałunek z namiętnego na delikatny. W tym samym czasie wyciągnął spod mojej koszulki ręce i ułożył je na plecach.
- Przepraszam - szepnął mi w usta. - Nie chcę, żebyś pomyślała, że zależy mi tylko na jednym. Nie zamierzam wywierać na tobie presji. Po prostu trudno mi trzymać ręce przy sobie.
Pokiwałam głową, ale nie odważyłam się jeszcze uchylić powiek i spojrzeć mu w oczy.
- Jeżeli przesadzę, masz mi to natychmiast powiedzieć. Nie obrażę się ani tym bardziej nie zrobię ci wyrzutów - dodał cicho i musnął nosem mój policzek, po czym złożył delikatny pocałunek w kąciku ust.
Ponownie zrobiło mi się ciepło, ale tym razem na sercu.
Nagle rozdzwonił się jego telefon. Zeszłam z kolan chłopaka, by mógł sięgnąć do kieszeni. Skittles od razu położył mu pysk na nogach i spojrzał na niego, chyba licząc na kolejny smakołyk.
Shane odebrał połączenie. Napiął mięśnie żuchwy, zgrzytając cicho zębami. Nie przysłuchiwałam się rozmowie, tylko głaskałam psa za uchem, uśmiechając się, gdy rytmicznie skrobał pazurami tylnej łapy podłogę.
- Nie. Jestem z Aymee i nie chcę się dziś zajmować Mimi. Nie macie opiekunki? - Westchnął i potarł dłonią czoło. - Nie, Aymee musi być ze Skittlesem, a Mimi by go zamęczyła, gdybyście ją tutaj przywieźli. On musi mieć teraz jeszcze spokój. - Opuścił luźno ramiona jakby w rezygnacji. - Okej, do pół godziny powinienem przyjechać - burknął i się rozłączył. - Muszę wracać.
- Rozumiem. - Uśmiechnęłam się delikatnie. - Ale jeśli będziesz miał czas wieczorem... Zawsze mogę znów zmyć makijaż, który zrobi ci Mimi - rzuciłam z uśmiechem i po sekundzie wytrzeszczyłam oczy. - Nie chciałam podsłuchiwać, po prostu...
Roześmiał się i pokręcił głową, po czym przybliżył do mnie twarz i cmoknął moje usta.
- Jesteś tak cholernie słodka, że mam ochotę cię zjeść.
- Wydaje mi się, że prędzej nabawiłbyś się zgagi. Raczej nie smakowałabym dobrze.
Przyłożył do ust pięść i zacisnął na niej zęby, jakby próbował powstrzymać wybuch śmiechu. Dopiero po dłuższej chwili uniósł na mnie pełen rozbawienia wzrok.
- Uwierz, to, co chciałbym z ciebie zjeść, na pewno jest wyśmienite.
Otworzyłam usta, żeby ponownie zaprzeczyć, ale dotarł do mnie sens wypowiedzi. Na Boga, spaliłam cegłę i nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić w tym momencie!
- Dobra, już się zamykam - wydusił, powstrzymując śmiech. Cmoknął mnie raz jeszcze w usta i dodał: - Muszę jechać do tego małego, wrednego skrzata. Odezwę się później.
Potarł nosem o mój, odsunął się, po czym dał Skittlesowi przysmak, aż w ostateczności zniknął z salonu, pozostawiając za sobą zapach jaśminu i ozonu.
- Zejdę z nim na zawał - wymamrotałam pod nosem i wzięłam kilka głębokich, uspokajających oddechów.
A jakąś godzinę później kierowałam się ze Skittlesem do parku, gdzie umówiłam się z Miley. Musiałam z nią pogadać, inaczej chyba mózg by mi eksplodował.
Usiadłam na ławce pod starym drzewem i czekałam, aż przyjaciółka do mnie dołączy. Żeby umilić sobie jakoś ten czas, a przede wszystkim rozproszyć myśli, wyciągnęłam z kieszeni telefon. W tym samym momencie dostałam wiadomość od Shane'a. Wysłał mi zdjęcie siebie z wieloma warkoczykami na głowie zakończonymi różowymi gumkami.
