Rok 1922
Doktor Mieczysław miał akurat wolną chwilę. Szpitalny zaduch, zamknięta
przestrzeń, to, czego na co dzień nie dostrzegał, zmęczyły go.
Postanowił pójść do parku. Szedł zamyślony. Nawet nie zauważył, że
zaczynają już pękać pierwsze wiosenne pąki na topolach, a wokół unosi
się słodko-lepki zapach młodych listków. Kolejna wiosna po długiej
wojnie, która dla niego nie chciała się skończyć. Niedawno jednak
powrócił do pracy w szpitalu, gdzie wprawdzie nadal było dużo chorych,
ale nie przywożono już tak wielu rannych i umierających. Lecz teraz
postanowił choć przez chwilę nie myśleć o pacjentach.
I nagle na drodze, dosłownie zagradzając mu przejście, stanęła Cyganka.
Racjonalny umysł doktora nie wierzył w żadne wróżby, ale w tej kobiecie
było coś tak stanowczego, że się zatrzymał. Mówiła to, co zwykle mówią
Cyganki. Sam się sobie dziwił, że nie odchodzi, tylko słucha jej
śpiewnego, wabiącego głosu. "Czego się nie wie, czego się pragnie, czego
się nie spodziewa", powiedziała i oddaliła się, nie wyciągając ręki po
zapłatę. Odruchowo sięgnął do portfela. Był na swoim miejscu. "Co za
bezsens", mruknął pod nosem i ruszył szybkim krokiem. W szpitalu na
pewno już na niego czekali.
I byłby całkiem zapomniał o tym epizodzie, gdyby po południu do jego
gabinetu nie weszła - jako ostatnia pacjentka - kobieta, której zupełnie
się nie spodziewał, o której od kilku już lat nic nie wiedział i której... skrycie pragnął.
Kobiet w życiu doktora - tych ważnych, było zaledwie kilka. Prawie nie
pamiętał matki z czasów wczesnego dzieciństwa. Zawsze widział ją gdzieś
w oddali, w głębi domostwa, zajętą gospodarstwem albo gośćmi, których
przyjmowała w obszernym salonie. Najważniejsza była wtedy sparaliżowana
babka królująca w swoim fotelu. Nieruchoma, dostojna, trochę groźna i tajemnicza. Odstawiona na boczny tor z powodu dziwnej niechęci do
otoczenia, spędzała dni w milczeniu. Tylko on potrafił się z nią
porozumieć. I kiedy pewnego letniego dnia burza zwaliła stare drzewo, a babka, unosząc się ze swego fotela, w cudowny sposób uratowała mu życie,
napełniła go wiarą we własną moc. Dzięki jego magicznej mocy cofnął się
paraliż babki.
Wiele lat później zrozumiał naturę cudu. Paraliż babki miał podłoże
psychiczne. Wstrząs, jakim było śmiertelne zagrożenie życia, przywrócił
jej władzę w nogach. Jednak nie na długo. Wkrótce umarła, być może
pokonana przez zbyt silny szok. Ale na zawsze pozostawiła w sercu wnuka
wspomnienie bezinteresownego dobra i poczucie własnej siły.
Musiał jednak przyznać, że nie zawsze był wrażliwy na urodę kobiet. Nie
dostrzegał ich zalotnych spojrzeń. Wprawdzie kiedyś zachwyciła go pewna
panna, ale zanim uświadomił sobie, jak bardzo mu się podoba, poślubił ją
jego stryjeczny brat. I dziewczyna była dla niego stracona. Piękna Mery.
Została jego serdeczną znajomą.
A siostra Mery, panna Janka, od kilku już lat mężatka. Nie tak piękna
jak Mery, ale pełna uroku. Delikatna, nieomal zwiewna, zdawało się, że
uleci niepokonana przez prozę życia. Kiedy jednak patrzyło się na nią,
gdy opiekowała się chorymi w szpitalu, potem rannymi w lazarecie, czuło
się jej wewnętrzną siłę. Niby krucha i nieśmiała, a znajdowała sposoby
nawet na najbardziej opornych pacjentów. Chorzy ją kochali. Jej dobroci
i uroku nie dostrzegł w porę.
A potem, któregoś strasznego roku wielkiej wojny, młoda sanitariuszka,
ranna, umierała na jego rękach, chociaż rozpaczliwie chciała żyć, a on
rozpaczliwie próbował ją ratować. Ale jedyne, co mógł dla niej zrobić,
to złagodzić ból umierania morfiną, którą ukradł ze szpitalnej apteczki.
I podarować jej chwilę miłości. Nie żałował wtedy słów. Były szczere i gorące.
Wreszcie Julia. Kobieta, którą pokochał. Niebezpieczeństwa, na jakie się
narażał, ratując ją z życiowych opresji, zaostrzały tylko jego
pożądanie. Nie zniechęcały go jej dziwne zachowania, których źródeł
często nie pojmował. Była tajemnicza, nieprzenikniona. Taką istotę można
tylko kochać, bo zrozumieć jej nie sposób. Kochał, ale... bez
wzajemności. Julia uciekła, choć wolał mówić, że odeszła. Został sam.
Wojna zatarła ślady. Nawet próbował się czegoś o niej dowiedzieć, ale
bez rezultatu. Po prostu zapadła się pod ziemię. Może zginęła?
Zastanawiał się czasem, co sprawiło, że właśnie ta kobieta tak głęboko
zapadła mu w serce? Może jakieś nie do końca uświadomione wspomnienie z dzieciństwa? Może mała Rachela?
Rachela była córką ogrodnika. Zdawała mu się najpiękniejszą istotą na
świecie. Miała pulchne dłonie pełne zadrapań, powalane ziemią i sokiem z owoców. Jej włosy unosiły się wokół głowy, tworząc koronę czarnych
loków. Wargi, pełne, rozchylone i wilgotne, przyciągały jego uwagę jako
miejsce, gdzie ukrywało się tajemnicze zjawisko wypadających zębów. Ale
najbardziej ciekawiły go jej pośladki, ich krągłość po obu stronach
mrocznej bruzdy i biel skóry tak różna od reszty. Podglądał ją, kiedy
kucała, ukryta za krzakiem, nieświadoma jego spojrzeń. Zresztą nie
miałaby nic przeciwko temu, ponieważ był tak bardzo podobny do niej
samej, że stanowił nieomal jej naturalne przedłużenie. Nie byli świadomi
swojej płci, bo ich płeć jeszcze nie zaistniała. Jednak już wtedy
Rachela ujawniała swoją niespokojną naturę, a potem stała się tak
nieobliczalna, że dzieci rozdzielono. Jeszcze przez długi czas Mieczek
śnił o Racheli. Najbardziej brakowało mu jej tajemniczych przemian, gdy
radość zmieniała się w płacz, a spokój w dziką agresję, którą potrafił
łagodzić tylko sobie znanymi sposobami.
Dopiero teraz zrozumiał, że zbyt często wybierał to, co chore, obolałe,
potrzebujące pomocy. Takie kobiety zwracały jego uwagę. Nie zauważał
tych, które nie tylko biorą, ale też dają - spokój i pewność w świecie
chaosu.
Kiedy kobieta weszła do gabinetu, przeglądał właśnie papiery i minęła
krótka chwila, zanim podniósł wzrok. Zaskoczenie było tak nagłe, że
zaniemówił. Patrzył, jak siada naprzeciwko niego z dłońmi na kolanach,
milcząca i wyczekująca. Ta, która kiedyś bez słowa odeszła, teraz siedzi
w jego gabinecie. Po tylu latach. Czy przyszła tu jako pacjentka? Jak
mam się do niej zwracać?, pomyślał. Dawna zażyłość upoważniała do
intymności, ale miejsce jej nie sprzyjało.
- Julia? - spytał, jakby wciąż jeszcze nie wierzył własnym oczom.
- To ja. Czy tak bardzo się zmieniłam?
Nie odpowiedział. Nie spytał, co się z nią działo przez ostatnie lata,
choć w myślach gorączkowo liczył minione miesiące, tygodnie i dni.
- Co panią do mnie sprowadza?
Spojrzała na niego i cień rozczarowania przemknął po jej twarzy.
- Nie widzieliśmy się tak długo... - zaczęła.
- To prawda. Musiały być jakieś ważne powody, dla których nie dawała
pani znaku życia.
- Pamiętasz mnie jeszcze? - bardziej stwierdziła, niż spytała.
- Jakże mógłbym zapomnieć - rozluźnił się i nawet lekko pochylił w jej
stronę.
- Och, nie będę ci opowiadała, jak bardzo się nacierpiałam, jakie mnie
spotykały klęski - powiedziała. - Musiałam wyjechać. Po prostu musiałam.
Ty... - zawahała się i spojrzała na niego z wyrzutem.
Milczał, ale w jego wzroku nie było przebaczenia. Musiała to zauważyć, a mimo to mówiła dalej, coraz szybciej, coraz bardziej nerwowo.
- Mężczyzna, z którym byłam zmuszona wyjechać wtedy, podczas wojny,
wkrótce odszedł. Nieszczęście mnie nie opuszczało. Cierpiałam nędzę,
bywałam głodna. Zaczęłam chorować. Nie było przy mnie nikogo. Nie jestem
w stanie opisać ci moich cierpień. Mój mąż...
Słuchał niechętnie. Nawet chciał jej przerwać. Potraktować jak każdą
inną pacjentkę. Zbadać... Nie, tego wolałby uniknąć. Więc tylko wypisać
receptę, pożegnać się i już nigdy więcej jej nie spotkać. A jednak był
coraz bardziej przejęty, wbrew sobie, wbrew temu, co powtarzał sobie w duchu: "Nie słuchaj tej kobiety. Nie wierz jej". Ale jakiś wewnętrzny
głos mówił: "Ona cierpi. Potrzebuje pomocy. Mojej pomocy".
W milczeniu przyglądał się jej delikatnym rysom, złoto-rudym włosom, w których nie zauważał śladów siwizny. Na wciąż gładkiej jasnej skórze
dostrzegł ślady piegów. Pamiętał, że jej ciało pokryte było tymi
złotawymi plamkami, i pamiętał też, jak bardzo go wzruszały. Smukłe
dłonie oparła o brzeg stołu. Patrzyła wprost na niego szeroko otwartymi
oczami niewinnego dziecka. Wiedział, że jest nie tylko ofiarą złych
ludzi, lecz i siebie samej, i nie mógł się oprzeć współczuciu.
- Nie mam dokąd pójść. Wszyscy mnie opuścili. W tym życiu nie ma dla
mnie miejsca. Nikt nigdy nie kochał mnie naprawdę - ciągnęła.
Nadal milczał, coraz bardziej oszołomiony.
- Tylko ty. Kiedyś... Tylko ty byłeś dla mnie... Teraz masz na pewno
żonę. Może i dzieci.
- Nie mam żony - powiedział.
Spuściła wzrok, żeby nie dostrzegł błysku radości w jej oczach. Zauważył
to jednak. Domyślał się tym razem nieskomplikowanej gry tej kobiety, a zarazem czuł, jak coś niczym mgła zasnuwa jego umysł. To Freud czy
Marks, a może obaj, twierdzą, że jesteśmy igraszkami mrocznych sił, że
nie panujemy nad tym, nad czym, zdaje się nam, mamy kontrolę?,
pomyślał.
- Jak mógłbym ci pomóc? - spytał.
Widocznie na to czekała, bo jej twarz rozjaśnił uśmiech. Dawniej rzadko
się uśmiechała i pamiętał, jak bardzo czekał na tę chwilę, kiedy wokół
jej oczu pojawiały się delikatne zmarszczki, a w lekko rozchylonych
ustach błyszczały drobne równe zęby. Teraz nie dostrzegł w jej uśmiechu
dawnej radości. Kąciki ust opadły, nadając twarzy wyraz goryczy.
