7
Po kilku godzinach i dziesiątkach przeszukanych tomów akt czuł, że przestaje rozumieć to, co czyta. Nie znalazł nic, co mogłoby się łączyć z obecną sprawą. Żadnych dźgniętych i utopionych ofiar w ostatniej dekadzie w Bydgoszczy ani całym województwie. Spojrzał na stary, okrągły zegar. Wskazówki ułożyły się w jedną, długą linię, pokazując dokładnie dwudziestą dziesięć. Uznał, że wystarczy na dzisiaj, i zerwał się z krzesła, przypominając sobie, że właściwie nie ma już szans punktualnie dotrzeć na umówione spotkanie. Zgasił światła, zarzucił na plecy płaszcz w typie prochowca i wyszedł żwawo z komendy.
Czerwona toyota starlet z brudnymi białymi literami B, C, V i cyframi jeden, jeden, cztery, trzy na czarnym tle tablicy rejestracyjnej czekała na niego samotnie. Niemal do niej wskoczył, jednocześnie włączając silnik, zapalając światła i zapinając pasy, a następnie ruszył z piskiem. Przed nim było jakieś piętnaście minut drogi do domu, zabranie pakunku i kolejny kwadrans do pokonania pieszo. Czyli dotrze na miejsce przed dziewiątą. Późno, bardzo późno. "No trudno, jak to mówią - lepiej późno niż wcale", pomyślał, chociaż nie lubił tego powiedzenia. Spóźniania się też nie.
Z Aleksem Kownackim znali się całe wieki, czyli od czasów ogólniaka. Chodzili razem do jednej klasy bydgoskiej "Jedynki" i od razu przypadli sobie do gustu. Cztery lata spędzone razem w szkolnej ławce zapoczątkowały wyjątkową męską przyjaźń. Później Bondys zaczął szkolić się na milicjanta, a Aleks poszedł na psychologię.
Teraz Marek niósł pod pachą przygotowany już przed tygodniem prezent. Był ojcem chrzestnym jedynej córki Aleksa - Hani, która właśnie dzisiaj kończyła siedemnaście lat. Ostatnie urodziny przed dorosłością, chociaż dla wujka Marka zawsze pozostanie małą dziewczynką, którą uwielbiał rozpieszczać, zwykle wbrew zaleceniom jej rodziców.
Szedł szybkim marszem, wiedząc, że i tak jest mocno spóźniony. Spojrzał na zegarek - nie pomylił się w kalkulacjach, dochodziła dwudziesta pierwsza. Impreza urodzinowa zapewne dobiegała końca, ale zależało mu, żeby złożyć życzenia i wręczyć prezent solenizantce w dniu urodzin.
W końcu zziajany dotarł do klatki bloku przy ulicy Łukasiewicza na bydgoskich Kapuściskach i zadzwonił pod ostatni numer. Przedstawił się uniwersalnym hasłem-kodem "ja", pasującym niemal do wszystkich domofonów w kraju, a po chwili usłyszał charakterystyczne brzęczenie i wszedł do klatki. Wewnątrz sprayem namalowano wielkimi literami "Młode Kapy rządzą" z biało-czarno-niebieską "zetką" - symbolem bydgoskiego Wojskowego Klubu Sportowego WKS Zawisza. Obok ktoś mniejszą czcionką napisał "Jebać Normana i jego Rudą Sukę". To by było na tyle z ogłoszeń parafialnych tej klatki.
Czwarte piętro, siedemdziesiąt dwa schodki. Wchodząc, nie spieszył się - wiedział, że nie zaoszczędzi już na czasie, a nie chciał dyszeć jak parowóz.
W drzwiach powitała go chrześniaczka, rzucając mu się na szyję.
- Wujek! - zawołała radośnie, a Marek odwzajemnił uścisk, chociaż miał poważne obawy, czy za chwilę nie zostanie zaduszony przez świeżo upieczoną siedemnastolatkę. - Wiedziałam, że przyjdziesz!
