Medaliony - Zofia Nałkowska

Kup ebooka

7.50 zł
6.15 zł (7,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­FE­SOR SPAN­NER

1

Tego rana by­li­śmy tam po raz drugi. Dzień był po­godny, majo wy, chłod­nawy. Wiatr od mo­rza szedł rześki, coś sprzed lat przy­po­mi­nał. Za drze­wami sze­ro­kiej, wy­as­fal­to­wa­nej alei stał mur ogro­dze­nia, za nim cią­gnął się roz­le­gły dzie­dzi­niec. Wie­dzie­li­śmy już, co przyj­dzie nam zo­ba­czyć.

Tym ra­zem to­wa­rzy­szyło nam dwóch star­szych pa­nów. Ci przy­szli w cha­rak­te­rze "ko­le­gów" Span­nera - obaj pro­fe­so­ro­wie, obaj le­ka­rze i uczeni. Je­den wy­soki, siwy, o twa­rzy szczu­płej i szla­chet­nej, drugi rów­nie duży, ale przy tym tęgi i ciężki. Jego pełna twarz wy­ra­żała do­bro­dusz­ność i jakby za­tro­ska­nie.

Ubrani byli dość po­dob­nie i nie po na­szemu, ra­czej pro­win­cjo­nal­nie - w czarne, dłu­gie wio­senne palta z do­brej wełny. Na gło­wach mieli mięk­kie, rów­nież czarne ka­pe­lu­sze.

Skromny, nie­tyn­ko­wany do­mek z ce­gły stał w rogu po­dwó­rza, na ubo­czu, jako nie­ważny pa­wi­lon du­żego gma­chu, w któ­rym mie­ścił się In­sty­tut Ana­to­miczny.

Na­przód ze­szli­śmy do roz­le­głej, ciem­nej piw­nicy. W po­chy­łym świe­tle, idą­cym od da­le­kich, wy­soko umiesz­czo­nych okien, umarli le­żeli jak wczo­raj. Ich ciała, na­gie, bia­ło­kre­mowe, młode, po­dobne do twar­dych rzeźb, były w do­sko­na­łym sta­nie, mimo że cze­kały tu już od sze­regu mie­sięcy na chwilę, w któ­rej wresz­cie prze­staną być po­trzebne.

Le­żeli jak w sar­ko­fa­gach, w ce­men­to­wych, dłu­gich ba­se­nach z unie­sio­nymi po­kry­wami - wzdłuż, jedni na dru­gich. Mieli ręce opusz­czone wzdłuż ciała, nie zło­żone na pier­siach we­dług po­grze­bo­wego ry­tu­ału. A głowy od­cięte od tor­sów tak równo, jakby byli z ka­mie­nia.

W jed­nym z tych sar­ko­fa­gów le­żał na sto­sie umar­łych znany już "ma­ry­narz" bez głowy - mło­dzie­niec wspa­niały, wielki jak gla­dia­tor. Na jego piersi sze­ro­kiej wy­ta­tu­owany był kon­tur statku. Po­przez za­rysy dwóch ko­mi­nów prze­cho­dził na­pis wiary da­rem­nej: Bóg z nami.

Mi­ja­li­śmy je­den za dru­gim ba­seny pełne tru­pów, a obaj cu­dzo­ziem­scy pa­no­wie szli także i także pa­trzyli. Byli le­ka­rzami i le­piej od nas ro­zu­mieli, co to zna­czy. Na po­trzeby In­sty­tutu Ana­to­micz­nego przy uni­wer­sy­te­cie wy­star­czyłby za­pas czter­na­stu tru­pów. Tu było ich trzy­sta pięć­dzie­siąt.

Dwie ka­dzie za­wie­rały same głowy bez­włose, od­cięte od tam­tych ciał. Le­żały jedne na dru­gich - twa­rze czło­wie­cze, niby ze­sy­pane do dołu ziem­niaki - jak po­pa­dło; jedne bo­kiem, jak się leży na po­duszce, inne ob­ró­cone w dół albo na wznak. Były żół­tawe i gład­kie, też świet­nie za­kon­ser­wo­wane, też rów­niutko od karku od­cięte, jak z ka­mie­nia.