- Jak mnie znalazłaś?
- Nie było to trudne. Jesteś lekarzem. Znają cię.
- Czemu nie próbowałaś wcześniej?
- Nie śmiałam - odpowiedziała i spoglądała na niego spod lekko
spuszczonych powiek. - Teraz jednak nie mam dokąd pójść. Pozostałeś już
tylko ty.
Na kartce zapisał adres swojego mieszkania i podał jej wraz z kluczami.
- Na razie możesz się zatrzymać u mnie.
Chwyciła jego rękę, jakby się obawiała, że w ostatniej chwili się
wycofa. Chowając klucze do torebki, wyjęła portmonetkę. Najwyraźniej
była pusta. Wyciągnął banknot z portfela i podał go Julii.
- Weź dorożkę i jedź prosto pod adres, który ci podałem.
Kiedy tylko wyszła, zaczął żałować swej decyzji. Ale czy na pewno była
to decyzja? Czy raczej działanie podjęte w stanie jakiegoś zamroczenia?
Wciąż nie dotarła do niego świadomość tego, co się wydarzyło. Pocieszał
się, że jeszcze może się wycofać, ale czuł, że i tym razem Julia
pojawiła się w jego życiu nie na chwilę, lecz na dłużej. Nieoczekiwanie
ogarnęły go nagła radość i poczucie beztroski. Nie pojmował, skąd się
wzięły, ale postanowił się im poddać.
Wracał do domu i zastanawiał się, co zastanie. Czy to, co wydarzyło się
w ciągu dnia, było realne, czy może tylko mu się przyśniło? Twarz
kobiety, którą kiedyś kochał, unosiła się w powietrzu i miał wrażenie,
jakby jej spojrzenie prowadziło go w jakimś nieznanym kierunku.
Przypominał sobie, jak ją poznał. Przyszła do niego jako pacjentka i od
pierwszej chwili zwrócił na nią uwagę. Udało mu się wydostać ją z rąk
bezdusznych lekarzy. Ich wspólna ucieczka z domu dla psychicznie chorych
była przemyślana w każdym szczególe i udała się. Wtedy zdawało mu się,
że ratując tę kobietę, zyskuje miłość na całe życie. Jakże był naiwny.
Teraz, idąc coraz szybciej, jakby w przeczuciu, że nie zdąży na czas,
zastanawiał się, jak Julia wytłumaczy mu swoje odejście i milczenie
przez tyle lat.
Nie tłumaczyła niczego. Czekała na niego. Na stole stały kwiaty i kolacja. Czyżby zmieniła się tak bardzo? Dawniej nie interesowała się
domem. Zresztą ich życie przez ten czas, kiedy byli razem, nie
przypominało niczego, co znał. Może właśnie to pociągało go wtedy i sprawiało, że ani przez chwilę się z nią nie nudził. Postanowił o nic
nie pytać. Domyślał się, że sama mu powie. I rzeczywiście. Do późnego
wieczora mówiła o swoich nieszczęściach. Musiał przyznać, że nawet na
dwa życia byłoby tego zbyt wiele. Nie miał tylko pewności, czy mówiła
prawdę. Być może tak było, ale równie dobrze mogła chcieć tylko wzbudzić
w nim współczucie. A może sama w to wierzyła? O sobie nie mówił, a ona
nie pytała.
W nocy śniło mu się, że czegoś szuka. Jakaś kobieta podaje mu roślinę
wyrwaną z ziemi. "Nie, to chwast - mówi Mieczek. - Szukam jabłoni,
takiej z małymi jabłuszkami". "To rajska jabłoń" - mówi kobieta. "Tak,
to ta". Bierze w rękę coś, co zamienia się w miękkie kobiece ramię... Ze
snu wyrwał go ruch. Nie protestował, kiedy Julia położyła się obok
niego. Odrzucił kołdrę i uniósł się. Ciało Julii świeciło własnym
blaskiem. Oczy żarzyły się w ciemnościach. Próbował zajrzeć we własne
wnętrze i znaleźć odpowiedź na pytanie, do czego to wszystko zmierza.
Czy na pewno chce się połączyć z tą kobietą? Odpowiedź nie nadchodziła,
więc nie czekając dłużej, wziął Julię w ramiona.
Po wojnie polsko-bolszewickiej, zakończonej traktatem ryskim, wielu
warszawiaków zaczęło powracać do miasta. Nie każdy miał dokąd i po co
wracać. Warszawa była wygłodniała, sporo domów zburzonych, inne popadły
w ruinę, bo mieszkańcy uciekli lub zginęli. Wciąż jeszcze miasto
próbowało odnaleźć dawny rytm, przyśpieszyć osłabiony puls.
W ciągu pierwszych trzech lat po odzyskaniu niepodległości Polska
stoczyła osiem wojen. Najbardziej krwawa okazała się z bolszewikami.
Były również powstanie wielkopolskie i trzy powstania śląskie, wojna z Ukraińcami o Lwów i Małopolskę Wschodnią, starcie polsko-litewskie o Suwalszczyznę i czeski najazd na Śląsk Cieszyński. W roku 1919 groziła
Polsce wojna polsko-niemiecka, do której - na szczęście - nie doszło.
Kraj był kompletnie wyniszczony. Podczas najazdu bolszewickiego Zachód
pozostawił Polskę na pastwę losu. Poza Francją nikt nie chciał pomóc -
propaganda sowiecka sprawiła, że w portach brytyjskich dokerzy odmawiali
obsługiwania statków przewożących broń dla Polski.
Podpisując traktat, który był najważniejszym aktem politycznym wolnej
Polski, młode państwo stawało się wprawdzie całkiem spore, lecz
nieforemne, z połową zaledwie obszaru sprzed rozbiorów, do tego
skonfliktowane z sąsiadami: Litwą, Rosją Radziecką, Niemcami i Czechosłowacją.
Mieczysław pisał wówczas do stryjecznego brata, Ziemka, który nadal nie
zdecydował się zamieszkać w Warszawie i pozostawał w Siedlcach:
"Słuchaj, Ziemku, mnie także ten traktat się nie podoba. Mimo wszystko
lepszy taki niż żaden. Bo wiemy przecież, jak było ciężko. Już nawet nie
myślę o swojej stracie. Cała ojcowizna została nam odebrana. Było, nie
ma. Ale żyję, i rodziców udało mi się pod koniec wojny wyrwać z bolszewickiego piekła. Sam wiesz, że wielu Polaków uciekło stamtąd i tułają się teraz po Polsce, pozbawieni wszystkiego, bez pracy, bez domu.
Państwo polskie nie bardzo przejmuje się ich losem. No, ale żyją. Tylko
ci ludzie tam... Nie wiem, nie mam z nikim stamtąd kontaktu. Ale muszę
Ci powiedzieć, że choć na przeszłości położyłem krzyżyk, to uczuciem,
pamięcią jestem na tej ziemi, w lasach, na łąkach, nad rzeką. Jeszcze mi
się czasem śni dom rodzinny. I taka samotna włóczęga przez niekończące
się lasy, polanki, poręby porośnięte poziomkami. A w każdym miejscu
inaczej brzmi echo, to tajemnicze lustro lasu. Zmęczony wędrówką,
trafiasz na strumień, u nas zwany ruczajem, bo w samej nazwie już mieści
się cały urok wody płynącej pomiędzy zwalonymi pniami, wśród omszałych
kamieni. Ciemna woda pachnie chłodem, lekko butwiejącymi liśćmi. A mimo
to schylasz się i nabierasz w stuloną dłoń, pijesz. Przysiadasz i wsłuchujesz się w głosy ptaków, szmery i szelesty. Ziemia drży pod
racicami biegnącej sarny. Wiatr porusza czubami wysokich sosen,
poskrzypują pnie.
Można wędrować dni całe i nie napotkać człowieka. Moja droga prowadziła
jednak w stronę ludzkich siedzib. Pamiętam jedną wioskę z cmentarzem i drewnianą cerkiewką. Kiedy wyszedłem z lasu, słońce zapaliło strzechy
chat i przez chwilę zdawało się, że wieś płonie. Dróżką wzdłuż
pochylonych płotów doszedłem do rzeczki. Płynęła w dole pomiędzy
stromymi zboczami. Stanąłem na mostku i patrzyłem na wodę. Nic tam
ciekawego nie było, a jednak tę chwilę zapamiętałem tak, jakby wciąż
trwała. I do dziś stoję tam, na tej kładce przerzuconej nad przepaścią
czasu. Czy to nie dziwne, że teraz, kiedy mamy wolną Polskę, ja nie mogę
opuścić tamtych leśnych, mrocznych od zieleni ostępów?
A Ukraińców mi żal, bo ja też na dnie duszy jestem z Ukrainy. Nie
byliśmy wobec nich bez winy. Myśmy Białorusinów i Ukraińców zdradzili.
Walczyli wspólnie z nami, a kiedy przyszło do podziałów, tośmy ich do
rozmów nie zaprosili. Nie wybaczą nam tego. My przyłączenie Lwowa
nazywamy naszym słusznym prawem, ale dla Ukraińców to podbój, i jeszcze
uwieńczony nazwaniem Galicji, czyli ich Ukrainy Zachodniej, Małopolską
Wschodnią. To tak jak dla nas Królestwo Polskie przechrzczone na
Priwislinskij kraj. Czy to było konieczne? Czy nie byłoby lepiej dla
Polski mieć na wschodzie sprzymierzoną Ukrainę, niż sąsiadować z bolszewikami?".
Wkrótce Ziemek odpisał:
"Ale pomyśl, Mieczku, gdyby marzenia Ukraińców się spełniły, to przy ich
apetytach Polska w granicach etnicznych byłaby zaledwie satelitą
potężnej Ukrainy. A co potem? Zawarłaby sojusz z Moskwą. Przeciwko komu?
Oczywiście przeciwko Polsce. Tego sobie Rosja życzy. Ale Rosji nie
chodzi o to, żeby to, co niskie, podnieść, ale by to, co się pnie
wysoko, ściągnąć w błoto. Przecież tam najpierw głoszono, że zbrodnią
jest żyć materialnie ponad tłum, teraz słyszy się, że wywyższać się
intelektualnie to też zbrodnia. Za chwilę niedopuszczalna według nich
będzie wyższość moralna. Tak właśnie działa ludzki motłoch".
"Ziemku - pisał Mieczysław - jednak cieszmy się tym, co mamy.
Niepodległość zawdzięczamy w dużym stopniu szczęśliwemu zbiegowi
okoliczności. Francja potrzebowała na wschodzie państwa, które by jej
zastąpiło Rosję carską, a Wilson ze swoją zasadą samostanowienia narodów
przyszedł nam z pomocą. Wiem, biliśmy się dzielnie, lecz to najczęściej
niewiele znaczy w polityce. W tej plątaninie różnych interesów i zakulisowych działań zwykle zwyciężają silniejsi. Czy jednak mogło być
inaczej? I powtórzę, należy się cieszyć z tego, co udało się uzyskać".
"No tak, coś uzyskaliśmy, to prawda - odpisał Ziemek. - Czy jednak jest
z czego tak bardzo się cieszyć? Na mocy traktatu ryskiego, który ja
nazywam zdradą stanu i karykaturą, oddaliśmy pokonanej, pomyśl,
pokonanej Rosji Sowieckiej rozległe obszary z przeszło milionem Polaków
walczących przecież tak ofiarnie za Polskę. I to wszystko z lekkim
sercem, bez żalu prawie, bez wyrzutów sumienia! Za trzydzieści
srebrników, a raczej trzydzieści milionów rubli w złocie sprzedaliśmy
naszą ziemię bolszewikom. Tych rubli nigdy nie dostaniemy, a ziemie
utraciliśmy. Podobno nawet tak prowadzono linię graniczną, żeby się
pozbyć większych majątków i żeby mieszkająca tam od wieków polska
szlachta wyginęła. Czyś ty coś o tym słyszał? Przecież i ty, Mieczku,
straciłeś tam wszystko.
Ciekaw jestem, gdzie ty byłeś podczas tej wojny? Nie pisałeś mi o tym.
Nie wiem nawet, czyś był żołnierzem, czy działałeś jako lekarz? Czy
brałeś udział w tej rozstrzygającej bitwie? Słusznie nazwanej Cudem nad
Wisłą?".
"Wiesz, Ziemku - pisał Mieczek - że ja nie brałem udziału w tej naszej
zwycięskiej bitwie, czego żałuję. Tak się złożyło. Ale z bolszewikami to
ja się nawalczyłem. Rzeczywiście w dwudziestym parli na zachód i wbrew
przewidywaniom optymistów nie zamierzali się zatrzymać. Pewnie, że groza
zajrzała nam w oczy. Bo albo, albo. Albo Polska zachowa tę cudem
odzyskaną niepodległość, albo wróci pod rosyjskie jarzmo, tylko już nie
carskie, ale bolszewickie. Nie było na co czekać. Postanowiłem opuścić
szpital i zgłosiłem się na ochotnika do wojska jako oficer liniowy.
Dowódca nie zgodził się, żebym był zwykłym żołnierzem. Twierdził, że nie
ma ani jednego lekarza, więc ja nim będę. Zgodziłem się. I tak zostałem
lekarzem batalionu. Wkrótce pułk, ledwie umundurowany, nieprzeszkolony,
ruszył na dworzec praski. Wśród szeregowych sami uczniowie, studenci.
Kochane dzieciaki. Żywa krew Warszawy. Patrzyłem na nich z dumą, ale i z lękiem. Ilu powróci do domu? Ilu pozostanie gdzieś w polu, przy drodze?
Z ciężkim sercem ruszyliśmy na wschód i po paru dniach stanęliśmy na
pierwszej linii okopów. Kazano nam iść naprzód. Szliśmy. Po pięknym dniu
zaczęła się ulewa i przemokliśmy zupełnie. Najgorzej było z butami.
Następnego dnia okazało się, że wielu z nas miało poranione stopy od
mokrych butów. A przecież dopiero co zaczęliśmy naszą wojenkę.
Wkrótce miało się okazać, jak to wygląda naprawdę. Kiedy po kilku
godzinach zorientowałem się, że otaczają nas Moskale, położyłem się w rowie z karabinem. Widziałem, jak żołnierze bez butów, z odparzonymi
stopami, pędzą do ataku. Na gromkie "hurra!" przeciwnika rzucili się
jednak do panicznej ucieczki. Wtedy po raz pierwszy poczułem w sobie
jakąś szaloną wolę walki. Zorientowałem się zresztą, że po stronie wroga
to było kilku kozaków, którzy biegli na nas z szablami. Wycelowałem w nich, cofając się. Zatrzymali się. Cofałem się nadal i tak celowałem w nich, aż któryś z naszych zaczął do nich strzelać. Musieli pomyśleć, że
mamy karabin maszynowy, i zaczęli uciekać. To powstrzymanie odwrotu i ucieczka kozaków sprawiły, że żołnierze nabrali do mnie zaufania.
Te pierwsze dni to jednak było nic w porównaniu z tym, co działo się
potem. Wciąż szliśmy na wschód. Armia otoczona ze wszystkich stron,
obładowana taborem, wycofywała się, nic prawie nie tracąc ze swego
majątku. Przyznać trzeba, że to jest fatalny polski zwyczaj: wozić ze
sobą te wszystkie graty, a do tego babiniec, żony, narzeczone oficerów.
Groza po prostu.
W połowie maja dowiedzieliśmy się, że Kijów wzięty. Zajęliśmy go bez
strzału. Bolszewicy sami uciekli. Sytuacja jednak była nie tylko
ciekawa, ale i groźna. Budionny przedarł się z kawalerią i zajął
Żytomierz. Moje rodzinne miasto.
Akcja coraz bardziej mnie pochłaniała. Zapominałem już nawet, jak bardzo
byłem zmęczony, odzwyczaiłem się od rozbierania i snu. Narzekanie
wydawało mi się wtedy czymś całkiem niepoważnym. A za nami i przed nami
ranni, zabici.
W lipcu bolszewicy złamali front. Sytuacja stała się poważna. Nasza
armia, wyczerpana nierówną walką, zaczęła się cofać. Sowieci zgromadzili
wszystkie swoje siły przeciwko Polsce. Runęły hordy Wielkorusów pod
hasłem: "Śmierć Polsce".
W kraju zapanowały popłoch i tchórzostwo, a zarazem zapał i ofiarność.
Jak wiesz, do armii rezerwowej zgłosiło się trzysta tysięcy ochotników -
jednym słowem, pospolite ruszenie. Obawiałem się tylko, czy nie za wiele
w tym będzie tego naszego: "Bóg i Ojczyzna".
Warszawa w sierpniu dwudziestego roku była szczególnym miejscem.
Dostałem wtedy kilka dni urlopu i sam widziałem warszawskie ulice, place
pełne uchodźców ze wschodu i mężczyzn - ochotników do polskiego wojska.
Widziałem napisy na murach, na chodnikach nawet: "Czy ci ta ziemia
święta nóg nie pali? Idź do wojska! Spełnij swój obowiązek wobec
ojczyzny!". Oficerów rzadko się spotykało, chyba że w bandażach, o kulach. W kawiarniach i restauracjach panie podchodziły do mężczyzn z pytaniem: "Czy spełnił pan swój obywatelski obowiązek? Czy zgłosił się
pan do wojska dla obrony ojczyzny?". A robiły to z tak miłym wyrazem
twarzy, z takim uśmiechem, że niejeden nie tylko do wojska, ale na
koniec świata zgodziłby się pójść.
Tak, nie było mi dane brać udziału w bitwie pod Radzyminem. Żałuję. W tych dniach sierpniowych, kiedy się rozstrzygało - zatrzymamy
bolszewików czy zajmą Polskę i ruszą na zachód - my znów szliśmy na
północ. Droga była bardzo forsowna. Marsze nocne w ciemnościach, po
nieznanych drogach, bez snu. Szliśmy tylko ze szpicą. Kiedy zbliżaliśmy
się do nieprzyjaciela, szpica wrzeszczała: "hurra!", i pchała się
naprzód. My za nią. To była nasza nowa taktyka. Wielce skuteczna. Wróg
miał pełne portki strachu. I zwiewał. W ogóle morale było wtedy w wojsku
bolszewickim pod psem.
Nie było łatwo, ale ostatecznie przegoniliśmy ich. Kilka punktów złożyło
się na to zwycięstwo. Dobrze przygotowany plan bitwy. Waleczność
żołnierza, sprawność dowódców i to, co najbardziej mi się podobało:
szybkie i skuteczne rozszyfrowanie rozkazów wroga. To pułk ułanów zdobył
jedną z dwóch radiostacji. Przestrojenie nadajnika warszawskiego na
częstotliwość sowieckiej radiostacji i rozpoczęcie skutecznego
zagłuszania było już tylko kwestią czasu. Druga radiostacja, po
uruchomieniu jej w nowym miejscu, wciąż nie była w stanie odebrać
rozkazów Tuchaczewskiego, bo Warszawa na tej samej częstotliwości
nadawała przez dwie doby bez przerwy teksty Pisma Świętego. Pomyśl, że
taka rzecz potrafiła zaważyć na przebiegu wielkiej bitwy i, trzeba to
przyznać, losach nie tylko Polski, ale i Europy.
Zwyciężyliśmy. Pobiliśmy Rosję Sowiecką. Po raz pierwszy od dwustu lat
mogliśmy się pokusić o odzyskanie naszych dawnych granic, jeszcze sprzed
pierwszego rozbioru. I co? Zatrzymaliśmy się na jakichś skrawkach, z przewagą Ukraińców i Białorusinów na naszym terytorium, a to się zemści.
Dlaczego nie szliśmy naprzód? No bo wojsko wycieńczone długim
wojowaniem, kraj spustoszony i, jak zwykle, państwa zachodnie niechętnie
patrzące na pochód polskich wojsk.
A potem jeszcze i to. Wilno oddane Litwinom. Żal mi Wilna, ale taka była
konieczność".
W salonie pana Władysława zebrali się powracający do Warszawy i ci,
którzy Warszawy nie opuścili, pozostając w mieście, gdzie przetaczały
się na przemian wojska sprzymierzeńców i wrogów. Pojawili się Ziemek z Siedlec, doktor Mieczysław i znajomy pani domu z Wilna. Przyjechała też
Katarzyna, która mieszkała ostatnio w Mchowcu z córką, zięciem i małą
wnuczką Wiktorią. W Warszawie nie miała ani mieszkania, ani wynajętego
pokoju, ale przenocować mogła zawsze u owdowiałej przyjaciółki, pani
Róży.
Na tle powszechnej biedy salon robił wrażenie. Wyposażony w stylowe
meble, bibeloty i wazony pełne kwiatów, które tak kochała pani domu.
Były smakowite przekąski, prawdziwa aromatyczna herbata, nawet dobre
wino - wszystko to wciąż jeszcze prawie niedostępne. Ciepłe światło
elektrycznych lamp ustawionych na niewielkich stolikach i nad kominkiem
tworzyło nastrój przytulności i bezpieczeństwa. Podłoga wyłożona była
cennymi dywanami. Na ścianach kolekcja polskiego i europejskiego
malarstwa. Katarzyna nie była tu od lat i teraz rozglądała się
dyskretnie wokół. Serce jej się ściskało na myśl, że ani ona, ani Janka
w Mchowcu nie mają takich luksusów. Nie po to jednak tu przyjechała, by
zazdrościć komukolwiek. Pan Władysław stał się zamożnym człowiekiem, co
już dawno - z czego się śmiał - przepowiedziała mu pewna Cyganka.
Podczas wojny nie próżnował. Pisał i działał aktywnie na rzecz
literatów, których wojna nie oszczędziła. Teraz mówił o tym chętnie i wcale nie ukrywał swoich zasług.
Katarzyna z radością patrzyła na swojego zięcia, Ziemka, i ściszając
głos, dopytywała się o Mery, która została w Siedlcach. Ziemek obiecał,
że opowie więcej, kiedy się spotkają we dwoje. Zresztą gwar i głośne
rozmowy nie pozwalały na prywatne zwierzenia. Szkoda, pomyślała, ale
po chwili z ciekawością słuchała opowieści pana Władysława. Zawsze
lubiła go słuchać, a ponieważ dawno się nie widzieli, odważyła się nawet
zadać mu kilka osobistych pytań, na które odpowiadał z fantazją i humorem. Wkrótce rozmowa zeszła na politykę. Nie sposób było jej uniknąć
w kraju, który dopiero co wyszedł z ciężkich opresji i zaczynał budować
podstawy swojej państwowości. Traktat pokojowy wzbudzał kontrowersje i każdy miał o nim własne zdanie.
- Ten traktat przekreślił politykę federacyjną raz na zawsze -
stwierdził pan Władysław.
- Tylko że Polska nigdy nie uznała rozbiorów, prawda? - zaczął Ziemek.
- Tak było - odezwały się głosy.
- Wszystkie polskie powstania wybuchały pod hasłem odzyskania w całości
tego, co nam zabrali zaborcy. A ten traktat jest pierwszym aktem, w którym Polska legalnie zrzeka się większości ziem wschodnich od wieków
należących do nas - stwierdził Mieczysław.
- Zwróćcie uwagę, że tego, kto by się zrzekł ziem wschodnich na rzecz
Rosji, w kołach emigracji 1830 roku okrzyknięto by zdrajcą - dodał
Ziemek.
- I słusznie.
- Teraz protest jednego z posłów przeciwko tej zdradzie nazwano
"niesmacznym incydentem".
- Nasi pradziadowie życie oddawali za niepodległość całej
Rzeczpospolitej - wtrąciła Katarzyna, która z uwagą przysłuchiwała się
rozmowie.
- Ależ to byli inni ludzie. Oni korzeniami tkwili jeszcze w osiemnastym
wieku. Dziś zastępują ich jakieś hybrydy sarmacko-mesjanistyczne
zanurzone w rojeniach, pełne pychy i zarozumialstwa. Z czasów niewoli
przenieśliśmy do życia zbiorowego strategie niewolników. A powinniśmy o nich jak najprędzej zapomnieć - powiedział pan Władysław, wstając z krzesła.
- To prawda, musimy się przekonać, czy potrafimy być narodem ludzi
wolnych, czy wciąż pozostajemy niewolnikami dawnych wyobrażeń i narodowych mitologii.
Zebrani zamilkli. Każdy pomyślał o jakichś swoich przywarach i błędach.
Kiedy podano kawę, goście porozsiadali się w fotelach. Pan Władysław,
wręczając Katarzynie maleńką złoconą filiżankę, spojrzał jej serdecznie
w oczy. Zawsze lubiła to jego spojrzenie i gest zachęcający do rozmowy.
- I jakże się pani żyje? - spytał.
- Och, całkiem dobrze. Pan wie, że ja nie lubię narzekać i zawsze szukam
w życiu jasnych stron. Wojna jakoś nas oszczędziła. Tylko pan Kazimierz
mnie opuścił. Nie z własnej woli, ale z woli nieba.
- Współczuję pani straty tak oddanego przyjaciela - szepnął pan
Władysław. - Mnie też będzie go brakować. Ale gdzie pani teraz mieszka?
W Warszawie tak trudno o dobre lokum. Mnie się poszczęściło - dodał. -
Dobry los pozwolił mi trwać tu, gdzie jestem.
Zabrzmiało to nazbyt skromnie jak na takie wygody, pomyślała
Katarzyna. Uśmiechnęła się, ukrywając lekkie zniecierpliwienie.
- Na razie nie mam swojego miejsca. Mieszkam u córki.
- U pani Mery w Siedlcach?
- Nie, u Janki, w tym niewielkim folwarczku, który się nazywa Mchowiec.
Skromnie tam bardzo, ale to musi wystarczyć. Kilka miesięcy gościłam na
Wybrzeżu u znajomych, którzy nie tylko dali mi pokój, ale i coś w rodzaju pracowni.
- Więc jednak pani maluje? - ucieszył się. - Bardzo panią zawsze do tego
namawiałem.
- Tak. Sama nie wierzyłam, że to będzie możliwe, a jednak tak się
wyćwiczyłam, zwłaszcza w portrecie, że nawet sprzedaję swoje prace. Cóż
to jednak znaczy praktyka.
- Rad bym zobaczyć jakieś pani dzieło.
- Wszystko rozdane - powiedziała ze śmiechem. - Ale... gdyby pan się
zgodził mi pozować...
- Znakomicie! Jestem gotów.
Ziemek skorzystał z rzadkiej okazji, że jest w Warszawie, i następnego
dnia umówił się z Mieczysławem na Nowym Świecie.
- Kiedy sprowadzicie się do Warszawy? - spytał Mieczek.
Siedzieli naprzeciw siebie, czekając na zamówioną wódkę i przekąskę.
Ziemek palił papierosa. Rodowy sygnet na jego wypielęgnowanej dłoni
połyskiwał, chwytając blaski lampki stojącej na kawiarnianym stoliku.
- Nie zanosi się na to. Warszawa pełna jest, o ile wiem, bezrobotnych
dziennikarzy, urzędników, nauczycieli. Całe to towarzystwo kręci się w poszukiwaniu zajęcia. Cóż ja bym tu robił?
- To prawda. Bezrobocie dotyka nie tylko robotników. My też z trudem
odnajdujemy się w nowej rzeczywistości. No, ale przynajmniej wojnę mamy
już za sobą - westchnął Mieczek.
- Jesteś optymistą - odparł Ziemek. - Myślę, że przed nami piętnaście, a może i trzydzieści lat niepokoju. Wraz z tą wojną, która podobno się
skończyła, zaczął się brak stabilizacji w Europie. Ludzie stracili
kontrolę nad historią.
- Wojna. Straszna rzecz. Wiem, nie jestem oryginalny.
- Ludzkość, prowadząc wojnę, nie idzie naprzód, ale cofa się o lata. Nie
tak się zmienia ludzi. To, w imię czego dziś się ginie, stanie się
niewartą wspomnienia przeszłością. Zbledną socjalizmy, komunizmy,
stworzymy sobie nowych proroków i jakiś nadczłowiek będzie nas znowu za
nos wodził - zamyślił się Ziemek.
- A pamiętasz ten entuzjazm pierwszych miesięcy czternastego roku?
Wierzyliśmy, że wojna szybko się skończy...
- Oczywiście naszym zwycięstwem. Ten entuzjazm wkrótce zaczął się
wypalać. Wprawdzie krzykacze wojenni na tyłach, ci, którzy nie widzieli
prawdziwej wojny, tylko własne mordercze rojenia, długo jeszcze
uprawiali swój proceder...
- Ale ludzie już ich nie słuchali.
- Tylko wtedy było już za późno, żeby się cofnąć.
- Wiesz, Wit, przypominam sobie jedno z moich najgorszych doświadczeń.
To było latem 1915. Dostałem rozkaz jazdy pociągiem-lazaretem. W niczym
nie przypominał tych pociągów sanitarnych, pamiętasz, tych, których
zdjęcia umieszczano w gazetach. Lśniące czystością z uśmiechniętymi
pacjentami na wygodnych leżankach i damy z towarzystwa w przebraniu
sanitariuszek. Oczywiście nie wszystkie udawały, niektóre z nich
pracowały z prawdziwym poświęceniem w przyfrontowych szpitalach. Ten, w którym się znalazłem, to był zwykły pociąg towarowy bez okien, tylko ze
szparami na dopływ powietrza. Wagony oświetlone kopcącymi się kagankami.
Na prymitywnych noszach, jeden obok drugiego, leżeli ranni. Bladzi,
spoceni. Koce przesiąknięte krwią. Krew spływająca po drewnianej
podłodze w rzuconą niedbale słomę. Ranni różnych narodowości, więc i różne języki. Jedni z drugimi nie mogli się porozumieć. Sanitariusze
słaniali się ze zmęczenia. Jechaliśmy już kilkadziesiąt godzin z nadzieją, że dojedziemy wreszcie do szpitala. Kapelan wojskowy płakał,
że nie ma olejów do ostatnich sakramentów, a jedyny obok mnie lekarz w tym pociągu pomstował na służby, które nie dostarczyły morfiny. Morfiny
po prostu zabrakło. Nosiliśmy wodę ze stacji, na których pociąg stał w nieskończoność, doprowadzając nas tym do rozpaczy. Tą brudną wodą
myliśmy rannych. Dojechaliśmy wreszcie. Wielu z tych chorych i rannych
nie doczekało miejsca na szpitalnym korytarzu. A przecież mogli żyć!
- Nie myśl już o tym. Najwyższy czas, żeby zacząć budować nowe życie -
powiedział Ziemek.
- Wiem. Zbliżam się powoli do półmetka. Wciąż nie ułożyłem sobie życia.
Okazji nie brakowało. Po tej strasznej wojnie, w której zginęło tylu
młodych mężczyzn, każdy ocalały był na wagę złota. Przecież mogłem to
cynicznie wykorzystać. Ożenić się z ładną, nawet posażną panną. Czemu
tego nie zrobiłem?
Idąc Nowym Światem, Mieczysław spotkał wysokiego mężczyznę w obszernym
płaszczu z sukna, z niewielką czapeczką na głowie. Człowiek ten miał
długą siwą brodę, krzaczaste brwi, oczy w oprawie jasnych rzęs. Pod
pachą niósł płaskie pudło. Górował nad tłumem nie tylko wzrostem, ale i dumną postawą. Codziennie wędrował przez miasto. Widziano go w różnych
miejscach, ale nikt nie wiedział, kim jest ten człowiek, choć zrósł się
już z widokiem ulic niczym huba z pniem drzewa. Mężczyzna nie był Żydem,
różnił się od nich czymś nieuchwytnym, co jednak Mieczkowi nie było
obce. Przypominał mu starowierców z Żytomierza.
Tego dnia, kiedy człowiek ten przeszedł obok niego, Mieczka owionęła
prawie już zapomniana woń pieczonego chleba, rozgrzanych słońcem kamieni
i kurzu rodzinnego miasta. Skąd jestem?, przebiegło mu przez myśl. Nie
miał wątpliwości. Był stamtąd, z krainy rzek i bagien. Gdzie moje
miejsce? W Warszawie? W mieście, w którym żyję już od wielu lat, a jednak wciąż nie zapuściłem korzeni? Ból, prawie fizyczny, zatrzymał go
pośrodku ulicy. Przechodnie szli, mijając go obojętnie. Stał jak
wrośnięty w ziemię. Nostalgia, stan osłabiający wolę życia, czasem wręcz
śmiertelny. Medycyna od przeszło dwóch wieków znała ją jako chorobę
tych, którzy porzucili swoje miejsce wbrew woli, stracili coś, co mieli,
ale czego mieć już nie mogli. Jeszcze niedawno twierdził, że utrata domu
i ziemi na Kresach niewiele go obeszła. Okłamywał sam siebie? Dlaczego?
Może dlatego, że ból był nie do zniesienia.
Postać starego człowieka przypomniała mu ludzi z tamtych stron. Znów
zobaczył babkę królującą w fotelu, sparaliżowaną, milczącą. Przybiegał
do niej każdego dnia w oczekiwaniu słów, które wypowiadała schrypniętym
szeptem. Kochał tę tajemniczą osobę, której inni nie zauważali, o której
zapomnieli.
Pamiętał dobrze pannę "apteczkową", z którą wędrował w poszukiwaniu
ziół, po lesie i łąkach. U nich łąki koszono późno, kiedy się już prawie
kłosiły trawy. Kosiarze szli, kładąc równo źdźbła, jakby pokrywali łąkę
miękką tkaniną. Młode zające, które matka, uciekając przed kosą,
porzucała, niesiono do dworu i trzymano w koszu pod łóżkiem, aż dorosły.
Czarno-białe czajki polatywały z krzykiem ponad odsłoniętymi gniazdami.
Zabraniano dzieciom wyjmować nagie pisklęta i kiedy gniazda pozostawały
w tyle, czajki siadały z powrotem, uparte i niepokonane.
Podziwiał woźnicę w odwiecznej kapocie i futrzanej czapie, z biczyskiem,
którym potrafił wygrywać dzikie melodie; konie szły w hołoblach, woń
końskiej mierzwy i potu pozostawała na skórze, a ostre łuski we włosach,
kiedy się zasnęło w wozie na pustych workach po owsie. Brakuje mi tego,
co miałem kiedyś, pomyślał. Muszę to odnaleźć. Może odzyskanie tego
przyniesie mi spokój. A stan wiecznego niepokoju, pogoń za nieosiągalnym
się skończy.