Kiedy uwolnił się z dziewczęcych ramion, ucałował w policzek mamę Hani - Wandę - oraz przywitał się z Aleksem.
- Świeczki już zdmuchnięte, ale kawałek tortu jeszcze się dla ciebie znajdzie - powiedziała z uśmiechem żona przyjaciela i zniknęła w kuchni.
Zdjął płaszcz, wyjął niewielki pakunek zawinięty w kolorowy papier i wręczył go nastolatce.
- Proszę, moja panno, z najlepszymi życzeniami od starego wujka.
Nie przestając się uśmiechać, Hania wzięła paczkę do rąk, wprawnym ruchem odwiązała czerwoną wstążkę, a następnie uporała się z papierem ozdobnym.
- Całe zdanie nieboszczyka Joanny Chmielewskiej! - krzyknęła, widząc książkę. - Dziękuję, wujku, jeszcze tej nie czytałam! Skąd wiedziałeś?
- Zasięgnąłem wcześniej języka u sprawdzonego źródła. - Puścił oko do Aleksa.
Wanda weszła do pokoju i wręczyła Bondysowi łyżeczkę oraz niewielki talerzyk z apetycznie wyglądającym kawałkiem tortu czekoladowego z wiśniami. Na stole postawiła jeszcze parujący kubek z kawą. Doskonale znała preferencje kawowe przyjaciela męża oraz jego upodobanie do tego napoju o każdej porze dnia i nocy. Pijał ją wiele razy u Kownackich, więc był pewien, że kawa z pewnością parzyła i dawała porządnego kofeinowego kopniaka, co o tej porze dla większości osób stanowiło dziwactwo, a co najmniej ekstrawagancję.
Usiadł przy stole i zaczął zajadać się ciastem, uświadomiwszy sobie, że to jego pierwszy posiłek od śniadania. Zjadł ze smakiem, popijając siódmą tego dnia dawką kofeiny. Wanda usiadła obok męża i córki na kanapie. Hania tymczasem zaczęła oglądać książkę i nagle krzyknęła, aż Kownaccy podskoczyli.
Na to właśnie czekał. Zachichotał pod nosem.
- Tato, tutaj jest jeszcze koperta!
- No pięknie, pieniędzmi mi jeszcze rozpieszczasz dziecko - zażartował ojciec jubilatki.
- Ty masz dobrze z tym wujkiem - dodała matka.
Hania otworzyła kopertę i równocześnie rozdziawiła usta, zakrywając je dłonią w niemym krzyku. Spojrzała na komisarza i łzy wzruszenia zaszkliły się w jej oczach. Aleks patrzył ze zdziwieniem na córkę i próbował dojrzeć, co trzyma w ręku.
Kownacki się pomylił - w kopercie nie znalazła się ani jedna złotówka, tylko dwa bilety na sierpniowy koncert U2 na warszawskim Służewcu.
- Wujku, skąd wiedziałeś, że marzę o tym koncercie?! - zapiszczała Hania.
- To nie było trudne śledztwo, masz wielgachne plakaty wątpliwie przystojnego Bono na wszystkich ścianach w swoim pokoju i...
Nie zdążył dokończyć, dziewczyna bowiem rzuciła mu się na szyję i już drugi raz tego wieczoru podjęła próbę uduszenia.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję! - krzyczała wniebogłosy.
- Tylko mnie nie uduś! - Marek się uśmiechnął.
Hania puściła w końcu szyję komisarza i pokazała rodzicom bilety.
- Tato, pojedziesz ze mną?
- Oczywiście - odpowiedział Aleks, nie kryjąc zadowolenia z propozycji córki.
- Idę zadzwonić do Marty i się pochwalić! - rzuciła dziewczyna i wybiegła z pokoju, a trójka dorosłych wybuchnęła głośnym śmiechem.
