U szczytów cywilizacyi zbiegają się i zgodnie łączą się ze
sobą różnorodne gałęzie wielkiego drzewa ludzkości. Oświata
najlepszym jest apostołem powszechnego braterstwa. Wygładza ona
chropowatości zewnętrzne i ścina wewnętrzne wybujałości, dozwala
przyrodzonym cechom plemion różnych rozwijać się obok siebie we
wzajemném poszanowaniu, same nawet religijne wierzenia oczyszcza z
narośli, wytworzonych przez zmienne czasy, a sprowadzając je do
najprostszego ich wyrazu sprawia, iż spotykają się one ze sobą bez
wstrętów i szkód.
Inaczéj dzieje się w głębokościach, w społecznych
dolinach, nad którymi nie świeci słońce wiedzy. Tam ludzie są
jeszcze dziś takimi, jakimi byli w odległych stuleciach. Czas,
kopiąc mogiły przodkom ich, nie zagrzebał wraz z nimi form i
treści, które, wciąż odradzając się, tworzą pośród zdumionych
społeczeństw niepojęte już anachronizmy. Tam istnieją odrębności,
ostrymi kantami odpychające wszystko, co nie jest niemi; czołgają
się nędze fizyczne i moralne, z imienia nawet nieznane tym, którzy
stanęli u szczytów. Tam są zbiorowiska ciemnych postaci,
odskakujące od jasnego tła reszty świata, w mętnych zarysach
Sfinksów, strzegących grobów, i szeroko rozkładają się
skamieniałości wiar, uczuć i obyczajów, istnieniem swém zdające się
świadczyć o tém, że geniusze wielu stuleci jednocześnie nad światem
panować mogą.
Patrycyat i plebs, przeistaczając z upływem czasu naturę
swą i racyą swego bytu, zamieniły dziś dawne swe role. Pierwszy
stał się obrońcą i krzewicielem równości, drugi uparcie trwa przy
wyróżnieniach i odrębnościach. I jeżeli niegdyś przemoc i uciski
przybywały od tych, którzy stali wysoko, ku tym, którzy w prochu i
pokorze roili się na głębokościach; teraz z głębokości podnoszą się
niezdrowe wyziewy te i ciężkie kamienie obrazy, które zatruwają
życie i utrudniają drogi wybrańcom cywilizacji.
Nieszczęsne i unieszczęśliwiające doliny takie, otoczone i
od reszty świata oddzielone grubym łańcuchem gór z mgieł i
ciemności, istnieją w społeczeństwie izraelskiém również jak i w
innych, a nawet jest ich tam nierównie więcéj niż w innych. Zbyt
przedłużone istnienie ich wynikiem jest wielu przyczyn dziejowych i
cech plemiennych. Dziś są one zjawiskami wabiącymi ku sobie wzrok
myśliciela i artysty niezmiernym wpływem, który wywierają dokoła, i
niepospolitością kolorytu swego, na który składają się mroki
tajemnicze i przerzynające je jaskrawe ognie. A jednak - któż bada
je i zna? Ci nawet, których jedność krwi i tradycyi pociągnąćby
powinna ku miejscom tym, zagubionym w ciemnościach, nie poséłają ku
nim malarzy ni apostołów, nie zawsze nawet wierzyć chcą w ich
istnienie.
Jakże naprzykład zdziwioném byłoby towarzystwo izraelskie,
zgromadzone w największém z miast krajowych, złożone z mężczyzn
wykształconych, uczonych, oddających się zawodom stojącym na czele
umysłowości ludzkiéj, i kobiet, które we wdzięku, wykwintności,
dowcipie nie ustępują częstokroć najwydatniejszym postaciom
kobiecym innych społeczeństw, jakże zdziwioném byłoby towarzystwo
to, ubrane w czarne fraki i jedwabne suknie, gdyby ktokolwiek
opowiadać mu zaczął nagle o tém: co to jest Szybów i co się dzieje
w Szybowie!
Szybów? na jakiéj planecie znajduje się miejsce to? a
jeżeli na naszéj, jaka je zamieszkuje ludność? z białych, czarnych
czy brunatnych ludzi złożona.
Otóż, czytelnicy, podejmuję się zaznajomić Was z tą
głęboką, bardzo głęboką doliną społeczną, która nosi tylko co
wymienioną nazwę. Niedawno odegrał się w niéj dramat ciekawy, godny
życzliwego spojrzenia waszego, silnego uderzenia serca i długiéj,
smętnéj chwili zadumy. Że jednak, dla pełnego uwydatnienia faktów i
postaci, należy ukazać je na tle, śród którego powstały one i
rozwinęły się i w którego głębokich perspektywach mieszczą się
żywioły będące przyczyną ich bytu, pozwólcie abym przed
odsłonięciem zasłony, ukrywającéj pierwsze sceny dramatu,
opowiedziała Wam, w krótkich rysach zawartą,
historyą małego miasteczka.
Daleko, daleko od téj gałęzi kolei żelaznych, która
przerzyna Białoruskie strony, daleko nawet od przebiegającéj je
spławnéj rzeki Dźwiny, w jednym z najustronniejszych zakątków,
jakie dotąd jeszcze istniéć mogą w Europie, pośród gładkich,
cichych, rozległych równin, na zbiegu dwóch szerokich,
piaszczystych dróg, które, wywijając się z pod skłonów bladego
nieba, znikają w głębiach czarnego lasu, szarzeje gromada kilkuset
domostw mniejszych i większych, tak ściśle zbliżonych ku sobie, że,
patrząc na nie, możnaby rzec, iż były one kiedyś w wielkiéj jakiéjś
trwodze, i zbiegły się raz, aby we skupionéj gromadce módz łatwiéj
zamieniać się szeptami i łzami.
Jest to Szybów, miasteczko zamieszkiwane przez izraelską
ludność, wyłączniéj jeszcze niż wiele innych miejsc podobnych,
całkiem prawie wyłącznie, bo z wyjątkiem jednéj tylko uliczki,
znajdującéj się na samym skraju miasteczka, przy któréj w kilku
chatach i dworkach mieszka kilkudziesięciu bardzo ubogich mieszczan
i bardzo cichych, starych emerytów.
Jedyna téż to jest uliczka, śród któréj panuje cisza i w
lecie kwitną skromne kwiaty. Gdzieindziéj niéma kwiatów, ale panuje
wielki i nieustanny gwar. Gwarzą tam ludzie i ruszają się
nieustannie, zapobiegliwie, namiętnie we wnętrzach domostw i na
ciasnych, błotnistych przejściach, noszących nazwę ulic, i na
okrągłym, dość obszernym rynku, pośrodku miasteczka umieszczonym,
dokoła którego otwierają się nizkie drzwiczki cuchnących kramików,
na którym, po całotygodniowych targach, sprowadzających okoliczną
ludność, pozostaje niezmierzona i nieprzebrana ilość błota i
śmieci, nad którym nakoniec panuje wysoki, ciemny, dziwnego
kształtu dom modlitwy.
Budowa ta jest jednym z rzadkich już okazów staréj
architektoniki izraelskiéj. Malarz i archeolog mogą zatrzymywać na
niéj wzrok swój z jednostajną ciekawością. Od pierwszego zaraz
rzutu oka poznać można, że jest to świątynia, jakkolwiek pozór jéj
czyni ją niepodobną do wszystkich innych świątyń. Cztery jéj grube,
wysokie, ciężkie ściany, zarysowują monotonne linie ogromnego
czworokąta i mają ciemno-brunatną barwę, przyoblekającą je piętnem
powagi, starości i smutku. Stare téż to są, odwieczne ściany
niezawodnie, bo podłużnymi pasy porasta je tu i owdzie zielonawy
mech. U góry, wysoko, przerzyna je szereg długich, wązkich, głęboko
osadzonych okien, przypominających kształtem swym strzelnice
warownych murów, powyżéj zaś całą budowę okrywa dach, którego trzy
ciężkie, jedno na drugie spadające piętra, podobnemi wydają się do
trzech brunatnych, omszonych, olbrzymich grzybów.
Wszystko, co tylko pokaźniejszy posiada pozór i do
ogólnego użytku służy, skupia się tu i chroni pod osłonę brunatnych
ścian świątyni i grzybiastego jéj dachu. Tu, dokoła obszernych
dziedzińców, stoją przyszkółki, hedery, miejsca zgromadzeń
zwierzchności kahalnéj; tu przysiadł niziuchny, czarny domek o
dwóch okienkach, istna lepianka, którą od kilku już wieków i wielu
pokoleń zamieszkują Rabbini, ze słynnéj w gminie i daleko po za
gminą rodziny Todrosów pochodzący; tu nakoniec panuje zawsze
czystość wzorowa, a choć gdzieindziéj, w jesiennéj szczególniéj i
wiosennéj porze, ludzie topią się niemal w błocie i zagrzebują w
śmieciach, podwórze szkolne okrywają zawsze suche i białe kamienie;
źdźbła słomy nawet trudno by na nich dopatrzéć, bo jeśli i znajdzie
się kiedy jakie, wnet podnosi je ręka przechodnia, dbałego o
piękność miejsc, ścielących się do stóp świątyni.
Jakie znaczenie Szybów posiada dla ludności izraelskiéj,
zamieszkałéj w stronach Białoruskich, a nawet daléj jeszcze, na
szerokich przestrzeniach Litwy, wnieść można z kłopotliwego dość
wydarzenia, które spotkało pewnego, bardziéj wesołego niż mądrego
szlachcica, w rozmowie z pewnym żydkiem faktorem, bardziéj jednak
dowcipnym niż pokornym.
Żydek faktor stał u drzwi gabinetu pańskiego, pochylony
nieco ku pańskiemu obliczu, uśmiechniony, gotów zawsze do
sprężystego poskoku w celu usłużenia panu, i dowcipnego słówka, w
celu obudzenia dobrego jego humoru.
Pan był w dobrym humorze i żartował z Żydka.
- Chaimku - mówił - czy byłeś ty w Krakowie?
- Nie byłem, Jaśnie Panie!
- Toś ty, Chaimku, bardzo niemądry!
Chaimek ukłonił się.
- Chaimku, czy byłeś ty w Rzymie?
- Nie byłem, Jaśnie Panie!
- Toś ty, Chaimku, bardzo niemądry!
Chaimek ukłonił się powtórnie, ale zarazem o dwa kroki
bliżéj do pana przystąpił. Na ustach zaigrał mu jeden z tych
uśmiechów, właściwych ludziom jego plemienia, sprytnych,
przebiegłych, o których powiedziéć na pewno nie można, czy się
maluje w nich pokora, czy téż tajemny tryumf, - pochlebstwo, czy
szyderstwo.
- Przepraszam Jasnego Pana - rzekł z cicha - czy Jasny Pan
był w Szybowie?
Szybów odległym był od miejsca, na którém toczyła się
rozmowa, o jakich mil dwadzieścia. Szlachcic odpowiedział:
- Nie byłem.
- A co teraz będzie? - ciszéj jeszcze szepnął Chaimek.
Podanie zamilcza o tém, co na kłopotliwe pytanie to
odpowiedział wesoły szlachcic; ale z posłużenia się Szybowem, jako
argumentem odpierającym ubliżające twierdzenie, a raczéj
wywzajemniającym się za nie, wnieść można, iż dla Chaimka Szybów
był tém, czém dla szlachcica był Kraków i Rzym, więc miejscem
skupiającém w sobie i przedstawiającém cywilne i religijne powagi.
Gdyby ktokolwiek zapytał był podówczas żydka faktora: dla
czego tak wysokie znaczenie przywiązuje do mieściny małéj, zapadłéj
wśród głuchych równin, wymieniłby on prawdopodobnie dwa tylko
nazwiska będące nazwiskami dwóch rodów od wieków w Szybowie
zamieszkałych: Ezofowiczów i Todrosów. Pomiędzy dwoma rodami temi
taka zachodziła różnica i taki wytworzył się podział, że
Ezofowiczowie przedstawiali sobą, do wysokiego stopnia spotęgowany,
żywioł świeckich świetności, jako to: licznego rozrodzenia się i
zestosunkowania, bogactwa i bystréj zręczności w robieniu interesów
i powiększaniu majątku; Todrosowie zaś przedstawicielami byli
żywiołu duchowego: pobożności, religijnéj uczoności, surowéj aż do
ascetyzmu czystości życia...
Być może nawet, iż Chaimek zapytany o przyczynę znaczenia
przywiązywanego do małéj mieściny, zapomniałby wymienić
Ezofowiczów; jakkolwiek bowiem bogactwem i wpływami rodu tego
chlubili się Izraelici wszyscy na wiele dziesiątków mil dokoła,
niby jedną ze swych chwał narodowych, blask ten czysto światowy
bladł przy promieniach duchowéj świętości, któremi otoczoném było
od niezmiernie dawna imię Todrosów.
Todrosowie uważanymi byli od dawien dawna przez całą
ludność izraelską, Białoruś i Litwę zamieszkującą, za skończony
wzór i nienaruszoną arkę prawowierności religijnéj. Czy było tak w
istocie? Znajdowali się tu i ówdzie uczeni talmudyści, którzy na
wzmiankę o talmudycznéj prawowierności Todrosów uśmiechali się
jakoś dziwnie, i gdy się zeszli z sobą, smutnie coś o niéj
szeptali. Wiele, wiele do myślenia dawała uczonym talmudystom owa
sławiona prawowierność talmudyczna Todrosów. Stanowili oni przecież
ogromną mniejszość; kilku ich było zaledwie lub kilkunastu,
wątpiących wobec wierzących tłumów. Tłumy wierzyły, wielbiły i do
Szybowa dążyły, jako do miejsca uświęconego, z pokłonem, po naukę,
radę, pociechy i leki.
Nie zawsze przecież Szybów posiadał taką siłę
prawowierności. Owszem, pierwszymi założycielami jego byli
odszczepieńcy, przedstawiciele w Izraelu ducha oppozycyi i
rozbioru, Karaici. Niegdyś, bardzo dawno temu, nawrócili oni byli
na wiarę swą możny lud, zamieszkujący płynącą winem i złotem ziemię
Chersonesu i stali się jéj królami. Potém, ze wspomnieniami
królowania tego, z jedyną religijną i prawodawczą księgą swą,
Biblią, powędrowali w świat podwójni wygnańcy Palestyny i Krymu, a
mała cząstka ich, sprowadzona na Litwę przez W. Ks. Litewskiego
Witolda, posunęła się aż na Białoruś, i tam osiadła w gromadce
domków i lepianek, którą nazwano Szybowem.
Natenczas w piątkowe i sobotnie wieczory panowała w
miasteczku głucha cisza i ciemność, Karaici bowiem, wbrew
talmudystom, nie spotykali świętego dnia sabbatu światłem
rzęsistém, gwarném weselem i obfitemi ucztami, ale witali go
ciemnością, milczeniem, smutkiem i rozmyślaniem nad upadkiem
świątyni, chwały i mocy ojczystéj. Wtedy, z czarnych wnętrzy
domostw, z za małych mętnych okienek, wypływały na zewnątrz
przyciszone, przeciągłe, śpiewne i żałosne dźwięki, którymi ojcowie
opowiadali dzieciom swym o prorokach, którzy nad rzekami Babilonu
tłukli harfy swe i ucinali palce u rąk, aby nikt zmusić ich nie
mógł do śpiewu w niewoli o błogosławionéj krainie Chawili, kędyś na
południu Arabii położonéj, w któréj dziesięć pokoleń izraelskich
mieszkało w swobodzie, w szczęściu i pokoju, nie znając co to
kłótnia albo miecz, o świętéj rzece Sabbationu, kryjącéj
izraelskich tułaczy przed oczyma ich wrogów.
Przyszła jednak pora, w któréj tu i ówdzie, w piątkowe
wieczory, okienka domków błyskać poczęły światłami i rzucać na
zewnątrz gwar głośnych rozmów i chóralnych modlitw. Rabbanici
przybywali. Czciciele talmudycznych powag, przedstawiciele ślepéj
wiary w podania ustne, zebrane i przekazane przez Kohenów, Tanaitów
i Gaonów, nadchodzili i wypierali z siedlisk garstkę kacerzy i
rozbitków. Pod wpływem najścia tego, gmina Karaicka topniała
zwolna; ostatni cios zadał jéj mąż, znany w dziejach Izraelitów
polskich, Michał Ezofowicz, Senior.
Pierwszy to był Ezofowicz, którego imię wyłoniło się z
cieniów niewiadomości. Rodzina jego, niezmiernie dawno w Polsce
osiadła, jedną z tych była, które za królów Jagiellonów, pod
wpływem praw i zwyczajów, wytworzonych niezwykle wysokim na one
czasy stanem oświaty w Polsce, życzliwemi węzły połączyły się z
mniejscową ludnością. Seniorem, czyli starszym nad żydami
wszystkimi, Litwę i Białoruś zamieszkującymi, mianował go król
Zygmunt I-szy, dyplomem, którego ustęp główny brzmiał jak
następuje:
"My, Zygmunt, z bożéj łaski i t. d...., wiadomém czynimy
wszystkim Żydom, zamieszkałym w państwie, Ojczyźnie naszéj....
Zważywszy na wierne ku nam zasługi żyda, Michała Ezofowicza, i
bacząc, abyście w sprawach waszych z Nami w niczém nie doznawali
przeszkody i opóźnienia, według sprawiedliwości stanowimy: aby
Michał Ezofowicz wszystkie Wasze sprawy przy Nas załatwiał i był
nad Wami wszystkimi starszym, a Wy macie za Jego pośrednictwem do
Nas się udawać i być jemu we wszystkiém uległymi. Będzie on Was
sądzić i rządzić Wami, według zwyczaju Waszego prawa i winnych
karać z przyzwoleniem naszém, każdego według zasługi..." Z kilku
wzmianek, które czyni o nim historya, łatwo poznać w Seniorze
człowieka silnéj i sprężystéj woli. W pewną siebie dłoń ujął on
powierzone mu nad współwyznawcami rządy, a na tych, którzy poddać
się im nie chcieli, na Karaitów mianowicie, rzucił klątwę,
wyłączając ich z pośród społeczeństwa izraelskiego i odbierającą im
prawo do współplemiennéj pomocy i przyjaźni. Pod uderzeniem ciosu
tego, egzystencya danych mieszkańców Szybowa, dość smutna, uboga i
bezczynna przedtém, ostatecznemu uległa rozprzężeniu. Potomkowie
Chazarskich władzców, kacerze, stanowiący, jak zwykle bywa, wśród
społeczeństwa swego ogromną mniejszość i będący dlań przedmiotem
niechęci i wstrętu, znękani i biedni, z upartém swém a wyłączném
przywiązniem do Biblii w sercu, ze swemi poetycznemi legendami na
ustach, opuścili miejsce które im dało chwilowy przytułek. Rozeszli
się w świat szeroki i nieprzyjazny, za cały ślad dwuwiekowego
pobytu swego w szaréj gromadce domostw, rzuconéj wśród Białoruskich
rozłogów, pozostawiając kilka rodzin wytrwalszych, namiętniéj
przywiązanych do starych grobów, które schroniły kości ich ojców, i
do wzgórza, usianego gruzami świątyni ich, obalonéj przez
zwycięzkich Rabbanitów.
Rabbanici zajęli Szybów w posiadanie zupełne i, co prawda,
czynnością swą, zapobiegliwością, ścisłą spójnością działań swych,
które źródło siły swéj czerpały z bezprzykładnéj niemal wzajemnéj
pomocy, zamienili szarą mieścinę z miejsca ciszy, smutku i ubóstwa,
w miejsce ruchu, gwaru, zachodu i bogactw.
W ogóle zresztą, dobrze się działo w czasach onych żydom,
poddanym władzy Seniora. Oprócz materyalnych powodzeń, świtać dla
nich zaczęła nadzieja wydźwignięcia się z umysłowéj ciemnoty i ze
społecznego poniżenia. Senior posiadać musiał umysł bystry i jasny,
skoro z za wiekowych uprzedzeń i przesądów dojrzéć potrafił ducha
czasu i potrzeby ludu swego. Nie przez fanatyzm religijny zapewne,
ale dla czysto administracyjnych lub i szerzéj społecznych celów,
odrzucił on był Karaitów od Izraelowego łona; jakkolwiek bowiem
Rabbanitą był, więc obowiązanym do bezwarunkowéj czci i wiary
względem religijnych powag, sceptycyzm, najlepsza ta a może i
jedyna droga ku mądrości, nawiedzał niekiedy umysł jego. W jedném z
podań swych do króla, odpierając zarzuty, które czyniono
sprawiedliwości dokonywanych przezeń sądów, smutnie i nieco
ironicznie pisał:
"Księgi nasze różnie i różnie nakazują; nie wiemy często
jak postąpić, kiedy Gamaliel tak, a Eliezer inaczéj rozkazuje. W
Babilonie jedna, w Jerozolimie druga jest prawda. My słuchamy
drugiego Mojżesza a nowi nazywają go kacerzem. Zachęcam ja uczonych
do pisania takich mądrych rzeczy, aby rozumni i głupi słuchać ich
mogli."
Była to właśnie pora, w któréj na Zachodzie, wśród
Izraelitów, osiadłych w Hiszpanji i Francyi, podniósł się wielki
spór o to: czy nauka świecka wzbronioną lub dozwoloną ma być
wyznawcom Biblii i Talmudu. Zdania ważyły się, lecz długo ważyć się
nie mogły, gdyż stronnicy bezwarunkowego wyłączenia się Izraela z
pośród umysłowych prac i dążeń ludzkości stanowili większość
ogromną. Na społeczeństwo każde nachodzą niekiedy chwile takiego
zapadania w ciemność. Zdarza się to wtedy najczęściéj, gdy
żywotność i energia narodu zmęczoną uczuje się długiém pasmem
dokonanych wysileń i przetrwanych męczarni, osłabioną potokami
wylanéj krwi. Żydzi zachodni, po kilku stuleciach istnienia w
trwodze, tułactwie, we krwi i ogniu, przebywali w wieku XVI chwilę
taką. Dalekiemi już były od nich czasy te, w których z łona ich
powstawali sławni doktorowie umiejętności świeckich, miłowani przez
ludy, poważani przez samych królów; daleką od nich, zapomnianą już,
wzgardzoną była szeroka i wysoka myśl Majmonidesa, który, oddając
należną cześć izraelskiemu prawodawcy, wielbił téż i greckich
mędrców; który naukę biblijną i talmudyczną oprzéć i utrwalić
usiłował na podstawach prawd matematycznych i astronomicznych;
który otwarcie wyznawał pragnienie zawarcia 2500 arkuszy Talmudu w
jednym chociażby, byle jasnym jak dzień, rozdziale; który, mniemań
nierozsądnych religijnemi nawet nie usprawiedliwiając wierzeniami,
utrzymywał, że "oczy umieszczone są z przodu głowy człowieka, nie
zaś z tyłu, dlatego, aby wolno mu było patrzéć przed siebie" i
przepowiadał, "że świat cały napełni się kiedyś wiedzą tak, jak
wodą napełnione są otchłanie morza".
Cztery wieki minęły odkąd znikła z powierzchni świata
poważna, słodka, wysoce sympatyczna postać izraelskiego myśliciela,
który zresztą był jednym z największych w ogóle myślicieli średnich
wieków. Olbrzyma, z orlim wzrokiem i płomienném sercem, zastąpiły
karły o piersi zmęczonéj i przesyconéj goryczą, z okiem
spoglądającém na świat mętnie, ciasno, podejrzliwie.
"Strzeż się mądrości greckiéj, - wołał do syna swego Józef
Ezobi, - albowiem podobną ona jest do Sodomskiéj winnicy, lejącéj w
głowę człowieka pijaństwo i grzech". "Obcy ludzie wciskają się w
bramy Syonu!" wyrzekał Abba-Mari, na wieść o żydowskiéj młodzieży,
uczącéj się u innowierczych mistrzów. A wszyscy społem, rabbini i
naczelnicy gmin żydowskich na Zachodzie, wydają rozkaz, ażeby nikt
przed skończeniem 30 lat życia nie śmiał się krzątać około nauki
świeckiéj. "Ten tylko bowiem, powiadają, który napełnił już umysł
swój Biblią i Talmudem, posiada prawo ogrzewania się przy obcych
płomieniach".
- "Rabbi! - odpowiadali na to śmielsi nieco, lubo niemniéj
poddający się kornie rozporządzeniu duchownych zwierzchników swych,
- a jakoż będziemy badali wiedzę świecką po 30 latach naszego
życia, skoro do czasu tego umysły nasze stępieją, pamięć umęczy się
i nie będziemy już mieli ochoty i siły młodości?"