Parsknęłam tak głośnym śmiechem, że nawet Skittles dziwnie na mnie spojrzał. Natychmiast ustawiłam sobie tę fotografię jako tapetę.
- Myślałam, że raczej będziesz zestresowana, a nie rozbawiona.
Uniosłam głowę i uśmiechnęłam się do Miley stojącej parę kroków ode mnie.
- A czemu miałabym być zestresowana?
- Bo przez telefon prawie się jąkałaś - wyjaśniła i usiadła obok, a Skittles od razu niemal wskoczył jej na kolana. - Więc o czym chciałaś pogadać?
- Emm... - mruknęłam i podrapałam się po nosie, myśląc, jak zacząć rozmowę.
- No i jesteś zestresowana. - Westchnęła, po czym przyciągnęła mnie do swojego boku, zarzuciwszy mi ramię na barki. - Wyduś to z siebie w końcu.
- No tak, ten... Pamiętasz, jak z początkiem szkoły poszłyśmy na spacer, który zakończył się u MacCartneyów?
- Pamiętam. Co w związku z tym?
- A pamiętasz słowo, które wtedy powtarzałaś jak jakaś nienormalna?
- Dingdong? - Zmarszczyła brwi, a sekundę później wytrzeszczyła oczy. - Już wiesz, jakiego ma Shane?! - pisnęła stanowczo za głośno, dlatego natychmiast zasłoniłam jej usta dłonią. Zaraz ją ściągnęła. - Kiedy zdążyłaś z nim uprawiać seks?!
- Jezu, weź się opanuj! - syknęłam. - Nie uprawiałam z nim seksu!
- No to czemu wspominasz dingdonga?
- Bo... Poczułam go dziś dwa razy, jak się całowaliśmy, i...
- I? - Spojrzała na mnie ponaglająco.
- Nie ułatwiasz - wymamrotałam, zasłaniając twarz rękami.
Westchnęła i ułożyła mi skroń na ramieniu.
- Czyli całowaliście się, będąc przyciśnięci ciało do ciała, i spanikowałaś, gdy coś tam mu w spodniach urosło, mam rację?
- Yhm, masz - szepnęłam.
- Boże, zanim się wysłowisz, o co ci dokładnie chodzi, to chyba szybciej będzie, jeśli zgadnę. - Wzięła głęboki wdech. - Chciałaś ze mną porozmawiać o seksie, pierwszym razie i jak się do tego wszystkiego zabrać, tak?
- Tak.
Jak ona dobrze mnie znała.
- To powiem ci, jakich rzeczy nie robić i czego sama żałuję, bo teraz postąpiłabym inaczej. Po pierwsze dajcie sobie czas na poznanie się i nie chodzi mi o to, żeby czekać z seksem do pieprzonego ślubu. Po prostu najpierw poznajcie się intymnie.
- Co? Jak to zrobić bez uprawiania seksu? - zapytałam na wydechu. Totalnie się pogubiłam.
- Ay, znam cię na tyle, że wiem, jak bardzo źle postrzegasz seks.
Wyprostowałam się niczym struna i spojrzałam na nią z jawnym oburzeniem.
- Czy ty mnie uważasz za jakąś nawiedzoną zakonnicę? Bez przesady. Może i nie potrafię być otwarta i dyskutować luźno na te tematy, ale nie demonizuję seksu.
- Aymee, nie o to mi chodzi. - Odsunęła się nieznacznie i usiadła pod skosem, żeby popatrzeć mi w twarz. - Ale czy teraz myślisz o seksie przez to, że w końcu masz z kim go uprawiać, czy raczej dlatego, że zapewne Shane prędzej czy później będzie go chciał i ty oczywiście nie chcesz go stracić, więc już się na to przygotowujesz? Nie dlatego, że marzysz o tym, by w końcu to z nim zrobić, tylko dlatego, że według ciebie to konieczne w celu utrzymania związku.
Zacisnęłam usta w wąską linię, bo gdyby się nad tym głębiej zastanowić...
- I w tym złym postrzeganiu seksu nie chodzi mi o to, że go demonizujesz, ale że w samych myślach nie stawiasz się na równi z Shane'em. Wiem, że tak jest. Większość dziewczyn, kiedy jest zakochana i uprawia seks, to żeby przypadkiem nie zasmucić faceta albo nie zniszczyć jego męskiego ego, udaje, jak jest im dobrze, nawet jeśli nie jest. A nie o to chodzi w związku.
Wypuściłam spięty oddech, dając sobie chwilę na zebranie myśli.
- Shane mnie podnieca - wymamrotałam. - Dziś mało brakowało, a zaczęłabym się o niego ocierać jak jakaś niewyżyta nimfomanka.
- To dlaczego tego nie zrobiłaś?
- No bo jeszcze nie byłam gotowa iść na całość! - pisnęłam i się rozejrzałam, by sprawdzić, czy nikt nas nie podsłuchuje. Gdyby tak było, umarłabym z zażenowania.
- Więc właśnie o to mi chodzi. Najpierw powinniście się poznać w taki intymny sposób. Przecież możecie spędzić w łóżku całą noc. Nadzy. I nie musicie się na siebie od razu rzucać. Poznajcie się dobrze. Naucz się, w jaki sposób Shane lubi być dotykany i w jaki sama lubisz być dotykana. Pamiętaj, że seks ma być wisienką na torcie, ale zanim się ją zje, trzeba umieć rozkoszować się tortem.
Skinęłam głową.
- Okej, rozumiem to wszystko, ale... Ja nigdy nie dotykałam faceta w taki sposób. Nikt nie dotykał mnie w taki sposób. Może dasz mi wskazówki?
Zaśmiała się, a ja miałam ochotę trzepnąć ją w tył głowy. Przyszłam do niej z problemem, a ona mnie wyśmiała!
- A skąd ja mam wiedzieć, jak Shane lubi być dotykany? Poproś go, żeby cię poprowadził, pokazał, co i jak.
Wstrzymałam powietrze i znów wytrzeszczyłam oczy.
- Jak niby mam o to poprosić, skoro ledwo potrafię o tym gadać z tobą?
- Jeżeli nie potrafisz rozmawiać z nim o tym...
- To co? Mam nie uprawiać seksu?
- Możesz mi nie przerywać? - zapytała ze śmiechem. - Jeżeli nie umiesz rozmawiać, to znajdź inny sposób komunikacji. Taki, dzięki któremu będziesz się czuła komfortowo, jednocześnie wiedząc, że przekazałaś jasną informację bez niedomówień.
- Czyli jaką?
- Nie wiem. Pisz mu wiadomości albo listy. - Wzruszyła ramionami i spojrzała na telefon. - Muszę się zbierać, bo obiecałam mamie, że pomogę jej z ciastem. Tata ma jutro urodziny.
Uśmiechnęłam się krzywo, ale skinęłam głową. Miley cmoknęła mnie w policzek na pożegnanie, po czym pogłaskała Skittlesa i ruszyła w stronę wyjścia z parku.
Zanim sama podniosłam się z ławki, zerknęłam na komórkę. Miałam nową wiadomość od Shane'a. Napisał, że dziś już niestety nie da rady się spotkać.
Szkoda.
Ledwo wstałam, a zza pleców doszło do mnie wołanie:
- Aymee?!
Odwróciłam się i wstrzymałam oddech, dostrzegłszy Ashtona.
- Cześć - mruknęłam, gdy podbiegł.
Skittles pociągnął za smycz, żeby móc obwąchać chłopaka. Ash pogłaskał go, dopiero gdy pies nieco się odsunął.
- Ale z ciebie wielka bestia - odezwał się do niego, a następnie uniósł na mnie wzrok i dodał: - Czyli dopięłaś swego i masz nowofundlanda.
Chyba nie udało mi się ukryć zaskoczenia. Pamiętał taki szczegół?!
Pochylił się nad psem i obejrzał obrożę.
- I nazwałaś go Skittles! Normalnie aż mnie rozpiera duma. W końcu to ja zaraziłem cię miłością do tych cukierków. - Wyszczerzył się szeroko, a ja odpowiedziałam jedynie delikatnym uśmiechem.
Jakoś... nie potrafiłam w nim już widzieć kolegi z dzieciństwa, bo nie przypominał tamtego słodkiego chłopczyka. Wydoroślał i wyglądał naprawdę dobrze. I oczywiście nie chciałam dawać Shane'owi powodów do zazdrości. Gdyby on był teraz ze swoją "koleżanką z dzieciństwa", chyba wyrwałabym sobie wszystkie włosy z głowy, zastanawiając się, co robią.
Wzruszyłam ramionami i szarpnęłam lekko za smycz, żeby dać psu znać, że na nas pora.
- Wiesz, ja już muszę wracać. Skittles miał niedawno poważny wypadek i to nasz pierwszy spacer, więc nie powinien być za długi - wytłumaczyłam i z delikatnym uśmiechem zrobiłam krok w tył.
- Mieszkasz nadal tam, gdzie wcześniej?
- Tak.
- To świetnie się składa. Odprowadzę cię, bo i tak szedłem na cmentarz do babci. - Uniósł rękę i dopiero wtedy zauważyłam bukiecik. - Dodatkowo zobaczę, jak tam mój dawny dom się trzyma.
- Państwo Flick dobrze dbają o dom i ogród - powiedziałam cicho, ruszając do wyjścia z parku.
Chłopak zrównał ze mną krok. Często zerkał na moją twarz, za to ja uciekałam wzrokiem wszędzie, gdzie tylko się dało.
Ash chyba dostrzegł, że nie czuję się zbyt komfortowo, bo nagle zaczął rzucać suchymi żartami, takimi, z których śmiałam się, gdy miałam siedem lat. Przez to jakieś dziesięć minut później, gdy zbliżyliśmy się do mojego domu, bolał mnie brzuch ze śmiechu. Cóż, nigdy nie mówiłam, że mam wyrafinowane poczucie humoru.
- To... do jutra - pożegnał się, kiedy weszłam na podjazd.
- Tak. Do zobaczenia w szkole - odparłam i spojrzałam w stronę okna.
Dalila była w środku. I nagle przyszła mi do głowy myśl, żeby udać się do mamy, bo już tak dawno u niej nie byłam.
- Ashton, zaczekaj. Zaprowadzę Skittlesa i pójdę z tobą, okej?
Przytaknął, więc szybko podeszłam do drzwi, wpuściłam psa i krzyknęłam do Dalili, że niedługo wrócę. Chwilę później zmierzaliśmy powoli skrótem na cmentarz.
- W sumie nigdy nie miałem szansy ci powiedzieć, że bardzo mi przykro z powodu śmierci twojej mamy - szepnął i chyba chcąc dodać mi otuchy, złapał mnie za rękę.
- Yyy... Dziękuję - wymamrotałam i przystanęłam. - Czekaj, rozwiązał mi się but - rzuciłam i kucnęłam, wyrywając dłoń z jego uścisku. Na szczęście było już stosunkowo ciemno, dlatego raczej nie mógł dostrzec, że wcale nie musiałam wiązać sznurówek.
- To był wypadek, prawda? Jechałaś wtedy z nią w samochodzie.
Zacisnęłam usta w wąską linię i skinęłam głową, podnosząc się do pionu.
- Złapali tego, który go spowodował? - zapytał.
- Mama zjechała z drogi przez jakieś zwierzę. Prawdopodobnie. Nie było tam nikogo innego - mruknęłam i przyspieszyłam kroku.
Ash już się nie odzywał. Przekroczyliśmy cmentarną bramę i każde z nas poszło w swoją stronę. Kiedy znalazłam się przy nagrobku mamy, rozciągnęłam usta w uśmiechu na widok róży.
Nawet jeżeli ja zawalałam ostatnio odwiedziny, ktoś przychodził do niej często. Nie musiała być tu zupełnie sama przez cały ten czas.
- Cześć, mamuś. Wiesz, mam ci tyle do powiedzenia...