Kiedy tak przystanął na ulicy, trochę tylko zepchnięty przez idących pod
ścianę kamienicy, poczuł, jak bardzo jest samotny. Nie przywykł myśleć o własnych potrzebach, zawsze zajęty innymi, ale teraz poczuł, że i jemu
należy się coś od życia. Ruszył do przodu i wkrótce znalazł się na placu
z widokiem na most Poniatowskiego. Powiew od Wisły orzeźwił go.
Odetchnął głęboko, zwolnił kroku i skierował się w stronę mostu.
Obrazy minionego życia nie opuszczały go, lecz przybierały coraz
bardziej niepokojące kształty. Nie chciał wiedzieć, jak wyglądają teraz
tamta ziemia i dom, z którego pod koniec wojny udało mu się w ostatniej
chwili wyrwać oboje rodziców. Nie chciał wiedzieć, ale z bolesną
ciekawością chwytał strzępy, jakie do niego docierały. Dwór stał podobno
niezniszczony. Władze sowieckie urządziły w nim sierociniec, rzecz
chwalebna, która go cieszyła, jednak przerażał sam fakt, że sierot było
tam coraz więcej. Drzewa w parku chłopi wyrżnęli jeszcze w osiemnastym
roku, zabudowania dworskie rozebrali na cegłę. Dworską kapliczkę, tak
małą, że mieściło się w niej zaledwie kilka osób, pachnącą drewnem,
woskiem i jedliną, spalono. Spłonęła na pewno drewniana figura świętego
Jana Nepomucena, obrońcy przed powodzią i suszą, patrona mostów. Co
stało się z krzyżem u zbiegu gościńca i polnej drogi? Żelazny posążek
Chrystusa wygładzony rękami wiejskich kobiet, które wieszały tu
fartuszki chorych dzieci w nadziei uzdrowienia, błyszczał z daleka
niczym gwiazda. Dzieciom nie wolno go było dotykać w obawie przed
zarazą.
A najgorsze - o czym dowiedział się z całą pewnością - trumny przodków
wydarto z ziemi i zrzucono z wysokiego brzegu do rzeki. Zdawało mu się,
że słyszy huk spróchniałych trumien uderzających o powierzchnię i widzi
kości tonące w spienionych wirach.
Oparł się o balustradę mostu i patrzył w dół, gdzie Wisła leniwie
posuwała się ku morzu. Przynajmniej tu mógł się czuć u siebie. Kraj był
wolny. Koszmar rewolucji daleko. Mógł budować życie według swej woli,
ale wciąż się nie ożenił, nie miał dzieci. Dni mijały pośród obcych,
których dobro stawiał ponad własne. To zdawało się tak oczywiste, że nie
zadawał pytań.
Uważał, że przeznaczona mu jest samotność. Nie taki znów najgorszy los.
I nagle pojawia się kochanka sprzed lat. Tajemnicza jak niegdyś,
niepojęta. Wiedział, że polegać na niej nie można. Wymagała opieki,
ciągłej troski, cierpliwości. Była jak dziecko, kapryśna, nieobliczalna,
słaba. Pobudzała w nim nienasyconą potrzebę niesienia pomocy.
Od dnia, kiedy weszła do jego gabinetu i zobaczył w jej oczach smutek,
bezradność i niemą prośbę o ratunek, wiedział, że jest stracony.
Zaproszenie jej do swego życia było jak krok po równi pochyłej. Już po
kilku tygodniach zaczął wątpić w swoje szczęście. Pozornie odnaleźli się
po latach rozłąki, ale zaczęły go męczyć sny. Widział w nich Julię z okaleczonym ciałem, z twarzą wykrzywioną grymasem złości. Kiwała do
niego, przywołując do siebie, a kiedy już miał się z nią połączyć,
rozpływała się, a on spadał w przepaść. Budził się z krzykiem, ale nie
mógł Julii wyznać, co tak go przerażało.
Próbował dowiedzieć się, co robiła od zakończenia wojny. Z czego żyła,
gdzie mieszkała? Dlaczego rozstała się z mężczyzną, z którym przed laty
uciekła? Niewiele się dowiedział. Najchętniej opowiadała o swoich
nieszczęściach, o chorobie, o bezdomności, o ludziach, którzy ją
prześladowali, jednak szybko się zorientował, że nie jest konsekwentna.
Sama sobie przeczyła. Fakty się nie zgadzały. Jedyne, co było pewne, to
to że mąż - człowiek, który, jak twierdziła, był jej najgorszym
prześladowcą i przed którym Mieczysław chciał ją chronić - umarł. Julia
była wolna.
Zapatrzył się w nurt rzeki. Ciszę przerywały tylko ostre głosy rybitw i daleka syrena parostatku. Uspokajał go jednostajny szum wody uderzającej
o kamienie. Wszystko trwa niezmienne w ciągłym ruchu, pomyślał.
Tego dnia wrócił wcześniej. Julia czekała na niego z obiadem jak
prawdziwa żona. Nie przywykł do tego w swoim kawalerskim życiu i rozczuliła go jej troska.
- Może wyjedziemy gdzieś - powiedziała, kiedy siedzieli na łóżku z filiżankami kawy w rękach.
- Nudzisz się? - spytał.
- Nie, ale przyjemnie byłoby zobaczyć coś nowego. I tobie należy się
odpoczynek. Tak dużo pracujesz.
Spojrzał z czułością i odstawiając kawę na stolik, objął Julię. Błękitna
żyłka na jej skroni pulsowała zmysłowo. Zaczął rozpinać guziki jedwabnej
bluzki, rozkoszując się gładkością nagich ramion. Piersi miała wciąż
dziewczęce, takie, jakie pamiętał sprzed lat. Tamten zachwyt, kiedy po
raz pierwszy ich dotknął, powracał teraz za każdym razem jak sygnał
nadchodzącej rozkoszy. Julia odchyliła głowę.
- Kocham cię - szepnęła.
Powiedziała to po raz pierwszy od czasu, kiedy powróciła. Może nawet w ogóle po raz pierwszy? Czy mogę jej nie wierzyć?, pomyślał. Włosy Julii
pachniały delikatnie i ta woń przypomniała mu jakąś dawno zapomnianą
chwilę. Czegoś wtedy pragnął, czegoś się obawiał; pożądanie i ból
kojarzyły się z jej obecnością. Zbliżając się do niej, za każdym razem
czuł niepewność. Teraz jej ciało było miękkie i uległe. Spod
przymkniętych powiek spoglądała na niego z miłością. Nie mógł się mylić.
Za oknem szarzało. Pokój powoli pogrążał się w mroku. Przedmioty traciły
kontury. Oddalały się. Było cicho. Słyszał szum krwi i przyśpieszone
bicie serca. Przestrzeń wokół nich zamykała się, ciepła i bezpieczna.
Świat nie istniał. "Nareszcie! Nareszcie!", szepnął, a może tylko
pomyślał. Już nie widział, a nawet nie czuł jej ciała. Miał wrażenie,
jakby i on utracił własny ciężar. Oboje unosili się w pustce, w której
nawet ruch powietrza był pieszczotą. Miłosny wieczór zamienił się w długą noc.
Cały następny dzień zastanawiał się, czy to, czego nie wahał się nazwać
ekstazą, było szczęściem czy iluzją? Zmysłowa rozkosz pozwoliła jemu i,
jak wierzył - jej także opuścić ciało i odnaleźć się poza czasem i przestrzenią, prawie na granicy życia i śmierci. Dlaczego pomyślał o śmierci właśnie teraz, gdy uwierzył wreszcie, że miłość jest możliwa?
Może i dawniej ją kochał, może tylko pożądał, ale zawsze wydawała mu się
obca, niepojęta. Kiedy pojawiła się po tylu latach, jakby czas nie
istniał, jakby była pewna, że on czeka na nią przez cały ten czas,
poczuł niechęć i obcość. Przed laty uciekła z kochankiem, bez słowa
wyjaśnienia. Była wojna, a niepokój o nią dosłownie go niszczył. I potem, kiedy już mogła napisać cokolwiek, choćby tylko podpisać się na
pustej kartce, nie zrobiła tego. A jednak niewiele czasu potrzebowała,
żeby znów zawrócić mu w głowie. Tamtego dnia w gabinecie, do którego
weszła jakby nigdy nic, wystarczyła krótka rozmowa i już był gotów
zmienić dla niej swoje życie.
Przez te kilka ostatnich tygodni przyglądał się jej nieufnie. Czy się
zmieniła? Czy można wierzyć jej przyjaznym, nawet miłosnym gestom?
Powoli oswajał obcość, ale gdzieś na dnie krył się niepokój. Aż do
poprzedniego wieczora, kiedy uczucie szczęścia oddaliło wszelkie
wątpliwości. Choć wiedział, jak boleśnie potrafiła ranić innych i siebie, czuł, że nie wolno mu zostawić jej na pastwę wrogiego świata.
Musi ją uratować. Tylko małżeństwo może jej zapewnić stabilizację,
pomyślał. Więc zrobię to. Oświadczę się i ożenię.
Kilka dni później Julia zgodziła się zostać jego żoną. Ślub był cichy,
tylko z dwojgiem świadków. Na razie nie mówił o tym nikomu. Wziął urlop
i wyjechali w krótką podróż.
Zmęczeni wojną i niedostatkiem mieszkańcy Warszawy chcieli się bawić.
Szybko zaczęły powstawać kawiarnie i kabarety. Jedna z pierwszych
knajpek usytuowała się na Nowym Świecie. Wchodziło się do niej po
schodkach od Wareckiej. Był tam spory ogródek. Kresy, bo taką nazwę
nosiła, może z powodu kelnerek - pań kresowych wyzutych z majątków,
dworów i pałaców - stały się miejscem spotkań warszawskich oryginałów.
Często zaglądał tu pewien malarz. W tej postaci nie byłoby może niczego
szczególnego, gdyby nie jego towarzyszka - kaczka Leokadia. Kiedy
pierwszy raz malarz i Leokadia weszli do kawiarni, kaczka dość niepewnie
poczuła się na śliskiej podłodze wyłożonej linoleum. Malarz rozejrzał
się wokół, spojrzał na twarze kolegów, po czym schylił się i powiedział
do kaczki: "Leokadio, uprzedzam cię! Tu zawsze jest ślisko!".
Codzienne wizyty młodopolskiego poety Tetmajera też miały swój stały
rytuał. Poeta był już poważnie chory, nie poznawał dawnych znajomych,
nie rozmawiał z nikim i wyraźnie cierpiał na manię prześladowczą.
Wkraczał do Kresów w czarnym kapeluszu z szerokim rondem i czarnych
okularach, stawał przy bufecie i jeśli zamawiał kawę, to często po
dłuższym mieszaniu łyżeczką odstawiał filiżankę: "Zatruta", cedził przez
zęby. Ufał tylko ciastkom. Zwykle zjadał jedno przy bufecie i nie
płacąc, wychodził.
Tamtego jesiennego przedpołudnia w kawiarni byli ci wszyscy, którzy
spędzali tu czas do obiadu. Picie kawy, koniaku i swobodne gawędy
wypełniały godziny i wbrew pozorom służyły jako inspiracja do twórczej
pracy. Przechodnie, śpieszący do swoich zajęć, przystawali czasem na
krótko, żeby rzucić okiem na panów leniwie porozsiadanych na wątłych
krzesełkach.
Przy stoliku pod oknem Lange czekał na znajomych. Jego wychudła twarz,
broda, dawniej kruczoczarna, teraz zrudziała od dymu tanich papierosów,
i mocno zaczerwienione oczy nadawały mu nieco postarzały wygląd. Samotny
poeta i tłumacz z wielu języków poświęcił życie wielkiej literaturze.
Ostatnio podupadł na zdrowiu, żył z coraz skromniejszych honorariów.
Mieszkał nie wiadomo gdzie, może w jakimś wynajętym pokoiku na poddaszu.
Pojawiał się tu po jedenastej i pierwsze kroki kierował do kontuaru
szatniarza. Ten kręcił głową. Nie było żadnego listu, żadnej wiadomości.
Długo trwało, nim Lange zrozumiał, że list, na który od dawna czeka, już
nie przyjdzie.
Po dwunastej zjawił się pan Władysław, stary znajomy Langego. W odróżnieniu od poety żył dostatnio, a jego książki cieszyły się
niesłabnącym powodzeniem. Jednak choroba serca i nadużywanie trunków
nadszarpnęły jego zdrowie. Zajął miejsce naprzeciw znajomego i patrząc
krytycznie, zaordynował jajecznicę z kilku jaj.
- Musisz jeść - zwrócił się do przyjaciela. - Wyglądasz nietęgo.
Lange rzucił mu nieco ponure spojrzenie, ale gdy kelner postawił przed
nim talerz, zabrał się do jedzenia.
Wkrótce wszystkie stoliki były już zajęte, a z salki obok dobiegał
gromki głos ozdoby warszawskich knajp i knajpek - Franciszka Fiszera.
Już od rana posilał się obfitym śniadaniem, które stawiali mu
przyjaciele. Władysław z lekkim uśmiechem przyglądał się przyjacielowi.
Czuł, że Lange może być nieco urażony jego zbyt protekcjonalnym tonem,
ale pomyślał, że zdrowie ważniejsze niż honor. Powiedział to nawet
głośno, uznając, że ich długa znajomość pozwala na poufałość.
- Pieczeniarzem nie będę, pamiętaj - Lange uśmiechnął się gorzko.
- Nie wątpię - zaśmiał się Władysław. - Ale trzeba przyznać, że nie ma
sprawiedliwości na tym świecie. Ty, z twoją wiedzą, inteligencją,
pracowitością klepiesz biedę, a mnie się powiodło. A pamiętasz, jak
dawniej i ja głodowałem?
- Ach, nie mówmy o tym - żachnął się Lange i sięgnął do papierośnicy,
którą podsunął mu przyjaciel.
W drzwiach stanęła wysoka zgrabna kobieta. Rozejrzała się, a widząc
dwóch panów siedzących przy oknie, skierowała się w ich stronę. Była to
panna Halszka. Pierwszy dostrzegł ją Władysław i uniósł rękę w geście
powitania. Lange obejrzał się i na jego bladej twarzy pojawił się ślad
rumieńca. Kiedyś kochał się w tej pełnej uroku aktorce. Ale ich
spotkania już dawno stały się rzadkością.
Podsunęli jej krzesło. Halszka zdjęła okrycie i usiadła, pozostając w niewielkim kapeluszu. Lange nigdy nie mógł pojąć, dlaczego kobiety tak
lubią kapelusze. Musiał jednak przyznać, że aktorka wygląda pięknie.
Rozmowa potoczyła się wartko. Ton nadawała Halszka. Jej ciemny głos,
świetna dykcja, gesty wielkiej damy zwracały uwagę. Przyglądano się jej.
Niektórzy goście Kresów przychodzili tu głównie z ciekawości. Uwagę
zwracał przede wszystkich Fiszer, ale aktorzy byli obiektem żywego
zainteresowania, zwłaszcza aktorki.
- Kiedy premiera? - spytał Władysław. - Czekamy na nią.
- Już wkrótce. Mamy pewne problemy.
- Na pewno wszystko pójdzie dobrze - wtrącił Lange.
- Och, pan wie, jaka jestem przesądna! Zawsze się obawiam, że trema mnie
zje.
- Halszko, niech pani nie będzie zbyt skromna - Władysław pochylił się w jej stronę. - Widzieliśmy panią tyle razy na scenie, wśród oklasków, w tryumfie. I te kwiaty...
- To prawda, dostałam przez lata tyle kwiatów, że mogłabym nimi ozdobić
niejeden ogród, ale dwa bukiety były szczególne, a kosztowały mnie
niemało irytacji, a nawet śmiertelnego strachu. Chcecie posłuchać? -
spytała i nie czekając, ciągnęła dalej: - To było chyba na początku
czternastego roku. Mieliśmy już nasz wspaniały Teatr Polski, gdzie
zaczynałam grać, i to z powodzeniem, ale wciąż jeszcze byłam w zespole
Teatru Słowackiego w Krakowie. Graliśmy wtedy chyba Judasza z Kariothu
Rostworowskiego. Więc jeździłam często z Krakowa do Warszawy i z powrotem. Któregoś razu zatrzymano mi paszport na stacji Granica. Bez
niego ani rusz. Nie mogłam jechać dalej. Zostałam właściwie
zaaresztowana. Tak przynajmniej się czułam. Na moje pytanie, jaka jest
tego przyczyna, nie dostawałam odpowiedzi. Wprawdzie mogłam wyjść na
zewnątrz, ale cóż mi po tym. Ponury budynek dworca, obok komora celna i dalej koszary nie były tym, czego pragnęłam. Sprawa zaczęła się
przedłużać. Dalsza podróż odsuwała się w czasie, bo nie miałam
następnego pociągu. Robiło się późno i pytałam samą siebie, jak spędzę
wieczór i noc.
Na ratunek przybył oficer, przystojny, szarmancki. Tłumaczył, że musi to
być jakieś nieporozumienie i wkrótce sprawa się wyjaśni. Kipiałam wprost
ze złości, a w głębi duszy zadawałam sobie pytanie, czy nie chodzi tu o jakąś sprawę poważniejszą, która grozi mi prawdziwymi kłopotami.
Denerwowałam się coraz bardziej. Kiedy więc oficer zaproponował kolację,
przyjęłam zaproszenie z wdzięcznością. Ugościł mnie, muszę przyznać, po
królewsku. Nawet dziwiłam się, że tu, na tej nieszczęsnej stacji, mają
takie luksusy. Rozmawialiśmy o teatrze. Oficer był nie tylko
admiratorem, ale i znawcą sztuki dramatycznej. Wypiliśmy chyba ze dwie
butelki wybornego wina. Uspokoiło to nieco moje skołatane nerwy. Noc
była jednak niezbyt przyjemna. Spędziłam ją na wąskim łóżku w jakimś
dusznym pokoiku na tyłach dworca.
Rankiem miałam pociąg, tylko wciąż nie było mojego paszportu. Tuż przed
godziną odjazdu pojawił się oficer. Trzymał w dłoniach ogromny bukiet
róż, a co najważniejsze, mój paszport. Kiedy już siedziałam w wagonie i przez otwarte okno żegnałam się z oficerem, szepnął: "Niech mi pani
wybaczy ten mały podstęp. To ja zatrzymałem pani dokumenty. Chciałem
spędzić wieczór z uroczą aktorką". Stałam osłupiała, kiedy pociąg powoli
ruszył i wkrótce sylwetka mężczyzny znikła mi z oczu.
- A to łajdak! - zaśmiał się Władysław.
- Ładna historia. Nie opowiadała jej pani dotąd - stwierdził Lange.
- Przed wojną miałam lepszą przygodę - zaczęła Halszka. - Chcecie
posłuchać?
- Chcemy, chcemy...
- Jechałam do Siedlec z Pińska, nawet już nie pamiętam, jak tam mnie
losy zagnały. Droga ciężka, przesiadki. Czasy były niespokojne i w pociągach zdarzały się napady rabunkowe. Wypatrywałam jakichś znajomych,
ale nie dostrzegłam nikogo, tylko pewien pan wydał mi się godny
zaufania. Razem zajęliśmy ten sam przedział. Pan się przedstawił, ku
mojej radości nazwisko należało do szacownej rodziny. Nabrałam pewności
siebie i zwierzyłam się, że wiozę dużą sumę nie swoich zresztą
pieniędzy. Bagatela - tysiąc rubli. "Gdzie pani ukryła tak dużą sumę?",
spytał. Wyznałam, lekko się rumieniąc, że na udzie, pod pończoszką. Traf
chciał, że wkrótce potem w drzwiach stanęło dwóch oprychów. Wyciągnęli
rewolwery i padło zdanie niczym w złej farsie: "Pieniądze albo życie!".
Ze zgrozą usłyszałam, jak mój współpasażer szepcze: "Moja żona ma
pieniądze pod suknią". Rabuś kazał mi podnieść spódnicę i kolejne setki
lądowały w jego kieszeni. "Zabraliście cały nasz majątek - wyjęczał
zdrajca. - Zostawcie choć sto rubli, żebyśmy mieli za co żyć". Bandyta,
zadowolony, wielkopańskim gestem rzucił setkę na moje kolana i obaj
zniknęli. Patrzyłam na mężczyznę zrozpaczona, w milczeniu. Wtedy on
wyciągnął spod kamizelki stos banknotów. Odliczył skradzioną sumę i wręczył mi. "Proszę wybaczyć, łaskawa pani. Musiałem tak uczynić. Gdyby
dowiedzieli się, że mam taką sumę - chcę za nią kupić folwark -
straciłbym wszystko. Sto rubli niech będzie zapłatą za pani strach.
Jeszcze raz najmocniej przepraszam". Następnego dnia dostałam wielki
bukiet kwiatów z liścikiem. Człowiek ten znał mnie już wcześniej jako
aktorkę, choć dopiero zaczynałam swoją sceniczną karierę.
- A zatem nawet w największej opresji: kwiaty i hołdy - cieszył się
Władysław.
- Widać czasem warto być aktorką.
Rok 1923
Pośpiech, z jakim Mieczysław zdecydował się na małżeństwo z Julią,
zdumiał jego samego. Decyzje podejmował zwykle ostrożnie, z rozwagą,
którą tłumaczył sobie zdrowym rozsądkiem. A jednak obawiał się czegoś,
co tkwiło w nim ukryte, niejasne, może groźne. Odrobina szaleństwa,
agresji? Nie wobec innych, ale wobec siebie? Nie dopuszczał tych cech do
świadomości i tylko czasem ujawniały się w jakiejś decyzji, której sam
nie rozumiał. Tak jak teraz. Tłumaczył sobie, że robi to dla dobra
drugiego człowieka, dla kobiety, którą kocha, ale czuł, że są głębsze
powody. Czy nie było szaleństwem żenić się z osobą, której właściwie nie
znał, a to, co o niej wiedział, świadczyło o chorobie, nie zdrowiu, o niedojrzałości raczej niż o życiowej mądrości? Starał się zagłuszyć
wątpliwości, szukać dobrych stron Julii. Człowiek, który nie jest
szczęśliwy, który cierpi, a widział, że ona cierpi, jest jak drzewo o krzywym pniu. Ledwie zaczęło rosnąć, inne drzewa zasłoniły mu światło.
Bolesny proces wspinania się ku słońcu sprawił, że drzewo wyrosło
obolałe i kalekie. Czy to jego wina?
Miał nadzieję, że miłość ją uleczy. Wkrótce po ślubie zaczęła jednak
niedomagać. Miała migreny, omdlenia, bóle o niejasnym pochodzeniu.
Obawiała się pustych przestrzeni, a w ciasnych pomieszczeniach zaczynała
się dusić. Po dniach smutku i apatii nadchodził czas ożywienia. Kupowała
wtedy kapelusze, suknie, pantofle, których miała już tyle, że nie
mieściły się w szafie. Lubiła oryginalne stroje, jaskrawe barwy.
Koniecznie chciała mieć to, co najmodniejsze. Spełniał te zachcianki,
żeby ją uspokoić. Musiał jednak coraz więcej pracować. Rzadko bywał w domu, a ona narzekała, że wciąż jest sama.
