Joasia jest spontaniczna i naturalna. Kiedy jest jej smutno, jest smutna. Kiedy ma ochotę śmiać się tak, by usłyszał ją świat - robi to. Niczego nie tłumi, niczego nie udaje. Jest w pełni świadoma tego, co potrafi, na co ją stać i co osiągnęła w rzucie młotem. Sukcesem, który ją nakręcił i przekonał, że może przenosić góry, było zdobycie srebrnego medalu na mistrzostwach świata w Dosze w 2019 roku. Wcześniej, gdy zajmowała trzecie miejsce na mistrzostwach Europy w Zurychu (2014) czy Berlinie (2018), cieszyła się, ale coś tę radość tłumiło. Teraz trenuje, startuje i rzuca z przyjemnością, a o igrzyskach w Tokio myśli z nadzieją. Medalu olimpijskiego zapragnęła całkiem niedawno, bo też całkiem niedawno uwierzyła w siebie. W końcu. W jej życiu dużo się wydarzyło, nie o wszystkim chciała mówić, ale to, co powiedziała, wbiło mnie w fotel. Poruszyła mnie jej szczerość i otwartość. Kiedy wracałem z Augustowa, gdzie mieszka, powtarzałem w myślach: "tylko takie rozmowy mają sens".
Augustów, 23 września 2020
Białystok, 7 stycznia 2021
Masz bardzo fajne sąsiedztwo. Augustowscy ortopedzi.
W sam raz dla mnie, biorąc pod uwagę moje problemy z kolanami. Tak naprawdę mieszkam tutaj od 2007 roku. Wtedy jeszcze tych ortopedów nie było, ale pogotowie już tak. Nie było bloków dookoła. Dopiero od jakichś trzech lat wszystko się tu rozkręca. Któregoś razu przyjechałam i zobaczyłam nowy budynek. Zaczęłam się zastanawiać, skąd się tu wziął. Jestem w domu gościem. Po szesnastu latach w końcu się przeprowadziłam. Po co wynajmować mieszkanie w Białymstoku, skoro jestem tam pięć, sześć dni w miesiącu? Płacenie komuś za przechowywanie rzeczy jest bez sensu. Od siebie, czyli z Augustowa, do Białegostoku jadę godzinę dziesięć, godzinę piętnaście, więc dotarcie na trening nie jest problemem. Ale teraz nie jeżdżę, bo mam wakacje. Jak każdy pracujący Polak.
Widząc kogoś w białym kitlu, od razu myślisz o swoich bolących kolanach?
Nie. Gdybym tak do tego podchodziła, wszystko by mnie bolało przez cały czas. Ale kiedy tu przyjeżdżam i widzę tablicę z napisem "Ortopedzi", przypominam sobie, że pięć miesięcy temu, w kwietniu, miałam operację. Ale było, minęło i już tego nie będzie. Tak do tego podchodzę.
Ale szwankują oba.
Tak. Lewe było już w takim stanie, że nie mogłam trenować. Jak coś boli, to niekoniecznie trening jest satysfakcjonujący i samemu nie jest się w stu procentach zaangażowanym. To jest, jak ja to mówię, chamski ból, który po prostu przeszkadza. Nie składa mnie tak, że nic nie mogę robić, ale drażni jak wbijana igiełka. Drażni i drażni, aż w końcu wybucham i mam dość. W momencie gdy zostały odwołane igrzyska, powiedziałam sobie: "kładę się na stół i niech to naprawią". A potem tego bardzo żałowałam.
Dlaczego?
Jestem człowiekiem, który robi wszystko. Skaczę, biegam, wygłupiam się, rzucam młotem, a w pewnym momencie musiałam od nowa uczyć się chodzić. Może to trwało tylko chwilę (osiem tygodni), ale dla mnie było poważnym problemem. Nie potrafię usiedzieć w domu dwóch, trzech dni. Tymczasem dali mi ortezę i kule, a ja się zastanawiałam, co mam z nimi zrobić. Na początku byłam przerażona, później naturalnie się przyzwyczaiłam. Stawiałam ostrożnie pierwsze samodzielne kroki i nie dowierzałam, że z wielkiej sprawności fizycznej mogę zejść do zera.
Co trzeba było zrobić?
Plastykę chrząstki. Oglądałam zabieg na monitorze, dostałam "seteczkę" - oczywiście mam na myśli głupiego jasia - i było mi wszystko jedno. Wyczyścili całą chrząstkę naokoło dziury, która tam powstała, nakłuli kość, żeby pokazały się zarówno szpik, jak i krew, i przykleili specjalną błonę, która ma imitować chrząstkę. Wszystko artroskopowo, choć jeden lekarz chciał otworzyć mi kolano. Oczywiście się nie zgodziłam, bo wiedziałam, że straciłabym co najmniej rok. Pojechałam do drugiego, który uznał, że otwieranie nie jest konieczne. Teraz już chodzę, tylko muszę zacząć trenować, rehabilitować się i ćwiczyć, ponieważ lewą nogę mam mniejszą. Muszę odbudować mięsień czworogłowy.
Skąd problemy z kolanami? Czy to ma związek z tym, co robisz, czy to kwestia DNA?
Po części to genetyka, bo i babcia, i ciocia miały problemy z kolanami. Ale obie zaczęły narzekać na te dolegliwości po sześćdziesiątce, czy nawet siedemdziesiątce, a u mnie zaczęło się to w wieku trzydziestu lat. Na pewno przyspieszyłam ten proces treningami. Mój trening to nie siedzenie i plotkowanie, a potem rzucanie. Ja przenoszę tony na siłowni i oddaję setki tysięcy rzutów rocznie. Genetyka zrobiła swoje, ale to trening był winowajcą. Z drugim kolanem jest trochę lepiej. Ostrzykujemy je standardowo, bo mam w nim problemy z mazią stawową. Muszę zadbać o smarowanie. Kiedy to robię, kłopot znika.
Na własnej skórze poznałaś, co to zakrzepica. Co się stało?
2013 rok. Zakrzepica żył głębokich. Było bardzo poważnie. Całą żyłę podkolanowo-udową miałam załatwioną skrzepem.
Przecież to grozi śmiercią.
Gdybym pojechała na obóz, prawdopodobnie podzieliłabym los świętej pamięci Kamili Skolimowskiej.
Jak to wykryłaś?
Miałam rozwarstwienie ścięgna Achillesa i naderwany mięsień brzuchaty łydki. Nie pamiętam, gdzie to się stało. Wystartowaliśmy w zimowym pucharze Europy, ale ten achilles cały czas bardzo mnie bolał. Jeszcze tydzień i wylądowałabym na stole operacyjnym. Podali mi czynnik wzrostu, a noga została unieruchomiona. Nie dostałam jedynie leków przeciwzakrzepowych. Mniej więcej po sześciu-ośmiu tygodniach Marcin Łebski zauważył, że dzieje się coś złego. Miałam odbite skarpetki na łydce i noga była spuchnięta. Poszliśmy na USG i okazało się, że żyłę podkolanową mam całą zapchaną, a część udową do połowy. Natychmiast dostałam lek przeciwzakrzepowy i wysłano mnie do szpitala, do lekarza naczyniowca. Dostałam tabletki i surowe przykazanie, żeby się przez dwa tygodnie jak najmniej ruszać. Mogłam chodzić do łazienki albo do kuchni, ale generalnie miałam leżeć. Patrzyłam na tego lekarza i myślałam: "pan sobie chyba ze mnie jaja robisz?". Kiedy zdałam sobie sprawę, że te zakrzepy w każdej chwili mogły mi się urwać, bo tam jest miazga, to całe życie stanęło mi przed oczami. Nawet Kama mi się pokazała. Wszystko skończyło się szczęśliwie, ale do dziś noszę specjalną pończochę i biorę leki przeciwzakrzepowe.
Czy oprócz kolan coś jeszcze ci dokucza?
Wszystko. Trening zawodowy nie ma nic wspólnego z normalną aktywnością sportową, która jest ważna, potrzebna i korzystna dla zdrowia. Niestety, my przekraczamy pewne granice. Ja swoją przekraczam kilka razy w roku, bo jeśli chcę być w topie, to innej drogi nie ma. Nie można stać w miejscu i czekać. Trzeba przesuwać swoje granice wytrzymałości, granice na siłowni, granice w rzucaniu. Trzeba próbować nowych rozwiązań treningowych, bo niestety świat idzie do przodu. W damskim młocie można to zresztą zauważyć. W pewnym momencie dziewczyny tak wystrzeliły, że to jest mistrzostwo świata. Ja na to potrzebowałam paru lat, a one raptem po trzech są w top dziesięć. To najlepszy dowód, że coś się zmienia i idzie do przodu.
Może to kwestia farmakologii?