Godzinę później damska część rodziny zdążyła się położyć spać, a Bondys z przyjacielem siedzieli przy piwie i kanapkach, które przed snem przygotowała im Wanda. Komisarz był jej za to szczerze wdzięczny, bo po całodziennym poście i pobudzeniu apetytu tortem jego żołądek domagał się posiłku intensywnymi skurczami i uciążliwym burczeniem.
- Powinienem suszyć ci głowę z psychologicznego punktu widzenia za rozpieszczanie mi dziecka, mnóstwo pieniędzy wydałeś na te bilety. - Aleks puścił oko do przyjaciela. - Ale z perspektywy ojca... dawno nie widziałem mojej córki tak szczęśliwej. Dzięki, stary.
- Przyznaj się, że sam lecisz na Bono i jesteś wniebowzięty, że Hania właśnie ciebie chce zabrać ze sobą.
- Taa... Rozszyfrowałeś mnie, komisarzu. - Zaśmiali się równocześnie. - Choć muszę przyznać, że gdy siedemnastoletnia córka nadal nie wstydzi się jechać na koncert ze swoim staruszkiem, to duży komplement. - Nagle spoważniał. - A tak z innej beczki, to ostatnio rozmawiałem z Anitą, pytała o ciebie...
Bondys zatrzymał apetycznie wyglądającą kromkę z wędzoną makrelą w połowie drogi do ust i powstrzymał Aleksa przed dokończeniem zdania.
- Przepraszam, ale nie mam ochoty tego słuchać. To dla mnie zamknięty temat, zresztą wiesz.
Odłożył w połowie zjedzoną kanapkę na talerz i poczuł ścisk w żołądku, który z pewnością uniemożliwi mu kontynuowanie kolacji. Nadgryziony kawałek chleba na talerzu wygląda nieelegancko, ale nie potrafił już przełknąć ani kęsa. Myśl o Anicie i powrót wspomnieniami do tamtych dni znów go ukłuły.
- Dobrze, dobrze, wiem. Sorry, stary. - Zamilkł na chwilę, jak gdyby wahał się nad kontynuacją wypowiedzi. - Ale ja do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego właściwie się rozstaliście. Przecież byliście nierozłączni jak bliźnięta syjamskie, a tu nagle wszystko się skończyło. Ot, tak! Uwielbiam was oboje i nie mogę patrzeć, jak cierpicie bez siebie.
Marek wyczuł autentyczną troskę w tonie głosu przyjaciela. Mimo że temat go bolał i drażnił, to nie potrafił się o to gniewać na psychologa.
- Wtedy też chciałem wiedzieć, czemu Anita odeszła - powiedział w końcu po długiej chwili ciszy i wzruszył ramionami. - Pewnie przez moją pracę, dość często się o to kłóciliśmy. W weekendy rzadko bywałem w domu, w tygodniu też raczej byłem gościem, wracałem po nocach, wykończony. Nie mogliśmy zaplanować urlopu, wyjazdu, zdarzało się, że nawet wyjścia do kina czy na obiad do jej rodziców, bo musiałem jechać do pracy. Nie dziwię się, że miała w końcu dość. Albo znalazła kogoś na boku, nie wiem.
Aleks stanowczo zaprzeczył ruchem głowy.
- Nie, na pewno nie. Jeszcze dwa lata po waszym rozstaniu była sama. - Kownacki przygryzł wargę, jakby rozważał, czy powiedzieć coś jeszcze. - Dzisiaj też nie ma nikogo.
- Nie wiem i już mnie to nie interesuje. Pytałem ją o powód rozstania z tysiąc razy, najwyraźniej uznała, że nawet na to nie zasłużyłem po tylu latach bycia razem. A jej status związku obecnie w ogóle mnie nie obchodzi. - Marek wstał od stołu i przeciągnął się, aż mu chrupnęło w lewym barku.
- Sypiesz się, stary - próbował żartować Aleks.
- Coś w tym jest. Dzięki za gościnę, ucałuj jutro ode mnie Wandę i moją ulubioną chrześnicę.
- Ulubioną, bo jedyną.
Bondys uśmiechnął się, pożegnał Aleksa, założył płaszcz i wyszedł.
Nie spieszył się. Wrócił do domu powolnym krokiem, delektując się ciszą miasta i wieczornym spacerem. Słowa przyjaciela poruszyły dawno zakurzone i nieodwiedzane zakamarki jego umysłu czy raczej serca. Kiedyś spędzał setki godzin na rozmyślaniach o Anicie i próbach odnalezienia przyczyny jej odejścia. Zabawne, że akurat ta zagadka stanowiła jak dotąd jedyną sprawę, której nigdy nie rozwiązał. Pytał Anitę, błagał o odpowiedź, wypytywał jej otoczenie, śledził ją, szukał tropów, analizował ostatnie miesiące ich związku, sprawdzał autentyczność jej wyjazdów do pacjentów i rodziny...
I nic.
W końcu odpuścił, bo czuł, że dotyka cienkiej granicy obłędu.
Do dziś nie wiedział, dlaczego odeszła. Jego praca z pewnością była dobrą przyczyną dla osób z zewnątrz, ale on sam w nią średnio na początku wierzył. Z czasem zaczął, choć czuł podskórnie, że sam siebie oszukuje. Chyba zwyczajnie chciał, żeby to praca okazała się powodem, bo znałby odpowiedź, osiągnął spokój i byłaby to w pełni uczciwa dla niego opcja. Ale Anita rozumiała jego pasję do pracy, sama bardzo angażowała się w terapie swoich pacjentów i często poświęcała im mnóstwo czasu, także poza godzinami przyjęć. Przy każdym trudnym śledztwie albo ciężkim dniu wspierała go, jak tylko mogła. O romans czy drugi związek też jej nie podejrzewał - nie tylko dlatego, że Aleks właśnie to potwierdził. Anita należała do wyjątkowo uczciwych osób i prędzej przyznałaby mu się do relacji z innym mężczyzną, niż oszukiwała go przez miesiące. Zostawał jeszcze jeden powód, który Bondys odsuwał w swojej głowie i bynajmniej nie dlatego, że był mało prawdopodobny. Jeśli miał obstawiać którąś ze swoich trzech teorii, to właśnie na tę ostatnią postawiłby pieniądze.
Jako dobry psycholog Anita nigdy by tego nie powiedziała wprost, jednak wewnętrzna intuicja podpowiadała mu, a właściwie wrzeszczała do ucha, że ukochana kobieta po prostu nie akceptowała jego osobowości, charakteru. Zdawał sobie sprawę, że jego dziwactwa, natręctwa, odbieranie świata jako niesprawiedliwego pola bitwy, bez Boga i życzliwości innych oraz postrzeganie większości ludzi jako głupich egoistów, mogły być nie do zniesienia dla drugiej osoby. Często śmiała się i mówiła o mrocznej aurze, którą roztacza dookoła siebie. Po latach odbierał jej ówczesne żarty jako zakamuflowane sygnały, których w porę nie odczytał, prowadzące nieuchronnie do końca związku.
Został z wyrwą w sercu, której nigdy nie zdołał wypełnić. Z jednej strony wiedział, że miłość to najpiękniejsze uczucie świata, adrenalina większa niż przy skoku ze spadochronem, chociaż nigdy jeszcze takowego nie próbował, i jedyne uczucie, dla którego warto oddychać i budzić się każdego dnia. Z drugiej strony miał świadomość, że nikt nie jest w stanie tak zranić, jak ukochana osoba. Dlatego dawno temu postanowił nie wiązać się z nikim. Może i nie czuł dzisiaj czegoś wyjątkowego, nie szalał z miłości, nie bywał zakochany na zabój, nie czuł motyli w brzuchu, ale miał święty spokój - a ten z biegiem lat cenił sobie coraz bardziej. Stare rany dawno zdążyły się zabliźnić, czasem tylko przypominały o sobie jak zrośnięta po złamaniu kość na zmianę pogody.