1.
STRAŻNICA ZACHODZĄCEGO SŁOŃCA
Meluzyna Noctis śniła o morzu. W tym śnie mknęła nad nim, niesiona nocnym wiatrem niczym mewa, prześlizgując się po krawędzi urwiska i dalej, nad rozbijającymi się o wejście do zatoczki falami, prosto nad rozciągającą się na zachodzie toń morską, gdzie cały świat składał się z wody. Tam, na otwartej przestrzeni, fale przetaczały się swobodnie, nie napotykając żadnych przeszkód przez tysiące mil. Na ich grzbietach tańczył delikatny blask księżyca. Dookoła panowała cisza, co jakiś czas słychać było tylko szum, gdy któryś z bałwanów wzniósł się zbyt wysoko, tworząc grzebień z białej piany.
- Meluzyno - szeptały fale. - Meluzyno...
Kątem oka dziewczynka dostrzegła coś białego, jakąś skałę lub rafę znajdującą się tuż pod powierzchnią wody. Morze robiło się niespokojne. Łagodne szepty ustąpiły miejsca groźnemu pomrukowi:
- Meluzyno! Meluzyno Noctis!
W górę wystrzeliła fontanna kropelek. Fale uderzały w przeszkodę, a następnie cofały się, jakby osuwając po marmurowej płycie, która powoli wynurzała się z głębin...
Meluzyna obudziła się pełna niepokoju. Wspomnienie niedawnego snu rozwiewało się powoli, dziewczynka wciąż jeszcze słyszała ryk morskich bałwanów uderzających w ściany jaskini. Wstała z łóżka i po omacku przeszła obok miednicy w stronę okna. Kiedy otworzyła okiennice, okazało się, że na zewnątrz jest jeszcze ciemno. Nad koroną menhirów - pionowo ustawionych głazów na przylądku - tliła się garstka ostatnich gwiazd. Mimo wczesnej pory słychać było jakieś głosy. Musiało się wydarzyć coś, co zakłóciło niezmienny rytm tego domostwa, i Meluzyna podświadomie wyczuwała, że trzeba się mieć na baczności. Być może to właśnie próbowało jej powiedzieć morze...
Ubrała się szybko, darując sobie mycie. Pomaszerowała boso tam, skąd dochodziły głosy. Pan i pani Skraeveling siedzieli w kuchni i rozmawiali z jakimiś przybyszami z Marazei. Goście najwyraźniej nieczęsto odwiedzali majestatyczne, stare posiadłości, do jakich bez wątpienia należała Strażnica Zachodzącego Słońca. Skrępowani ściskali w szorstkich, zaczerwienionych dłoniach bezkształtne kapelusze i mówili coś przyciszonymi głosami. Kiedy Meluzyna weszła, mężczyźni umilkli i zmierzyli ją bacznym spojrzeniem, jak szykujące się do ucieczki jelenie.
Pani Skraeveling natychmiast podeszła do dziewczynki i mocno ją przytuliła. To miał być gest wsparcia, ale Meluzyna jeszcze nie wiedziała, z jakiego powodu ktoś miałby ją pocieszać.
- Chodź ze mną, koteczku - powiedziała pani Skraeveling i wyprowadziła Meluzynę z kuchni do salonu.
Dopiero tam przekazała jej wieści, które przywieźli przybysze z Marazei. Pan Andrewe Noctis, Strażnik Burzomorza, utonął.
Meluzyna nie była pewna, co powinna czuć w tej sytuacji. Pan Noctis był życzliwym człowiekiem, który znalazł ją i przygarnął, kiedy była niemowlęciem, a morze wyrzuciło ją na brzeg. Nie mogła uczciwie powiedzieć, że go kochała, bo był to człowiek raczej sztywny, ponury i nieskory do okazywania uczuć. Czułość okazywali jej państwo Skraeveling, którzy z kolei zupełnie się z tym nie kryli, ponieważ z prawdziwą radością powitali nowe dziecko, skoro ich własne zdążyły już dawno dorosnąć i się wyprowadzić.
Ale pan Noctis zawsze był gdzieś obok - jak jeden z trzech stabilnych filarów, na których opierało się dotąd życie Meluzyny. Każdego ranka siadał przy stole w jadalni naprzeciwko dziewczynki, odcinał czubek jajka na miękko i mówił: "Dzień dobry, Meluzyno. Dobrze ci się spało?".
Każdego wieczoru ciężkim krokiem wchodził na Wieżę, skąd obserwował okolicę, by po godzinie zejść z powrotem na dół i zatopić się w lekturze ksiąg w swoim gabinecie. W zimie Meluzyna zaglądała do niego przed snem, by życzyć mu dobrej nocy. W lecie, kiedy Warta rozpoczynała się później, to on zaglądał do niej w drodze na Wieżę. Meluzyna leżała wtedy w łóżku i myślała o tym, jak pan Noctis siedzi w Wartowni. Ciekawiło ją, co też widzi przez okular teleskopu...
Nigdy jakoś szczególnie tego wszystkiego nie lubiła, ale też nie miała nic przeciwko temu. W ogóle nie zajmowała się elementami codzienności - tak po prostu wyglądało spokojne, uporządkowane życie w Strażnicy Zachodzącego Słońca. A teraz się zmieni: nie będzie śniadań z jajkiem na miękko, kroków pana Noctisa na schodach do Wieży ani jego zdawkowego "dobranoc". To należało już do przeszłości. Przyszłość natomiast wydawała się niepewna.
W Marazei kościółek za wydmami pękał w szwach zupełnie jak w Boże Narodzenie. Na pogrzeb przyszły tłumy ludzi, a wszyscy mieli na sobie najlepsze niedzielne ubrania. Pani Skraeveling specjalnie na tę okazję ozdobiła kapelusz czarną woalką. Żałobnicy przybyli nawet z tak odległych miejsc jak Stack czy Trollbridge. Chciano godnie pożegnać Strażnika, bo nie każdego dnia zdarza się, że jeden z nich umiera, a już na pewno od bardzo dawna żaden nie utonął. Podczas kazania wygłoszonego przez wielebnego Dearlove'a kobiety siedzące w ławce za Meluzyną rozmawiały teatralnym szeptem o okolicznościach śmierci pana Noctisa.
- Mówią, że spacerował po plaży. To się nigdy dobrze nie kończy. Gorm go zauważył i postanowił porwać. Podobno morze go pochłonęło.
- Ale przecież często przeczesywał plażę. Powinien był wiedzieć, że trzeba zachować ostrożność. W końcu był Strażnikiem. Jego ciało znaleziono na brzegu, a to oznacza, że Gorm go nie chciał. Jeśli Gorm sobie kogoś upatrzy, wciąga go w głębiny i próżno szukać zwłok. Wtedy nie ma pogrzebu, tylko nabożeństwo żałobne, dość krótkie zresztą, bo i nikt nie ma zbyt wiele do powiedzenia.
Później pierwsza z kobiet zniżyła głos i mówiła dalej szeptem, więc Meluzyna musiała się mocno wsłuchiwać, żeby nadążyć za rozmową.
- Powiadają, że w kieszeniach płaszcza miał pełno kamieni...
Dziewczynka nie bardzo wiedziała, co to ma do rzeczy. Pan Noctis często nosił w kieszeniach kamyki, muszelki i mnóstwo innych drobiazgów, jakie znajdował na brzegu. Przypomniała sobie, że jak była mała, czasami zabierał ją ze sobą, kiedy szedł sprawdzać plażę. Maszerowali wzdłuż linii brzegu, Meluzyna zaglądała do skalnych zatoczek, w których ukwiały wymachiwały różowymi mackami, a zza falujących wodorostów przypominających syrenie włosy wypełzały malutkie kraby, pijawki albo przezroczyste krewetki tak drobne, że nawet ona swoim sokolim wzrokiem ledwo je zauważała. Zachwycał ją ten podwodny świat. Któregoś razu do tego stopnia się weń zapatrzyła, że zupełnie nieświadomie zanurzyła twarz w wodzie i przez dłuższą chwilę oddychała jak syrena.
Szkoda, że nie zdążyła nauczyć pana Noctisa tej sztuczki, bo wtedy by nie utonął. Ale kiedy mu o tym opowiadała, nie wierzył jej. Teraz zaś leżał w drewnianej trumnie z mosiężnymi okuciami. Meluzyna położyła na wieku trumny bukiecik zawciągów. Nie wiedziała, czy pan Noctis lubił te kwiaty, ale klify wokół Strażnicy były nimi porośnięte.
Dziewczynka przez całe nabożeństwo nie odrywała wzroku od trumny. Chciała wierzyć, że w środku faktycznie leży pan Noctis, lecz z jakiegoś powodu drewniana skrzynia wydawała jej się za mała. Po ostatnim hymnie, kiedy pan Skraeveling i kilku innych mieszkańców wioski uniosło trumnę, Meluzyna zdała sobie sprawę, że to jednak prawda - pan Noctis umarł i zaraz go pochowają.
Po niebie mknęły chmury gnane wiatrem wiejącym znad morza. Miejsce wiecznego spoczynku pogrążało się w cieniu za każdym razem, kiedy słońce zasłaniał przepływający obłok. Źdźbła trawy między nagrobkami chyliły się do ziemi wraz z podmuchem morskiej bryzy, podobnie jak różowe i białe stokrotki rosnące w szczelinach spękanych murów cmentarza i wieńczące je wysokie, złowrogie naparstnice. Długie czarne włosy Meluzyny rozwiały się na boki. Białe wstążki pod koloratką wielebnego Dearlove'a również trzepotały na wietrze, gdy pastor odmawiał modlitwę nad grobem. Pani Skraeveling przytrzymywała sobie kapelusz dłonią i ukradkiem wycierała oczy chusteczką. Pozostali żałobnicy co rusz spoglądali z ukosa na wydmy, jak gdyby się obawiali, że lada moment nad piaszczystymi pagórkami pojawi się wysoka fala i grób wypełni się wodą, jeszcze zanim grabarz zdąży go zakopać.
Wszyscy, których Meluzyna znała, bali się morza. Dlatego na zachodnim wybrzeżu Burzomorza nie było żadnej przystani, do Paszczy Gorma ani do Zatoki Belfriars nie wpływały kutry rybackie i nikt nie zarzucał sieci na kraby i homary, od których aż roiło się niedaleko wybrzeża. Ludzie ściszali głos, mówiąc o morzu, a domki w Marazei nie miały okien od strony akwenu. Rzadko też widywało się, by ktokolwiek spacerował po plaży. Większość starała się nawet nie patrzeć w tamtym kierunku, a jeśli już, to rzucali tylko przestraszone spojrzenia, jak gdyby czaiła się tam wielka, krwiożercza bestia, gotowa w każdej chwili zaatakować.
I mieli rację, pomyślała Meluzyna. Morze było wielką, krwiożerczą bestią - ale czy wielkie, krwiożercze bestie nie mogą jednocześnie być piękne? Dziewczynka kochała śledzić ruch fal, które pulsowały niczym mięśnie pod mieniącą się powierzchnią morza. Lubiła patrzeć, jak promienie słoneczne wesoło odbijają się od wody w pogodny dzień albo jak fale kłębią się podczas zimowego sztormu. Niekiedy wydawało się jej, że pamięta, jak morze delikatnie kołysało ją w łódeczce, w której znalazł ją na brzegu pan Noctis. Innym razem myślała, że morze też to pamięta, bo czuła, że ją obserwuje. Bywało, że budziła się w nocy, leżała nieruchomo w łóżku i wsłuchiwała się w szum fal, które cichutko szumiąc, uderzały o brzeg. Próbowała wczuć się w ten rytm i pozwalała, by ta spokojna pieśń kołysała ją do snu.
Żałowała, że nie umie tego wyjaśnić dorosłym. Było jej przykro, że tak bardzo boją się bestii. Kto teraz przejmie obowiązki pana Noctisa? Ktoś będzie musiał go zastąpić i zostać kolejnym Strażnikiem Burzomorza.