Nie mam pojęcia. Nigdy nikogo nie złapałam, więc nie mogę tak mówić. Ale dziewczyny ze Stanów Zjednoczonych to baby stworzone do roboty. Śmieję się, bo one u siebie zawsze dobrze rzucają, a kiedy przyjeżdżają do Europy czy na główne imprezy, to już tego nie robią. Jedna się wyłamała, DeAnna [Price - JK], i została mistrzynią świata. Jedna na piętnaście. Widzisz, konkurencja nie śpi. Gonią mnie młode dziewczyny za granicą i w Polsce, trzeba więc te granice przesuwać, i to mimo że dla świata sportu jestem już stara. Oczywiście, że są momenty, gdy wstaję z łóżka i pytam: "po co ja to robię?". Boli mnie wszystko, znajomi są na wakacjach, bawią się na weselach, zapraszają do siebie, a ja co? Trenuję albo jestem na zawodach. Odmawiam sobie tych przyjemności, żeby coś osiągnąć.
Igrzyska...
Co chcesz wiedzieć?
Dlaczego przygotowania zawsze rozpoczynasz w górach? Co one dają?
Wydolność i pracę nad sobą. Przezwyciężam tam swoje lęki i obawy. Mam czas na przemyślenia, bo nie idę jak inni - nie gadam i nie palę peta - tylko ledwo łapię oddech. Jeśli coś mówię, to do siebie. Po pierwsze, że straciłam rozum, bo pcham się na górę. Po drugie, że jak wejdę, to będzie niesamowicie, a ja poczuję dumę. Kocham góry i jednocześnie ich nienawidzę. Kasprowy! Ja pierdolę. Toczyłam się tam prawie cztery godziny. Nikomu nie polecam! Nikomu! Wychodziłam z nastawieniem, że będzie super, ale przy ostatnim podejściu, kiedy zobaczyłam szczyt i tę ścianę, byłam załamana. I nie mogłam zawrócić! No to szłam. Dziesięć metrów. Przystanek. I znowu dziesięć. I stop. Kiedy doszłam, ogarnęła mnie euforia, byłam najszczęśliwsza na świecie, ale kiedy zjechałam kolejką i zobaczyłam, gdzie byłam, pomyślałam: "Kosmos! Jesteś nienormalna, że to zrobiłaś". Wojtek [Nowicki, brązowy medalista z Rio de Janeiro w rzucie młotem - JK] uwielbia góry. Najchętniej pojechałby z małżonką do Zakopanego. A ja nie dowierzam. Bali, Malediwy, palmy i drinki to rozumiem, ale nie góry w wakacje!
Wspinanie się to taka zapowiedź tego, co cię czeka w Tokio.
Na Facebooku jest filmik, na którym wchodzę na Sarnią Skałę. Koleżanka woła do mnie: "dawaj, Fiedzia, już niedaleko, nie ma miękkiej gry, bo do igrzysk będzie ciągle pod górkę". Taka jest prawda. Najciekawsze jest to, że każdy rok, który zaczynałam w górach, kończył się dla mnie dobrze. Przed Berlinem byliśmy w Zakopanem, przed Dohą w Karpaczu, a teraz znowu wylądowaliśmy w Zakopanem.
Jak się czujesz?
Rewelacyjnie. Rozpoczęłam sezon lepiej niż przez ostatnie cztery lata. Sprawdziliśmy to w Cetniewie, na ostatnim obozie przed świętami. Po dwudziestu pięciu rzutach wieloobrotowych postanowiłam wykonać sześć już normalnie, z czterema obrotami. Zaskoczyłam siebie i trenerkę. Posłużyła mi przerwa związana z pandemią, skorzystał na niej mój organizm. Trenuję wyczynowo od dziesięciu lat i nie zamierzam jeszcze kończyć. Ze sportem jestem związana jeszcze dłużej. Moje ciało odczuwa trudy treningu. Lubię to i potrzebuję tego, chwila wytchnienia była jednak konieczna. Ale stara Fiedzia wróciła. Jest wariatkowo. Jest fajnie.
Znalazłaś odpowiedź na pytanie, po co to robisz?
Tak. Robię to, by spełnić swoje marzenia i zrealizować się zawodowo. Bo kiedyś coś sobie zaplanowałam i chcę to osiągnąć. Po drodze do tego celu odhaczam wszystkie punkty.
Znam historię z listą rzeczy do wykonania.