Stało się przecież tak, jak nakazaném było. Umysły ich
stępiły się, pamięć zmęczona omdlała, opadły z nich siły i chęci
młodości. Grób Majmonidesa, milczący i nieruchomy, stał pośród
morza ciemności, które rozlało się na lud, przez niego wiedziony ku
światłu. Na pamięć jego rzucono klątwę, a zuchwała ręka starła mu z
grobowca napis, pełny wdzięczności i chwały, zastępując go słowami
suchemi i okrutnemi, jak ciemnota i fanatyzm:
"Tu spoczywa Mojżesz Majmonides, wyklęty kacerz." Takież
same spory, w tymże samym czasie powstały i wśród Izraelitów, w
Polsce osiadłych; tylko że nie tyle znużeni udręczeniami, których
doświadczyli nieskończenie mniéj, niż współbracia ich na Zachodzie,
swobodniejsi, pewniejsi praw swych do bytu i przyszłości, mniéj
namiętny wstręt okazywali oni do "obcych płomieni".
Owszem, utworzyło się wśród nich dość liczne stronnictwo,
które wielkim głosem wołało o naukę świecką, o pobratanie się z
resztą ludzkości w umysłowych trudach i dążeniach. Jednym z ludzi,
stojących na czele stronnictwa tego, był Senior Litewski,
Ezofowicz. Za jego-to przeważnie staraniem, wydaną została przez
Synod żydowski, w czasie tym zgromadzony, odezwa do wszystkich
Żydów polskich, któréj główny ustęp brzmiał, jak następuje:
"Jehowa ma liczne Sefiroty, Adam miał różne doskonałości
wypływy. Izraelita téż na jednéj nauce (religijnéj) przestawać nie
powinien. Pierwsza jest święta nauka, ale dla tego inne nie
opuszczają się. Najlepszy jest owoc rajskie jabłko, ale dla tego
czylić nie mamy mniéj smacznego jeść jabłka?... Byli Żydzi u królów
na dwore, Mardocheusz był uczonym, Ester była mądra, Nehemiasz był
radzcą perskim, - i lud wybawili z niewoli. Uczcie się, bądźcie
użytecznymi królowi i panom, a będą was szanować. Ile gwiazd na
niebie, ile piasku w morzu, tyle jest Żydów na świecie; ale nie
świecą oni jako gwiazdy, lecz każdy ich depcze jako piasek...
Jednak rzuca wiatr nasiona różnych drzew i nikt się nie pyta, zkąd
najpyszniejsze drzewo ma pochód: czemużby i z nas cedr libański
miasto tarniny powstać nie mógł?"
Mąż, pod natchnieniem którego napisana została odezwa,
wzywająca Żydów polskich, aby obracali się twarzami w stronę, z
któréj nadchodziły światła przyszłości, spotkał się oko w oko z
człowiekiem, zapatrzonym w przeszłość i ciemność.
Był nim, świeżo przybyły z Hiszpanii do Polski, a w
Szybowie osiadły, Nehemiasz Todros, potomek onego słynnego Todrosa
Abulaffi Haleviego, który, przez czas jakiś słynąc z talmudycznéj
mądrości swéj i prawowierności, dał się potém unieść ponurym
tajemnicom kabalistyki, i wspierając ją powagą swą, przyczynił się
znacznie do wytworzenia w Izraelu jednego z najsroższych obłędów,
jakiemu duch narodu uledz może. Wieść niesie, że tenże Nehemiasz
Todros, noszący tytuł książęcy, Nassi, pierwszy przywiózł do Polski
księgę
Zohar, zawierającą w sobie wykład, a raczéj kwintessencyą
zgubnéj doktryny, i że odtąd właśnie datuje się w Polsce zmieszanie
nauk talmudycznych z kabalistyką, które coraz ogólniéj i
szkodliwiéj działać miało na umysły i życie Żydów polskich.
Historya milczy o rozterkach i walkach, wznieconych innowacyą tą
wśród ludu, który już już wybić się miał z ogarniających go długo
ciemności; ale podania, świątobliwie przechowywane w łonach rodzin,
opiewają, iż w walce, która długo i zawzięcie toczyła się pomiędzy
Michałem Ezofowiczem, Żydem zdawna polskim, a Nehemiaszem Todrosem,
hiszpańskim przybyszem, pierwszy zwyciężonym został. Strawiony
zgryzotą, którą sprawiał mu widok ludu jego, zwracającego się na
drogi błędne, gnębiony intrygami, wzniecanemi przeciw niemu przez
posępnego przeciwnika, umarł on w sile lat i wieku. Imię jego
przechowywane było w rodzie Ezofowiczów z pokolenia w pokolenie.
Wszyscy oni szczycili się wspomnieniem tém, jakkolwiek z upływem
czasu coraz mniéj rozumieli istotne jego znaczenie. Od czasu-to owego datuje się wielka powaga Todrosów i
stopniowe umniejszanie się wpływów moralnych, wywieranych przez
Ezofowiczów. Ci ostatni, wyparci przez pierwszych z dziedziny
szerokich, społecznych działań, wszystkie zdolności swe zwrócili na
pole starań i zabiegów, mających na celu dobro materyalne. Spławne
rzeki okrywały się rok rocznie statkami, będącemi ich własnością, a
niosącemi ku dalekim portom ogromne zasoby przeróżnych przedmiotów
handlu; dom ich, stojący wśród lichéj mieściny, stawał się coraz
bardziéj główném ogniskiem handlowego kredytu i przemysłu; ku nim,
jak ku nowoczesnym Rotszyldom, zwracali się wszyscy ci, którzy dla
powodzenia zamiarów swych i przedsiębierstw potrzebowali złotéj
podpory.
Ezofowiczowie dumni byli zdobytą potęgą kruszcu, i
przestali całkiem troszczyć się o inną, o tę potęgę wpływów na
ducha i los narodu, którą posiadał pradziad ich, a którą na zawsze
zda się wydarli im z rąk Todrosowie, ci Todrosowie, którzy, ubodzy
wiecznie, nędzarze niemal, zamieszkujący lichą chatkę u stóp
świątyni przysiadłą, gardzący wszystkiém, co miało pozór wykwintu,
piękna a choćby wygody, słynęli przecież szeroko na wsze strony
kraju i pociągali ku sobie najpobożniejsze westchnienia,
najgorętsze marzenia i tęsknoty ludu swego. I raz tylko w ciągu
2-ch wieków, jeden jeszcze Ezofowicz pokusił się nie już tylko o
materyalne, ale i o moralne dostojeństwo.
Zdarzyło się to w końcu zeszłego stulecia. W Warszawie
zasiadał wielki sejm czteroletni. Odgłosy toczonych tam obrad
doszły aż do Białoruskiéj mieściny. Ludność, zamieszkująca ją,
ciekawie nadstawiała ucha, słuchała, czekała. Z ust do ust biegła
wieść, nabrzmiała nadzieją i trwogą: radzą tam i o Żydach!
- Co tam o nas gadają? co tam o nas piszą? - zadawali
sobie wzajem pytania długobrodzi przechodnie ciasnych uliczek
Szybowa, ubrani w długie chałaty i w wielkie futrzane czapki.
Ciekawość wzrastała z dniem każdym tak bardzo, że aż
powstrzymywała, w sposób zupełnie niezwykły, ruch pieniężnych i
handlowych interesów. Niektórzy puszczali się nawet w daleką i
trudną podróż do Warszawy, aby znaléźć się bliżéj źródła, z którego
wychodziły wiadomości, a znalazłszy się tam, przeséłali
współbraciom pozostałym w białoruskiéj mieścinie długie listy,
zmięte i wyplamione dzienniki, kartki powydzierane z rozlicznych
broszur i książek.
Z pomiędzy tych wszystkich, którzy pozostali w miasteczku,
najpilniéj i najniespokojniéj nadstawiali ucha dwaj ludzie: Nochim
Todros, rabin, i Hersz Józefowicz, bogaty kupiec.
Stosunek wzajemny tych dwóch ludzi zawierał w sobie
głuchą, tajemnie wrzącą niechęć. Nie lubili się. Na pozór zostawali
ze sobą w zgodzie, ale przy każdéj ważniejszéj sposobności
wychodził na jaw i burzliwie nieraz wybuchał antagonizm, istniejący
pomiędzy prawnukiem Michała Seniora, Majmonidesowego ucznia, a
potomkiem Nehemiasza Todrosa, fanatyka kabalisty.
Raz nakoniec przybyła z Warszawy do Szybowa kartka
papieru, zżołkłego i zmiętego w długiéj podróży, a na niéj wypisane
były następujące wyrazy:
"Wszystkie różnice w ubiorze, języku i obyczajach,
pomiędzy Żydami a miejscową ludnością zachodzące, znieść. Wszystko,
co się religii tycze, pozostawić nietykalném. Sekty nawet
tolerować, jeżeli te nie będą wpływały szkodliwie na moralność.
Żadnego Żyda, zanim dojdzie lat 20-stu życia, do chrztu nie
przyjmować. Prawo do nabywania gruntów Żydom udzielić, a nawet
tych, którzyby się rolnictwem zatrudniać chcieli, na pięć lat od
podatków uwolnić i inwentarzem rolnym obdarzyć. Wzbronić zawierania
małżeństw przed rokiem 20-tym dla mężczyzn, a 18-ym dla kobiet."
Kartkę tę noszono po ulicach, placach i domach, czytano po
setne razy, powiewano nią w powietrzu, niby chorągwią tryumfu lub
żałoby, dopóty, aż w tych tysiącach rąk niecierpliwych i drżących
rozpadła się ona w drobne szmatki, ulotniła się w żółtawy pył i -
znikła.
Zdania jednak o tém, co przeczytane zostało, ludność
Szybowa nie wyrażała zrazu. Część jéj, znacznie mniejsza, pytające
spojrzenia zwróciła ku Herszowi; inna, ogromnie większa, badała
twarz Reba Nochima.
Reb Nochim wyszedł przed próg swéj lepianki i chude ręce
swe, na znak zgrozy i rozpaczy, wznosząc nad głową, okrytą siwemi
włosy, zawołał po razy kilka:
- Assybe! assybe! dajge!
- Nieszczęście! nieszczęście! biada! - powtórzył za nim
tłum, zalegający w dniu owym podwórzec świątyni. Ale w téj saméj
chwili Hersz Ezofowicz, stojący u samych drzwi domu modlitwy,
założył białą rękę za szeroki pas atłasowego chałata, drugą powiódł
po bujnéj rudawéj brodzie, podniósł wysoko głowę, okrytą cenną
bobrową czapką, i niemniéj donośnie od Rabbina, innym tylko wcale
głosem, zawołał:
- Ofenung! ofenung! frejd!
- Nadzieja! nadzieja! radość! - nieśmiało trochę, zcicha,
i z ukośném na Rabbina wejrzeniem, powtórzyła za nim nieliczna
gromadka jego przyjaciół.
Ale stary Rabbin słuch miał dobry. Usłyszał. Biała broda
jego zatrzęsła się, czarne oczy rzuciły w stronę Hersza wejrzenie
pełne błyskawic.
- Rozkażą nam brody golić i krótkie suknie nosić! zawołał
- żałośnie i gniewnie.
- Rozum nasz uczynią dłuższym i serce w piersiach naszych
rozszerzą! - odpowiedział mu od drzwi świątyni doniosły głos
Hersza.
- Zaprzęgą nas do pługów i każą nam uprawiać kraine
wygnania! - krzyczał Reb Nochim.
- Otworzą przed nami skarby ziemi i rozkażą jéj, aby
ojczyzną naszą była! - wołał Hersz.
- Zabronią nam koszery zachowywać i z Izraela uczynią lud
chazarników!
- Dla dzieci naszych szkoły pobudują i z Izraela uczynią
cedr libański, miasto tarniny!
- Twarze synów naszych brodami porosną, zanim wolno im
będzie żony pojąć sobie!
- Kiedy pojmą oni swe żony, rozum w ich głowach i siła w
ich rękach będą już wyrosłe!
- Rozkażą nam grzać się przy obcych płomieniach i pić z
Sodomskiéj winnicy!
- Przybliżą do nas Jobel-ha-Gadel, święto radości, w
którém jagnię bezpiecznie spoczywać będzie obok tygrysa!
- Herszu Ezofowiczu! Herszu Ezofowiczu! przez usta twoje
mówi dusza pradziada twego, który wszystkich Żydów zaprowadzić
chciał do cudzych płomieni!
- Reb Nochim! Reb Nochim! przez oczy twoje patrzy dusza
twego pradziada, który wszystkich Żydów zatopił w wielkich
ciemnościach!
Tak wśród ogólnéj, głębokiéj ciszy tłumu, zdala od siebie
stojąc, rozmawiali ze sobą dwaj ci ludzie. Głos Nochima stawał się
coraz cieńszym i ostrzejszym, - Hersza, brzmiał coraz silniejszemi,
głębszemi tony. Żółte policzki starego Rabbina okryły się plamami
ceglastych rumieńców, twarz Ezofowicza zbladła. Rabbin trząsł nad
głową wyschłemi dłońmi, rzucał postać w tył i naprzód, a srebrna
broda jego rozwiała mu się na ramiona; kupiec stał prosto i
nieruchomo, w szarych oczach jego błyskało gniewne szyderstwo, a
ręka za pasem tkwiąca odbijała białością od głębokiéj czerni
atłasu.
Parę tysięcy oczu szybkiemi spojrzeniami biegało od twarzy
jednego z dwóch przewódców ludu ku twarzy drugiego, parę tysięcy
ust drżało, lecz - milczało.
Nakoniec rozszedł się po podwórzu świątyni przeszywający
powietrze, ostry, przeciągły krzyk Reb Nochima:
- Assybe! assybe! dajge! - jęczał starzec z łkającą
piersią i załamanemi nad głową rękoma.
- Ofenung! ofenung! frejd! - podnosząc w górę białą rękę i
głosem radością brzmiącym, wykrzyknął Hersz.
Tłum milczał jeszcze chwilę i stał nieruchomy; potém głowy
jego pochylać się zaczęły ku sobie nakształt fal, kołysanych w
przeciwne strony, i nakształt wód szemrzących szemrać poczęły usta,
aż nagle parę tycięcy rąk podniosło się w górę z gestem trwogi i
bólu i parę tysięcy piersi wydało chóralny, ogromny okrzyk:
- Assybe! assybe! dajge!
Reb Nochim zwyciężył.
Hersz powiódł okiem dokoła. Stronnicy jego otaczali go
ścieśnioném kołem. Nie powtarzali wprawdzie okrzyków tłumu, ale -
milczeli. Pospuszczali głowy, i nieśmiałe wzroki utkwili w ziemi.
Po ustach Hersza przeleciał uśmiech wzgardliwy - i kiedy
lud, tłumną, jęczącą falą, cisnął się do świątyni; kiedy Reb
Nochim, biegnąc na czele jego, potrząsał wciąż nad siwą głową
żółtemi rękoma i przed progiem świątyn jeszcze rozpoczynał wielkim
głosem modlitwę, odmawianą zazwyczaj w godzinie niebezpieczeństwa;
kiedy nakoniec brunatne ściany domu modlitwy rozbrzmiały ogromnym,
łkającym krzykiem: "Boże ratuj naród twój! zbaw od zaguby ostatki
Izraela!" - młody kupiec stał długo nieruchomy, z głęboką zadumą w
ziemię wpatrzony, potém, wolnym krokiem przeszedł obszerny rynek
miasteczka i zniknął w głębi stojącego przy nim obszernego i
pokaźnego domu.
Dom to był najobszerniejszy i najokazalszy w tém
miasteczku, nowy jeszcze zupełnie, bo przez Hersza samego
zbudowany, żółtemi ścianami i jasnemi oknami błyszczący. We wnętrzu
jego, w izbie dużéj, na bardzo prostym drewnianym sprzęcie Hersz
przesiedział długo, z chmurnym wzrokiem i czołem w dłoniach
ukrytém. Podniósł potém głowę i zawołał:
- Frejda! - Frejda!
Na wołanie to otworzyły się drzwi sąsiedniéj izby i w
złotém oświetleniu ogniska, szeroko tam płonącego, ukazała się w
progu młoda, wysmukła kobieta. Na głowie miała ona wielki biały
zawój, biały fartuch spadał od szyi jéj, zdobnéj w kilka sznurów
pereł, aż ku dołowi kwiecistéj spódnicy. Ogromne czarne oczy
świeciły wesoło i płomiennie pośród ściągłéj, łagodnéj twarzy.
Stanęła naprzeciw męża i zapytywała go wzrokiem tylko.
Hersz wskazał jéj oczyma ławę, na któréj téż wnet usiadła.
- Frejdo! - zaczął, - czy ty słyszałaś o tém, co u nas
dziś działo się w miasteczku?
- Słyszałam, - odpowiedziała z cicha; - brat mój, Joze,
zachodził do mnie i mówił, że ty bardzo kłócił się dziś z Reb
Nochimem.
- On chce mnie zjeść, tak jak pradziad jego zjadł mego
pradziada.
W czarnych oczach Frejdy odmalowała się trwoga.
- Hersz! - zawołała, - ty z nim nie kłóć się! on wielki i
święty! za nim wszyscy będą!
- Nu, - po chwili milczenia odpowiedział z uśmiechem mąż,
- już ty nie lękaj się! Teraz już inne czasy idą! on mnie nic nie
zrobi! A ja nie mogę zamykać moich ust, kiedy moje serce głośno
krzyczy na mnie, żebym ja gadał! i ja nie mogę patrzéć na to, jak
ten człowiek mówi, że to co dobre, jest złe, a głupi naród patrzy w
oczy i krzyczy potém to, co i on, choć nic nie rozumie. Nu! a zkąd
on ma co rozumiéć? Czy Todrosy uczyli jego kiedy rozpoznawać złe od
dobrego, i to, co było, oddzielać od tego, co będzie?
Po chwilowém milczeniu, Hersz zaczął znowu:
- Frejda!
- Co, Herszu?
- Czy ty nie zapomniałaś jeszcze tego, co ja tobie
opowiadałem o Michale Seniorze?
Kobieta splotła nabożnie ręce.
- Na co ja miałam zapominać? - zawołała. - Ty mnie piękne
historye o nim opowiadał!
- To był wielki, bardzo wielki człowiek! Todrosy go
zjedli. Żeby go oni nie zjedli, on-by wielkie rzeczy dla Żydów
zrobił. Ale to nic. Ja jego zapytam się, jak on chciał robić; to on
mnie nauczy - i ja zrobię!
Frejda zbladła.
- A jak ty jego zapytasz się? - szepnęła z trwogą, - kiedy
on już dawno nie żyje!
Tajemniczy uśmiech przeleciał po cienkich wargach kupca.
- Już ja wiem jak! czasem Pan Bóg tak daje, że i ci,
którzy dawno nie żyją, gadać mogą i uczyć prawnuków swoich.
- Frejda! - zaczął po chwili, - czy ty wiesz, co Michał
Senior zrobił, gdy poczuł, że Todrosy zjedzą go, i że on umrze
wprzód, nim inne czasy przyjdą?
- Nu! co on zrobił?
- On zamknął się w izbie sam jeden i długo tam siedział,
nic nie jedząc, i nic nie pijąc, i nie śpiąc, i - tylko pisał. A co
on pisał? tego jeszcze nikt nie dowiedział się, bo on pisanie swoje
gdzieś schował bardzo głęboko; a kiedy jemu już źle przyszło i on
poczuł, że będzie po nim, to on swoim synkom powiedział: "Ja
napisał wszystko, co ja wiedział, i co czuł, i co ja zrobić myślał;
ale pisanie moje schowałem przed wami, bo teraz takie czasy
przyszły, że ono na nic się nie przyda. Todrosy panują i długo
panować będą, i tak zrobią, że ani wy, ani wasze dzieci i wnuki
pisania mego zobaczyć nie zechcą; a gdyby i zobaczyli, toby
rozszarpali je i wiatrom dali na zniszczenie, i mówiliby, że Michał
Senior był
kofrim (niedowiarek), i wyklęli-by go tak, jak wyklęli
drugiego Mojżesza. Ale przyjdzie znów czas taki, że praprawnuk mój
będzie bardzo chciał pisanie moje miéć, żeby u niego zapytać się,
co myśléć i jak robić, żeby Żydów z niewoli Todrosów wybawić i do
tego słońca zaprowadzić, przy którém grzeją się inne narody. Ten
pra-prawnuk mój, co tego bardzo zechce, pisanie moje znajdzie, a wy
tylko wszyscy mówcie w godzinę śmierci waszéj, najstarszym synom
waszym, że ono jest, i że w niém bardzo mądre rzeczy napisane
stoją. I niech tak będzie z pokolenia na pokolenie. Ja wam tak
rozkazuję. Pamiętajcie posłusznymi być temu, którego dusza
zasłużyła sobie na to, ażeby być nieśmiertelną!" Hersz skończył mówić. Frejda siedziała nieruchoma,
wpatrzona w twarz męża wzrokiem pełnym ciekawości.
- Ty tego pisma będziesz szukał? - zapytała z cicha.
- Ja jego będę szukał, - powtórzył mąż, - i ja je znajdę,
bo ja jestem ten pra-prawnuk, o którym mówił Michał Senior, kiedy
umierał. Ja pisanie to znajdę. Ty, Frejdo, szukać mi pomagaj.
Kobieta stanęła, wyprostowana, rozpromieniona radością.
- Ty dobry jesteś, Hersz! - zawołała z głębi piersi, - ty
dobry jesteś, że mnie kobietę do takich ważnych interesów i do
takich wielkich myśli przypuszczasz!
- A czemu-bym ja ciebie przypuszczać do nich nie miał? Czy
ty domu mego źle pilnujesz, albo dzieci moje źle hodujesz? Ty
wszystko dobrze robisz, Frejdo, i twoja dusza taka piękna, jak
twoje oczy!
Szkarłatnym płomieniem oblała się biała twarz młodéj
Izraelitki. Spuściła oczy, ale koralowe usta jéj szeptały z cicha
niedosłyszalne wyrazy jakieś - miłości czy dziękczynienia.
Hersz powstał.
- Gdzie my pisania tego szukać będziemy? - zaczął w
zamyśleniu.
- Gdzie? - powtórzyła kobieta.
- Frejda, - mówił mąż, - Michał Senior pisania swego
schować nie mógł w ziemi, bo on wiedział, że gdyby je schował w
ziemi, robaki-by je zjadły, albo zamieniłoby się ono w proch. Czy
to pisanie jest w ziemi?
- Nie, - odpowiedziała kobieta, - jego w ziemi niéma!
- I w ściany on go schować nie mógł, bo on wiedział, że
ściany spróchnieją prędko i że je zrzucą, ażeby nowe postawić. Ja
te nowe ściany sam stawił i w starych ścianach szukał bardzo, ale
pisania w nich żadnego nie było.
- Nie było! - z żalem ozwała się Frejda.
- I w dachu on go schować nie mógł, bo on wiedział, że
dach zgnije i że jego rozrzucą, żeby nowy zrobić. Jak ja urodził
się, to już na starym domu naszym był dziesiąty może dach, ale mnie
zdaje się, że pisania tego w dachu żadnym nie było.
- Nie było! - przywtórzyła kobieta.
- To gdzie ono może być?
Zamyślili się oboje. Nagle, po długiéj chwili, kobieta
zawołała:
- Hersz! ja już wiem! te pisanie jest tam!
Mąż podniósł głowę. Kobieta wyciągniętym palcem wskazywała
wielką oszkloną szafę, stojącą w rogu izby i zapełnioną od góry do
dołu wielkiemi księgami, w szaréj, opylonéj oprawie.
- Tam? - zapytał Hersz wahającym się głosem.
- Tam, - stanowczo powrórzyła kobieta. - Czy ty mnie nie
mówił, że to są książki Michała Seniora, i że je tu wszyscy
Ezofowicze na pamiątkę po nim chowali; ale, że ich nikt nigdy nie
czytał, bo takich książek Todrosy czytać nie pozwalają!
Hersz powiódł dłonią po czole, kobieta mówiła daléj:
- Michał Senior mądry był człowiek i przed oczyma jego
widna była przyszłość. On wiedział, że tych książek długo nikt
czytać nie będzie, i że ten tylko, kto czytać
ich zechce, będzie tym prawnukiem jego, co innych czasów
doczeka i pisanie jego znajdzie! - Frejdo! Frejdo! - zawołał Hersz, - ty jesteś mądra
kobieta!
Pod śnieżnym zawojem czarne oczy kobiece skromnie spuściły
się ku ziemi.
- Herszu! ja pójdę zobaczę dzieci nasze i zakołyszę
najmłodsze, które zapłakało. Rozdam robotę sługom naszym i zgasić
każę ognisko, potém przyjdę tu - pomagać tobie w robocie twojéj.
- Przyjdź! - rzekł Hersz, a gdy kobieta odchodziła do
izby, w któréj gwarzyły głosy dzieci i domowników, wiódł za nią
wzrokiem i półgłosem mówił:
- Mądra żona droższą jest nad złoto i perły. Przy niéj
serce męża spokojne!
Wróciła po chwili, zasunęła rygle u drzwi i z cicha
zapytała męża - A gdzie klucz?
Hersz znalazł klucz od szafy pradziada, otworzył ją i
zaczęli oboje zdejmować z półek wielkie księgi. Kładli je potém na
ziemi, przysiadali nad niemi i powoli, z uwagą nadzwyczajną,
odwracali, jednę po drugiéj, karty zżółkłe od wielkiéj starości.
Chmury pyłu podnosiły się ze stosów papieru, nie tkniętych przez
wieki ręką niczyją, osiadały na śnieżnym zawoju Frejdy i szarą
warstwą przysypywały złotawe włosy Hersza. Oni jednak pracowali
niezmordowanie, a z tak uroczystym wyrazem na twarzach, że mogło
się zdawać, iż rozkopywali grób pradziada, aby wydobyć zeń,
zagrzebane z nim razem, wielkie jego myśli.
Dzień już miał się ku końcowi, kiedy nareszcie z piersi
Hersza wydobył się krzyk, podobny do tego, jakim ludzie witają
szczęście i zwycięztwo. Frejda nic nie rzekła, tylko z ziemi
powstała i splecione ręce wyciągnęła wysoko nad głowę, dziękczynnym
ruchem.
Potém widziano Hersza modlącego się długo i żarliwie przed
oknem, z którego widać było wschodzące na niebo pierwsze gwiazdy
nocy. Potém przez noc całą w oknie tém światło nie gasło, a przy
stole, z głową na obu dłoniach wspartą, Hersz wczytywał się w żółte
jakieś, wielkie, rozwarte przed nim arkusze. O świcie zaś, zaledwie
wschodni kraniec nieba płonąć począł różowemi barwami, wyszedł on
przed próg domostwa swego, ubrany w płaszcza podróżny i wielką swą
czapkę bobrową, usiadł na wóz usłany słomą i odjechał. Odjeżdżając
był tak zamyślony, że ani dzieci swych, ani domowników tłoczących
się w sieni domu nie żegnał, tylko głową skinął ku Frejdzie, która
stała na ganku w białym zawoju swym, zróżowionym od świateł
jutrzenki, i czarnemi oczyma, pełnemi smutku i dumy zarazem, długo
ścigała odjeżdżającego męża.
Dokąd Hersz pojechał? Za góry, za lasy, za rzeki... w
daleką stronę kraju, kędy, wśród bagnistych równin i czarnych borów
Pińszczyzny, mieszkał wymowny poplecznik sprawy równouprawnienia i
cywilizacyi Żydów polskich, poseł sejmowy Butrymowicz. Szlachcic,
karmazyn to był i - myśliciel. Widział jasno i daleko; nie tajnemi
mu były, tajne dla innych, związki, czynniki i konieczności
dziejowe.
Kiedy Hersz, wprowadzony do wnętrza szlacheckiego dworu,
stanął przed poważném obliczem mądrego posła, pokłonił mu się nizko
i w sposób następujący mowę swą zaczął: - Jestem Hersz Józefowicz,
kupiec z Szybowa, pra-prawnuk Michała Ezofowicza, co nad wszystkimi
Żydami starszym był i nazywał się, według rozkazu samego Króla,
Seniorem. Przyjechałem ja zdaleka. A po co ja tu przyjechałem? Po
to, żeby zobaczyć wielkiego posła i pogadać z wielkim autorem, z
którego słów spadł na oczy moje i twarz blask taki jasny, jak od
promieni słońca. Blask ten jest bardzo wielki, ale mnie nie
oślepił, bo jak roślinka ziemska okręca się koło gałęzi wysokiego
dębu, tak ja chcę, żeby myśl moja okręciła się około twojéj
wielkiéj myśli i żeby one obie rozpostarły się nad ludźmi jako
tęcza, po któréj nie będzie już na świecie kłótni, ani ciemności!
Kiedy na przemowę tę poseł odpowiedział uprzejmie i
zachęcająco, Hersz ciągnął daléj.
- Jasny pan to powiedział, że trzeba zrobić wieczną zgodę
pomiędzy dwoma narodami, które na jednéj ziemi toczą ze sobą
wojnę?...
- Powiedziałem to; - przytwierdził poseł.
- Jasny pan to powiedział, że Żyd, porównany z
chrześcijaninem we wszystkiém, nigdy szkodliwym nie będzie?
- Powiedziałem to.
- Jasny pan to powiedział, że Żydów ma za obywateli
polskich, i że trzeba, ażeby oni dzieci swoje do świeckich szkół
posyłali, i żeby oni mieli prawo ziemię kupować, i żeby między nimi
skasowane były różne rzeczy, które ani dobre są, ani rozumne?
- Powiedziałem to; - powtórzył poseł.
Wtedy wysoki, okazałéj postaci Żyd, z dumném czołem i
rozumném wejrzeniem, pochylił się szybko, i zanim poseł miał czas
obejrzéć się i obronić, rękę jego do ust swych przycisnął.
- Ja tu przybysz - rzekł zcicha - gość w tym kraju,
młodszy brat...
Wyprostował się potém i, sięgnąwszy do kieszeni atłasowego
ubrania, wydobył z niéj zwój zżółkłego papieru.
- Ot, co ja panu przywiozłem; - rzekł - to droższe dla
mnie nad wszystkie złoto, perły i dyamenty...
- Cóż to jest? - zapytał poseł.
Hersz uroczystym tonem odpowiedział:
- To testament przodka mego, Michała Ezofowicza, Seniora.
Przez całą noc siedzieli we dwóch i przy świetle świec
woskowych czytali. Potém przestali czytać a zaczęli rozmawiać.
Rozmawiali zcicha, z blizko ku sobie pochylonemi głowami, z
twarzami pałającemi. Potém, przy świetle dnia już, powstali obaj
razem, jednocześnie, wyciągnęli ku sobie dłonie i spoili je w
silnym uścisku.
O czém przez noc całą czytali, o czém mówili, co uradzili,
jakie uczucia zapału i nadziei połączyły ich ręce uściśnieniem
przymierza? Nikt nie dowiedział się nigdy. Zapadło to w tę ciemną
noc tajemnic dziejowych, na dnie któréj skryło się przed nami wiele
słonecznych pragnień i myśli. Przeciwności je tam strąciły. Skryły
się one, lecz nie przepadły. Zapytujemy siebie nieraz: zkąd
błyskawice te myśli i pragnień, których nikt wprzódy nie znał? i
nie wiemy, że źródłem ich bywają często chwile, których na kartach
żadnych nie zapisał żaden kronikarz...
Nazajutrz przed ganek szlacheckiego dworu zajechała
sześciokonna karoca. Wsiadł do niéj dziedzic dworu wraz z
izraelskim gościem swym i pociągnęli w drogę daleką, do stolicy
kraju.
Z Warszawy Hersz wrócił do Szybowa w parę miesięcy.
Wróciwszy ruszał się po miasteczku i okolicy żwawo i gorliwie,
mówił, opowiadał, tłómaczył, przekonywał, jednał stronników dla
przygotowujących się zmian i przekształceń we wszechstronném życiu
swojego ludu. Potém wyjeżdżał znowu wracał i wyjeżdżał... Trwało
tak lat parę.
Nagle, Hersz z podróży jednéj, ostatniéj, wrócił zmieniony
bardzo, z mętnym wzrokiem i z czołem zoraném troską. Wszedł do domu
swego, ciężko opuścił się na ławę i, podparłszy głowę ręką, głośno
wzdychał.
Frejda stała przed nim zasmucona, niespokojna, lecz cicha
i cierpliwa. Pytać nie śmiała. Oczekiwała spojrzenia i zwierzenia
męża. Podniósł nakoniec wzrok mętny, smutny, i wymówił:
- Wszystko przepadło!
- Dla czego przepadło? - zcicha szepnęła Frejda.
Hersz uczynił ręką giest, oznaczający upadanie czegoś
wielkiego.
- Kiedy budowa jaka rozpada się w kawałki - rzekł - tym,
którzy w niéj mieszkają, belki padają na głowy i pył zasypuje
oczy...
- To prawda! - potwierdziła kobieta.
- Jedna wielka budowa rozpadła się... belki pospadały na
wszystkie wielkie zadania i wielkie prace nasze, a proch przysypał
je... na długo!
Wstał potém, spojrzał na Frejdę oczyma, w których wielkie
łzy stały, i rzekł:
- Trzeba schować testament Seniora, bo on znów na nic się
nie przyda... Chodź, Frejdo, schowamy go bardzo głęboko... może go
prawnuk jaki nasz szukać będzie i znajdzie...
Od tego dnia Hersz starzał się widocznie. Oczy jego gasły,
plecy garbiły się. Siadywał często na ławie godzinami całemi,
przechylając postać całą z boku na bok, wzdychając głośno i zcicha
powtarzając:
- Assybe! assybe! assybe! dajge! Nieszczęście!
nieszczęście! biada!
Dokoła smutnego człowieka tego cicho i troskliwie krążyła
smukła postać niewieścia, w kwiecistéj sukni i białym zawoju.
Czarne oczy jéj często napełniały się łzami, a krok był tak
ostrożnym i lekkim, że perły nawet, zdobiące jéj szyję, nie
przerwały nigdy zadumy jego najlżejszém dzwonieniem. Niekiedy
Frejda ze zdumieniem patrzała na męża. Smutek jego zasmucał ją, ale
nie rozumiała go dobrze. Nad czémże biadał? Bogactwa jego nie
umniejszyły się, dzieci wzrastały zdrowo, wszystko było jak
przedtém, jak przed dniem owéj wielkiéj kłótni z Reb Nochimem i
wynalezienia owych starych, żółtych papierów! Nie rozumiała dobrze
kobieta, kochająca i roztropna, lecz cały świat swój widząca w
czterech ścianach swego domu, że duch męża jéj porwanym został w
krąg wielkich idei i upodobał sobie w płomiennym tym świecie, a
wygnany zeń siłą wrogich wypadków, uleczyć się nie mógł z tęsknoty
i żalu po nim. Nie wiedziała ona, że są na ziemi tęsknoty i żale,
nie tyczące się ani rodziców, ni dzieci, ni żony, ni majątku, ni
domu własnego, i że z takich tęsknot i żalów duchowi ludzkiemu,
który zaznał ich raz, uleczyć się najtrudniéj...
W czarnéj lepiance Reb Nochima tymczasem rozlegały się z
kolei wykrzyki radości.
- Frejd! Frejd! Frejd! - wołał do ludu stary rabin,
dowiedziawszy się, że "wszystko przepadło", że zatém ci, którzy
mieli rozkazywać Żydom, aby brody golili i krótkie suknie nosili,
krajowym językiem mówili i w szkołach krajowych się uczyli, roli
się imali i w dziecinnym wieku małżeństw nie zawierali - rozkazywać
już prawa nie mają.
- Frejd! Frejd! Frejd! zbawione są brody i długie chałaty;
zbawione są kahały, heremy, koszery; zbawione od zetknięcia się z
nauką Edoma święte księgi Miszny, Gemary i Zohar! Zbawione od
ciągnięcia pługu dłonie wybranego ludu! zbawionym więc jest od
zagłady lud Izraela!
Radował się Todros i do radowania się wzywał, wierzącą w
mądrość jego i świętość, swą trzodę. Tryumfował, ale chciał
tryumfować bardziéj jeszcze. Zniszczyć Ezofowiczów znaczyłoby to:
zniszczyć prąd, dążący w przyszłość i walczący z tym, który
usiłował wciąż zamienić lud w skamieniałość przeszłości. Któż wié,
co stać się może kiedyś? czy z przeklętego rodu tego nie powstanie
kiedy człowiek, dość mocny, aby zniszczyć całą, długowiekową robotę
Todrosów? Wszak gdyby wypadki przyjęły były inny obrót, dokonałby
już tego Hersz sam, wraz ze swymi możnymi przyjaciołmi, Edomitami!
Na Hersza Ezofowicza, jak niegdyś na przodka jego Michała,
posypały się ze stron wszystkich oskarżenia, niechęci, przeciwności
wszelkiego rodzaju. W domu modlitwy wykrzykiwano nań głośno, że
sabbatów nie strzeże, że z gojami się przyjaźni i, do stołu z nimi
zasiadając, trefne mięso spożywa; że w zajściach interesowych sądów
żydowskich unika, a do krajowych się udaje; że rozporządzeń
kahalnéj zwierzchności nie słucha i nieraz nawet głośno przyganiać
im śmie; że powag izraelskich nie szanuje, Reb Nochimowi należnéj
czci nie oddając...
Dumnie bronił się Hersz, odpierając niektóre czynione
sobie zarzuty, do innych przyznając się, lecz usprawiedliwiając je
pobudkami, których przecież ani lud, ani przodownicy jego za
słuszne uznać nie chcieli.
Trwało tak dość długo, w końcu trwać przestało. Umilkły
obwinienia, znikły intrygi; umilkł bo téż i zniknął moralnie ten,
kto był ich przedmiotem. Zestarzały przedwcześnie, zgorzkniały,
zmęczony jałowemi walkami, Hersz zamknął się szczelnie w obrębie
prywatnego życia, zajmował się znowu handlem i różnemi interesami,
które jednak nie szły mu tak dobrze jak innym, bo nie posiadał, tak
jak inni, sympatyi i pomocy swych współbraci. Co czuł, o czém
myślał w tych ostatnich latach życia swego, nikt nie wiedział, bo
nie zwierzał się z tém nikomu. Przed śmiercią tylko miał on z
Frejdą długą rozmowę. Dzieci jego były jeszcze zbyt małe, aby
powierzyć im mógł tajemnicę zawiedzionych pragnień swych,
zmarnowanych starań i stłumionych bólów. Przekazywał ją im przez
usta swéj żony. Ale czy Frejda zrozumiała i zapamiętała słowa
konającego męża? czy chciała i potrafiła powtórzyć je potomkom
jego? nie wiadomo. To tylko pewna, że ona jedna pozostała w
posiadaniu wiadomości o miejscu, w którém ukryty został testament
Seniora, owe pisanie odwieczne, będące dziedzictwem, nie tylko rodu
Ezofowiczów, ale całego izraelskiego ludu, dziedzictwem nieznaném i
zaniedbywaném, lecz w którém, kto wie? mieściły się może skarby,
stokroć większe, niż te, które napełniały śpichrze i skrzynie
bogatéj kupieckiéj rodziny.
Ostatnie żądania i myśli Seniora spały więc kędyś w
ukryciu, czekając znowu śmiałéj i wiedzy chciwéj ręki jakiego
prawnuka, któraby przebudzić je i na jaw wydobyć zapragnęła; a w
miasteczku tymczasem, po śmierci Hersza, nie pozostał już ani jeden
duch, tęskniący za światłością, ani jedno serce, któreby uderzało
dla czegoś więcéj, niż dla własnéj żony, własnych dzieci i
własnego, przedewszystkiém, majątku.
Gwarno tam stało się od zabiegów i starań, mających za cel
jedyny pieniężne zdobycze, ciemno od mistycznych trwóg i rojeń,
ciężko i duszno od nieubłaganéj, drobiazgowéj, bezdusznéj
prawowierności...
W oczach jednowiernego plebsu w kraju całym, ludność
Szybowa uchodziła za potężną materyalnie i moralnie, mądrą,
przeprawowierną, świętą niemal...
Nad całą tą głęboką, zapadłą doliną społeczną zawisła
chmura, złożona z najciemniejszych żywiołów, jakie istnieją w
ludzkości, a jakiemi są: cześć dla litery, z któréj duch umknął,
kazuistyka sroga, gruba niewiedza, podejrzliwe i nienawistne
obwarowanie się przeciw wszystkiemu, co płynęło z szerokich,
słonecznych, lecz "cudzych", światów.