I
Tabletka rozpuszcza mi się w ustach, jest chropowata i wypełniona czymś gorzkim jak samo piekło.
Melodia wciąga mleczną drogę rozsypaną na metalowym blacie, w którym odbijają się jej szeroko rozwarte nozdrza.
Blat wygląda jak element wyposażenia prosektorium. Podczas gdy Melodia wydaje z siebie zwierzęcy odgłos, a jej gałki oczne wywracają się do góry, ja czekam, aż moja przyjaciółka bez recepty zacznie działać. Serce wyskakuje z piersi, czuję bicie pulsu na szyi, dotykam opuszką tętnicy - pod palcem skóra wybrzusza się jak uwięzione żyjątko.
Jestem kobietą niewidzialną i muszę leczyć się na niewidzialność.
- Wszyscy czekają! - krzyczą usta organizatorki pociągnięte trupim matowym sztyftem. - Mamy pół godziny opóźnienia.
Melodia wykonuje znak krzyża i zamiast powiedzieć "amen", głośno pociąga nosem. Przeglądając się w gładkiej tafli blatu, wklepuje palcem puder w popękane naczynka, które właśnie rozlały się przy jej nozdrzach. Mijając mnie, rzuca jedno spojrzenie, które znam na pamięć, a potem przedziera się przez zakurzoną kurtynę teatru.
Pompa spowalnia, tabletka ratuje mnie od arytmii, obejmuje bezpiecznymi mackami. Niewidzialność przestaje wbijać we mnie igły; już boli mniej. Za jakiś czas pomyślę o silniejszych przyjaciołach, a nawet się od nich uzależnię, ale na razie słucham jej syreniego śpiewu. Melodia już płynie na scenie, w głośnikach i w moich żyłach.
- Dzisiejszej nocy zabiorę państwa do mojego wszechświata. - Słyszę głos zniekształcony przez oldschoolowy mikrofon.
Przepadam.
*
Przedzieram się przez tłum płaczących, pachnących kwaśnym potem i mieszanką tanich perfum, plastelinowych ciał. Czuję na sobie ich lepką skórę, miękką jak glina.
- Proszę o przejście! - Mój głos brzmi obco, jest lektorem filmu, z którym nie chcę mieć nic wspólnego.
Osłaniam Melodię swoim ciałem. Niewidzialnym ciałem utkanym z niewidzialnych tkanek i żałosnych prób zaistnienia. Na nadgarstkach pulsują wytatuowane gałęzie bluszczu.
Melodia ma pochyloną głowę, błękitne włosy opadają jej na twarz. Idzie jak zombie, bo zaraz po wejściu do busa puści pawia do termicznej torby, ale wygląda na wycofaną artystkę, która zatopiła się w swoich myślowych konstelacjach.
Jest konstelacją sama w sobie.
Jednoelementowym gwiazdozbiorem.
Gwiazdozbiorem doskonałym - jak Rajski Ptak.
*
Trzymam jej włosy. Proszę kierowcę, żeby włączył radio.
- "Lodowce topnieją, śnieg na ulicach Warszawy topnieje, a moje serce topnieje, gdy słucham najlepszej artystki w tym kraju. Biegun półdzienny znów pierwszy na liście notowań..."
Nucę w myślach Marsz żałobny Chopina.
- Myślisz, że dziś było dobrze? - pyta Melodia między jednym szarpnięciem torsji a kolejnym.
- Zawsze jest - odpowiadam z uśmiechem.
Odpowiada uśmiechem i wymiotuje dalej.
Na biegun półdzienny zmierzam całą noc
Bo pół dnia to wieczność, a reszta to coś
Mgliste uniki ciszy, migawki błękitu
Biegun półdzienny, mój biegun.
*
Moja szuflada pęka w szwach od historii; słów, skrawków, momentów.
Prawie wcale nie sypiam. Patrzę na geometryczne układy scalone miasta oczami o przekrwionych białkach, ściskam kubek kawy, którą wlewam w siebie litrami.
Nie wezmę do ust tabletki nasennej, bo boję się, że ominie mnie koniec świata.
Liczę wzory na tandetnych zasłonach tanich hoteli, kiedy mamy koncert w jednej z mniejszych miejscowości. W takie noce jak ta do mojej szuflady trafia kolejna historia.
Historia o niewidzialnej kobiecie.
Kiedyś szuflada istniała naprawdę w domu mojej babki, była stara i drewniana, czasem wypadała, gdy wysunęło się ją zbyt gwałtownie. Teraz mieści się w wirtualnej przestrzeni.
- Ty ciągle z głową w chmurach, ja z danymi w chmurze. - Mój głos brzmi groteskowo przy akompaniamencie kopulacyjnych jęków Melodii i realizatora dźwięku. Ściany są cienkie, zrobione najprawdopodobniej z tektury.
Zapalam papierosa, mimo że wciąż nie nauczyłam się palić. Nabieram dymu w usta, chwilę go trzymam i wydmuchuję.
Melodia często pojawia się w zatłoczonych miejscach, obleganych przez paparazzich, z grubym papierosem między wargami. Tłumaczę jej, że może nie powinna, a ona zbywa mnie za każdym razem:
- To artystyczne.
Wyrzucam niedopałek na brudny skwer przed hotelem. Gorące powietrze uderza mnie przez otwarte okno, woń lata miesza się z zapachem zagrzybionej klimatyzacji. Przyciskam palce do skroni, która zaczyna lekko pulsować. Do szuflady wpada kilka niekomfortowych słów.