Lista była i już się zamknęła. Teraz muszę stworzyć nową. Ta pierwsza powstała w 2009 roku. Zamknął ją medal mistrzostw świata w Dosze. Po drodze odhaczałam sobie kolejne punkty: chcę pojechać na igrzyska olimpijskie i znaleźć się w najlepszej dwunastce. Udało się. Chcę pojechać na mistrzostwa Europy i zdobyć medal. Udało się. Chcę pojechać na mistrzostwa świata i zdobyć medal. Udało się. Chcę rzucić siedemdziesiąt sześć metrów. Udało się. Kiedy tworzyłam tę listę, nie wierzyłam, że jestem w stanie zdobyć medal igrzysk olimpijskich. Dlatego teraz powstaje nowa lista do zrealizowania. Ta już nie będzie wyłącznie sportowa. Znajdą się na niej punkty związane zarówno ze sportem, jak i z normalnym życiem, czyli z czymś, co chciałabym osiągnąć jako zwyczajny człowiek. Napędza mnie spełnianie marzeń oraz świadomość, że od czterech lat się nie cofam, ale idę do przodu. Nie mam chwiejnych sezonów, czyli raz jest super, a za chwilę dno. Tak było. Niedawno zaczęło się fajnie układać pod to, co miało wydarzyć się w 2020 roku. Igrzyska jednak przełożono. Bardzo mnie to znerwicowało. Ale lajf is brutal i musiałam to zaakceptować, więc przekładam marzenia na kolejny rok. To, co robię, robię dla medalu olimpijskiego, ponieważ jest to moje największe marzenie od pierwszych igrzysk w Londynie. Nie chodzi o splendor, ale o to, by zapisać się na kartach historii polskiego sportu jako medalistka olimpijska.
Ależ to brzmi. Bardzo uroczyście.
Nie uroczyście! Chodzi mi o to, że gdzieś już się zapisałam w tej historii, bo medal mistrzostw Europy coś znaczy, a ten mistrzostw świata jeszcze więcej, ale to medal igrzysk olimpijskich jest najważniejszy. Mistrzem świata można zostać co dwa lata, a medalistą olimpijskim co cztery albo - jak w przypadku przełożonych igrzysk w Tokio - co pięć. Mamy piękną historię kobiecego rzutu młotem, z Kamilą Skolimowską czy wracającą po kontuzji Anitą Włodarczyk, a ja chciałabym być tym trzecim ogniwem. No i koniec! (Joasia uderza ręką w stół). Coś sobie zaplanowałam i to się musi dokonać. Medal byłby ukoronowaniem mojej ciężkiej pracy - tych wszystkich wyrzeczeń, wyjazdów i życia na walizkach. To byłaby kropka nad i. Doskonale rozumiem Piotra Małachowskiego, który swoją dość długą karierę chce skończyć na igrzyskach. W jego przypadku trudno będzie wywalczyć złoto i on o tym doskonale wie. Ale jak sobie coś postanowi, to dąży do tego za wszelką cenę. Ze mną jest podobnie. Do trzech razy sztuka. Raz byłam siódma (Londyn 2012), raz dziewiąta (Rio 2016). Musi być tak, jak sobie zaplanowałam. I tak będzie.
Powiedziałaś: "znerwicowało mnie to", gdy pojawił się wątek przełożenia igrzysk w Tokio.
Tak, bo przygotowania szły rewelacyjnie, i to pomimo problemu z kolanem. Mogliśmy go zresztą wyciszyć, bo w Polsce są lekarze, którzy potrafią sobie poradzić z takimi urazami, nie otwierając kolana i nie robiąc operacji. Postawiłam wszystko na jedną kartę, licząc, że do igrzysk na pewno wytrzymam. Gdy w marcu podjęto decyzję o ich przełożeniu, zrobiliśmy sobie sprawdzian. W temperaturze dwóch stopni, poubierana na maksa, rzuciłam ponad siedemdziesiąt dwa metry. Bardzo dużo. O tej porze roku to rewelacyjny wynik. Gdy jest ciepło, dokłada się średnio dwa, trzy metry. Jeżeli takie wyniki - około siedemdziesięciu pięciu, siedemdziesięciu sześciu metrów - osiągałabym na obozie w marcu i kwietniu, to byłaby szansa na rewelacyjny wynik na igrzyskach olimpijskich w sezonie. Niestety, marzenia chuj strzelił, mówiąc dosadnie. Muszę poczekać kolejny rok na ich realizację.
Ze sportowego punktu widzenia byłaś w gazie.
Tak. Miało być zajebiście, a wyszło jak zawsze. Z perspektywy zawodnika, który przychodzi w listopadzie na trening, to pięć miesięcy - do marca - zapierdalania, codziennie, do ostatniej kropli potu. Po treningu myślę tylko o jednym - by położyć się do łóżka. Ale to niemożliwe. Po tym całym wysiłku fizjoterapeuta przychodzi z tekstem: "chodź, zrobimy jakieś ćwiczenia". A ja mu na to: "chłopie, wymyśl jakieś umysłowe, bo ja nie mam siły ruszyć palcem". Tak wygląda każdy dzień. Przygotowywałam się więc, było fajnie i nagle odwołano obóz. Pojechałam do Spały i po jednym dniu wróciłam do domu. Sportowcy zaczęli narzekać, że nie mają się gdzie przygotowywać. Ja zaś już wiedziałam, że igrzyska się nie odbędą. Moja trenerka mnie upominała, żebym przestała myśleć negatywnie, ale widziałam, co się dzieje na świecie. Potem Kanada, Stany i kolejne kraje zaczęły się wykruszać i przełożono igrzyska. Byłam zdruzgotana. Siedziałam i myślałam o tych pięciu miesiącach treningu. Włożyłam w to tyle czasu i energii. Nie było wiadomo, co z sezonem, więc z dnia na dzień podjęłam decyzję o operacji kolana. Jednego dnia odwołano igrzyska, następnego przyszedł opis rezonansu, a za siedem dni leżałam na stole. Nie chciałam czekać, trenować i podtrzymywać formy do nie wiadomo czego. Postanowiłam zadbać o zdrowie, mając nadzieję, że mistrzostwa Europy też się nie odbędą. W przeciwnym razie straciłabym stypendium i byłabym w dupie. Na szczęście do mistrzostw we Francji też nie doszło. Igrzyska miały być moją imprezą dziesięciolecia - tyle lat jestem w czołówce najlepszych zawodniczek świata. Po mistrzostwach świata w Dosze uwierzyłam, że mogę więcej, że mogę stanąć na olimpijskim podium. Medal mistrzostw świata utwierdził mnie w przekonaniu, że droga, którą wybrałam, była słuszna.
Uda ci się odbudować formę?
Oczywiście. Podstawa została wykonana, tego nie da się zapomnieć. Dla nas najważniejsze miesiące treningowe to marzec, kwiecień i maj. Wtedy wykonuje się ostatnie mocne akcenty, to podbudowa, z której później się rzuca. W 2020 roku zabrakło mi tego, bo zdecydowałam się na operację. Ale organizm tego nie zapomina, a poza tym przecież nie siedziałam na dupie przez okrągłe pięć miesięcy. Miałam rehabilitację, ćwiczyłam inne partie mięśniowe, wprowadzałam nowe elementy do treningu. Zaczęłam nową pracę od listopada. Mój organizm trochę odpoczął. Po tylu latach na najwyższych obrotach bez względu na ból w końcu mógł się wyciszyć. Na krótko, to prawda, ale jednak był to czas na regenerację. Teraz lepiej sypiam, jestem bardziej zrelaksowana, plecy mnie nie bolą i nie są pospinane. Mówiąc krótko, wracam na właściwe tory. To się pewnie skończy, jak zacznę trenować, ale moje ciało na tę harówkę jest gotowe.
Ale przecież ty tej harówki się zwyczajnie boisz.
Pierwsze skojarzenie to zakwasy. Drugie - zawsze się z tego śmiejemy - to sikanie "na Małysza". Nie jestem w stanie nawet usiąść, tak mnie wszystko boli. Jak zaczynam treningi, to przez pierwsze trzy miesiące mam wrażenie, że spędzam pół dnia na siłowni. Boże... Tysiąc ćwiczeń, tysiąc powtórzeń. Kiedy się budzisz i ruszasz małym palcem, on też cię boli. Wiem, że muszę naładować baterie na to, co czeka mnie później, ale tego się boję. Tego przewlekłego bólu, który ciągnie się aż do stycznia. Potem zaczynamy robotę typową pod młot, czyli więcej rzucamy. Wtedy klnę na każdym treningu, wyzywam wszystkich - i samą siebie też, że w ogóle to robię. Dramat w Andach. Pierwsze trzy miesiące? Krzyżyk na drogę. Tego się boję. Reszty nie, bo wiem, że mój organizm sobie poradzi.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej