Prolog
Czy zdarzyło się wam być w sytuacji bez wyjścia? Ale mówię tak serio, bez wyjścia, gdzie każda podjęta decyzja prowadziła was w jeszcze większe bagno a wy ugrzęźliście w tym gównie po szyję?
Bagno, tak to właściwe porównanie, im więcej robisz tym gorzej na tym wychodzisz. I kurwa, że też akurat teraz muszę być "tak" mądra by to widzieć, nie mogłam użyć mózgu wcześniej?
Nie no przecież, że nie. Kto by go używał skoro w szkołach klepie się tylko regułki a nie ich zastosowanie...
Wybaczcie język oraz nastawienie ale nie spodziewajcie się po mnie niczego innego, nie teraz gdy beznadziejność mojej sytuacji zaczyna mnie przygniatać
Na obronę mogę dodać, że kiedyś taka nie byłam.
Kiedy byłam dzieckiem lubiłam patrzeć w gwiazdy. Były takie piękne, czyste... A na tle ciemnego nieba otaczała je aura tajemniczości. Sądziłam wówczas, że tylko księżyc zna ich historię.
Później nieoczekiwanie przyszedł "bum kosmiczny" i nagle niemal wszystkie bogatsze państwa zaczęły wysyłać w kosmos rakiety. Po paru latach to nawet najbogatsi ludzie mogli zafundować sobie taką wycieczkę (bo to niemal arystokracja przecież) i nikt nawet się nie spodziewał, że po dekadzie ludzie z sukcesem założą kolonie na Merkurym - zonk, nie? Kto by pomyślał o Merkurym, gdzie Słońce spala wszystko co napotka. Możliwe to było dzięki wiecznie zaciemnionym kraterom gdzie znajdował się lód oraz woda.
Pierwsza osada na nowej planecie była naszym wspólnym osiągnięciem. Zjednoczyliśmy się pod niemal wszystkimi względami. Nie było już więcej aż tak widocznych podziałów na państwa czy rasy. Wybraliśmy jeden oficjalny język, jedną walutę, jedną możliwą dla nas nazwę... Ziemia.
Następne etapy kolonizacji zaczęły się niemal błyskawicznie. Po czterech latach całkowicie opanowaliśmy i przystosowaliśmy sobie Merkurego i było całkiem spoko, aż do momentu, typowego z resztą dla naszej ludzkiej mentalności - chcieliśmy WIĘCEJ. Niby działaliśmy razem, ale wkroczyła polityka i system zaczął podupadać. Dalej do kolejnych projektów wybierano najinteligentniejszych naukowców i inżynierów z całej ziemskiej populacji, ale później mieli oni do wyboru parę różnych programów do badań. Przestaliśmy się zgadzać co do następnego kroku w naszej ekspansji. Każdy proponował inną wizję, każdy chciał zacząć gdzieś indziej...
Straciliśmy naszą jedność głosu i to w niecałe dwadzieścia lat od tak wielkiego sukcesu. Ludzie żyjący na Merkurym zaczęli się odcinać od Ziemi. Byli samowystarczalni i to właśnie wtedy wkraczało w dorosłość ich kolejne pokolenie. Nie dziwie się im. Żyli sobie powoli, bez tego wewnętrznego przymusu, aby uczynić kolejny krok w kosmos. Byli osadnikami bez żadnych zobowiązań. Bez podatku, rządu czy nawet religii. Byli wolni.
Też mogłam tak żyć, wybrać spokojne lenistwo i kosić niebieską trawę... Mogłam udawać, że całe to zamieszanie wokół kosmosu wcale mnie nie interesuje... Mogłam, ale nie chciałam. Wolałam być w centrum tego chaosu i móc decydować (mniej lub bardziej) o następnym kroku ludzkości. To było coś wspaniałego. Władza jest straszną siłą, mówię wam. Potrafi niszczyć i tworzyć w ciągu jednej sekundy. Zapewne dlatego jest taka pociągająca i tyle osób o nią zabiega.
Ja nie byłam lepsza, chciałam mieć wpływy, pragnęłam by ludzie mnie rozpoznawali i niemal ze strachem w oczach podziwiali. Wówczas nie przeszkadzało mi w ogóle, że byłam tylko pionkiem w grze. Dla większości ludzkości miałam stać się symbolem nowej ery a znajomi ze szkół czy otoczenia mieli poczuć się gorsi! Bo nagle ta niepozorna dziewczyna, typowy kujon w okularach na pół twarzy, znaczy tak wiele. Chciałam widzieć i napawać się ich beznadziejnością, wiedzą że są nikim. To ja mogę mieć wpływ na świat, w końcu jestem od nich lepsza, myślałam wówczas.
Któż z was by tego nie pragnął?
Nie oni, ale właśnie JA. I to było takie cudowne.
Teraz, z upływem czasu widzę, jak to z resztą zwykle bywa, że to ja przegrałam życie...
Gwiazdy na tym samym niebie nie świecą już tak samo, od kiedy poznałam ich historię osobiście...