Dwudziesty trzeci sierpnia zaczął się zwyczajnie i nic nie wskazywało na to, że ten dzień będzie różnił się czymkolwiek od setek wcześniejszych. W rolę budzika standardowo wcielił się Skittles. Ściągnął z łóżka kołdrę, po czym postanowił urządzić mi poranną toaletę, liżąc mnie po twarzy. Fuj.
Gdybym kilka lat temu została poinformowana, że nowofundlandy poza byciem wielkim, puchatym prawie niedźwiadkiem z ogromnym sercem są również człapiącą na czterech łapach fabryką śliny, zastanowiłabym się dwa razy, czy na pewno chcę psa, a może zdecydowałabym się na kota lub chomika.
Kiedy już wypełzłam z łóżka, wytarłszy twarz w poduszkę, i chciałam skorzystać z łazienki, ta była zajęta. Uderzyłam pięścią w drzwi, a wobec braku odpowiedzi krzyknęłam:
- Długo jeszcze tam będziesz?!
Jęknęłam ze zrezygnowaniem, szarpiąc bezskutecznie klamkę. Dalila milczała jak zaklęta, bo zapewne malowała sobie kreski na powiekach i skupiała się na tym tak bardzo, że nie mogła powiedzieć ani słowa, żeby jej przypadkiem nie zadrżała ręka. Oczywiście istniało też prawdopodobieństwo, że leży tam nieprzytomna, ale stawiałam na pierwszą opcję.
- Chwila - mruknęła po dobrych osiemnastu sekundach. Do moich uszu dotarł dźwięk przekręconego zamka. - Wchodź - szepnęła dziwnym tonem, na co zmarszczyłam brwi i przechyliłam głowę, aby jej się lepiej przyjrzeć. - Tata pojechał już do pracy?
- Nie - odparłam i czym prędzej skorzystałam z toalety.
Siedząc na sedesie, zmrużyłam oczy, uważnie przyglądając się siostrze, która wciąż tylko dokładała sobie jakieś kosmetyki na twarz.
- Czy ty masz zamiar wymknąć się na imprezę? - zapytałam z niedowierzaniem.
Przecież była ósma rano, a ona miała wieczorowy makijaż.
- Wiadomo, że tak. Jak myślisz: czemu pytałam, czy tata wyszedł? Jeszcze zabroniłby mi iść.
- Ale nie ma nawet południa - stwierdziłam oczywistość i sięgnęłam po papier. - Kto robi imprezy rano?
- Jezu, weź się ogarnij. Szykuję się na mecz i oczywiście ognisko po nim. Ostatnia impreza tych wakacji! Trzeba zaszaleć.
Och. Oczywiście. Któż inny w tym mieście - prócz mnie - mógłby mieć ambiwalentny stosunek do takiego ważnego wydarzenia, jakim jest mecz futbolu amerykańskiego między dwoma nienawidzącymi się drużynami?
Nie skomentowałam, bo uznałam, że szkoda się produkować. Nie widziałam sensu dalszej konwersacji. Rozgrywka zaczynała się o czwartej po południu, więc zostało jakieś osiem godzin.
Gdy spuściłam wodę, podeszłam do siostry i strzeliłam ją z biodra, żeby się przesunęła i zrobiła mi miejsce przy umywalce.
- Cholera no! - syknęła, a ja spojrzałam na nią i parsknęłam śmiechem. Od kącika oka przez skroń aż do linii włosów ciągnęła się czarna linia z eyelinera. - I co się głupio szczerzysz? Teraz muszę zmyć wszystko i zacząć od początku!
- Nie przesadzaj. Poza tym naprawdę chciałaś paradować od świtu w pełnym, ciemnym makijażu?
- To jest makijaż próbny, idiotko. Chciałam sprawdzić, jak będzie się trzymał.
Umyłam dłonie i zamiast wytrzeć je w ręcznik, machnęłam nimi w stronę Dalili. Fuknęła i ścisnęła butelkę płynu micelarnego tak, że oblała mi piżamę.
- Jesteś stuknięta. To tylko mecz i ognisko. Nic nadzwyczajnego - wymamrotałam, sięgając po szczoteczkę do zębów.
Posłała mi wkurzone spojrzenie spod przymrużonych powiek, na co przewróciłam oczami i zabrałam się do szorowania zębów.
- Jakbyś zapomniała, zaczynam liceum i muszę się pokazać z jak najlepszej strony, to po pierwsze. Po drugie mecz jest przeciwko Westview High School i będzie grać Shane Byron. Fajnie by było, gdyby też przyszedł na ognisko...
- To kapitan ich drużyny. Dziwne, gdyby miało go nie być. Ale na pojawienie się na ognisku nie licz. Bogacze nami gardzą - wysepleniłam, po czym wróciłam do poprzedniej czynności.
- A może jednak przyjdzie. W razie czego muszę zrobić na nim wrażenie.
Niemal udławiłam się pianą. Wyplułam ją natychmiast i zaczęłam kaszleć jak nienormalna.
- On nie ma pojęcia o naszym istnieniu. Myślisz, że zainteresuje go zwykła małolata z publicznego liceum? To dziedzic fortuny Byronów. Chyba najbardziej pożądany kawaler w stanie. Nawet nie spojrzy w twoim kierunku - wyrzuciłam z siebie, patrząc na nią jak na wariatkę.
- Nawet gdyby, to ma też fajnych kolegów. Poza tym wielka specjalistka od facetów się odezwała, co nie była na żadnej imprezie i w życiu nie poszła na randkę, a płeć przeciwną omija szerokim łukiem. A przypominam ci, że to twój ostatni rok w liceum. Masz prawie osiemnaście lat!
- Wcale nie omijam ich szerokim łukiem - zaprotestowałam. - I co z tego, że mam prawie osiemnaście lat?
Prychnęła kpiąco.
- No tak, to oni omijają cię szerokim łukiem, bo cała twoja postawa aż krzyczy: "trzymajcie się z daleka, inaczej ugryzę". Poza tym masz osiemnaście lat i nawet się nie całowałaś. To jest chore!
- Przesadzasz - warknęłam, bo wcale tak nie było. Co więcej, swego czasu podkochiwałam się w kilku chłopakach ze szkoły, ale okazali się totalnymi idiotami i przeszło mi to platoniczne zauroczenie.
A fakt, że jeszcze nikt nie skradł mi pocałunku, był spowodowany wyłącznie tym, że miał być on romantyczny. Cholera. Marzyłam o takim jak w filmach i książkach.
- Yhy, przesadzam. To dlatego nie chodzisz na imprezy pomimo zaproszeń? Dlatego oddalasz się na bezpieczną odległość od dziewczyn, gdy tylko podchodzą do nich jacyś chłopcy? Albo ostentacyjnie otwierasz książkę i zaczynasz czytać, kiedy ktoś próbuje do ciebie zagadać? - Uniosła brew i spojrzała na mnie twardo. - Zacznij żyć, a nie stale uciekasz w te durne książki.
- To nie są durne książki - wymamrotałam. - A pomyślałaś o tym, że może najzwyczajniej w świecie nie lubię imprez?
Kolejny raz prychnęła.
- Tak samo jak nie lubisz tańca, prawda? Od... wypadku nie zatańczyłaś. Nawet gdy w telewizji leci scena z tańcem, odwracasz wzrok. Każda wzmianka o tym kończy się twoją zmianą tematu lub ucieczką.
Pokręciłam głową i opuściłam łazienkę, zanim Dalila powie coś jeszcze głupszego.
- Znów to robisz! Znów uciekasz, Aymee!
- Nie uciekam! Idę na spacer ze Skittlesem! - odkrzyknęłam i weszłam do swojego pokoju, gdzie rozlegało się wesołe szczekanie psa. Chyba usłyszał magiczne słowo "spacer".
Wparował do sypialni ze smyczą w pysku, jeszcze zanim zdążyłam wciągnąć na tyłek spodnie. Chwilę później zbiegłam szybko ze schodów, bo Dalila właśnie wyszła z łazienki i nie miała na sobie makijażu. Musiałam czym prędzej ewakuować się z domu, żeby przypadkiem nie truła mi farmazonów przy tacie, który wyłonił się z kuchni i spojrzał na mnie z delikatnym uśmiechem.
- Byłem już na spacerze ze Skittlesem.
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale tata wyciągnął z pyska psa smycz.
- Chodź zjeść śniadanie - dodał i niemal popchnął mnie w stronę jadalni.
Westchnęłam niczym męczennica, opadając na krzesło przy stole. Gdy do pomieszczenia wkroczyła Dalila i usiadła naprzeciwko, wlepiając we mnie to swoje spojrzenie, pokazałam jej środkowy palec.
- Znowu się pokłóciłyście? - zapytał tata, usadawiając się pomiędzy nami.
- Nie... - zaczęłam, ale wtedy moja durna siostra musiała otworzyć paszczę.
- Aymee nie da się nic powiedzieć, tato, bo zaraz strzela focha. Może powinieneś zapisać ją do psychologa?
Opadła mi szczęka. Gdybyśmy żyli w kreskówkowym świecie, zapewne uderzyłaby o stół z głośnym hukiem i połamała blat.
- Aymee...
- Dalila próbuje właśnie zrobić wszystko, żebyś dziś skupił się na mnie, a nie na niej, bo wybiera się na imprezę po meczu - wyrzuciłam z siebie i uśmiechnęłam się zwycięsko.
Sama zaczęła tę nieczystą grę, dlatego nie poczułam nawet ukłucia wyrzutów sumienia, że ją wkopałam.
Tata westchnął i odłożył tosta na talerz. Pomasował dłonią kark i spojrzał najpierw na swoją młodszą - chyba robioną po pijaku i dlatego taką niedorobioną - córkę, po czym przeniósł wzrok na mnie.
- Dalila zaczyna liceum, więc może chodzić na imprezy - wymamrotał. - Wasza mama chybaby mi urwała głowę, gdybym tego zabronił jej córce.
Zacisnęłam usta w cienką linię, zwijając dłonie w pięści. Miałam ochotę wstać i wyjść.
Ten mały wrzód na tyłku wyszczerzył się szeroko, a mnie zadrżała powieka.
- A co do rozpoczęcia szkoły, macie wszystko czy potrzebujecie jakichś zakupów?
- Ja mam wszystko - mruknęłam i skupiłam się na jedzeniu, a raczej skubaniu pieczywa. Jakoś straciłam apetyt po wzmiance o mamie.
- A ja potrzebuję nowych ciuchów. Niestety moja durna siostra...
- Bez wyzywania się i kłótni przy stole - zrugał ją ojciec.
- Bo moja kochana siostrzyczka... - Ironia wręcz się z niej wylewała. - ...ma styl nerda wiecznego prawiczka i nawet nie mam czego kraść z jej szafy.
- Wcale nie ubieram się jak nerd!
- Wcale. - Zaśmiała się głośno. - Z twoją kolekcją babcinej bawełnianej bielizny stracisz dziewictwo dopiero po dziewięćdziesiątce.
Cholera jasna! Może powinnam sprzedać Dalilę na organy? Przynajmniej byłby z niej jakiś pożytek. Sporo bym dostała za samą nerkę, a jeśli policzyć inne narządy, byłabym ustawiona finansowo na kilka najbliższych lat.
Tata się speszył. No tak. Jego wciąż nastoletnie córki poniekąd poruszyły właśnie temat seksu.
- A ty stracisz swoją przed skończeniem sweet sixteen. Normalnie masz czym się szczycić.
Tym razem ojciec prawie udławił się kawą.
- Nie martw się, tato - dodałam, klepiąc go po plecach. - Przynajmniej zostaniesz w miarę młodym dziadkiem i będziesz mieć siły na zabawę z wnukami.
- Skończ, Aymee! - pisnęła Dalila.
- Sama zaczęłaś.
- Spokój, do jasnej cholery! - huknął ojciec, na co obie zamilkłyśmy.
Kiedy podnosił głos, to oznaczało tylko jedno - przegięłyśmy.
- Skoro tak wygląda sytuacja, to - rzekł i spojrzał na tę idiotkę - pójdziesz na imprezę z Aymee.
- Ale...! - wydarłyśmy się jednocześnie, ale tata uniósł dłoń w geście uciszenia.
- Dopóki się naprawdę nie dogadacie, będziecie chodzić na imprezy razem. I mówię to z ciężkim sercem, ale to wasze najlepsze lata na szaleństwa i beztroskę - powiedział twardo. - Tobie przyda się rozrywka, bo faktycznie zamknęłaś się na świat - zwrócił się do mnie, po czym przeniósł wzrok na Dalilę. - A tobie przyda się opieka, żebyś nie przesadziła z zabawą - dokończył mocnym, rozkazującym tonem. Obie wiedziałyśmy, że nie ma szans na negocjacje.
Pięknie. Po prostu pięknie.
Gdy zadzwoniła jego komórka, a on odebrał i odszedł od stołu, nachyliłam się nad blatem i wysyczałam:
- Sprzedam cię na eBayu.
- Jestem cholernym dziełem sztuki, więc jak już, to na Etsy, debilko. - Zwieńczyła wypowiedź pokazaniem mi środkowego palca, po czym włożyła sobie tosta między zęby i tupiąc ostentacyjnie, wyszła z jadalni.
Jasne, sprzątanie znów przypadło mnie.
Zacmokałam, przywołując Skittlesa, i nakarmiłam go pozostałościami po śniadaniu. Następnie ogarnęłam jadalnię, a później kuchnię, co łącznie zajęło mi tysiąc trzysta czterdzieści osiem sekund.
- Chyba nie muszę ci przypominać, że masz przyjść na ognisko.
Przewróciłam oczami i odwróciłam się w stronę siostry z miną wskazującą na chęć popełnienia brutalnego morderstwa. Wiedziałam nawet, jak powinnam pozbyć się ciała, żeby nie zostać złapaną, ale niezależnie od tego, jak bardzo jej w tym momencie nienawidziłam, i tak nie potrafiłam zrobić jej krzywdy. Niestety.
- Przyjdę - burknęłam. - Ale będziesz mi wisieć przysługę.
- Obiecujesz? - zapytała słodko i spojrzała na mnie niczym Puszek Okruszek ze Shreka. - Bo jeśli nie przyjdziesz, ojciec jest zdolny przywlec mnie stamtąd siłą, a nie chcę takiego obciachu.
- Obiecuję.
- Na mały paluszek? - pisnęła i wyciągnęła w moją stronę dłoń.
- Jak ja cię czasami nienawidzę - skomentowałam, splatając nasze małe palce.
- A ja cię teraz kocham całym sercem. - Wyszczerzyła się szeroko. - A właśnie, prawie bym zapomniała. Przed chwilą dzwoniła Miley i prosiła, żebyś jak najszybciej przyszła do Sweet Corner.
- A dlaczego dzwoniła do ciebie, a nie do mnie? - zapytałam, poprawiając niechlujnie związane włosy.
- Może dlatego, że nie odbierałaś telefonu?
No tak. Zostawiłam go w pokoju.
- I lepiej się pospiesz, bo brzmiała jakby płaczliwie.
Nie czekałam już na nic. Nawet nie dopytywałam, czy Miley powiedziała, co się stało, tylko wbiegłam po schodach do pokoju, zabrałam komórkę oraz leżącego obok chupa chupsa, pogłaskałam Skittlesa, który rozwalił się na moim łóżku, i czym prędzej wyszłam z domu, kierując się do mojej ulubionej kawiarni.
Po kilku minutach marszu zmarszczyłam nos, bo słońce schowało się pod ciężkimi chmurami i przekonało mnie do wybrania drogi na skróty, przez park przy Westview High School. Niekoniecznie lubiłam zapędzać się w te rejony za dnia, bo tam zbytnio rzucałam się w oczy swoją normalnością.
Na poprawę humoru i umilenie sobie drogi odpakowałam lizaka i wsadziłam do ust.
Czując na głowie pierwsze krople deszczu, narzuciłam kaptur, ale zamiast przyspieszyć kroku, zwolniłam, by móc zaciągnąć się cudownym zapachem ukochanego jaśminu. Rósł przy ogrodzeniu na terenie liceum, ale i tak udawało mi się go podkradać. W naszym ogródku niestety nigdy nie chciał rosnąć, a wszystkie jego zaszczepki gniły.
Przymknęłam na moment powieki i przystanęłam. Ten zapach i dźwięki wygrywane przez deszcz przywoływały wspomnienia o mamie. Kochała tańczyć w deszczu...
Przełknęłam gulę rosnącą w gardle i wypuściłam drżący oddech, po czym wytarłam mokry nos w rękaw bluzy. Miałam już ruszać w dalszą drogę, ale wtedy usłyszałam jakiś krzyk dochodzący z oddali i echo syren policyjnych. Rozejrzałam się, szukając przyczyny tego zamieszania. Początkowo nie dostrzegłam niczego nadzwyczajnego i byłam przekonana, że cokolwiek się dzieje, jestem dość daleko od zajścia.
Zamarłam jednak w pół kroku, gdy zauważyłam cztery ubrane na czarno osoby przeskakujące przez ogrodzenie szkoły. To raczej byli faceci, dodatkowo w kominiarkach. Zjadł mnie stres. Nie potrafiłam się ruszyć. W naszym mieście nie działy się takie rzeczy!
Stałam na środku ścieżki i wytrzeszczonymi w szoku oczami patrzyłam, jak każdy z nich ucieka w innym kierunku. Wciąż wstrzymywałam powietrze, szczególnie gdy jeden z nich mnie zauważył. Chyba zdziwił go mój widok. Przystanął i przechylił głowę. Po kręgosłupie prześlizgnął mi się dreszcz przerażenia. Czy to spowodowało, że w końcu wzięłam nogi za pas? Oczywiście, że nie. Prędzej padłabym tam z powodu niedotlenienia lub uduszenia się, niż zaczęłabym spieprzać.
Och, głupia ja!
Jęknęłam cicho, gdy chłopak ruszył w moją stronę. Włoski na karku stanęły mi dęba, gdy uniósł rękę, a następnie szczęka opadła mi niemal na ziemię. Ściągnął kominiarkę, a zaraz za nią bluzę, zwinął wszystko w kulkę i rzucił w krzaki. Jak gdyby nigdy nic podszedł do mnie, zarzucił mi ramię na barki i przyciągnął do swojego boku.
- Udawaj, że jesteśmy na randce - odezwał się niskim, zachrypniętym głosem, takim melodyjnym i brudnym zarazem, pasującym do wokalisty zespołu rockowego, który wypalił jednego dnia zbyt wiele papierosów. - Rozluźnij się trochę i w razie czego nic nie widziałaś, bo byłaś zajęta mną - zakomunikował z taką lekkością, że mój mózg prawie eksplodował.
Bóg mi świadkiem, ale nie mogłam zebrać myśli. Ledwo wzięłam głęboki oddech, którego natychmiast pożałowałam. Pachniał moim ukochanym jaśminem, ozonem, który czuć po burzy w letni wieczór, i benzyną.
Nadal nie byłam w stanie zareagować, a fakt, że dotyka mnie sam Shane Byron - potomek rodziny założycieli miasta, złote dziecko Cloud City i najbardziej pożądany kawaler chyba w całym stanie - wcale nie pomagał mi się skupić. Przecież to chłopak, do którego wzdychają wszystkie dziewczyny. Chłopak, który wydaje się tak perfekcyjnie idealny, że aż nierealny.
I miałam udawać, że jestem z nim na randce.
O Boże, to się nie dzieje naprawdę!
Ruszył przed siebie, zmuszając mnie do szybkiego przebierania nogami. Nie byłam superniska, ale przy nim wyglądałam zapewne jak ogrodowy krasnal, gdyż ledwo sięgałam mu głową do barku.
Serce uderzało mi w piersi tak mocno, że mało brakowało, a wyskoczyłoby gardłem. Mrugałam szaleńczo, starając się wybudzić z tego snu. To przecież niemożliwe. Ta cała sytuacja zdawała się żywcem wyciągnięta z jakiegoś filmu lub książki. To nie mogło się dziać w rzeczywistości.
A jednak.
Pomiędzy jednym wdechem, okupionym niesamowicie wielkim nakładem pełnej koncentracji, a drugim - któremu towarzyszyła głupia myśl, że Shane zapewne uzna mnie za niedorozwiniętą, bo wciąż nie wykazałam żadnej oznaki tego, że mam w miarę dobrze działający mózg - dotarł do mnie głośniejszy dźwięk syren.
A Shane wzmocnił uścisk.
O. Mój. Boże.
Całe moje ciało pokryła gęsia skórka w odpowiedzi na jego bliskość.
Po chwili jednak uścisk zelżał, więc byłam przekonana, że na tym skończy się najbardziej ekscytujący moment mojego dotychczasowego życia, ale wtedy ręka chłopaka zjechała niżej, na wcięcie w talii.
Raz jeszcze: O. Mój. Boże!
Zatrzymaliśmy się, a dokładniej Shane przystanął i pewnym ruchem przyciągnął mnie do swojego torsu tak niespodziewanie, że wpadłam na niego całym ciężarem ciała i położyłam dłonie na umięśnionej, ciepłej klacie. Jego serce biło równie mocno i szybko co moje. On jednak nawet się nie zachwiał. Zdezorientowana uniosłam wzrok na jego twarz i rozchyliłam wargi, by zapytać, o co tu chodzi, ale gdy spojrzałam mu w oczy, ponownie mnie zatkało. Tak bardzo, że nie puszczałam jego koszulki, na której zacisnęłam palce.
W sumie to chyba lepiej, że w tamtym momencie nie byłam w stanie się odezwać, bo odkąd do mnie podszedł, całkowicie zapomniałam o lizaku i jeszcze wyleciałby mi z ust. Wtedy Shane na pewno wziąłby mnie za opóźnioną - używając eufemizmu.
Niemal jak zahipnotyzowana przyglądałam się przystojnej twarzy, mocno zarysowanej żuchwie, ciemnym, równym brwiom i jeszcze ciemniejszym, długim rzęsom.
Jak to możliwe, że na świecie istnieli tak cholernie idealni ludzie? Piękni, zachwycający i hipnotyzujący? Nawet nie potrafiłam określić dokładnie koloru jego oczu. Wokół tęczówek miał granatowe obwódki, które przechodziły w jasnozielony, a przy samych źrenicach znajdowały się żółte plamki.
Miał najpiękniejsze oczy, jakie widziałam.
Jednak to moc jego spojrzenia stanowiła powód, dla którego nie potrafiłam wydusić z siebie żadnego słowa. Jakby zaglądał w głąb umysłu. Jakby przeczesywał myśli. Jakby...
Oczywiście wyobrażałam sobie za dużo, bo przecież on podszedł do mnie i robił to wszystko, żeby zagwarantować sobie alibi. Zapewne nie znał nawet mojego imienia.
To było w tamtym momencie nieważne. Nie wtedy, gdy znajdowałam się w ramionach Shane'a Byrona. Pierwszy i zapewne ostatni raz. Chłonęłam go całą sobą, aby zapamiętać te minuty, wyryć w pamięci, zamienić w najpiękniejsze wspomnienie. Nawet deszcz mi w tym nie przeszkadzał, ba - dodawał chwili uroku.
Z oddali rozległy się ciężkie kroki. Wtedy Shane złapał mnie za brodę. Jego opuszki były twarde i szorstkie. Takie stają się dłonie przez grę w futbol?
I po raz trzeci: O. Mój. Boże!
Złapał patyczek i lekko go pociągnął, a ja bez zawahania wypuściłam lizaka spomiędzy warg. Byłam w szoku, bo według moich obliczeń - jak również wszystkich znaków na niebie i ziemi oraz milionów takich scen, które oglądałam w telewizji lub o których czytałam w książkach - za jakąś sekundę miałam przeżyć swój pierwszy pocałunek.
Tego chyba sobie nie wymyśliłam, prawda? On cały czas się przybliżał. Wstrzymałam oddech. Napięłam mięśnie. Nie zatrzymałam jednak szalejącego serca i roju motyli w brzuchu.
- Mogę cię pocałować?
Czwarty raz: O. Mój. Boże!
Skinęłam głową na potwierdzenie, aż w końcu...
Poczułam jego usta na swoich. Zawirowało mi w głowie. Mimowolnie przymknęłam powieki, mocniej zaciskając palce na jego koszulce. Napawałam się każdą sekundą tego pocałunku, ale nie miałam pojęcia, ile trwał. Teraz nie umiałam się skupić na liczeniu, w głowie miałam tylko Shane'a i smak jego ust. Słodki, jakby przed momentem zjadł żółtego skittlesa.
Właśnie zrzuciły z podium zielone i stały się moimi ulubionymi.
Zwariowałam, bo poddałam się całkowicie i rozchyliłam wargi, a wtedy... Oderwałam się od niego, usłyszawszy obok wymowne chrząknięcie.
- Przepraszam, że przeszkadzam - odezwał się mundurowy - ale dostaliśmy wezwanie i chciałem zapytać, czy może coś widzieliście. Coś... niepokojącego.
- Czy coś widzieliśmy? - mruknął Shane. - Jedyne, na co od kilku minut zwracam uwagę, to moja piękna dziewczyna, panie władzo.
O cholera.
Moja. Piękna. Dziewczyna.
Wyobrażanie sobie gromadki małych Shane'ów to tylko lekka przesada czy może jednak poważna choroba psychiczna?
Policjant kiwnął głową i uśmiechnął się krzywo. Nie wyglądał, jakby uwierzył, ale zaraz się pożegnał i odszedł szybkim krokiem. Moje serce jednak biło w znacznie wyższym tempie. I wciąż się nie ruszyłam.
- Dzięki, mała.
Ocucił mnie pstryczek w nos. Powróciłam spojrzeniem do chłopaka i sapnęłam, puszczając jego koszulkę i robiąc krok w tył.
Mrugnął, wsunął między wargi mojego lizaka, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w swoją stronę. Tak po prostu.
A ja dalej stałam w tym samym miejscu i mokłam.