Mekong przed końcem świata - Grzegorz Kapla

Reflow text when sidebars are open.
Lepiej jest przeżyć jeden dzień i usłyszeć dobrą naukę, niż żyć sto lat bez dobrej nauki.
Bolesna jest śmierć młodego suma, jakieś czterdzieści centymetrów, co to jest dla takiej ryby, o ósmej czterdzieści siedem na targowisku w Talat Rom Hup, trzy godziny po wschodzie słońca i trzynaście minut przed nadejściem pociągu. Dziewczyna ładna, symetryczne rysy twarzy, bez cienia szminki na ustach, gruby, smolisty warkocz i bezczelnie sterczące sutki pod czerwoną, może purpurową koszulką. Sięga do wielkiej misy, którą ktoś musiał jej tu postawić, bo sama by nie dźwignęła. Wybiera z niej rybę pewną ręka, a trzeba mieć pewną, bo sum śliski, silny, drań miota się, wykręca, złowiony dopiero co, jeszcze się nie zmęczył, jeszcze nie pojął, dlaczego zamiast mułu rzeki ma nad głową palące słońce i czemu leży z braćmi ciało przy ciele, wszystkie jednakowo śliskie, zielone i wciąż nieśmiertelne. Unosi go, waży chwilę w ręce, a potem rzuca na deskę ułożoną na niskim pieńku i prassst! Odcina mu wąsy z jednej strony. Obraca i prasssst! Odcina te z drugiej strony, a potem szast! i po ogonie. Wtedy dzwoni jej smartfon, więc porzuca niedokonaną rybią śmierć i odbiera, roześmiana, pewnie to koleżanka, pewnie jej opowiada o jakiejś randce, bo aż się zanosi z tego roześmiania, nogi szeroko rozstawione, trzeba mocno siedzieć przy takiej robocie, stabilnie niczym wieża Eiffla nad deską do ryb. Kiedy mówi do telefonu coś może nawet nieprzyzwoitego, zasłaniając usta, łapie na chwilę moje spojrzenie zadziwione i na pewno gorące, ale tu, na targowisku, wszystko przecież jest gorące i wilgotne. Może rzuca koleżance jakiś gruby żart o mnie, siwym, długowłosym, niebieskookim, spoconym niczym górnik z Potosi, albo o chłopaku, którego spotkała wczoraj. Taki chłopak nie wywinie się łatwo dziewczynie, która potrafi suma zabić jedną ręką, jakby to był kawałek bambusa.
Opuszczam wzrok. Sum bez wąsów i bez tylnej płetwy nie krwawi, podskakuje lekko na desce.
Kiedy ktoś przestaje kochać, jest tak samo.
Zegar się nie zatrzymuje, smartfony nie głuchną, pieniądze nie przestają krążyć z ręki do ręki, pociągi ani samoloty nie znikają. Nic się nie zmienia, choć wszystko się pieprzy i nic nie poradzisz na tę nagłą, lepką jak śmierć ślepotę serca, które się jeszcze szamocze bez ust, bez oczu, bez oddechu. Dziewczyna kończy rozmowę, wsuwa smartfon do kieszeni ręką z pomalowanymi paznokciami i umazaną w posoce, oblepioną łuskami oraz mułem, podnosi na mnie wzrok i prasssst! odcina sumowi głowę, nawet na niego nie patrząc. W tym momencie przez sam środek targowiska sunie pociąg, pchając przed sobą świst i zmuszając ludzi do zabrania z szyn wszystkich maneli, koszy warzyw, tac z owocami, skrzyń załadowanych rybami, saków pełnych krewetek, półeczek z butami z chińskiego plastiku, skrzynek z żywymi, powiązanymi w pęczki krabami, których fioletowe oczy na słupkach łypią czujnie i gdyby nie zaciski na szczypcach, cięłyby bez litości palce, które się do nich wyciągają jak czaple, wieszaków z koszulami zbyt ciasnymi na zagranicznych turystów i suszoną rybą, która leżała wprost na torach na skrawku gazety. Wszystko to upycha się teraz w pośpiechu pod ścianami kramów i kramików bez słowa skargi, bez jednego zbędnego ruchu. Pociąg przejeżdża przez Talat Rom Hup siedemnaście razy dziennie w każdą stronę, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, tocząc swoje długie cielsko trzydzieści kilometrów na godzinę. To najwolniejszy pociąg w całej Azji. Sprzedawcy wszystkie procedury mają w małym palcu: stoły, do których przymocowano kółka, odjeżdżają nagle w głąb targowiska, markizy szybują na sztorc, a ludzie czmychają na boki jak kurczęta. Koty między tym wszystkim myszkują za rybimi głowami albo suszonymi tuszkami - zawsze jakaś spadnie z gazety. Bogaci turyści z Francji, którzy zajęli stoliczki w miniaturowej kawiarence tuż przy torach, sięgają po aparaty. Klękam na szynach, by chwycić jedno ujęcie z dołu, ale krzyczą na mnie i ciągną za rękaw, nie utrzymam ostrości, jasna cholera, "Over the red line". - Pokazują. - "Over the line! The train will not stop!". Przyklejam się do blaszanej ściany, płaski jak glizda, dobrze, że schudłem te sześć, siedem kilo, bo pociąg przetacza mi się dwa centymetry przed nosem. Widzę, że jest pełen turystów, którzy robią mi zdjęcie za zdjęciem.
Gdy tylko pociąg przejeżdża, przekupnie natychmiast rozwijają markizy, wysuwają stoły, wyciągają z powrotem kosze i wagi, podłączają terminale kart płatniczych. Odkąd z powodu pociągu kręci się tu tak wielu zwiedzających, interesy idą coraz lepiej.
Gdyby szefowie Maeklong Railway wiedzieli, jak bardzo turyści z całego świata chcieliby mieć zdjęcia z prawdziwą lokomotywą, nie zastąpiliby jej dieslami Henschel 440hp w 1971 roku i wciąż zamiast smrodu ropy rynek tonąłby w kłębach pary, a sumy i krewetki śmierdziałyby wędzonką.
Gdybym wiedział, że za dwa miesiące zamkną to wszystko na cztery spusty, bo na cały świat rozleje się koronawirus, zrobiłbym tu selfie, żeby pamiętać, jaki był świat przed pandemią.
Nie oddawajcie się jałowemu biadaniu, lecz uświadomcie sobie, że nie ma nic trwałego, a życie ludzkie nic nie znaczy.
Dwieście pięćdziesiąt lat temu król mieszkał w drewnianym pawilonie, ale dla Szmaragdowego Buddy kazał zbudować murowany. Wat Phra Kaew była pierwszą prawdziwą budowlą Bangkoku. Szmaragdowy Budda, o którym złe języki wątpiących głoszą, że wcale nie wyrzeźbiono go z jednej największej na świecie bryły bezcennego szmaragdu, lecz ze zwykłego jaspisu, jest obrońcą i dobroczyńcą Tajlandii. Ma sześćdziesiąt sześć centymetrów wysokości, siedzi w pozycji lotosu i jest właścicielem kilku złotych tunik, w które, w zależności od okoliczności i pory roku, ubiera go sam król.
Legenda mówi, że ten bezcenny, cudowny posąg uratował już od klęsk pięć królestw. Tajowie wierzą, że został wyrzeźbiony z olbrzymiego kryształu przez Nagasenę, świętego męża, buddyjskiego filozofa i nauczyciela, żyjącego sto pięćdziesiąt lat. Stało się to w dzisiejszej Patnie, w Indiach, w roku 43 naszej ery, w pięćsetlecie narodzin Buddy. Oczywiście żaden człowiek nie mógłby wykonać tak kunsztownej rzeźby, ale Nagasena miał do pomocy boskich rzeźbiarzy - Wisznu i Indrę. To oni pomogli mistrzowi tak prowadzić dłuto, żeby nie zniszczyć kryształu, i to oni przepowiedzieli, że cudowny posąg pięciokrotnie ocali świat. Pierwszy raz w roku 300 na Lance (tę nazwę zaczerpnięto z Ramajany, by w 1972 roku zmienić na Sri Lankę) Szmaragdowy Budda powstrzymał ludzi walczących w wojnie domowej. Sto pięćdziesiąt lat później król Birmy wysłał poselstwo do Lanki, przysięgając, że jeśli Szmaragdowy Budda przybędzie do jego kraju i powstrzyma wojnę, Birma na wieki wieków będzie już buddyjska. Posąg pomógł potem Khmerom wybudować Angkor, który miał być jego domem. W 1432 roku w Laosie powstrzymał zarazę. Później odnalazł się w Chiang Rai i od tego momentu jego historia nie jest już legendą, ale spisaną w kronikach historyczną opowieścią. Oto pewnego dnia piorun uderzył w czedi świątyni Paya, odsłaniając ukryty tam ceramiczny posąg Buddy. Figurę przeniesiono do pokoju przełożonego klasztoru. Kiedy mnich czyścił rzeźbę, odpadł jej kawałek nosa i święty mąż ujrzał, że figura jest w środku zielona. Zdarł ceramiczną powłokę i ujrzał Szmaragdowego Buddę.
Król chciał zabrać figurę do swego pałacu, ale słonie odmawiały niesienia takiego brzemienia, co uznano za boski znak. A jednak Budda podróżował. Mieszkał w Chiang Mai, Luang Prabang i Wientianie, gdzie zdobył go w wojennej wyprawie generał Chakri, który zabrał figurę ze sobą, uznając, że zapewni ona powodzenie władcom Syjamu. Kiedy został królem, przybrał imię Ramy I.
To cudowny Budda i chcę go mieć na zdjęciu, zabrać ze sobą odrobinę jego aury. Nie żebym wierzył w magiczną siłę świętych wizerunków, ale nie można zignorować dziesiątków ludzi, którzy teraz na grubym dywanie klęczą przed Szmaragdowym, wyznając mu to, czego nie powiedzą nikomu innemu, a czasem nawet samym sobie nie powiedzą prawdy o tym, czego pragną, czego się boją, w co wątpią i w co wierzą, a jemu, jego zielonym oczom powiedzą. Może i ja powiem mu o smutku?
A może chcę ten smutek zabrać, bo nie wiem, kiedy następny raz będzie mi wolno jechać w drogę. Kiedy byłem dzieckiem, miałem pewność, że nie ma ostatnich spraw. Ale dziś wiem, że są. Ostatni raz rzucona słuchawka, ostatni raz, w złości, zatrzaśnięte drzwi.
Smutek sprawia, że człowiek patrzy w głąb siebie intensywnie i bezkompromisowo. Może ma głębszy sens, niż myślałem kiedyś. Wszystko przemija - moda, uroda, młodość, miłość, pasja, jesień, radość. Tylko smutek powraca aż do dnia, kiedy wszystko się skończy, bo przestaniemy się liczyć dla czasu i będzie on już płynął tylko dla innych.
Otrzepuję kolana i rozglądam się ukradkiem, niby patrzę na freski na ścianach, na malowane olbrzymie niebieskie słonie, a potem na posągi Buddów, królów i księżniczek rozstawione wokół tronu Szmaragdowego, wśród nich dwa naturalnej wielkości, z brązu, ale pokryte złotem, za nimi sufit, niebiosa i piekielne otchłanie wymalowane na ścianach. Tak naprawdę jednak szukam wzrokiem strażników.
W Wat Phra Kaew nie wolno robić zdjęć. Strażnicy są mili, ale bardzo stanowczy i tylko czekają, żeby wypatrzyć kogoś, kto chce ukraść wizerunek Buddy. Ale ja muszę, to silniejsze ode mnie. Inaczej nie zapamiętam, że Szmaragdowy siedzi na wysokim tronie i ma nad głową parasol ze szczerego złota, spiczastą czapkę, a wokół cztery wysokie świece. A jeśli nie zapamiętam, to i on nie zapamięta mnie.
Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji
Nie można osiągnąć niebiańskiego spokoju, zanim wyjdzie się poza mękę życia i śmierci.
Od dziecka chciałem zobaczyć pływające targowisko. Kiedy miałem dziesięć lat, siedziałem sam w wielkim domu mojego wuja w Legnicy, zmęczony po całonocnej podróży: najpierw pieszo, potem pociągiem, autobusem i znów pieszo, "Przepraszam, czy wie pani, gdzie jest Foto Wrzos, no wiem, że w centrum, ale nie wiem, gdzie w Legnicy jest centrum". Specjalnie przyjechałem, bo wuj był jedynym znanym mi właścicielem magnetowidu i kompletu kaset z Jamesem Bondem.
Oczy miałem przekrwione od wpatrywania się w ekran. Oglądałem Człowieka ze złotym pistoletem ze Scaramangą i jego demonicznym służącym, inteligentnym, przebiegłym i lubiącym ironię karłem. Wierzyłem we wszystko scenarzystom od Bonda, ale nie w takie miejsca, gdzie nie widać wody, bo sampan przy sampanie, kobiety ważą w rękach mango, banany, rambutany, marakuje, przesypują ryż z wielkich worków w torby, sprzedają kapelusze i koszule, drewniane figurki i spiżowe posążki Buddów grubych, chudych i zwyczajnych, w pozycji lotosu lub wyprostowanych jak żołnierze, obrazki tandetne, jakby dziecięce, a nawet żywe zwierzęta, i to wszystko burta w burtę, miliony barw.
Może gdybym dał się zahipnotyzować, okazałoby się, że ruszyłem w podróż właśnie z powodu Bonda?
A teraz jestem w Damnoen Saduak, oczy przekrwione od niewyspania, bo kto by tam spał w Bangkoku, mieście, w którym wszystko, czegokolwiek zapragniesz dotykać, lizać, ssać, ściskać, masować, mierzwić, przyciągać, odpychać, gryźć, wielbić i nienawidzić, dostaniesz pod warunkiem, że to będzie w nocy.
Nocą żyje to miasto i kto nie respektuje zasad, niech przepadnie.
Więc oczy mam jak krew, a krew stężałą od kaca, od wstydu, od strachu, ale jestem tu, gdzie trzeba, w mojej arkadyjskiej, bondowskiej przystani i pcham się łokciem, kolanem, syczę przez zęby, przepychając się koło francuskiego turysty: "Co mi tu będziesz gadał, francuski pudelku, moja kolej", a on w swojej przeczystej białej koszulce polo cofa się jak pod Waterloo, jak pod Dunkierką. Łup, zeskakuję z pomostu, sampan kołysze się na boki, starowinka wczepiona w spróchniałą rufę pazurami, niby kwoka, nastroszona, senna, ale to przecież ptak, ruchy bystre, szybkie oczy, może i jest stara, ale silna. Inaczej by się nie utrzymała ani dnia w tej ciżbie łodzi upchniętych jedna przy drugiej tak, że nie widzisz wody. Ale jest, czujesz to pod sobą, po kołysaniu nagłym, chybotliwym. Kobieta pokazuje mi dłonią, żebym siadał wreszcie, no wiem, przecież jakby tu wpaść do wody to jak amen w pacierzu, jak pod krę w szalonej, wielobarwnej rzece. Siadam, deski cieplutkie, tłok niemiłosierny, na filmie wyglądało to inaczej, może ze dwieście łodzi, ale to było w siedemdziesiątym czwartym, a dzisiaj jest ich tyle, że nie dałoby się wcisnąć ani jednej więcej.
Kilkanaście lat przed końcem dziewiętnastego stulecia król Rama IV, niech imię jego nigdy nie będzie zapomniane, polecił wykopać kanał łączący Maeklong z rzeką Tha Chin. W ludnej i bogatej prowincji te trzydzieści kilometrów było potrzebne, żeby mieszkańcy mieli się gdzie spotykać, plotkować, handlować i budować domy na palach. Wykopano więc dziesiątki kilometrów kanalików łączących się z królewską drogą wodną. Aż do początku lat siedemdziesiątych, kiedy upowszechniły się autostrady,a szlaki sampanów zaczęły zarastać mułem i trzciną. Dzisiaj po zakupy jedzie się trasą szybkiego ruchu do najbliższej galerii handlowej, ale labirynt Damnoen Saduak przetrwał, wypromowany na największą atrakcję turystyczną na zachód od Bangkoku. Tysiące ludzi w kolorowych łodziach kręcą się w tę i we w tę po kanalikach oblepionych ściśle sklepami dla turystów. Kurniki, garaże dla łodzi i składy rupieci na poziomie wody zastąpiły dzisiaj sklepy ze wszystkim, co nadaje się sprzedaż. Mikrokosmos masek, wzorzystych tkanin, batiku, jedwabiu, drewnianych penisów malowanych w fantazyjne wzory, akwarel wykonanych przez słonie, szkatuł, podrabianych rolexów i moonwatchów, butów, kurtek The North Face oraz skórzanej galanterii.
Kupuję za ostatnie kipy portfel i wyskakuję na brzeg, wspinam się na galerie uczepione wodnych domów, bo chcę mieć stąd reportaż, może sześć, może osiem dobrych zdjęć, mijam gościa, który za parę dolarów daje turystom do ręki wielkookiego lori. Każdy chce mieć selfie z przepięknym rzadkim zwierzęciem z południowych dżungli. Lori musi być otumaniony narkotykami, inaczej serce pękłoby mu ze strachu, bo gość w tej samej ręce, do której tuli się małpiatka, trzyma głowę kilkumetrowej długości pytona.
Aby życie było czyste i niesamolubne, nie należy traktować jako swoje własne tego, co się posiada.
Kiedy słońce odpuszcza szychtę i nadciąga wieczór, powietrze staje się ciężkie od muzyki i od alkoholu, bo każdy chce się upić, poocierać o innych ludzi, może zakochać, a może tylko wynająć za pieniądze smukłą, skośnooką dziewczynę, która o nic nie pyta, lub też po prostu najeść się, naćpać, upoić ulicą Khao San. W Berlinie przed wojną pewnie było tak samo. Nikt nie myślał o ociepleniu klimatu, o rozwarstwieniach społecznych, o tym, za jaką cenę wyrywamy z trzewi Ziemi lit, potrzebny, by produkować akumulatory do samochodów elektrycznych i do smartfonów, dzięki którym zrobimy selfie z vegeburgerem.
Gapię się na mój nowy portfel, stary rozmiękł, rozpuścił się, porozdzierał. Był ze mną wszędzie przez ostatnie piętnaście lat, każdego dnia dotykałem jego czarnej skóry z kiedyś wyraźnym, a potem coraz bardziej pozacieranym wytłoczeniem i przeszyciami czerwoną nitką... Był ze mną w tylu światach, miał w sobie z osiemdziesiąt walut różnych ludów: monety z Papui, Ziemi Ognistej, Lesotho, Badachszanu, Himalajów, Sahary i wysp Pacyfiku. Kiedy mnie okradli w Peru, ocalał, bo nie był w plecaku.
Tkwił w kieszeni, kiedy wchodziłem na sześciotysięcznik, przetrwał lodowce i deszcze w dżunglach. Był ze mną, kiedy miałem pieniądze i kiedy pożyczałem na czynsz, kiedy kupowałem wino dziewczynom, z którymi chciałem iść do łóżka, albo kwiaty na grób.
Siedzę w guesthousie Nat, bo tu mają najtańsze piwo na całej Khao San. Naprzeciwko Phranakhrona z wielką mordą Hanumana stylizowaną na kukłę teatru cieni. Piję i czytam Lonesome Traveler Kerouaca, które bardzo pasuje do tego miejsca, pełnego spraw złych i kilku wzniosłych oraz psów. W Laosie, Wietnamie i Kambodży trzyma się je na mięso, a ci, którzy kochają te zwierzęta, muszą pilnować, by ktoś ich nie ukradł i nie sprzedał do restauracji. W Tajlandii psy są królami, mają swoje spa oraz fryzjerów i po Khao San chodzą w najnowszych fryzurach.
Wtedy dopada mnie jet lag. Śni mi się, że jestem w domu, pakuję plecak, a on jest żywym stworzeniem, wije się jak piskorz, ucieka.
- Hej, okradną cię. - Ktoś mnie budzi. Ma żółtą czapkę z daszkiem i dawno się nie golił. Samarytanin.
- Ja niczego nie posiadam. - Uśmiecham się do niego. - Mam tylko niedopite piwo i książkę. A kto dziś kradnie książki?
Zadowalać się tym, co się ma - to więcej, niż mieć skarb.
Sześć dni wcześniej na lotnisku Okęcie pani na odprawie powiedziała mi, że nie polecę.
- Nie może pan lecieć, bo pański paszport jest rozdarty. - Pokazała mi. Rzeczywiście był rozdarty.
Opowiedziałem jej wtedy o zepsutej pralce, że komputer przestał działać, że rozbił mi się dzisiaj kubek i w ogóle że jeśli zostanę, seria nieszczęść zniszczy to miasto.
- Nawet pani nie wie, jakie kataklizmy czyhają na nas na krawędzi czasu.
Popatrzyła na mnie swoimi zielonymi oczyma.
- Niecały procent ludzi ma takie oczy jak pani, to niezwykle rzadki kolor - skłamałem. - Pewnie ma pani przodków gdzieś w Babilonii albo w Persji.
Pozwoliła mi polecieć.
W pierwszym samolocie zmarzłem, ale dobrze karmili. W drugim było cieplej, ale jedzenie niedobre. Wylądowaliśmy o drugiej nad ranem, podła godzina, schodzę z pokładu, jarzeniówki bezlitośnie wypalają oczy, czterysta osób z mojego samolotu zabłąkanych w bezkresie lotniskowych korytarzy niczym ostatni ludzie w całym wszechświecie.
Wtedy jeszcze myślałem, że zawsze będzie tak jak dotąd. Lotniska, samoloty, praca w redakcji, tłum na dziesiątym piętrze, bankiety, beztroska. Uciekłem od tego wszystkiego w nieprzewidywalną kruchość świata w podróży, żeby doświadczyć czegoś innego niż nasza "fajna" syta rzeczywistość glamour, bez starości, biedy, brzydoty i trosk. Od instagramowej pychy, z jaką przeglądamy się w wyobrażeniach o tym, jacy jesteśmy piękni i beztroscy.
Samotna podróż do obcego świata to nie tylko przygoda, ale i katalog lęków: że okradną, że karta w bankomacie nie zadziała, że bez rezerwacji nie znajdę noclegu, że nie odczytam zasad korzystania z metra, zasnę i pojadę za daleko.
Gdyby była otwarta jakaś knajpa, siedziałbym teraz nad lokalnym zimnym piwem, jednym, drugim, trzecim, a potem niech się dzieje, co chce. Ale jest trzecia czterdzieści sześć nad ranem, wszystko pozamykane. Podążam więc za strzałkami wskazującymi drogę do kontroli paszportowej, do wstydu, utrapienia, wyjaśnień, dlaczego ten paszport rozdarty, oczy mam czerwone od oglądania filmów w samolotach i od braku snu.
- Polacy w innej kolejce - mówi siedząca w okienku kobieta, kiedy już odstałem swoje. - Polacy bez wizy.
Idę do drugiej kolejki. Młody oficer, biały mundur, gwiazdki, złoty sznur, beret, chmurne spojrzenie człowieka z nocnej zmiany. Widzi, że kartka w paszporcie naddarta.
- Cel wizyty?
- Piszę książkę dla National Geographic.
Śmieje się, ale ja wyciągam smartfon, szukam, wszystko jest na dysku, o! Podtykam mu pod nos, tu moje nazwisko na okładce i logo wydawnictwa. Pfugh! Wbija mi stempel, a ja mu wbijam uśmiech.
Wiara jest owocna i święta. Trudno ją jednak obudzić w leniwym umyśle.
Pierwsze metro rusza o czwartej dwadzieścia. Wody w butelce żałośnie mało, a nie mam gdzie kupić, bo na pierwszej stacji wszystkie kioski są jeszcze nieczynne. Koszula przepocona, nie ma do kogo zagadać, ale to i tak lepiej niż w Chinach, bo można przeglądać Internet, są gniazda ładowania i wi-fi do woli. Wszystkie nasze dzienne sprawy. Jakbym nie wyjechał z domu.
O piątej trzydzieści wsiadam w pierwsze metro i od razu zasypiam. Nie wiem na jak długo, ale kiedy otwieram oczy, nad Bangkokiem wstaje słońce i przez brudną szybę widzę, jak niebo nad szpitalem Vibharam z szarego staje się różowe.
Na Makkasan można się przesiąść na drugą linię metra. Niebieska linia jedzie aż do San Yot, potem spacer przez zakurzony park Rommaninat i labirynt jednokierunkowych sennych uliczek śródmieścia. Kiedyś było to przedmieście, ale teraz do granic miasta jest stąd dwadzieścia kilometrów.
Bangkok jest miastem pełnym sprzeczności. Ciepło jak w lecie, a iluminacje jak w grudniu. Są nawet Święte Mikołaje. Samochody jeżdżą po lewej stronie jezdni, schody ruchome też odwrotnie niż u nas. Wizerunki króla wiszą nawet na balkonach prywatnych mieszkań. W świątyniach płaci się za wstęp całkiem sporo, ale po zmroku i tak są otwarte, a wtedy można wchodzić za darmo. Buddowie mają czarne albo złote twarze, chyba że to Szmaragdowy Budda. Nie wolno tatuować Buddy na ciele ani mieć go na przykład na T-shircie, bo to wielki nietakt. Świątynia wschodzącego słońca leży na zachodnim brzegu, masaż im dłuższy, tym tańszy, a życie uliczne zaczyna się, kiedy zwykli ludzie już śpią. Centrum nie jest duże, z mapy wynika, że wszędzie można dotrzeć piechotą w pół godziny albo dojechać w trzy kwadranse, takie mają korki.
Bangkok jest spokojny i dostojny, pełen niezapomnianych obrazów. Oto mnich w szafranowej szacie z fioletową płócienną torbą z supermarketu fotografuje za pomocą smartfona olbrzymi pień świętego drzewa, udekorowanego wieńcami ze świeżych kwiatów i delikatnych zielonych oraz fioletowych szarf. Mijam przedziwny sklep z woskowymi figurami świętych mężów naturalnej wielkości, nie byłem gotowy na takie spotkanie, oraz targ rybny, po którym przeszedłem nieśmiały, niepewny, niewyspany, bez maski na twarzy, a tu wszyscy w maskach, choć do wybuchu pandemii jeszcze prawie dwa miesiące, jeszcze nikt nie wie, co nadciąga, ani ludzie, ani szczury. Martwe ryby na straganach, ich łuski błękitne, czasem złote, rozetki z tuzina suszonych sardynek ułożonych w kształt słońca jedyne sześćset batów, prom na drugą stronę rzeki jedyne trzynaście. Powinno być dziesięć, bo dyszka ma na rewersie wizerunek Wat Arun - Świątyni Świtu.
A mój hotelik spokojny.
Mogę leżeć w swoim boksie na parterze piętrowego łóżka z półeczką i gniazdkiem elektrycznym na dwa wtyki, strasznie wyrobione, trzeba podłożyć książkę, żeby wtyczka nie wypadała, oraz drugą półeczką na książkę albo na prezerwatywy, co kto woli.
W lesie trujących drzew eranda nie ma pachnących drzew kandan. Jeśli drzewo kandan rośnie w lesie eranda - jest to cud. Podobnym cudem jest, że wiara w Buddę wyrasta w ludzkich sercach.
Do Wat Arun płynę jak Taksin Wielki, pradawny król Syjamu, który wyruszył flotyllą łodzi przez dżunglę, żeby znaleźć miejsca na stolicę kraju, który sobie wymarzył. Wieszczono mu, że otrzyma znak, kiedy ujrzy to miejsce, ale nie wiedział jaki. Właśnie się kończyła noc z przepowiedni, a on niewyspany, zmęczony, zupełnie jak ja teraz, tracił już nadzieję. Jaki znak? Krzyk ptaka? W dżungli miliony ptaków krzyczą bez przerwy. A może złota łuska ryby? Drzewo, przy którym Budda znalazł ukojenie? Dżungla jest pełna takich drzew. Szarzało, potem niebo zrobiło się różowe i nagle ponad drzewami ujrzał blask, bo pierwszy promień słońca dotknął iglicy świątyni.
- Jak się nazywa ta świątynia? - zapytał, a mnich, który towarzyszył mu w bezsenności, powiedział, że Świątynia Świtu. Król poznał, że to właśnie jest znak.
W czasach króla Ramy II Wat Arun była już główną świątynią Tajów, bo złożono w niej relikwie samego Buddy. Prang, czyli wysoką wieżę nad świątynią, zaczęto dekorować płytkami porcelany. Było ich pod dostatkiem, bo chińskie statki przypływające do tutejszych portów woziły porcelanowy gruz jako balast.
Tajscy murarze zrobili z tego gruzu znakomity użytek.
Po drugiej stronie rzeki, w Wat Pho, spoczywa, leżąc na boku, olbrzymi złoty Budda, tak długi, że nie sposób obejrzeć go w całości, ale można przejść całe czterdzieści metrów wzdłuż kolumnady i podziwiać: oczy, filar, usta, filar, piersi, filar, pępek, filar, kolana, filar i wreszcie jego święte stopy. Po wewnętrznej stronie stóp wyrzeźbiono wszystko, czego dotykały, cały świat - góry, oceany, zamki, pałace, świątynie, lasy, strumienie, słonie, wierzchowce, ludzie z sercami pełnymi wiary lub zwątpienia. Człowiek nie jest w stanie widzieć Boga, ale może doświadczyć jego obecności. Bóg zostawia ślady tam, gdzie przeszedł.
W Wat Pho znajduje się największa liczba posągów Buddy w całej Tajlandii oraz dwa święte drzewa, jedno całe ze srebra, a drugie ze złota. Król osobiście ustawił je na ołtarzu Buddy. Na dziedzińcu rosną żywe drzewa, mają zielone liście i oblepione są batami oraz dolarami. Zapłata za błogosławieństwo... Myślałem dotąd, że jedynym, jakiego mogą udzielić drzewa, jest cień, ale człowiek uczy się przez całe życie. A pośród posążków Buddy siedzi ten jeden najświętszy, łatwo go poznać, bo właśnie tam ludzie podchodzą najliczniej, kłaniają się, jakaś dziewczyna w zwiewnym wdzianku przykleja mu do policzka maleńki płatek złota. Gdyby to był człowiek, drgnęłaby mu powieka wobec jej piękna i pokory, ale Budda trwa nieruchomo. A w cieniu za jego plecami lśnią niebieskie oczy kota.
To musi być strażnik Wat Pho, skoro pozwalają mu leżeć w cieniu stóp czterech królów Syjamu.
W zachwycie wyciągnęła królowa prawą rękę, aby ułamać gałązkę. Kiedy to uczyniła, narodził się książę.
Ranek w Bangkoku, tłusta larwa skwaru pełznie ulicami, bezlitośnie wyżerając ostatnie skrawki cienia z każdego zakamarka. Nawet z kurzu spod ławek, nawet spod liści. Pocę się trzy minuty po tym, jak drzwi hotelu zatrzaskują klimatyzację po drugiej stronie szyby.
Na mojej ulicy stoją szeregiem olbrzymie posągi, nie wiem, czy z plastiku, czy naprawdę z brązu. Buddowie, generałowie, jeden na koniu, cierpliwi, milczący, nie pocą się, nie narzekają, po prostu powoli rozgrzewają się do czerwoności. Moja śniadaniowa knajpka już zamknięta, bo zasnąłem dopiero nad ranem i jest już niemal dziesiąta. O tej porze śniadania już nie podają, ale tak smutno patrzę podkrążonym, ale jednak niebieskim wzrokiem, że właścicielka otwiera, zaprasza, bierze dwa jaja, podnosi w górę pytająco gestem pradawnej wiedźmy, udając, że rozbija, że wrzuca w garnek zupy, miesza, a ja tylko kiwam głową.
- Tak!
Jem ostrożnie, żeby nie pochlapać koszuli, bo mam tylko jedną dość dobrą, żeby w niej wstąpić do królewskiego pałacu, choć król bywa tam tylko od wielkiego dzwonu. Normalnie mieszka w mniejszym, wygodnym pałacu w Dusit Garden. W Grand Palace pojawia się z okazji koronacji, ślubów, pogrzebów i różnych państwowych rocznic.
Król jest dla Tajów jednym z trzech, obok religii i narodu, filarów ich tożsamości. Królewskie portrety wiszą wszędzie: w domach, sklepach, restauracjach, taksówkach i na pokładach łodzi. Tajowie wierzą, że wizerunek króla jest amuletem, który przynosi powodzenie w interesach.
Kończę zupę, a król patrzy na mnie ze ściany z dobrodusznym uśmiechem. Podnoszę miskę, zlizuję ostrą kroplę zielonego curry, a druga zbiera się, żeby spaść na koszulę, ale nie pozwalam, nie puszczam, wycieram palcem i koszula wciąż jest czysta.
Dwie przecznice stąd stoi Świątynia Miejskiego Obelisku. Dziesiątego dnia po szóstym nowiu księżyca w roku tygrysa, 1144 roku w kalendarzu Chula Sakarat, król Rama I w samym sercu lasu ustawił obelisk i zarządził, że będzie on środkiem nowego miasta, stolicy państwa dynastii Chakri, której postanowił zostać założycielem. Nazwał to miasto "Krung Rattanakosin intra ayothaya". Rattanakosin było wyspą w rozlewiskach rzeki, zbyt małą, żeby pomieścić wszystkie ludzkie pragnienia i namiętności, więc miasto szybko wykipiało, wylało się z wyspy w okoliczne lasy, topiąc je w powodzi ulic, domów, śmieci, spełnień i zawiedzionych nadziei. Nazwa też musiała się zmienić. Ludzie zaczęli używać krótszej: Bangkok.
W naszym kalendarzu obelisk postawiono 21 kwietnia 1782. Obelisk Ramy I był drewniany i pusty w środku. Król ukrył tam horoskop dla swojego miasta. Miało być wielkie, szczęśliwe i wieczne. Już po kilku dziesięcioleciach było oczywiste, że wróżba się spełnia. Miasto rosło, dynastia była bogata, kobiety najpiękniejsze na świecie, mężczyźni waleczni i szlachetni, dzieci zdrowe, wrogowie zaś, zajęci waśniami między sobą, pozwalali Tajom żyć w pokoju i dobrobycie. Król Rama IV kazał umieścić drewniany obelisk w specjalnej złotej tubie, a horoskop przepisać z papieru na złoty zwój.
Zaglądam przed otwarte wrota. Dookoła mnóstwo kobiet, a pośrodku nich złoty, falliczny obelisk, który przynosi dziewczynom szczęście w miłości, matkom w macierzyństwie, a kochankom wierność.
Nie siadam, nie klękam, nie patrzę. Tfu, żeby tylko nie zapeszyć.
Uczyńcie z siebie światło. Polegajcie na sobie, na nikogo nie liczcie.
Najpierw trzeba przejść przez bramę, której strzegą jakszowie - potworni ceramiczni wartownicy. Swoją karierę w historii sztuki zaczynali od roli pociesznych leśnych duchów, pilnujących skarbów pod korzeniami drzew, żeby z czasem nabrać masy mięśniowej, zapuścić kły, nałożyć na grzbiety zbroje i wziąć do rąk miecze i topory. Są wartownikami północy, generałami Buddy, obrońcami praworządnych i strażnikami królewskich świątyń. Mija się ich, nie patrząc w okrągłe, wypukłe ślepia w nadziei, że skoro nie patrzysz na nich, oni nie widzą, że nie masz nic wspólnego z wiarą, prawdomównością i szlachectwem. Ściskasz w ręce bilet i nadzieję, że świat duchów jest tylko legendą, więc cię nie dopadną, nie chwycą za gardło i nie spytają, dlaczego plugawisz swoją obecnością szlachetny spokój najświętszej relikwii Tajów, Szmaragdowego Buddy, niech jego panowanie nigdy się nie kończy, a jego błogosławieństwo niech nie zna granic.
Wchodzę.
Brama nie jest wysoka, jakby chciała przypomnieć, że to święte miejsce, że trzeba pamiętać o pokorze. W Tajlandii niemal każdy jest buddystą i niemal każdy mężczyzna, zanim pójdzie do pierwszej pracy, wstępuje do klasztoru na rok, miesiąc albo choćby na kilkanaście dni. Dzięki temu nawet w epoce selfie, nieustannego adorowania samego siebie, pośród Tajów pokora jest ciągle u siebie.
Za bramą, na wewnętrznym murze okalającym świątynię Haw Phra Kaew, namalowana jest Ramajana na stu siedemdziesięciu ośmiu obrazach o kolorach zbyt świeżych i intensywnych jak na swoje dwieście pięćdziesiąt lat. Spoglądają z nich ludzie, małpy, potwory, słonie, konie, królowie, książęta, wojownicy, niewolnicy, wytrzeszczone oczy, ręce zaciśnięte na pikach, mieczach, sztyletach, a także śpiące nago nad strumieniem dziewczęta z różowymi sutkami. Widać, że konserwatorzy sztuki uczciwie pracują na swoje wypłaty. Nie znam Ramajany i niczego nie rozumiem z tego eposu, ale oglądam złocone dachy malowanych pałaców, drzewa przyparte wichurą do ziemi, czarne cielska monstrualnych potworów, dziewczyny w królewskim basenie, tygrysy, szczury... Za kilka godzin zobaczę Ramajanę w wykonaniu tancerzy Królewskiego Teatru w zabytkowym kinie Sala Chaloem Krung przy ulicy Charoen Krung, więc odklejam wzrok od malowideł, bo czeka mnie przenajświętsza świątynia, tak złota, że nie da się na nią patrzeć. Falliczna, olbrzymia pochodnia złotej czedi, pokryta maleńkimi złotymi lusterkami, ściga się ze słońcem o to, które z nich pierwsze wypali mi oczy na wskroś, a kiedy utracę wzrok, zrozumiem, że chodzi o zespolenie wszystkich pragnień, emocji, lęków, mądrości, nadziei i miłości w jedną wszechogarniającą emanację ostatecznego oświecenia. Złota czedi kryje pod swoim owalnym cielskiem relikwie samego Buddy, ale nie dlatego przychodzą tutaj tysiące ludzi każdego dnia, nie w głowie im modlitwa, pokłon, cisza czy pokora. Przychodzą, żeby dopełnić najważniejszego rytuału - zrobić selfie z miną w kształcie dzióbka.
Kiedy ruszałem w tę podróż, nie wiedziałem, że będzie ostatnia. Że nadchodzi pandemia. I że to koniec świata, który znamy.
Jechałem nad Mekong po to, żeby zrozumieć świat, w którym, choć minęło kilka pokoleń, wojenne blizny wciąż wyłażą ludziom spod podwiniętych rękawów, a oczy, nawykłe do łez, zawsze mają w sobie cień. Nawet w chwili uśmiechu.
Oczywiście chciałem też przeżyć przygodę, bo w końcu po co innego wyruszali w nieznane najwybitniejsi autorzy powieści drogi - Twain, Terzani czy Kerouac? Przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się planowanie. Jest podążaniem do miejsca, którego nie znasz, którego nie widziałeś na Instagramie ani w żadnym katalogu, o którym nawet nie wiedziałeś, że istnieje, dopóki go nie odkryłeś.
Chciałem jeszcze raz przeżyć włóczęgę.
Włóczęga to ktoś inny niż turysta. Turysta wie, dokąd zmierza, ma plan podróży, rezerwację hotelu, harmonogram wycieczek fakultatywnych, przewodnika i program animacji przy hotelowym basenie - joga, crossfit, nauka tanga.
Podróżnik nie ma takiego planu, ale wie, dokąd zmierza, bo jest w drodze po to, żeby zebrać plon: wspomnienia, zdjęcia, pamiątki, opowieści, które przywiezie ze sobą po to, żeby się nimi podzielić z tymi, których kocha.
Włóczęga jest w drodze, bo tylko to potrafi. Nie ma domu ani potrzeby zbierania żadnych artefaktów. Nie ma dokąd wrócić, bo najbezpieczniej czuje się w podróży.
Jestem włóczęgą. Pisanie o podróżach to dla mnie jakby alibi przed sobą, przed tymi, którym jestem bliski. Przed moim wydawcą. Przed światem. Maska włóczęgi to dobra wymówka, żeby zająć się w życiu czymś tak nieracjonalnym jak gapienie się w wodę na końcu świata zamiast jakąś "uczciwą pracą".
Ruszałem w tę drogę w nadziei, że powstanie z niej opowieść o krainie, której rany zadane przez przybyszy z Europy, Ameryki, a może i z Japonii nigdy się nie zabliźniły.
Wróciłem do Polski ostatniego dnia przed tym, gdy na lotnisku w Warszawie wprowadzono obowiązkowe mierzenie temperatury dla osób powracających z Azji. Wróciłem w wigilię dnia, w którym nad naszym światem rozlała się pandemia, a wraz z nią lockdowny, upadki przedsiębiorstw, home office, obniżanie wymagań szkolnych ze względu na trudności w nauczaniu online, oczekiwanie na cud szczepionek i nadzieja, że nie wszyscy umrzemy.
Pisanie o podróży wymaga, żeby odbyć ją dwa razy: raz w okolicznościach przyrody, pomiędzy ludźmi, a drugi raz w chwili, kiedy się ją pisze. Ta druga podróż czasami jest bardziej intensywna od pierwszej.
To jest książka o ostatniej podróży w świecie, który już nigdy nie wróci.