W rogu jed­nej ka­dzi spo­czy­wała na wznak ta nie­duża, kre­mowa twarz chłopca, który umie­ra­jąc mógł mieć osiem­na­ście lat. Lekko sko­śne, ciemne oczy nie były za­mknięte, tylko za­le­d­wie spusz­czone. Pełne usta, barwy tej sa­mej co twarz, przy­brały wy­raz cier­pli­wego, smut­nego uśmie­chu. Brwi równe i wy­raźne uno­siły się ku skro­niom jakby z nie­do­wie­rza­niem. Ocze­ki­wał w tej naj­dziw­niej­szej, prze­cho­dzą­cej jego po­ję­cie sy­tu­acji na osta­teczne orze­cze­nie świata.

Da­lej były znowu ba­seny z umar­łymi, a póź­niej ka­dzie z ludźmi prze­cię­tymi na pół, po­kra­ja­nymi na czę­ści i odar­tymi ze skóry. W jed­nym tylko ba­se­nie le­żały osobno i da­leko nie­liczne zwłoki ko­biet.

Poza tym w pod­zie­miu obej­rze­li­śmy jesz­cze parę ba­se­nów pu­stych, za­le­d­wie wy­koń­czo­nych, bez po­kryw. Ozna­czały, że za­pas tru­pów, po­trzeb­nych ży­ją­cym, był nie­do­sta­teczny, że ist­niał za­miar po­więk­sze­nia ca­łej im­prezy.

Póź­niej z obu pro­fe­so­rami prze­szli­śmy do czer­wo­nego domku i tam wi­dzie­li­śmy na wy­zię­błym pa­le­ni­sku ogromny ko­cioł, pe­łen ciem­nej cie­czy. Ktoś obyty z te­re­nem uchy­lił po­krywy i po­grze­ba­czem wy­cią­gnął na wierzch ocie­ka­jący pły­nem, wy­go­to­wany tors czło­wie­czy, odarty ze skóry.

W dwóch in­nych ko­tłach nie było nic. Ale w po­bliżu, na pół­kach oszklo­nej szafy, le­żały rzę­dem wy­go­to­wane czaszki i pisz­czele.

Wi­dzie­li­śmy też skrzy­nię, a w niej uło­żone war­stwami oczysz­czone z tłusz­czu, spre­pa­ro­wane cienko płaty skóry ludz­kiej. Na półce słoje z sodą kau­styczną, przy ścia­nie wmon­to­wany w mur ko­cioł z za­prawą i duży piec do spa­la­nia od­pad­ków i ko­ści.

Wresz­cie na wy­so­kim stole ka­wałki my­dła bia­ła­wego i chro­po­wa­tego i parę me­ta­lo­wych, po­wa­la­nych ze­schłym my­dłem fo­re­mek.

Nie wcho­dzi­li­śmy już tym ra­zem na strych po dra­bi­nie, by oglą­dać tam za­le­ga­jące wy­soko po­lepę zsy­pi­sko cza­szek i ko­ści. Za­trzy­ma­li­śmy się tylko na chwilę w tej czę­ści dzie­dzińca, gdzie wi­dać ślady spa­lo­nych cał­ko­wi­cie trzech bu­dyn­ków, szczątki pie­ców me­ta­lo­wych typu kre­ma­to­ryj­nego i bar­dzo licz­nych rur i prze­wo­dów. Wia­domo, że i czer­wony do­mek pod­pa­lono już dwu­krot­nie. Za każ­dym ra­zem jed­nak po­wsta­jący po­żar zo­stał do­strze­żony i uga­szony.

Wy­szli­śmy ra­zem z pro­fe­so­rami, któ­rzy od razu odłą­czyli się od nas i pro­wa­dzeni przez ko­goś nie­zna­jo­mego udali się w swoją drogę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki