"... Ta nieskazitelna i cicha
pogoda letnia, to niebo tak błękitne, ta rzeka, po której wybrzeżu
chodzę, te rosnące nad nią stare wierzby i zieleniejące za nią
drogi, - jakżeby mnie szczęśliwym czyniły przed laty! Dziś, sam nie
wiem, po com tu przyszedł, ani po co stąd odejdę, bo gdziekolwiek
się znajdę, wszędzie ze mną i we mnie pozostanie niepozbyte
zwątpienie o prawdzie, piękności, wartości wszystkiego, mordercza
zgryzota, która, jak dzieciożerczy Moloch, pochłania mi każdą,
zaledwie zrodzoną, uciechę. Daremnie pragnąłbym i usiłował
okłamywać samego siebie; wiem, że nawet najnierozłączniejszym
towarzyszom swoim, zmysłom własnym, ufać nie mogę, bo wszystko, co
mnie otacza a niegdyś cieszyło, jest tylko fałszywem odbiciem
Niewiadomego w ich zwierciedle. Ciemni tylko mniemać mogą, że
natura w samej istocie swojej tak wygląda, jak oni ją w zwierciedle
swoich zmysłów widzą. Ja wiem dobrze, iż gdybym milion lat
poświęcił badaniu jednego drzewa, nie opadną z niego okrywające mi
je zasłony. Ściśliwem i twardem jest ono, prawda? gdy czołem o nie
uderzę, guza sobie nabiję, a jemu wcale nie zaszkodzę. Lecz kula
armatnia przejdzie przez nie jak przez masło, i, strzaskawszy je,
sama caluteńką pozostanie. Dla mrówki grudy ziemi są tak wysokie,
jak dla człowieka Jungfrau lub Czymboraso, i nie ma najmniejszej
pewności, czy dla oczu byka, tak wrażliwych na kolor czerwony, w
najmniejszym choćby stopniu istnieje zielony albo błękitny. Dalecy
nasi przodkowie mniej, niż my, barw rozpoznawali; czy naturze ich
przybyło? Gdzie tam! nasze to narzędzia wzrokowe przez
wydelikatnienie i gimnastykę popchnęły nas naprzód na drodze -
złudzeń. A muzyka dzikich i arye Verdiego? My wzdrygamy się na
pierwszą. Papuasy ani myślą zachwycać się drugiemi. Dla czegóż to?
Bo w samej istocie rzeczy, ich przeraźliwe dla nas bębnienie i
piszczenie, a obojętne dla nich arye włoskie, czy sonaty i fugi
niemieckie, to zupełnie wszystko jedno. Różnica spoczywa w
słuchowej zdolności dzikich i naszej. W gruncie, najmniej jeszcze
łudzą się ślepi i głusi; pierwsi nie widząc, pozornych i tylko dla
oka, w ten sposób co nasze uorganizowanego, istniejących, kształtów
i barw, nie są narażeni na oszustwa przynajmniej wzroku; drudzy
słyszą to tylko, co naprawdę istnieje w naturze, to jest,
uderzeniami fal powietrznych o nasz przyrząd słuchowy niemąconą
względnie do nas - ciszę. Ale co ja plotę! "To, co naprawdę
istnieje w naturze..." Alboż ja wiem, co tam istnieje: cisza
grobowa, czy gwar, z którego ani jeden dźwięk nie dolatuje do mnie?
Ciemność otchłani, czy blask, z którego ani jeden promyk mnie nie
dosięga? Pełnia, czy próżnia? Harmonia, czy walka? Wszystko, czy
nic z tego, co dla mnie znane, zrozumiałe? Nie wiem; o niczem,
prócz absolutnej w stosunku do mnie względności wszechrzeczy, nie
wiem. Z tej absolutnej względności wynika, że człowiek
najrozumniejszy, na równi z ostatnim głupcem, jest co chwila, przez
wszystko, co go otacza i przez wszystko, co w samym sobie posiada,
oszukiwany. Na tym punkcie ludzka mądrość i głupota, stają się z
sobą bliźniaczo równemi, tylko gdy na łonie wiecznej i
nieprzeniknionej tajemnicy, pierwsza drży w męczarniach niepokoju i
nadaremnych pragnień, druga, w przywilej obojętności owinięta,
błogo usypia.
...Tajemnica. Nauka jest pochodnią, z którą spuszczamy się w
męty tajemnic, aby z nich perły wiedzy wynosić. Ale niedawno
czytałem książkę jednego z najuczeńszych w świecie ludzi, której
całą połowę zapełnia dział "Nieznanego". Początek i koniec materyi,
czas i przestrzeń, nieskończona wielkość i nieskończona małość,
niepodzielność atomu i pierwszy początek życia: oto hieroglify na
mózgu ludzkim wytłoczone, a których żadna cudowna woda nigdy ani
zetrze, ani wyjaśni. Jest tych hieroglifów liczba daleko większa,
niż ich jeden umysł ludzki, również nieczytelny hieroglif,
pomieścić w sobie może. Są one rozsiane po wszystkich umysłach
badawczych i rozważających, a każdy ma swoje i każdy wie, że nauka
to studnia, mogąca gasić pragnienie wiedzy tylko do pewnego
stopnia, po którego przebyciu basta! choćbyś mózgi wszystkich
pomarłych i żyjących mędrców pożarł, nie dowiesz się niczego, dla
tej prostej przyczyny, że oni sami o nieskończonem mnóstwie rzeczy
nie wiedzieli nic, oprócz tego, że nic o nich wiedzieć niepodobna.
Jeżeli chcesz zdobyć wszystkie o wszystkiem wiadomości i pewniki,
pytaj się głupców. Oni to posiadają stanowcze twierdzenia,
przeczenia i na końcach swoich nosów stoją - jak na skałach.
Szczęśliwi! Lecz cóż powiesz o świecie, na którym trzeba urodzić
się głupcem, aby doświadczać szczęścia, sprawianego przez zupełne
zadowolenie umysłu?...
...Mniejsza jednak o to; bo bądź co bądź, niewiadomość o
rzeczach, jakkolwiek najważniejszych dla ludzi, lecz oddalonych,
nie wielkiej ich liczbie głębokie i stałe udręczeniu sprawia, co,
nawiasem, posłużyć może za wcale piękny dowód lekkomyślności i
płytkości ludzkiej. Istnieje przecież w tej dziedzinie zjawisko
powszechniej odczuwane i bezpośredniej mordercze. Myślę o użytku
czynionym przez ludzi z dostępnego im i już zdobytego zasobu
wiedzy. Słyszę! słyszę! Druk! proch! koleje żelazne! telegrafy!
telefony! wieża Eiffla! A, dajcież mi święty pokój przynajmniej z
tą wieżą! Znajduję, że świat dostał bzika na punkcie Eiffla i jego
wieży! Cóż to? Czy nakarmi ona głodnych, pocieszy strapionych, od
ohydnego czynu powściągnie rękę zbrodniarza, ze śmiertelnego łoża
podźwignie genialnego człowieka, stokroć wyższego od niej, choćby
mu tylko trzy cale wzrostu było? Cud rachunku i mechaniki,
powiadacie. Chciałbym słyszeć, co o tym cudzie powiedzieliby
faraonowie, gdyby go widzieć mogli z głębi wzniesionych przez
siebie piramid, także cudów świata, które nie przeszkodziły temu,
że po faraonach, zarówno jak po tłumach niezliczonych pokoleń
Egipcyan, które wielce podziwiały piramidy, nie pozostało marnej
garści prochu. Neron miał także słynny wówczesnym świecie i
niezmiernie podziwiany złoty pałac, lecz ludzkość wolałaby
najpewniej wyrzec się w przeszłości złotego pałacu, aby tylko za
jednym zachodem pozbyć się wspomnienia, że wydać mogła Nerona. -
"Wszystko to już było", mówi jedna z osób słynnego dramatu, a ja
zapytuję: co z tego wynikło? Iglicówki, armaty, pancerniki,
torpedy, udoskonalone przez elektryczność uśmiercanie skazańców,
ułatwione znoszenia się z sobą czułych kochanków i biegłych
szachrajów... rocznik telegraficznych depesz ukazałby nam pewnie na
jedno pocieszone lub uspokojone serce, milion wypchanych kieszeni.
Teraz podobno powietrze - poetyczny eter starożytnych - w czynności
wzajemnego mordowania się ludzi zastąpić ma ołów, a niewinne
gołąbki i poczciwe pieski najpewniej już dziełu temu znacznej
pomocy udzielać będą.
Przypuszczam, że od Machiawela do Bismarcka wszyscy
dyplomaci byli poniekąd uczonymi ludźmi; jednak, gdy o nich myślę,
podzielam zdanie starego Rousseau'a, że świat, któryby fraki i
proch utracił, ale zarazem pozbył się dyplomacyi, zrobiłby wcale
dobry interes. Co do interesów, nauka o podziale bogactw namiętnie
zajmowała młodzieńcze lata moje, lecz oddawna już spostrzegłem, że
w stopniu najmniejszym nie przeszkadza ona lwom zjadać owce, aż do
ogonów, a pomniejszym zwierzątkom zdychać z głodu przy ogryzaniu
tych ogonów, ani zapobiega współczesnemu istnieniu na ziemi
faraonowych krów tłustych i chudych i takiemu ich boksowaniu, że
może przez nie kiedykolwiek uwielbiane wieże Eifflów wywrócą
śliczne koziołki.
Temida, z mieczem sprawiedliwości w ręku, imponująco
wygląda; lecz nie trzeba być nawet jednym z jej kapłanów, aby
wiedzieć, ilu to cielskom czarnym aż do szpiku kości, z pomalowaną
na różowo lub pozłoconą skórą, pozwala ona tryumfalnie przechadzać
się po świecie, a ile dusz spodem białych, z powierzchnią tylko
oczernioną, smaży i topi w kotle potępienia. Druk jest rzeczą
wielką - ach, jak ja go za młodu uwielbiałem! I teraz jeszcze nęci
mnie ku sobie - przyzwyczajenie! ale dużo z szacunku mego utracił,
odkąd w najmodniejszej gazecie naczytałem się opisów
najmodniejszych balów, odkąd, w rękę mi wpadło parę
pornograficznych piśmideł, odkąd szczególniej wszystkie drukarnie
tego świata odbiły oświadczenie najznakomitszego mówcy
najpoważniejszego z parlamentów, że na obronę prawa przeciw sile,
na oszczędzenie milionom ludzi milionów mąk, nie warto złożyć w
ofierze ani jednej kropli krwi i ani jednego sterlinga. Mój Boże! a
ja właśnie tylu przeciwnych zdań naczytałem się w drukowanych
dziełach wieszczów, że od nich jak żużel głowa mi gorzała! Otóż to!
Z jednej strony wieszcze za pomocą tej stugębnej trąby kanalię
ludzką do czerwoności rozpalają, z drugiej statyści, przez nią
także, zimną wodę na głowy jej leją. Podżegacze i straż ogniowa -
bardzo dobrze! tylko, że przytem świat wygląda jak wóz, do którego
z przodu i z tyłu zaprzężono konie i który, w dwa przeciwne
kierunki pociągany, trzeszczy i pęka tak, że aż trzaski lecą.
Biedne gorejące trzaski, które szczątkami swemi usiałyście ziemię,
ten ogień, który was pożarł, jest dla mnie, jakby w przebłysku
widzianym, lepszym od tego światem! Cóż, skoro inni twierdzą, że
imię wasze: szaleńcy i że nikt o was inaczej jak z pośmiewiskiem i
urazą wspominać nie powinien! Co zaś największym funtem pieprzu w
gardle mi zasiada, to, że oskarżeniu przeciw wam wnoszemu
całkowicie przeczyć nie mogę. Tak, tak, wspaniałe duchy, nigdy nie
pamiętano o tem, że chcąc dobro wyświadczyć ludzkości, nie ku
wysokim przybytkom ideałów porywać ją należy, ale zapędzać do
chlewa. Tam tylko, na bezpiecznym barłogu, nad pełnem korytem,
wygoda i spokój. Ilekroć zaś przez was porwana, ludzkość zerwała
się do lotu, ćwiczono ją potem i porcye strawy jej zmniejszano.
Lecz tu znowu zastępuje mi drogę pytanie: pocóż w wyobraźni
ludzkiej istnieją ideały, skoro za każdą próbę wydobycia się z niej
na szerszą przestrzeń rózgami dostawać i śpiesznie z powrotem do
miejsca powstania swego uciekać muszą? Spytajcie Dedala, po co
Ikarowi skrzydła do ramion uczepiał? Ażeby mógł latać, odpowie.
Jednak Ikar, zamiast latać, utonął, gdy tymczasem równie głośny
Midas w złocie chadzał i na złocie jadał, choć, jak wiadomo, miał
długie uszy. Wypadałoby z tego, że Dedalów i Ikarów za głupców, a
Midasów za mędrców poczytywać trzeba. Ale jest w nas coś, co sąd
taki wstrętnym i często niepodobnym czyni. Znowu ogień i woda,
albo, jeżeli kto woli, wóz w dwie przeciwne strony ciągniony.
....Znałem raz waryata, który postanowił dojść koniecznie do
tego punktu widnokręgu, na którym ziemia styka się z niebem. Uciekł
z lecznicy i szedł bardzo długo, dziwiąc się niezmiernie, że do
upatrzonego celu nie zbliża się wcale. Potniał nieborak, od
zmęczenia oddech tracił, ale szedł, aż go dozorca leczniczy
dopędził i odpowiednim kaftanem skrępowawszy, w osobnej celi na
klucz zamknął. Słusznie utrzymuje włoski uczony, że pomiędzy
waryacyą a geniuszem zachodzi bardzo blizkie pokrewieństwo. Lecz w
takim razie, skąd cześć wasza dla geniuszów, usiłujących dotrzeć do
punktu, na którym ziemia styka się z niebem, skoro to jest
niepodobieństwem? Jednak, czcimy ich, a potrosze także, w skrytości
serca, i litujemy się nad nimi, nieprawdaż?
....Ależ poleciałem! No, no, zstąpmy niżej, do codziennych
stosunków i pospolitych spraw ludzkich, u których wrót witają nas
dwie zachwycające wieszczki: miłość i przyjaźń.
O pierwszej, po rozmowie z doświadczeniem, niewiele
pochlebnych rzeczy miałbym do powiedzenia. Że kobieta, którą bardzo
kochałem, na pamiątkę wspólnej naszej po różach szczęścia
przechadzki, zostawiła mi w sercu ranę, której ani czas, ani
przeświadczenie o marności wszystkiego na ziemi zagoić nie mogły, o
to mniejsza. Ale, że ja najpospolitszą gęś za najrzadszego
łabędzia, a zgrabny skielet, cienką skórą i młodną suknią
obleczony, za piękną duszę wziąłem i że podobne omyłki mnóstwo
ludzi przed oczami mojemi popełniało i popełnia, to mnie
niewypowiedzianie upokarza, gryzie i do miłości zniechęca. Zresztą,
ściśle rzecz biorąc, o co właściwie tu idzie? Pamiętam, że od 16-tu
lat mego życia, czytając powieści w których kochankowie rozpacznie
walczą z niepozwalającemi im pobrać się przeszkodami, tej ich
rozpaczy i tym ich walkom dosyć nadziwić się nie mogłem. Bo, proszę
państwa, ponieważ nieustannie mówili pomiędzy sobą o wzlatywaniu w
wyższe sfery, a dla rozrywki zbierali na łąkach kwiaty, nie mogliż
i bez ślubu tego samego dalej czynić? Co im tak bardzo zależało na
pobraniu się? poco im ono było tak upragnionem i koniecznem? To
dziecinne zdziwienie moje zniknęło wtedy, gdy zrozumiałem, że
miłość, eheu! nie polega głównie na wzlatywaniu.
Co do przyjaźni, ilekroć ją wspominam, na myśl mi przychodzi
zdanie starożytnego Rzymianina. "Z dzisiejszym przyjacielem, żyj
jak z jutrzejszym wrogiem". Jeden z przyjaciół moich, tak szczerze
cieszy się powodzeniem, którego w zawodzie moim doświadczałem, że
bardzo pocichu usiłował ogłosić mnie za oszusta; drugi z kobietą,
którą kochałem - wzleciał; trzeci, kiedy mu troski swoje powierzać
zaczynam, śpiesznie mi mowę opowiadaniem o swoich przerywa; czwarty
posiada prawdziwy talent znajdowania się przy mnie, gdy samotności
potrzebuję, a ulatniania się nakształt eteru, wówczas, gdy obecność
jego od melancholii ratować-by mnie mogła, jako też mówienia o
rzeczach, nie obchodzących mnie wcale w stopniu nawet najmniejszym,
a unikania wszelkiej rozmowy, któraby mi pociechę lub korzyść
sprawiła. Co jednak nietylko mnie już zasmuca, ale i zawstydza, to,
że o sobie samym nic o wiele lepszego pod tym względem powiedzieć
nie mogę. Wprawdzie żadnego z przyjaciół moich jawnie ani skrycie
za oszusta nie ogłaszałem i żadnego z nich żony nie porywałem z
sobą w wyższe sfery, bo takie kwiaty nie wzrastały na gruncie
charakteru mego, którym, jak wiadomo, nie ja sam miałem zaszczyt
siebie obdarzyć. Ale zlać się z drugą osobą w moralną jedność tak
zupełną, aby aż zapomnieć, że ona mną a ja nią jestem, aby jej
błędy i przywary nieść tak ślepo i lekko, jak się zazwyczaj niesie
własne, aby przenikać najsubtelniejsze jej potrzeby i umieć im
czynić zadość, do tego wszystkiego na równi z przyjaciółmi mymi nie
byłem zdolny. Mniej może od wielu innych despotyczne, tkliwsze,
uczciwsze, niemniej przecież niepozbyte
ja, było w najdroższych nawet stosunkach moich wiecznie
obecnem i więcej niż połowy swoich wymagań, krytyk, nawet humorów,
zrzec się nie mogło. Pomimo to, śmiem utrzymywać, że dosiągłem w
tej mierze
maximum mnie przynajmniej znanej możliwości, o ile bowiem
spostrzegać i doświadczać mi się zdarzyło, wcale dobrymi już
śmiertelnikami są ci, którzy jednej czwartej, dziesiątej, setnej
swojego
ja zrzekać się umieją, a gęsto można spotykać i takich,
którzy nie zrzekają się go nigdy, w najmniejszej części i w żadnym
wypadku. Bywa owszem, że czułość jednego jest dla drugiego
drożdżami, na których jego
ja niepomiernie wyrasta w wysokość i szerokość. Wtedy
spodem stosunku toczy się walka pomiędzy dwoma egoizmami, w której
mniejszy ulega, lecz nie przepada, i nad zgnębieniem swojem cierpi.
Dzieje się tak w miłości, zarówno jak w przyjaźni; tu i tam strona,
mniej o własny interes dbająca, mniejsze jego zadowolenie
otrzymuje, a natury najsubtelniejszemi zaletami obdarzone, ulegają
tym, które w wyższym stopniu posiadają energią samozachowawczego
instyktu. Trudno zresztą, aby inaczej było, skoro niezmiernie
wyjątkowo wybieramy dla siebie najbliższych współtowarzyszy życia z
pełnią rozwagi i woli. Najczęściej namiętność, która oślepia,
interes, który zwodzi, traf, który.....
...Traf! Ach, mam cię najzłośliwszy z figlarzy, istoto, dla
rozumu niepochwytna, a tak namacalna, że najkrańcowszy sceptycyzm o
tobie nie wątpi, wszędobylski Figaro, który jednocześnie na
milionach miejsc się zjawiasz, wszędzie i wszystkim płatając figle,
najczęściej bezsensowne, lecz za to okrutne! Od dzwonka u drzwi
wchodowych i złego humoru kucharki, do spadającej z gzymsu
dachówki, gradowej chmury i skieletu śmierci, traf wszelkie
postacie na siebie przybiera i sprawia, że znajdujemy się w
towarzystwie naszych bliźnich wtedy właśnie, gdy po samotność
pójść-byśmy radzi, nietylko pod kanapę, albo i pod ziemię, a
samotni musimy być wtedy, gdy duch nasz od bliźnich otrzymać
pragnąłby wsparcie, albo ich swoją uciechą obdarzyć; że na stole
swoim znajdujemy lichy obiad przy psim głodzie, a wyborny przy
zupełnym braku apetytu; że mucha, jad karbunkułu na ryjku niosąca,
raźnie omija szpitalną babę, a całuje męża pełnego sił i zamiarów,
lub rozkochaną w życiu i swoich marzeniach dziewicę. Ani spamiętać,
ani wyliczyć podobna kolosów przewróconych, kwiatów zdeptanych,
nosów stłuczonych i serc pękniętych - trafem. Dość powiedzieć, że
traf stoi u dwu przeciwległych wrót życia, u początku jego i u
końca. Nic nie objaśnia mię dla czego na tym, nie na innym puncie
czasu, przestrzeni, społecznej i intelektualnej drabiny przybyłem
na świat, i nikt przewidzieć lub obrachować nie zdoła jakim
sposobem, przez co i kiedy ze świata zejdę. Pomiędzy zaś dwojgiem
tych wrót długa droga, wśród której co krok, co chwila, jakieś coś
nieznane, niedojrzane, swawolne, stołek mi podstawia wtedy właśnie,
gdy najprędzej iść potrzebuję, kwiatami na mnie rzuca, gdy cieszyć
się niemi nie mam czasu lub humoru, plącze najstaranniej
wyprzędzone przezemnie pasma, a na krośnach moich zasnuwa barwy i
wzory, o których mnie nigdy ani się śniło. Wpatrując się
najbaczniej w łańcuch przyczyn, nie mogę odkryć tej, która
sprawiła, że grad zniszczył zboże, nie Pawła, ale Jakóba, że mój
dobry znajomy zwichnął sobie rękę nie lewą, lecz prawą, że w
najbliższem mojem sąsiedztwie zamieszkał człowiek, nie ten, który
byłby ozdobą dni moich, lecz ten, który stać się miał ich trucizną.
Więc mieć uczucia, pragnienia, zamiary, w granicach ludzkiej
możliwości umieć i wiedzieć wiele, w poczuciu ludzkiej godności
wysoko głowę nosić - i przy tem wszystkiem być w ręku nieznanego,
swawolnego chłopczyka piłką - niewesoło!....
...Co prawda, godność człowiecza mnie bynajmniej w pychę nie
wbija. Gdybym był sędzią, skazałbym siebie samego na głęboką
pokorę. Popełniłem parę grzechów głównych i mnóstwo powszednich, a
przybywszy na świat z większym od innych zasobem zalet, często nie
umiałem ich ustrzedz od przemienienia się w przywary. Nic bowiem
nie ma pospolitszego nad przerabianie się w człowieku dobrych zalet
w złe przywary, chyba takież samo przerabianie się w ludzkości
pięknych teoryi w brzydkie zastosowania. Człowiek, który od
przyrody otrzymał dar dobroci albo wspaniałomyślności, zdolnym jest
z pierwszej uczynić mazgajstwo, a z drugiej głupią rozrzutność.
Ludzkość, na drodze rozwoju swego spotkawszy się z ideami wiary i
miłości, pierwszą stosuje przez wzajemne wytępianie się różnych
wiar, a drugą przez palenie żywcem mnóstwa cudzych dzieci, ku
uczczeniu własnego molocha. Wszak wiadomą jest rzeczą, że póki sam
silnie wierzę w Saturna, nie powinienem obok siebie znosić wiary w
Neptuna, a jeżeli prawdziwie kocham to, co moje, największą dla
mnie będzie chwałą, gdy spotwarzę, zdepcę, złupię to, co twoje.
Znałem malca, który zabawki i przysmaki swoje rozdawał ubogim
dzieciom i wróżyłem mu piękną, moralną przyszłość; jakże zmartwiony
byłem, gdym go ujrzał młodzieńcem, rzucającym przez okno pieniądze
na muzykantów, którzy przygrywali uczcie, przez niego dla
pasibrzuchów wydawanej! Gościnne przyjmowanie pod pasterskimi
namiotami strudzonych wędrowców pustyni wytworzyło z biegiem czasu
salony, które całej reszcie współczesnych nam namiotów odbierają
możność zdrowego i trwałego ugaszczania samych gospodarzy. W
młodości mojej z kolosalną łatwością zawiązywałem z ludźmi blizkie
stosunki i brałem się wnet do roboty przychylania ku nim nieba; gdy
zaś zbliżeni okazywali się wielce dalekimi i za owo przychylanie
nieba porządnego klapsa po ręku mnie dawali, wyrzekałem na
rozczarowanie swoje i ludzką niewdzięczność - niesłusznie: sam
sobie winienem był wyrzucać, że dobrego pociągu do bliźnich nie
zaprawiłem szczyptą oględności, i że siedzącemu we mnie
Donkiszotowi nie dałem na giermka - pospolitego, ale zdrowego,
rozsądku. W ogólności cnoty i idee, jakkolwiek niewątpliwie
organiczną część istoty ludzkiej stanowią, dopóty świetlanemi i
niepokalanemi pozostają, dopóki w krąg działań ludzkich nie wejdą.
Marzenia młodzieńca o przyszłych jego czynach, takie do samych
czynów mają najczęściej podobieństwo, jak nauka Sakia Muniego, do
przedstawiać i urzeczywistniać ją mającego Lamy z tybetańskiego
klasztoru. Ze wspaniałości owych marzeń i owej nauki pozostaje
wprawdzie coś, jakiś cień chwiejny i ruchy olbrzyma naśladujący,
jakieś błędne, świetliste kółka, do okruch rozbitego słońca
podobne. To też nieraz myślałem sobie, że, aby ujrzeć doskonałego
człowieka, trzeba go złożyć z oderwanych od ich całości zalet
mnóstwa ludzi, i, aby posiąść ideał, trzeba go sobie ulepić z jego
urzeczywistnień, na ogromnych przestrzeniach miejsca i czasu
rozproszonych...
...To, że wszystkie swoje własne błędy i głupstwa jasno
przed sobą widzę, pokuty za nie lżejszą mi nie czyni. Słyszałem
nieraz pytanie: które z nieszczęść jest sroższem: to, które spadło
na nas jak dachówka z gzymsu, czy to, któreśmy sobie
jaknajstaranniej własnemi rękami ulepili? Zastanawiając się nad
tem, doszedłem do przekonania, że za najnieszczęśliwszego z ludzi
uważać należy Jerzego Dandin, ilekroć, naturalnie, posiada on dość
rozsądku i moralnego zmysłu, aby umieć powiedzieć sobie: "sam tego
chciałem!" Człowiek zraniony spadłą na niego dachówką patetycznie
załamuje dłonie i głośno, jawnie, ziemi i niebu o bólu swoim
opowiada, co sprawia mu znaczną ulgę; Jerzy Dyndała, jeżeli
obłudnikiem, ani ostatnim łotrem, nie jest, pokornie nos spuszcza i
truje się milczącą świadomością własnej omyłki lub winy.
Niewinność, jako rzecz pochlebna, przynosi chlubę, która dla wielu
ran dość głębokich nawet jest niezłą maścią gojącą; uznanie własnej
winy: to pieprz i ocet srogiego dla wielu natur poniżenia przed
samym sobą. W pierwszym wypadku więcej być musi żalu do
Przeznaczenia lub ludzi, ale w zamian więcej zadowolenia z samego
siebie; w drugim, rozsądny człowiek przychodzi do wniosku, że,
zawiódłszy się na samym sobie, nie ma dobrej racyi ufać innym, ani
wymagać od innych tego, na co jego samego nie stać. Rdzeniem rzeczy
zaś jest to, że każdego z żyjących oba te wypadki spotykać muszą.
Spotykały i mnie, ale pod tym względem, jak pod każdym innym, za
wyjątek siebie nie uważam, i to mnie właśnie martwi. Wiem o tem
bardzo dobrze, że moja historya jest jednym z rozdziałów historyi
powszechnej, wcale nie najsmutniejszym i w tej wiadomości nie
znajduję dla siebie nic pocieszającego, bo wstrętną mi jest teorya
zmniejszania własnych cierpień przez widok równego, albo i
większego cierpienia innych. Piękna mi pociecha kąpać się, wraz z
miliardem podobnych sobie istot, w powszechnem morzu goryczy!
Przeciwnie, gdybym, w falach jego zanurzony, widział wesołe
towarzystwa, mile przechadzające się po hesperyjskich ogrodach,
cieszyłbym się widokiem, chętnie zgadzałbym się w ich zastępstwie
pić gorzkie wody, a może też moje niepozbyte, wiekuiste
ja miałoby odrobinę nadziei, że samo także zerwie
kiedykolwiek złote jabłko, nie to, to tamto. Ale zbiorowa nędza
nasza kołace w mojem wnętrzu, jak serce dzwonu w jego kielichu, nie
pozwalając ustalić się w niem nawet ciszy. Mógłbym wyrzec się za
siebie, nie umiem wyrzekać się za innych, ani na widok
umierających, płaczących, błądzących, głodnych, cieszyć się tem, że
ja jeszcze nie umarłem, że ja nie tak gorzko płaczę, że ja nie tak
bez ratunku zabłądziłem, że ja nie głodny... Na suche lasy z
pociechą taką!
....Pociechę znajdować mógłbym w myśli, że bądź co bądź
przez niezmiernie powoli i wahadłowo postępujące, lecz
niezaprzeczenie prawdziwe oddziaływanie człowieka na naturę i
siebie samego, summa zła zmniejszać się, a dobra wzrastać może, -
mylę się, - tamta zmniejszeniu, a ta zwiększeniu ulega. Tak, to
prawda, postępowi zaprzeczyć niepodobna. Ani natura dla człowieka
tak groźną i jałową, ani sam człowiek tak nieszczęśliwym i okrutnym
nie jest, jak to było w zaraniu jego żywota na ziemi. Nie lękamy
się już własnego cienia i odbicia własnego oblicza lub głosu w
wodzie lub echu; jeden na drugiego patrząc, nie myślimy o tem, jak
smacznymi kąskami mogłyby być nasze upieczone nosy; nie zarzynamy
ludzi na ofiarę bogom, ani ich ciałami ryb w sadzawkach nie
tuczymy. Wprawdzie, z ich trupów układamy jeszcze pomosty do sławy,
ale ilekroć spróbujemy czynić to dla pieniędzy - idziemy na
szubienicę. W poznaniu prawdy, pełnieniu dobra i używaniu piękna
zaszło wiele odkryć, ulepszeń i wysubtelnień, a te kręgi światła,
bardzo długo stanowiące nimby dla głów nielicznych wybrańców,
rozszerzają coraz swoje orbity i końcami swoich promieni sięgają
coraz dalej. Ach, jaśniej zrobiło mi się przed oczyma! Z nóg mi
spadają ciężkie kule, z gardła ustępuje pieprz! Nadziejo, słodycz i
skrzydła twoje uczuwam! Jeżeli spełnienie się tej nadziei pracą
przybliżyć można - do pracy! do pracy! - jeżeli męką, - budujcie i
zapalajcie stos: niech nań wstąpię!
....Dobrze. A ci, którzy przeszli, te niezliczone mnóstwa,
które na wieki minęły, nasyciwszy się męczarniami nam już
nieznanemi, nie skosztowawszy nam znanych rozkoszy? Z tego, cośmy
zdobyli, im nic już nie przybędzie, ani to, czegośmy się pozbyli,
brzemion przez nich przeniesionych, o jeden atom nie umniejszy.
Gdyby jęki samych tylko niewolników, przez świat starożytny
biczowanych, zlały się w jeden krzyk, a blaski samych tylko
męczeńskich stosów, przez świat średniowieczny zapalanych, stały
się jednym blaskiem, ogłuchłaby od pierwszego, a od drugiego
oślepła, cała dzisiejsza ludzkość. Są to przecież tylko dwa gatunki
tego smacznego wina, którem niezliczone mnóstwa upajały się, nim do
grobów poszły, a wyliczenie wszystkich zapełniłoby grube tomy. I my
nic już przeciw temu nie możemy. Pośród nabytków naszych, nie ma
ani źdźbła maści do gojenia ran i ani szmatki tkaniny do otarcia
łez - zmarłym. Za wcześnie otrzymali oni życie, aby użyć tego,
nawet wątpliwego, bezpieczeństwa i tych zatrutych słodyczy, jakie
życie dla nas wydało. Nie z ich woli stało się to przecież, nie oni
wyznaczali termin urodzin swoich. Więc gdzież sprawiedliwość?
Zasiew uczucia i pojęcia sprawiedliwości, w ludzkiej swojej naturze
na świat przyniosłem, wszystko, co mnie człowiekiem uspołecznionym
czyniło, do wysokiej potęgi je podniosło, tak, że za niepodobną do
naprawienia i pocieszenia przeszłość czuję obrazę ciężką i w pełni
radować się polepszeniem bytu potomków, w obec otchłani nędz, która
pożarła przodków, nie mogę. Czemże tamci zasłużyli na swój los
okrutny, a ci na łagodniejszy? Ależ owszem, nabytki tych są właśnie
zasługą tamtych. Widzę obraz olbrzymiej pracowni, w której ze
zgruchotanych kości i udręczonych duchów jednych pokoleń wypieka
się chleb i wyciska wino dla następnych. Gdzież sprawiedliwość? Z
rozkazu natury one same tego pragnęły, aby dla przyszłych pokoleń z
ich mąk powstawało szczęście, z ich śmierci życie. To prawda.
Jednak, ja także namiętnie pragnę szczęścia pokoleń, choćby
oddalonych, a zarazem czuję, że jakieś coś wkręca się pomiędzy mnie
a przyszłość mojego rodu i na usta mi kładnie gorzkie pytanie: a
dla czegóż ja nie urodziłem się już w Edenie? Z oburzeniem pytanie
to z ust swoich precz zrzucam, ale nie mogę wyrzucić z myśli
innego: dlaczego ci, których kocham, a nawet obojętniejsi, lecz
zawsze od następców bliżsi, współcześnicy moi nie urodzili się już
w Edenie - jeżeli kiedykolwiek będzie Eden? Nie proszono nas,
abyśmy sobie datę naszych narodzin wyznaczali i żałujemy bardzo, że
z jakiegoś niewiadomego wora wysypano nas na świat wtedy, gdy
jeszcze nie jest na nim najlepiej, jak być może!
...Jeżeli kiedykolwiek będzie Eden? Jeżeli jest jakakolwiek
rachuba nieomylna? Dwa a dwa cztery pewnik nieomylny, powiecie.
Tak, ale to pierwszy wyraz rachunku ludzkiego. Spróbujcie zliczyć
wszystkie sekundy, przez które wszystkie znane ciała niebieskie
dokonywają swoich obiegów i połączcie je z temi, przez które ich
światła dobiegają ziemi, a potem przysiężcie, żeście w tym
kolosalnym rachunku nie popełnili żadnej omyłki. Z tem zaś tylko, i
tylko w pewnej mierze, nie z dwa a dwa cztery, porównaną być może
plątanina dziejowych zdarzeń i musów, która ludzkie wyrachowania i
na nich oparte nadzieje psuje i zawodzi. Czy Marek Aureliusz, ten
najdoskonalej uspołeczniony człowiek, przewidział na tronie swoim
dzikiego Karakallę? Jakiemże byłoby zdziwienie Lukrecyusza, gdyby
mi ktoś w perspektywie przyszłości ukazał scholastę, wyskrobującego
z pergaminu jego poemat o naturze rzeczy, aby go zastąpić swoją
rozprawą o ilości aniołów, na główce szpilki zmieścić się mogących.
Badacze, spostrzegający nieznane dotąd zjawisko, lub znajdujący
nowe dla cierpień ludzkich lekarstwo, radują się, tryumfują; nie
wiedzą, że w bliższej, lub dalszej przyszłości ktoś przyjdzie i
dowiedzie że to zjawisko było złudzeniem, a to lekarstwo -
trucizną. Gdyby z każdej zdobytej myśli i dokonanej pracy pasma
odpowiednich następstw, aż do wyczerpania swego, wysnuwały się bez
przeszkód i niespodzianek, świat mógłby stać się przybytkiem
moralnego dobra, tak, jakby stał się rajem nasycenia, gdyby
wszystkie nasiona w ziemię rzucane plon wydawały; jednak rolnik
sieje nietylko dla siebie lecz jeszcze dla ziemnej glisty,
szarańczy, mrozu i gradowej chmury. Siew myślicieli, wieszczów,
bohaterów zjada wewnętrzne robactwo człowieka: głupota, występek,
szał, i niweczą go burze dziejowe, które tę mają właściwość, że,
choć odzywają się coraz bliższym grzmotem, nikt blizkości ich nie
spostrzega, ani domyśla się ich potęgi. Żadna z minionych
cywilizacyj nie runęła nagle: każdej starczyłoby sił i czasu, aby
nadlatujący tuman odeprzeć, gdyby przenikała, że on ją pod sobą
zagrzebie. Ale nie: społeczeństwa bawią się jak najlepiej wtedy
właśnie, gdy dla ich dóbr najwyższych godzina zniszczenia wybija.
Nic pospolitszego w dziejach nad tańce na wulkanach i przedśmiertne
orgie. Zkądże więc pewność: czy te zasiewy, które dokoła nas wcale
nawet pięknie podrastają, nie staną się, jak tyle poprzednich,
pastwą jakiejś gradowej chmury, jakiegoś gęstego tumanu, które już
już nadlatują, a my ich nie widzimy, lub widząc je - lekceważymy?
Zapewne, żaden zasiew nie ginie całkowicie, z tamtych zostały i z
tego zostaną okruchy; lecz wielki Boże! czy słońce nie utraci
wszystkiego ciepła swego, i czy jaki glob niebieski w spotkaniu z
ziemią nie rozbije jej wprzód - nim nieszczęsna Penelopa robotę
swoją dokończy?
...Dość malowniczy zbieg dwóch zdarzeń historycznych niegdyś
dziecinną jeszcze wyobraźnię moję silnie uderzał. Kiedy Aleksander
Macedoński podbił Persyą i, dla oświetlenia orgii swojego
zwycięskiego wojska, stolicę jej podpalić rozkazał, patrząc na
pożar starego Persepolis zawołał: zginęła Persya! Po setkach lat,
rzymski zdobywca, dla zwycięskiego swego wojska igrzyska wydając,
oświetlał je pożarem góry, ułożonej z broni pobitych Macedończyków
i wołał: "Zginęła Macedonia!" Ilekroć o dwóch tych pożarach wielu,
wielu laty ze sobą rozdzielonych, myślałem, widziałem dwie łuny,
ognistemi zgłoskami na niebie ludzkości kreślące:
Sic transit...
...Tak przemija... Filozoficzna maksyma dodaje: chwała tego
świata; każdy ziemski wędrowiec dodać może: wszystko. Kiedy oglądam
się na własną przeszłość, widzę obraz drogi, zaludnionej mnóstwem
cieniów ludzi i rzeczy. Są tam postacie, które towarzyszyły mi u
jej początku, w pogodny poranek wiosenny; inne spotykałem przy
skwarnem słońcu pod chmurami, wśród kwiatów, na ostrych kamieniach.
Z tamtemi szedłem długo, z temi godzinę lub chwilę; tamte jeszcze
rozminęły się tylko ze mną, lecz u każdej uczepioną pozostała
cząstka mojej duszy: kropla przyjaźni, iskra sympatyi, chwila
nadziei, boleści zabawy, trochę lub dużo żalu, stałe lub lotne
wspomnienie. Teraz widuję tylko ich cienie, gdy się za siebie
obejrzę. Jedni poszli na inne, oddalone drogi; drudzy, jak krety,
wsunęli się pod ziemię, zostawiając po sobie tylko nieco nad poziom
wystające grudki ziemi; innych, choć, jak dawniej, obok mnie
postępują, czas, lub rozwój mego własnego poznania tak odmienił, że
w żaden sposób mniemać nie mogę, aby byli tymisamymi, z którymi
szedłem niegdyś. Oprócz tych cieniów przeminionych dla mnie ludzi,
na przebytej drodze widzę jeszcze odbicia ponikłych obrazów. Mury i
pola, wody i drzewa, gniazda ludzkie i widoki natury, na których
przez długie lub krótsze, ale pamiętne szeregi lat lub chwil wzrok
zatrzymywałem, pośród których przeżyłem najwznioślejsze uniesienia
i najgłębsze cisze, szlachetne godziny pracy i dręczące dni
boleści! - istniejecie kędyś i, trwalsze od ludzi, istnieć
będziecie długo, ale nie dla mnie, bo ja was nigdy nie zobaczę.
Sic transit...
...Co właściwie czuję, gdy pogrążam się w odmęcie tych
ciemnych myśli? Gniew przeciw Przeznaczeniu? pogardę dla ludzi? żal
nad własnym losem? Nie, żadnego z tych uczuć nie odkrywam w sobie.
Gniewać się na to coś olbrzymie, niepojęte, które nakreśliło ogólny
plan świata, nadało mu stałe prawa i bez uwagi na jednostki, nawet
zbiorowe, do jakichś olbrzymich, niepojętych mi celów dąży - byłoby
niedorzecznością, której nie popełnię. Miotać się przeciw
Nieznanemu, kamienie ciskać w obłoki, szaleniec tylko może. Owszem,
jedyną jeszcze dostępną mi pociechę czerpię w przypuszczeniu, że
może jestem jednem z niezliczonych narzędzi, przez które buduje się
coś doskonałego - jedną drobniutką cząstką dążenia, ku rozumnemu,
niezmiernemu jakiemuś celowi. Gdybym to przypuszczenie w pewność
mógł zamienić, byłbym szczęśliwym. Pogardzać ludźmi - rzecz
śmieszna! Sam przecież jestem człowiekiem i patentu na najlepszość
nie otrzymałem od nikogo. Co do własnego losu, cóżem ja to za
figura, jaką tak wielką wyższość nad cierpiącym gatunkiem moim
posiadam, abym miał przestrzeń rozdzierać jękami, dla tego, że
także cierpię? Nie, ani gniewu, ani pogardy, ani żalu nad samym
sobą nie czuję, tylko ze wszystkiego, com zgłębił i czegom
przeniknąć nie zdołał, z tego, czegom doznał i czegom nie zaznał, z
dziejów świata i z maluczkości ludzkiej woli, z nędz ludzkich i z
moich zawodów, - wybuchają tak gęste, ckliwe, dławiące opary
melancholii i tak mnie całego ogarniają, że chwilami wydaje mi się,
iż w nich tracę życie.
...Utracić życie, pozbyć się go... nieraz już o tem myślałem, ale
powstrzymywało mnie zapytanie: co z tego wyniknie? Sam tylko
otrząsnę się z niewygodnej sukni, a więcej nic, najzupełniej nic
nie sprawię, nie zbawię, nie naprawię. Pocóż więc? Dla siebie tylko
szkoda fatygi! Chociaż, kto wie, kilka kropel z tej czary
melancholii, z której oddawna pić nawykłem..."
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.