Po pewnym czasie zorientował się, jak bardzo jest zatruta różnymi
proszkami, które zapisywali jej lekarze. Były w nich brom, opium, nawet
morfina. Wyrzucił wszystko, ale nie pomogło. Cierpiała z braku tego, od
czego przez lata się uzależniła.
Chciał poznać ją ze swoimi przyjaciółmi i znajomymi. Z satysfakcją
obserwował wrażenie, jakie robiła. Zgrabna, elegancka. Nie wahała się
wyrażać swoich opinii, a były niebanalne. Kiedy jednak miała gorsze dni,
musiał rezygnować z towarzyskich spotkań. Julia potrafiła mówić ludziom
to, co o nich myśli, nie licząc się z ich wrażliwością. Znajomi śmiali
się, uznając za żart jej niekonwencjonalne zachowania, ale widział, jak
odsuwają się od niej. Nikt nie lubi, kiedy mówi mu się prawdę. Dobrze o tym wiedział, obcując na co dzień z pacjentami. Zawsze musiał uważać, co
i komu mówi. Julia nie zważała na uczucia innych. Tłumaczył sobie, że
jest po prostu szczera i naturalna, ale coraz częściej nazywał to
okrucieństwem.
Cierpiała fizycznie, to musiał przyznać, ale źródło bólu widział
bardziej w jej psychice niż w ciele. Kiedy odważył się powiedzieć jej o tym, wybuchła:
- Ty nie rozumiesz mojego bólu, bo sam nigdy tak nie cierpiałeś! -
krzyczała. - Jesteś lekarzem, takim jak inni, jak ci wszyscy bezduszni
ludzie. Czego nie przeżyli sami, tego pojąć nie mogą.
Mieczek poczuł bolesne szarpnięcie, jakby jego zdumione serce zatrzymało
się na sekundę. Czyżby ona miała rację?, pomyślał, ale zaraz ochłonął.
Gdyby tak było, jego praca nie miałaby sensu. Na to nie mógł się
zgodzić. Nie mógł, ponieważ to nie była prawda.
- Matka mnie nie kochała! Zostawiła mnie samą, na pastwę ojca! - nadal
krzyczała, a jej głos był schrypnięty i matowy. - Przecież mówiłam ci,
jaki on był. Miał władzę i korzystał z niej. Matka mogłaby mnie
uratować, ale sama była w niewoli, na wpół martwa. Zresztą prawie jej
nie pamiętam, a kiedy umarła, zostałam sama z ojcem. Ja miałam tylko
jego, a on miał tylko mnie. Wyobrażasz sobie, jak się nade mną pastwił?
- Nie, tego nie mogę sobie wyobrazić. Czy nigdy nie okazał ci choć
odrobiny miłości?
- Uważasz, że kłamię?! - głos Julii stał się napastliwy. - Myślałam, że
przynajmniej ty jesteś po mojej stronie! Nikt mi nigdy nie wierzył. Nikt
nie traktował mnie poważnie. Przypominasz mi tamte straszne tygodnie w szpitalu dla szaleńców. Ci ludzie, którzy nazywali siebie lekarzami, a byli zwykłymi oprawcami. Więzili mnie bezprawnie. Znęcali się nade mną!
- Julio, to już dawno minęło. Już nie wróci. Nikomu nie pozwolę cię
skrzywdzić. Jesteś bezpieczna - objął ją i mocno przycisnął do siebie,
bo odwracała twarz i próbowała się uwolnić.
Jej pierś unosiła się szybko pod wpływem emocji. Zwolnił uścisk i gładził jej ramiona, uspokajając niczym przestraszone zwierzątko. Po
chwili objęła go za szyję i zawisła na nim całym ciężarem. Uniósł się i zdjął jej ręce z szyi. Osunęła się na kanapę i pociągnęła go ku sobie.
Wiedział, co to oznacza. Po wybuchach gniewu i żalu pragnęła, żeby się z nią kochał. Zawsze ulegał. I tym razem pragnął jej, ale coś w głębi
niego nie chciało się poddać. Czuł się zraniony.
Kiedy godzinę później leżał obok śpiącej Julii, myślał o jej wybuchach
gniewu. Jaka jest ich prawdziwa przyczyna? Co można na nie poradzić? I czy decyzja, żeby żyć z Julią, była słuszna? Zdawał sobie sprawę, że
zdecydował się na krok, który zmieniał całe jego życie. Najwyższa pora,
żeby się ustatkować, zaśmiał się w duchu. Ale związek z tą kobietą nie
gwarantował spokoju. Nie mógł także liczyć, że urodzi mu dziecko. Nie
była już taka młoda i - co ważniejsze - nie chciała być matką. Zbyt
zajęta sobą, zbyt poraniona przez życie, nie była zdolna do
macierzyństwa. Żal mu się zrobiło straconej szansy zostania ojcem.
Szybko odrzucił tę myśl. Może była zbyt bolesna?
Patrzył na rękę Julii leżącą bezwładnie tuż obok. Była tak szczupła, że
prawie wychudła. Blada twarz pokryta plamami od bromu, który wciąż
zażywała, nie wyglądała dobrze. To, że jej uroda ucierpiała z powodu
choroby, nie martwiło go. Może dzięki temu stała mu się bliższa,
bardziej zrozumiała? Wzdrygnął się. Przecież pragnął, żeby była piękna,
radosna, po prostu zdrowa. A wyglądała na chorą.
Przypomniał sobie, jak przed kilkoma dniami poszli razem na dancing ze
znajomymi. Nie najlepiej czuł się jako tancerz, ale Julia lubiła tańczyć
i robiła to z prawdziwym wdziękiem. Widział, że zależało jej na
wrażeniu, jakie zrobi na osobach, których jeszcze nie znała. Długo
wybierała sukienkę, a potem siedziała przed lustrem i się malowała. Nie
lubił tego, ale też nic nie mówił. Miała prawo robić to, co uważała za
stosowne. Mimo że milczał, Julia uchwyciła kilka jego niespokojnych
spojrzeń i zdawała się urażona.
Wieczór upływał całkiem miło i Mieczek już prawie oddychał z ulgą, że
nic się nie wydarzy, kiedy nagle Julia podeszła do niego, kiedy tańczył
ze znajomą, i zaczęła ją przedrzeźniać. To dziecinne zachowanie
wytrąciło go z równowagi. Szybko odprowadził partnerkę do stolika i pociągnął Julię w stronę szatni. Opierała się, nawet krzyknęła ze
złością i innym mogło się zdawać, że wypiła za dużo. Ale to nie wino
było przyczyną jej agresji. Kiedy wrócili do domu, Julia zrobiła mu
scenę zazdrości. Patrzył na nią zdumiony. To raczej on mógł być
zazdrosny, bo Julia każdego napotkanego mężczyznę jawnie kokietowała.
Nie podobało mu się to, ale wolał jej nie drażnić i dlatego milczał.
Wciąż jeszcze nie oswoił się z myślą, że jest jej mężem. Dziwiło go to,
a jednocześnie dawało do myślenia. Czyżby Julia była dla niego bardziej
pacjentką niż żoną? Otóż jego żona wykradała mu morfinę. Przekonał się o tym, kiedy z całą pewnością stwierdził, że zniknęła z walizki ampułka,
którą przyniósł do domu. Bał się powiedzieć jej wprost o swoim odkryciu,
ale odtąd chronił przed nią narkotyki.
Któregoś dnia wrócił wcześniej. Julia spała. Oddychała dziwnie ciężko i głośno. Popołudniowa godzina nie była odpowiednia na taki sen. Pochylił
się nad nią. Od razu wyczuł zapach eteru. Chwycił ją za rękę, ale nie
poruszyła się. Sen był najwyraźniej efektem zażycia eteru. Pochylił się
jeszcze niżej. Szyja i piersi Julii musiały być pokryte tym związkiem,
ponieważ woń była bardzo silna. Próbował ją unieść, ale osuwała się
bezwładnie. Obok, na stoliku, stała szklanka niedopitej wody z sokiem.
Powąchał. Zapach narkotyku podrażnił go. Zaczął ją rozbierać, a potem z trudem przeniósł do łóżka, okrył ciepło i otworzył okno, żeby docierało
do niej świeże powietrze. Siedział przy łóżku, nasłuchując oddechu i próbując uchwycić charakter halucynacji, jakim ulegała. Wiedział, że
skutki zażywania eteru są gorsze niż picia alkoholu. Na razie nic nie
mógł zrobić, musiał czekać. Wtedy jednak uświadomił sobie, że jego
małżeństwu daleko do normalności.
Kiedy następnego dnia snuła się po domu, walcząc ze skutkami kaca, nie
chciał jej dręczyć, ale wiedział, że będzie musiał zmusić ją do
leczenia. Tylko jak? Prawdopodobnie dawno już uległa nałogowi, a w tym
stanie człowiek zdolny jest do najbardziej skrajnych zachowań, by zdobyć
to, czego potrzebuje. Mimo lęku przed trudną rozmową postanowił, że
dłużej nie będzie milczał. Ale Julia go uprzedziła.
- Strasznie źle się dzisiaj czuję. Chyba jestem chora - powiedziała
cicho i łagodnie.
- Nie dziwię się, że jest ci źle, nadużyłaś wczoraj eteru.
- Nic podobnego! - jej twarz wyrażała takie zdziwienie, że gdyby nie był
pewien swoich słów, musiałby uwierzyć w jej niewinność.
- No dobrze, widocznie zapomniałaś albo zdawało mi się - dodał szybko,
widząc jej wzburzenie.
- Szkoda, że coś ze mną jest nie tak, bo dzisiaj jesteśmy przecież
zaproszeni na kolację do twoich znajomych, a ja chyba muszę się położyć.
Pójdź sam, a potem mi opowiesz, jak było.
- Przecież nie pójdę sam. Zostanę z tobą.
- Idź koniecznie. Nie chcę ci psuć zabawy. Nie chcę być dla ciebie
ciężarem - spuściła wzrok i zaciśnięte dłonie położyła na kolanach. Była
blada, a jej twarz skurczyła się jak w ataku bólu.
- Czy coś cię boli? - zbliżył się do niej i wziął jej rękę, rozplątując
mocno zaciśnięte palce.
- Tak, boli, ale nie fizycznie. Znów przypomniałam sobie tamtego
mężczyznę. Był taki brutalny. Dzięki tobie mogłam się od niego uwolnić.
Mieczek się skrzywił. Ostatnio częściej niż zwykle przypominała mu o człowieku, przed którym, jak twierdziła, uciekła do niego. Nie znał go i wiedział o nim tylko tyle, ile powiedziała mu Julia. Czasem zastanawiał
się, jak to jest, że osoba taka jak ona od dzieciństwa trafiała na
prześladowców. Nie wahał się właśnie tak określić jej ojca, jej
pierwszego męża, jej tajemniczego kochanka, a może nawet jakichś innych,
o których nic nie wiedział. Kim był ten człowiek, z którym podczas wojny
wyjechała do Rosji i słuch o niej zaginął? Kochała go? A może tylko tak
jej się zdawało? Kiedy patrzył na bladą twarzyczkę Julii, serce mu się
ściskało. Chciał, żeby była szczęśliwa, ale nic nie wskazywało na to, że
tak jest. Nie trzeba jej niepokoić, strofować jak małej dziewczynki,
pomyślał. Należy chronić ją przed nią samą i przed wszystkim, co odbiera
jej zdolność odróżniania rojeń od rzeczywistości.
Kilka dni później szukał czegoś w szufladach biurka. Julia właśnie
wyszła, a on nie mógł znaleźć potrzebnych mu dokumentów. Zajrzał więc
także do jej szuflady. Panował tam bałagan. Westchnął z rezygnacją.
Odsunął jakieś szpargały. Na dnie leżała koperta zaadresowana ręką
Julii. Najwyraźniej niewysłany list. Na kopercie widniało nazwisko
nieznanego Mieczkowi mężczyzny. Powstrzymał chęć otwarcia koperty, ale
zapamiętał i nazwisko, i adres. Przez chwilę zdawało mu się, że to imię,
raczej rzadkie, już kiedyś słyszał, i poruszył go nagły domysł. Czyżby
to był człowiek, na którego Julia tak się skarżyła? Czy pisała do niego?
Dlaczego nie wysłała listu? A może dopiero zamierzała to zrobić? Poczuł
gniew. Więc ukrywała przed nim więcej, niż przypuszczał. Nie chciał o nic pytać. Jeśli ten człowiek nadal ją prześladuje, trzeba go
powstrzymać, jeśli jednak Julia sama szuka z nim kontaktu...
Długo nie mógł się zdecydować. Rozpocząć poszukiwania? Odnaleźć
domniemanego kochanka swojej żony? Czy ma do tego prawo? Jak ukryć to
przed Julią? I wreszcie, jak wytłumaczy się temu człowiekowi, jeśli go
odnajdzie? Jednak postanowił działać.
Nie znał ulicy, która widniała na kopercie listu. Była gdzieś na
południu miasta, tam, gdzie dopiero budowano nowe domy. Słyszał tylko,
że coraz więcej pól i sadów zamieniało się w ulice i osiedla. Być może
trudno będzie odnaleźć ten adres, pomyślał, jednak czuł, że nie chce
dłużej zwlekać. Stan Julii w pewnym sensie się pogarszał. Była coraz
bardziej niespokojna. Ataki gniewu, nawet agresji stawały się coraz
częstsze. Któregoś dnia zamiast do szpitala pojechał tramwajem na plac
Unii Lubelskiej. Stamtąd musiał już iść pieszo Rakowiecką. Pamiętał tę
ulicę jako polną drogę, ale to było dawno. W miejscu starych drewnianych
domów wybudowano kamienice. Rozległy plac w oddali stał się miejscem
budowy całego kompleksu budynków Szkoły Głównej. Szedł już dość długo,
rozglądając się dokoła. Boczne uliczki były zabudowane tuż przy ulicy,
dalej ciągnęły się zdziczałe ogrody. Skręcił w jedną z tych uliczek, nie
mając pewności, czy to na pewno ta, bo tabliczki z nazwą nie było.
Niewielkie domy, bardziej podobne do miejskich willi, wkrótce się
skończyły i Mieczek szedł wzdłuż parkanów, za którymi wśród drzew i krzewów kryły się stare domostwa. Wyglądały na opuszczone. W pewnym
momencie zauważył na bramie numer, którego szukał. Pchnął furtkę i niepewny zbliżał się do parterowego budynku. W oknie mignęła czyjaś
twarz. Zawahał się. Nagle pomysł, by odszukać kochanka Julii, wydał mu
się absurdalny. Czym właściwie ma tłumaczyć swoją ciekawość? Jak
rozmawiać z nieznanym człowiekiem?
Nacisnął dzwonek. Po dłuższej chwili drzwi się uchyliły. Stała w nich
kobieta w nieokreślonym wieku. Z głębi domu dobiegało ujadanie psa. A jeśli to jego żona?, pomyślał.
- Słucham? - odezwała się kobieta.
- Czy zastałem... - wymienił nazwisko, które zapamiętał.
Patrzyła na niego przez chwilę dość zdziwiona i już chciał przeprosić, i szybko odejść, ale otworzyła szerzej drzwi.
- On już tu nie mieszka - powiedziała.
- Gdzie mogę go znaleźć?
- Wyprowadził się jakieś dwa miesiące temu. Adresu nie znam. Czy to coś
ważnego?
- W pewnym sensie - Mieczek nieco się uspokoił. Najwidoczniej ten
człowiek nie był nikim bliskim dla stojącej przed nim kobiety. -
Właściwie szuka go pani Julia... - zaczął, dziwiąc się uporowi, z jakim
postanowił nie dawać za wygraną.
- Niech pan wejdzie - powiedziała.
Wnętrze mieszkania było mroczne. Z ciasnego korytarza weszli po schodach
do obszernego pokoju, który mógłby być całkiem ładnym salonem, gdyby nie
szpeciła go zbyt duża liczba mocno podniszczonych mebli. Kobieta
wskazała Mieczkowi fotel, którego sprężyny jęknęły, kiedy na nim usiadł.
Przyglądała mu się przez chwilę, jakby zastanawiała, kim może być i czego chce. Milczał, czekając, aż go o to zapyta.
- Pan szuka pana Sebastiana czy pani Julii? - zaskoczyła go tym
pytaniem. - Mój lokator wyprowadził się, nie zostawiając adresu -
patrzyła na niego uważnie. - Aha, chyba już to mówiłam.
Mieczek zastanawiał się gorączkowo, czy wyjawić prawdziwy cel wizyty,
czy jeszcze nie.
- Właściwie to szukam ich obojga - powiedział.
- O Julii wiem jeszcze mniej. Znikła jakieś dwa lata temu. Pan Sebastian
szukał jej, ale niczego się nie dowiedział. To było bardzo nieładnie z jej strony tak po prostu zniknąć. Mieszkali tu przez kilka lat. Byli jak
małżeństwo. Z Julią nawet się zaprzyjaźniłam, ale ostatnio zachowywała
się dziwnie. O, przepraszam, może nie powinnam tego mówić.
- Wręcz przeciwnie, proszę mówić. Może to naprowadzi mnie na jakiś trop.
Jednak nie dowiedział się już niczego. Tylko w ostatniej chwili kobieta
podała mu adres kogoś, z kim, jak sądziła, mężczyzna się przyjaźnił.
Opuścił dom z uczuciem ulgi. Czuł się źle, wiedząc, że nadużył zaufania
nieznajomej. Swoje kłamstwa usprawiedliwiał dobrem Julii. Tylko czy
rzeczywiście chodziło o jej dobro? Przekonywał sam siebie, że tak. Słowa
kobiety jeszcze bardziej go zaniepokoiły. W pierwszym odruchu chciał
wyznać Julii, że szuka jej śladów z przeszłości. Jednak nie zdecydował
się na to. Była ostatnio zbyt rozdrażniona i wiadomość, że własny mąż
jej nie ufa, mogłaby doprowadzić do wybuchu. Ale to on coraz mniej ufał
Julii. Dlatego myśl, żeby zaprzestać poszukiwań, wydała mu się
nierozsądna. Teraz musiał dowiedzieć się prawdy.
Udał się pod wskazany przez kobietę adres. Na tabliczce widniało: imię,
nazwisko, doktor medycyny... Początkowo chciał dalej brnąć w kłamstwa,
ale fakt, że poszukiwany okazał się lekarzem, uspokoił go. Postanowił
wyjawić, kim jest. Służąca wpuściła go do obszernego hallu. Doktor
prawdopodobnie skończył właśnie przyjmowanie pacjentów, bo kiedy
zobaczył nieznajomego w poczekalni, wydawał się zdziwiony. Mimo to
zaprosił go do pokoju obok. Okazało się, że zna mężczyznę, z którym
Julia żyła przez ostatnie lata. Musiał także znać Julię, bo ożywił się
na dźwięk jej nazwiska. Pochylił się nawet w stronę Mieczka i słuchał z uwagą.
- Moja żona nie czuje się najlepiej. Mam powody sądzić, że była źle
traktowana. Jej problemy nerwowe... - zaczął Mieczek.
- Ach, więc jest pańską żoną? - doktor się ożywił. - Ale co pan ma na
myśli, mówiąc, że była źle traktowana? - spytał.
- Wyznała mi, że musiała uciekać przed brutalnością swojego... - Mieczek
zawahał się, nie wiedząc, jak właściwie określić byłego kochanka Julii.
- Jednym słowem, życie z nim mogło się przyczynić do obecnych problemów
mojej żony.
- Nie chciałbym wtrącać się do spraw rodzinnych. Nie jestem upoważniony.
Spróbuję namówić mojego znajomego, by się z panem spotkał. Nie obiecuję
jednak, że mi się to uda.
Dość długo Mieczysław czekał na telefon. Wreszcie któregoś dnia
mężczyzna zadzwonił do szpitala i umówili się na spotkanie. Nie mieszkał
w Warszawie. Mieczek obawiał się, że w ostatniej chwili spotkanie nie
dojdzie do skutku. Także fakt, że będzie musiał wyjechać, utrudniał
sprawę. Jednak raz rozpoczęta sprawa powinna zostać dokończona. Nawet
wolał, że spotkanie odbędzie się z dala od domu.
Głos tego człowieka brzmiał przyjaźnie i Mieczek zastanawiał się, co o tym myśleć. Przekonanie, że to kolejny prześladowca, na jakiego trafiła
Julia, nastrajało go niechętnie. Jeśli jednak w jakikolwiek sposób okaże
swoją nieufność, mężczyzna wyczuje to z pewnością i nie będzie skłonny
do rozmowy. A Mieczek coraz bardziej chciał poznać przeszłość Julii.
Postanowił zapomnieć o tym, co mu opowiadała, i po prostu słuchać tego,
co ma do powiedzenia nieznajomy. Już samo to, że zgodził się spotkać,
mogło świadczyć o jego dobrej woli.
Julia, ostatnio tak milcząca i obojętna, nagle zaniepokoiła się wyjazdem
męża. Musiał jej tłumaczyć, dokąd i po co jedzie. Zdawała się niezbyt
przekonana. Zastanowiła go jej intuicja, i to właśnie w sprawie, która
miała pozostać dla niej tajemnicą. Wiedział jednak, że osoby nerwowe
potrafią wyczuwać prawdziwe intencje innych, jeśli tylko jest im to do
czegoś potrzebne.
Podróż, zresztą nie bardzo długa, minęła na próbach ułożenia pierwszych
słów. Niewiele wymyślił. Ukołysany monotonnym stukotem kół, przysnął.
Ocknął się w ostatniej chwili i trochę nieprzytomny wysiadł z pociągu.
Stał na niewielkiej stacji i rozglądał się jak człowiek, który odnajduje
się w nieznanej mu rzeczywistości. Po co tu przyjechał? Dlaczego grzebie
w przeszłości kobiety, którą, jak mu się zdawało, kocha? Teraz jednak
nie było już odwrotu. Zbliżał się do niego mężczyzna z gazetą sterczącą
z kieszeni ciemnego płaszcza. Stali naprzeciw siebie, przez krótką
chwilę mierząc się wzrokiem. Żaden z nich nie był pewien, czego chce od
niego ten drugi.
- Tu niedaleko jest restauracja - odezwał się mężczyzna, kiedy już
podali sobie ręce, wymieniając nazwiska. - Może jest pan głodny?
- Dziękuję. Już jadłem - odpowiedział Mieczek, zdziwiony trochę tym z pozoru obojętnym tonem rozmowy.
- Właściwie nie wiem, czemu zawdzięczam pański przyjazd. Podobno szuka
pan Julii? - spytał mężczyzna, kiedy usiedli przy stoliku. - Ale powiem
od razu, nie wiem, gdzie ona jest. Straciłem z nią kontakt już prawie
dwa lata temu.
- Nie, nie szukam jej. Ona jest moją żoną.
Mężczyzna patrzył na Mieczka nieruchomo.
- Przepraszam, że pana zaskoczyłem. Nie wyjawiłem prawdy od razu, bo
bałem się, że nie zechce się pan ze mną spotkać.
- Rzeczywiście, chybabym nie chciał. Ale o co właściwie chodzi?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki