Megalodony, syreny i huragany. Dziwne pytania i naukowe odpowiedzi - Ellen Prager, Dave Jones

Kup ebooka

45.99 zł
34.49 zł (30,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NOTA OD AU­TO­RÓW

My, au­to­rzy, El­len i Dave, mo­żemy z dumą stwier­dzić, że je­ste­śmy ma­nia­kami na­uki. Na­pę­dza nas nie­ustanna cie­ka­wość, je­ste­śmy za­fa­scy­no­wani na­szą pla­netą, pa­sjo­nuje nas ob­ser­wo­wa­nie, do­wia­dy­wa­nie się no­wych rze­czy oraz kwe­stio­no­wa­nie do­ko­nań na­uki. Cza­sami spie­ramy się w spra­wie tego, co jest waż­niej­sze: ocean (El­len, oce­ano­grafka) czy at­mos­fera (Dave, me­te­oro­log). At­mos­fera za­wiera tlen po­trzebny do od­dy­cha­nia (me­te­oro­lo­gia), ale fi­to­plank­ton w oce­anie pro­du­kuje około po­łowy tlenu w at­mos­fe­rze (oce­ano­gra­fia). Nie po­zwól­cie nam za­cząć, cho­ciaż prze­rzu­ca­nie się ar­gu­men­tami w na­szym wy­ko­na­niu to byłby nie­zły spek­takl. Uwiel­biamy się śmiać (czę­sto z sa­mych sie­bie) i od­wo­łu­jemy się do po­czu­cia hu­moru, aby za­in­te­re­so­wać od­bior­ców i po­ka­zać, że na­uka może być za­bawą. Prze­pro­wa­dzi­li­śmy wspól­nie setki pu­blicz­nych pre­zen­ta­cji (na sce­nie, na an­te­nie i wir­tu­al­nie) i lu­bimy wcho­dzić w in­te­rak­cje z na­ukow­cami, nie­nau­kow­cami, dziećmi, na­uczy­cie­lami, me­diami, na­szymi współ­pra­cow­ni­kami, krew­nymi, są­sia­dami... No do­brze, niech bę­dzie, wła­ści­wie z każ­dym.

Cza­sami na­ukowcy nie są zgodni w spra­wie tego, co jest waż­niej­sze.

Od lat otrzy­mu­jemy wiele py­tań od słu­cha­czy i wi­dzów. Nie­które po­ja­wiają się czę­sto, inne są bar­dziej nie­ty­powe, rzad­kie lub zwy­czaj­nie od­je­chane. A jed­nak na­wet po­zor­nie naj­bar­dziej ba­nalne, lecz w isto­cie nie­sza­blo­nowe py­ta­nia mogą sta­no­wić wstęp do roz­mowy o na­uce. Dla­tego też, by otwo­rzyć co po­nie­któ­rym oczy i prze­ciw­dzia­łać dez­in­for­ma­cji, po­sta­no­wi­li­śmy na­pi­sać tę książkę i od­po­wie­dzieć na sze­reg naj­czę­ściej sta­wia­nych i naj­dziw­niej­szych py­tań, ja­kie my i nasi współ­pra­cow­nicy otrzy­mu­jemy na te­mat oce­anu, bio­lo­gii mórz, po­gody, zmian kli­ma­tycz­nych i nie tylko. Mamy na­dzieję, że książka ta wy­woła ra­dość i uśmiech (zwłasz­cza wspa­niałe ilu­stra­cje Alece), a także po­może do­ce­nić na­ukę i przy­bliży ota­cza­jący nas świat. Li­czymy rów­nież na to, że po jej prze­czy­ta­niu ła­twiej bę­dzie zna­leźć wia­ry­godne in­for­ma­cje o Ziemi, at­mos­fe­rze i oce­anie. Za­nim jed­nak, czy­tel­niku, za­głę­bisz się w lek­turę, oto tro­chę in­for­ma­cji o nas i o kilku prze­ło­mo­wych mo­men­tach w na­szym ży­ciu, które za­po­cząt­ko­wały pa­sję do ba­da­nia głę­bin mo­rza i po­gody oraz do na­uki.

EL­LEN PRA­GER

Czę­sto py­tają mnie w roz­mo­wach, skąd wzięło się moje za­in­te­re­so­wa­nie oce­ano­gra­fią. Od­po­wia­da­jąc, mam z czego wy­bie­rać. Kiedy by­łam mała, oglą­da­łam pro­gramy te­le­wi­zyjne o te­ma­tyce przy­rod­ni­czej, ta­kie jak re­ali­za­cje Ja­cques'a Co­usteau czy Wild King­dom (póź­niej po­zna­łam pro­wa­dzą­cego, wspa­nia­łego Jima Fow­lera, i za­przy­jaź­ni­łam się z nim), pa­mię­tam ro­dzinne wa­ka­cje i nur­ko­wa­nie. Jed­nak kilka mo­men­tów i do­świad­czeń można uznać za szcze­gól­nie in­spi­ru­jące na mo­jej dro­dze do zo­sta­nia oce­ano­grafką.

Pod­czas wa­ka­cji w szkole śred­niej pra­co­wa­łam jako ra­tow­niczka i in­struk­torka bez­pie­czeń­stwa w wo­dzie. Pew­nego dnia inny ra­tow­nik przy­niósł na ba­sen sprzęt do nur­ko­wa­nia i za­py­tał, czy chcia­ła­bym go wy­pró­bo­wać. Szybko za­ło­ży­łam bu­tlę i wsko­czy­łam do ba­senu, cie­sząc się, że mogę zo­stać pod wodą dłu­żej, niż po­zwala mi na to zdol­ność wstrzy­my­wa­nia od­de­chu. Póź­niej po­bie­głam do domu i oznaj­mi­łam, że chcę uzy­skać cer­ty­fi­kat płe­two­nurka. Moi ro­dzice za­wsze za­chę­cali mnie do speł­nia­nia ma­rzeń dzięki edu­ka­cji i cięż­kiej pracy. Z wła­snych pie­nię­dzy opła­ci­łam kurs płe­two­nurka i u wy­brzeży stanu Mas­sa­chu­setts wy­ko­na­łam wy­ma­gane nur­ko­wa­nia na wo­dach otwar­tych - przy ni­skiej tem­pe­ra­tu­rze, ogra­ni­czo­nej wi­docz­no­ści i wy­so­kiej fali. Bar­dzo mi się to spodo­bało. Z per­spek­tywy czasu mu­szę stwier­dzić, że te wy­da­rze­nia do­pro­wa­dziły do ko­lej­nych, które re­al­nie zmie­niły moje ży­cie. Jesz­cze pod­czas stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie We­sleya wzię­łam se­mestr urlopu dzie­kań­skiego, aby stu­dio­wać oce­ano­gra­fię tro­pi­kalną w La­bo­ra­to­rium In­dii Za­chod­nich (West In­dies La­bo­ra­tory) na Sa­int Croix w ar­chi­pe­lagu Wysp Dzie­wi­czych Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Przez lata La­bo­ra­to­rium In­dii Za­chod­nich było ra­jem dla stu­den­tów i na­ukow­ców ba­da­ją­cych rafy ko­ra­lowe. Wy­kłady i ćwi­cze­nia łą­czono z za­ję­ciami w te­re­nie. Nur­ko­wa­li­śmy z bu­tlą, w ma­sce i z fajką i pro­wa­dzi­li­śmy nie­za­leżne pro­jekty. Moi pro­fe­so­ro­wie mieli pracę, o ja­kiej ma­rzy­łam - szybko stali się dla mnie wzo­rami do na­śla­do­wa­nia i men­to­rami (a póź­niej przy­ja­ciółmi i ce­nio­nymi współ­pra­cow­ni­kami). W trak­cie se­me­stru wy­bra­li­śmy się na wy­cieczkę do Hy­dro­labu, ma­łego pod­wod­nego sie­dli­ska, w któ­rym na­ukowcy miesz­kali przez ty­dzień pod wodą, pro­wa­dząc ba­da­nia raf ko­ra­lo­wych. By­łam tak za­fa­scy­no­wana pro­gra­mem, że w na­stępną so­botę wsia­dłam na ro­wer, prze­je­cha­łam po­fał­do­waną pa­gór­kami wy­spę i do­tar­łam do bazy Hy­dro­lab. Za­py­ta­łam, czy la­tem nie będą po­trze­bo­wali nurka.

Po po­twier­dze­niu, że mam upraw­nie­nia płe­two­nurka i do­świad­cze­nie oraz że po­tra­fię unieść (le­dwo co) po dwie sta­lowe bu­tle z tle­nem w każ­dej ręce, zo­sta­łam za­trud­niona. Gdy wró­ci­łam do West In­dies Lab, by­łam wy­czer­pana, ale szczę­śliwa. Inni stu­denci za­sta­na­wiali się, ja­kim cu­dem do­sta­łam tę pracę. Od­po­wia­da­łam, że wy­star­czyło po pro­stu po­je­chać i za­py­tać. Był to nie tylko po­czą­tek nie­sa­mo­wi­tego lata wy­peł­nio­nego nur­ko­wa­niem i na­uką, lecz także ważna lek­cja ini­cja­tywy i ba­da­nia moż­li­wo­ści, która wpły­nęła na moje póź­niej­sze ży­cie i ka­rierę.

Praca w Hy­dro­la­bie w cha­rak­te­rze nurka wspie­ra­ją­cego to ko­lejny klu­czowy etap mo­jego ży­cia za­wo­do­wego. Nu­rek wspar­cia lub za­bez­pie­cze­nia to za­sad­ni­czo eu­fe­mizm dla pod­wod­nego "przy­nieś, wy­nieś, po­za­mia­taj". Pod­czas mi­sji wy­no­si­li­śmy pu­ste zbior­niki na po­wierzch­nię, na­peł­nia­li­śmy je i trans­por­to­wa­li­śmy z po­wro­tem do pod­wod­nego la­bo­ra­to­rium. Prze­no­si­li­śmy za­pasy i po­siłki, po­ma­ga­li­śmy w ba­da­niach na­uko­wych, pil­no­wa­li­śmy nur­ków w wo­dzie poza la­bo­ra­to­rium i sprzą­ta­li­śmy po mi­sjach. To była naj­lep­sza praca, jaką mo­głam so­bie wy­obra­zić. Jedna mi­sja w spo­sób szcze­gólny po­mo­gła mi prze­zwy­cię­żyć wąt­pli­wo­ści, czy mam to coś, czego po­trzeba, aby być na­ukow­cem.

Ce­lem mi­sji było okre­śle­nie zna­cze­nia pa­pu­go­ryb w obiegu skład­ni­ków od­żyw­czych na ra­fach ko­ra­lo­wych. Rafy ko­ra­lowe wy­ka­zują ten­den­cję do wzro­stu w wo­dzie ubo­giej w skład­niki od­żyw­cze i pa­pu­go­ryby od­gry­wają tu ważną rolę, ale nie było ja­sne, jak istotną. Tak więc co wie­czór na­ukowcy two­rzący ze­spół opusz­czali pod­mor­skie la­bo­ra­to­rium, po­bie­rali z ma­ga­zynu bu­tle tle­nowe i za­kła­dali sprzęt. Uży­wa­jąc spe­cjal­nego wy­po­sa­że­nia do zbie­ra­nia ma­te­riału (pla­sti­ko­wych wor­ków), po­dą­żali za pa­pu­go­ry­bami po ra­fie i zbie­rali ich od­chody, które były póź­niej ana­li­zo­wane na lą­dzie. Wtedy to do mnie do­tarło: je­śli zbie­ra­nie kup pa­pu­go­ryb to praca na­ukowa, to ja też się na­daję.

W West In­dies Lab i Hy­dro­la­bie sta­wia­łam pierw­sze kroki. To był po­czą­tek ka­riery peł­nej nie­sa­mo­wi­tych moż­li­wo­ści, przy­gód, hu­mo­ry­stycz­nych wy­da­rzeń i na­uki - od za­jęć z oce­ano­gra­fii, które pro­wa­dzi­łam na po­kła­dach ża­glow­ców Sea Edu­ca­tion As­so­cia­tion [Sto­wa­rzy­sze­nia Edu­ka­cji Mor­skiej], dzia­ła­jąc z Wo­ods Hole w Mas­sa­chu­setts, po kie­ro­wa­nie ma­łym la­bo­ra­to­rium mor­skim na od­le­głej wy­spie na Ba­ha­mach, ba­da­nia w Za­toce Flo­rydz­kiej na zle­ce­nie Ame­ry­kań­skiej Służby Geo­lo­gicz­nej, pracę na wy­spach Ga­la­pa­gos i - za­to­czyw­szy pełny krąg - od sta­no­wi­ska nurka wspar­cia w Hy­dro­la­bie do ży­cia pod wodą jako akwa­nautka, a póź­niej jako osoba od­po­wie­dzialna za ba­da­nia na­ukowe w Aqu­arius Reef Base, na­stępcy Hy­dro­labu. Moje ogólne spoj­rze­nie na ba­da­nia na­ukowe po­sze­rzyło się dzięki peł­nie­niu funk­cji pro­dzie­kanki w Ro­sen­stiel School of Ma­rine, At­mo­sphe­ric and Earth Science na Uni­wer­sy­te­cie Miami, za­trud­nie­niu w U.S. Com­mis­sion on Ocean Po­licy oraz pracy w cha­rak­te­rze do­rad­czyni fe­de­ral­nych agen­cji oce­anicz­nych w Ocean Re­se­arch and Re­so­ur­ces Ad­vi­sory Pa­nel.

Gdzieś po dro­dze od­kry­łam nową pa­sję - po­pu­la­ry­za­cję na­uki. Za­owo­co­wała ona pu­bli­ka­cją ilu­stro­wa­nych ksią­żek dla dzieci, dwóch se­rii peł­nych hu­moru po­wie­ści przy­go­do­wych dla mło­dzieży o te­ma­tyce eko­lo­gicz­nej (mia­łam z tego ogromną frajdę!), ar­ty­ku­łami w cza­so­pi­smach i książ­kami po­pu­lar­no­nau­ko­wymi, a także wie­loma po­ga­dan­kami. Po dro­dze sta­łam się rów­nież roz­chwy­ty­waną przez sta­cje te­le­wi­zyjne spe­cja­listką (sporo się na­uczy­łam na wła­snych błę­dach). Po­ja­wia­łam się w CNN, We­ather Chan­nel, NBC, To­day Show, Good Mor­ning Ame­rica, CBS Mor­nings, Di­sco­very Chan­nel i nie tylko. Więk­szość mło­dych wi­dzów uważa, że moim naj­bar­dziej im­po­nu­ją­cym do­ko­na­niem była rola kon­sul­tantki pod­czas po­wsta­wa­nia filmu Di­sneya Va­iana: Skarb oce­anu z 2016 roku. Moja ka­riera na­ukowa to wspa­niała po­dróż, która trwa do dziś, i nie mogę się do­cze­kać, co bę­dzie da­lej.

DAVE JO­NES

Pod­czas gdy El­len była za­nu­rzona w oce­anie, ja cho­dzi­łem z głową w chmu­rach. Już jako sze­ścio­la­tek za­sta­na­wia­łem się, dla­czego wielka ciemna chmura wisi tam, gdzie wisi, a nie gdzie in­dziej. Dla­czego deszcz, który za­po­wia­dano w pro­gno­zie po­gody, cza­sami pada na końcu ulicy, a cza­sami wcale? Ale być może naj­bar­dziej wpły­wowe i elek­try­zu­jące wy­da­rze­nie miało miej­sce wtedy, gdy pio­run ude­rzył w drzewo na­prze­ciwko domu mo­ich ro­dzi­ców (na wprost mo­jego po­koju). Roz­bły­sło i świe­tli­sta nie­bie­sko-biała kula po­szy­bo­wała nad na­szą ulicą w kie­runku mo­jego okna, po czym roz­pły­nęła się w po­wie­trzu (wię­cej o bły­ska­wi­cach w roz­dzia­łach 6 i 7). Ni­gdy tego nie za­po­mnę! By­łem jak za­hip­no­ty­zo­wany. Pra­gną­łem do­wie­dzieć się wszyst­kiego o bły­ska­wi­cach i po­go­dzie.

W wieku 11 lat by­łem do tego stop­nia za­fa­scy­no­wany zja­wi­skami po­go­do­wymi, że co dzień po szkole sze­dłem (a cza­sem bie­głem) do bu­dynku po­bli­skiego col­lege'u w Ca­ton­sville w sta­nie Ma­ry­land. Sta­wa­łem przed mapą po­gody wy­wie­szaną na ścia­nie na wy­dziale nauk ści­słych. Pro­wa­dzono tam cykl nie­sa­mo­wi­tych wy­kła­dów Wstęp do me­te­oro­lo­gii. Na wy­dziale mieli małe cen­trum me­te­oro­lo­giczne i da­le­ko­pis, który dru­ko­wał biu­le­tyny i ob­ser­wa­cje po­go­dowe z sza­loną wów­czas pręd­ko­ścią 300 bo­dów! To około 30 zna­ków na se­kundę, przy czym mo­kre pa­pie­rowe mapy po­gody mu­siały jesz­cze wy­schnąć przed za­wie­sze­niem.

Dzie­kan wy­działu nauk o Ziemi za­uwa­żył mój za­pał do stu­dio­wa­nia map po­go­do­wych i to, że za­da­wa­łem py­ta­nia każ­demu, kto tylko był w po­bliżu. Pew­nego dnia spa­ko­wa­łem do torby kilka sta­rych map (oczy­wi­ście za zgodą dzie­kana), żeby je roz­wie­sić w moim do­mo­wym "cen­trum me­te­oro­lo­gicz­nym" - czyli sta­rej, do­pro­wa­dzo­nej do po­rządku ciemni. Wi­dząc moje za­an­ga­żo­wa­nie, dzie­kan za­py­tał, czy chciał­bym uczest­ni­czyć w wy­kła­dach i ćwi­cze­niach. Wy­ja­śnił, że mogę zo­stać przy­jęty jako wolny słu­chacz, a po­nie­waż moja mama pra­cuje na uczelni, je­śli za­li­czę za­ję­cia, bę­dzie mo­gła otrzy­mać zwrot kosz­tów. Po­dob­nie jak w przy­padku El­len mój en­tu­zjazm i chęć za­da­wa­nia (at­mos­fe­rycz­nych) py­tań otwo­rzyły przede mną drzwi do świata na­uki i jako za­le­d­wie dwu­na­sto­la­tek zo­sta­łem stu­den­tem uni­wer­sy­tetu.

Wi­zyta u den­ty­sty i stu­dia w mło­dym wieku stwo­rzyły ko­lejną szansę - roz­po­czą­łem swoją pierw­szą pracę w cha­rak­te­rze kon­sul­tanta. Kiedy mój sto­ma­to­log do­wie­dział się, że bę­dąc w siód­mej kla­sie, uczęsz­czam na wy­kłady z me­te­oro­lo­gii, skon­tak­to­wał się ze swo­imi kum­plami uczest­ni­czą­cymi w kur­sie pi­lo­tażu. Wszy­scy trzej mieli trud­no­ści z czę­ścią szko­le­nia do­ty­czącą po­gody. Skoń­czyło się na tym, że uczy­łem ich me­te­oro­lo­gii lot­ni­czej w za­re­zer­wo­wa­nej na tę oka­zję sali chiń­skiej re­stau­ra­cji. By­łem w siód­mym nie­bie. Roz­mowy o po­go­dzie i lot­nic­twie, a przy tym tyle zupy z jaj­kiem i kur­czaka z bro­ku­łami, ile tylko po­tra­fi­łem zjeść!

Na uczelni roz­po­czą­łem za­oczne stu­dia z pro­gno­zo­wa­nia po­gody. Mój en­tu­zjazm i nie­usta­jące prośby o mapy po­gody po każ­dych za­ję­ciach zwró­ciły uwagę wy­kła­dowcy, dok­tora Ro­berta Atlasa, który pra­co­wał rów­nież w Cen­trum Lo­tów Ko­smicz­nych imie­nia Ro­berta H. God­darda (GSFC), jed­nym z ośrod­ków ba­daw­czych NASA. Za­py­tał, gdzie za­mie­rzam ro­bić stu­dia ma­gi­ster­skie. Zło­ży­łem już po­da­nie na Uni­wer­sy­tet Stanu Pen­syl­wa­nia, po­nie­waż mieli je­den z naj­lep­szych pro­gra­mów me­te­oro­lo­gicz­nych w kraju. Wy­ja­śnił, że za­trud­nia sta­ży­stów do pracy w NASA, ale kan­dy­daci mu­szą stu­dio­wać na Uni­wer­sy­te­cie Ma­ry­land w Col­lege Park. To nie była trudna de­cy­zja. Bez mru­gnię­cia okiem od­par­łem: "Mogę iść do Ma­ry­land!".

Stu­dia rów­nież ob­fi­to­wały w nie­sa­mo­wite oka­zje. Pod­czas pracy w GSFC, wspie­ra­jąc ba­da­nia dok­tora Atlasa, wy­bra­łem się z ko­legą z grupy, też sta­ży­stą, do sta­cji te­le­wi­zyj­nej NBC w Wa­szyng­to­nie. Nie kry­łem za­chwytu, gdy przed­sta­wiono mnie głów­nemu me­te­oro­lo­gowi - Bob Ryan był naj­czę­ściej oglą­da­nym pre­zen­te­rem po­gody w re­gio­nie. Przez kilka ty­go­dni z en­tu­zja­zmem ki­bi­co­wa­łem szyb­kiemu tempu, w ja­kim po­wstają lo­kalne wia­do­mo­ści, a po­tem za­pro­po­no­wano mi pracę asy­stenta w biu­rze me­te­oro­lo­gicz­nym. Była to już druga świetna po­sada zwią­zana z po­godą, sta­no­wiąca do­da­tek do mo­jej praw­dzi­wej, przy­no­szą­cej za­ro­bek. W week­endy sprze­da­wa­łem wnio­ski o karty kre­dy­towe przy wej­ściu do domu to­wa­ro­wego Hech­tów.

Po ukoń­cze­niu stu­diów pra­co­wa­łem w fir­mach zaj­mu­ją­cych się gra­fiką map po­gody, a także po­ma­ga­łem start-upowi na pół­nocno-za­chod­nim Pa­cy­fiku, który stwo­rzył zauto­ma­ty­zo­wany sys­tem do­star­cza­jący wind­sur­fe­rom in­for­ma­cji o tym, gdzie zna­leźć naj­lep­szy wiatr w wą­wo­zie rzeki Ko­lum­bii.

Te­le­fon od Boba Ry­ana przy­niósł ko­lejną nie­ocze­ki­waną i za­chwy­ca­jącą pro­po­zy­cję. Za­py­tał, czy chciał­bym na­grać próbkę au­tor­skiej pre­zen­ta­cji pro­gnozy po­gody. Co? Kto by nie chciał? Za­le­d­wie dwa ty­go­dnie po "prze­słu­cha­niu" zo­sta­łem za­trud­niony w wa­szyng­toń­skiej sta­cji te­le­wi­zyj­nej NBC4. Mia­łem opra­co­wać ramy no­wego po­ran­nego pro­gramu week­en­do­wego i go po­pro­wa­dzić. Ale su­per! Spę­dzi­łem pra­wie 10 lat w NBC4 i prze­ży­łem kilka nie­sa­mo­wi­tych przy­gód, w tym kie­ro­wa­nie wspa­nia­łym ze­spo­łem, który wy­grał grant NASA na wy­ko­rzy­sta­nie cze­goś, co na­zy­wano In­ter­ne­tem, w celu uzy­ska­nia do­stępu do da­nych NASA do­ty­czą­cych Ziemi i ko­smosu oraz ad­ap­ta­cji sys­temu do po­trzeb te­le­wi­zji. W 1995 roku zbu­do­wa­li­śmy We­ather­Net4, pierw­szą w kraju stronę in­ter­ne­tową sta­cji te­le­wi­zyj­nej po­świę­coną po­go­dzie. By­li­śmy sta­cją nu­mer je­den na rynku, do­star­cza­jącą mi­lio­nom wi­dzów dane na­ukowe o Ziemi i ko­smo­sie, poza tym two­rzy­li­śmy spe­cjalne strony in­ter­ne­towe dla na­uczy­cieli i stu­den­tów. Kilka razy le­cia­łem do No­wego Jorku, aby pre­zen­to­wać pro­gnozę po­gody w po­ran­nym pro­gra­mie To­day, a po­tem od razu wra­ca­łem do Wa­szyng­tonu, żeby przed­sta­wić pro­gnozę wie­czorną. To była go­rącz­kowa, sza­lona jazda.

Od­sze­dłem z NBC4, by pod­jąć sa­mo­dzielną dzia­łal­ność. Za­ło­ży­łem firmę Storm­Cen­ter Com­mu­ni­ca­tions Inc. Chcia­łem wpro­wa­dzać ko­lejne in­no­wa­cje w za­kre­sie spo­sobu ko­rzy­sta­nia z da­nych i uzy­ski­wa­nia do nich do­stępu. Szcze­gól­nie dumny je­stem z opa­ten­to­wa­nej przez nas no­wej tech­no­lo­gii o na­zwie Geo­Col­la­bo­rate?. Umoż­li­wia ona syn­chro­niczną współ­pracę w cza­sie rze­czy­wi­stym za po­śred­nic­twem do­wol­nego urzą­dze­nia lub plat­formy w celu uspraw­nie­nia do­stępu do róż­no­rod­nych po­uf­nych da­nych tym, któ­rym są po­trzebne, na przy­kład ra­tow­ni­kom me­dycz­nym i me­ne­dże­rom, wła­dzom lo­kal­nym, sta­no­wym lub re­gio­nal­nym, fir­mom, agen­cjom rzą­do­wym, pla­ni­stom, de­cy­den­tom i opi­nii pu­blicz­nej. Ści­śle współ­pra­cuję rów­nież ze spo­łecz­no­ścią me­te­oro­lo­gów, dzięki czemu oby­wa­tele mają do­stęp do uni­kal­nych da­nych i tre­ści na­uko­wych.

***

Z uwagi na ogrom wie­dzy o oce­anach i at­mos­fe­rze El­len i ja lu­bimy mó­wić, że ogar­niamy cały świat. Ale prze­cież nie tylko my. Mamy wielu wspa­nia­łych współ­pra­cow­ni­ków i przy­ja­ciół z po­dob­nych lub po­krew­nych dzie­dzin. Ra­zem z nimi i dzięki ich wkła­dowi na stro­nach tej książki przed­sta­wiamy od­po­wie­dzi na py­ta­nia do­ty­czące nie­któ­rych na­szych ulu­bio­nych te­ma­tów.

Pa­mię­taj­cie, że na­szym za­mia­rem nie jest stwo­rze­nie kom­plek­so­wego prze­wod­nika po każ­dym z nich, ale ra­czej udzie­le­nie zwię­złych, ła­twych do zro­zu­mie­nia od­po­wie­dzi na ty­powe, in­te­re­su­jące, a cza­sem dziwne py­ta­nia. Jed­no­cze­śnie za­chę­camy do bar­dziej szcze­gó­ło­wego za­po­zna­nia się z oma­wia­nymi te­ma­tami - i z tą my­ślą na końcu książki po­da­jemy źró­dła do­dat­ko­wych in­for­ma­cji. Ży­czymy mi­łej lek­tury!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki